Trudno dostrzec w danej chwili, że na naszych oczach dzieje się historia, ale są takie sceny, które natychmiast zapisują się w pamięci. Dwudziestego stycznia 2025 roku na oczach całego świata amerykańska polityka bezwstydnie i otwarcie stała się plutokracją. Trump złożył przysięgę prezydencką na scenie pełnej miliarderów. Kilka metrów na lewo od niego zasiadło trzech najbogatszych ludzi świata: Mark Zuckerberg, Jeff Bezos i Elon Musk. Parę metrów na prawo siedzieli Sergey Brin, współzałożyciel Google, który w przeszłości twierdził, że dojście Trumpa do władzy było "skrajnie obraźliwe", oraz Tim Cook, dyrektor generalny Apple, który najwyraźniej otrząsnął się z oburzenia po "haniebnych" zamieszkach na Kapitolu. Na scenie znalazło się tak wielu miliarderów, że przywódcy Kongresu zostali zepchnięci na widownię.
Potentaci świętujący powrót Trumpa do Białego Domu mieli niewiele wspólnego z konserwatywną korporacyjną elitą starej daty. Byli to gracze polityczni, którzy pojawili się w wyniku decyzji Sądu Najwyższego z 2011 roku o zniesieniu limitów wpłat na cele polityczne. Wskutek tego kandydaci nie potrzebowali już licznego grona zamożnych stronników; potrzebowali jedynie niewielkich grup ultrabogatych zwolenników, którzy dawali znacznie więcej i również znacznie więcej otrzymywali w zamian. Kiedy szefowie przedsiębiorstw naftowych i gazowych odwiedzili Trumpa w Mar-a-Lago, ten powiedział im, że zniesie ograniczenia dotyczące odwiertów, za co powinni przekazać miliard dolarów na jego kampanię. Musk ze swojej fortuny wyasygnował co najmniej dwieście osiemdziesiąt osiem milionów dolarów, by doprowadzić Trumpa do prezydentury, co po wyborach okazało się niezwykle owocną inwestycją. W ciągu zaledwie tygodnia maklerzy giełdowi, zakładając, że firmy Muska rozkwitną w nowej erze, podbili wartość jego akcji o zawrotne pięćdziesiąt siedem miliardów dolarów.
Trump powierzył trzynastu miliarderom najwyższe stanowiska administracyjne. Musk został szefem Departamentu Wydajności Państwa, nowej jednostki, której zadaniami były rzekomo poszukiwanie oszczędności i likwidacja programów dotyczących różnorodności. W ciągu kilku tygodni Musk z niewielką grupą akolitów, z których część dopiero co ukończyła college, pogrążył rząd federalny w chaosie, przejmując uprawnienia do zwalniania pracowników i dokonywania płatności, a także właściwie zamykając całe działy administracji. Krytycy złożyli pozew, ale za Muskiem stała tak ogromna fortuna, że mógł on zamęczyć w sądzie niemal każdego przeciwnika.
Z perspektywy czasu można stwierdzić, że taki obrót spraw zapowiadało wiele sygnałów. Kilka dni przed inauguracją Trumpa Joe Biden w ostatnim prezydenckim orędziu powiedział, rychło w czas: "Dziś w Ameryce kształtuje się oligarchia o niewyobrażalnym majątku, władzy i wpływach, która w sensie dosłownym zagraża całej naszej demokracji, naszym podstawowym prawom i wolnościom oraz równym szansom dla wszystkich na awans". W rzeczywistości oligarchia ta kształtowała się od dziesięcioleci. Obrazek z inauguracji był kulminacją idei i dążeń, które przewijają się na kartach tej książki.
***
Widoczność wielkich fortun jest warunkowa: mają być oczywiste dla wąskiej warstwy społeczeństwa, ale poza tym osłania się je żargonem i tajemnicą. Tylko sporadycznie, gdy coś idzie nie tak - upada mit, zaufanie, opada zasłona przyzwoitości - prawdziwa siła największych fortun świata staje się widoczna.
Zaszczepiono mi dwie odmienne filozofie dotyczące pieniędzy. Moja matka wywodziła się z długiej linii białych Anglosasów wyznania protestanckiego ze Środkowego Zachodu, po których przejąłem nieco wyświechtaną podejrzliwość wobec wszelkiego rodzaju efekciarstwa. Moja babcia całe lata spędziła na różnych stanowiskach dyplomatycznych, a kiedy wyjeżdżałem za granicę jako reporter, ostrzegła mnie, że ekspatrianci mają słabość do gromadzenia wątpliwej jakości skarbów. "Nie zagracaj domu rupieciami", powiedziała. (Każdy dyplomata z połowy wieku ma co najmniej jednego tandetnego ceramicznego słonia nazywanego "Buffy", od big ugly fucking elephant - wielki brzydki pieprzony słoń). Ciągnęła: "Jedyne, czego ci potrzeba, to kilka ładnych rzeczy".
Rodzina mojego ojca miała inne podejście. Tata urodził się w Indiach jako syn polskich uchodźców żydowskiego pochodzenia, którzy stracili wszystko przez nazistów. Jego ojciec jako jedyny z siedmiorga rodzeństwa przeżył wojnę. Kiedy razem z moją babcią dziadek w końcu dotarł do Stanów Zjednoczonych, oboje musieli ciężko pracować, żeby się przebić. Dwadzieścia lat później zapłacili czterdzieści tysięcy dolarów za mieszkanie, w którym gromadzili przedmioty przywołujące świat pochłonięty przez wojnę: książki, dywany, dzieła sztuki - prawdziwe i podrabiane. (Nadal cenię sobie podróbkę rzeźby nazywaną w rodzinie "fałszywym Giacomettim"). Pieniądze oznaczały dla nich sukces, łaskę i kosmiczną karmę.
Mój ojciec został dziennikarzem i wiele razy musieliśmy się przeprowadzać: Moskwa, Waszyngton, Londyn. Kiedy byłem w gimnazjum, wynajęliśmy dom w Greenwich w stanie Connecticut, jednym z najbogatszych miejsc w Ameryce, gdzie siły kapitału i polityki rywalizują ze sobą w przyjaznej atmosferze, niczym emeryci w kolejce do stanowiska z omletami. Nauczyłem się rozpoznawać subtelne oznaki walki o status, kompromisy związane z bliskością władzy i bogactwa.
Nabrałem zwyczaju czytania o zdobytych i utraconych fortunach, o tym, jak pieniądze, podobnie jak władza, mogą zmienić człowieka, ale najpierw go obnażają. Pozłacany wiek, satyra autorstwa Marka Twaina i Charlesa Dudleya Warnera, to toporna powieść, ale to właśnie jej zawdzięczamy nazwę dla okresu powierzchownej świetności. W młodości Twaina w Stanach Zjednoczonych było mniej niż dwudziestu milionerów, pod koniec jego życia zaś ich liczba wzrosła do czterdziestu tysięcy. Nowe wynalazki - telefon, maszyna do pisania, gramofon - były wszechobecne, podobnie jak nieprawdopodobna korupcja, nierówności i nadmiar. Zanim filantropia stała się popularna, nowi plutokraci wydawali ogromne sumy na przyjęcia, luksusy i uległych polityków. Kiedy magnat medialny William Randolph Hearst powiedział żonie, że kupił zamek Normanów w Walii, spytała podobno: "Których Normanów?".
W XX wieku Upton Sinclair, Ida Tarbell i inni dziennikarze śledczy utrzymywali, że kraj znajduje się na niedającym się utrzymać kursie. Louis Brandeis, przyszły sędzia Sądu Najwyższego, ostrzegał przed fortunami "tak potężnymi, że istniejące siły społeczne i przemysłowe nie są w stanie sobie z nimi poradzić". W 1913 roku nazwał to "klątwą wielkości". Sto lat później prezydent Barack Obama wyraził niemal identyczne obawy i nazwał nierówności i stagnację społeczną "głównym wyzwaniem naszych czasów". (Zgodzili się z nim niektórzy najbogatsi obywatele. Zarządzający funduszami hedgingowymi Paul Tudor Jones wyraził bardziej osobiste obawy: martwił się, że przepaść między bogatymi a biednymi doprowadzi do "rewolucji, podwyżek podatków lub wojen").
Zacząłem się poważnie zajmować tematyką bogactwa i klas społecznych w 2016 roku, kiedy Trump zburzył nasze dotychczasowe wyobrażenia o kraju. Pisałem o nim jako o osobowości politycznej, ale czułem, że jeśli chcemy zrozumieć reprezentowaną przez niego zmianę - zrozumieć, dlaczego wyborca mógł jednocześnie piętnować "elitę" i czcić potomka nowojorskiej fortuny opartej na branży nieruchomości - musimy wyjść poza politykę. Trump jest wytworem świata finansów, a konkretnie ery amerykańskiego myślenia o chciwości, sprawiedliwości, wolności i dominacji.
Rezultatem tych zainteresowań była książka Wildland. The Making of America's Fury (Dziki kraj. Narodziny amerykańskiej wściekłości), opowiadająca o tym, jak skrajne nierówności zmieniły życie w trzech miejscach, w których mieszkałem: Greenwich, Chicago i Clarksburgu w Wirginii Zachodniej. Została wydana w 2021 roku i traktuje o obawach klasy średniej oraz frustracjach mieszkańców Appalachów, a także chicagowskiego South Side. Nowa książka prezentuje widok z lotu ptaka - jest swego rodzaju przewodnikiem po świecie superbogatych. Chciałem w niej uchwycić sposób myślenia i zachowania najpotężniejszych ludzi na Ziemi. Oceniając ich strategie i obsesje, maniery i złudzenia, staram się pokazać, jak ci bardzo bogaci postrzegają samych siebie i świat, nad którym coraz bardziej przejmują kontrolę.
***
Między pierwszą a drugą kadencją Trumpa majątek amerykańskich miliarderów wzrósł ponaddwukrotnie. Najbogatsi obywatele kraju mają obecnie w rękach jeszcze więcej pieniędzy niż za czasów dominacji Vanderbiltów i Rockefellerów - w okresie poprzedzającym "największą i najordynarniejszą hulankę w historii", jak to określił Francis Scott Fitzgerald. Teksty zawarte w tej książce, opublikowane pierwotnie w "New Yorkerze", powstały w ciągu tych samych ośmiu lat na tle ogromnych kontrastów, rosnącej liczby bezdomnych i zagrożeń środowiskowych oraz rodzącego się poczucia, że technologia w ogromnym stopniu może wpłynąć na nasze źródła pracy, dochodów i sensu życia. Niektóre z tych artykułów sięgają średniowiecza, by prześledzić dyskusje wokół ambicji i dziedziczenia, inne analizują współczesne praktyki i zasady. Obracają się wokół zestawu niezmiennych trosk: ambicji i fałszu, statusu i wstydu, obowiązku i lekceważenia.
Relacjonowanie wydarzeń z enklaw bogaczy - Monte Carlo, Palm Beach, Palo Alto i Hollywood - jest skomplikowane. Nie jest to świat, który lubi być poddawany analizie. Rozmówcy często byli niechętni. Niekiedy ich prawnicy próbowali mnie zniechęcić. Czasami jednak znajdowałem się w sytuacjach jakby żywcem wyjętych z moralitetów Oscara Wilde'a: dziedziczka, którą całkowicie zauroczył Bernie Sanders, nie potrafiła zrezygnować ze swoich milionów; skazany pracownik administracji wrócił na scenę randkową i odkrył, że rozmowy o więzieniu są nieatrakcyjne - z wyjątkiem sytuacji, kiedy jest wręcz przeciwnie.
Wszystkie te teksty łączy dążenie do przedstawiania przejrzystych faktów, a nie abstrakcji. Łatwo jest stać się obojętnym na krzykliwe nagłówki, że miliarderzy mają niższe efektywne stawki podatkowe niż zwykli pracownicy, ale prawdziwe zaskoczenie może przynieść zapoznanie się z dokładnym mechanizmem tego zjawiska, przedstawionym przez zawiedzionego prywatnego doradcę finansowego. Błahe szczegóły często okazują się odkrywcze. Thorstein Veblen, ekonomista z wieku pozłacanego, który ukuł termin "ostentacyjnej konsumpcji", badał wydatki (na "jedzenie, picie, narkotyki, schronienie"), by zrozumieć kulturę nadmiaru. Ja chciałem zrozumieć, w jaki sposób "gigajachty" (jednostki rekreacyjne wielkości okrętów wojennych) stały się obecnie najdroższymi dobrami, jakie kiedykolwiek posiadał nasz gatunek - i, jak ujął to dyrektor generalny z Doliny Krzemowej, najlepszym sposobem na "absorbowanie nadwyżki kapitału". Zrozumienie, dlaczego Mark Zuckerberg, najbardziej kontrowersyjny potentat przed erą Muska, jest tak zafascynowany cesarzami rzymskimi, że ponazywał swoje dzieci ich imionami, pomaga wyjaśnić jego podejście do "kompromisów" między zyskiem a szkodą. Aby się przekonać, co ta epoka oznacza dla kultury, towarzyszyłem raperowi Flo Ridzie podczas elitarnej bar micwy, gdzie występował przed publicznością złożoną z rozentuzjazmowanych trzynastolatków - oligarchów jutra.
Część z tych wątków występuje też w Wildland, ale liczę na to, że podczas tworzenia spójnego portretu najbogatszych ujawnią się pewne wzorce: jak pieniądze upamiętniają się w stali i kamieniu; jak własny interes i obywatelski obowiązek kształtują filantropię; jak technologie wpływu determinują to, co widzimy, słyszymy i w co wierzymy. Gdy pracowałem nad tymi artykułami, czasem kusiło mnie, by się zastanowić, czy Ameryka zbliża się do punktu, w którym równowaga stanie się niemożliwa do utrzymania, zgodnie z powtarzającym się przez wieki schematem. Pod koniec istnienia Cesarstwa Rzymskiego nierówności stały się tak skrajne, że rzymski senator mógł zarobić sto dwadzieścia tysięcy sztuk złota rocznie, podczas gdy rolnik zarabiał pięć sztuk. Rzym upadał przez pięćset lat, ale jak napisał kiedyś wybitny historyk Ramsay MacMullen, można to zjawisko streścić w czterech słowach: "Mniej osób ma więcej".
Gdy przygotowywałem te opowieści, często zastanawiałem się, jak przyszli historycy ocenią nasze czasy: pokolenie, które wyrzuca pieniądze nie tylko na zamki Normanów, ale także na supernowoczesne fortece zagłębione piętnaście pięter pod ziemią, ze sztucznymi oknami, w których wyświetlane są filmy z Central Parku, na wypadek gdyby świat na powierzchni stał się zbyt niegościnny.
Toczące się obecnie debaty na temat bogactwa w społeczeństwie wykraczają daleko poza dawną dychotomię z czasów mojego dzieciństwa, rozłam pomiędzy powściągliwością a ekshibicjonizmem - daleko nawet poza nierówności z czasów Obamy, które według dzisiejszych standardów wydają się niemal urokliwe. Prywatne imperia, takie jak to Elona Muska, osiągnęły taką potęgę, że przywodzą na myśl ostrzeżenie Brandeisa o "klątwie wielkości", które może zagrozić demokracji. Musk, który potępia "niepochodzącą z wyboru" biurokrację, sam nie został wybrany, a miejsce w administracji zdobył, wykładając więcej funduszy niż ktokolwiek inny, żeby doprowadzić do wyboru konkretnego prezydenta.
Bez względu na to, jak daleko to wszystko zaszło, sojusz między najpotężniejszym urzędnikiem na świecie a najbogatszym człowiekiem świata dał już jeden wyraźny efekt: dzięki Muskowi uwaga opinii publicznej skupiła się na superbogatych najmocniej od czasu wprowadzenie Nowego Ładu prawie sto lat temu. Właśnie wtedy Franklin Roosevelt wskazał na niebezpieczeństwa związane z wiekiem pozłacanym - epoką, w której, jak powiedział, "uprzywilejowani książęta tych nowych dynastii ekonomicznych, spragnieni władzy, sięgnęli po kontrolę nad samym rządem".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki