L'ENCHANTERESSE
Reid
Nad cmentarzem unosiła się mgła. Kamienie nagrobne - stare, kruszące się, żywioły już dawno pozbawiły je inskrypcji - przekłuwały niebo w miejscu, gdzie się zatrzymaliśmy, na skraju urwiska. Nawet morze pod nami ucichło. W tym dziwnym świetle, tuż przed świtem, w końcu zrozumiałem znaczenie wyrażenia grobowa cisza.
Coco przetarła zmęczone oczy, po czym wskazała wyłaniający się z mgły kościół. Niewielki. Drewniany. Z częściowo zapadniętym dachem. W oknach nie tliło się żadne światło.
- Chyba jest opuszczony.
- A jeśli nie? - prychnął Beau, kręcąc głową, ale przestał, bo pokonało go ziewanie. Zaczął z innej strony. - To kościół, a nasze podobizny wiszą w całej Belterze. Rozpozna nas nawet wiejski ksiądz.
- Dobrze. - W jej głosie było mniej jadu, niżby chciała. - Śpij z psem na dworze.
Odwróciliśmy się jednocześnie, żeby spojrzeć na upiornego białego psa, który wlókł się za nami. Ukazał się tuż za Cesarine, tuż przed tym, jak doszliśmy do wniosku, że będziemy podążać wzdłuż wybrzeża, a nie po drodze. Dość się napatrzyliśmy na La Fôret des Yeux, wystarczy nam do końca życia. Przez wiele dni szedł za nami, nigdy nie zbliżał się na tyle, by dać się dotknąć. Ostrożne, zdezorientowane matagoty zniknęły niedługo po jego przybyciu. Dotąd nie wróciły. Być może pies sam był niespokojnym duchem - nowym rodzajem matagota. Być może był tylko złym omenem. Być może właśnie dlatego Lou nie nadała mu jeszcze imienia.
Stworzenie patrzyło na nas, jego wzrok wodził po mojej twarzy. Mocniej ścisnąłem dłoń Lou.
- Wędrowaliśmy całą noc. Nikt nie będzie nas szukał w kościele. To równie dobre miejsce na kryjówkę jak każde inne. Jeśli nie jest opuszczony - zwróciłem się do Beau, który już chciał mi przerwać - wyjdziemy, zanim ktoś nas zobaczy. Zgoda?
Lou posłała Beau złośliwy uśmiech. Uśmiechała się tak szeroko, że mogłem niemal policzyć jej zęby.
- Boisz się?
Posłał jej niepewne spojrzenie.
- Po tunelach ty też powinnaś.
Jej uśmiech zniknął, a Coco wyraźnie zesztywniała i odwróciła wzrok. Sam też poczułem, że się spinam. Lou nie powiedziała nic więcej, puściła moją dłoń i ruszyła w stronę drzwi. Nacisnęła klamkę.
- Otwarte.
Bez słowa Coco i ja poszliśmy za nią i przekroczyliśmy próg. Po chwili w przedsionku stanął także Beau i zaczął się rozglądać po ciemnym pomieszczeniu z nieskrywaną podejrzliwością. Kandelabry pokrywała gruba warstwa kurzu. Na drewnianej podłodze pomiędzy suchymi liśćmi widniały plamy ze stwardniałego wosku. Zrobił się przeciąg i dotarł do nas podmuch powietrza z głębi świątyni. Miał zapach wody morskiej. I rozkładu.
- To miejsce jest nawiedzone jak cholera - wyszeptał Beau.
- Wyrażaj się. - Posłałem mu gniewne spojrzenie i wszedłem do świątyni. Aż mnie ścisnęło w sercu na widok poniszczonych ławek i zebranych w kącie pojedynczych gnijących stron ze śpiewników. - To kiedyś było święte miejsce.
- Nie jest nawiedzone. - W ciszy głos Lou odbił się echem. Stanęła za mną i patrzyła na witrażowe okno. Patrzyła na nią gładka twarz Świętej Magdaleny. Kościół czcił najmłodszą świętą w Belterze, Magdalenę, za podarowanie człowiekowi błogosławionego pierścienia. Dzięki niemu jego żona znowu się w nim zakochała i pozostała przy nim nawet, gdy wyruszył w niebezpieczną podróż morską. Wskoczyła za nim w fale i utonęła. Jednak łzy Magdaleny przywróciły ją do życia. - Duchy nie mieszkają na poświęconej ziemi.
Beau uniósł brwi.
- Skąd o tym wiesz?
- Jak to możliwe, że ty nie wiesz? - odparowała Lou.
- Powinniśmy odpocząć. - Objąłem Lou za ramiona i poprowadziłem ją do najbliższej ławki. Wyglądała bladziej niż zwykle, pod oczami miała cienie, po wielu dniach podróży jej włosy żyły własnym życiem. Więcej niż raz, kiedy myślała, że nie patrzę, widziałem, że jej ciałem wstrząsają konwulsje, jakby walczyła z mdłościami. Nie byłem zaskoczony. Wiele przeszła. Wszyscy przeszliśmy. - Niedługo zbudzą się mieszkańcy wioski. Sprawdzą, co to za hałasy.
Coco zasiadła w ławce, zamknęła oczy i naciągnęła na głowę kaptur swojego płaszcza. Odgrodziła się od nas.
- Ktoś powinien trzymać straż.
Chociaż już otworzyłem usta, żeby zgłosić się na ochotnika, Lou była szybsza.
- Ja będę czuwać.
- Nie. - Pokręciłem głową, nie byłem w stanie sobie przypomnieć, kiedy Lou ostatnio spała. Czułem, że jej skóra jest zimna i lepka. Jeśli walczyła z mdłościami, musiała odpocząć. - Ty pośpij. Ja popilnuję.
Położyła dłoń na moim policzku, a z głębi jej gardła wydobył się niski pomruk. Jej kciuk powoli musnął moje usta i na moment się na nich zatrzymał. Jej oczy również.
- Wolałabym pilnować ciebie. Co zobaczę w twoich snach, Chass? Co usłyszę w twoim...
- Sprawdzę, czy w komórce jest jakieś jedzenie - wymamrotał Beau i przeszedł obok nas. Przez ramię posłał Lou zniesmaczone spojrzenie.
Zaburczało mi w brzuchu, gdy odprowadzałem go wzrokiem. Przełknąłem ślinę, próbując zignorować głód. Nagły, niepożądany ucisk w piersi. Łagodnie strąciłem jej rękę z mojego policzka i zdjąłem płaszcz. Podałem go jej.
- Idź spać, Lou. Obudzę was o wschodzie słońca i będziemy mogli... - przerwałem, gdy słowa zapiekły mnie w gardle - będziemy mogli wyruszyć.
Do Chateau.
Do Morgane.
Na pewną śmierć.
Nie wypowiedziałem na głos swoich obaw.
Lou postawiła sprawę jasno, że uda się do Chateau le Blanc niezależnie od tego, czy będziemy jej towarzyszyć. Mimo mojego sprzeciwu, mimo że przypominaliśmy jej, w jakim celu szukaliśmy sprzymierzeńców, dlaczego ich potrzebowaliśmy, Lou utrzymywała, że sama poradzi sobie z Morgane. Słyszałeś Clauda. Upierała się, że tym razem się nie zawaha. Już więcej mnie nie dotknie. Upierała się, że spali swój dom rodzinny do gołej ziemi, a wraz z nim swoich krewnych. Zbudujemy nowy.
Co nowe? - zapytałem z rezerwą.
Wszystko nowe.
Nigdy nie widziałem, żeby tak zażarcie dążyła do konkretnego celu. Wręcz obsesyjnie. Przez większość czasu jej oczy lśniły dziko - wyrażały pierwotny głód - innym razem w jej spojrzeniu w ogóle nie było światła. Te dni były o wiele gorsze. Patrzyła na świat otępiałym wzrokiem, nie zauważała ani mnie, ani moich nieśmiałych prób ukojenia jej smutku.
Tylko jeden człowiek potrafił to zrobić.
A jego nie było.
Pociągnęła mnie, bym usiadł obok niej, i zaczęła bezwiednie gładzić mnie po szyi. Po plecach przeszedł mi dreszcz od dotyku jej chłodnych rąk i ogarnęło mnie nagłe pragnienie odsunięcia się od niej. Nie poddałem się mu. W pomieszczeniu zapadła cisza, gęsta i ciężka, którą przerywał tylko mój burczący brzuch. Głód towarzyszył nam teraz bez przerwy. Nie pamiętałem, kiedy ostatnio najadłem się do syta. Gdy podróżowałem z Troupe de Fortune? W Pustce? W Wieży? Oddech siedzącej naprzeciw Coco stopniowo się wyrównywał. Skupiłem się na dźwięku, na belkach sufitu, żeby nie myśleć o lodowatej skórze Lou i bólu rozsadzającym mi pierś.
Chwilę później z przykuchennej komórki dobiegł krzyk i otworzyły się drzwi do świątyni. Pojawił się Beau, śmignął obok kazalnicy.
- Zdezorientowany! - Wściekle gestykulował w stronę wyjścia, gdy poderwałem się na nogi. - Czas ruszać! Już pora, już pora, chodźmy...
- Stój! - Do świątyni wpadł sędziwy mężczyzna w szatach księdza z drewnianą łyżką w ręce. Kapał z niej żółtawy sos. Jakby Beau przerwał mu poranny posiłek. Moje podejrzenia potwierdzały kawałki warzyw na jego brodzie: siwej, potarganej, zasłaniającej większość jego twarzy. - Wracaj, powiedziałem...
Zatrzymał się w pół kroku, gdy zobaczył resztę z nas. Instynktownie się odwróciłem, żeby ukryć twarz w cieniu. Lou zarzuciła kaptur na swoje białe włosy, a Coco wstała, szykując się do biegu. Ale było za późno. Jego ciemne oczy rozbłysły, gdy nastąpiło rozpoznanie.
- Reid Diggory. - Omiótł mnie wzrokiem z góry na dół, po czym spojrzał ponad mną. - Louise le Blanc. - Beau nie mógł się powstrzymać, odchrząknął w przedsionku, na krótko skupiając na sobie uwagę księdza, który prychnął i pokręcił głową. - Tak, wiem, kim jesteś, chłopcze. I ciebie też znam - dodał, zwracając się do Coco, która nadal kryła twarz pod kapturem. Jean Luc dotrzymał słowa i kazał rozwiesić plakaty z jej podobizną obok tych, na których byliśmy my. Ksiądz zmrużył oczy na widok wyjętego przez nią noża. - Odłóż to, zanim zrobisz sobie krzywdę.
- Przepraszamy za najście. - Uniosłem ręce w przepraszającym geście i posłałem Coco ostrzegawcze spojrzenie. Powoli przesunąłem się w stronę wyjścia. Za moimi plecami Lou zrobiła to samo. - Nie chcieliśmy przeszkadzać.
Ksiądz prychnął, ale opuścił łyżkę.
- Włamaliście się do mojego domu.
- To kościół. - Apatia przytłumiła głos Coco, jej dłoń opadła, jakby nagle nie mogła udźwignąć ciężaru sztyletu. - A nie prywatna rezydencja. Drzwi były otwarte.
- Być może po to, żeby nas zwabić - zasugerowała Lou z niespodziewanym spokojem. Przekrzywiła głowę i patrzyła na księdza, nie kryjąc fascynacji. - Jak w pajęczą sieć.
Ksiądz uniósł brwi w reakcji na nagłą zmianę w toku rozmowy. Ja też się zdziwiłem.
- Co? - Głos Beau odzwierciedlał naszą dezorientację.
- W najciemniejszej części lasu - wyjaśniła, unosząc jedną brew - mieszka pajęczyca, która poluje na inne pająki. Nazywamy ją L'Enchanteresse. Lub L'Enchantress. Nieprawdaż, Coco? - Coco nie odpowiedziała, ale niezrażona Lou mówiła dalej. - L'Enchanteresse zakrada się w sieci swoich wrogów i zrywa ich jedwabne nici, żeby pomyśleli, że coś upolowali. Kiedy pająki przybywają, żeby się posilić, atakuje i powoli zatruwa je swoim wyjątkowym jadem. Rozkoszuje się tym przez wiele dni. Jest jednym z niewielu stworzeń w świecie zwierząt, które lubią zadawać ból.
Wszyscy na nią patrzyliśmy. Nawet Coco.
- Brzmi niepokojąco - odezwał się Beau.
- Jest sprytne.
- Nie. - Skrzywił się z obrzydzeniem. - To kanibalizm.
- Szukaliśmy schronienia - przerwałem, nieco zbyt głośno. Zbyt desperacko. Ksiądz, który zbity z tropu przyglądał się ich przepychankom słownym, spojrzał teraz na mnie. - Nie wiedzieliśmy, że w kościele ktoś jest. Już wychodzimy.
Oceniał nas bez słowa, jego usta lekko się wygięły. W odpowiedzi na to zawirowało przede mną złoto. Szukało. Sprawdzało. Ochraniało. Zignorowałem niewypowiedziane przez nie pytanie. Nie będę teraz potrzebował magii. Ksiądz był uzbrojony tylko w łyżkę. Nawet gdyby wyjął miecz, bruzdy na jego twarzy świadczyły o tym, że jest dość stary. Był pomarszczony. Mimo wysokiej postury z wiekiem utracił swoją muskulaturę, więc był teraz chudym staruszkiem. Nie mógłby nas dogonić. Przygotowując się do ucieczki, ująłem dłoń Lou i posłałem spojrzenie Coco i Beau. Na znak zrozumienia oboje potaknęli.
Z grymasem niezadowolenia ksiądz uniósł łyżkę, jakby chciał nas powstrzymać, ale w tej chwili kolejna fala głodu ścisnęła mój żołądek. Burczenie rozbrzmiało niczym trzęsienie ziemi. Nie dało się go nie usłyszeć. W ciszy, która nastąpiła, ksiądz oderwał ode mnie wzrok i przeniósł go na Świętą Magdalenę. Po upływie kilku sekund wymamrotał niechętnie.
- Kiedy ostatnio jedliście?
Nie odpowiedziałem. Wstyd palił mi policzki.
- Już wychodzimy - powtórzyłem.
Spojrzał mi w oczy.
- Nie o to pytałem.
- Minęło... kilka dni.
- Ile konkretnie?
- Cztery - odpowiedział za mnie Beau.
Kolejny raz ciszę przerwało burczenie mojego brzucha. Ksiądz pokręcił głową.
- A... kiedy ostatnio spaliście? - zapytał z miną świadczącą o tym, że wolałby raczej połknąć łyżkę.
I tym razem Beau nie mógł się powstrzymać.
- Dwie noce temu zdrzemnęliśmy się chwilę w łodziach rybackich, ale jeden z właścicieli przyłapał nas jeszcze przed wschodem słońca. Głupek próbował zarzucić na nas sieć.
Wzrok księdza powędrował w stronę drzwi wejściowych.
- Mógł was śledzić?
- Mówiłem, że to głupek. To Reid w końcu omotał go siecią.
Ksiądz ponownie na mnie popatrzył.
- Nie zrobiłeś mu krzywdy. - To nie było pytanie. Nie odpowiedziałem. Zamiast tego mocniej ścisnąłem dłoń Lou i przygotowałem się do ucieczki. Ten człowiek, ten święty człowiek, niedługo podniesie alarm. Musieliśmy oddalić się o wiele mil, zanim pojawi się tutaj Jean Luc.
Lou raczej nie podzielała moich obaw.
- Jak się nazywasz, ojcze? - zapytała zaciekawiona.
- Achille. - Powróciło gniewne spojrzenie. - Achille Altier.
Jego nazwisko brzmiało znajomo, ale nie umiałem skojarzyć, skąd je znam. Być może kiedyś zapuścił się do katedry Saint-Cécile d'Cesarine. Być może poznałem go, gdy byłem chasseurem. Przyglądałem mu się podejrzliwie.
- Dlaczego nie wezwałeś łowców, ojcze Achille'u?
Nie wyglądał na zadowolonego. W jego postawie widoczne było napięcie. Spojrzał na łyżkę.
- Powinniście zjeść - powiedział szorstko. - Z tyłu mam gulasz. Starczy dla wszystkich.
Beau się nie wahał.
- Jaki gulasz? - Kiedy zerknąłem na niego przez ramię, wzruszył ramionami. - Mógł obudzić całe miasto w chwili, gdy nas rozpoznał...
- Nadal może - przypomniałem mu ostrym tonem.
- ...a mój żołądek zaraz strawi sam siebie - dokończył. - Twój też, jak sądzę po odgłosach, które wydaje. Musimy coś zjeść. - Pociągnął nosem i zwrócił się do ojca Achille'a. - Czy w twoim gulaszu są ziemniaki? Nie przepadam za nimi. Nie lubię ich konsystencji.
Ksiądz zmrużył oczy, a następnie machnął łyżką w stronę kuchni.
- Zejdź mi z oczu, chłopcze, zanim zmienię zdanie.
Pokonany Beau spuścił głowę, po czym przeszedł obok nas. Lou, Coco i ja nie ruszyliśmy się z miejsca. Wymieniliśmy między sobą zaniepokojone spojrzenia. Po dłuższej chwili Achille westchnął.
- Możecie też się przespać. Ale tylko jeden dzień - dodał zirytowany - pod warunkiem że nie będziecie mi przeszkadzać.
- Jest niedziela rano. - Coco w końcu opuściła kaptur. Miała popękane usta i wymizerowaną twarz. - Wkrótce mieszkańcy wioski przyjdą na mszę, prawda?
- Od lat nie odprawiam mszy - żachnął się.
Ksiądz samotnik. Oczywiście. To wyjaśniało żałosny stan świątyni. Kiedyś pogardzałbym tym człowiekiem za porażkę, jaką poniósł jako przywódca religijny. Za porażkę w byciu człowiekiem. Skarciłbym go za to, że porzucił swoje powołanie. Że porzucił Boga.
Jakże się wszystko zmieniło.
Beau pojawił się z glinianą miską i swobodnie oparł się o framugę. Wokół jego twarzy wiły się obłoczki pary unoszące się znad gulaszu. Uśmiechnął się ironicznie, gdy znowu zaburczało mi w brzuchu.
- Dlaczego chcesz nam pomóc, ojcze? - zapytałem przez zaciśnięte zęby.
Ksiądz powoli obrzucił moją bladą twarz niechętnym spojrzeniem, popatrzył na okropną bliznę Lou, na otumanione oblicze Coco. Na sine worki pod naszymi oczami oraz zapadnięte policzki. Następnie odwrócił wzrok i wbił spojrzenie w puste miejsce nad moim ramieniem.
- Czy to ma jakieś znaczenie? Potrzebujecie strawy. Mam jedzenie. Potrzebujecie kąta do spania. Mam puste ławki.
- Większość ludzi Kościoła by nas nie przyjęła.
- Większość ludzi Kościoła nie przyjęłaby swoich własnych matek, gdyby były grzesznicami.
- Fakt. I jeszcze by je spalili, gdyby były wiedźmami.
Sardonicznie uniósł brew.
- Właśnie tego chcesz, chłopcze? Stosu? Chciałbyś, żebym wymierzał boską karę?
- Według mnie - przerwał Beau i oderwał się od drzwi - on tylko zwraca uwagę na to, że należysz do kościoła, a może to ty jesteś grzesznikiem w tej historii? Czyżbyś był niemile widziany pośród podobnych sobie, ojcze Achille'u? - Zerknął wymownie na zniszczone wnętrze. - Nie chciałbym wyciągać pochopnych wniosków, lecz w przeciwnym wypadku nasi umiłowani patriarchowie na pewno przysłaliby kogoś do naprawy tej rudery.
Oczy Achille'a pociemniały.
- Nie takim tonem.
Wtrąciłem się, zanim Beau pogorszył sytuację, i szeroko rozłożyłem ręce. Z niedowierzaniem. Z frustracją. Ze... wszystkim. W moim gardle narastało napięcie związane z nieoczekiwaną dobrocią tego człowieka. To nie miało sensu. Nie mogło być prawdziwe. Było to równie niepokojące jak historia opowiedziana przez Lou; pająk kanibal wabiący nas do sieci wydawał się bardziej prawdopodobny niż ksiądz oferujący nam schronienie. - Wiesz, kim jesteśmy. Wiesz, co zrobiliśmy. Wiesz, co się stanie, jeśli zostaniesz nakryty na tym, że udzielasz nam schronienia.
Przyglądał mi się przez długą chwilę z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Wobec tego nie dajmy się nakryć. - Chrząkając głośno, ruszył w stronę drzwi do kuchni. Zatrzymał się jednak na progu i spojrzał na miskę trzymaną przez Beau. W jednej sekundzie odebrał mu naczynie i nie zwracając uwagi na protesty Beau, podał je mnie. - Jesteście tylko dzieciakami - wymamrotał, nie patrząc mi w oczy. Kiedy zacisnąłem palce na misce, mój żołądek boleśnie się kurczył, puścił ją. Wygładził swoje szaty. Pomasował się po karku. Skinął głową. - Lepiej zjeść, póki ciepłe.
A potem się odwrócił i wyszedł z pomieszczenia.