Bohater wieków (wydanie julileuszowe) - Brandon Sanderson

Kup ebooka

53.00 zł
45.05 zł (34,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

3

3

Elend Ven­ture, drugi władca Ostat­niego Impe­rium, nie uro­dził się wojow­ni­kiem. Był szla­chet­nie uro­dzo­nym - co w cza­sach Ostat­niego Impe­ra­tora czy­niło z niego zawo­do­wego bywalca salo­nów. Spę­dził mło­dość, pozna­jąc błahe gierki Wiel­kich Domów, żyjąc wygod­nym życiem impe­rial­nej elity.

Nic dziw­nego, że skoń­czył jako poli­tyk.

"Nie sądzę, byś kie­dy­kol­wiek popro­wa­dził natar­cie na siły wroga". Te słowa wypo­wie­działa Tin­dwyl - kobieta, która udzie­lała mu lek­cji poli­tyki. To wspo­mnie­nie spra­wiło, że na twa­rzy Elenda poja­wił się uśmiech, gdy jego żoł­nie­rze wpa­dli do obozu kolos­sów.

Elend roz­ja­rzył cynę z oło­wiem. Uczu­cie cie­pła - teraz już zna­jome - wypeł­niło jego pierś, a mię­śnie napięły się od dodat­ko­wej siły i ener­gii. Wcze­śniej połknął metal, by wyko­rzy­stać jego moc w bitwie. Był Allo­mantą. Wciąż go to cza­sem zadzi­wiało.

Jak prze­wi­dy­wał, atak zasko­czył kolossy. Przez kilka chwil stały bez ruchu, wstrzą­śnięte - choć musiały widzieć nową armię Elenda rusza­jącą do ataku. Kolossy nie umiały sobie radzić z czymś nie­spo­dzie­wa­nym. Nie potra­fiły pojąć, że nie­liczna armia sła­bych ludzi ata­kuje ich obóz. Musiało więc minąć tro­chę czasu, zanim się dosto­so­wały.

Armia Elenda dobrze wyko­rzy­stała ten czas. Sam Elend ude­rzył jako pierw­szy, roz­ja­rza­jąc cynę z oło­wiem, by zyskać jesz­cze więk­szą siłę, kiedy ude­rzył pierw­szego kolossa. To był jeden z mniej­szych. Jak wszyst­kie inne, z wyglądu przy­po­mi­nał czło­wieka, za wyjąt­kiem prze­ro­śnię­tej, pofał­do­wa­nej skóry, która wyglą­dała tak, jakby była oddzie­lona od ciała. W jego pacior­ko­wa­tych, czer­wo­nych oczach malo­wało się nie­ludz­kie zasko­cze­nie, gdy umarł z mie­czem Elenda wbi­tym w pierś.

- Ata­kuj­cie szybko! - ryk­nął, gdy kolejne kolossy zaczęły się odwra­cać od ognisk. - Zabij­cie ich jak naj­wię­cej, zanim ogar­nie je żądza krwi!

Jego żoł­nie­rze - prze­ra­żeni, lecz zde­ter­mi­no­wani - ata­ko­wali wokół niego, powa­la­jąc kilka pierw­szych grup kolos­sów. "Obóz" był wła­ści­wie miej­scem, gdzie kolossy zdep­tały popiół i rośliny pod nim, po czym wyko­pały doły, w któ­rych roz­pa­liły ogni­ska. Elend widział, jak począt­kowy suk­ces dodaje jego ludziom pew­no­ści sie­bie. Dodał im otu­chy, allo­man­tycz­nie Przy­cią­ga­jąc ich uczu­cia, czy­niąc ich odważ­niej­szymi. Z tą formą Allo­man­cji czuł się zde­cy­do­wa­nie lepiej - wciąż nie do końca pojął sztukę ska­ka­nia za pomocą metali, tak jak czy­niła to Vin. Uczu­cia nato­miast rozu­miał dobrze.

Fatren, przy­sa­dzi­sty przy­wódca mia­sta, trzy­mał się bli­sko Elenda, pro­wa­dząc grupę żoł­nie­rzy w stronę dużej grupy kolos­sów. Elend miał na niego oko. Fatren był władcą tego mia­steczka, a jego śmierć byłaby cio­sem dla morale. Razem zaata­ko­wali nie­wielką grupkę kolos­sów. Naj­więk­szy miał około jede­na­stu stóp wzro­stu, a jego skóra była nacią­gnięta na prze­ro­śnię­tym ciel­sku. Kolossy nie prze­sta­wały rosnąć, lecz ich skóra zawsze pozo­sta­wała tej samej wiel­ko­ści. Na młod­szych isto­tach wisiała luźno i fał­do­wała się. Na wiel­kich była nacią­gnięta i popę­kana.

Elend spa­lił stal i rzu­cił przed sie­bie garść monet. Ode­pchnął kawałki metalu swoim cię­ża­rem, zasy­pu­jąc nimi kolossy. Stwory były zbyt twarde, by zwy­czajne monety je zabiły, ale odłamki metalu mogły je zra­nić i osła­bić.

Wypu­ściw­szy monety, Elend zaata­ko­wał dużego kolossa. Bestia zdjęła z ple­ców wielki miecz i wyda­wała się uszczę­śli­wiona per­spek­tywą walki.

Koloss zamach­nął się jako pierw­szy, a miał osza­ła­mia­jący zasięg. Elend musiał odsko­czyć do tyłu; cyna z oło­wiem doda­wała mu zwin­no­ści. Mie­cze kolos­sów były potężne i pry­mi­tywne, tak tępe, że bar­dziej przy­po­mi­nały pałki. Siła ude­rze­nia wstrzą­snęła powie­trzem - Elend nie miałby szansy na spa­ro­wa­nie ciosu, nawet z pomocą cyny z oło­wiem. Ponadto miecz - a raczej koloss, który go trzy­mał - ważył tyle, że Elend nie mógłby wyko­rzy­stać Allo­man­cji, by Ode­pchnąć go z rąk stwora. Odpy­cha­nie stalą opie­rało się na sile i masie. Gdyby Elend Pchnął coś cięż­szego od sie­bie, pole­ciałby do tyłu.

Dla­tego musiał pole­gać na dodat­ko­wej szyb­ko­ści i zręcz­no­ści cyny z oło­wiem. Usko­czył w prawo i cze­kał na powrót ostrza. Stwór obró­cił się w mil­cze­niu, spoj­rzał na Elenda, ale nie zaata­ko­wał. Jesz­cze nie do końca ogar­nęła go żądza krwi.

Elend spoj­rzał na swo­jego prze­ro­śnię­tego prze­ciw­nika. Jak tu tra­fi­łem? - pomy­ślał, nie po raz pierw­szy. Jestem uczo­nym, nie wojow­ni­kiem. Do nie­dawna był prze­ko­nany, że w ogóle nie nadaje się na przy­wódcę.

Cza­sami docho­dził do wnio­sku, że za dużo myśli. Teraz rzu­cił się pochy­lony do przodu i ude­rzył. Koloss prze­wi­dział ten ruch i pró­bo­wał opu­ścić swoje ostrze na głowę Elenda. Ten jed­nak Przy­cią­gnął miecz innego kolossa - to wytrą­ciło stwora z rów­no­wagi i pozwo­liło dwóm żoł­nie­rzom na zabi­cie go, ale jed­no­cze­śnie Przy­cią­gnęło Elenda w bok. Led­wie unik­nąw­szy ciosu prze­ciw­nika, obró­cił się w powie­trzu, roz­ja­rzył cynę z oło­wiem i ude­rzył z boku.

Na wylot prze­ciął nogę stwora na wyso­ko­ści kolana, oba­la­jąc go. Vin zawsze powta­rzała, że allo­man­tyczne moce Elenda są nad­zwy­czaj silne. On sam nie miał zbyt wiel­kiego doświad­cze­nia z Allo­man­cją, by móc to oce­nić, ale siła jego wła­snego ciosu spra­wiła, że się zato­czył. Zaraz jed­nak odzy­skał rów­no­wagę i odciął kolos­sowi głowę.

Kilku żoł­nie­rzy wpa­try­wało się w niego. Jego biały mun­dur spla­miła jaskra­wo­czer­wona krew kolossa. Nie po raz pierw­szy. Elend ode­tchnął głę­boko, gdy usły­szał nie­ludz­kie wrza­ski w obo­zie. Stwory zaczy­nały wpa­dać w mor­der­czy szał.

- Utwo­rzyć szyk! - krzyk­nął Elend. - Trzy­mać się razem, przy­go­to­wać się na atak.

Żoł­nie­rze reago­wali powoli. Byli o wiele mniej zdy­scy­pli­no­wani niż oddziały, do któ­rych Elend się przy­zwy­czaił, lecz na jego roz­kaz zbili się w gro­madę. Ven­ture rozej­rzał się po oko­licy. Zabili kilka setek kolos­sów - zadzi­wia­jący wyczyn.

Tyle że łatwa część się skoń­czyła.

- Nie cofać się! - ryczał Elend, bie­gnąc przed sze­re­gami żoł­nie­rzy. - Wal­czyć! Musimy zabić ich jak naj­wię­cej jak naj­szyb­ciej! Wszystko od tego zależy! Niech poznają waszą furię!

Spa­lił mosiądz i Ode­pchnął ich uczu­cia, Uspo­ka­ja­jąc ich strach. Allo­manta nie potra­fił zapa­no­wać nad umy­słami - w każ­dym razie nie nad ludz­kimi - umiał jed­nak pod­sy­cić pewne uczu­cia, jed­no­cze­śnie tłu­miąc inne. I znów, Vin twier­dziła, że Elend umiał wpły­nąć na o wiele więk­szą liczbę ludzi niż powinno to być moż­liwe. Była to kolejna wska­zówka potwier­dza­jąca przy­pusz­cze­nie, że jego umie­jęt­no­ści pocho­dziły z tego samego źró­dła, które wyko­rzy­stali pier­wotni Allo­manci, by zdo­być swoje moce.

Pod wpły­wem Uspo­ka­ja­nia jego żoł­nie­rze się wypro­sto­wali. Elend znów poczuł sza­cu­nek dla tych pro­stych skaa. Choć doda­wał im odwagi, deter­mi­na­cja nale­żała do nich. To byli dobrzy ludzie.

Jeśli będzie miał szczę­ście, ura­tuje część z nich.

Kolossy zaata­ko­wały. Jak miał nadzieję, spora grupa stwo­rów ode­rwała się od obozu i ruszyła w stronę mia­steczka. Nie­któ­rzy żoł­nie­rze krzy­czeli, ale byli zbyt zajęci walką, by za nimi podą­żyć. Elend rzu­cał się do walki w miej­scach, gdzie szyk się chwiał, wzmac­nia­jąc słaby punkt. Robiąc to, spa­lał mosiądz i pró­bo­wał Odpy­chać uczu­cia pobli­skich kolos­sów.

Nic się nie działo. Stwory były odporne na emo­cjo­nalną Allo­man­cję, szcze­gól­nie kiedy już mani­pu­lo­wał nimi ktoś inny. Jed­nak jeśli udało mu się prze­bić, przej­mo­wał cał­ko­witą kon­trolę nad nimi. To wyma­gało czasu, szczę­ścia i deter­mi­na­cji do walki.

I to wła­śnie robił. Wal­czył u boku swo­ich ludzi, patrzył, jak umie­rają, zabi­jał kolossy. Zwi­nął sze­regi, two­rząc pół­okrąg, by unik­nąć oto­cze­nia swo­ich sił. Mimo to walka była ponura. W miarę, jak kolejne grupki kolos­sów wpa­dały w szał i ata­ko­wały, szanse ludzi Elenda malały. Kolossy wciąż opie­rały się jego mani­pu­la­cji. Zbli­żały się coraz bar­dziej...

- Jeste­śmy zgu­bieni! - wrza­snął Fatren.

Elend odwró­cił się, z nie­ja­kim zasko­cze­niem stwier­dza­jąc, że przy­sa­dzi­sty lord stoi u jego boku i wciąż żyje. Ludzie na­dal wal­czyli. Od poja­wie­nia się żądzy krwi minęło może pięt­na­ście minut, ale sze­regi już zaczy­nały się chwiać.

Na nie­bie poja­wiła się plamka.

- Popro­wa­dzi­łeś nas na śmierć! - wrza­snął Fatren. Pokry­wała go krew kolos­sów, poza plamą na ramie­niu, która wyglą­dała na jego wła­sną krew. - Dla­czego?

Elend jedy­nie wska­zał na plamkę.

- Co to? - spy­tał Fatren.

Ven­ture się uśmiech­nął.

- To pierw­sza z armii, które ci obie­ca­łem.

***

Vin spa­dła z nieba w chmu­rze pod­ków, lądu­jąc dokład­nie pośrodku armii kolos­sów. Bez waha­nia wyko­rzy­stała Allo­man­cję, by Ode­pchnąć parę pod­ków w stronę odwra­ca­ją­cego się kolossa. Jedna tra­fiła w czoło stwora, odrzu­ca­jąc go do tyłu, a druga prze­le­ciała nad jego głową i ude­rzyła kolej­nego stwora. Vin obró­ciła się na pię­cie, rzu­ciła kolejną pod­kowę, która minęła szcze­gól­nie dużego kolossa i tra­fiła sto­ją­cego za nim mniej­szego pobra­tymca.

Roz­ja­rzyła żelazo, Przy­cią­ga­jąc tę pod­kowę i zacze­pia­jąc ją o nad­gar­stek więk­szego ze stwo­rów. Przy­cią­ga­nie natych­miast pocią­gnęło ją w stronę kolossa, ale jed­no­cze­śnie wytrą­ciło istotę z rów­no­wagi. Potężny żela­zny miecz ude­rzył w zie­mię w chwili, gdy Vin tra­fiła kolossa w pierś. Wów­czas Ode­pchnęła się od leżą­cej broni i zro­biła w powie­trzu salto do tyłu, gdy inny koloss zamach­nął się w jej stronę.

Unio­sła się na wyso­kość pięt­na­stu stóp. Cios był nie­celny, miecz obciął głowę jed­nego ze stwo­rów poni­żej. Istota, która to zro­biła, nie wyda­wała się zmar­twiona, że zabiła swo­jego towa­rzy­sza - jedy­nie spoj­rzała na Vin z nie­na­wi­ścią w czer­wo­nych oczach.

Vin Przy­cią­gnęła leżący miecz, który uniósł się w jej stronę, ale jed­no­cze­śnie pocią­gnął ją w dół. Chwy­ciła go, opa­da­jąc - ostrze było nie­mal jej wzro­stu, lecz roz­ja­rzona cyna z oło­wiem doda­wała jej sił - i odrą­bała ramię ata­ku­ją­cego kolossa.

Póź­niej obcięła mu nogi na wyso­ko­ści kolan i zosta­wiła na śmierć, zwra­ca­jąc się w stronę kolej­nych prze­ciw­ni­ków. Jak zawsze, kolossy wyda­wały się zafa­scy­no­wane Vin, choć jed­no­cze­śnie roz­ju­szone i zdez­o­rien­to­wane. Koja­rzyły duży roz­miar z nie­bez­pie­czeń­stwem i z tru­dem rozu­miały, jak drobna kobieta w rodzaju Vin - dzie­więt­na­ście lat, led­wie pięć stóp wzro­stu, deli­katna niczym wierzba - mogła sta­no­wić zagro­że­nie. Jed­nak widziały, jak zabija, i to je do niej przy­cią­gało.

Vin to nie prze­szka­dzało.

Wrza­snęła, ata­ku­jąc, choćby po to, by na zbyt cichym polu walki roz­legł się jakiś dźwięk. Kolossy zazwy­czaj prze­sta­wały ryczeć, gdy wpa­dały w szał, i sku­piały się na zabi­ja­niu. Rzu­ciła garść monet, Odpy­cha­jąc je w stronę grupy za ple­cami, po czym sko­czyła do przodu, Przy­cią­ga­jąc się do mie­cza.

Koloss przed nią potknął się. Wylą­do­wała mu na ple­cach, ata­ku­jąc stwora obok. Upadł, a wtedy Vin wbiła miecz w plecy kolossa, na któ­rym stała. Ode­pchnęła się w bok i Przy­cią­ga­niem wycią­gnęła ostrze z umie­ra­ją­cej istoty. Chwy­ciła broń, cięła trze­ciego stwora, po czym rzu­ciła miecz, Odpy­cha­jąc go niczym ogromną strzałę w pierś czwar­tego potwora. To Odpy­cha­nie jed­no­cze­śnie odrzu­ciło ją do tyłu, dzięki czemu unik­nęła ataku. Chwy­ciła miecz wbity w grzbiet stwora, któ­rego prze­biła wcze­śniej, wyry­wa­jąc go, i jed­nym płyn­nym ruchem prze­biła nim oboj­czyk i pierś pią­tej bestii.

Wylą­do­wała na ziemi. Wokół niej kolossy padały mar­twe.

Vin nie była furią. Nie była grozą. Wyro­sła z tego. Widziała, jak Elend umiera - trzy­mała go wtedy w ramio­nach - i wie­działa, że sama na to pozwo­liła. Świa­do­mie.

A jed­nak wciąż żył. Każdy oddech był nie­spo­dzie­wany, być może nie­za­słu­żony. Nie­gdyś bała się, że go zawie­dzie. Jed­nakże jakimś spo­so­bem odna­la­zła spo­kój w zro­zu­mie­niu, że nie powstrzyma go przed ryzy­ko­wa­niem życia. W zro­zu­mie­niu, że wcale nie chce go przed tym powstrzy­my­wać.

Dla­tego nie wal­czyła już ze stra­chu o męż­czy­znę, któ­rego kochała. Miast tego wal­czyła ze zro­zu­mie­niem. Była nożem - nożem Elenda, nożem Ostat­niego Impe­rium. Nie wal­czyła, by chro­nić jed­nego czło­wieka, ale by chro­nić spo­sób życia, jaki stwo­rzył, i ludzi, któ­rych sta­rał się obro­nić.

Spo­kój doda­wał jej sił.

Kolossy umie­rały wokół niej, a szkar­łatna krew, zbyt jaskrawa, by mogła nale­żeć do ludzi, two­rzyła mgiełkę w powie­trzu. W tej armii było ich dzie­sięć tysięcy - zbyt wiele, by zdo­łała je zabić. Nie musiała jed­nak zabi­jać każ­dego z nich.

Musiała je jedy­nie prze­stra­szyć.

Ponie­waż, wbrew temu, co kie­dyś zakła­dała, kolossy odczu­wały strach. Widziała, jak zaczyna wypeł­niać ota­cza­jące ją istoty, ukryty pod fru­stra­cją i wście­kło­ścią. Koloss zaata­ko­wał ją, a wtedy usko­czyła w bok, poru­sza­jąc się z pręd­ko­ścią cyny z oło­wiem. Nie prze­ry­wa­jąc ruchu, wbiła miecz w jego plecy i obró­ciła się, dostrze­ga­jąc potężną istotę prze­bi­ja­jącą się pośród armii w jej stronę.

Dosko­nale, pomy­ślała. Był wielki - być może naj­więk­szy, jakiego kie­dy­kol­wiek widziała. Musiał mieć pra­wie trzy­na­ście stóp wyso­ko­ści. Jego serce już dawno powinno było się pod­dać, a skóra była poroz­ry­wana, wisiała na wie­trze.

Zary­czał, a jego głos odbił się echem wokół dziw­nie cichego pola bitwy. Vin uśmiech­nęła się i spa­liła dura­lu­mi­nium. Pło­nąca w niej cyna z oło­wiem natych­miast wybu­chła, gwał­tow­nie doda­jąc jej sił. Dura­lu­mi­nium spa­lane razem z innym meta­lem wzmac­niało ten drugi metal. Spra­wiało, że bły­ska­wicz­nie pło­nął, odda­jąc w jed­nej chwili całą moc.

Vin spa­liła stal i Ode­pchnęła we wszyst­kie strony. Jej wspo­ma­gane dura­lu­mi­nium Pchnię­cie ude­rzyło niczym fala w mie­cze bie­gną­cych ku niej stwo­rów. Broń wyry­wała się z rąk, kolossy leciały do tyłu, a potężne ciała roz­pro­szyły się niczym płatki popiołu pod krwa­wym słoń­cem. Tylko dzięki wspo­ma­ganej dura­lu­mi­nium cynie z oło­wiem nie została zmiaż­dżona przez wła­sne Odpy­cha­nie.

Jej cyna z oło­wiem i stal znik­nęły, wypa­lone w jed­nym wybu­chu mocy. Wycią­gnęła nie­wielki fla­ko­nik z pły­nem - roz­twór alko­holu z płat­kami metalu - i połknęła go jed­nym hau­stem, uzu­peł­nia­jąc zapasy. Wów­czas spa­liła cynę z oło­wiem i prze­sko­czyła nad powa­lo­nymi, zdez­o­rien­to­wa­nymi kolos­sami, rusza­jąc w stronę wiel­kiej istoty, którą zoba­czyła wcze­śniej. Mniej­szy stwór pró­bo­wał ją powstrzy­mać, lecz chwy­ciła go za nad­gar­stek i prze­krę­ciła, miaż­dżąc staw. Wzięła miecz kolossa, uchy­liła się przed ata­kiem innego i obró­ciła się, za jed­nym zama­chem powa­la­jąc trzy stwory, roz­ci­na­jąc ich kolana.

Skoń­czyw­szy obrót, wbiła miecz w zie­mię. Jak się spo­dzie­wała, ogromny, trzy­na­sto­sto­powy koloss zaata­ko­wał chwilę póź­niej, zamach­nął się mie­czem tak wiel­kim, że aż roz­legł się gwizd powie­trza. Vin wbiła swoje ostrze w ostat­niej chwili, gdyż nawet z pomocą cyny z oło­wiem nie uda­łoby jej się spa­ro­wać takiego ciosu. Broń kolossa ude­rzyła jed­nak w jej usta­bi­li­zo­wane ostrze. Metal zadrżał w jej dło­niach, lecz powstrzy­mał cios.

Palce Vin zamro­wiły od tak potęż­nego ude­rze­nia. Puściła miecz i sko­czyła. Nie Ode­pchnęła się - nie musiała - lecz wylą­do­wała na jelcu swo­jego mie­cza i odbiła się od niego. Na pysku kolossa malo­wało się znane Vin cha­rak­te­ry­styczne zasko­cze­nie, gdy ujrzał, jak kobieta wznosi się na wyso­kość trzy­na­stu stóp, powie­wa­jąc pasmami mgiel­nego płasz­cza.

Kop­nęła kolossa w bok głowy. Kości czaszki pękły. Kolossy były nie­ludzko wytrzy­małe, lecz roz­ja­rzona cyna z oło­wiem wystar­czyła. Stwór wywró­cił oczami i upadł. Vin Ode­pchnęła się lekko od mie­cza, utrzy­mu­jąc się w górze na tyle długo, że kiedy upa­dła, wylą­do­wała dokład­nie na piersi powa­lo­nego stwora.

Ota­cza­jące ją istoty znie­ru­cho­miały. Nawet opę­tane żądzą krwi poczuły wstrząs, gdy jed­nym kop­nię­ciem powa­liła tak ogromną bestię. Może ich umy­sły nie potra­fiły zana­li­zo­wać tego, co wła­śnie zoba­czyły. A może stwory, prócz stra­chu odczu­wały też odro­binę ostroż­no­ści. Vin nie znała ich na tyle, by wie­dzieć na pewno. Wie­działa jed­nak, że w zwy­czaj­nej armii kolos­sów ten czyn zapew­niłby jej posłu­szeń­stwo wszyst­kich stwo­rów, które ją obser­wo­wały.

Nie­stety, tę armię kon­tro­lo­wano z zewnątrz. Wypro­sto­waw­szy się, Vin widziała nie­wielką, zde­spe­ro­waną armię Elenda wal­czącą w pew­nej odle­gło­ści. Z jego pomocą utrzy­mali się. Wal­czący ludzie wywie­rali na kolossy wpływ podobny co tajem­ni­cza siła Vin - istoty nie rozu­miały, jak tak nie­wielka armia może wytrzy­mać ich atak. Nie widzieli strat ani roz­pacz­li­wej sytu­acji grupki Elenda - postrze­gały ich jako mniej­szą, gor­szą armię, która wciąż stoi i wal­czy.

Vin pod­jęła walkę. Kolossy zbli­żały się do niej - z nie­po­ko­jem, ale wciąż nad­cho­dziły. To wła­śnie było dziwne w tych isto­tach. Nie wyco­fy­wały się. Czuły strach, lecz nie umiały na niego zare­ago­wać. A jed­nak osła­biał je. Widziała to w spo­so­bie, w jaki się do niej zbli­żały, jak wyglą­dały. Pra­wie się zła­mały.

Dla­tego spa­liła mosiądz i Ode­pchnęła uczu­cia jed­nego z mniej­szych stwo­rów. Na początku się opie­rał. Pchnęła moc­niej. W końcu w stwo­rze coś pękło i nale­żał już do niej. Ktoś, kto nad nim pano­wał, znaj­do­wał się zbyt daleko i sku­piał się na zbyt wielu kolos­sach naraz. Ta istota - zdez­o­rien­to­wana z powodu żądzy krwi, w cha­osie wstrząsu, stra­chu i fru­stra­cji - zna­la­zła się cał­ko­wi­cie pod men­talną kon­trolą Vin.

Natych­miast kazała mu zaata­ko­wać towa­rzy­szy. Chwilę póź­niej został powa­lony, lecz wcze­śniej zabił dwa inne kolossy. Wal­cząc, Vin prze­chwy­ciła kolej­nego kolossa, póź­niej jesz­cze jed­nego. Ata­ko­wała przy­pad­kowo, macha­jąc mie­czem dla odwró­ce­nia uwagi kolos­sów, gdy wybie­rała człon­ków ich grupy i przej­mo­wała pano­wa­nie nad nimi.

Wkrótce wokół niej zapa­no­wał chaos, a garstka kolos­sów wal­czyła dla niej. Za każ­dym razem, gdy jeden z nich padał, zastę­po­wała go dwoma innymi.

Wal­cząc, znów spoj­rzała w stronę Elenda i poczuła ulgę na widok spo­rej gro­mady kolos­sów wal­czą­cych u boku ludzi. Elend krą­żył wśród nich, już nie wal­czył, lecz przej­mo­wał stwora po stwo­rze. Samotne przy­by­cie Elenda do tego mia­steczka było bar­dzo ryzy­kowne i Vin nie wie­działa, czy je pochwala. Na razie cie­szyła się, że dogo­niła go na czas.

Ona rów­nież prze­stała wal­czyć i skon­cen­tro­wała się na kie­ro­wa­niu swoją nie­wielką armią kolos­sów, jeden po dru­gim wer­bu­jąc nowe stwory. Wkrótce miała ich około setki.

Już nie­długo, pomy­ślała. I rze­czy­wi­ście, wkrótce ujrzała plamkę w powie­trzu, pędzącą w jej stronę wśród pada­ją­cego popiołu. Plamka zmie­niła się w postać w ciem­nych sza­tach, która uno­siła się nad armią, Odpy­cha­jąc się od mie­czy kolos­sów. Męż­czy­zna był łysy i miał wyta­tu­owaną twarz. W pociem­nia­łym od popiołu świe­tle dnia Vin widziała dwa grube kolce wbite w oczo­doły. Sta­lowy Inkwi­zy­tor - nie roz­po­zna­wała go. Celowo wywa­biła go - zabi­ja­jąc i kon­tro­lu­jąc jego kolossy - zmu­sza­jąc go, żeby się ujaw­nił. Teraz musiała się nim zająć.

Inkwi­zy­tor ude­rzył mocno, powa­la­jąc jed­nego z ukra­dzio­nych kolos­sów Vin parą obsy­dia­no­wych topo­rów. Skie­ro­wał ślepe spoj­rze­nie na Vin, a wtedy kobieta wbrew sobie poczuła rodzącą się panikę. W jej umy­śle poja­wiły się kolejne wspo­mnie­nia. Ciemna noc, desz­czowa i pełna cieni. Iglice i wieże. Ból w boku. Długa noc spę­dzona w uwię­zie­niu w pałacu Ostat­niego Impe­ra­tora.

Kel­sier, Oca­lały z Hath­sin, umie­ra­jący na uli­cach Lutha­del.

Vin spa­liła elek­trum. Oto­czyła ją chmura obra­zów, cieni rze­czy, które mogła zro­bić w przy­szło­ści. Elek­trum, allo­man­tyczny stop złota. Elend nazy­wał je "atium dla ubo­gich". Nie wpły­wało na prze­bieg bitwy, jedy­nie neu­tra­li­zo­wało atium, gdyby Inkwi­zy­tor je miał.

Vin zaci­snęła zęby i rzu­ciła się do przodu, gdy armia kolos­sów miaż­dżyła resztki jej skra­dzio­nych stwo­rów. Sko­czyła, lekko Odpy­cha­jąc się od leżą­cego na ziemi mie­cza i pozwo­liła, by pęd poniósł ją w stronę Inkwi­zy­tora. Stwór uniósł topory i zamach­nął się, lecz Vin w ostat­niej chwili Przy­cią­gnęła się w bok. Jej Przy­cią­ga­nie wyrwało miecz z rąk zasko­czo­nego kolossa. Chwy­ciła broń, obra­ca­jąc się w powie­trzu, i pchnęła ją w stronę Inkwi­zy­tora.

Nie­mal bez wysiłku Ode­pchnął w bok potężny kawał metalu. Kel­sie­rowi udało się poko­nać Inkwi­zy­tora, ale po wiel­kich wysił­kach. Sam zgi­nął kilka minut póź­niej, zabity przez Ostat­niego Impe­ra­tora.

Żad­nych wspo­mnień! - powie­działa sobie Vin. Skup się na chwili obec­nej.

Popiół kłę­bił się wokół niej, gdy obró­ciła się w powie­trzu, wciąż w locie po Ode­pchnię­ciu mie­cza. Wylą­do­wała, pośli­zgnęła się na krwi kolos­sów, po czym rzu­ciła się na Inkwi­zy­tora. Świa­do­mie go ścią­gnęła, zabi­ja­jąc jego kolossy i przej­mu­jąc nad nimi pano­wa­nie, zmu­sza­jąc go do uka­za­nia się. Teraz musiała się nim zająć.

Wycią­gnęła szklany szty­let - Inkwi­zy­tor mógłby Ode­pchnąć miecz kolossa - i roz­ja­rzyła cynę z oło­wiem. Pręd­kość, siła i rów­no­waga wypeł­niły jej ciało. Nie­stety, Inkwi­zy­tor też miał cynę z oło­wiem, co czy­niło ich rów­nymi sobie.

Poza jed­nym. Inkwi­zy­tor miał pewną sła­bość. Vin unik­nęła ciosu topo­rem, Przy­cią­ga­jąc się do mie­cza kolossa, by usko­czyć. Póź­niej Ode­pchnęła się od tej samej broni, rzu­ca­jąc się do przodu, i cięła szyję Inkwi­zy­tora. Spa­ro­wał cios mach­nię­ciem ręki, zatrzy­mu­jąc jej ramię. Lecz wtedy drugą ręką chwy­ciła go za szatę.

Vin roz­ja­rzyła żelazo i Przy­cią­gnęła za sie­bie, szar­piąc tuzin mie­czy kolos­sów. Nagłe Przy­cią­ga­nie pocią­gnęło ją do tyłu. Odpy­cha­nie stali i Przy­cią­ga­nie żelaza były raczej potężne i pry­mi­tywne niż sub­telne. Roz­ja­rzyw­szy cynę z oło­wiem, Vin trzy­mała szatę, Inkwi­zy­tor zaś naj­wy­raź­niej zacho­wał rów­no­wagę dzięki Przy­cią­ga­niu mie­czy kolos­sów, które stały przed nim.

Szata się pod­dała, roze­rwała wzdłuż boku, zosta­wia­jąc Vin ze spo­rym kawał­kiem tka­niny w ręku. Plecy Inkwi­zy­tora były odsło­nięte i kobieta powinna zoba­czyć poje­dyn­czy kolec - przy­po­mi­na­jący te w oczach - wysta­jący pomię­dzy łopat­kami istoty. Jed­nakże kolec zasła­niała tar­cza z gru­bej skóry, która przy­kry­wała plecy Inkwi­zy­tora niczym sko­rupa żół­wia, owi­jała się pod pachami i ota­czała jego przód jak dopa­so­wany napier­śnik.

Inkwi­zy­tor obró­cił się z uśmie­chem, a Vin zaklęła. Grzbie­towy kolec był naj­słab­szym punk­tem każ­dego Inkwi­zy­tora. Wyrwa­nie go zabi­jało stwora. I stąd wła­śnie pan­cerz - Vin podej­rze­wała, że Ostatni Impe­ra­tor by na to nie pozwo­lił. On lubił, by jego słu­dzy mieli sła­bo­ści, dzięki temu nad nimi pano­wał.

Vin nie miała wiele czasu na myśle­nie, kolossy bowiem wciąż ata­ko­wały. W chwili, gdy wylą­do­wała na ziemi, odrzu­ca­jąc porwaną tka­ninę, wielki, nie­bie­sko­skóry stwór zamach­nął się na nią. Vin prze­sko­czyła nad mie­czem prze­ciw­nika i Ode­pchnęła się od niego, by wznieść się wyżej.

Inkwi­zy­tor podą­żył za nią; teraz to on ata­ko­wał. Popiół uno­sił się w powie­trzu wokół Vin, gdy ska­kała nad polem walki, pró­bu­jąc myśleć. Znała tylko jesz­cze jeden spo­sób zabi­cia Inkwi­zy­tora - powinna obciąć mu głowę. To jed­nak było łatwiej powie­dzieć niż zro­bić, bio­rąc pod uwagę fakt, że potwór był wspo­ma­gany cyną z oło­wiem.

Wylą­do­wała na opusz­czo­nym wzgó­rzu na skraju pola walki. Inkwi­zy­tor ude­rzył w pokrytą popio­łem zie­mię za jej ple­cami. Vin unik­nęła ciosu topo­rem, pró­bu­jąc zbli­żyć się na tyle, by zadać cios. Wtedy Inkwi­zy­tor zamach­nął się dru­gim ostrzem i Vin została ranna w rękę, gdy paro­wała ude­rze­nie swoim szty­le­tem.

Po jej nad­garstku pły­nęła cie­pła krew. Krew barwy czer­wo­nego słońca. Vin wark­nęła i spoj­rzała na swo­jego nie­ludz­kiego prze­ciw­nika. Uśmie­chy Inkwi­zy­to­rów wytrą­cały ją z rów­no­wagi. Rzu­ciła się do przodu, by znów zadać cios.

Coś zami­go­tało w powie­trzu.

Poru­sza­jące się szybko błę­kitne linie - allo­man­tyczne świa­dec­two pobli­skich kawał­ków metalu. Vin led­wie zdą­żyła prze­rwać atak, gdy garść monet zasko­czyła Inkwi­zy­tora od tyłu, wbi­ja­jąc się w jego ciało w dzie­siątki miejsc.

Stwór wrza­snął i obró­cił się, kapiąc krwią, gdy Elend ude­rzył w zie­mię na szczy­cie wzgó­rza. Jego biały mun­dur spla­miły popiół i krew, lecz twarz męż­czy­zny była czy­sta, a jego oczy błysz­czące. W jed­nej dłoni trzy­mał laskę poje­dyn­kową, drugą oparł o zie­mię, odzy­sku­jąc rów­no­wagę po skoku. Wciąż nie był do końca wyszko­lony w fizycz­nej Allo­man­cji.

Był jed­nak Zro­dzo­nym z Mgły, jak Vin. Inkwi­zy­tor zaś został ranny. Kolossy tło­czyły się wokół wzgó­rza, wspi­na­jąc się na szczyt, lecz Vin i Elend wciąż mieli kilka chwil. Rzu­ciła się do przodu, uno­sząc szty­let, Elend rów­nież zaata­ko­wał. Inkwi­zy­tor pró­bo­wał obser­wo­wać ich oboje naraz, aż wresz­cie jego uśmiech znik­nął. Inkwi­zy­tor pró­bo­wał odsko­czyć.

Elend rzu­cił monetę w powie­trze. Poje­dyn­czy, błysz­czący kawa­łek metalu zawi­ro­wał wśród płat­ków popiołu. Inkwi­zy­tor to zoba­czył i znów się uśmiech­nął, naj­wy­raź­niej cze­ka­jąc na Ode­pchnię­cie Elenda. Zało­żył, że jego masa zosta­nie prze­ka­zana przez monetę, a póź­niej ude­rzy w Elenda, gdyż Elend rów­nież Odpy­chał. Dwaj Allo­manci o podob­nym cię­ża­rze, odpy­cha­jący się od sie­bie. Obaj zostaną odrzu­ceni do tyłu - Inkwi­zy­tor w stronę Vin, gdzie ją zaata­kuje, Elend w stronę gro­mady kolos­sów.

Inkwi­zy­tor nie prze­wi­dział jed­nak allo­man­tycz­nej siły Elenda. Elend rze­czy­wi­ście się potknął, lecz Inkwi­zy­tor został odrzu­cony do tyłu nagłym bru­tal­nym Ode­pchnię­ciem.

Jest taki potężny! - pomy­ślała Vin, obser­wu­jąc upa­dek zasko­czo­nego Inkwi­zy­tora. Elend nie był zwy­czaj­nym Allo­mantą - jesz­cze nie do końca pano­wał nad swo­imi zdol­no­ściami, ale kiedy roz­ja­rzył metale i Odpy­chał, to naprawdę Odpy­chał.

Vin rzu­ciła się do ataku, gdy Inkwi­zy­tor pró­bo­wał odzy­skać pano­wa­nie nad sobą. Udało mu się chwy­cić ją za rękę, gdy opusz­czała nóż, jego potężny chwyt spra­wił, że przez jej ranne ramię prze­szła fala bólu. Krzyk­nęła, gdy odrzu­cił ją w bok.

Vin ude­rzyła o zie­mię i prze­to­czyła się, pod­ry­wa­jąc się znów na równe nogi. Świat zawi­ro­wał i widziała, jak Elend unosi laskę poje­dyn­kową w stronę Inkwi­zy­tora. Stwór zablo­ko­wał cios ręką, miaż­dżąc drewno, po czym rzu­cił się do przodu i wbił łokieć w pierś Elenda. Ten sap­nął.

Vin Ode­pchnęła się od kolos­sów, które znaj­do­wały się w odle­gło­ści zale­d­wie kilku stóp, i znów rzu­ciła się w stronę Inkwi­zy­tora. Upu­ściła nóż, ale on stra­cił topory. Widziała, jak spo­gląda w bok, w stronę porzu­co­nej broni, nie dała mu jed­nak szansy po nią się­gnąć. Ude­rzyła w niego, pró­bu­jąc go oba­lić na zie­mię. Nie­stety, był o wiele więk­szy - i sil­niej­szy - niż ona. Rzu­cił ją na zie­mię, pozba­wia­jąc tchu.

Kolossy dotarły do nich. Elend chwy­cił jeden z upusz­czo­nych topo­rów i zaata­ko­wał Inkwi­zy­tora.

Stwór poru­szył się gwał­tow­nie. Jego postać się zamgliła i Elend prze­ciął powie­trze. Ven­ture się obró­cił. Na jego twa­rzy malo­wał się wstrząs, gdy Inkwi­zy­tor zbli­żył się do niego, uno­sząc nie topór, lecz - co dziwne - meta­lowy kolec, przy­po­mi­na­jący te wbite w jego ciało, lecz węż­szy i dłuż­szy. Istota unio­sła kolec, poru­sza­jąc się nie­ludzko szybko, szyb­ciej niż jaki­kol­wiek Allo­manta.

To nie cyna z oło­wiem, pomy­ślała Vin. To nawet nie dura­lu­mi­nium. Pod­nio­sła się, obser­wu­jąc Inkwi­zy­tora. Jego ruchy były już wol­niej­sze, lecz na­dal znaj­do­wał się w odpo­wied­niej pozy­cji, by wbić kolec w plecy Elenda. Vin znaj­do­wała się za daleko, by pomóc.

Ale kolossy nie. Wspi­nały się na wzgó­rze, kilka stóp od Elenda i jego prze­ciw­nika. Zde­spe­ro­wana Vin roz­ja­rzyła mosiądz i pochwy­ciła uczu­cia kolossa naj­bliż­szej Inkwi­zy­tora. Gdy tam­ten ruszył do ataku na Elenda, jej koloss odwró­cił się, zamach­nął kli­no­wa­tym mie­czem i ude­rzył Inkwi­zy­tora w twarz.

Nie odciął głowy od ciała, jedy­nie zmiaż­dżył czaszkę. Naj­wy­raź­niej to wystar­czyło, gdyż Inkwi­zy­tor upadł i znie­ru­cho­miał.

Armię kolos­sów prze­szedł dreszcz.

- Elen­dzie! - powie­działa Vin. - Teraz!

Cesarz odwró­cił się od umie­ra­ją­cego Inkwi­zy­tora i Vin widziała kon­cen­tra­cję na jego twa­rzy. Widziała raz, jak Ostatni Impe­ra­tor wpływa emo­cjo­nalną Allo­man­cją na uczu­cia placu peł­nego ludzi. Był sil­niej­szy niż ona, sil­niej­szy nawet od Kel­siera.

Nie widziała, jak Elend spala dura­lu­mi­nium, a póź­niej mosiądz, lecz poczuła to. Poczuła, jak napiera na jej uczu­cia, gdy wysłał ogólną falę mocy, Uspo­ka­ja­jąc tysiące kolos­sów jed­no­cze­śnie. Wszyst­kie prze­stały wal­czyć. W pew­nej odle­gło­ści Vin widziała nie­do­bitki chłop­skiej armii Elenda, sto­jące w kręgu tru­pów. Popiół wciąż padał. Ostat­nio pra­wie nie prze­sta­wał.

Kolossy opu­ściły broń. Elend zwy­cię­żył.

4

4

Sazed, główny amba­sa­dor Nowego Impe­rium, czy­tał leżący przed nim arkusz papieru. Zasady ludu Cazzi. O pięk­nie śmier­tel­no­ści, wadze śmierci i nie­zbęd­nej roli ludz­kiego ciała jako czę­ści boskiej cało­ści.

Słowa te napi­sał wła­sną ręką, prze­ko­pio­wał je z jed­nej z mie­dzio­my­śli, w któ­rych prze­cho­wy­wał zawar­tość tysiąca ksiąg. Pod nagłów­kiem, wypeł­nia­jąc ści­śnię­tym pismem nie­mal cały arkusz, wypi­sał pod­sta­wowe wie­rze­nia Cazzi i zasady ich reli­gii.

Oparł się wygod­niej na krze­śle, uniósł papier i po raz kolejny przyj­rzał się swoim notat­kom. Od dobrego dnia sku­piał się na tej reli­gii i chciał pod­jąć decy­zję na jej temat. Od dawna dużo wie­dział na temat wie­rzeń Cazzi, gdyż badał je - podob­nie jak inne wiary z okresu przed Wstą­pie­niem - przez więk­szość życia. Reli­gie były jego namięt­no­ścią, punk­tem klu­czo­wym badań.

A póź­niej nad­szedł dzień, kiedy uświa­do­mił sobie, że cała jego nauka była bez zna­cze­nia.

Reli­gia Cazzi jest sprzeczna wewnętrz­nie, uznał, robiąc pió­rem notatkę na mar­gi­ne­sie. Wyja­śnia, że wszyst­kie istoty są czę­ścią "boskiej cało­ści", i suge­ruje, że każde ciało jest dzie­łem sztuki stwo­rzo­nym przez ducha, który pra­gnie żyć na tym świe­cie.

Jed­nakże, zgod­nie z inną z jej zasad, źli są karani cia­łami, które nie dzia­łają popraw­nie. Zda­niem Sazeda, wstrętna dok­tryna. Ci, któ­rzy uro­dzili się z ułom­no­ściami umy­sło­wymi lub fizycz­nymi, zasłu­gi­wali na współ­czu­cie, być może na litość, lecz nie pogardę. Poza tym, które z ide­ałów reli­gii były praw­dziwe? To, że duchy wybie­rały i two­rzyły sobie ciała zgod­nie z wła­sną wolą, czy te, że były karane cia­łem wybra­nym dla nich? A co z wpły­wem pocho­dze­nia na rysy i tem­pe­ra­ment dziecka?

Poki­wał głową i zro­bił notatkę na dole arku­sza papieru. "Logicz­nie nie­spójna. Wyraź­nie nie­praw­dziwa".

- Co ty tu masz? - spy­tał Bre­eze.

Sazed uniósł wzrok. Bre­eze sie­dział przy nie­wiel­kim sto­liku, popi­ja­jąc wino i zaja­da­jąc wino­grona. Miał na sobie typowy strój szla­chet­nie uro­dzo­nego, łącz­nie z ciem­nym sur­du­tem, jaskra­wo­czer­woną kami­zelką i laską poje­dyn­kową, którą lubił gesty­ku­lo­wać, kiedy mówił. Odzy­skał więk­szość wagi utra­co­nej pod­czas oblę­że­nia Lutha­del i póź­niej­szych dni, i znów można go było okre­ślić jako kor­pu­lent­nego.

Sazed spu­ścił wzrok. Sta­ran­nie dołą­czył arkusz do wielu innych w teczce, po czym zamknął obitą płót­nem okładkę i zawią­zał sznurki.

- To nic waż­nego, lor­dzie Bre­eze - stwier­dził.

Bre­eze popi­jał wino.

- Nic waż­nego? Zawsze masz koło sie­bie te papiery. Kiedy tylko masz wolną chwilę, wyj­mu­jesz jeden z nich.

Sazed poło­żył teczkę obok krze­sła. Jak to wyja­śnić? Na każ­dym arku­szu znaj­do­wał się zarys jed­nej z ponad trzy­stu reli­gii, jakie opi­sali Opie­ku­no­wie. Każda była obec­nie "mar­twa", gdyż Ostatni Impe­ra­tor wyko­rze­nił je na początku swo­ich rzą­dów, ponad tysiąc lat temu.

Przed rokiem uko­chana Sazeda umarła. Teraz chciał wie­dzieć... nie, musiał wie­dzieć... czy reli­gie świata miały dla niego odpo­wiedź. Odnaj­dzie prawdę albo wyeli­mi­nuje każde z wie­rzeń.

Bre­eze wciąż się w niego wpa­try­wał.

- Wolał­bym raczej o tym nie roz­ma­wiać, lor­dzie Bre­eze - powie­dział w końcu Sazed.

- Jak sobie życzysz - odparł Bre­eze, uno­sząc kubek. - Może mógł­byś wyko­rzy­stać swoje feru­che­miczne moce, by pod­słu­chać roz­mowę w sąsied­niej kom­na­cie...

- Nie sądzę, by to było uprzejme.

Bre­eze się uśmiech­nął.

- Mój drogi Ter­ri­sa­ni­nie, tylko ty możesz naje­chać mia­sto, a następ­nie mar­twić się "uprzej­mo­ścią" wobec dyk­ta­tora, któ­remu gro­zisz.

Sazed spu­ścił wzrok, czu­jąc nie­ja­kie zawsty­dze­nie. Nie mógł jed­nak zaprze­czyć uwa­gom Bre­eze'a. Choć obaj nie przy­pro­wa­dzili armii do mia­sta Lekal, to rze­czy­wi­ście mieli zamiar je pod­bić. Po pro­stu zamie­rzali to zro­bić za pomocą kartki papieru, nie mie­cza.

Wszystko zale­żało od tego, co się działo w sąsied­niej kom­na­cie. Czy król pod­pi­sze trak­tat, czy też nie? Sazed i Bre­eze mogli jedy­nie cze­kać. Kusiło go, żeby wyjąć teczkę i przej­rzeć kolejną reli­gię na ster­cie. Przez ponad dzień roz­wa­żał Cazzi, a teraz, gdy pod­jął decy­zję, pra­gnął przejść do następ­nego arku­sza. Przez ostatni rok przej­rzał około dwóch trze­cich reli­gii. Pozo­stała mu już nie­cała setka, choć ta liczba była raczej bliż­sza dwu­stu, jeśli uwzględni wszyst­kie odłamy i sekty.

Był bli­sko. W ciągu kolej­nych kilku mie­sięcy zaj­mie się resztą reli­gii. Pra­gnął nad każdą uczci­wie się zasta­no­wić. Z pew­no­ścią jedna z pozo­sta­łych ude­rzy go jako zawie­ra­jąca kwin­te­sen­cję prawdy, któ­rej szu­kał. Z pew­no­ścią jedna z nich powie mu, co się stało z duchem Tin­dwyl bez wewnętrz­nych sprzecz­no­ści w kilku róż­nych miej­scach.

Na razie jed­nak czułby się skrę­po­wany, czy­ta­jąc w obec­no­ści Bre­eze'a. Dla­tego też zmu­sił się do sie­dze­nia i cier­pli­wego cze­ka­nia.

Kom­nata, w któ­rej się znaj­do­wali, była bogato zdo­biona, zgod­nie z naj­lep­szymi wzor­cami sta­rej impe­rial­nej ary­sto­kra­cji. Sazed nie był przy­zwy­cza­jony do takich ozdób, już nie. Elend sprze­dał lub spa­lił więk­szość wystaw­nych deko­ra­cji - jego lud potrze­bo­wał jedze­nia i cie­pła pod­czas zimy. Wyda­wało się, że król Lekal tego nie zro­bił, choć być może dla­tego, że zimy na połu­dniu były łagod­niej­sze.

Sazed wyj­rzał przez okno, obok któ­rego sie­dział. Mia­sto Lekal nie miało praw­dzi­wego pałacu - jesz­cze przed dwoma laty była to jedy­nie wiej­ska posia­dłość. Z okien rezy­den­cji można było jed­nak oglą­dać roz­wi­ja­jące się mia­sto - które w tej chwili bar­dziej przy­po­mi­nało dużą dziel­nicę bie­doty niż praw­dziwe mia­sto.

Mimo to, owa dziel­nica bie­doty pano­wała nad zie­miami, które znaj­do­wały się nie­bez­piecz­nie bli­sko gra­nic Elenda. Potrze­bo­wali lojal­no­ści króla Lekala. I dla­tego Elend wysłał kon­tyn­gent - w tym Sazeda, swo­jego głów­nego amba­sa­dora - by zapew­nić sobie współ­pracę władcy mia­sta Lekal. Ten czło­wiek nara­dzał się w sąsied­niej kom­na­cie ze swo­imi dorad­cami, pró­bu­jąc zade­cy­do­wać, czy pod­pi­sać trak­tat - który uczy­niłby ich pod­da­nymi Elenda Ven­ture.

Główny amba­sa­dor Nowego Impe­rium...

Sazed nie­zbyt lubił swój nowy tytuł, suge­ro­wał on bowiem, że jest oby­wa­te­lem impe­rium. Ter­ri­sa­nie, jego lud, przy­się­gali, że ni­gdy wię­cej nie będą mieli panów. Prze­żyli tysiąc lat uci­sku, hodo­wani jak zwie­rzęta i prze­mie­nieni w dosko­na­łych, ule­głych słu­żą­cych. Dopiero upa­dek Ostat­niego Impe­rium dał Ter­ri­sa­nom moż­li­wość samo­sta­no­wie­nia.

Na razie nie szło im z tym naj­le­piej. Oczy­wi­ście nie pomo­gło im to, że Sta­lowi Inkwi­zy­to­rzy wymor­do­wali całą radę, która nimi rzą­dziła, pozo­sta­wia­jąc lud Sazeda bez wła­dzy i przy­wódz­twa.

W pew­nym sen­sie i tak jeste­śmy hipo­kry­tami, pomy­ślał. Ostatni Impe­ra­tor był Ter­ri­sa­ni­nem. Jeden z naszych uczy­nił nam te straszne rze­czy. Jakim pra­wem mamy się upie­rać, by nie nazy­wać żad­nego obcego naszym panem? To nie cudzo­zie­miec znisz­czył nasz lud, naszą kul­turę i reli­gię.

I tak oto Sazed peł­nił funk­cję głów­nego amba­sa­dora Elenda Ven­ture. Elend był przy­ja­cie­lem, czło­wie­kiem, któ­rego sza­no­wał bar­dziej niż kogo­kol­wiek. W oczach Sazeda nawet sam Oca­lały nie miał takiej siły cha­rak­teru, jak Elend Ven­ture. Cesarz nie pró­bo­wał zdo­być wła­dzy nad Ter­ri­sa­nami, nawet kiedy przy­jął uchodź­ców na swoje zie­mie. Sazed nie był pewien, czy jego rodacy są wolni, ale z pew­no­ścią mieli ogromny dług wobec Elenda Ven­ture. Z rado­ścią peł­nił funk­cję jego amba­sa­dora.

Nawet jeśli czuł, że powi­nien robić coś innego. Na przy­kład prze­wo­dzić swo­jemu ludowi.

Nie, pomy­ślał, spo­glą­da­jąc na teczkę. Nie. Nie może im prze­wo­dzić czło­wiek pozba­wiony wiary. Naj­pierw muszę zna­leźć prawdę. Jeśli ist­nieje.

- Z pew­no­ścią zaj­muje im to dużo czasu - powie­dział Bre­eze, zja­da­jąc wino­grono. - Można by pomy­śleć, że po tym wszyst­kim, co im powie­dzie­li­śmy, żeby dotrzeć do tego punktu, powinni już wie­dzieć, czy mają zamiar pod­pi­sać trak­tat.

Sazed spoj­rzał w stronę rzeź­bio­nych drzwi po dru­giej stro­nie kom­naty. Co zade­cy­duje król Lekal? Czy naprawdę ma wybór?

- Jak sądzisz, lor­dzie Bre­eze, czy postą­pi­li­śmy dobrze? - spy­tał Sazed.

Bre­eze prych­nął.

- Dobro i zło się nie liczą. Gdy­by­śmy my nie przy­byli, żeby zastra­szyć króla Lekala, zro­biłby to ktoś inny. Tu cho­dzi o koniecz­ność stra­te­giczną. Albo przy­naj­mniej ja tak to postrze­gam... może jestem bar­dziej wyra­cho­wany niż inni.

Sazed spoj­rzał na przy­sa­dzi­stego męż­czy­znę. Bre­eze był Uspo­ka­ja­czem - w rze­czy samej, był naj­bar­dziej bez­wstyd­nym, osten­ta­cyj­nym Uspo­ka­ja­czem, jakiego Sazed kie­dy­kol­wiek poznał. Więk­szość z nich korzy­stała ze swo­ich mocy z ostroż­no­ścią i deli­kat­no­ścią, kie­ru­jąc emo­cjami wyłącz­nie w naj­bar­dziej dogod­nych chwi­lach. Bre­eze jed­nak bawił się uczu­ciami wszyst­kich wokół. Sazed nawet w tej chwili czuł dotknię­cie męż­czy­zny na swo­ich uczu­ciach - choć tylko dla­tego, że wie­dział, czego się spo­dzie­wać.

- Jeśli mi wyba­czysz tę uwagę, lor­dzie Bre­eze - powie­dział Sazed - to wiedz, nie oszu­ku­jesz mnie z taką łatwo­ścią, jak ci się wydaje.

Bre­eze uniósł brew.

- Wiem, że jesteś dobrym czło­wie­kiem - mówił dalej Ter­ri­sa­nin. - Bar­dzo sta­rasz się to ukryć. Wszem wobec poka­zu­jesz swoją bez­dusz­ność i ego­izm. Tyle że dla tych, któ­rzy patrzą na to, co robisz, a nie tylko na to, co mówisz, jesteś o wiele bar­dziej przej­rzy­sty.

Bre­eze spo­chmur­niał, a Sazed poczuł odro­binę zado­wo­le­nia, że udało mu się go zasko­czyć. Naj­wy­raź­niej nie spo­dzie­wał się, że Sazed będzie mówił tak otwar­cie.

- Mój drogi - powie­dział Uspo­ka­jacz, pocią­ga­jąc łyk wina - jestem roz­cza­ro­wany. Czy przed chwilą nie wspo­mi­na­łeś o uprzej­mo­ści? Nie jest wcale uprzej­mie wyja­wiać mroczną tajem­nicę sta­rego, zrzę­dli­wego pesy­mi­sty.

- Mroczną tajem­nicę? - powtó­rzył Sazed. - Że masz dobre serce?

- To cecha, któ­rej bar­dzo sta­ra­łem się pozbyć - powie­dział lek­kim tonem Bre­eze. - Nie­stety, oka­za­łem się zbyt słaby. A teraz, by cał­ko­wi­cie zmie­nić temat... który uwa­żam za sta­now­czo zbyt nie­wy­godny... powrócę do two­jego wcze­śniej­szego pyta­nia. Pytasz, czy postę­pu­jemy dobrze? To zna­czy w czym? Zmu­sza­jąc króla Lekala do uzna­nia zwierzch­no­ści Elenda?

Sazed poki­wał głową.

- Cóż - stwier­dził Bre­eze - muszę powie­dzieć, że tak, robimy dobrze. Nasz trak­tat zapewni Leka­lowi ochronę armii Elenda.

- Kosz­tem jego swo­body samo­sta­no­wie­nia.

- Phi - mruk­nął Uspo­ka­jacz, mach­nąw­szy ręką. - Obaj wiemy, że Elend jest o wiele lep­szym władcą, niż Lekal mógłby się kie­dy­kol­wiek stać. Na Ostat­niego Impe­ra­tora, więk­szość z jego ludzi mieszka w na wpół ukoń­czo­nych szo­pach!

- Ow­szem, ale musisz przy­znać, że go zastra­szy­li­śmy.

Bre­eze się skrzy­wił.

- Na tym polega poli­tyka. Saze­dzie, kuzyn tego czło­wieka posłał armię kolos­sów, by znisz­czyć Lutha­del! Ma szczę­ście, że w odpo­wie­dzi Elend nie zrów­nał całego mia­sta z zie­mią. Mamy więk­sze armie, wię­cej zaso­bów i lep­szych Allo­man­tów. Tym ludziom będzie się żyło lepiej, kiedy Lekal pod­pi­sze trak­tat. Co się z tobą dzieje, mój drogi? Jesz­cze dwa dni temu przy stole nego­cja­cyj­nym sam wysu­wa­łeś takie argu­menty.

- Prze­pra­szam, lor­dzie Bre­eze - odparł Sazed. - Wydaje mi się... że jestem ostat­nio prze­korny.

Bre­eze mil­czał przez chwilę.

- Wciąż boli, prawda? - spy­tał.

Ten czło­wiek sta­now­czo zbyt dobrze rozu­mie uczu­cia innych, pomy­ślał Sazed.

- Tak - wyszep­tał w końcu.

- Prze­sta­nie - stwier­dził Bre­eze. - Kie­dyś.

Naprawdę? - pomy­ślał Sazed, odwra­ca­jąc wzrok. Minął rok, a on wciąż czuł... jakby już wszystko zawsze było nie tak. Cza­sami zasta­na­wiał się, czy zato­pie­nie w reli­giach nie było spo­so­bem ucieczki przed bólem.

Jeśli tak, to wybrał kiep­ski spo­sób na pora­dze­nie sobie z sytu­acją, ból bowiem cze­kał na niego zawsze. Zawiódł. Nie, to wiara go zawio­dła. Nic mu nie pozo­stało.

Po pro­stu wszystko... znik­nęło.

- Posłu­chaj - powie­dział Bre­eze - sie­dze­nie tutaj i cze­ka­nie, aż Lekal podej­mie decy­zję, naj­wy­raź­niej wywo­łuje w nas nie­pew­ność. Może poroz­ma­wiamy o czymś innym? Może opo­wiesz mi o jed­nej z tych reli­gii, które znasz na pamięć. Od mie­sięcy nie pró­bo­wa­łeś mnie nawró­cić!

- Od ponad roku nie noszę mie­dzio­my­śli, Bre­eze.

- Ale z pew­no­ścią coś pamię­tasz. Dla­czego nie spró­bu­jesz mnie nawró­cić? Wiesz, w imię sta­rych dobrych cza­sów i tak dalej.

- Nie sądzę, Bre­eze.

Wyda­wało mu się to czymś w rodzaju zdrady wła­snego dzie­dzic­twa. Jako Opie­kun - ter­ri­sań­ski Feru­che­mik - umiał prze­cho­wy­wać wspo­mnie­nia w kawał­kach mie­dzi, a póź­niej po nie się­gać. W cza­sach Ostat­niego Impe­rium podobni Saze­dowi wiele wycier­pieli, by zebrać ogromne zasoby wie­dzy, i to nie tylko na temat reli­gii. Zbie­rali wszyst­kie odłamki infor­ma­cji, jakie udało im się zna­leźć o cza­sach przed Ostat­nim Impe­ra­to­rem. Zapa­mię­ty­wali je i prze­ka­zy­wali innym, dla zacho­wa­nia dokład­no­ści pole­ga­jąc na Feru­che­mii.

Nie odna­leźli jed­nak jed­nej rze­czy, któ­rej szu­kali naj­bar­dziej gor­li­wie, od któ­rej zaczęli swoją misję - reli­gii Ter­ris. Została zupeł­nie wyma­zana przez Ostat­niego Impe­ra­tora w pierw­szym stu­le­ciu jego rzą­dów.

Mimo to, tak wielu pra­co­wało, krwa­wiło i umie­rało, by Sazed mógł otrzy­mać ogromne zasoby, które odzie­dzi­czył. A on je zdjął. Po odzy­ska­niu swo­ich nota­tek na temat każ­dej reli­gii, zapi­sa­niu ich na kart­kach, które teraz nosił w teczce, zdjął wszyst­kie swoje metal­my­śli i je scho­wał.

Po pro­stu... nie miały już zna­cze­nia. Cza­sami nic nie miało. Pró­bo­wał nie zasta­na­wiać się na tym zbyt długo, lecz w jego gło­wie ukry­wała się myśl, strasz­liwa i nie­moż­liwa do ode­gna­nia. Czuł się spla­miony, nie­godny. O ile Sazed wie­dział, był ostat­nim żyją­cym Feru­che­mi­kiem. Nie mieli na razie moż­li­wo­ści prze­pro­wa­dze­nia poszu­ki­wań, lecz w ciągu roku żadni Opie­ku­no­wie nie dotarli na zie­mie Elenda. Został tylko Sazed. A on, jak każdy ter­ri­sań­ski lokaj, został w dzie­ciń­stwie wyka­stro­wany. Dzie­dziczna moc Feru­che­mii może umrzeć razem z nim. Pozo­sta­nie nie­wielki ślad pośród Ter­ri­san, ale bio­rąc pod uwagę wysiłki Ostat­niego Impe­ra­tora, by go usu­nąć, i śmierć Synodu... sytu­acja nie wyglą­dała dobrze.

Metal­my­śli pozo­stały zapa­ko­wane, zabie­rał je wszę­dzie ze sobą, ale z nich nie korzy­stał. Wąt­pił, by miał kie­dy­kol­wiek do nich się­gnąć.

- I jak? - spy­tał Bre­eze. Pod­niósł się i pod­szedł bli­żej, po czym oparł się o okno obok Sazeda. - Nie opo­wiesz mi o reli­gii? Która to będzie? Ta, w któ­rej ludzie two­rzyli mapy? Ta, która odda­wała cześć rośli­nom? Z pew­no­ścią masz taką, w któ­rej wiel­bią wino. Ona mogłaby mi się spodo­bać.

- Pro­szę, lor­dzie Bre­eze - powie­dział Sazed, wyglą­da­jąc na mia­sto. Padał popiół. Ostat­nio cią­gle padał. - Nie chcę o tym roz­ma­wiać.

- Co? Jak to moż­liwe?

- Gdyby ist­niał Bóg, Bre­eze - stwier­dził Ter­ri­sa­nin - jak myślisz, czy pozwo­liłby, żeby Ostatni Impe­ra­tor zabił tylu ludzi? Czy pozwo­liłby, żeby świat stał się takim miej­scem, jakim jest teraz? Nie będę nauczał cie­bie... ani nikogo innego... reli­gii, która nie potrafi odpo­wie­dzieć na moje pyta­nia. Już ni­gdy.

Bre­eze mil­czał.

Sazed poło­żył rękę na brzu­chu. Słowa Bre­eze'a go raniły. Przy­po­mi­nały mu tam­ten strasz­liwy czas przed rokiem, gdy została zabita Tin­dwyl. Kiedy Sazed wal­czył z Mar­shem przy Studni Wstą­pie­nia i sam omal nie zgi­nął. Nawet przez ubra­nie czuł bli­zny na brzu­chu, gdzie Marsh ude­rzył go worecz­kiem meta­lo­wych pier­ścieni, prze­bi­ja­jąc skórę Sazeda i nie­mal go zabi­ja­jąc.

Wyko­rzy­stał feru­che­miczną moc tych wła­śnie pier­ścieni, by ura­to­wać życie i ule­czyć ciało, zata­pia­jąc je wewnątrz sie­bie. Nie­długo po ich ponow­nym napeł­nie­niu i zgro­ma­dze­niu odpo­wied­niej ilo­ści zdro­wia, kazał chi­rur­gowi usu­nąć pier­ścienie z ciała. Mimo sprze­ci­wów Vin, że ukry­cie ich w środku daje mu prze­wagę, Sazed mar­twił się, że trzy­ma­nie ich wewnątrz ciała jest nie­bez­pieczne dla zdro­wia. Poza tym chciał się ich pozbyć.

Bre­eze wyj­rzał przez okno.

- Zawsze byłeś naj­lep­szym z nas, Saze­dzie - powie­dział cicho. - Ponie­waż w coś wie­rzy­łeś.

- Przy­kro mi, lor­dzie Bre­eze. Nie chcia­łem cię roz­cza­ro­wać.

- Ależ wcale mnie nie roz­cza­ro­wu­jesz - sprze­ci­wił się Bre­eze. - Ponie­waż nie wie­rzę w to, co powie­dzia­łeś. Bycie ate­istą nie leży w two­jej natu­rze, Saze­dzie. Czuję, że nie będziesz w tym dobry... to do cie­bie nie pasuje. W końcu ci się odmieni.

Sazed zacho­wał spo­kój. Jak na Ter­ri­sa­nina, uwa­żano go za aro­ganc­kiego, ale nie miał ochoty się dłu­żej kłó­cić.

- Ni­gdy ci nie podzię­ko­wa­łem - powie­dział Bre­eze.

- Za co, lor­dzie Bre­eze?

- Za wycią­gnię­cie mnie z samego sie­bie - odparł. - Za zmu­sze­nie mnie do wsta­nia, rok temu, i rusze­nia dalej. Gdy­byś mi nie pomógł, nie wiem, czy kie­dy­kol­wiek pogo­dził­bym się z tym... co się wyda­rzyło.

Sazed poki­wał głową. Mimo to, jego myśli były pełne gory­czy.

Tak, widzia­łeś znisz­cze­nie i śmierć, przy­ja­cielu. Ale kobieta, którą ty kochasz, wciąż żyje. Ja też mógł­bym powró­cić, gdy­bym jej nie utra­cił. Wró­cił­bym do sie­bie, tak jak ty.

Drzwi się otwo­rzyły.

Sazed i Bre­eze odwró­cili się. Do środka wszedł jeden z dorad­ców, nio­sąc ozdobny arkusz per­ga­minu. Król Lekal pod­pi­sał trak­tat na dole. Jego pod­pis był malutki, nie­mal ści­śnięty, na prze­zna­czo­nym na niego dużym miej­scu. Wie­dział, że został poko­nany.

Doradca poło­żył trak­tat na stole i się wyco­fał.

5

5

Elend ukląkł obok powa­lo­nego Inkwi­zy­tora, pró­bu­jąc zigno­ro­wać krwawe resztki głowy stwora. Gdy Vin pode­szła bli­żej, zauwa­żył ranę na jej ramie­niu. Jak zwy­kle, igno­ro­wała swoje obra­że­nia.

Armia kolos­sów stała spo­koj­nie wokół nich. Elend wciąż nie czuł się swo­bod­nie, panu­jąc nad stwo­rami. Czuł się... ska­żony, nawet prze­by­wa­jąc w ich oto­cze­niu. To jed­nak było jedyne roz­wią­za­nie.

- Coś jest nie tak, Elen­dzie - powie­działa Vin.

Uniósł wzrok.

- Co? Myślisz, że w oko­licy może być jesz­cze jeden?

Pokrę­ciła głową.

- Nie to. Ten Inkwi­zy­tor pod koniec poru­szał się sta­now­czo za szybko. Ni­gdy nie widzia­łam nikogo, nawet Allo­manty, kto byłby tak szybki.

- Musiał mieć dura­lu­mi­nium - rzekł Elend, spusz­cza­jąc wzrok.

Przez jakiś czas wraz z Vin mieli prze­wagę dzięki dostę­powi do allo­man­tycz­nego metalu, o któ­rym Inkwi­zy­to­rzy nie wie­dzieli. Raporty wska­zy­wały, że utra­cili już tę prze­wagę.

Na szczę­ście, wciąż mieli elek­trum. Atium dla ubo­gich. Wła­ści­wie powinni podzię­ko­wać za nie Ostat­niemu Impe­ra­to­rowi. W nor­mal­nej sytu­acji Allo­manta spa­la­jący atium - które pozwa­lało mu spoj­rzeć odro­binę w przy­szłość - był nie­mal nie­po­ko­nany. Prze­ciwko niemu mógł wal­czyć jedy­nie inny Allo­manta spa­la­jący ten sam metal. Chyba że ktoś miał elek­trum. Stop nie dawał tak wiel­kiej mocy, ale czy­nił nie­wraż­li­wym na atium, co było bez­cenne.

- Elen­dzie - powie­działa Vin, klę­ka­jąc - to nie było dura­lu­mi­nium. Inkwi­zy­tor poru­szał się zde­cy­do­wa­nie za szybko.

Elend spo­chmur­niał. Widział ruch Inkwi­zy­tora jedy­nie kątem oka, ale z pew­no­ścią nie był aż tak szybki. Vin miała skłon­ność do para­noi i prze­wi­dy­wa­nia naj­gor­szego.

Oczy­wi­ście, miała też w zwy­czaju nie­omyl­ność.

Wycią­gnęła rękę i chwy­ciła przód szaty trupa, zry­wa­jąc ją. Elend odwró­cił wzrok.

- Vin! Miej tro­chę sza­cunku dla umar­łych.

- Dla tych stwo­rów nie mam sza­cunku - sprze­ci­wiła się - i ni­gdy nie będę go miała. Widzia­łeś, jak pró­bo­wał użyć jed­nego ze swo­ich kol­ców, żeby cię zabić.

- To rze­czy­wi­ście było dziwne. Może czuł, że nie zdoła dotrzeć do topo­rów?

- Popatrz.

Elend znów się odwró­cił. Inkwi­zy­tor miał więk­szość stan­dar­do­wych kol­ców - trzy mię­dzy żebrami po pra­wej stro­nie piersi, a cztery po lewej. Bra­ko­wało kolca atium, więc być może Inkwi­zy­tor był pier­wot­nie Zro­dzo­nym z Mgły. Ale... był jesz­cze jeden - nie miały go trupy Inkwi­zy­torów, które Elend widział wcze­śniej - prze­bi­ja­jący śro­dek piersi.

Na Ostat­niego Impe­ra­tora, pomy­ślał Elend. Ten musiał prze­bić serce. Jak on to prze­żył? Oczy­wi­ście, skoro dwa kolce w mózgu go nie zabiły, to jeden w sercu też pew­nie nie.

Vin się­gnęła i wyrwała kolec. Elend się skrzy­wił. Unio­sła kawa­łek metalu, marsz­cząc czoło.

- Cyna z oło­wiem - powie­działa.

- Naprawdę?

Poki­wała głową.

- To daje nam jede­na­ście kol­ców. Dwa w oczo­do­łach i jeden w ramio­nach, wszyst­kie ze stali. Sie­dem mię­dzy żebrami, dwa sta­lowe, cztery z brązu i jeden ze złota. A teraz ten, z cyny z oło­wiem... nie wspo­mi­na­jąc już o tym, któ­rym pró­bo­wał cię prze­bić i który wygląda na sta­lowy.

Elend przy­glą­dał się kol­cowi w jej dłoni. W Allo­man­cji i Feru­che­mii różne metale miały różne dzia­ła­nia - mógł się jedy­nie domy­ślać, że dla Inkwi­zy­to­rów typ metalu wyko­rzy­stany w kol­cach też miał zna­cze­nie.

- Może nie wyko­rzy­stują Allo­man­cji, tylko jakąś... trze­cią moc?

- Może - odpo­wie­działa Vin, chwy­ciła kolec i się wypro­sto­wała. - Musimy roz­ciąć żołą­dek i spraw­dzić, czy ma atium.

- Moż­liwe że ten w końcu będzie je miał.

Zawsze na wszelki wypa­dek spa­lali elek­trum; dotych­czas żaden Inkwi­zy­tor, któ­rego spo­tkali, nie miał atium.

Vin potrzą­snęła głową, spo­glą­da­jąc na pokryte popio­łem pole bitwy.

- Cze­goś nie dostrze­gamy, Elen­dzie. Jeste­śmy jak dzieci, gra­jące w grę, którą pod­pa­trzyły u rodzi­ców, lecz nie­zna­jące jej zasad. A... nasz prze­ciw­nik stwo­rzył tę grę.

Elend okrą­żył trupa i pod­szedł do niej.

- Vin, nawet nie wiemy, czy to coś tu jest. Ta istota, którą widzie­li­śmy rok temu przy Studni... może jej już nie ma. Może ode­szła, skoro jest wolna. Być może tylko tego pra­gnęła.

Vin spoj­rzała na niego. W jej oczach widział, że w to nie wie­rzy. Może zauwa­żyła, że on sam też w to nie wie­rzy.

- Jest gdzieś tam, Elen­dzie - wyszep­tała. - Kie­ruje Inkwi­zy­to­rami, wie, co robimy. Dla­tego kolossy zawsze ata­kują mia­sta, do któ­rych się zbli­żamy. Ma wła­dzę nad świa­tem, może zmie­nić tekst, który został napi­sany, wywo­łu­jąc nie­po­ro­zu­mie­nia i dez­orien­ta­cję. Zna nasze plany.

Elend poło­żył dłoń na jej ramie­niu.

- Ale dziś go poko­na­li­śmy... i pode­słał nam tę pod­ręczną armię kolos­sów.

- Ilu ludzi stra­ci­li­śmy, pró­bu­jąc zdo­być tę siłę?

Elend nie musiał odpo­wia­dać. Zbyt wielu. Ich liczba malała. Mgły - Głę­bia - sta­wały się coraz potęż­niej­sze, dusząc poje­dyn­czych ludzi i zabi­ja­jąc plony pozo­sta­łych. Zewnętrzne Domi­nia zostały spu­sto­szone, jedy­nie na tere­nach naj­bliż­szych sto­licy, Lutha­del, wystar­czało słońca, by upra­wiać rośliny. A ten teren stop­niowo się zmniej­szał.

Nadzieja, pomy­ślał Elend. Potrze­buje jej, zawsze jej ode mnie potrze­bo­wała. Moc­niej zaci­snął dłoń na jej ramie­niu, po czym ją przy­tu­lił.

- Poko­namy to, Vin. Znaj­dziemy spo­sób.

Nie sprze­ci­wiła mu się, ale wyraź­nie nie była prze­ko­nana. Mimo to, pozwa­lała mu się tulić, przy­mknęła oczy i oparła głowę o jego pierś. Stali na polu bitwy obok powa­lo­nego wroga, lecz nawet Elend musiał przy­znać, że to nie było wiel­kie zwy­cię­stwo. Nie, kiedy świat wokół nich się walił.

Nadzieja! - pomy­ślał znowu. Należę teraz do Kościoła Oca­la­łego. A ma on tylko jedno przy­ka­za­nie.

Prze­żyć.

- Daj mi jed­nego z kolos­sów - powie­działa w końcu Vin, wysu­wa­jąc się z jego objęć.

Elend uwol­nił jed­nego ze stwo­rów śred­niej wiel­ko­ści, pozwa­la­jąc, by Vin nad nim zapa­no­wała. Wciąż nie do końca rozu­miał, jak kie­ro­wali tymi stwo­rami. Gdy raz zapa­no­wał nad istotą, mógł ją kon­tro­lo­wać bez prze­rwy - czy spał, czy był przy­tomny, spa­lał metale czy też nie. Wielu kwe­stii zwią­za­nych z Allo­man­cją nie poj­mo­wał. Swo­ich mocy uży­wał zale­d­wie od roku, a roz­pra­szała go koniecz­ność rzą­dze­nia impe­rium i nakar­mie­nia swo­jego ludu, nie wspo­mi­na­jąc o woj­nach. Nie miał wiele czasu na ćwi­cze­nia.

Oczy­wi­ście, Vin miała jesz­cze mniej czasu na ćwi­cze­nia, nim zabiła samego Ostat­niego Impe­ra­tora. Ona jed­nak była wyjąt­ko­wym przy­pad­kiem - korzy­stała z Allo­man­cji z taką łatwo­ścią, z jaką inni ludzie oddy­chali, w jej wypadku była to mniej umie­jęt­ność, a bar­dziej część jej istoty. Elend być może miał więk­szą surową moc - jak się zawsze upie­rała - lecz to ona była praw­dzi­wym mistrzem.

Samotny koloss Vin pod­szedł i pod­niósł Inkwi­zy­tora oraz jego kolec. Póź­niej Elend i Vin zeszli ze wzgó­rza - sługa podą­żył za nimi - w stronę ludz­kiej armii. Na roz­kaz Elenda kolossy się roz­stą­piły, robiąc im przej­ście. Stłu­mił drże­nie, gdy nimi kie­ro­wał.

Fatren, brudny męż­czy­zna, który rzą­dził mia­stem, przy­go­to­wał już miej­sce do oceny stanu ran­nych - choć Elend nie wie­rzył zbyt­nio w umie­jęt­no­ści chi­rur­gów skaa.

- Dla­czego się zatrzy­mali? - spy­tał Fatren, sta­jąc przed swo­imi ludźmi, gdy Vin i Elend zbli­żyli się do nich.

- Obie­ca­łem ci drugą armię, lor­dzie Fatre­nie - odparł Elend. - Oto ona.

- Kolossy? - spy­tał.

Elend poki­wał głową.

- Ale to armia, która przy­była nas znisz­czyć.

- A teraz należą do nas - stwier­dził Elend. - Twoi ludzie świet­nie sobie pora­dzili. Upew­nij się, że zro­zu­mieją, że to zwy­cię­stwo należy do nich. Musie­li­śmy zmu­sić Inkwi­zy­tora do poka­za­nia się, a jedy­nym spo­so­bem było zmu­sze­nie jego armii do zwró­ce­nia się prze­ciwko sobie. Kolossy zaczy­nają się bać, kiedy widzą, jak coś małego poko­nuje coś dużego. Twoi ludzie dziel­nie wal­czyli i dzięki nim te kolossy należą do nas.

Fatren podra­pał się po bro­dzie.

- Czyli - powie­dział powoli - zaczęły się nas bać, więc prze­szły na naszą stronę?

- Coś w tym rodzaju - zgo­dził się Elend, spo­glą­da­jąc na żoł­nie­rzy. W myślach roz­ka­zał kilku kolos­som wystą­pić do przodu. - Te stwory będą słu­chać roz­ka­zów męż­czyzn z tej grupy. Niech zaniosą ran­nych z powro­tem do mia­sta. Upew­nij się jed­nak, czy twoi ludzie nie będą ata­ko­wać ani karać kolos­sów. One są teraz naszymi słu­gami, rozu­miesz?

Fatren poki­wał głową.

- Chodźmy - powie­działa Vin, patrząc na mia­steczko. W jej gło­sie zabrzmiała eks­cy­ta­cja.

- Lor­dzie Fatre­nie, chcesz iść z nami czy wolisz nad­zo­ro­wać swo­ich ludzi? - spy­tał Elend.

Męż­czy­zna zmru­żył oczy.

- Co macie zamiar zro­bić?

- W waszym mie­ście jest coś, co musimy zabrać.

Fatren zawa­hał się jedy­nie na chwilę.

- W takim razie pójdę.

Wydał roz­kazy swoim ludziom, Vin zaś cze­kała z nie­cier­pli­wo­ścią. Elend uśmiech­nął się do niej. W końcu Fatren dołą­czył do nich i cała trójka ruszyła z powro­tem w stronę bramy Veti­tan.

- Lor­dzie Fatre­nie... - zaczął Elend po dro­dze - od tej chwili powi­nie­neś się do mnie zwra­cać "milor­dzie".

Fatren prze­rwał ner­wową obser­wa­cję ota­cza­ją­cych ich kolos­sów.

- Rozu­miesz? - spy­tał Ven­ture i spoj­rzał mu w oczy.

- Eee... tak. Milor­dzie.

Elend poki­wał głową, a wtedy Fatren cof­nął się nieco, jakby nie­świa­do­mie oka­zu­jąc sza­cu­nek. Nie wyda­wał się zbun­to­wany - na razie pew­nie cie­szył się, że żyje. Być może w końcu znie­na­wi­dzi Elenda za prze­ję­cie wła­dzy nad jego mia­stem, ale wtedy nie będzie miał już wiele do powie­dze­nia. Miesz­kańcy przy­zwy­czają się do bez­pie­czeń­stwa, jakie ozna­czała przy­na­leż­ność do więk­szego impe­rium, a opo­wie­ści o tym, jak Elend w tajem­ni­czy spo­sób zapa­no­wał nad kolos­sami - i w ten spo­sób ura­to­wał mia­steczko - będą miały swoją moc. Fatren już ni­gdy nie przej­mie wła­dzy.

Jakże łatwo przy­cho­dzi mi dowo­dze­nie, pomy­ślał Elend. Przed nie­ca­łymi dwoma laty popeł­nia­łem wię­cej błę­dów niż ten męż­czy­zna. On przy­naj­mniej zacho­wał jed­ność miesz­kań­ców w cza­sie kry­zysu. Ja utra­ci­łem tron i Vin musiała odzy­skać go dla mnie.

- Mar­twię się o cie­bie - ode­zwała się Vin. - Czy musia­łeś zacząć bitwę beze mnie?

Elend spoj­rzał w bok. W jej gło­sie nie było wyrzutu. Jedy­nie tro­ska.

- Nie byłem pewien kiedy... albo czy w ogóle... przy­bę­dziesz - powie­dział. - To była zbyt dobra oka­zja. Kolossy masze­ro­wały przez cały dzień. Zabi­li­śmy pew­nie z pięć setek, zanim w ogóle zaczęły ata­ko­wać.

- A Inkwi­zy­tor? - spy­tała. - Naprawdę sądzi­łeś, że sam go poko­nasz?

- A ty? - odpo­wie­dział pyta­niem na pyta­nie. - Wal­czy­łaś z nim dobre pięć minut, zanim do was dotar­łem i mogłem pomóc.

Vin nie się­gnęła do oczy­wi­stego argu­mentu - że to ona miała więk­sze osią­gnię­cia jako Zro­dzony z Mgły. Miast tego tylko szła w mil­cze­niu. Wciąż się o niego mar­twiła, nawet jeśli już nie pró­bo­wała chro­nić go przed nie­bez­pie­czeń­stwem. Zarówno jej tro­ska, jak i goto­wość pozwo­le­nia mu na podej­mo­wa­nie ryzyka były czę­ścią jej miło­ści. A on szcze­rze doce­niał oba ele­menty.

Sta­rali się jak naj­wię­cej prze­by­wać razem, ale nie zawsze było to moż­liwe - na przy­kład, kiedy Elend odkrył armię kolos­sów masze­ru­jącą na bez­bronne mia­steczko, pod­czas gdy Vin dostar­czała roz­kazy Pen­ro­dowi w Lutha­del. Elend miał nadzieję, że wróci do jego obozu na czas, by się dowie­dzieć, gdzie się udał, i ruszy na pomoc, ale nie mógł cze­kać. Nie, gdy cho­dziło o życie tysiąca ludzi.

Tysiąca ludzi... i jesz­cze wię­cej.

W końcu dotarli do bram. Tłumy żoł­nie­rzy, któ­rzy albo dotarli za późno, by wziąć udział w walce, albo za bar­dzo się bali, by zaata­ko­wać, tło­czyły się na wale, patrząc na nich z podzi­wem. Kilka tysięcy kolos­sów minęło ludzi Elenda i pró­bo­wało zaata­ko­wać mia­steczko. Teraz stały nie­ru­chomo - na jego bez­gło­śny roz­kaz - i cze­kały pod wałem.

Żoł­nie­rze otwo­rzyli bramę, wpusz­cza­jąc do środka Vin, Elenda, Fatrena i samot­nego kolossa. Więk­szość z nich spo­glą­dała na stwora z nie­uf­no­ścią - i dobrze. Vin kazała mu poło­żyć mar­twego Inkwi­zy­tora i ruszyć za nimi przez zasy­pane popio­łem ulice. Vin miała swoje metody - im wię­cej ludzi widziało kolossy i się do nich przy­zwy­cza­jało, tym lepiej. Dzięki temu bestie wywo­ły­wały mniej­szy strach i ludziom łatwiej się wal­czyło, jeśli mieli im sta­wić czoła w bitwie.

Wkrótce dotarli do budynku Zakonu, który Elend zoba­czył, gdy po raz pierw­szy wszedł do mia­sta. Koloss Vin pod­szedł i zaczął zry­wać deski.

- Budy­nek Zakonu? - spy­tał Fatren. - Już go prze­szu­ka­li­śmy. Co tam takiego jest?

Elend spoj­rzał na niego z ukosa.

- Milor­dzie - dodał Fatren.

- Cho­dzi o to, że Sta­lowy Zakon był bez­po­śred­nio zwią­zany z Ostat­nim Impe­ra­to­rem - stwier­dził Elend.

Koloss otwo­rzył drzwi. Wszedł­szy do środka, Elend spa­lił cynę, wzmac­nia­jąc wzrok, by widzieć w sła­bym świe­tle. Vin, która naj­wy­raź­niej zro­biła to samo, nie miała pro­ble­mów z wyszu­ki­wa­niem drogi mię­dzy poła­ma­nymi deskami i meblami. Naj­wy­raź­niej ludzie Fatrena nie tylko "prze­szu­kali" budowlę, lecz i ją splą­dro­wali.

- Ale obli­ga­to­rów zakonu nie ma już w mie­ście, milor­dzie. Wszy­scy ode­szli ze szla­chet­nie uro­dzo­nymi.

- Obli­ga­to­rzy nad­zo­ro­wali pewne ważne pro­jekty, Fatre­nie - zauwa­żył Elend. - Na przy­kład, odkry­wa­nie spo­sobu wyko­rzy­sta­nia nowych metali allo­man­tycz­nych albo poszu­ki­wa­nie czy­stych linii ter­ri­sań­skiej krwi. Jeden z tych pro­jek­tów szcze­gól­nie nas inte­re­suje.

- Tutaj - ode­zwała się Vin, sta­jąc przy czymś umiesz­czo­nym w pod­ło­dze. - Ukryta klapa.

Fatren spoj­rzał z powro­tem w stronę wej­ścia, być może żału­jąc, że nie zabrał ze sobą paru żoł­nie­rzy. Obok klapy Vin zapa­liła latar­nię, którą udało jej się gdzieś zna­leźć. W ciem­no­ściach piw­nicy nie poma­gała nawet cyna. Kobieta pod­nio­sła klapę i zaczęli scho­dzić po dra­bi­nie. W końcu dotarli do piw­nicy na wino.

Elend sta­nął pośrodku nie­wiel­kiej, nie­na­ru­szo­nej piw­niczki, a Vin zaczęła spraw­dzać ściany.

- Mam - powie­działa po chwili, stu­ka­jąc pię­ścią we frag­ment ściany z kamien­nych blo­ków.

Elend pod­szedł do niej. Rze­czy­wi­ście, mię­dzy kamie­niami była wąska szpara, nie­mal nie­wi­doczna. Spa­liw­szy stal, Elend widział dwie słabe nie­bie­skie linie pro­wa­dzące do meta­lo­wych płyt ukry­tych za kamie­niem. Dwie moc­niej­sze linie się­gały do tyłu, w stronę dużej meta­lo­wej płyty umiesz­czo­nej w murze, sta­ran­nie przy­mo­co­wa­nej ogrom­nymi śru­bami do kamie­nia.

- Gotowy? - spy­tała Vin.

Elend poki­wał głową i roz­ja­rzył żelazo. Oboje Przy­cią­gnęli płytę ukrytą w kamien­nej ścia­nie, zapew­nia­jąc sobie rów­no­wagę przez Przy­cią­ga­nie płyty za ple­cami.

Nie po raz pierw­szy Elend był pod wra­że­niem dale­ko­wzrocz­no­ści Zakonu. Jak mogli wie­dzieć, że pew­nego dnia grupa skaa zdo­bę­dzie wła­dzę nad tym mia­stem? A jed­nak te drzwi nie tylko zostały ukryte - wyko­nano je w taki spo­sób, że mógł je otwo­rzyć jedy­nie ktoś obda­rzony Allo­man­cją. Elend na­dal Przy­cią­gał w dwie strony jed­no­cze­śnie, czu­jąc się tak, jakby jego ciało roz­szar­py­wały dwa konie. Na szczę­ście, miał jesz­cze moc cyny z oło­wiem, by wzmoc­nić ciało i nie pozwo­lić, by zostało roze­rwane. Sto­jąca obok Vin stęk­nęła z wysiłku i wkrótce frag­ment ściany zaczął się odsu­wać. Nikomu nie uda­łoby się wywa­żyć gru­bej kamien­nej ściany, a prze­bi­cie się wyma­ga­łoby dłu­go­trwa­łych wysił­ków. Z pomocą Allo­man­cji otwo­rzyli drzwi w ciągu kilku chwil.

W końcu puścili. Vin sap­nęła i Elend widział, że dla niej był to więk­szy wysi­łek niż dla niego. Cza­sem uwa­żał za nie­spra­wie­dliwy fakt, że to on ma wię­cej mocy - w końcu posłu­gi­wał się Allo­man­cją o wiele kró­cej.

Vin pod­nio­sła latar­nię i weszli do nowego pomiesz­cze­nia. Podob­nie jak dwie jaski­nie, które widzieli wcze­śniej, tak i ta była olbrzy­mia. Się­gała daleko, blask ich lampy robił jedy­nie nie­wielki wyłom w ciem­no­ściach. Fatren sap­nął w zadzi­wie­niu, gdy dołą­czył do nich w wej­ściu. Salę wypeł­niały półki. Setki, tysiące pó­łek.

- Co to? - spy­tał Fatren.

- Żyw­ność - odparł Elend. - I pod­sta­wowe zapasy. Leki, tka­niny, woda.

- Tak dużo - powie­dział Fatren. - Tutaj, przez cały czas...

- Zbierz wię­cej ludzi - stwier­dził Ven­ture. - Żoł­nie­rzy. Muszą pil­no­wać wej­ścia, żeby nikt się nie wła­mał i nie ukradł zapa­sów.

Twarz Fatrena spo­chmur­niała.

- To miej­sce należy do moich ludzi.

- Moich ludzi, Fatre­nie - stwier­dził Elend, patrząc, jak Vin wcho­dzi w głąb sali, nio­sąc ze sobą świa­tło. - To mia­sto należy teraz do mnie, podob­nie jak wszystko, co w nim jest.

- Przy­sze­dłeś, żeby nas obra­bo­wać - oskar­żył go Fatren. - Jak ci ban­dyci, któ­rzy przed rokiem pró­bo­wali zdo­być mia­sto.

- Nie - sprze­ci­wił się Elend, odwra­ca­jąc się w stronę pokry­tego sadzą męż­czy­zny. - Ja przy­by­łem was pod­bić. To pewna róż­nica.

- Nie widzę jej.

Elend zaci­snął zęby, by nie wark­nąć na męż­czy­znę. Zmę­cze­nie, wyczer­pa­nie kie­ro­wa­niem impe­rium, które wyda­wało się ska­zane na zagładę - to wszystko ostat­nio czę­sto spra­wiało, że tra­cił pano­wa­nie nad sobą. Nie, powie­dział sobie w duchu. Ludzie tacy jak Fatren nie potrze­bują kolej­nego tyrana. Potrze­bują kogoś, na kim mogą się wzo­ro­wać.

Elend pod­szedł do męż­czy­zny i celowo nie wyko­rzy­stał emo­cjo­nal­nej Allo­man­cji. Uspo­ka­ja­nie było sku­teczne w wielu sytu­acjach, ale jego efekt szybko mijał. To nie był spo­sób na zyska­nie trwa­łych sojusz­ni­ków.

- Lor­dzie Fatre­nie - powie­dział Elend. - Chciał­bym, żebyś sta­ran­nie roz­wa­żył to, o co się teraz spie­rasz. Co by się stało, gdy­bym rze­czy­wi­ście was zosta­wił? Z tak wielką ilo­ścią jedze­nia, z tak wiel­kim bogac­twem tutaj, na dole? Czy możesz zaufać, że miesz­kańcy nie spró­bują się tu wła­mać, że żoł­nie­rze nie spró­bują sprze­dać czę­ści tego w innych mia­stach? Co się sta­nie, gdy tajem­nica waszych zapa­sów jedze­nia wyj­dzie na jaw? Czy przy­wi­tasz z otwar­tymi ramio­nami tysiące uchodź­ców, któ­rzy tu przy­będą? Czy ochro­nisz ich i tę jaski­nię przed ban­dy­tami i zbój­cami, któ­rzy poja­wią się póź­niej?

Fatren mil­czał.

Elend poło­żył mu dłoń na ramie­niu.

- Mówi­łem poważ­nie, lor­dzie Fatre­nie. Twoi ludzie dobrze wal­czyli, jestem pod wra­że­niem. Za swoje oca­le­nie powinni być wdzięczni tobie, two­jej zdol­no­ści prze­wi­dy­wa­nia i szko­le­niu. Jesz­cze kilka godzin temu zakła­dali, że zostaną wymor­do­wani przez kolossy. Teraz nie tylko są bez­pieczni, ale znaj­dują się pod ochroną o wiele więk­szej armii. Nie walcz z tym. Dobrze sobie radzi­li­ście, ale nad­szedł czas, kiedy potrze­bu­je­cie sojusz­ni­ków. Nie okła­mię cię... zabiorę zawar­tość tej jaskini, nie­za­leż­nie od tego, czy będzie­cie sta­wiać opór. Ale mam zamiar zapew­nić wam ochronę moich armii, jak rów­nież daję ci słowo honoru, że wciąż możesz rzą­dzić swo­imi ludźmi w moim imie­niu. Musimy współ­pra­co­wać, lor­dzie Fatre­nie. Tylko w ten spo­sób wszy­scy prze­trwamy kolejne kilka lat.

Fatren pod­niósł wzrok.

- Oczy­wi­ście macie rację - powie­dział - choć bar­dzo chciał­bym temu zaprze­czyć. Pójdę po tych ludzi, o któ­rych pro­si­li­ście, milor­dzie.

- Dzię­kuję - odparł Elend. - A jeśli masz kogoś, kto umie pisać, przy­ślij go do mnie. Musimy spi­sać to, co mamy na dole.

Fatren poki­wał głową i wyszedł.

- Kie­dyś tego nie potra­fi­łeś - powie­działa z pew­nej odle­gło­ści Vin. Jej głos odbi­jał się echem od ścian jaskini.

- To zna­czy czego?

- Wyda­wać roz­ka­zów z taką mocą - wyja­śniła. - Ode­brać mu wła­dzy. Kie­dyś pozwo­lił­byś tym ludziom zde­cy­do­wać, czy chcą stać się czę­ścią two­jego impe­rium.

Elend spoj­rzał w stronę wej­ścia. Przez chwilę stał w mil­cze­niu. Nie wpły­wał na uczu­cia za pomocą Allo­man­cji, a jed­nak miał wra­że­nie, że zastra­szył Fatrena.

- Cza­sem czuję, że zawio­dłem, Vin. Musi ist­nieć jakiś inny spo­sób.

- Nie w tej chwili - sprze­ci­wiła się Vin, pod­cho­dząc do niego. Poło­żyła mu dłoń na ramie­niu. - Potrze­bują cię, Elen­dzie. Wiesz, że tak jest.

Poki­wał głową.

- Wiem. Tylko nie mogę prze­stać myśleć, że lep­szy czło­wiek zna­la­złby spo­sób na to, by skło­nić ludzi do współ­pracy z wła­snej woli.

- Tak też zro­bi­łeś. Twoje zgro­ma­dze­nie par­la­men­tarne na­dal rzą­dzi Lutha­del, a kró­le­stwa, któ­rymi wła­dasz, zacho­wały pod­sta­wowe prawa i przy­wi­leje skaa.

- Kom­pro­misy - stwier­dził Elend. - Robią to, co chcą, o ile ja się z tym zga­dzam.

- Wystar­czy. Musisz być reali­stą.

- Kiedy spo­ty­ka­li­śmy się z przy­ja­ciółmi, to ja mówi­łem o ide­al­nych marze­niach, o wspa­nia­łych rze­czach, jakich doko­namy. Zawsze byłem ide­ali­stą.

- Cesa­rzo­wie nie mogą sobie pozwo­lić na ten luk­sus - powie­działa cicho Vin.

Elend spoj­rzał na nią, po czym odwró­cił się z wes­tchnie­niem.

***

Vin stała i obser­wo­wała Elenda w zim­nym świe­tle latarni. Nie mogła patrzeć na taki żal, takie... roz­cza­ro­wa­nie. W pew­nym sen­sie jego obecne pro­blemy wyda­wały się gor­sze niż zwąt­pie­nie w sie­bie, z któ­rym wal­czył nie­gdyś. Wyda­wało się, że postrzega swoje życie jako porażkę, nie­za­leż­nie od tego, co osią­gnął.

A jed­nak nie roz­wo­dził się nad tą porażką. Ruszał dalej i dzia­łał, mimo żalu. Stward­niał. Samo w sobie nie było to niczym złym. Wielu igno­ro­wało daw­nego Elenda jako geniu­sza, który miał wspa­niałe pomy­sły, ale nie umiał prze­wo­dzić. Mimo to tęsk­niła za tym, co znik­nęło. Za pro­stym ide­ali­zmem. Elend pozo­sta­wał opty­mi­stą i uczo­nym, lecz obie te cechy wyda­wały się osła­bione przez to, co musiał znieść.

Patrzyła, jak idzie wzdłuż jed­nej z pó­łek, ście­ra­jąc pal­cem kurz. Uniósł palec, przez chwilę mu się przy­glą­dał, po czym pstryk­nął, wyrzu­ca­jąc w powie­trze chmurkę kurzu. Broda spra­wiała, że wyda­wał się bar­dziej szorstki, niczym dowódca w cza­sie wojny, któ­rym prze­cież był. Rok solid­nych ćwi­czeń z Allo­man­cją i mie­czem wzmoc­nił jego ciało i wkrótce będzie musiał zama­wiać nowe mun­dury. Ten, który w tej chwili miał na sobie, wciąż nosił ślady bitwy.

- To miej­sce jest wspa­niałe, prawda? - spy­tał Elend.

Vin odwró­ciła się i spoj­rzała w mrok jaskini.

- Pew­nie tak.

- On wie­dział, Vin - stwier­dził Elend. - Ostatni Impe­ra­tor. Podej­rze­wał, że ten dzień nadej­dzie, dzień, kiedy mgły powrócą i zacznie bra­ko­wać żyw­no­ści. Dla­tego przy­go­to­wał te maga­zyny.

Vin dołą­czyła do Elenda przy jed­nej z pó­łek. Z wizyt w poprzed­nich jaski­niach wie­działa, że żyw­ność na­dal będzie się nada­wała do jedze­nia. Więk­szość została wypro­du­ko­wana w fabry­kach kon­serw Ostat­niego Impe­ra­tora i mogła prze­trwać wiele lat. Zapasy z tej jed­nej jaskini zapew­ni­łyby mia­steczku na górze wyży­wie­nie na długi czas. Nie­stety, Vin i Elend musieli się mar­twić o wię­cej niż jedno mia­sto.

- Wyobraź sobie, jaki to był wysi­łek - ode­zwał się znów Elend, uno­sząc w dłoni puszkę z duszoną woło­winą. - Musiał co kilka lat wymie­niać żyw­ność, cią­gle pako­wać i prze­cho­wy­wać nowe zapasy. Robił to przez stu­le­cia, i nikt się o tym nie dowie­dział.

Vin wzru­szyła ramio­nami.

- Nie jest tak trudno zacho­wać tajem­nicę, gdy jest się boskim impe­ra­to­rem z fana­tyczną klasą kapłań­ską.

- Ow­szem, ale sam wysi­łek... zakres tego wszyst­kiego... - Elend zamilkł i spoj­rzał na Vin. - Wiesz, co to zna­czy?

- Co?

- Ostatni Impe­ra­tor sądził, że to się da poko­nać. Głę­bię, istotę, którą uwol­ni­li­śmy. Ostatni Impe­ra­tor sądził, że w końcu uda mu się zwy­cię­żyć.

Vin prych­nęła.

- To może mieć zupeł­nie inne zna­cze­nie, Elen­dzie.

- Dla­czego w takim razie przez to wszystko prze­cho­dził? Musiał uwa­żać, że walka nie jest pozba­wiona nadziei.

- Ludzie wal­czą, Elen­dzie. Nawet umie­ra­jące zwie­rzę nie prze­staje wal­czyć, zrobi wszystko, by pozo­stać przy życiu.

- Musisz jed­nak przy­znać, że te jaski­nie to dobry znak - powie­dział Elend.

- Dobry znak? - powtó­rzyła cicho Vin, pod­cho­dząc bli­żej. - Elen­dzie, wiem, że pró­bu­jesz odna­leźć w tym wszyst­kim nadzieję, ale ja ostat­nio mam pro­blem z zauwa­ża­niem "dobrych zna­ków". Musisz przy­znać, że słońce robi się ciem­niej­sze. Bar­dziej czer­wone. Tu, na połu­dniu, jest jesz­cze gorzej.

- Wąt­pię, by słońce się zmie­niło. To wszystko przez ten dym i popiół w powie­trzu.

- Co sta­nowi kolejny pro­blem - stwier­dziła Vin. - Popiół pada w tej chwili nie­mal bez prze­rwy. Ludzie mają pro­blemy z oczysz­cza­niem ulic. Zasła­nia świa­tło, zaciem­nia wszystko. Nawet jeśli mgły nie zabiją przy­szło­rocz­nych plo­nów, zrobi to popiół. Poprzed­niej zimy... kiedy wal­czy­li­śmy prze­ciwko kolos­som w Lutha­del... po raz pierw­szy widzie­li­śmy śnieg w Środ­ko­wym Domi­nium, a ostat­nia zima była jesz­cze gor­sza. Z tym nie możemy wal­czyć, nie­za­leż­nie od roz­mia­rów naszej armii!

- I co według cie­bie mam zro­bić, Vin? - spy­tał Elend, odsta­wia­jąc z hukiem puszkę na półkę. - Kolossy zbie­rają się w Domi­niach Zewnętrz­nych. Jeśli nie przy­go­tu­jemy obrony, nasi ludzie nie zdążą umrzeć z głodu.

Vin potrzą­snęła głową.

- Armie to roz­wią­za­nie krót­ko­ter­mi­nowe. To - sze­ro­kim gestem objęła jaski­nię - roz­wią­za­nie krót­ko­ter­mi­nowe. Co my tu robimy?

- Prze­ży­wamy. Kel­sier powie­dział...

- Kel­sier nie żyje! - wark­nęła Vin. - Czy tylko ja spo­strze­gam w tym iro­nię? Nazy­wamy go Oca­la­łym, ale on nie oca­lał! Świa­do­mie uczy­nił z sie­bie męczen­nika. Popeł­nił samo­bój­stwo. To nazy­wasz prze­ży­ciem?

Przez chwilę stała bez ruchu, spo­glą­da­jąc na Elenda i dysząc ciężko. On wytrzy­mał jej wzrok, wyraź­nie nie­zra­żony tym wybu­chem.

Co ja robię? - pomy­ślała Vin. Przed chwilą myśla­łam, jak bar­dzo podzi­wiam nadzieję Elenda. Dla­czego teraz się z nim kłócę?

Znaj­do­wali się na kra­wę­dzi wytrzy­ma­ło­ści. Oboje.

- Nie mam dla cie­bie odpo­wie­dzi, Vin - powie­dział Elend w mroku jaskini. - Nie mam poję­cia, jak wal­czyć prze­ciwko mgłom. Armiami jed­nak umiem się zająć. A przy­naj­mniej zaczy­nam się tego uczyć.

- Prze­pra­szam - powie­działa Vin, odwra­ca­jąc się. - Nie chcia­łam się kłó­cić, ale to takie fru­stru­jące.

- Robimy postępy. Znaj­dziemy roz­wią­za­nie. Prze­ży­jemy, Vin.

- Naprawdę myślisz, że nam się to uda? - spy­tała ponow­nie odwra­ca­jąc się, by spoj­rzeć mu w oczy.

- Tak - odpo­wie­dział.

I uwie­rzyła mu. Miał nadzieję, jak zawsze. Mię­dzy innymi dla­tego tak bar­dzo go kochała.

- Chodź - powie­dział Elend, kła­dąc jej dłoń na ramie­niu. - Znajdźmy to, po co przy­szli­śmy.

Vin dołą­czyła do niego, pozo­sta­wia­jąc z tyłu swo­jego kolossa. Przy akom­pa­nia­men­cie docho­dzą­cego z góry odgłosu kro­ków ruszyli w głąb jaskini. Przy­byli do tego miej­sca z wię­cej niż jed­nego powodu. Żyw­ność i zapasy - któ­rych nie­koń­czące się półki mijali - były ważne. Ale prócz tego było coś jesz­cze.

Na końcu suro­wej jaskini znaj­do­wała się duża meta­lowa płyta przy­mo­co­wana do ściany. Vin prze­czy­tała na głos słowa, które na niej napi­sano.

- "Oto ostatni metal, o któ­rym wam opo­wiem" - prze­czy­tała. - "Nie umiem zde­cy­do­wać, jaki jest jego cel. Pozwala wam w pewien spo­sób zoba­czyć prze­szłość. Kim czło­wiek mógłby być i kim mógłby się stać, gdyby pod­jął inne decy­zje. Działa podob­nie jak złoto, ale na innych ludzi. W tej chwili mgły prawdopodob­nie powró­ciły. Co za ohydna, nie­na­wistna rzecz. Nie chodź­cie mię­dzy nimi. Pra­gną znisz­czyć nas wszyst­kich. Jeśli poja­wią się pro­blemy, wiedz­cie, że może­cie zapa­no­wać nad kolos­sami i kan­dra, jeśli kilku ludzi jed­no­cze­śnie zacznie Odpy­chać ich uczu­cia. Wbu­do­wa­łem w nich tę sła­bość. Zacho­waj­cie tę tajem­nicę".

Poni­żej znaj­do­wał się opis allo­man­tycz­nego metalu, który Vin już znała. Był to stop atium zwany mala­tium - Jede­na­sty Metal Kel­siera. Czyli Ostatni Impe­ra­tor wie­dział o jego ist­nie­niu, jed­nak jego zasto­so­wa­nie pozo­stało dla niego tajem­nicą.

Auto­rem tych słów na pły­cie był oczy­wi­ście Ostatni Impe­ra­tor. A przy­naj­mniej roz­ka­zał, by tak je zapi­sano. W każ­dym z poprzed­nich maga­zy­nów znaj­do­wały się infor­ma­cje zapi­sane w stali. W Urteau na przy­kład dowie­działa się o elek­trum. W tym na wscho­dzie zna­leźli opis alu­mi­nium - choć już znali ten metal.

- Nic nowego - powie­dział Elend. Wyda­wał się roz­cza­ro­wany. - Już wiemy o mala­tium i spo­so­bach pano­wa­nia nad kolos­sami. Choć nie pomy­śla­łem o gru­pie Uspo­ka­ja­czy, któ­rzy jed­no­cze­śnie Odpy­chają. To może się oka­zać uży­teczne.

Wcze­śniej sądzili, że do zapa­no­wa­nia nad kolos­sami nie­zbędny był Zro­dzony z Mgły spa­la­jący dura­lu­mi­nium.

- To nie ma zna­cze­nia - stwier­dziła Vin, wska­zu­jąc na drugą stronę płyty. - Mamy to.

Na dru­giej czę­ści płyty znaj­do­wała się mapa, wyrzeź­biona w stali, podob­nie jak w pozo­sta­łych trzech jaski­niach. Przed­sta­wiała Ostat­nie Impe­rium, podzie­lone na domi­nia. Lutha­del było kwa­dra­tem pośrodku. Duży znak X na zacho­dzie był tym, po co tu przy­szli - poka­zy­wał loka­li­za­cję ostat­niej jaskini.

Jak sądzili, było ich pięć. Pierw­szą zna­leźli pod Lutha­del, w pobliżu Studni Wstą­pie­nia. Poka­zy­wała loka­li­za­cję kolej­nej, na wschód od mia­sta. Trze­cia znaj­do­wała się w Urteau - Vin udało się tam prze­kraść, ale jesz­cze nie odzy­skali żyw­no­ści. Tamta dopro­wa­dziła ich tutaj, na połu­dnie.

Na każ­dej mapie znaj­do­wały się też liczby - pięć i mniej­sza liczba. Lutha­del było nume­rem jeden. Tu widzieli czwórkę.

- Mamy to - stwier­dziła Vin, prze­cią­ga­jąc pal­cami po rzeź­bie­niach na pły­cie. - W Zachod­nim Domi­nium, jak się domy­śla­łeś. Gdzieś w pobliżu Char­dees?

- Fadrex - stwier­dził Elend.

- Mia­sto Cetta?

Poki­wał głową. Na geo­gra­fii znał się o wiele lepiej od niej.

- To na pewno wła­ściwe miej­sce - powie­działa Vin. - Gdzie znaj­dziemy to.

Elend napo­tkał jej spoj­rze­nie i widziała, że ją zro­zu­miał. Maga­zyny były coraz obszer­niej­sze i miały coraz więk­szą war­tość. Do tego każdy był wyspe­cja­li­zo­wany - w pierw­szym poza innymi zapa­sami znaj­do­wała się też broń, a w dru­gim mnó­stwo drewna. Gdy spraw­dzali kolejne maga­zyny, coraz bar­dziej eks­cy­to­wała ich per­spek­tywa tego, co mogli zna­leźć w ostat­niej jaskini. Na pewno coś spek­ta­ku­lar­nego. Może nawet to.

Zapasy atium Ostat­niego Impe­ra­tora.

To był naj­więk­szy skarb Ostat­niego Impe­rium. Mimo wie­lo­let­nich poszu­ki­wań, nikomu jesz­cze nie udało się go odna­leźć. Nie­któ­rzy twier­dzili, że w ogóle nie ist­nieje. Vin jed­nak czuła, że gdzieś musi być. Mimo że Ostatni Impe­ra­tor przez tysiąc lat pano­wał nad jedyną kopal­nią, w któ­rej wydo­by­wano skraj­nie rzadki metal, jedy­nie nie­wiel­kie jego ilo­ści wypusz­czał na rynek. Nikt nie wie­dział, co robił z resztą, którą przez te wszyst­kie lata zatrzy­my­wał dla sie­bie.

- Nie pod­nie­caj się tak - powie­dział Elend. - Nie mamy dowo­dów, że w ostat­niej jaskini znaj­dziemy atium.

- Musi tam być - odparła. - To ma sens. Gdzie jesz­cze mógłby je prze­cho­wy­wać?

- Gdy­bym znał odpo­wiedź na to pyta­nie, już byśmy je zna­leźli.

Vin pokrę­ciła głową.

- Umie­ścił je w jakimś bez­piecz­nym miej­scu, tyle że gdzieś, gdzie musiało zostać odna­le­zione. Pozo­sta­wił te mapy jako wska­zówki dla swo­ich następ­ców, gdyby... jakimś spo­so­bem... został poko­nany. Nie chciał, by wróg, który zdo­bę­dzie jedną z jaskiń, od razu zna­lazł je wszyst­kie.

Kolejne wska­zówki pro­wa­dziły do ostat­niego składu. Naj­waż­niej­szego. To miało sens. Musiało. Elend nie wyda­wał się prze­ko­nany. Podra­pał się po zaro­śnię­tej bro­dzie, w świe­tle latarni wpa­tru­jąc się w meta­lową płytę.

- Nawet jeśli je znaj­dziemy - stwier­dził - nie wiem, na ile nam się przyda. Po co nam teraz pie­nią­dze?

- To wię­cej niż pie­nią­dze - sprze­ci­wiła się. - To moc. Broń, którą możemy wyko­rzy­stać do walki. - Spa­liła ich ostatni kawa­łek atium przed rokiem i jesz­cze nie przy­zwy­cza­iła się do tego, jak odsło­nięta się bez niego czuła. Elek­trum nieco łago­dziło ten strach, ale nie do końca.

- Walki prze­ciwko mgle? - spy­tał.

Vin mil­czała przez chwilę.

- Może nie - powie­działa w końcu. - Ale prze­ciwko kolos­som i innym armiom. Z tym atium twoje cesar­stwo będzie bez­pieczne... Poza tym, atium jest czę­ścią tego wszyst­kiego, Elen­dzie. Jest war­to­ściowe ze względu na Allo­man­cję... lecz Allo­man­cja nie ist­niała przed Wstą­pie­niem.

- Kolejne pyta­nie, na które nie znamy odpo­wie­dzi - zauwa­żył Elend. - Dla­czego ten kawa­łek metalu, który połkną­łem, uczy­nił mnie Zro­dzo­nym z Mgły? Skąd się wziął? Dla­czego został umiesz­czony przy Studni Wstą­pie­nia i przez kogo? Dla­czego został tylko jeden i co stało się z pozo­sta­łymi.

- Może poznamy odpo­wiedź, kiedy zdo­bę­dziemy Fadrex - powie­działa Vin.

Elend poki­wał głową. Widziała, że uwa­żał infor­ma­cje zawarte w maga­zy­nach za naj­waż­niej­szy powód, by warto ich było szu­kać, a na dru­gim miej­scu sta­wiał zapasy. Dla niego moż­li­wość zna­le­zie­nia atium była względ­nie mało ważna. Vin nie umiała wyja­śnić, dla­czego czuła, że męż­czy­zna tak bar­dzo się myli. Atium było ważne. Wie­działa to. Jej wcze­śniej­sza roz­pacz zmniej­szyła się, gdy spoj­rzała na mapę. Musieli udać się do Fadrex. Tam znajdą odpo­wie­dzi.

- Zdo­by­cie mia­sta nie będzie łatwe - zauwa­żył Elend. - Wro­go­wie Cetta nie­źle się tam oko­pali. Jak sły­sza­łem, dowo­dzi nimi były obli­ga­tor Zakonu.

- Atium będzie tego warte - powie­działa Vin.

- O ile tam jest - stwier­dził Elend.

Popa­trzyła na niego ponuro.

Uniósł dłoń.

- Ja tylko pró­buję postę­po­wać tak, jak mi radzi­łaś Vin... pró­buję być reali­stą. Zga­dzam się jed­nak, żeFa­drex będzie warte wszel­kich wysił­ków. Nawet jeśli nie ma tam atium, potrze­bu­jemy zapa­sów. Musimy wie­dzieć, co zosta­wił nam Ostatni Impe­ra­tor.

Vin poki­wała głową. Sama już nie miała atium. Spa­liła ostatni kawa­łek pół­tora roku wcze­śniej i ni­gdy nie przy­zwy­cza­iła się do tego, jak bar­dzo odsło­nięta czuła się bez niego. Elek­trum nieco łago­dziło ten strach, ale nie do końca.

Po dru­giej stro­nie jaskini zabrzmiały czy­jeś głosy. Elend się odwró­cił.

- Muszę iść z nimi poroz­ma­wiać - powie­dział. - Będziemy musieli tu wszystko szybko zor­ga­ni­zo­wać.

- Czy powie­dzia­łeś im już, że musimy ich zabrać do Lutha­del?

Pokrę­cił głową.

- Nie spodoba im się to - stwier­dził. - Stają się nie­za­leżni, na co zawsze liczy­łem.

- Tak trzeba zro­bić, Elen­dzie. Mia­sto znaj­duje się daleko poza naszymi liniami obrony. Poza tym, tak daleko pozo­stało im pew­nie tylko kilka godzin słońca bez mgieł. Ich plony są ska­zane na zagładę.

Elend poki­wał głową, lecz na­dal wpa­try­wał się w ciem­ność.

- Przy­by­wam, przej­muję wła­dzę nad ich mia­stem, zabie­ram ich skarb, a póź­niej zmu­szam do porzu­ce­nia domów. A stąd uda­jemy się do Fadrex, by pod­bić kolejne mia­sto.

- Elen­dzie...

Uniósł dłoń.

- Wiem, Vin. To trzeba zro­bić.

Odwró­cił się, zosta­wia­jąc jej latar­nię, i ruszył w stronę wyj­ścia. Wypro­sto­wał się przy tym, a wyraz jego twa­rzy stał się bar­dziej sta­now­czy.

Vin znów odwró­ciła się do płyty, przy­glą­da­jąc się sło­wom Ostat­niego Impe­ra­tora. Na innej pły­cie, cał­kiem podob­nej, Sazed odna­lazł słowa Kwa­ana, dawno nie­ży­ją­cego Ter­ri­sa­nina, który zmie­nił świat, utrzy­mu­jąc, że zna­lazł Boha­tera Wie­ków. Kwaan pozo­sta­wił swoje słowa jako przy­zna­nie się do błę­dów i ostrze­że­nie, że pewna siła pró­buje zmie­niać histo­rie i reli­gie ludz­ko­ści. Mar­twił się, że ta moc odmie­nia reli­gię Ter­ris, by "Boha­ter" udał się na pół­noc i ją wyzwo­lił.

I to wła­śnie zro­biła Vin. Nazwała się boha­te­rem i uwol­niła wroga - cały czas sądząc, że poświęca się dla dobra świata.

Prze­cią­gnęła pal­cami po arku­szu metalu.

Musimy robić wię­cej niż tylko pro­wa­dzić wojny! - pomy­ślała, wście­kła na Ostat­niego Impe­ra­tora. Skoro wie­dzia­łeś tak wiele, dla­czego nie zosta­wi­łeś nam wię­cej niż to? Kilka map w roz­rzu­co­nych salach wypeł­nio­nych zapa­sami? Kilka aka­pi­tów, mówią­cych nam o meta­lach, z któ­rych pra­wie nie korzy­stamy? Co nam pomoże jaski­nia pełna żyw­no­ści, jeśli musimy wykar­mić całe impe­rium!

Vin zatrzy­mała się. Jej palce - uwraż­li­wione przez cynę, którą spa­lała, by widzieć w mrocz­nej jaskini - dotknęły wgłę­bień w powierzchni płyty. Uklę­kła, pochy­liła się i zna­la­zła krótki napis wykuty w metalu, na samym dole. Litery były zde­cy­do­wa­nie mniej­sze niż te na górze.

"Uwa­żaj­cie, co mówi­cie" brzmiał napis. "To może usły­szeć, co mówi­cie. Może prze­czy­tać, co zapi­sze­cie. Jedy­nie wasze myśli są bez­pieczne".

Vin zadrżała.

"Jedy­nie wasze myśli są bez­pieczne".

Czego dowie­dział się Ostatni Impe­ra­tor w chwi­lach trans­cen­den­cji? Co na zawsze zacho­wał w swoim umy­śle, ni­gdy nie zapi­su­jąc, by nie ujaw­nić swo­jej wie­dzy, zawsze spo­dzie­wa­jąc się, że to on weź­mie moc, gdy w końcu powróci? Może pla­no­wał wyko­rzy­stać tę moc, by znisz­czyć istotę, którą Vin uwol­niła?

"Ska­zu­je­cie się na zagładę...". Ostat­nie słowa Ostat­niego Impe­ra­tora, wypo­wie­dziane tuż przed tym, jak Vin wbiła mu włócz­nię w serce. Wie­dział. Nawet wtedy, zanim mgły zaczęły przy­cho­dzić w ciągu dnia, nim zaczęła sły­szeć dziwne dźwięki, które zapro­wa­dziły ją do Studni Wstą­pie­nia, nawet wtedy się mar­twiła.

"Uwa­żaj­cie, co mówi­cie... jedy­nie wasze myśli są bez­pieczne".

Muszę to roz­gryźć. Muszę połą­czyć to, co mamy, zna­leźć spo­sób, by poko­nać - albo prze­chy­trzyć - tę istotę, którą uwol­ni­łam.

I nie mogę o tym z nikim roz­ma­wiać, albo dowie się, co pla­nuję.

6

6

Jestem zbyt słaby, pomy­ślał Marsh.

Nagle prze­peł­niła go jasność, jak to się czę­sto zda­rzało, gdy Znisz­cze­nie nie przy­glą­dało mu się uważ­nie. Było to niczym prze­bu­dze­nie z kosz­maru, będąc w pełni świa­do­mym wszyst­kiego, co działo się we śnie, a jed­no­cze­śnie bez zro­zu­mie­nia dla powo­dów wła­snych czy­nów.

Dalej szedł przez obóz kolos­sów. Znisz­cze­nie wciąż nad nim pano­wało, jak zawsze. Gdy nie naci­skało wystar­cza­jąco mocno umy­słu Mar­sha - kiedy się na nim nie sku­piało - cza­sem Marsh mógł myśleć.

Nie mogę prze­ciwko temu wal­czyć, pomy­ślał. Znisz­cze­nie nie czy­tało mu w myślach, tego był pewien. A jed­nak Marsh nie mógł w żaden spo­sób wal­czyć ani się opie­rać. Kiedy to robił, Znisz­cze­nie natych­miast odzy­ski­wało pano­wa­nie nad nim. Prze­żył to tuzin razy. Cza­sem udało mu się poru­szyć pal­cem, cza­sem się zatrzy­mać, ale nic poza tym.

Przy­gnę­biało go to. Marsh jed­nak zawsze uwa­żał się za czło­wieka prak­tycz­nego i zmu­sił się do przy­zna­nia prawdy. Ni­gdy nie zyska wystar­cza­ją­cego pano­wa­nia nad swoim cia­łem, by się zabić.

Z nieba wciąż padał popiół. Czy kie­dy­kol­wiek prze­sta­wał? Wła­ści­wie pra­wie żało­wał, że Znisz­cze­nie cza­sem roz­luź­nia swój uścisk na jego umy­śle. Gdy umysł nale­żał do niego, Marsh widział jedy­nie cier­pie­nie i znisz­cze­nia, ale gdy pano­wało nad nim Znisz­cze­nie, postrze­gał spa­da­jący popiół jako coś pięk­nego, czer­wone słońce jako triumf, a umie­ra­jący świat jako przy­jemne miej­sce.

Sza­leń­stwo, pomy­ślał Marsh, zbli­ża­jąc się do środka obozu. Muszę osza­leć. Wtedy nie będę musiał tego zno­sić.

W środku obozu dołą­czyli do niego inni Inkwi­zy­to­rzy, poru­sza­jący się z cichym sze­le­stem szat. Nie mówili. Ni­gdy się nie odzy­wali - pano­wało nad nimi Znisz­cze­nie, po co więc przej­mo­wać się roz­mową? Bra­cia Mar­sha mieli zwy­czajne kolce w gło­wach, prze­bi­ja­jące czaszki. Widział jed­nak też ślady nowych kol­ców, wysta­ją­cych z ich piersi i ple­ców. Marsh sam umie­ścił wiele z nich, zabi­ja­jąc Ter­ri­san pochwy­co­nych na pół­nocy lub wytro­pio­nych póź­niej.

Sam Marsh miał kolek­cję nowych kol­ców, mię­dzy żebrami lub w piersi. Były cudowne. Nie rozu­miał dla­czego, ale eks­cy­to­wały go. Te kolce zostały napeł­nione dzięki śmierci, i samo w sobie było to przy­jemne - ale cho­dziło o coś wię­cej. Jakimś spo­so­bem wie­dział, że Inkwi­zy­to­rzy byli nie­kom­pletni - Ostatni Impe­ra­tor nie dał im pew­nych umie­jęt­no­ści, by byli od niego bar­dziej zależni. By się upew­nić, że mu nie zagrożą. Ale teraz dosta­wali to, co zatrzy­mał.

Cóż za piękny świat, pomy­ślał Marsh, patrząc na spa­da­jący popiół i czu­jąc lekki, uspo­ka­ja­jący dotyk płat­ków na skó­rze.

7

7

Dali mu kości.

Ten­Soon opły­nął je, roz­ta­pia­jąc mię­śnie, a póź­niej two­rząc z nich narządy, ścię­gna i skórę. Zbu­do­wał ciało wokół kości, wyko­rzy­stu­jąc umie­jęt­no­ści zebrane pod­czas stu­leci poże­ra­nia i prze­tra­wia­nia ludzi. Oczy­wi­ście, tru­pów - ni­gdy nie zabił czło­wieka. Kon­trakt tego zaka­zy­wał.

Po roku spę­dzo­nym w jamie czuł się, jakby zapo­mniał już, jak korzy­stać z ciała. Jak to jest, doty­kać świata sztyw­nymi człon­kami, a nie cia­łem opły­wa­ją­cym kamień? Jak sma­ko­wać i czuć woń jedy­nie języ­kiem i noz­drzami, a nie każ­dym kawał­kiem skóry wysta­wio­nej na powie­trze? Jak to...

Widzieć. Otwo­rzył oczy i sap­nął, zaczer­pu­jąc tchu w nowe płuca peł­nych roz­mia­rów. Świat był miej­scem cudow­nym i peł­nym... świa­tła. Zapo­mniał o tym przez mie­siące nie­mal sza­leń­stwa. Pod­niósł się na kolana, spoj­rzał w dół na ramiona. Póź­niej uniósł rękę i ostroż­nie dotknął twa­rzy.

Jego ciało nie przed­sta­wiało żad­nej okre­ślo­nej osoby - do stwo­rze­nia takiej repliki potrze­bo­wał modelu. Teraz jedy­nie przy­krył kości mię­śniami i skórą naj­le­piej jak potra­fił. Był na tyle stary, by umieć stwo­rzyć roz­sądną replikę czło­wieka. Rysy nie były przy­stojne, mogły się nawet wyda­wać nieco gro­te­skowe. Mimo to, na razie i tak czuł się z tym wię­cej niż dobrze. Czuł się... znów praw­dziwy.

Pozo­sta­jąc na czwo­ra­kach, spoj­rzał na straż­nika. Jaski­nię oświe­tlał jedy­nie jarzy­ka­mień - duży, poro­waty kawał skały umiesz­czony na gru­bej kolum­nie. Nie­bie­skawy grzyb, który wyra­stał na kamie­niu, świe­cił na tyle mocno, by móc widzieć w jego bla­sku - zwłasz­cza jeśli ktoś wyho­do­wał sobie oczy przy­zwy­cza­jone do widze­nia w sła­bym błę­kit­nym świe­tle.

Ten­Soon znał swo­jego straż­nika. Znał więk­szość kan­dra, przy­naj­mniej do Szó­stego i Siód­mego Poko­le­nia. Ten nazy­wał się Var­Sell. W Ojczyź­nie Var­Sell nie nosił kości zwie­rzę­cia ani czło­wieka, tylko korzy­stał z Praw­dzi­wego Ciała - kom­pletu sztucz­nych kości, huma­no­idal­nych, wyrzeź­bio­nych przez rze­mieśl­nika kan­dra. Praw­dziwe Ciało Var­Sella było kwar­cowe, a on sam uczy­nił skórę prze­zro­czy­stą, pozwa­la­jąc, by krysz­tał migo­tał słabo w bla­sku grzyba, gdy przy­glą­dał się Ten­Soonowi.

Uczy­ni­łem swoje ciało nie­prze­zro­czy­stym, uświa­do­mił sobie Ten­Soon. Niczym czło­wiek, z opa­loną skórą zasła­nia­jącą mię­śnie. Dla­czego przy­szło mu to tak natu­ral­nie? Kie­dyś prze­kli­nał lata spę­dzone wśród ludzi i wyko­rzy­sty­wa­nie ich kości zamiast Praw­dzi­wego Ciała. Może postą­pił tak ruty­nowo, dla­tego że jego straż­nicy nie dali mu Praw­dzi­wego Ciała. Ludz­kie kości. Swego rodzaju obe­lga.

Ten­Soon wstał.

- Co? - spy­tał, widząc spoj­rze­nie Var­Sella.

- Wybra­łem przy­pad­kowe kości z maga­zynu - odpo­wie­dział tam­ten. - Cóż za iro­nia, że dałem ci kości, które pier­wot­nie sam przy­nio­słeś.

Ten­Soon zmarsz­czył czoło. Co?

I wtedy zro­zu­miał. Ciało, które utwo­rzył wokół kości, musiało wyglą­dać prze­ko­nu­jąco - jakby było ory­gi­nal­nym, do któ­rego nale­żały te kości. Var­Sell zało­żył, że Ten­So­onowi udało się stwo­rzyć tak reali­styczny obraz, gdyż kie­dyś prze­tra­wił ciało tego czło­wieka i stąd wie­dział, jak utwo­rzyć pra­wi­dłowe ciało wokół kości.

Ten­Soon się uśmiech­nął.

- Ni­gdy wcze­śniej nie nosi­łem tych kości.

Var­Sell popa­trzył na niego. Nale­żał do Pią­tego poko­le­nia - dwa stu­le­cia młod­szego od Ten­So­ona. W rze­czy samej, nawet wśród Trze­ciego Poko­le­nia - z nie­licz­nymi wyjąt­kami takimi jak Paalm, cią­gle wysy­łana z misjami przez Ojca - nie­wielu kan­dra miało tak wiel­kie doświad­cze­nie, jak Ten­Soon.

- Rozu­miem - powie­dział w końcu Var­Sell.

Ten­Soon odwró­cił się i rozej­rzał po nie­wiel­kiej kom­na­cie. Trzej kolejni z Pią­tego Poko­le­nia stali przy drzwiach, obser­wu­jąc go. Podob­nie jak Var­Sell, więk­szość nie miała ubrań - a ci, któ­rzy je wybrali, nosili tylko roz­chy­lone szaty. W Ojczyź­nie kan­dra nie nosili zbyt wiele ubrań, to bowiem pozwa­lało im lepiej pre­zen­to­wać Praw­dziwe Ciała.

Ten­Soon widział dwa migo­czące meta­lowe kolce wbite w prze­zro­czy­ste mię­śnie w ramio­nach każ­dego z Pią­tych - wszy­scy trzej mieli Bło­go­sła­wień­stwo Siły. Dru­gie Poko­le­nie wolało nie ryzy­ko­wać jego ucieczki. Oczy­wi­ście, była to kolejna obe­lga. Ten­Soon był gotów przy­jąć swój los.

- I co? - spy­tał Ten­Soon, odwra­ca­jąc się znów do Var­Sella. - Idziemy?

Kan­dra spoj­rzał na jed­nego ze swo­ich towa­rzy­szy.

- Spo­dzie­wano się, że stwo­rze­nie ciała zaj­mie ci wię­cej czasu.

Ten­Soon prych­nął.

- Dru­giemu Poko­le­niu bra­kuje prak­tyki. Zakła­dają, że ponie­waż im wciąż zaj­muje wiele godzin stwo­rze­nie ciała, reszta z nas rów­nież potrze­buje tyle samo czasu.

- To star­sze poko­le­nie - stwier­dził Var­Sell. - Masz im oka­zy­wać sza­cu­nek.

- Dru­gie Poko­le­nie przez stu­le­cia żyło w odosob­nie­niu w tych jaski­niach - odparł Ten­Soon - wysy­ła­jąc nas na Kon­trakty, gdy oni się lenili. Dawno temu prze­ro­słem ich umie­jęt­no­ściami.

Var­Sell zasy­czał i Ten­Soon przez chwilę myślał, że młod­szy kan­dra go spo­licz­kuje, on jed­nak się powstrzy­mał, choć z tru­dem - ku roz­ba­wie­niu Ten­Soona. W końcu, jako czło­nek Trze­ciego Poko­le­nia, Ten­Soon był star­szym dla Var­Sella, podob­nie jak Dru­dzy byli star­szymi Ten­Soona.

Jed­nakże Trze­cie Poko­le­nie było przy­pad­kiem spe­cjal­nym. Od zawsze. Dla­tego wła­śnie Dru­dzy tak czę­sto wysy­łali ich na Kon­trakty - lepiej, żeby ich bez­po­średni pod­władni nie prze­by­wali przez cały czas w oko­licy, psu­jąc ich dosko­nałą uto­pię kan­dra.

- Chodźmy - zde­cy­do­wał w końcu Var­Sell, ski­nie­niem głowy dając znak dwóm straż­ni­kom, by szli przo­dem.

Trzeci dołą­czył do Var­Sella i ruszył za Ten­So­onem.

Podob­nie jak Var­Sell, ta trójka miała Praw­dziwe Ciała z kamie­nia. To było popu­larne wśród Pią­tego Poko­le­nia, które miało czas, by zamó­wić - i wyko­rzy­sty­wać - luk­su­sowe Praw­dziwe Ciała. Jako ulu­bieńcy Dru­gich, spę­dzali w Ojczyź­nie wię­cej czasu niż pozo­stali.

Ten­Soon nie dostał ubra­nia. Dla­tego w trak­cie mar­szu roz­pu­ścił geni­ta­lia i stwo­rzył sobie gład­kie kro­cze, jak to mieli w zwy­czaju kan­dra. Pró­bo­wał iść z dumą i pew­no­ścią sie­bie, ale wie­dział, że to ciało nie wyglą­dało zbyt groź­nie. Było wychu­dzone - stra­cił wiele masy pod­czas uwię­zie­nia, a jesz­cze wię­cej przez kwas i nie udało mu się stwo­rzyć wiel­kich mię­śni.

Gładki kamienny tunel kie­dyś był pew­nie natu­ralną for­ma­cją, lecz przez stu­le­cia młod­sze poko­le­nia wyko­rzy­sty­wano pod­czas dzie­ciń­stwa do wygła­dza­nia kamie­nia sokami tra­wien­nymi. Ten­Soon nie widział zbyt wielu kan­dra. Var­Sell naj­wy­raź­niej trzy­mał się bocz­nych kory­ta­rzy, pra­gnąc unik­nąć zain­te­re­so­wa­nia.

Tak długo mnie nie było, pomy­ślał Ten­Soon. Na pewno wybrano już Jede­na­ste Poko­le­nie. Wciąż nie znam więk­szo­ści Ósmego, nie wspo­mi­na­jąc już o Dzie­wią­tym i Dzie­sią­tym.

Zaczy­nał podej­rze­wać, że Dwu­na­stego Poko­le­nia nie będzie. Nawet gdyby powstało, wszystko musiało się zmie­nić. Ojciec nie żył. Co w takim razie z Pierw­szym Kon­trak­tem? Jego lud spę­dził dzie­sięć stu­leci w nie­woli u ludzi, wypeł­nia­jąc Kon­trakty, by zapew­nić sobie bez­pie­czeń­stwo. Więk­szość kan­dra z tego powodu nie­na­wi­dziła ludzi. Aż do nie­dawna Ten­Soon się do nich zali­czał.

To iro­niczne, pomy­ślał Ten­Soon. Ale nawet gdy nosimy Praw­dziwe Ciała, mają one ludzką postać. Dwie ręce, dwie nogi, nawet twa­rze przy­po­mi­na­jące ludz­kie.

Cza­sem zasta­na­wiał się, czy nie­na­ro­dzeni, przez ludzi zwani mgiel­nymi upio­rami, nie byli bar­dziej uczciwi od swo­ich braci kan­dra. Mgielne upiory two­rzyły takie ciała, na jakie tylko miały ochotę, łącząc kości w dziwny spo­sób, two­rząc nie­mal arty­styczne wzory z kości ludzi i zwie­rząt. Kan­dra jed­nak two­rzyli ciała, które wyglą­dały jak ludz­kie. Nawet jeśli prze­kli­nali ludz­kość za swoje znie­wo­le­nie.

Cóż za dziwny z nich lud. Mimo to, nale­żał do nich. Cho­ciaż ich zdra­dził.

A teraz muszę prze­ko­nać Pierw­sze Poko­le­nie, że moja zdrada była uza­sad­niona. Nie dla mnie. Dla nich. Dla nas wszyst­kich.

Prze­cho­dzili przez kory­ta­rze i kom­naty, w końcu dotarli do czę­ści Ojczy­zny, które Ten­Soon znał lepiej. Wkrótce uświa­do­mił sobie, że ich celem był Labi­rynt Zaufa­nia. Będzie się bro­nił w naj­święt­szym miej­scu swo­jego ludu. Mógł się tego domy­ślić.

Przez rok bole­snego uwię­zie­nia zasłu­żył sobie na pro­ces przed obli­czem Pierw­szego Poko­le­nia. Miał rok, by się zasta­no­wić nad tym co powie­dzieć. A jeśli mu się nie uda, będzie miał całą wiecz­ność, by się zasta­na­wiać, gdzie popeł­nił błąd.

Przed­mowa

PRZED­MOWA

Tą książką musia­łem udo­wod­nić, że potra­fię to zro­bić - zarówno sobie, jak i swoim czy­tel­ni­kom.

Przez te lata, kiedy pró­bo­wa­łem się prze­bić do świata fan­tasy, dostrze­głem pewną cechę mło­dych pisa­rzy. Było wśród nich bar­dzo wielu twór­ców wspa­nia­łych świa­tów, jak rów­nież wielu, któ­rzy pisali świetne roz­działy, two­rzyli przy­cią­ga­ją­cych uwagę boha­te­rów i przed­sta­wiali inte­re­su­jące sytu­acje.

Jed­nak kon­se­kwent­nie roz­cza­ro­wy­wały mnie zakoń­cze­nia tych powie­ści. Jasne, chęt­niej prze­czy­tam książkę, która ma słabe zakoń­cze­nie, ale świet­nych boha­te­rów niż odwrot­nie - odno­si­łem jed­nak wra­że­nie, że wielu pisa­rzy zanie­dby­wało ten klu­czowy ele­ment swo­ich opowie­ści. Skoro prze­czy­ta­łem epicką powieść albo całą serię, w któ­rej cał­ko­wi­cie się zanu­rzy­łem i poświę­ci­łem jej całe tygo­dnie, pra­gną­łem rów­nie epic­kiego zakoń­cze­nia.

W Boha­te­rze Wie­ków musia­łem poprzeć słowa czy­nami. Napi­sa­łem te trzy powie­ści wła­ści­wie jedna po dru­giej, skoń­czy­łem tę zanim pierw­sza tra­fiła do dru­karni. Wło­ży­łem w to tak wiele wysiłku, bo chcia­łem się upew­nić, że ostat­nia książka zachowa cią­głość z pierw­szymi dwoma.

Nie robi­łem tego jed­nak ni­gdy wcze­śniej. Zagłę­bi­łem się na tery­to­rium, które było dla mnie nowe. Do tej pory napi­sa­łem pięt­na­ście czy szes­na­ście powie­ści, ale żadna nie była koń­cem serii. Dla­tego ta książka była dla mnie stre­su­jąca. Tak bar­dzo chcia­łem, żeby wyszła dobrze, że kiedy coś poszło kiep­sko (jak wątek Sazeda w pierw­szej wer­sji) czu­łem się pod ogromną pre­sją, by zna­leźć inną drogę.

Jed­no­cze­śnie pisa­nie Boha­tera Wie­ków miało w sobie pewien impet. Tom drugi wyma­gał ode mnie naj­więk­szego wysiłku ze wszyst­kich trzech, nawet jeśli wątek Sazeda w tym tomie był dla mnie naj­więk­szym poje­dyn­czym pro­ble­mem. Pisa­łem tę powieść z zapa­łem, a (krótka) prze­rwa na napi­sa­nie pierw­szego tomu cyklu Alca­traz dodała mi ener­gii. Pró­bo­wa­łem umie­ścić w niej wszyst­kie pomy­sły na temat apo­ka­lipsy fan­tasy, jakie mia­łem przez lata i z niczego nie rezy­gno­wać.

Ta książka miała być dosko­na­łym zakoń­cze­niem. Wydaje mi się, że w dużej mie­rze mi się to udało. Podob­nie jak w przy­padku wszyst­kich pozo­sta­łych tomów z cyklu Z Mgły Zro­dzony, ma swój uni­ka­towy punkt sku­pie­nia. To jed­no­cze­śnie mała ksią­żeczka i bar­dzo duża. Kiedy pisa­łem tę serię, powta­rza­łem sobie "Napisz w trzech tomach to, do czego inne serie potrze­bują dzie­się­ciu". Aby to osią­gnąć i jed­no­cze­śnie nie przy­tło­czyć książki pobocz­nymi wąt­kami, musia­łem sku­pić się na kilku głów­nych boha­te­rach - poka­zać, jak świat roz­pada się wokół nich, ale sku­piać uwagę na nich i ich pro­ble­mach.

Jestem bar­dzo dumny z efektu. Podoba mi się, że jest bar­dzo intymna, mimo epic­kiego cha­rak­teru serii. Podoba mi się, jak zwię­zła jest (choć obszerna, na­dal jest o połowę krót­sza od prze­cięt­nego tomu Archi­wum Burzo­wego Świa­tła). Podoba mi się, że wizja świata two­rzy jedną spójną całość, a przede wszyst­kim, że trzy tomy dobrze ze sobą współ­grają. Zarówno jako podróż boha­te­rów, jak i jako ele­ment dekon­struk­cji fan­tasy jako gatunku.

Z Mgły Zro­dzony to moja wizy­tówka w tym świe­cie.

8

8

Pierw­szego dnia po wyj­ściu z Veti­tan Vin i Elend zamor­do­wali setkę miesz­kań­ców mia­steczka. A przy­naj­mniej Vin tak się czuła.

Sie­działa na gni­ją­cym pniaku pośrodku obozu, przy­glą­da­jąc się, jak słońce opada ku odle­głemu hory­zon­towi. Wie­działa, co się zda­rzy. Wokół niej w ciszy opa­dał popiół. I poja­wiły się mgły.

Kie­dyś - nie tak dawno temu - mgły poja­wiały się jedy­nie w nocy. Jed­nakże w ciągu roku po śmierci Ostat­niego Impe­ra­tora wszystko się zmie­niło. Jakby tysiąc lat uwię­zie­nia w ciem­no­ściach spra­wiło, że mgły stały się nie­spo­kojne.

I tak oto zaczęły poja­wiać się w ciągu dnia. Cza­sami przy­pły­wały wiel­kimi prze­ta­cza­ją­cymi się falami, poja­wia­jąc się zni­kąd i zni­ka­jąc rów­nie szybko. Zazwy­czaj jed­nak po pro­stu poja­wiały się w powie­trzu niczym tysiąc zjaw, kłę­biąc się i wzra­sta­jąc. Roz­ra­sta­jące się pasma mgły, przy­po­mi­na­jące pną­cza pędy, które skra­dały się po nie­bie. Każ­dego ranka zni­kały odro­binę póź­niej i każ­dego wie­czora poja­wiały się odro­binę wcze­śniej. Wkrótce, być może jesz­cze przed koń­cem roku, na stałe pokryją zie­mię. A to ozna­czało pro­blem, ponie­waż od tam­tej nocy, gdy Vin uwol­niła moc Studni Wstą­pie­nia, mgły zabi­jały.

Elend nie mógł uwie­rzyć w opo­wie­ści Sazeda sprzed ponad roku, gdy Ter­ri­sa­nin przy­był do Lutha­del z prze­ra­ża­ją­cymi donie­sie­niami o zastra­szo­nych wie­śnia­kach i mgłach, które zabi­jały. Vin rów­nież zakła­dała, że Sazed się mylił. W głębi duszy żało­wała, że nie może dalej trzy­mać się tego złu­dze­nia, gdy patrzyła na cze­ka­ją­cych miesz­kań­ców mia­steczka, tulą­cych się do sie­bie na sze­ro­kiej rów­ni­nie, oto­czo­nych przez żoł­nie­rzy i kolossy.

Zaczęli umie­rać w chwili, gdy poja­wiły się mgły. Choć więk­szość ludzi pozo­sta­wała nie­tknięta, mgły wybie­rały przy­pad­kowe jed­nostki, wywo­łu­jąc w nich drgawki. Ci padali na zie­mię, a ich rodziny i przy­ja­ciele przy­glą­dali się wstrzą­śnięci i prze­ra­żeni.

Vin wciąż reago­wała prze­ra­że­niem. Oraz fru­stra­cją. Kel­sier twier­dził, że mgły są sojusz­ni­kiem - że będą ją chro­nić i dadzą jej moc. Wie­rzyła w to do chwili, gdy zaczęły się jej wyda­wać obce, ukry­wa­jąc duchy i zbrod­ni­cze zamiary.

- Nie­na­wi­dzę was - wyszep­tała, gdy mgły nie prze­ry­wały swo­jej maka­brycz­nej dzia­łal­no­ści.

Czuła się tak, jakby patrzyła na sta­rego zna­jo­mego, który wybiera obcych z tłumu i pod­rzyna im gar­dła, jed­nemu po dru­gim. I nic nie mogła na to pora­dzić. Uczeni Elenda pró­bo­wali wszyst­kiego - kap­tury powstrzy­mu­jące przed wdy­cha­niem opa­rów, cze­ka­nie z wyj­ściem na zewnątrz do chwili, gdy mgły obja­wią się w pełni, wcią­ga­nie ludzi do środka w chwili, gdy zaczy­nali się trząść. Zwie­rzęta z jakie­goś powodu były odporne, lecz każdy czło­wiek był poten­cjal­nie podatny. Jeśli ktoś wycho­dził z domu we mgłę, ryzy­ko­wał życie i nic nie mogło temu zapo­biec.

Wkrótce wszystko się skoń­czyło. Mgły wywo­ły­wały ataki u około jed­nego na sze­ścioro, a umie­rała nie­wielka ich część. Poza tym wystar­czyło tylko raz zary­zy­ko­wać kon­takt z nową mgłą i czło­wiek sta­wał się odporny. Więk­szość z cho­rych powra­cała do zdro­wia. Co jed­nak nie było pocie­sze­niem dla rodzin tych, któ­rzy umarli.

Sie­działa na pniaku, wpa­tru­jąc się w mgły, wciąż pod­świe­tlane bla­skiem zacho­dzą­cego słońca. Para­dok­sal­nie, widziała gorzej niż gdyby pano­wała cał­ko­wita ciem­ność. Nie mogła spa­lać dużo cyny, gdyż słońce by ją ośle­piło - bez niej jed­nak nie mogła prze­bić wzro­kiem mgieł.

I w ten spo­sób przy­po­mniała sobie, dla­czego kie­dyś bała się mgieł. Mogła się­gnąć wzro­kiem nie dalej niż na dzie­sięć stóp i widziała tylko cie­nie. Bez­kształtne posta­cie bie­gły z krzy­kiem w różne strony. Syl­wetki klę­czały lub stały prze­ra­żone. Dźwięk był zdra­dziecki, odbi­jał się echem od nie­wi­docz­nych obiek­tów, krzyki pocho­dziły od wid­mo­wych źró­deł.

Vin sie­działa pośród nich, popiół spa­dał wokół niej niczym spa­lone łzy. Spu­ściła głowę.

- Lor­dzie Fatre­nie! - zawo­łał Elend.

Vin unio­sła głowę. Nie­gdyś w jego gło­sie nie było tyle wła­dzy. Wyda­wało się, że od tego czasu minęło wiele lat. Wyło­nił się spo­śród mgieł, ubrany w swój drugi biały mun­dur - ten wciąż czy­sty. Jego twarz była nie­ru­choma w obli­czu wszyst­kich śmierci. Czuła jego allo­man­tyczny dotyk na tych, któ­rzy go ota­czali - jego Uspo­ka­ja­nie zła­go­dzi cier­pie­nia ludzi, choć nie Odpy­chał tak mocno, jak by mógł. Z roz­mów wie­działa, że nie uważa za słuszne usu­wa­nie całego smutku z powodu śmierci naj­bliż­szych.

- Milor­dzie! - ode­zwał się Fatren i Vin zoba­czyła, jak męż­czy­zna się zbliża. - To kata­strofa!

- Tak naprawdę sytu­acja nie wygląda aż tak źle, lor­dzie Fatre­nie - powie­dział Elend. - Jak wyja­śnia­łem, więk­szość tych, któ­rzy upa­dli, wyzdro­wieje.

Fatren sta­nął obok pniaka Vin. Tam odwró­cił się i wpa­trzył w mgły, wsłu­chu­jąc się w płacz i jęki cier­pie­nia swo­ich ludzi.

- Nie wie­rzę, że to zro­bi­li­śmy. Nie mogę... nie mogę uwie­rzyć, że prze­ko­na­łeś mnie do wysta­wie­nia ich na mgły.

- Twoi ludzie musieli zostać zaszcze­pieni, Fatre­nie - stwier­dził Elend.

To była prawda. Nie mieli namio­tów dla wszyst­kich miesz­kań­ców mia­steczka, co ozna­czało, że pozo­stały im dwie moż­li­wo­ści. Zosta­wić ich w umie­ra­ją­cej osa­dzie albo zmu­sić do wyru­sze­nia na pół­noc - kazać wyjść w mgłę i zoba­czyć, kto umrze. To było straszne i bru­talne, ale i tak by do tego doszło. Mimo że Vin znała sens tego, co zro­bili, i tak czuła się paskud­nie.

- Jakimi potwo­rami się sta­li­śmy? - spy­tał ści­szo­nym gło­sem Fatren.

- Takimi, jakimi musie­li­śmy się stać - odparł Elend. - Policz ich. Dowiedz się, ilu umarło. Uspo­kój żyją­cych i obie­caj, że mgły już ich nie skrzyw­dzą.

- Tak, milor­dzie - powie­dział Fatren i odszedł.

Vin odpro­wa­dziła go wzro­kiem.

- Zamor­do­wa­li­śmy ich, Elen­dzie - wyszep­tała. - Powie­dzie­li­śmy im, że nic im się nie sta­nie. Zmu­si­li­śmy ich do opusz­cze­nia mia­steczka i wyj­ścia tu, na śmierć.

- Wszystko będzie dobrze - powie­dział Ven­ture, kła­dąc dłoń na jej ramie­niu. - To lep­sze niż powolna śmierć w tam­tej osa­dzie.

- Mogli­śmy dać im wybór.

Elend pokrę­cił głową.

- Nie ma wyboru. Za kilka mie­sięcy ich mia­steczko zakryją mgły. Musie­liby zostać w domach i umrzeć z głodu albo wyjść we mgłę. Lepiej, jeśli zabie­rzemy ich do Środ­ko­wego Domi­nium, gdzie dzień wolny od mgieł jest na tyle długi, by upra­wiać rolę.

- Prawda nie spra­wia, że jest łatwiej.

Elend stał pośród mgieł, ota­czał go popiół.

- Ow­szem - zgo­dził się. - Zbiorę kolossy, niech pocho­wają zabi­tych.

- A ranni i pora­żeni?

Ci, któ­rych mgły zaata­ko­wały, ale nie zabiły, przez kilka dni, może nawet dłu­żej, będą cho­rzy i odrę­twiali. Jeśli typowe pro­por­cje zostały zacho­wane, do tej kate­go­rii zali­czało się nie­mal tysiąc wie­śnia­ków.

- Kiedy jutro wyru­szymy, każę kolos­som ich nieść. Gdy dotrzemy do kanału, naj­pew­niej uda nam się umie­ścić więk­szość z nich na bar­kach.

***

Vin nie lubiła czuć się odsło­nięta. Spę­dziła dzie­ciń­stwo, kry­jąc się po kątach, a okres doj­rze­wa­nia w roli cichego noc­nego skry­to­bójcy. Dla­tego nie mogła nie czuć się odsło­nięta, gdy podró­żo­wała z pię­cioma tysią­cami zmę­czo­nych wie­śnia­ków jed­nym z naj­bar­dziej oczy­wi­stych szla­ków Połu­dnio­wego Domi­nium.

Ode­szła kawa­łek od miesz­kań­ców - ni­gdy nie jeź­dziła konno - i pró­bo­wała zna­leźć sobie coś, co odwróci jej uwagę od śmierci poprzed­niego wie­czoru. Nie­stety, Elend jechał z Fatre­nem i innymi przy­wód­cami mia­sta, pró­bu­jąc napra­wić ich sto­sunki. Co ozna­czało, że była sama.

Za wyjąt­kiem samot­nego kolossa.

Potężna bestia czła­pała obok niej. Vin trzy­mała go przy sobie czę­ściowo dla wygody - wie­działa, że dzięki temu miesz­kańcy będą zacho­wy­wać dystans. Choć miała dużą ochotę na odwró­ce­nie uwagi, nie chciała widzieć ich zdra­dzo­nych, prze­ra­żo­nych spoj­rzeń. Nie w tej chwili.

Nikt nie rozu­miał kolos­sów, a już Vin naj­mniej. Odkryła, jak nad nimi zapa­no­wać, wyko­rzy­stu­jąc ukryty allo­man­tyczny bodziec. Nie­stety, przez tysiąc lat swo­ich rzą­dów Ostatni Impe­ra­tor trzy­mał kolossy z dala od ludz­ko­ści, nie wyja­wia­jąc wiele na ich temat, poza ich bru­talną spraw­no­ścią w walce i pro­stą, zwie­rzęcą naturą.

Nawet w tej chwili Vin czuła, jak jej koloss się szar­pie, pró­buje się uwol­nić. Nie lubił być kon­tro­lo­wany - chciał ją zaata­ko­wać. Na szczę­ście, nie mógł tego zro­bić - pano­wała nad nim i będzie nad nim pano­wać, dopóki komuś innemu nie uda się go ukraść.

Mimo tej więzi Vin nie rozu­miała stwora. Przez tysiąc lat swo­ich rzą­dów Ostatni Cesarz trzy­mał kolosy z dala od ludzi, przez co nie­wiele o nich wie­dziano, poza ich bru­talną sku­tecz­no­ścią w walce i pro­stą zwie­rzęcą naturą.

Unio­sła wzrok i odkryła, że koloss wpa­truje się w nią czer­wo­nymi oczyma. Jego skóra była nacią­gnięta na twa­rzy, nos nie­mal spłasz­czony. W pobliżu pra­wego oka skóra się roze­rwała, pęk­nię­cie bie­gło do kącika ust. Fałd nie­bie­skiej skóry zwi­sał luźno, odsła­nia­jąc czer­wone mię­śnie i zakrwa­wione zęby.

- Nie patrz na mnie - powie­działa powoli istota. Mówiła nie­wy­raź­nie, czę­ściowo z powodu nacią­gnię­tej skóry warg.

- Co? - spy­tała Vin.

- Nie myślisz, że jestem czło­wie­kiem. - Koloss mówił powoli, z namy­słem, tak jak inne, które sły­szała. Zupeł­nie, jakby musieli się zasta­no­wić nad każ­dym sło­wem.

- Nie jesteś czło­wie­kiem - stwier­dziła Vin. - Jesteś czymś innym.

- Będę czło­wie­kiem - odparł koloss. - Zabi­jemy was. Odbie­rzemy wasze mia­sta. Wtedy będziemy ludźmi.

Vin zadrżała. To było typowe dla kolos­sów. Sły­szała już podobne stwier­dze­nia z ich ust. Było coś mro­żą­cego krew w żyłach w spo­koj­nym, bez­na­mięt­nym spo­so­bie, w jaki te stwory mówiły o mor­do­wa­niu ludzi.

Zostały stwo­rzone przez Ostat­niego Impe­ra­tora, pomy­ślała. Oczy­wi­ście, że są wypa­czone. Tak samo jak on.

- Jak się nazy­wasz? - spy­tała kolossa.

Czła­pał dalej. W końcu odpo­wie­dział.

- Czło­wiek.

- Wiem, że chcesz być czło­wie­kiem - powie­działa. - Jak się nazy­wasz?

- Tak się nazy­wam. Czło­wiek. Mów mi Czło­wiek.

Vin zmarsz­czyła czoło. To było nawet... sprytne. Ni­gdy wcze­śniej nie wyko­rzy­stała oka­zji, by poroz­ma­wiać z kolos­sami. Zawsze zakła­dała, że men­tal­nie są jed­na­kowe - ta sama głu­pia bestia w wielu kopiach.

- Dobrze, Czło­wieku - powie­działa, zacie­ka­wiona. - Jak długo żyjesz?

Szedł w mil­cze­niu przez chwilę, i Vin pomy­ślała, że chyba zapo­mniał o pyta­niu. W końcu jed­nak się ode­zwał.

- Nie widzisz mojej dużo­ści?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Pro­log

PRO­LOG

Marsh pró­bo­wał się zabić.

Jego dłoń zadrżała, gdy sta­rał się zebrać siły, by pod­nieść rękę, wyrwać kolec z ple­ców i zakoń­czyć potworną egzy­sten­cję. Nie pró­bo­wał się już uwol­nić. Trzy lata. Trzy lata w postaci Inkwi­zy­tora, trzy lata uwię­zie­nia we wła­snych myślach. Te lata udo­wod­niły, że nie ma ucieczki. Nawet teraz jego myśli się zaćmiły.

A póź­niej To prze­jęło kon­trolę. Świat wokół niego jakby wibro­wał - i nagle zaczął widzieć wszystko wyraź­nie. Dla­czego wal­czył? Dla­czego się mar­twił? Wszystko było w jak naj­lep­szym porządku.

Zro­bił krok do przodu. Choć nie widział już tak jak zwy­czajni ludzie - w końcu w jego oczo­doły wbito potężne sta­lowe kolce - wyczu­wał pomiesz­cze­nie wokół sie­bie. Kolce wysta­wały z tyłu jego czaszki. Gdyby wycią­gnął rękę i go dotknął, poczułby ostre końce. Nie było krwi.

Kolce dawały mu moc. Wszystko ota­czały nie­bie­skie allo­man­tyczne linie, roz­ja­śnia­jąc świat. Pomiesz­cze­nie było śred­nich roz­mia­rów, a wraz z Mar­shem znaj­do­wało się w nim kilku towa­rzy­szy - rów­nież oto­czo­nych błę­ki­tem, allo­man­tyczne linie wska­zy­wały na metale w ich krwi. Każdy miał kolce w oczo­do­łach.

To zna­czy, każdy poza męż­czy­zną przy­wią­za­nym przed nim do stołu. Marsh uśmiech­nął się, wziął kolec ze stołu i uniósł go. Wię­zień nie został zakne­blo­wany. To by stłu­miło krzyki.

- Pro­szę - wyszep­tał wię­zień i zadrżał. Nawet ter­ri­sań­ski lokaj zała­my­wał się, mając w per­spek­ty­wie wła­sną gwał­towną śmierć.

Męż­czy­zna pró­bo­wał się szar­pać. Znaj­do­wał się w bar­dzo nie­wy­god­nej pozy­cji, został bowiem przy­wią­zany na innej oso­bie. Stół zapro­jek­to­wano w taki wła­śnie spo­sób, wgłę­bie­nie mie­ściło ciało poni­żej.

- Czego chce­cie? - spy­tał Ter­ri­sa­nin. - Nic już wam nie powiem o Syno­dzie.

Marsh poma­cał mosiężny kolec, czu­jąc jego ostry koniec. Miał pracę do wyko­na­nia, lecz zawa­hał się, sma­ku­jąc ból i prze­ra­że­nie w gło­sie męż­czy­zny. Zawa­hał się, żeby móc...

Marsh zapa­no­wał nad wła­snym umy­słem. Słodki aro­mat sali znik­nął, zastą­piony przez smród krwi i śmierci. Jego radość zmie­niła się w grozę. Wię­zień był ter­ri­sań­skim Opie­ku­nem, czło­wie­kiem, który całe życie pra­co­wał dla dobra innych. Zabi­cie go będzie nie tylko zbrod­nią, ale i tra­ge­dią. Marsh pró­bo­wał unieść rękę i wyrwać naj­waż­niej­szy kolec z ple­ców - jego usu­nię­cie zabi­łoby go.

To jed­nak było zbyt silne. Moc. Jakimś spo­so­bem pano­wała nad Mar­shem - i potrze­bo­wała go oraz innych Inkwi­zy­to­rów jako swo­ich rąk. Była wolna - Marsh wciąż czuł, jak się tym raduje - lecz coś nie pozwa­lało jej zbyt mocno wpły­wać na świat. Prze­ciw­nik. Siła, która ota­czała świat niczym tar­cza.

To nie było jesz­cze pełne. Potrze­bo­wało wię­cej. Cze­goś jesz­cze... cze­goś ukry­tego. A Marsh to odnaj­dzie, przy­nie­sie swo­jemu panu. Panu, któ­rego Vin uwol­niła. Isto­cie, która została uwię­ziona w Studni Wstą­pie­nia.

Nazy­wała się Znisz­cze­niem.

Marsh uśmiech­nął się, gdy jego wię­zień zaczął pła­kać. Póź­niej zro­bił krok do przodu, uno­sząc kolec. Przy­tknął go do piersi skam­lą­cego męż­czy­zny. Kolec musiał prze­bić jego ciało, prze­szy­wa­jąc serce, a póź­niej wbić się w ciało Inkwi­zy­tora przy­wią­za­nego poni­żej. Hema­lur­gia była brudną sztuką.

I dla­tego była taka zabawna. Marsh uniósł drew­niany młot i zaczął ude­rzać.

1

1

Fatren zmru­żył oczy i spoj­rzał w czer­wone słońce, które kryło się za zasłoną ciem­nych opa­rów. Czarny popiół opa­dał z nieba, jak nie­mal każ­dego dnia. Grube płatki spa­dały pro­sto, powie­trze było nie­ru­chome i gorące, bez śladu wie­trzyka, który mógłby popra­wić nastrój męż­czy­zny. Wes­tchnął, oparł się o umoc­nie­nia i spoj­rzał na Veti­tan. Swoje mia­sto.

- Jak długo? - spy­tał.

Druf­fel podra­pał się po nosie. Na twa­rzy miał ciemne plamy popiołu. Ostat­nio nie dbał zbyt­nio o higienę. Oczy­wi­ście, Fatren wie­dział, że bio­rąc pod uwagę wyda­rze­nia z ostat­nich kilku mie­sięcy, sam też nie wygląda naj­le­piej.

- Może godzinę - odparł Druf­fel, splu­wa­jąc na ziemny wał.

Fatren wes­tchnął i wpa­trzył się w opa­da­jący popiół.

- Myślisz, że to prawda, Druf­fel? To, co mówią ludzie?

- Co? - odpo­wie­dział tam­ten pyta­niem. - Że świat się koń­czy?

Fatren poki­wał głową.

- Nie wiem. Nie obcho­dzi mnie to.

- Jak możesz tak mówić?

Druf­fel wzru­szył ramio­nami i znów się podra­pał.

- Jak tylko przy­będą te kolossy, zginę. Dla mnie to koniec świata.

Fatren zamilkł. Nie lubił wypo­wia­dać swo­ich wąt­pli­wo­ści, uwa­żano go w końcu za sil­nego. Kiedy pano­wie opu­ścili mia­sto - rol­ni­czą osadę, nieco bar­dziej cywi­li­zo­waną niż plan­ta­cje na pół­nocy - to Fatren prze­ko­nał skaa, by na­dal pra­co­wali na roli. To Fatren ochro­nił ich przed wer­bow­ni­kami. W cza­sach, gdy w więk­szo­ści wio­sek i plan­ta­cji wszy­scy zdrowi męż­czyźni tra­fili do takiej czy innej armii, w Veti­tan wciąż miał kto pra­co­wać. Musieli poświę­cić dużą część zbio­rów na łapówki, ale Fatren zapew­nił im bez­pie­czeń­stwo.

W więk­szo­ści.

- Mgły ustą­piły dziś dopiero koło połu­dnia - powie­dział cicho Fatren. - Zostają coraz dłu­żej. Widzia­łeś rośliny, Druff. Jesienny zasiew źle zniósł zimę i wszyst­kie są kar­ło­wate... pew­nie za mało słońca. Nie mamy dość jedze­nia, żeby prze­żyć do czasu, aż wio­senne plony doj­rzeją.

- Nie prze­trwamy lata - stwier­dził jego towa­rzysz. - Nie dotrwamy do wie­czora.

Co smutne - naprawdę przy­gnę­bia­jące - to Druf­fel był kie­dyś opty­mi­stą. Fatren od wielu mie­sięcy nie sły­szał śmie­chu swego brata. Ten śmiech był ulu­bio­nym dźwię­kiem Fatrena.

Nawet młyny Ostat­niego Impe­ra­tora nie wymłó­ciły z Druffa jego śmie­chu, pomy­ślał Fatren. Ale ostat­nie dwa lata tego doko­nały.

- Fats! - zawo­łał ktoś. - Fats!

Fatren pod­niósł wzrok, gdy na wał wspiął się chło­piec. Z tru­dem ukoń­czyli umoc­nie­nia - pomysł Druf­fela, w cza­sach, zanim się pod­dał. Veti­tan miało około sied­miu tysięcy miesz­kań­ców, czyli było cał­kiem spore. Mnó­stwo wysiłku wyma­gało oto­cze­nie go wałem.

Fatren miał może tysiąc praw­dzi­wych żoł­nie­rzy - w tak małej gru­pie trudno było zebrać ich wię­cej - i może kolejny tysiąc zbyt mło­dych, zbyt sta­rych lub zbyt słabo wyszko­lo­nych, by dobrze wal­czyć. Nie wie­dział, jak wielka była armia kolos­sów, lecz z pew­no­ścią więk­sza niż dwa tysiące. Wał im nie pomoże.

Chło­pak - Sev - w końcu dotarł do Fatrena.

- Fats! Ktoś idzie!

- Już? - spy­tał Fatren. - Druff mówił, że kolossy są jesz­cze daleko.

- Nie kolossy, Fats - popra­wił go chło­pak. - Czło­wiek. Chodź­cie go zoba­czyć!

Fatren odwró­cił się do Druffa, który wytarł nos i wzru­szył ramio­nami. Podą­żyli za Sevem wzdłuż wału, w stronę głów­nej bramy. Popiół i kurz kłę­biły się nad ubitą zie­mią, zbie­ra­jąc się w rogach. Ostat­nio nie mieli czasu na sprzą­ta­nie. Kobiety musiały pra­co­wać na polach, gdy męż­czyźni szko­lili się i przy­go­to­wy­wali do wojny.

Przy­go­to­wa­nia do wojny. Fatren mówił sobie, że ma dwa tysiące "żoł­nie­rzy", choć naprawdę miał tysiąc skaa z mie­czami. Szko­lili się przez dwa lata, to prawda, lecz bra­ko­wało im doświad­cze­nia.

Grupa męż­czyzn tło­czyła się przy bra­mie, sto­jąc na wale lub opie­ra­jąc się o niego. Może nie powi­nie­nem tyle poświę­cać na szko­le­nie żoł­nie­rzy, pomy­ślał Fatren. Gdyby ten tysiąc pra­co­wał w kopani, mie­li­by­śmy rudę na łapówki.

Tyle tylko, że kolossy nie przyj­mo­wały łapó­wek. Zabi­jały. Fatren zadrżał, myśląc o Gar­th­wood. To mia­sto było więk­sze od jego, lecz do Veti­tan dotarła mniej niż setka ucie­ki­nie­rów. Wszystko wyda­rzyło się przed trzema mie­sią­cami. Miał irra­cjo­nalną nadzieję, że kolossy zado­woli znisz­cze­nie tam­tego mia­sta.

Powi­nien był się domy­ślić. Kolossy ni­gdy nie były zado­wo­lone.

Fatren wspiął się na wał, a za nim podą­żyli żoł­nie­rze w poła­ta­nych ubra­niach z pona­szy­wa­nymi kawał­kami skóry. Spoj­rzał poprzez spa­da­jący popiół na ciemny kra­jo­braz, który wyglą­dał tak, jakby pokry­wał go głę­boki, czarny śnieg.

Zbli­żał się samotny jeź­dziec, ubrany w ciemny płaszcz z kap­tu­rem.

- Jak myślisz, Fats? - spy­tał jeden z żoł­nie­rzy. - Zwia­dowca kolos­sów?

Fatren prych­nął.

- Kolossy nie wysła­łyby zwia­dowcy, a szcze­gól­nie czło­wieka.

- Ma konia - powie­dział Druf­fel, chrzą­ka­jąc. - Przy­dałby się nam jesz­cze jeden.

Mia­sto miało ich tylko pięć, a wszyst­kie były nie­do­ży­wione.

- Kupiec - stwier­dził jeden z żoł­nie­rzy.

- Żad­nych towa­rów - sprze­ci­wił się Fatren. - I musiałby być bar­dzo odważ­nym kup­cem, żeby samot­nie zapu­ścić się w te oko­lice.

- Ni­gdy nie widzia­łem ucie­ki­niera na koniu - zauwa­żył jeden z męż­czyzn. Uniósł łuk, spo­glą­da­jąc na Fatrena.

Przy­wódca pokrę­cił głową. Nikt nie wystrze­lił, gdy obcy zbli­żał się do nich nie­śpiesz­nie. Zatrzy­mał wierz­chowca tuż przed bramą mia­sta. Fatren był z niej bar­dzo dumny. Praw­dziwa drew­niana brama w ziem­nym wale. Drewno i kamień wziął z pań­skiego dworu w cen­trum mia­sta.

Gruby, ciemny płaszcz, noszony dla ochrony przed popio­łem, ukry­wał postać przy­by­sza. Fatren przyj­rzał się obcemu ponad szczy­tem wału, a póź­niej posłał spoj­rze­nie bratu i wzru­szył ramio­nami.

Obcy zesko­czył z konia.

Wzniósł się pro­sto w niebo, jakby pod­rzu­cony, a jed­no­cze­śnie zrzu­cił płaszcz. Pod spodem męż­czy­zna nosił ide­al­nie biały mun­dur.

Fatren zaklął i odsko­czył do tyłu, gdy obcy wzniósł się ponad wałem i wylą­do­wał na szczy­cie bramy. Męż­czy­zna był Allo­mantą. Szla­chet­nie uro­dzony. Fatren miał nadzieję, że tamci zajmą się swo­imi prze­py­chan­kami na pół­nocy i zosta­wią jego ludzi w spo­koju.

A przy­naj­mniej dadzą im w spo­koju umrzeć.

Przy­bysz odwró­cił się. Miał krótką brodę i krótko obcięte ciemne włosy.

- Dobrze - powie­dział, idąc po szczy­cie bramy z nie­na­tu­ral­nym wyczu­ciem rów­no­wagi - nie mamy czasu. Zabie­rajmy się do roboty.

Zstą­pił z bramy na wał. Druf­fel natych­miast wycią­gnął miecz.

Ostrze wyrwało się z dłoni Druf­fela, przy­cią­gnięte nie­wi­dzialną mocą. Obcy chwy­cił broń, gdy mijała jego rękę. Obró­cił miecz i przyj­rzał mu się uważ­nie.

- Dobra stal - stwier­dził, kiwa­jąc głową. - Jestem pod wra­że­niem. Jak wielu waszych żoł­nie­rzy jest tak dobrze wypo­sa­żo­nych? - Obró­cił broń ręko­je­ścią do przodu i podał ją Druf­fe­lowi.

Druf­fel spoj­rzał na brata, wyraź­nie zdez­o­rien­to­wany.

- Kim jesteś? - spy­tał Fatren, zebraw­szy się na odwagę. Nie wie­dział zbyt wiele na temat Allo­man­cji, ale był prze­ko­nany, że obcy jest Zro­dzo­nym z Mgły. Mógł pew­nie samą myślą zabić wszyst­kich na wale.

Obcy zigno­ro­wał pyta­nie i odwró­cił się w stronę mia­sta.

- Ten wał ota­cza całe mia­sto? - spy­tał, odwra­ca­jąc się w stronę jed­nego z żoł­nie­rzy.

- Yyy... tak, milor­dzie - odparł zapy­tany.

- Ile macie bram?

- Tylko jedną, milor­dzie.

- Otwórz­cie ją i wpro­wadź­cie mojego konia do środka - stwier­dził przy­bysz. - Zakła­dam, że macie staj­nie?

- Tak, milor­dzie - odparł żoł­nierz.

Cóż, pomy­ślał z nie­za­do­wo­le­niem Fatren, gdy żoł­nierz odbiegł, ten przy­bysz z pew­no­ścią umie dowo­dzić ludźmi. Żoł­nierz nawet przez chwilę się nie zawa­hał, nie pomy­ślał, że wyko­nuje roz­kazy obcego, nie pro­sząc o pozwo­le­nie. Fatren widział już, jak pozo­stali się pro­stują, tra­cąc rezerwę. Ten przy­bysz mówił tak, jakby się spo­dzie­wał, że jego roz­kazy zostaną wypeł­nione, a żoł­nierze na to reago­wali. To nie był szla­chet­nie uro­dzony, jakich znał Fatren, gdy słu­żył w dwo­rze pana. Ten męż­czy­zna był inny.

Obcy wciąż przy­glą­dał się mia­stu. Popiół opa­dał na jego piękny biały mun­dur i Fatren pomy­ślał, że to szkoda, by strój się pobru­dził. Przy­bysz poki­wał głową, po czym zaczął scho­dzić z wału.

- Zacze­kaj - powie­dział Fatren, zmu­sza­jąc obcego do zatrzy­ma­nia się. - Kim jesteś?

Przy­bysz odwró­cił się i spoj­rzał Fatre­nowi w oczy.

- Nazy­wam się Elend Ven­ture. Jestem waszym cesa­rzem.

Z tymi sło­wami męż­czy­zna odwró­cił się i ruszył dalej w dół umoc­nień. Żoł­nie­rze roz­stą­pili się przed nim, po czym wielu podą­żyło za nim.

Fatren spoj­rzał na brata.

- Cesarz? - mruk­nął Druf­fel i splu­nął.

Fatren zga­dzał się z jego podej­ściem. Co miał robić? Ni­gdy wcze­śniej nie wal­czył prze­ciwko Allo­man­cie, nie był nawet pewien, jak zacząć. "Cesarz" z pew­no­ścią bez trudu roz­bro­iłby Duf­fela.

- Zor­ga­ni­zuj­cie miesz­kań­ców mia­sta - rzu­cił obcy... Elend Ven­ture. - Kolossy nadejdą z pół­nocy. Zigno­rują bramę i wejdą na wał. Chcę, żeby starsi i dzieci sku­pili się w połu­dnio­wej czę­ści mia­sta. Zgro­madź­cie ich w jak naj­mniej­szej licz­bie domów.

- A co to da? - spy­tał Fatren. Nie widząc innej moż­li­wo­ści, pośpie­szył za "cesa­rzem".

- Kolossy są naj­bar­dziej nie­bez­pieczne, kiedy opa­no­wuje je żądza krwi - odparł Ven­ture, nie prze­ry­wa­jąc mar­szu. - Jeśli uda im się zdo­być mia­sto, to powinny jak naj­wię­cej czasu zmar­no­wać na szu­ka­nie waszych ludzi. Jeśli żądza krwi kolos­sów minie pod­czas poszu­ki­wań, opa­nuje je fru­stra­cja i zabiorą się za łupie­nie. Wtedy twoim ludziom może uda się uciec.

Ven­ture prze­rwał i spoj­rzał w oczy Fatre­nowi. Miał ponurą minę.

- To nie­wielka nadzieja. Ale zawsze coś.

Wypo­wie­dziaw­szy te słowa, ruszył dalej, główną ulicą mia­steczka.

Za ple­cami Fatren sły­szał szepty żoł­nie­rzy. Wszy­scy sły­szeli o męż­czyź­nie nazy­wa­ją­cym się Elend Ven­ture. To on ponad dwa lata temu zdo­był wła­dzę w Lutha­del po śmierci Ostat­niego Impe­ra­tora. Wie­ści z pół­nocy poja­wiały się rzadko i nie były wia­ry­godne, ale wszyst­kie wspo­mi­nały o Ven­ture. Wal­czył z rywa­lami do tronu, nawet zabił swo­jego ojca. Ukry­wał fakt, że jest Zro­dzo­nym z Mgły i podobno poślu­bił wła­śnie tę kobietę, która zabiła Ostat­niego Impe­ra­tora. Fatren wąt­pił, by ktoś tak ważny - pew­nie bar­dziej legenda niż praw­dziwy czło­wiek - przy­był do tak małego mia­steczka w Połu­dnio­wym Domi­nium, i to jesz­cze samot­nie. Nawet kopal­nie nie miały więk­szego zna­cze­nia. Obcy musiał kła­mać.

Ale... na pewno był Allo­mantą...

Fatren przy­śpie­szył kroku, by nadą­żyć za obcym. Ven­ture - czy też kim­kol­wiek był - zatrzy­mał się przed dużą budowlą w pobliżu cen­trum mia­sta. Stara sie­dziba Sta­lo­wego Zakonu. Fatren kazał zabić deskami wej­ścia i okna.

- Tam zna­leź­li­ście broń? - spy­tał Ven­ture, zwra­ca­jąc się do Fatrena.

Męż­czy­zna mil­czał przez chwilę. W końcu potrzą­snął głową.

- W dwo­rze lorda.

- Zosta­wił swoją broń? - spy­tał zasko­czony Ven­ture.

- Myślimy, że pew­nie miał zamiar wró­cić - wyja­śnił Fatren. - Żoł­nie­rze, któ­rych pozo­sta­wił, w końcu zde­zer­te­ro­wali, dołą­cza­jąc do mija­ją­cej nas armii. Zabrali wszystko, co mogli unieść. My zużyt­ko­wa­li­śmy resztę.

Ven­ture podra­pał się po bro­dzie i wpa­trzył w stary budy­nek Zakonu. Budowla była wysoka i robiła zło­wro­gie wra­że­nie, mimo opusz­cze­nia - a może ze względu na nie.

- Wasi ludzie wyglą­dają na dobrze wyszko­lo­nych. Nie spo­dzie­wa­łem się tego. Czy mają doświad­cze­nie w walce?

Druf­fel cicho prych­nął, co ozna­czało, że uważa przy­by­sza za wścib­skiego.

- Nasi ludzie wal­czyli wystar­cza­jąco wiele, by stali się nie­bez­pieczni, obcy - powie­dział Fatren. - Kie­dyś ban­dyci chcieli ode­brać nam mia­sto. Uwa­żali, że jeste­śmy słabi i damy się łatwo zastra­szyć.

Jeśli obcy uznał te słowa za groźbę, nie poka­zał tego po sobie. Po pro­stu poki­wał głową.

- Czy wal­czy­li­ście prze­ciwko kolos­som?

Bra­cia wymie­nili się spoj­rze­niami.

- Ludzie, któ­rzy wal­czą prze­ciwko kolos­som, giną, obcy - powie­dział w końcu Fatren.

- Gdyby to była prawda - stwier­dził Ven­ture - zgi­nął­bym już parę razy. - Odwró­cił się w stronę zbie­ra­ją­cego się tłumu żoł­nie­rzy i miesz­kań­ców mia­sta. - Nauczę was wszyst­kiego, co wiem o walce prze­ciwko kolos­som, ale nie mamy zbyt wiele czasu. Chcę, żeby kapi­ta­no­wie i dowódcy oddzia­łów zebrali się przy bra­mie w ciągu dzie­się­ciu minut. Żoł­nie­rze mają sta­nąć w szyku wzdłuż wału... nauczę dowód­ców kilku sztu­czek, które mogą prze­ka­zać swoim ludziom.

Nie­któ­rzy żoł­nie­rze się poru­szyli, lecz trzeba im przy­znać, że więk­szość została na swo­ich miej­scach. Przy­bysz nie wyda­wał się obra­żony, że jego roz­kazy nie zostały wyko­nane. Stał w mil­cze­niu, wpa­tru­jąc się w uzbro­jony tłum. Nie wyglą­dało na to, że jest prze­stra­szony ani też zły czy pełen dez­apro­baty. Wyglą­dał... maje­sta­tycz­nie.

- Milor­dzie - spy­tał w końcu jeden z żoł­nie­rzy. - Czy... przy­pro­wa­dzi­li­ście ze sobą armię, by nam pomo­gła?

- Nawet dwie - odparł Ven­ture. - Ale nie mamy czasu na nie cze­kać. - Spoj­rzał Fatre­nowi w oczy. - Napi­sa­łeś i popro­si­łeś mnie o pomoc. A ja, jako twój suwe­ren, przy­by­łem z nią. Czy na­dal jej pra­gniesz?

Fatren zmarsz­czył czoło. Ni­gdy nie pro­sił tego czło­wieka - ani żad­nego lorda - o pomoc. Otwo­rzył usta, by wyra­zić sprze­ciw, ale się zawa­hał. Pozwoli mi uda­wać, że posła­łem po niego, pomy­ślał. Takie uda­wa­nie było czę­ścią jego planu. Mógł­bym oddać mu wła­dzę bez poczu­cia porażki.

Zgi­niemy. Choć, patrząc w oczy tego czło­wieka, mogę pra­wie uwie­rzyć, że mamy szansę.

- Nie... spo­dzie­wa­łem się, że przy­bę­dzie­cie samot­nie, milor­dzie - powie­dział w końcu Fatren. - Zasko­czył mnie wasz widok.

Ven­ture poki­wał głową.

- To zro­zu­miałe. Chodź, omó­wimy tak­tykę.

- Dobrze - odparł Fatren.

Gdy zro­bił krok do przodu, Druf­fel chwy­cił go za ramię.

- Co ty wypra­wiasz? - syk­nął. - Posła­łeś po tego czło­wieka? Nie wie­rzę.

- Zbie­raj żoł­nie­rzy, Druff - powie­dział Fatren.

Jego brat stał przez chwilę bez ruchu, po czym zaklął cicho i odszedł. Nie wyglą­dało na to, że ma zamiar zebrać ludzi, więc Fatren gestem naka­zał to zro­bić dwóm kapi­ta­nom. Potem dołą­czył do Ven­ture i razem ruszyli w stronę bramy. Ven­ture kazał paru żoł­nie­rzom pójść przo­dem i uto­ro­wać im drogę, by mogli z Fatre­nem poroz­ma­wiać na osob­no­ści. Popiół na­dal padał z nieba, zasy­pu­jąc czer­nią ulicę, zbie­ra­jąc się na dachach pochy­lo­nych par­te­ro­wych dom­ków.

- Kim jesteś? - spy­tał cicho Fatren.

- Jestem tym, kim powie­dzia­łem - odparł Ven­ture.

- Nie wie­rzę ci.

- Ale mi ufasz.

- Nie, po pro­stu nie chcę się kłó­cić z Allo­mantą.

- To na razie wystar­czy - stwier­dził obcy. - Posłu­chaj, przy­ja­cielu, na twoje mia­sto masze­ruje dzie­sięć tysięcy kolos­sów. Potrze­bu­jesz wszel­kiej pomocy.

Dzie­sięć tysięcy? - pomy­ślał z oszo­ło­mie­niem Fatren.

- Jak zakła­dam, kie­ru­jesz tym mia­stem? - spy­tał Ven­ture.

Fatren się otrzą­snął.

- Tak - odparł. - Nazy­wam się Fatren.

- Dobrze, lor­dzie Fatre­nie, możemy...

- Nie jestem lor­dem - sprze­ci­wił się Fatren.

- Wła­śnie nim zosta­łeś - odparł Ven­ture. - Póź­niej możesz wybrać sobie nazwi­sko. A teraz, zanim ruszymy dalej, musisz poznać warunki, na jakich udzielę wam pomocy.

- Jakie to warunki?

- Nie­pod­le­ga­jące nego­cja­cjom - stwier­dził Ven­ture. - Jeśli zwy­cię­żymy, przy­się­gniesz mi lojal­ność.

Fatren zmarsz­czył czoło i zatrzy­mał się na ulicy. Popiół padał wokół niego.

- Czyli o to cho­dzi? Wcho­dzicie tu przed walką, twier­dzi­cie, że jeste­ście jakimś tam wyso­kim lor­dem, byście mogli przy­pi­sać sobie zasługi za nasze zwy­cię­stwo. Dla­czego miał­bym przy­siąc lojal­ność czło­wie­kowi, któ­rego pozna­łem przed kil­koma chwi­lami?

- Ponie­waż jeśli tego nie zro­bisz - odparł cicho Ven­ture - i tak odbiorę ci dowo­dze­nie. - Po czym ruszył dalej.

Fatren stał jesz­cze przez chwilę, lecz zaraz pośpiesz­nie dołą­czył do towa­rzy­sza.

- Ach, rozu­miem. Nawet jeśli prze­ży­jemy tę bitwę, skoń­czymy pod wła­dzą tyrana.

- Tak - odparł Ven­ture.

Fatren się skrzy­wił. Nie spo­dzie­wał się, że męż­czy­zna będzie mówił tak otwar­cie.

Ven­ture potrzą­snął głową, wpa­tru­jąc się w mia­sto przez spa­da­jący popiół.

- Kie­dyś sądzi­łem, że da się to prze­pro­wa­dzić ina­czej. I wciąż wie­rzę, że pew­nego dnia mi się to uda. Ale na razie nie mam wyboru. Potrze­buję two­ich żoł­nie­rzy i two­jego mia­sta.

- Mojego mia­sta? - powtó­rzył Fatren. - Po co?

Ven­ture uniósł dłoń.

- Musimy naj­pierw prze­żyć tę bitwę. Póź­niej zaj­miemy się innymi kwe­stiami.

Fatren zawa­hał się i z zasko­cze­niem uświa­do­mił sobie, że rze­czy­wi­ście ufa temu obcemu. Nie umiałby wyja­śnić, dla­czego tak się czuje. To po pro­stu był czło­wiek, za któ­rym chciał podą­żać - przy­wódca, jakim on sam zawsze pra­gnął się stać.

Ven­ture nie cze­kał, aż Fatren zgo­dzi się na "warunki". To nie była pro­po­zy­cja, lecz ulti­ma­tum.

Fatren znów pośpiesz­nie ruszył za Ven­ture i dogo­nił go przy wej­ściu na nie­wielki plac przed bramą.

Wokół kłę­bili się żoł­nie­rze. Nie mieli mun­du­rów - kapi­ta­nów od zwy­kłych żoł­nie­rzy odróż­niała jedy­nie czer­wona opa­ska na ramie­niu. Ven­ture nie dał im wiele czasu na zbiórkę, ale wszy­scy wie­dzieli, że mia­sto wkrótce zosta­nie zaata­ko­wane.

- Mamy mało czasu - powtó­rzył gło­śno przy­bysz. - Mogę was nauczyć tylko kilku rze­czy, ale one wam pomogą.

Kolossy mają różne roz­miary, od małych, wyso­kich na pięć stóp, do wiel­kich, góru­ją­cych na dwa­na­ście stóp. Jed­nakże nawet te małe są sil­niej­sze od was. Bądź­cie na to przy­go­to­wani. Całe szczę­ście, stwory wal­czą bez koor­dy­na­cji mię­dzy jed­nost­kami. Jeśli jeden koloss ma kło­poty, inne mu nie pomogą. Nie mar­tw­cie się stwo­rami, które miną wasze szyki i wejdą do mia­sta - ukry­jemy cywi­lów na samym końcu mia­sta, a kolossy, które miną nasze sze­regi, naj­pew­niej zajmą się plą­dro­wa­niem, walkę pozo­sta­wia­jąc innym. Tego wła­śnie chcemy! Nie goń­cie ich po mie­ście. Wasze rodziny będą bez­pieczne. Wal­cząc z dużym kolos­sem, ata­kuj­cie nogi, powal­cie go, zanim spró­bu­je­cie go zabić. Wal­cząc z małym kolos­sem, upew­nij­cie się, że wasze mie­cze albo włócz­nie nie zaplą­czą się w fał­dach ich skóry. Pamię­taj­cie, że kolossy nie są głu­pie - jedy­nie nie­skom­pli­ko­wane. Prze­wi­dy­walne. Zaata­kują was w naj­prost­szy moż­liwy spo­sób i jedy­nie bez­po­śred­nio. Naj­waż­niej­sze, żeby­ście zro­zu­mieli, że można je poko­nać. Dziś to zro­bimy. Nie daj­cie się zastra­szyć! Walcz­cie w szyku, nie trać­cie głowy, a obie­cuję wam, że prze­ży­jemy!

Kapi­ta­no­wie stali w nie­wiel­kiej grupce, wpa­tru­jąc się w Ven­ture'a. Nie wiwa­to­wali, ale wyda­wali się nieco bar­dziej pewni sie­bie. Ode­szli, by prze­ka­zać wska­zówki swoim ludziom.

Fatren pod­szedł do cesa­rza.

- Jeśli dobrze liczy­cie, mają prze­wagę pię­ciu na jed­nego.

Ven­ture poki­wał głową.

- Są więk­sze, sil­niej­sze i lepiej wyszko­lone od nas.

Ven­ture znów poki­wał głową.

- To jeste­śmy zgu­bieni.

Ven­ture zmarsz­czył czoło. Czarny popiół spa­dał na jego ramiona.

- Nie jeste­ście zgu­bieni. Macie coś, czego oni nie mają, coś bar­dzo waż­nego.

- Co takiego?

Ven­ture spoj­rzał mu w oczy.

- Macie mnie.

- Wasza Wyso­kość! - zawo­łał ktoś ze szczytu wału. - Kolossy!

Już zaczęli zwra­cać się do niego jako pierw­szego, pomy­ślał Fatren. Nie wie­dział, czy powi­nien czuć się ura­żony, czy podzi­wiać.

Ven­ture natych­miast wsko­czył na szczyt wału, wyko­rzy­stu­jąc Allo­man­cję, by prze­być odle­głość jed­nym sko­kiem. Więk­szość żoł­nie­rzy kuliła się albo ukry­wała za umoc­nie­niami, nie wychy­la­jąc się, mimo że wróg znaj­do­wał się dość daleko. Ven­ture jed­nak stał dumny w bia­łej pele­ry­nie i mun­du­rze, zasła­nia­jąc oczy dło­nią i wpa­tru­jąc się w hory­zont.

- Roz­bi­jają obóz - powie­dział z uśmie­chem. - Dobrze. Lor­dzie Fatre­nie, pro­szę przy­go­to­wać ludzi do natar­cia.

- Natar­cia? - spy­tał Fatren, wspi­na­jąc się na wał za Ven­ture.

Cesarz poki­wał głową.

- Kolossy będą zmę­czone po mar­szu i roz­pro­szone pod­czas roz­bi­ja­nia obozu. To naj­lep­sza oka­zja do ataku.

- Ale my pozo­sta­jemy w defen­sy­wie!

Ven­ture pokrę­cił głową.

- Jeśli zacze­kamy, w końcu ogra­nie je żądza krwi i nas zaata­kują. Musimy sami zaata­ko­wać, a nie cze­kać, aż nas zarżną.

- I porzu­cić wał.

- Umoc­nie­nia robią wra­że­nie, lor­dzie Fatre­nie, ale są bez­u­ży­teczne. Jest was za mało, by bro­nić całej ich dłu­go­ści, a kolossy są wyż­sze i bar­dziej sta­bilne od ludzi. Odbiorą wam wał, po czym wyko­rzy­stają wznie­sie­nie, by zepchnąć was do mia­sta.

- Ale...

Ven­ture spoj­rzał na niego. Miał spo­kojny wzrok, lecz jed­no­cze­śnie sta­now­czy i pełen ocze­ki­wa­nia. Wia­do­mość była krótka. "Ja tu dowo­dzę". Wię­cej kłótni nie będzie.

- Tak, milor­dzie - powie­dział Fatren i wezwał goń­ców, by prze­ka­zali roz­kazy.

Ven­ture patrzył ze swo­jego miej­sca, jak chłopcy bie­gną we wszyst­kie strony. Żoł­nie­rze wyda­wali się nieco zdez­o­rien­to­wani, nie spo­dzie­wali się ataku. Kie­ro­wali spoj­rze­nia w stronę Elenda, który stał wypro­sto­wany na wale.

Naprawdę wygląda jak cesarz, pomy­ślał wbrew sobie Fatren.

Roz­kazy zostały prze­ka­zane wzdłuż sze­re­gów. Czas mijał. Ven­ture wyjął miecz i uniósł go wysoko na tle przy­sło­nię­tego popio­łem nieba. Po chwili ruszył w dół wału z nad­ludzką pręd­ko­ścią, kie­ru­jąc się ku obo­zowi kolos­sów.

Przez chwilę biegł sam. Wów­czas, zaska­ku­jąc samego sie­bie, Fatren zaci­snął szczę­ka­jące zęby i podą­żył za nim.

Na wale zapa­no­wało poru­sze­nie, żoł­nie­rze z rykiem ruszyli do ataku, bie­gnąc z unie­sioną bro­nią na spo­tka­nie śmierci.

2

2

Jak zawsze, dzień Ten­So­ona zaczął się w ciem­no­ściach. Czę­ściowo wyni­kało to oczy­wi­ście z faktu, że nie miał oczu. Mógłby je sobie stwo­rzyć - nale­żał do Trze­ciego Poko­le­nia, czyli był stary, nawet według stan­dar­dów kan­dra. Prze­tra­wił wystar­cza­jąco wiele ciał, by umieć instynk­tow­nie stwo­rzyć narządy zmy­słów, bez modelu do sko­pio­wa­nia.

Nie­stety, oczy nie dałyby mu zbyt wiele. Nie miał czaszki, a zdą­żył już odkryć, że więk­szość orga­nów nie działa zbyt dobrze bez peł­nego ciała - i szkie­letu - jako pod­pory. Jego wła­sna masa zmiaż­dży­łaby oczy, gdyby się poru­szył w nie­od­po­wiedni spo­sób, a ich odwra­ca­nie w różne strony byłoby bar­dzo trudne.

Poza tym, i tak nie miał na co patrzeć. Ten­Soon prze­su­nął nieco swoją masę wewnątrz wię­zien­nej celi. Jego ciało wyglą­dało teraz jak zbiór prze­zro­czy­stych mię­śni - niczym masa wiel­kich śli­ma­ków, połą­czo­nych ze sobą, nieco bar­dziej ela­stycz­nych niż ciało mię­czaka. Gdyby się sku­pił, mógłby roz­pu­ścić jeden z mię­śni i albo połą­czyć go z innym, albo stwo­rzyć coś nowego. Nie­stety, bez szkie­letu był nie­mal bez­silny.

Znów poru­szył się w celi. Jego skóra miała swój wła­sny zmysł - coś w rodzaju smaku. W tej chwili sma­ko­wała smród jego odcho­dów po bokach celi, ale nie ważył się odłą­czyć tego zmy­słu. Nie miał innych spo­so­bów na kon­takt ze świa­tem.

Cela była przy­krytą kratą kamienną jamą, w któ­rej led­wie mie­ściło się jego ciało. Nad­zorcy zrzu­cali z góry jedze­nie, a od czasu do czasu wyle­wali wodę, by go nawod­nić i spłu­kać odchody przez nie­wielki otwór ście­kowy w dnie. Zarówno otwór, jak i prze­strze­nie mię­dzy prę­tami kraty na górze były zbyt wąskie, by się przez nie prze­ci­snął - ciała jego rodzaju były ela­styczne, ale ist­nieją pewne ogra­ni­cze­nia w ści­ska­niu sterty mię­śni.

Więk­szość ludzi osza­la­łaby, gdyby została zamknięta w tak ogra­ni­czo­nej prze­strzeni przez... nawet nie wie­dział, ile czasu minęło. Mie­siące? Ten­Soon jed­nak miał Bło­go­sła­wień­stwo Przy­tom­no­ści. Jego umysł nie pod­da­wał się tak łatwo.

Skup się, powie­dział sobie. Nie miał mózgu, nie tak jak ludzie, ale był zdolny do myśle­nia. Nie rozu­miał tego. Nie był pewien, czy kto­kol­wiek z kan­dra to rozu­mie. Może ci z Pierw­szego Poko­le­nia wie­dzieli wię­cej, ale jeśli nawet, to nie dzie­lili się swoją wie­dzą.

Nie mogą cię tu trzy­mać bez końca, powie­dział sobie. Pierw­szy Kon­trakt sta­nowi...

Zaczy­nał już wąt­pić w Pierw­szy Kon­trakt - a raczej w to, czy Pierw­sze Poko­le­nie się nim kie­ro­wało. Czy mógł mieć do nich pre­ten­sje? Ten­Soon zła­mał Kon­trakt. Jak sam przy­znał, wystą­pił prze­ciwko woli swo­jego pana, by pomóc komuś innemu. Ta zdrada skoń­czyła się śmier­cią jego pana.

Jed­nakże nawet tak kary­godny czyn był naj­mniej­szą z jego zbrodni. Karą za zła­ma­nie Kon­traktu była śmierć i gdyby Ten­Soon się na tym zatrzy­mał, pozo­stali by go po pro­stu zabili. Nie­stety, cho­dziło o coś wię­cej. Zezna­nia Ten­Soona - które zło­żył na zamknię­tym prze­słu­cha­niu przed Dru­gim Poko­le­niem - ujaw­niły o wiele bar­dziej nie­bez­pieczne i waż­niej­sze uchy­bie­nie.

Ten­Soon zdra­dził tajem­nicę swo­jego ludu.

Nie mogą mnie stra­cić, pomy­ślał, wyko­rzy­stu­jąc tę myśl, by zacho­wać kon­cen­tra­cję. Muszą się naj­pierw dowie­dzieć, komu powie­dzia­łem.

Tajem­nica. Cenna, jakże cenna tajem­nica.

Ska­za­łem nas wszyst­kich na zagładę. Mój lud. Znów będziemy nie­wol­ni­kami. Nie, już jeste­śmy nie­wol­ni­kami. Sta­niemy się czymś innym - auto­ma­tami, z umy­słami opa­no­wa­nymi przez innych. Uwię­zieni i wyko­rzy­stani, nasze ciała nie będą już nale­żeć do nas.

To wła­śnie zro­bił - to poten­cjal­nie roz­po­czął. Przy­czyna, dla któ­rej zasłu­gi­wał na uwię­zie­nie i śmierć. Ale pra­gnął żyć. Powi­nien sobą gar­dzić. Mimo to, z jakie­goś powodu wciąż czuł, że postą­pił wła­ści­wie.

Znów się poru­szył, masy śli­skich mię­śni prze­su­wały się po sobie. W poło­wie ruchu zamarł. Wibra­cje. Ktoś nad­cho­dził.

Przy­go­to­wał się, odpy­cha­jąc mię­śnie na bok, two­rząc wgłę­bie­nie pośrodku ciała. Potrze­bo­wał całego dostęp­nego jedze­nia - nie dawali mu zbyt wiele. Tym razem jed­nak przez kratę nie spa­dły pomyje. Cze­kał w napię­ciu, aż krata się otwo­rzy. Choć nie miał uszu, wyczu­wał wibra­cję, gdy kratę odsu­wano, aż żelazo ude­rzyło o pod­łogę nad jego głową.

Co?

Następ­nie poja­wiły się haki. Oto­czyły jego mię­śnie, chwy­ta­jąc go i roz­ry­wa­jąc ciało, gdy wycią­gały go z jamy. Bolało. Nie tylko szar­pa­nie hakami, ale też nagła wol­ność, gdy jego ciało roz­lało się po posadzce wię­zie­nia. Nie­chęt­nie posma­ko­wał kurz i wysu­szone pomyje. Jego mię­śnie drżały, brak ogra­ni­czeń po opusz­cze­niu celi wyda­wał mu się dziwny. Napiął się, poru­sza­jąc swoją masę w spo­sób, który wyda­wał mu się nie­mal zapo­mniany.

I wtedy nade­szło. Czuł je w powie­trzu. Kwas, gęsty i gry­zący, pew­nie w pozła­ca­nym wia­drze nie­sio­nym przez nad­zor­ców. A jed­nak mieli go zabić.

Ale nie mogą! Pomy­ślał. Pierw­szy Kon­trakt, prawo naszego ludu...

Coś na niego spa­dło. Nie kwas, ale coś twar­dego. Dotknął tego z prze­ję­ciem, mię­śnie się poru­szały, sma­ko­wały, spraw­dzały, macały. Było okrą­głe, z otwo­rami i kil­koma ostrymi kra­wę­dziami... czaszka.

Smród kwasu stał się ostrzej­szy. Czy go mie­szali? Ten­Soon poru­szył się szybko, ota­cza­jąc czaszkę, wypeł­nia­jąc ją. Już przy­go­to­wał sobie roz­pusz­czone ciało w wewnętrz­nej sakiewce. Teraz je wyko­rzy­stał, oblał nim czaszkę, szybko two­rząc skórę. Pomi­nął oczy, pra­co­wał nad płu­cami, two­rzył język, na razie igno­ru­jąc wargi. Pra­co­wał z despe­ra­cją, gdy smak kwasu sta­wał się coraz sil­niej­szy, a wtedy...

Tra­fił w niego. Spa­lił mię­śnie jed­nej połowy jego ciała, omy­wa­jąc jego masę, roz­ta­pia­jąc go. Naj­wy­raź­niej Dru­gie Poko­le­nie zre­zy­gno­wało z wycią­ga­nia z niego tajem­nic. Zanim go zabiją, muszą mu dać szansę na wypo­wie­dze­nie ostat­nich słów. Wyma­gał tego Pierw­szy Kon­trakt - stąd czaszka. Tyle że straż­nicy naj­wy­raź­niej mieli roz­kaz zabić go, nim zdąży powie­dzieć cokol­wiek w swo­jej obro­nie. Trzy­mali się litery prawa, jed­no­cze­śnie igno­ru­jąc jego ducha.

Nie uświa­da­miali sobie jed­nak, jak szybko pra­co­wał Ten Soon. Nie­wielu kan­dra spę­dziło na Kon­trak­tach tyle czasu co on - wszy­scy z Dru­giego Poko­le­nia i więk­szość z Trze­ciego już dawno ode­szli ze służby. Pro­wa­dzili łatwe życie w Ojczyź­nie.

A łatwe życie nie­wiele uczyło.

Więk­szość kan­dra potrze­bo­wała godzin, by stwo­rzyć ciało - nie­któ­rzy młodsi nawet kilku dni. Jed­nak Ten­Soon w ciągu kilku sekund ukształ­to­wał pod­sta­wowy język. Gdy kwas zale­wał jego ciało, zmu­sił się do stwo­rze­nia krtani, napeł­nił płuco i wychry­piał jedno słowo.

- Sąd!

Kwas prze­stał się lać. Jego ciało wciąż pło­nęło. Pra­co­wał mimo bólu, two­rząc pry­mi­tywne narządy słu­chu wewnątrz jamy czaszki.

W pobliżu ktoś szep­nął:

- Głu­piec.

- Sąd! - powtó­rzył Ten­Soon.

- Przyj­mij śmierć - wysy­czał ktoś. - Nie sta­wiaj się w pozy­cji, w któ­rej możesz wyrzą­dzić więk­szą krzywdę naszemu ludowi. Pierw­sze Poko­le­nie dało ci tę szansę na śmierć ze względu na twoje lata dodat­ko­wej służby!

Ten­Soon się zawa­hał. Pro­ces będzie publiczny. Na razie tylko wybrane jed­nostki znały roz­miary jego zdrady. Mógł umrzeć, prze­kli­nany za zła­ma­nie Kon­traktu, lecz zacho­wu­jąc pewną dozę sza­cunku ze względu na wcze­śniej­szą karierę. Gdzieś - pew­nie w jamach w tym wła­śnie pomiesz­cze­niu - znaj­do­wali się inni, cier­piący nie­koń­czące się uwię­zie­nie, które osta­tecz­nie łamało nawet umy­sły tych obda­rzo­nych Bło­go­sła­wień­stwem Przy­tom­no­ści.

Czy chciał się stać jed­nym z nich? Wyja­wia­jąc swoje czyny na otwar­tym forum, skaże się na wiecz­ność w cier­pie­niu. Wymu­sza­nie pro­cesu było głu­potą, nie mógł bowiem mieć nadziei na oczysz­cze­nie z zarzu­tów. Jego zezna­nia już go pogrą­żały.

Jeśli miał się ode­zwać, to nie dla­tego, by się bro­nić. Cho­dziło o coś zupeł­nie innego.

- Sąd - powtó­rzył, tym razem cichym szep­tem.