Bohaterowie Państwa Podziemnego - jak ich znałem - Stefan Korboński

Kup ebooka

19.90 zł
16.52 zł (16,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od Wy­daw­nic­twa1

 

Ste­fan Kor­boń­ski jako kil­ku­na­sto­let­ni chło­piec, uczeń gim­na­zjum i czło­nek taj­nej Pol­skiej Or­ga­ni­za­cji Woj­sko­wej (POW) wziął udział 11 li­sto­pa­da 1918 roku w roz­bra­ja­niu Niem­ców w Czę­sto­cho­wie, po czym od grud­nia 1918 roku wal­czył z Ukra­iń­ca­mi w obro­nie Lwo­wa pod Gród­kiem Ja­giel­loń­skim. W roku 1920 w cza­sie na­jaz­du bol­sze­wic­kie­go na Pol­skę słu­żył ochot­ni­czo w 29 Puł­ku Strzel­ców Ka­niow­skich, a w roku 1921 brał udział w Trze­cim Po­wsta­niu Ślą­skim prze­ciw Niem­com.

Wyż­sze stu­dia praw­ni­cze ukoń­czył na Uni­wer­sy­te­cie w Po­zna­niu, na­stęp­nie od­był prak­ty­kę w tam­tej­szych są­dach. Po zda­niu eg­za­mi­nu sę­dziow­skie­go wstą­pił na służ­bę do Pro­ku­ra­to­rii Ge­ne­ral­nej RP Po trzech la­tach pra­cy w Pro­ku­ra­to­rii Ge­ne­ral­nej prze­szedł do ad­wo­ka­tu­ry w War­sza­wie.

Rów­no­le­gle do dzia­łal­no­ści za­wo­do­wej roz­po­czął dzia­łal­ność po­li­tycz­ną w sze­re­gach Pol­skie­go Stron­nic­twa Lu­do­we­go "Wy­zwo­le­nie" i był rad­cą praw­nym se­kre­ta­ria­tu te­goż stron­nic­twa w Po­zna­niu. W chwi­li wy­bu­chu II woj­ny świa­to­wej w roku 1939 był pre­ze­sem Stron­nic­twa Lu­do­we­go na wo­je­wódz­two bia­ło­stoc­kie i człon­kiem Głów­ne­go Sądu Par­tyj­ne­go.

W cza­sie dzia­łań wo­jen­nych w 1939 roku Ste­fan Kor­boń­ski jako ofi­cer re­zer­wy zo­stał wzię­ty do nie­wo­li przez woj­ska so­wiec­kie pod Wło­dzi­mie­rzem Wo­łyń­skim. W dro­dze do Ro­sji zbiegł z trans­por­tu i po­wró­cił do War­sza­wy, gdzie dzia­łał w or­ga­ni­zo­wa­niu ru­chu pod­ziem­ne­go.

W paź­dzier­ni­ku 1939 roku Ste­fan Kor­boń­ski wraz z czo­ło­wym przy­wód­cą Stron­nic­twa Lu­do­we­go, by­łym mar­szał­kiem Sej­mu Ma­cie­jem Ra­ta­jem, wcho­dzi w skład Głów­nej Rady Po­li­tycz­nej, or­ga­ni­za­cji pod­ziem­nej Służ­by Zwy­cię­stwu Pol­ski (SZP), na cze­le z gen. Mi­cha­łem Ka­ra­sze­wi­czem-To­ka­rzew­skim, sta­jąc się w ten spo­sób jed­nym ze współ­za­ło­ży­cie­li Pol­skie­go Pań­stwa Pod­ziem­ne­go.

Po aresz­to­wa­niu przez ge­sta­po Ma­cie­ja Ra­ta­ja, Ste­fan Kor­boń­ski jako mia­no­wa­ny przez nie­go za­stęp­ca wcho­dzi w skład naj­wyż­sze­go cia­ła kie­ru­ją­ce­go w la­tach 1939-1941 całą pol­ską kon­spi­ra­cją, tzw. Po­li­tycz­ne­go Ko­mi­te­tu Po­ro­zu­mie­waw­cze­go (PKP) w skła­dzie: Ka­zi­mierz Pu­żak z Pol­skiej Par­tii So­cja­li­stycz­nej (PPS), Alek­san­der Dęb­ski ze Stron­nic­twa Na­ro­do­we­go (SN), Ste­fan Kor­boń­ski ze Stron­nic­twa Lu­do­we­go (SL) i na­stęp­ca gen. Ka­ra­sze­wi­cza-To­ka­rzew­skie­go, gen. Ste­fan Ro­wec­ki.

W roku 1941, po ustą­pie­niu ze wspo­mnia­ne­go Ko­mi­te­tu, Ste­fan Kor­boń­ski wcho­dzi w skład Ko­men­dy Głów­nej Ar­mii Kra­jo­wej i wkrót­ce zo­sta­je mia­no­wa­ny naj­pierw przez Ko­men­dan­ta Głów­ne­go AK Ro­wec­kie­go, a na­stęp­nie przez De­le­ga­ta Rzą­du RP w Lon­dy­nie Ra­taj­skie­go, ich wspól­nym peł­no­moc­ni­kiem dla kie­ro­wa­nia ru­chem opo­ru ca­łe­go na­ro­du pol­skie­go i sta­je na cze­le Kie­row­nic­twa Wal­ki Cy­wil­nej (KWC).

Jako szef KWC kie­ru­je wszel­kie­go ro­dza­ju ak­cją sa­bo­ta­żo­wą, ak­cją cy­wil­ne­go nie­po­słu­szeń­stwa, boj­ko­tu przy­mu­su pra­cy dla oku­pan­ta itp. Or­ga­ni­zu­je pol­skie pod­ziem­ne są­dow­nic­two, któ­re ska­za­ło na śmierć i wy­ko­na­ło wy­ro­ki na oko­ło dwu­stu zdraj­cach i agen­tach ge­sta­po. Or­ga­ni­zu­je sieć ra­dio­sta­cji nadaw­czych in­for­mu­ją­cych Za­chód, a przede wszyst­kim rząd pol­ski na emi­gra­cji w Lon­dy­nie, o wszyst­kich wy­da­rze­niach w Pol­sce, w tym o ho­lo­cau­ście. Biu­ro szy­frów tej ra­dio­sta­cji or­ga­ni­zu­je i pro­wa­dzi żona Ste­fa­na Kor­boń­skie­go, Zo­fia, z domu Ri­stau.

W lip­cu 1943 roku KWC zo­sta­je po­łą­czo­ne z Kie­row­nic­twem Wal­ki Kon­spi­ra­cyj­nej (KWK) wy­ło­nio­nym przez Ko­men­dę Głów­ną AK. Dla dy­ry­go­wa­nia ak­cją dy­wer­syj­ną i dla do­wo­dze­nia ca­ło­ścią wal­ki z oku­pan­tem po­wsta­je Kie­row­nic­two Wal­ki Pod­ziem­nej (KWP) w skła­dzie: Ko­men­dant Głów­ny AK gen. Ste­fan Ro­wec­ki, a po jego aresz­to­wa­niu przez ge­sta­po gen. Ta­de­usz Bór-Ko­mo­row­ski, szef szta­bu AK gen. Ta­de­usz Peł­czyń­ski, do­wód­ca Ke­dy­wu gen. Emil Fiel­dorf, a po jego ustą­pie­niu ppłk Jan Ma­zur­kie­wicz, szef Biu­ra In­for­ma­cji i Pro­pa­gan­dy AK (BIP) płk Jan Rze­pec­ki i Ste­fan Kor­boń­ski jako kie­row­nik Opo­ru Spo­łecz­ne­go. W cza­sie Po­wsta­nia War­szaw­skie­go Kor­boń­ski zo­sta­je mia­no­wa­ny do­dat­ko­wo dy­rek­to­rem De­par­ta­men­tu Spraw We­wnętrz­nych De­le­ga­tu­ry Rzą­du.

W mar­cu 1945 roku, po pod­stęp­nym aresz­to­wa­niu przez so­wiec­kie NKWD szes­na­stu przy­wód­ców Pol­ski Pod­ziem­nej, w tym wi­ce­pre­mie­ra i De­le­ga­ta Rzą­du na Kraj Jana Sta­ni­sła­wa Jan­kow­skie­go, Ste­fan Kor­boń­ski obej­mu­je po nim obo­wiąz­ki De­le­ga­ta Rzą­du i sta­je na cze­le Pol­skie­go Pań­stwa Pod­ziem­ne­go aż do aresz­to­wa­nia go wraz z żoną przez NKWD w dniu 28 czerw­ca 1945 roku w Kra­ko­wie. Zwol­nio­ny z wię­zie­nia po po­wsta­niu Tym­cza­so­we­go Rzą­du Jed­no­ści Na­ro­do­wej, Ste­fan Kor­boń­ski zo­sta­je wy­bra­ny pre­ze­sem Pol­skie­go Stron­nic­twa Lu­do­we­go na mia­sto War­sza­wę i w wy­bo­rach z 19 stycz­nia 1947 roku zo­sta­je wy­bra­ny z tego mia­sta po­słem na Sejm. W tym cza­sie zo­sta­je człon­kiem Na­czel­ne­go Ko­mi­te­tu Wy­ko­naw­cze­go PSL.

Za­gro­żo­ny po­zba­wie­niem nie­ty­kal­no­ści po­sel­skiej i po­now­nym aresz­to­wa­niem, ucie­ka 5 li­sto­pa­da 1947 roku wraz z żoną z Pol­ski do Szwe­cji, skąd przez An­glię przy­by­wa do Sta­nów Zjed­no­czo­nych 26 li­sto­pa­da 1947 roku.

W Sta­nach Zjed­no­czo­nych obej­mu­je wkrót­ce sta­no­wi­sko prze­wod­ni­czą­ce­go Przed­sta­wi­ciel­stwa Pol­skiej Rady Po­li­tycz­nej, a na­stęp­nie prze­wod­ni­czą­ce­go pol­skiej de­le­ga­cji do Zgro­ma­dze­nia Eu­ro­pej­skich Na­ro­dów Ujarz­mio­nych (As­sem­bly of Cap­ti­ve Eu­ro­pe­an Na­tions, ACEN). W la­tach 1958, 1966, 1971, 1972, 1973 i 1974-1985 był wy­bie­ra­ny pre­ze­sem ACEN. Poza tym Ste­fan Kor­boń­ski przez wie­le lat pia­sto­wał sta­no­wi­sko prze­wod­ni­czą­ce­go Pol­skiej Rady Jed­no­ści w Sta­nach Zjed­no­czo­nych.

Ste­fan Kor­boń­ski, bę­dą­cy człon­kiem Pol­skie­go In­sty­tu­tu Na­uko­we­go w USA i Mię­dzy­na­ro­do­we­go PEN-Clu­bu na emi­gra­cji, jest au­to­rem try­lo­gii pt. W imie­niu Rze­czy­po­spo­li­tej, W imie­niu Krem­la, i W imie­niu Pol­ski Wal­czą­cej. Try­lo­gia ta wy­da­na zo­sta­ła rów­nież w ję­zy­ku an­giel­skim w Sta­nach Zjed­no­czo­nych i w An­glii pt. Fi­gh­ting War­saw, War­saw in Cha­ins i War­saw in Exi­le, a W imie­niu Krem­la rów­nież w ję­zy­ku hisz­pań­skim, w Mek­sy­ku, pt. En el Nom­bre del Krem­lin. Po­nad­to Ste­fan Kor­boń­ski jest au­to­rem książ­ki Mię­dzy mło­tem a ko­wa­dłem wy­da­nej w Lon­dy­nie w 1969 roku oraz książ­ki Pol­skie Pań­stwo Pod­ziem­ne - prze­wod­nik z lat 1939-1945, wy­da­nej w roku 1975 przez In­sty­tut Li­te­rac­ki w Pa­ry­żu, zaś dru­gie wy­da­nie przez "Pro­myk" w Fi­la­del­fii. Obie zo­sta­ły wy­da­ne rów­nież w ję­zy­ku an­giel­skim pt. Be­twe­en the Ham­mer and the Anvil oraz The Po­lish Un­der­gro­und Sta­te - A Gu­ide to the Uder­gro­und 1939-1945. Na­stęp­na książ­ka Ste­fa­na Kor­boń­skie­go Za mu­ra­mi Krem­la zo­sta­ła wy­da­na w roku 1983 przez Bi­cen­ten­nial Pu­bli­shing Co. w No­wym Jor­ku, zaś ostat­nia Po­lo­nia Re­sti­tu­ta przez Wy­daw­nic­two "Pro­myk" w Fi­la­del­fii, w roku 1986.

W roku 1973 Ste­fan Kor­boń­ski otrzy­mał na­gro­dę li­te­rac­ką Fun­da­cji Al­fre­da Ju­rzy­kow­skie­go w No­wym Jor­ku. Poza tym pro­wa­dził dzia­łal­ność pu­bli­cy­stycz­ną w pra­sie ame­ry­kań­skiej, ogła­sza­jąc ar­ty­ku­ły i li­sty w pe­rio­dy­kach i ga­ze­tach ame­ry­kań­skich.

Ste­fan Kor­boń­ski otrzy­mał na­stę­pu­ją­ce woj­sko­we od­zna­cze­nia: Krzyż Vir­tu­ti Mi­li­ta­ri, me­dal za udział w woj­nie roku 1920, Krzyż za Trze­cie Po­wsta­nie Ślą­skie, Zło­ty Krzyż Za­słu­gi z Mie­cza­mi, Krzyż Ar­mii Kra­jo­wej i Me­dal za Woj­nę 1939-1945.

W roku 1980 In­sty­tut Yad Va­shem w Je­ro­zo­li­mie nadał Ste­fa­no­wi Kor­boń­skie­mu me­dal "Spra­wie­dli­wy wśród Na­ro­dów Świa­ta" za ra­to­wa­nie Ży­dów w cza­sie woj­ny.

 

Marszałek Sejmu Maciej Rataj

 

Wró­ciw­szy z kam­pa­nii wrze­śnio­wej 1939 roku do War­sza­wy, gdy sta­ną­łem przed Ra­ta­jem w jego miesz­ka­niu na Ho­żej 14, tak bli­skim mego w alei Przy­ja­ciół 1, roz­bi­te­go przez bom­bę, za­sko­czył mnie wy­gląd tego czło­wie­ka. Wi­dzia­ny przed paru ty­go­dnia­mi ro­sły, szczu­pły męż­czy­zna w sile wie­ku, o pięk­nych ry­sach twa­rzy, za­mie­nił się w star­sze­go, osi­wia­łe­go pana z bruz­da­mi na po­licz­kach i z za­pusz­czo­ną, szpa­ko­wa­tą bro­dą. Po chwi­li spo­strze­głem lek­kie, nie­ustan­ne drże­nie gło­wy. Pierw­sza myśl, że prze­gra­na wrze­śnio­wa zła­ma­ła go fi­zycz­nie.

Usa­dził mnie w fo­te­lu i roz­po­czął ty­ra­dę, któ­ra wnet mnie prze­ko­na­ła, że się nie za­ła­mał psy­chicz­nie i jest w peł­ni sił umy­sło­wych. Sie­dzia­łem te­raz przed jed­nym z naj­wy­bit­niej­szych współ­cze­snych przy­wód­ców po­li­tycz­nych, by­łym mi­ni­strem oświa­ty, a na­stęp­nie mar­szał­kiem Sej­mu. Słu­cha­łem go nie­prze­rwa­nie przez parę go­dzin i ule­ga­łem co­raz bar­dziej jego gło­śne­mu ro­zu­mo­wa­niu i sile ar­gu­men­tów. Czu­łem, że do mnie mówi mąż sta­nu, cier­pią­cy z po­wo­du na­głej klę­ski. Przed­sta­wił kry­tycz­ną prze­szłość, prze­ra­ża­ją­cą te­raź­niej­szość i nie­pew­ną przy­szłość, ale przede wszyst­kim po­sta­wił mi przed oczy­ma wi­zję no­wej Pol­ski. W jego prze­wi­dy­wa­niach uka­za­ła się jako nie­pod­le­gła, de­mo­kra­tycz­na i an­ty­sa­na­cyj­na. I z każ­de­go sło­wa bu­cha­ła wia­ra, że ten cel zo­sta­nie osią­gnię­ty. Że­gna­jąc się ze mną, pro­sił, by go od­wie­dzać.

- Mu­si­my się trzy­mać ra­zem! - po­wie­dział.

Wy­sze­dłem pod du­żym wra­że­niem tego spo­tka­nia, wi­dząc dla sie­bie i dla kra­ju ak­tu­al­ne­go przy­wód­cę, któ­re­mu moż­na za­ufać.

Ra­ta­ja i jego ro­dzi­nę po­zna­łem wkrót­ce po prze­nie­sie­niu się w roku 1929 z Po­zna­nia do War­sza­wy u mego cio­tecz­ne­go bra­ta i do­ży­wot­nie­go ad­wo­kac­kie­go wspól­ni­ka oraz po­sła na Sejm z "Wy­zwo­le­nia", dr. Zyg­mun­ta Gra­liń­skie­go. Ra­taj i jego cór­ka Han­ka, jej mąż Ta­de­usz Stan­kie­wicz i sy­nek ich Ma­ciuś byli czę­sty­mi go­ść­mi u Gra­liń­skich i z tego wy­wią­za­ła się bli­ska przy­jaźń. Ra­taj do­wie­dział się od Zyg­mun­ta, że do­ko­na­łem już wy­bo­ru ru­chu lu­do­we­go, w któ­rym wi­dzia­łem siłę i przy­szłość Pol­ski i że jesz­cze jako stu­dent pra­wa pra­co­wa­łem w se­kre­ta­ria­cie "Wy­zwo­le­nia" w Po­zna­niu, ra­zem ze stu­den­ta­mi Jó­ze­fem Resz­ta­kiem i Jó­ze­fem Ko­zmą. Wie­dząc o mnie tak wie­le, któ­re­goś dnia za­pro­sił mnie na roz­mo­wę i za­ape­lo­wał o za­opie­ko­wa­nie się Stron­nic­twem Lu­do­wym w Łom­żyń­skiem, gdzie było ono bar­dzo sła­be. Nie było to po my­śli Gra­liń­skie­go, któ­ry wo­lał wi­dzieć mnie za­ję­te­go w kan­ce­la­rii ad­wo­kac­kiej, ale nie opo­no­wał. Zgo­dzi­łem się i za­an­ga­żo­wa­łem, z pen­sją pła­co­ną z wła­snej kie­sze­ni przez by­łe­go po­sła Wła­dy­sła­wa Pra­gę, któ­ry osie­dlił się w Łom­ży. W cią­gu paru mie­się­cy oży­wi­li­śmy sto­sun­ki do tego stop­nia, że stron­nic­two łom­żyń­skie za­czę­to przo­do­wać w wo­je­wódz­twie bia­ło­stoc­kim i po dwóch la­tach zo­sta­łem ko­lej­no wy­bra­ny naj­pierw pre­ze­sem po­wia­to­wym w Łom­ży, a na­stęp­nie pre­ze­sem wo­je­wódz­kim w Bia­łym­sto­ku, ku wiel­kie­mu za­do­wo­le­niu Ra­ta­ja. Z bie­giem cza­su co­raz bar­dziej się an­ga­żo­wa­łem i w roku 1930 wzią­łem już udział w opo­zy­cyj­nym ru­chu Cen­tro­le­wu, zaś w roku 1937 w straj­ku chłop­skim, któ­ry ogło­si­łem na ma­sów­ce chłop­skiej nad je­zio­rem Wi­gry, w są­siedz­twie klasz­to­ru ka­me­du­łów.

Po paru dniach od wspo­mnia­ne­go na wstę­pie spo­tka­nia wy­bra­łem się znów na Hożą 14, gdyż chcia­łem po­in­for­mo­wać Ra­ta­ja o mo­ich pla­nach. Wy­ja­śni­łem mu, że czu­ję się nie­wy­ko­rzy­sta­ny, je­śli cho­dzi o wal­kę z Niem­ca­mi. Jako ofi­cer re­zer­wy i we­te­ran trzech wo­jen uwa­ża­łem za swój obo­wią­zek opu­ścić Pol­skę i przez Wę­gry do­trzeć do Fran­cji, do two­rzo­nej tam przez Si­kor­skie­go ar­mii pol­skiej. Ra­taj spo­waż­niał i po­ło­żyw­szy mi na ko­la­nach obie dło­nie, od­krył przede mną ta­jem­ni­cę:

- Niech pan nie rzu­ca kra­ju. Tu­taj two­rzy się kon­spi­ra­cja i ja pana upa­trzy­łem na swe­go naj­bliż­sze­go współ­pra­cow­ni­ka.

Wy­cho­dzi­łem po go­dzi­nie zna­jąc głów­ne oso­by kon­spi­ra­cji, a więc ge­ne­ra­ła Mi­cha­ła Ka­ra­sze­wi­cza-To­ka­rzew­skie­go, Mie­czy­sła­wa Nie­dział­kow­skie­go z Pol­skiej Par­tii So­cja­li­stycz­nej i Le­ona No­wo­dwor­skie­go ze Stron­nic­twa Na­ro­do­we­go. Zre­zy­gno­wa­łem z opusz­cze­nia kra­ju bez dłuż­sze­go na­my­słu, gdyż kon­spi­ra­cja, któ­rej sam my­śla­łem nic o niej jesz­cze nie wie­dząc, bar­dziej mi od­po­wia­da­ła, nie mó­wiąc o tym, że ape­lo­wa­ła do ro­man­ty­zmu obie­cy­wa­ła Wiel­ką Przy­go­dę.

Na żą­da­nie Ra­ta­ja czę­sto go te­raz od­wie­dza­łem, mimo że cią­gle na­tra­fia­łem na ko­goś, kto szu­kał u nie­go rady i wska­zów­ki. Ta­de­usz Stan­kie­wicz nie wró­cił jesz­cze z woj­ny, więc z Han­ką na­ra­dza­li­śmy się, jak zmniej­szyć na­pływ go­ści. Ostrze­ga­łem Ra­ta­ja, że to się może źle skoń­czyć. Roz­ło­żył ręce:

- Prze­cież nie mogę trzy­mać cały dzień za­mknię­tych drzwi.

Któ­re­goś dnia tra­fi­łem na wi­zy­tę księ­cia Ja­nu­sza Ra­dzi­wił­ła. Ra­taj po­znał mnie z nim, mó­wiąc z na­ci­skiem o po­trze­bie kon­tak­tu, co ksią­żę skwi­to­wał wy­mow­nym spoj­rze­niem i uści­skiem dło­ni. Mia­łem te­raz przed sobą dwa pięk­ne mę­skie typy. Ra­taj, syn chłop­ski ze wsi Ra­ta­je i ksią­żę Ra­dzi­wiłł z zam­ku w Oły­ce, a obaj tak po­dob­ni z mę­skiej uro­dy, jak­by wy­bi­ci jed­nym stem­plem. Han­ka twier­dzi­ła, że cała wieś Ra­ta­je cie­szy się po­dob­nym wy­glą­dem.

Wresz­cie 28 li­sto­pa­da 1939 roku bom­ba pę­kła. Na Hożą 14 wpa­dło nad ra­nem ge­sta­po. Sta­li nad Ra­ta­jem, jak się ubie­rał i za­bra­li go bez płasz­cza i dro­bia­zgów. Pierw­sze py­ta­nie samo się na­rzu­ca­ło: czy już od­kry­to gło­wę kon­spi­ra­cji? Od­po­wiedź przy­szła ła­two: za wcze­śnie. Ra­taj aresz­to­wa­ny, gdyż jest zbyt zna­ną, gło­śną i wy­bit­ną oso­bi­sto­ścią.

Han­ka za­czę­ła czy­nić wszel­kie sta­ra­nia, aby przyjść ojcu z po­mo­cą. Nie było in­nej rady, więc po­sta­no­wi­łem ode­grać rolę ad­wo­ka­ta, któ­re­go za­an­ga­żo­wa­ła ro­dzi­na Ra­ta­jów. Ubra­ny sta­ran­nie i z pięk­ną tecz­ką w ręku, po­zu­jąc na Niem­ca, spo­tka­łem się przed gma­chem ge­sta­po w alei Szu­cha z Han­ką i moją żoną Zo­sią i ode­bra­łem od nich pacz­kę dla Ra­ta­ja.

Do bra­my ru­szy­łem pew­nym kro­kiem. Żan­dar­mi stuk­nę­li ob­ca­sa­mi i prze­pu­ści­li bez sło­wa. Do­bry po­czą­tek! Wzię­li mnie za Niem­ca. Po gma­chu wę­dro­wa­łem ja­kąś go­dzi­nę nie­na­ga­by­wa­ny przez ni­ko­go. Czy­ste ko­ry­ta­rze, ruch na nich duży. Ofi­ce­ro­wie i sze­re­go­wi ge­sta­pow­cy w sza­rych mun­du­rach, w ko­szu­lach kha­ki, krę­ci­li się tu i tam z tecz­ka­mi i pa­pie­ra­mi w ręku. Tu żan­dar­mi pro­wa­dzą ja­kie­goś bla­de­go męż­czy­znę ze sto­sem ksią­żek w rę­kach, któ­re z tru­dem dźwi­ga. Ła­pię po dro­dze jego spoj­rze­nie. Ma nie­przy­tom­ne, nic nie­wi­dzą­ce oczy. Wi­dać, że tyl­ko co aresz­to­wa­ny. Tam ja­kaś gru­pa cy­wi­lów z pi­sto­le­ta­mi ma­szy­no­wy­mi w rę­kach, śmie­jąc się gło­śno, wy­cho­dzi z po­ko­ju. W dal­szej wę­drów­ce wi­dzę ję­czą­cą, po­krwa­wio­ną ko­bie­tę z wy­wró­co­ny­mi do góry biał­ka­mi oczy­ma, spro­wa­dza­ną, a wła­ści­wie cią­gnię­tą w dół po scho­dach przez dwóch ge­sta­pow­ców. Na mnie nikt nie zwra­cał uwa­gi. Tra­cę po­wo­li spo­kój i pu­kam do po­ko­ju to tu, to tam i py­tam moim kiep­skim nie­miec­kim, gdzie mógł­bym się do­wie­dzieć o aresz­to­wa­nym Ma­cie­ju Ra­ta­ju. Jed­ni od­po­wia­da­ją uprzej­mie, dru­dzy gbu­ro­wa­to, że to nie tu. Wresz­cie do­sta­łem kart­kę z nu­me­rem po­ko­ju i za­cze­pi­łem na ko­ry­ta­rzu ja­kie­goś nie­dba­le ubra­ne­go star­sze­go cy­wi­la, któ­ry na moje py­ta­nie, jak iść, od­po­wie­dział po pol­sku:

- A o kogo panu cho­dzi?

- O by­łe­go mar­szał­ka Sej­mu Ma­cie­ja Ra­ta­ja.

- Cooo? To pan Ra­taj aresz­to­wa­ny? - dzi­wi się za­śli­nio­ny cy­wil.

Opo­wia­dam co i jak, a wi­dząc, że na­zwi­sko Ra­ta­ja zro­bi­ło na nim wra­że­nie, pro­szę o po­moc.

- A jak się pan tu do­stał? Kto pan jest?

Na moje wy­ja­śnie­nie po­krę­cił gło­wą z po­wąt­pie­wa­niem i za­pro­wa­dził do drzwi z na­pi­sem Schut­zhaft, ni­żej kart­ka z ran­gą SS i na­zwi­skiem Thie­le. Za­pu­kał i na grom­ki od­zew wszedł zgię­ty w ukło­nie. Za chwi­lę drzwi się uchy­li­ły i kiw­nął na mnie pal­cem. Za biur­kiem uj­rza­łem sto­ją­ce­go ofi­ce­ra ge­sta­po ol­brzy­mie­go wzro­stu, któ­ry pa­trzył na mnie ostro i nie­przy­chyl­nie. Twarz przy­stoj­na, rysy re­gu­lar­ne. Jesz­cze dzi­siaj bez tru­du wy­wo­łu­ję ten ob­raz. Wy­ja­śni­łem, o co mi cho­dzi, po­pro­si­łem o do­rę­cze­nie pacz­ki Ra­ta­jo­wi i o wia­do­mość, za co zo­stał aresz­to­wa­ny. Ol­brzym wy­szedł i za chwi­lę wró­cił z kart­ką z kar­to­te­ki w ręku. Z oczy­ma wle­pio­ny­mi w kart­kę krót­ko oświad­czył, że Schri­ft­stel­ler Ma­ciej Ra­taj znaj­du­je się w wię­zie­niu na Dziel­nej, gdzie mogę za­nieść pacz­kę i po­wo­łać się na to, że on, Thie­le, ze­zwa­la na jej do­rę­cze­nie. Usiadł i zro­zu­mia­łem, że roz­mo­wa skoń­czo­na. To jed­nak było za mało, by wró­cić do cze­ka­ją­cej na uli­cy Han­ki, wzią­łem więc na od­wa­gę i za­py­ta­łem:

- Ale za co Ma­ciej Ra­taj jest aresz­to­wa­ny i jak dłu­go to po­trwa?

Thie­le spoj­rzał na mnie pio­ru­nu­ją­cym wzro­kiem, ale nim ryk­nął, już by­łem na ko­ry­ta­rzu. Uprzej­my cy­wil, któ­ry wy­pchnął mnie za drzwi, krzy­czał mi ze zło­ścią wprost w twarz:

- Czyś pan zwa­rio­wał?! Za samo ta­kie py­ta­nie moż­na pójść za kra­tę! Zza drzwi do­la­ty­wa­ło groź­ne mru­cze­nie Thie­le­go. Po­dzię­ko­wa­łem cy­wi­lo­wi, wska­zał mi jesz­cze dro­gę do wyj­ścia, prze­strze­ga­jąc przed zmy­le­niem jej. Za chwi­lę opo­wia­da­łem wszyst­ko dwóm ko­bie­tom, któ­re od paru go­dzin spa­ce­ro­wa­ły po uli­cy, mo­dląc się już tyl­ko o to, bym wró­cił cały. Han­ka na­tych­miast po­szła na Pa­wiak, lecz pacz­ki nie przy­ję­li.

Po paru ty­go­dniach Ra­taj zo­stał zwol­nio­ny. Po po­wro­cie po­in­for­mo­wał mnie o ba­da­niach do­ty­czą­cych wy­łącz­nie jego prze­szło­ści, co wska­zy­wa­ło, że ge­sta­po jesz­cze nie tra­fi­ło na ślad kon­spi­ra­cji. Zło­ży­łem mu spra­woz­da­nie z mo­jej dzia­łal­no­ści pod­ziem­nej i kon­tak­tów z Nie­dział­kow­skim, ge­ne­ra­łem To­ka­rzew­skim oraz puł­kow­ni­kiem Ro­wec­kim i o po­sie­dze­niach naj­wyż­sze­go cia­ła pod­ziem­ne­go, Po­li­tycz­ne­go Ko­mi­te­tu Po­ro­zu­mie­waw­cze­go (PKP), po czym zło­ży­łem na jego ręce moje funk­cje. Ra­taj się z tym nie zgo­dził, gdyż po­sta­no­wił na ra­zie trzy­mać się w re­zer­wie i mnie po­le­cił dal­sze na­le­że­nie do PKP i in­for­mo­wa­nie go o wszyst­kim.

Roz­po­czę­ła się nowa wę­drów­ka na Hożą 14, więc by ją prze­rwać, zmu­si­li­śmy Ra­ta­ja wspól­ny­mi si­ła­mi, z Han­ką i Ta­de­uszem Stan­kie­wi­czem, któ­ry już wró­cił z woj­ny, by się dał mi wy­wieźć jesz­cze nie'skon­fi­sko­wa­nym au­tem ame­ry­kań­skiej fir­my Col­ga­te Pal­mo­li­ve, gdzie by­łem rad­cą praw­nym, do Otwoc­ka, do Za­kła­du św. Jó­ze­fa, by tam się ukrył i wy­po­czął. Ode­tchnę­li­śmy z ulgą, ale na­gle zja­wił się z Kra­ko­wa Wła­dy­sław Kier­nik i za­żą­dał spo­tka­nia z Ra­ta­jem. Za­pro­po­no­wa­łem, że go za­wio­zę do Otwoc­ka, ale się obu­rzył: - Je­śli ja mogę przy­je­chać do Ra­ta­ja z Kra­ko­wa, to on może przy­je­chać do mnie do War­sza­wy z Otwoc­ka.

Nie było na to rady i Ra­taj wró­cił znów na Hożą 14.

Na dzień 30 mar­ca 1940 roku zor­ga­ni­zo­wa­łem jego spo­tka­nie z na­stęp­cą To­ka­rzew­skie­go, Ro­wec­kim - już ge­ne­ra­łem - w moim kon­spi­ra­cyj­nym lo­ka­lu w gma­chu Pru­den­tia­lu. Pierw­szy przy­szedł Ro­wec­ki, a po nim, gdy na pu­ka­nie otwo­rzy­łem drzwi, za­miast Ra­ta­ja zo­ba­czy­łem prze­ra­żo­ną twarz łącz­nicz­ki i usły­sza­łem hio­bo­wą wia­do­mość: - Dziś rano ge­sta­po ob­sa­dzi­ło Hożą od Kru­czej do pla­cu Trzech Krzy­ży i za­bra­li Mar­szał­ka. - I znów na­su­nę­ło się to samo py­ta­nie: czy to od­kry­cie kon­spi­ra­cji, czy daw­na prze­szłość?

Wkrót­ce za­czy­na­ją do­cho­dzić z Pa­wia­ka, gdzie osa­dzo­no Ra­ta­ja, pierw­sze gryp­sy prze­my­ca­ne przez wspa­nia­łych pol­skich do­zor­ców, któ­rych jed­nak­że ge­sta­po już stop­nio­wo za­czę­ło li­kwi­do­wać. Nie dają one wy­raź­nej wska­zów­ki, że od­kry­to udział Ra­ta­ja w kon­spi­ra­cji, ale spra­wa wy­glą­da groź­nie. Wszyst­kie sta­ra­nia o po­moc dla Ra­ta­ja za­wo­dzą, prócz dro­gi na Pa­wiak, któ­ra funk­cjo­nu­je i po­zwa­la na zor­ga­ni­zo­wa­nie cze­goś na kształt wi­dze­nia z Ra­ta­jem.

Umó­wio­ne­go dnia o okre­ślo­nej go­dzi­nie Han­ka i moja żona w jed­nej gru­pie, a ja od­dziel­nie, spa­ce­ru­je­my po Dziel­nej. Na­gle w oknie szpi­ta­la na Pa­wia­ku uka­za­ła się wy­nędz­nia­ła twarz Ra­ta­ja, któ­ry wpa­trzo­ny w cór­kę po­że­rał ją po pro­stu oczy­ma. Han­ka sta­nę­ła na kra­wę­dzi chod­ni­ka i z uśmie­chem zmie­sza­nym ze łza­mi pa­trzy­ła na ojca. Prze­su­ną­łem się obok. Ra­taj mnie za­uwa­żył i dał to po­znać ski­nie­niem gło­wy. Sta­li­śmy na chod­ni­ku z ocza­mi wle­pio­ny­mi w twarz ma­ja­czą­cą za okra­to­wa­nym oknem. Wresz­cie Ra­taj roz­ka­zu­ją­cym ge­stem dał nam znak, że mamy odejść. Od­da­la­my się, ale jesz­cze przez parę chwil wi­dzi­my bla­dą pla­mę twa­rzy za szy­bą. Han­ka po ci­chu łyka łzy. Wi­dzia­ła ojca po raz ostat­ni.

Pew­ne­go dnia przy­szła za­po­wiedź ka­ta­stro­fy. Za­wsze pa­nu­ją­ca nad sobą Han­ka, tym ra­zem za­pła­ka­na i zroz­pa­czo­na dała mi do od­czy­ta­nia gryps. Mała, zmię­ta kart­ka wy­rwa­na z no­te­su, a na niej cha­rak­te­ry­stycz­ne pi­smo Ra­ta­ja. Prze­czy­ta­łem uważ­nie i opu­ści­łem bez­rad­nie ręce. Nie było żad­nej wąt­pli­wo­ści. Ra­taj wie­dział już, że zgi­nie, że­gnał się z cór­ką i zię­ciem na za­wsze i prze­sy­łał im swo­je bło­go­sła­wień­stwo. Nie pró­bo­wa­łem ich na­wet po­cie­szać.

W kil­ka mie­się­cy póź­niej mie­li­śmy już wia­do­mość, że zo­stał roz­strze­la­ny 21 czerw­ca 1940 roku w le­sie, w Pal­mi­rach, ra­zem z Mie­czy­sła­wem Nie­dział­kow­skim, Po­ho­skim, Ku­so­ciń­skim, Woj­na­rem-By­czyń­skim z ZWZ i in­ny­mi.

Epi­log tra­ge­dii Ra­ta­jów ro­ze­grał się w cza­sie Po­wsta­nia War­szaw­skie­go. Któ­re­goś dnia wpa­dła do mego lo­ka­lu łącz­nicz­ka osy­pa­na py­łem wy­bu­chu od stóp do głów. Na twa­rzy wy­pi­sa­ne nie­szczę­ście: - Bom­ba za­sy­pa­ła w piw­ni­cy na Ho­żej Han­kę, Ta­de­usza, dziec­ko i słu­żą­cą Bro­nię!

Po­bie­głem jak wa­riat Kru­czą w kie­run­ku Alei Je­ro­zo­lim­skich. Na­lot jesz­cze trwał, bom­by wa­li­ły jed­na za dru­gą. Skrę­ci­łem w Hożą. Nie była to już uli­ca, tyl­ko pa­gór­ki i doły, w któ­rych sta­ła żół­ta, brud­na woda. Nad ru­ina­mi domu pod czter­na­stym uno­sił się jesz­cze tu­man ku­rzu. Lu­dzie po­kry­ci war­stwą zmie­lo­ne­go przez ci­śnie­nie tyn­ku. Wpa­dłem na scho­dy do su­te­ren. Ko­ry­tarz cały, ale przy wej­ściu do piw­ni­cy jak no­żem uciął. Ścia­na gru­zu, ce­gieł, po­ła­ma­nych de­sek. Za­czą­łem wo­łać: - Han­ka! Ta­de­usz, ode­zwij­cie się! - Od­po­wie­dzia­ło mi spod gru­zów szcze­ka­nie psa. Jego też tyl­ko uda­ło się ura­to­wać. W piw­ni­cy prócz ro­dzi­ny Stan­kie­wi­czów zgi­nę­ło jesz­cze kil­ka­na­ście osób.

W parę lat po śmier­ci Ra­ta­ja, 23 czerw­ca 1946 roku, od­był się w Pal­mi­rach jego po­grzeb. Zwło­ki zo­sta­ły od­na­le­zio­ne już 25 kwiet­nia w zbio­ro­wej mo­gi­le jako dwu­na­ste z rzę­du. Nie miał opa­ski na oczach. Zna­le­zio­no przy nim masę rze­czy: la­skę, port­fel z do­ku­men­ta­mi, przed­wo­jen­ny do­wód oso­bi­sty, bi­let wi­zy­to­wy: "Ma­ciej Ra­taj, Sejm", li­sty ad­re­so­wa­ne na Hożą 14 i sze­reg dro­bia­zgów. Zwło­ki po­cho­wa­no pro­wi­zo­rycz­nie i do­pie­ro w przed­dzień po­grze­bu prze­ło­żo­no je w mo­jej obec­no­ści do me­ta­lo­wej trum­ny.

Przej­ścio­wym gro­bow­cem ro­dzi­ny Ra­ta­jów sta­ła się Hoża 14, gdzie zwło­ki Han­ki, Ta­de­usza, ich syn­ka Ma­ciu­sia i nia­ni Bro­ni prze­le­ża­ły kil­ka lat, za­nim je spod gru­zów wy­do­był oj­ciec, Ta­de­usz Stan­kie­wicz se­nior. Nie może być chy­ba więk­szej tra­ge­dii, niż oj­ciec grze­bią­cy swe­go syna, sy­no­wą i wnu­ka. Vae vic­tis!

 

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Sprze­daż książ­ki w In­ter­ne­cie: