1.3. Marcowa niedziela 1941 roku i jej konsekwencje
W pierwszą marcową niedzielę 1941 roku wolną od pracy zarządzono poszukiwanie wszy w bieliźnie i ubraniach. Rozebrany do naga "Teddy" siedział na stosie cegieł, gdy w rejonie budynku obozowej kuchni usłyszał krzyki i nawoływania do bicia w języku polskim i niemieckim. Dwa tygodnie wcześniej w obozie pojawił się nowy kapo, Walter Dunning. Z upodobaniem wyżywał się na więźniach. W ciągu kilku dni ponad dwudziestu więźniów nie nadawało się do pracy190. Aby u więźniów wywołać większy posłuch esesmani rozgłosili po całym obozie, że Dunning był przed wojną zawodowym mistrzem bokserskim Niemiec w wadze średniej191. Jeden z więźniów podbiegł i zapytał Tadeusza czy chce zarobić chleb w walce bokserskiej. Bez zastanowienia przyjął wyzwanie. Uważał, że nie ma nic do stracenia, bo i tak wcześniej czy później umrze z głodu. Jego przyjaciel Bolesław Kupiec nie chciał go puścić, ponieważ Walter połamał już dwóm więźniom szczęki. Tak o tym wydarzeniu pisał Tadeusz Sobolewicz, nr obozowy 23053:
"Więźniowie Polacy, którzy znali "Teddy'ego" z dużej odporności na ciosy (bo nieraz mimo tęgiego lania od blokowych czy kapo nie załamywał się), zasugerowali mu, czy nie stanąłby do walki z Walterem. Podchwycili to niemieccy kapo i zaproponowali, że dostanie pół bochenka chleba i kostkę margaryny za rozegranie walki z Walterem. Rechotali z zadowolenia, gdy ten propozycję przyjął, bo pewni byli lania, jakie sprawi Polakowi silniejszy i lepiej zbudowany niemiecki kapo. "Teddy" ważył wtedy 40 kg, a Walter około 70 kg"192.
Przy rogu kuchni obozowej więźniowie utworzyli czworobok, w którego środku znajdował się prowizoryczny "ring", tam walczono. Gdy "Teddy" dotarł na miejsce przed sobą zobaczył doskonale zbudowanego blondyna, o imponującej masie mięśni, malutkich oczach i porozbijanych łukach brwiowych193. W tym czasie w obozie nie było jeszcze profesjonalnych rękawic bokserskich dlatego założył rękawice robocze, tzw. łapawice. Były one dość niebezpieczne, bowiem w razie silnego ciosu we wrażliwe miejsce nie dawały trafionemu amortyzacji194. Zgromadzeni, gdy ujrzeli więźnia zaczęli się śmiać i pukać w głowę. Niemiec zapytał go czy na pewno chce walczyć. Tadeusz się nie przestraszył. Towarzyszyła mu tylko jedna myśl: za walkę dają chleb. Był głodny, jego przyjaciele także. Aby przeżyć w obozie musiał się czymś wykazać. Nie miał żadnego wyuczonego zawodu, dla Niemców był bezużyteczny. Jedyne co mógł zaoferować to boks. Sędzią był Lagerältester Bruno Brodniewitsch. Zawołał: "Ring frei! Kampf! [Ring wolny! Walka!]"195. Po tych słowach "Teddy" podszedł do swojego przeciwnika i w geście powitalnym wyciągnął do niego ręce. Dünning podał rękę przeciwnikowi, a następnie przyjęli postawę bokserską.
"Rozpoczęła się walka. Zanim to nastąpiło w umyśle jak błyskawica przewinęła się moja uprzednia kariera bokserska: sylwetka trenera Sztama, pierwsza i ostatnia walka. Wiedziałem jedno - że muszę walkę wygrać. (...) Był to dobrej klasy bokser zawodowy. Nie wiem kto z nas był lepszym bokserem. Ale wiem jedno, że są takie chwile, gdy rzeczy niemożliwe stają się rzeczywistością"196.
Niemiec walczył o prestiż, Tadeusz o przetrwanie. Uratowała go technika, umiejętnie bronił się przed atakami i nękał przeciwnika tak, że uniemożliwił mu koncentrację:
"Kiedy Walter poszedł na mnie z wpół opuszczonymi rękami, uderzyłem go lewym prostym. Zdublowałem cios jeszcze raz i jeszcze raz. Dünning oganiał się ode mnie jak od muchy. Później skontrowałem go prawą ręką na szczękę. Cios doszedł celu aż Walterowi odskoczyła głowa, stanął, ja odskoczyłem. Walter znów ruszył do przodu więc zrobiłem unik w lewo i przepuściłem go obok siebie - przyjmując pozycję obronną. Kiedy znów rzucił się do ataku wykonałem silny "prawy cep". Odchylając się do tyłu uniknąłem ciosu a ręka przeszła koło głowy. Na drugi cios odpowiedziałem podobnym unikiem, trzeci prawy prosty zbiłem i zablokowałem. W każdym razie trafić się nie dałem. Tak minęła pierwsza runda. W czasie przerwy zauważyłem zdziwienie panujące wśród więźniów Niemców, którzy jakby "cieplej" zaczęli na mnie spoglądać. Natomiast koledzy Polacy zaczęli mnie zagrzewać do walki wołając "bij Niemca". Było to chyba największym idiotyzmem, bo przecież niektórzy Niemcy, którzy byli tam obecni, znali język polski i mogli zareagować brutalnie. Podniosłem więc rękę do góry i wezwałem kolegów do uciszenia się. To zostało dobrze przyjęte przez Niemców a różnie przez Polaków"197.
W drugiej rundzie "Teddy" robił wszystko, żeby uniknąć ciosu. Oprócz tego próbował też atakować. Ciągle powtarzał sobie słowa mistrza Feliksa Stamma: "Nie ma rzeczy niemożliwych, walcz do końca"198. Walter nie zdołał uniknąć lewego sierpowego. Pod jego nosem pojawiło się sporo krwi.
"Stanąłem zobaczywszy krew i nie uderzyłem. Walter spojrzał, stanął w postawie, lecz ja nie atakowałem czekając co zrobi. W pewnym momencie gdy Polacy zaczęli krzyczeć "Bij go, bij Niemca", wówczas Walter, Brodniewicz i inni kapowie rzucili się w tłum robiąc użytek z pięści i nóg"199.
Po chwili Dünning podszedł do Tadeusza i uśmiechnął się. Powiedział, że wystarczy tej walki, że spotkał godnego przeciwnika i był pełen podziwu dla umiejętności swojego wychudzonego rywala. Zaprowadził go do bloku nr 24 i wręczył bochenek chleba. Otto Küssel200 zapytał w jakiej komendzie chciałby pracować. Odpowiedział, że w "Tierpfleger"201 i otrzymał ten przydział. Pozwoliło mu to przetrwać, bo tam można było zdobyć dodatkowe jedzenie.
"Kiedy wypadłem z bloku nr 24 więźniowie patrzyli na mnie z podziwem, niektórzy z radością. Pobiegłem do bloku nr 2, w którym wówczas spałem, wpadłem na salę wołając: chłopcy jest chleb. Bolek Kupiec wziął scyzoryk i zaczął dzielić chleb na tyle części ilu liczyła nasza paczka. Tak się skończył dzień, który zadecydował o moim życiu, o mojej wygranej"202.
Następnego dnia po apelu Tadeusz stanął gotowy do pracy w swoim starym komandzie, bał się bowiem iść do Tierpflegerów. Myślał, że Otto i Dünning zapomnieli o wczorajszej obietnicy. Wolał się nie narażać. Oni jednak pamiętali. Padło pytanie: "Wo ist 77 [Gdzie jest 77?]". Wystąpił i zaprowadzono go do kapo Johanna Lechenicha zwanego "Dżoni", któremu podlegało komando Tierpflegerów203. Przydzielono go do stajni nr 2. Tam spotkał kolegów, z którymi pracował w komandzie kosiarzy, m.in. "Dziadek" Skorusa, bracia Toczkowie i Kazimierz Król. Praca w stajni nie należała do najcięższych. Oficjalnie Tadeusz był odpowiedzialny za karmienie cieląt mlekiem. Wykorzystując dogodne momenty sam wypijał mleko, narażając się na duże niebezpieczeństwo. Zdawał sobie sprawę z tego, że Niemcy będą domagać się walk bokserskich, w których, chcąc nie chcąc, będzie musiał brać udział. Postanowił więc wykonywać wszystkie jak najcięższe prace, nie z gorliwości ale z chęci utrzymania się w tym komandzie i pragnienia powrotu do dawnej kondycji fizycznej. Do prac tych należało: cięcie sieczki, czyszczenie stajni, przygotowywanie karmy dla 30 krów, noszenie olbrzymich bel prasowanego siana, rąbanie drewna. Tak wyręczając innych więźniów dbał o swoją kondycję. Jednak jak wspomina, aby wrócić do formy musiał też jeść. Lagrowe jedzenie nie wystarczało, dlatego musiał je kraść. W obozowym żargonie nazywano to "organizowaniem", przez co rozumie się kradzież jedzenia przeznaczonego dla kuchni SS-mańskiej, nigdy kradzież żywności przeznaczonej dla współkolegów, bo takie zachowanie traktowano jako rzeczywistą kradzież, którą potępiano204.
Gdy "Teddy" wrócił do sił, zademonstrował na ringu swój kunszt bokserski i serce do walki. Boks, zaraz po piłce nożnej, stał się drugą popularną dyscypliną sportową uprawianą w KL Auschwitz. Spotkanie z Dünningiem było pierwszą w historii obozu walką pięściarską z udziałem więźniów205. W latach 1941-1942 walki te odbywały się w bloku nr 2 w łaźni oraz na placu obok kuchni, a uczestniczyli w nich głównie polscy pięściarze, znajdujący się w tym okresie w obozie206. I tak "Teddy" stoczył walki m.in. z Michałem Janowczykiem z Poznania czy też więźniem Szymankiewiczem o pseudonimie "Zyzio"207. Starał się nie zadawać im poważniejszych ciosów, aby Niemcy nie mieli satysfakcji z ich bratobójczej walki208. W roku 1942 walki bokserskie organizowano co niedzielę w różnych blokach209.
"Teddy" wiedział, że możliwości jakie się przed nim otwarły, będą trwać dopóki będzie mógł walczyć i zwyciężać. Niemcy w celu uatrakcyjnienia widowiska wyszukiwali mu w kolejnych transportach ciągle nowych przeciwników. Któregoś razu walczył o dwa kotły zupy, które zostały po esesmanach. Bił się o nie z Francuzem, który łagodnie mówiąc nie należał do utalentowanych:
"Biłem się o tę zupę z Francuzem, wyjątkowo słabym. Tańczyłem wokół przeciwnika, by Niemcy mieli większą radość z oglądania, a gdy ten zaatakował mnie w końcu z furią zrobiłem unik i Francuz z impetem uderzył w sędziego-kapo. Radość z walki była podwójna - 2 kotły zupy i powalony kapo"210.
Z czasem walki bokserskie w obozie przeistoczyły się w wielki hazard. Niemcy, posiadający sporo pieniędzy, czynili wysokie zakłady. Obstawiano walki nawet 1:10211. Jeden z esesmanów, Karl Egersdorfer, nazywany przez więźniów "Wujkiem" postawił na wygraną Tadeusza i wygrał 1000 marek. Był tak zadowolony, że postanowił spełnić każdą prośbę zwycięzcy. "Teddy" odpowiedział, że chce jeść. Esesman polecił wydać z kuchni pięć kotłów zupy, które nie zostały zjedzone przez Esesmanów, a miały zostać przeznaczone dla świń. Tego dnia Tadeusz i jego obozowi przyjaciele zaspokoili męczący ich głód212.
Ośmielony swoimi sukcesami bokserskimi stawał się bezczelny wobec esesmanów, lecz uchodziło mu to bezkarnie. Myśleli, że jest jednym z nich, a nawet proponowali mu podpisanie "volkslisty". Propozycję Tadeusz odrzucił, tłumacząc że nie jest godny takiego wyróżnienia. W obozie Niemcy nazywali go "Weiss Nebel" co znaczy Biała Mgła, ponieważ przeciwnikom trudno było go trafić, a to dzięki perfekcyjnie opanowanej technice uników i trzymania przeciwnika na dystans213. I faktycznie w obozie był niepokonany, aż do czasu gdy jego przeciwnikiem został mistrz Danii w wadze półśredniej Leu Sanders - pięściarz pochodzenia żydowskiego214. Latem 1942 roku Numer 77 został pokonany. Była to jedyna obozowa walka, którą przegrał215. Rewanż odbył się dwa tygodnie później. "Teddy" wygrał w trzeciej rundzie przez techniczny nokaut216.
Także latem 1942 roku Teddy stoczył walkę z Niemcem znanym z okrucieństwa przejawianego wobec Polaków. Tak po latach ją relacjonował:
"Walczyłem nie z bokserem, ale z zabijaką, więźniem Niemcem, pełniącym funkcję kapo. Nazwiska jego nie pamiętam lecz wiem, że przywieziono go z KL Sachsenhausen a w oświęcimskim obozie miał sławę Polakobójcy. Znał w każdym bądź razie któregoś lekarza SS, więc walkę oglądali też SS-mani lekarze z SS-Revieru. Mój przeciwnik był cięższy ode mnie około 10-15 kg, lecz pomimo tego doskonale sobie z nim radziłem. Wyznam szczerze, że po raz pierwszy i ostatni w życiu nokautowałem swojego przeciwnika z przyjemnością i w pełni świadomości"217.
To właśnie w tej walce Tadeusz zadał najpierw cios nokautujący, a potem, gdy Niemiec leciał już na ziemię, dodatkowy cios "dobijający", czego zwykle nie czynił218. Walkę tę zapamiętał także więzień Andrzej Rablin, nr obozowy 1410:
"Przypominam sobie walkę Pietrzykowskiego, który przed wojną nosił pseudonim "Teddi" i capo rzeźni "Fleischerei". Capo o postawie kulturysty z ogromnie rozwiniętymi mięśniami chyba waga ciężka, a "Teddi" w najlepszym przypadku kogucia: drobny, szybki, zwinny, członek przedwojennej kadry polskiej. Na żadnym innym ringu tego rodzaju walka odbyć się nie mogła, różnica wynosiła chyba cztery wagi, z jednej strony kolos, a z drugiej drobny szczupły chłopak. Kulturysta ten przegrał, chociaż miał pojęcie o boksie. Dysproporcja wagowa nie była jedyną przyczyną, że walka ta nie powinna mieć miejsca. Decydującą sprawą była przewaga umiejętności bokserskich "Teddiego". Nie widziałem, aby na ringu zawodnik w ten sposób masakrował przeciwnika jak to miało miejsce w tej walce. Krew z rozbitego nosa, warg i rozciętych brwi zalewała tułów capo rzeźni i matę ringu, a walka wciąż trwała. To mogło się zdarzyć tylko w Oświęcimiu"219.
Po tym pojedynku dr Entres, lekarz SS zabrał go na blok 28. Tam wypytywał go o przebyte choroby, szczególnie interesował się tym, czy chorował na tyfus plamisty. Gdy dowiedział się, że Tadeusz jest zdrowy i nigdy tyfusu nie przechodził wydał polecenie przyjęcia go na rewir. Po kąpieli i pobraniu krwi sanitariusz przyprowadził go na blok 20-ty do sztuby nr 3 na parterze. W sali tej przebywali wyłącznie chorzy na tyfus. Dzień później sanitariusz SS, w obecności dr Entresa, pod pozorem zastrzyku z witamin zakaził go tyfusem. Parę dni później dostał wysokiej gorączki. Robiono mu później dalsze zastrzyki i podawano doustnie tabletki. Wszystko odbywało się po ścisłą kontrolą dr Entresa, który robił notatki, oraz sanitariuszy SS. Po 14 dniach gorączka spadła. Następnie przenieśli go na salę ozdrowieńców po tyfusie plamistym, która mieściła się na górze tego samego bloku:
"Osobiście nie orientowałem się w tym wszystkim i nie wiedziałem jaki zastrzyk otrzymałem, a sądziłem, że być może wzmacniający. Zarówno ostatnie, jak i poprzednie zwycięstwa dały mi pyszałkowatą pewność siebie: nie bałem się nikogo i niczego. Byłem tak bezczelny, że potrafiłem drwić sobie z SS-manów, a nawet robić im kawały. Dopiero później uprzytomniłem sobie, że poddanie mnie eksperymentowi mogło być pewną formą zemsty"220.
Jego koledzy zatrudnieni w bloku szpitalnym nr 20 opiekowali się nim i nie pozwolili mu umrzeć. Gdy przebywał w szpitalu esesmani zaplanowali selekcję wśród chorych więźniów. W dniu kiedy przeprowadzona miała być selekcja w sztubie, gdzie leżał Tadeusz, zjawił się Tomasz Serafiński. Podszedł do niego i rozkazał mu wstać. "Teddy" próbował, ale nie miał na to sił. Wraz z Tomaszem Serafińskim przybyli dwaj więźniowie Stanisław i Emil Barańscy. Pomogli mu wstać i zaprowadzili do bloku nr 24, w którym spał przed umieszczeniem go w szpitalu. W ten sposób prawdopodobnie uchronili go od śmierci. Następnie pomogli mu dostać przydział do nowej pracy, w SS-revier, czyli szpitalu dla esesmanów. Początkowo pracował jako sprzątacz, z czasem co raz więcej się nauczył i został samodzielnym sanitariuszem. To była jego ostatnia praca w KL Auschwitz. W swoich notatkach zapisał:
"Znów wywinąłem się Kostuchnie!
Noc, w którą zabrali mnie koledzy z 20-tki, na blok, była ostatnią nocą przed wybiórką chorych i rekonwalescentów do gazu. Ukrywali mnie przez cały tydzień na 24 bloku, mając moje przeniesienie z komanda Tierpflegerów na SS-Rewir, na miejsce Gienka Niedojadło, nr 213, który poszedł na funkcję kalifaktora do Komendantury. Mną zaopiekował się i wprowadził w robotę kalifaktora-Pflegera, Staszek Barański, nr 132, mój najserdeczniejszy Przyjaciel, Członek Kom. T.O.W. drugi zastępca Dow.Gr. Tomka Serafińskiego. Człowiek młody - 1921 r. Harcerz, maturzysta, niebywale zdolny, jak i szlachetny, oddał nieocenione zasługi w konspiracji obozowej T.O.W.-Z.Z.K. W takim komandzie, przy takich kolegach (Emil Barański 377, Edek Pyś nr 379, Jasiu Sikorski, Marian Walczyński) człowiek zaczął czuć się spokojny i mocniej uwierzył w swoją gwiazdę. Tym kolegom i im podobnym, dużo ludzi w obozie, zawdzięcza pomoc i ratunek, w wielu w Prost beznadziejnych sytuacjach"221.
Oprócz tego ciągle jeszcze musiał walczyć. Wielu spośród jego przeciwników było Żydami. Dla nich spotkania na ringu były naprawdę walką na śmierć i życie. Podpowiadał więc swoim przeciwnikom by się nie forsowali, markował ciosy i stosował uniki222. Na przełomie 1942/1943 roku "Teddy" walczył z holenderskim Żydem, którego żonę wraz z dziećmi zagazowano w Brzezince. Był bardzo dobrym bokserem. W pojedynek z nim "Teddy" włożył wiele wysiłku, a zakończyła się ona remisem. Później wspominał:
"Zwycięstwo nad nim mnie by nic nie dało, a mojego przeciwnika zgubiło, ponieważ kapo bloku nr 9, "Miki", postawił na niego dużą sumę pieniędzy i na pewno zemściłby się na nim za przegraną. Ponieważ walka nie została rozstrzygnięta, mój przeciwnik zyskał uznanie w oczach kapo "Miki" i został zatrudniony przy noszeniu kotłów z kuchni, co umożliwiało potajemne dożywianie się. Później bokser ten został przewieziony do innego obozu"223.
Wśród jego przeciwników znaleźli się także Niemcy. W trakcie tych pojedynków często dochodziło do omijania panujących w boksie reguł. Walki z udziałem Niemców w większości prowadzono z pobudek sadystycznych. Wiele razy kończyły się one dotkliwym pobiciem przeciwnika lub jego kalectwem. "Teddy" jednak doskonale radził sobie na ringu. Walczył z niemieckimi mistrzami: Wilhelmem Maierem, wicemistrzem Europy z 1927 roku, w wadze średniej, a także podwójnym mistrzem Niemiec (1922, 1923) Harrym Steinem. Z obydwóch pojedynków wyszedł zwycięsko224.
Walki toczone przez Tadeusza Pietrzykowskiego miały też inny wydźwięk. Jego sukcesy miały olbrzymie znaczenie dla innych więźniów. Zwycięstwa dodawały im otuchy. Więźniowie zaczynali wierzyć, że Niemcy nie są niepokonani. Po latach zwrócił na to uwagę więzień Tadeusz Sobolewski:
"Kiedy sam stałem wokół ringu bokserskiego w roku 1942 przed obozową kuchnią i słyszałem okrzyki Polaków-więźniów zagrzewających "Teddy'ego" do walki, zrozumiałem, że tu chodzi o coś więcej. Polak jest w ringu, Polak bije niemieckiego kryminalistę, który wczoraj jeszcze bił i mordował naszych kolegów. Ta atmosfera wokół ringu, ten klimat wśród wychudzonych i zabiedzonych polskich więźniów, to była jakby "transfuzja" wiary, bodziec dodający otuchy, że przecież Jeszcze Polska nie zginęła..."225.
Jego przyjaciele oglądali te spotkania i cieszyli się z sukcesów Tadeusza, jednak z niepokojem oczekiwali dalszego rozwoju wydarzeń. Bali się, że kiedyś skończy się to dla niego źle226. Niemcom w końcu przestało się podobać regularne przegrywanie walk ze zwykłym więźniem. Coś nie pasowało. "Nadludzie" przegrywali walki z "podczłowiekiem" i ze względu na prestiż tych pierwszych trzeba było jak najszybciej to zakończyć. Zaczęło się nim interesować obozowe gestapo i Tadeuszowi groziła egzekucja227. Prawdopodobnie pozbyto by się więźnia o numerze 77, gdyby nie szczęśliwy, jak na tamte okoliczności, przypadek. Do KL Auschwitz przyjechał kierownik obozu koncentracyjnego w Neuengamme, Schutzhaftlagerführer228 Hans Lütkemeyer, aby przygotować nowy transport do tegoż obozu. Hans Lütkemeyer i Tadeusz Pietrzykowski poznali się jednak dużo wcześniej. W 1938 roku "Teddy" brał udział w międzynarodowym turnieju bokserskim odbywającym się w Poznaniu. Wygrał wtedy w swojej kategorii, a arbitrem był właśnie Hans Lütkemeyer. Po zawodach odbył się bankiet, na który zaproszono działaczy, zawodników jak i sędziów. Podczas bankietu siedzieli obok siebie, rozmawiali i nawet wymienili pamiątki229. Lütkemeyer poznał "Teddy'ego" i zaproponował mu wyjazd do Neuengamme. Nie oponował. Chciał być jak najdalej od placówek gestapo, które prowadziły jego sprawę. Na listę transportową wpisano też jego dwóch przyjaciół, którzy uratowali mu życie, Stanisława i Emila Barańskich. Odjazd nastąpił 14 marca 1943 roku, a przed nim Walter Dünning przekazał mu dwie pary bokserskich rękawic230.