Bóle fantomowe - Elizabeth Maziakowska

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (30,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Nie jestem pisarką z dużego wydawnictwa. Jestem autorką z potrzeby serca.

Ta prawdziwa historia powstała po to, by pomagać, a nie po to, by być idealna. Książka została wydana w self-publishingu. Dołożyłam do niej wszelkich starań.

Jeśli odnajdziesz w tych słowach siebie lub kogoś bliskiego, to znaczy, że cel tej książki został spełniony.

Człowiek szukający poczucia bezpieczeństwa, choćby tylko w sferze psychiki, przypomina kogoś, kto odrąbałby sobie nogi po to, by zastąpić je protezami, które nie sprawią mu bólu, ani przysporzą kłopotów.

Henry Milter

Po dwudziestce nie przejmujemy się tym, co świat o nas myśli. Po trzydziestce martwimy się, co świat o nas myśli. Po czterdziestce odkrywamy, że świat nie myślał o nas wcale.

anonim

Opowieść ta została zapisana z konieczności, nie z ambicji ani dla rozrywki, nie dla zysku materialnego. Nosi w sobie więcej zmęczenia niż nadziei i więcej prawdy, niż zwykło się tolerować. Może być przestrogą dla tych, którzy wierzą, że człowiek zawsze ma wybór, oraz dla tych, którzy cudzy ból mierzą własną odpornością. Niech będzie także niepokojem dla wszystkich, którzy sądzą, że milczenie oznacza zgodę.

Czytać ją można na wiele sposobów: cicho, jeśli nauczyłaś się nie zajmować miejsca; głośno, jeśli Twoim zadaniem było tłumaczyć innym świat, lub wcale, jeśli prawda wciąż wydaje się zbyt kosztowna.

Nie jest to opowieść ku poprawie nastroju.

Nie oferuje recept ani pocieszeń.

Elizabeth Maziakowska

W procesie tworzenia, pozostając otwarta, odprężona, skoncentrowana na tym, co robię, czyli będąc uważna, liczy się dla mnie tylko tu i teraz. Otworzył się kanał wyższego wymiaru, z którym się łączę. Stąd przychodzi do mnie inspiracja, wgląd i prowadzenie. Wychodzimy z założenia, że nieskrępowany obieg myśli może tylko pomóc, a nie zaszkodzić w wypracowaniu sensownego stanowiska w dyskutowanych kwestiach. Życie jest łatwiejsze niż nam się wydaje. Wystarczy godzić się z tym, co jest nie do przyjęcia, obywać się bez tego, co niezbędne, i znosić rzeczy nie do zniesienia. Koniec świata, do którego przywykliśmy, opiera się na przekonaniu, że w imię sterowania materią technologiczną ludzkość jest jednością, a tego nie można zignorować. Załóżmy, że wszystko, co wiemy, nie jest nie tylko niewłaściwe, ale też są to bardzo dokładnie dobrane kłamstwa. Załóżmy, że nasze umysły wypełnione są nieprawdą o sobie, o historii, o otaczającym nas świecie, zaszczepioną przez wpływowe siły, aby ukołysać nas do snu...

Na razie najpopularniejszym sposobem przetrwania jest kodeks walki. Pragnienia przyciągają, my zaś jesteśmy uwodzeni. Czy będziemy bratnią duszą, dobrymi przyjaciółmi, czy receptą na katastrofę?

Nie wiedząc często, z jakim obiektem mamy do czynienia, musimy zawsze liczyć się z kursem kolizyjnym, bo na to często wskazują kalkulacje.

Wstęp

Istnieje pewna opowieść, która krąży od lat. Dla jednych jest żartem, dla innych czymś, czego nie da się już "odśmiać". Samolot rozbija się w nieznanej dżungli. Z katastrofy ocalał jeden mężczyzna. Sam, przerażony, zdeterminowany, by przeżyć. Przedziera się przez gęstwinę, szukając wyjścia, aż staje twarzą w twarz z tubylcem. Ten daje mu wybór: śmierć albo bongo-bongo. A przecież każdy chce żyć, prawda? Mężczyzna wybiera bongo-bongo. To oznacza bolesny gwałt. Przeżywa i idzie dalej. Po czasie spotyka dwóch tubylców. Otrzymuje ten sam wybór. Myśli: "z dwójką dam sobie jeszcze radę". Znowu wybiera bongo-bongo. Przeżywa i idzie dalej. Wyjścia jednak nie widać. Wyczerpany, poraniony, psychicznie i fizycznie złamany, trafia na cały tłum tubylców. Ich przywódca powtarza pytanie: "śmierć czy bongo-bongo?". Tym razem mężczyzna ma dość. Doświadczył już zbyt wiele. Patrząc na dziesiątki oczu wlepionych w niego jak w świeże mięso, wybiera śmierć.

Na co przywódca odpowiada:

- No to śmierć przez bongo-bongo?

Śmieszne? Dla niektórych tak. Dla innych tylko niesmaczne. A dla mnie bolesne i prawdziwe, bo ten żart nie jest o dżungli.

Jest o wyborach, jakie rzuca nam los, które zmuszeni jesteśmy podjąć. O decyzjach, które podejmujemy nie dlatego, że chcemy, ale dlatego, że nie widzimy wyjścia. O umyśle, który potrafi być srogim panem i bardzo kiepskim sługą. Ja również dokonałam takiego wyboru. Wybrałam pewien rodzaj śmierci po wieloletnim bongo- bongo. Nie mówię o przemocy fizycznej. Mówię o tej, która nie zostawia siniaków, ale zostawia pustkę. O tej, która powoli, konsekwentnie wyciera człowieka psychicznie na wszystkie strony.

Może ciebie też to dotyczy?

Dla innych było to niemożliwe do uwierzenia. Przez całe życie słyszałam, że jestem zorganizowana, odpowiedzialna, przedsiębiorcza. Słyszałam na okrągło, że dbam o rodzinę, ich bezpieczeństwo, zasoby. Jakbym w jednej osobie była kobietą i mężczyzną. Filarem z oparciem i rozwiązaniem, ale nawet najsilniejszy filar pęka. Nie da się żyć wiecznie w trybie przetrwania. Nie da się ciągle wybierać "mniejszego zła". Nie da się bezkarnie ignorować własnego bólu. Ta książka jest o bólu, którego nikt nie widzi.

O bólu, który bywa kwestionowany.

O bólu fantomowym realnym, choć niewidzialnym.

I o tym, co się dzieje, kiedy w końcu...

przestajesz wybierać bongo-bongo.

II Dom, który przestał być domem

Trauma rzadko zaczyna się od nas. Najczęściej przychodzi wcześniej z historią, której nie przeżyliśmy osobiście, ale która zamieszkała w naszych domach, ciałach i sposobach reagowania na świat. W mojej rodzinie zaczęło się od ucieczki. Od strachu tak intensywnego, że nie było czasu go przeżyć, trzeba było przeżyć siebie. Dziadek ocalał z rzezi wołyńskiej, ale to, co go uratowało fizycznie, psychicznie uczyniło go twardym, bezwzględnym, odciętym. Nie miał języka na ból, więc nauczył się przemocy. Został katem nie dlatego, że nim był z natury, ale dlatego, że inaczej nie potrafił już żyć. Ojciec dorastał przy kimś, kto sam był zniszczony. Jego dzieciństwo nie miało bezpiecznej przestrzeni. Było szkołą strachu, podporządkowania i milczenia. To doświadczenie rozłożyło go psychicznie na długie lata. Alkohol stał się sposobem, by choć na chwilę uciszyć obrazy i napięcie, których nie umiał nazwać. Nie pił z chciwości ani lekkomyślności, pił, żeby nie czuć. Trauma przeszła dalej, nie pytając o zgodę. Zmieniła się tylko forma. Dzieci wychowane w takich domach uczą się jednego bardzo wcześnie: świat nie jest bezpieczny, a miłość bywa warunkowa. Zamiast spontaniczności pojawia się czujność. Zamiast ciekawości gotowość do reagowania. W dorosłym życiu często nieświadomie wracamy do tego, co znamy. Wybieramy ludzi, relacje, miejsca pracy, w których napięcie jest znajome, a lęk ma rozpoznawalny kształt.

Nie dlatego, że tego chcemy, tylko dlatego, że to jedyny krajobraz, w którym nauczyliśmy się oddychać. Z takich domów bardzo często wychodzą "konie pociągowe". Ludzie, którzy biorą na siebie więcej, niż powinni. Filarzy, których zadaniem jest trzymać wszystko w całości: rodzinę, relacje, emocje innych, a często także ich finanse.

Ja też taka byłam. Zorganizowana, odpowiedzialna, zawsze dostępna. Zawsze gotowa, by nieść, ratować, dopinać, dźwigać. Nie dlatego, że byłam silniejsza od innych, ale dlatego, że nie umiałam przestać. Nadodpowiedzialność była moim sposobem na kontrolę chaosu. Jeśli ja trzymam wszystko, nic się nie rozsypie. Jeśli ja się nie zatrzymam, nic złego się nie stanie. Tyle że to złudzenie. A ciało prędzej czy później upomina się o prawdę. Tak też było w moim przypadku.

Rok 2021 przyniósł mi kolejne zmiany - takie, które tym razem mocno zachwiały sensem mojego istnienia. Siostra zaczynała wspólne życie z narzeczonym w nowo wybudowanym domu, a moja mama miała zostać sama w tym wielkim, wiejskim gospodarstwie. Zapadła decyzja o sprzedaży domu i rozpoczęciu życia gdzieś w bloku. Z dala od tej zdziczałej wsi, gdzie oprócz ciszy i wyludnienia nie było już nic. Nawet Czechy przestały być atrakcyjne. Wszystko się pozamykało: basen, knajpy. Nawieziono tam Cyganów, że strach było przejść przez rynek. Wczesną jesienią siostra zamieściła ogłoszenie. Zainteresowanie było spore. Teren ogromny: sad, dom, budynki gospodarcze. Całość, o którą moja mama po śmierci taty dbała jak nikt inny. Kosiła, zimą paliła w piecu, rąbała drewno, uprawiała ogród. Ciągle w ruchu. Zawsze dwudaniowy obiad, zawsze zajęta i perfekcyjna. W czasie pandemii wszystko tam jeszcze bardziej poszarzało. Mama mówiła, że pierwsze sześć lat po śmierci taty było najlepszym okresem w jej życiu. To samo powiedział jej śledczy, że po pół roku od tragedii "odżyje". Wreszcie doświadczy spokoju. Skończyło się nasłuchiwanie niepewnego, zataczającego się kroku na schodach w środku nocy. Koniec tego pieprzonego niepokoju i strachu. Ojciec nie był agresywny po alkoholu, ale nie miał w sobie odpowiedzialności za pracę, był u siebie na gospodarce, to sobie rządził. Moja mama harowała jak osioł. Dlatego chwile, w których mama mogła spokojnie pojechać autobusem do miasta, zadbać o edukację najmłodszej córki i po prostu spokojnie pożyć, były naprawdę jej czasem. Mama była zawsze zadbana, elegancka, pomocna. Jak mówi mój szwagier - kwoka, która chroni swoje pisklęta bez względu na ich wiek. Oczywiście po trzydziestu wspólnie spędzonych latach z ojcem nerwica i ataki lękowe nie odchodzą ot tak, oj nie.

W tamtym czasie i ja wisiałam emocjonalnie na włosku. Po wydaniu pierwszej książki mój rozwód był bardzo blisko. Dziś wiem, że wiele z tych problemów miało swoje źródło w dzieciństwie. Teraz mam na tyle dużą niezależność emocjonalną, że nie boję się samotności. Uważam, że lepiej być samemu niż tkwić w ciągłych negocjacjach, zazdrości i emocjonalnym dziadostwie. Zastanawiałam się wtedy, gdzie sama miałabym się podziać? Jak dojeżdżać do pracy? Mama szykowała mi pokój na wsi, ale ja nie chciałam zmieniać pracy ani życia. To było totalne zagubienie.

Od zawsze byłam jak moja mama - koniem pociągowym. Za dużo wagonów, zwykle załadowanych cudzym ciężarem. Większość była na mojej głowie: dom, finanse, samochód, awarie, pies, choroby, życie. Dlatego wiem jedno, że moje dziecko nauczy się samodzielności. Powtarzam córce często, że ma zrobić prawo jazdy, bo to pewna niezależność. Młody człowiek zakochany po uszy nie myśli, że partner nie ma prawa jazdy. To zwykła wygoda, a tu nie o samą jazdę chodzi, ale i o serwisy, ubezpieczenia, awarie, to jest naprawdę ciężka praca dbać o to, pilnować. Nie uważam się za super kierowcę. Do prawa jazdy zmusiło mnie miejsce, w którym się wychowałam i w którym mieszkam.

Dom został zarezerwowany przez młodą parę. Podpisano umowę przedwstępną, ale co chwilę pojawiały się problemy. Młodzi snuli plany, wizje z organizacją kolonii, remonty, a do mnie wciąż nie docierało, że ten dom naprawdę zniknie z naszego życia. W trakcie sprzedaży wyszło, że wujek ze Stanów Zjednoczonych nadal jest tam zameldowany. Cała procedura spadła na mojego brata. Były nerwy, sądy, awantury. Wujek był początkowo obrażony, bo dla niego "sprzedaż za plecami" to zdrada. Nic tam jednak nie należało do niego. Nie wyobrażam sobie, żeby mama została bez niczego po tym, ile się tam narobiła i doświadczyła. Piekło na ziemi. Jakby tego było mało, nie minęło jeszcze pięć lat od śmierci taty. Dom formalnie można było sprzedać dopiero od stycznia 2022 roku. Inaczej płaciło się wysoki podatek. Mama była strzępkiem nerwów. Umowa przewidywała karę w razie wycofania się obu stron.

W październiku mama wyprowadziła się z domu. Na chwilę zamieszkała u siostry. Wytrzymała tam niecałe dwa tygodnie. Poszło o psa, który miał wyznaczoną swoją strefę ruchu. Zamknęła się w pokoju, nie jadła, nie wychodziła. U koleżanki, u której sprzątała, powiedziała, że jest bezdomna. To stawia dzieci w złym świetle, a bardzo się staraliśmy wszyscy. Wierzę, że życie daje znaki, tylko rozumiemy je dużo później. W moim przypadku takim znakiem są mandaty. Pierwszy otrzymałam w lipcu 2015 roku, a miesiąc później mój ojciec się zabił. Drugi w 2021 roku, wtedy pojawił się największy kryzys małżeński. Trzeci w październiku 2022 roku, w drodze ze szpitala od mamy. Zaraz po tym trzecim w grudniu straciłam pracę, dla której rzuciłam całą dotychczasową karierę. Przypadek? Nie sądzę.

Siostra dzwoniła do mnie codziennie z płaczem. Była wykończona tym, że mama tak się zachowuje. Sama przestała jeść i przez telefon dało się wyczuć tę groteskową, duszną atmosferę. U mnie nie było miejsca na dłuższe zamieszkanie osób trzecich. A u naszej babci? To w ogóle było niedorzeczne, choć tam miejsce było, to mental fanatyka religii jest bardzo niebezpieczny. Mama zawsze czuła się gorsza w porównaniu do swojego brata, który mieszkał w Niemczech. Babcia wypowiadała się o nim zawsze cieplej, z dumą. Oni mogli jeździć na wczasy pięć razy do roku, ale gdy ktoś z nas gdziekolwiek się wybierał, babcia nie omieszkała skomentować: "A gdzie ich licho niesie". Pisałam wcześniej o jej filozofii, która zakłada, że jedno dziecko kocha się bardziej niż drugie. Nie wspomnę już o tym fanatyzmie religijnym. Nie mając innego wyjścia, zabrałam mamę do babci. Do czasu, aż miało się znaleźć mieszkanie. Był grudzień, zbliżały się święta, a za miesiąc miał być przepis, wtedy można było działać.

Podczas pobytu u babci mamie odszedł pies. Wyzionął psiego ducha w listopadzie. Miał czternaście lat, chorował na serce. Mama stwierdziła, że dla niego to też był stres i dlatego odszedł. Bardzo to przeżyła. Po tym wydarzeniu mama podupadła na zdrowiu. Byłyśmy z mamą blisko siebie, ona na osiedlu u babci, ja niżej, w dole miasteczka. Odwiedzała mnie niemal codziennie. Paliła w piecu, siedziała i czekała, aż wrócę z pracy. Byleby nie siedzieć z dogryzającą jej babcią. Pracowała nawet chwilę jako ogrodnik, razem z koleżanką. Później okazało się, że mój kolega z pracy sprzedaje mieszkanie. Fakt, mamę bardziej interesowały Głubczyce niż Baborów, ale tak bardzo chciała odejść od babci, że jak sama powiedziała, mogłaby zamieszkać nawet w stodole. Zaczęłam działać. Obejrzała mieszkanie kolegi, dogadali się, że w styczniu je kupi i zrobi się przepis. Pamiętam, jak dziękowała mi na whatsAppie, pisząc, że będzie mi wdzięczna do końca życia. Mieszkanie było na trzecim piętrze, ale przestronne, ładne. Do tego działka z altanką. Droga dojazdowa była do remontu, ale wtedy nikt nie przypuszczał, że działalność jednego przedsiębiorstwa rozrośnie się tak bardzo, że nie będzie tam przejazdu, a przez kolej nie da się przejść, dziś z drogi nie zostało nic. Ciężki transport zrobił spustoszenie. Remont drogi obiecywany był od lat, ale do dziś nic tam się nie dzieje w tym kierunku dobrego.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i powoduje naruszenie praw autorskich. Wykonanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Autorka dołożyła wszelkich starań, by zawarte w tej książce informacje były kompletne i rzetelne. Nie bierze jednak odpowiedzialności ani za ich wykorzystanie, ani za związane z tym ewentualne naruszenie praw patentowych lub autorskich. Autorka nie ponosi również żadnej odpowiedzialności za ewentualne szkody wynikłe z wykorzystania informacji zawartych w książce.

Projektant okładki Sztuczna inteligencja

Korekta i redakcja Maria Zagnińska

? Elizabeth Maziakowska, 2026

? Sztuczna inteligencja, projekt okładki, 2026

Bóle fantomowe to poruszająca opowieść o bólu, którego nie widać, a który potrafi kształtować całe życie. Autorka z niezwykłą szczerością i odwagą prowadzi czytelnika przez własne doświadczenia, nie uciekając od tematów trudnych, bolesnych i niewygodnych. Bez upiększeń, bez pozy - za to z głęboką świadomością i prawdą.

To jednak coś więcej niż historia osobista. To opowieść o drodze przez ciemność ku światłu. O chwili, która wydaje się końcem, a staje się początkiem przemiany.

Książka przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich (18+).

ISBN 978-83-8440-638-0

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero