ROZDZIAŁ IV
"Cholera, znów się kłócą!"
Nata przeciąga się leniwie i ze złością nasuwa kołdrę na głowę. Bobuś z
panną Florcią wyszli na spacer, można by było jeszcze trochę pospać, a tu
masz!
Zza ściany dochodzą histeryczne krzyki sublokatorów.
"Trzeba było oddać ten pokój" - rozmyśla Nata, odpierając zarzuty, które
sobie sama stawia. Tysiące uchodźców ze wszystkich miast i miasteczek, nie
można mieć całego mieszkania dla siebie. Zresztą z kwaterunkowego urzędu
nie daliby spokoju. Ale z tymi był wpadunek! Jak to ludziom nie można
wierzyć. Opowiadali o nich, że z takiej nadzwyczajnej rodziny, milionerzy,
kulturalni, w ogóle cuda. Łódzka arystokracja. A tu masz!
Nata odchyla puchową kołdrę, bo robi jej się duszno, a o spaniu już i tak
nie ma mowy. W sąsiednim pokoju, po burzliwej scenie, nastąpiła głucha
cisza, od czasu do czasu tylko dobiega jęk czy tłumiony płacz.
"Dobrze, że jeszcze człowiek siedzi na własnych śmieciach!"
Nata puka trzy razy w nocny stolik i jeszcze, na wszelki wypadek,
symbolicznie spluwa za siebie. Od uroku, żeby takie myśli nie sprowadziły
nic złego.
Majstrowanie kluczem przy drzwiach wejściowych. To pewno Piotr. Nata prędko
przygładza rozwichrzone włosy i w pełnej wdzięku pozie układa się na
poduszce.
- Jeszcze w łóżku? Czy wiesz, która godzina?
Jak mu do twarzy w tym jasnym płaszczu! Kto by powiedział, że to Żyd! Piotr
nie musi siedzieć całymi dniami w domu jak inni z obawy, że go złapią na
roboty. Piotr siada na krawędzi łóżka i głaszcze bufiaste rękawy jej
żorżetowej, niebieskiej koszuli.
- Pocałuj mnie! - prosi Nata przymilnie.
Piotr całuje ją, ale niezupełnie tak, jakby Nata chciała, nie tak jak
dawniej. Zajęty jest teraz stale, zakłopotany. Wydaje się, jakby żył w
ciągłym napięciu. Co prawda wszystko uległo zupełnej zmianie, wszystkie ich
plany poszły na marne, ale ostatecznie nie są sami w tym nieszczęściu.
Każdego dotknęło mniej czy więcej. Wojna nie potrwa wieki, skończy się,
znów wróci Piotr do sądów, do togi, do normalnych zajęć. Będzie nawet może
lepiej, bo po każdej wojnie następuje okres prosperity i łatwiej się wybić.
Ile razy Nata tłumaczy to Piotrowi, który śmieje się z niej i nie przestaje
się nadal zagryzać.
- Znów był dzisiaj u ciebie ten, wiesz, jak on się nazywa... z wojska... -
zawiadamia Nata niechętnie.
- Aha, Brzeziński!
Oczy Piotra rozpalają się niebezpiecznym blaskiem, który matowieje pod
wpływem uważnego spojrzenia Naty.
- Brzeziński - powtarza Piotr w zadumie i przesuwa ręką po czole. -
Porządny chłop. Cały czas byliśmy razem w wojsku, od chwili, kiedy
zgłosiłem się do swego pułku w Słonimiu. Przeżywaliśmy razem ten krótki,
ale jakże intensywny okres wojny. Nasz pułk walczył do ostatniej chwili...
Wtedy pod Kockiem, ostatnie próby oporu, Niemcy mówili: bandy rozbójnicze!
Wiedzieliśmy, że to już koniec. Nie chciałem iść do niewoli i razem z
Brzezińskim uciekliśmy.
Piotr lubi wspominać te chwile, wojnę, ucieczkę, spotkania z Niemcami,
zakopanie broni, toteż Nata, wbrew swemu zwyczajowi, nie przerywa mu,
chociaż nie znosi tych Piotra przeżyć, w których nie brała udziału. Poza
tym Piotr jest wtedy tak daleki od niej, że ją to złości. Teraz Brzeziński
chce, żeby razem pojechali samolotem do Francji, do wojska. Nata nie
dopuści do tego, dosyć już miała oblężenia Warszawy sama z dzieckiem.
- Żeś ty wtedy wyszedł z Warszawy bez pożegnania, nigdy ci tego nie
wybaczę! - wpada Nata w tok Piotrowego opowiadania, wyskakując ze
stwierdzeniem tego faktu pozornie bez związku, ale za to po raz nie wiadomo
który.
Oboje mają teraz przed oczyma noc z 6 na 7 września. W nowym mieszkaniu na
Lesznie wszystko lśni, tak ładnie. Na kremowej tapecie śmieje się portret
Naty w białej krynolinie z rokokowymi wianuszkami. W stołowym pokoju pełno
ludzi, krzyki, nerwy. Wyjść z Warszawy czy nie wyjść? Podobno nadawali
przez radio, żeby mężczyźni wyszli w kierunku za wojskiem. Jedni słyszeli,
inni nie. Rady takie, siakie. Jak można wszystko zostawić, wyjść w jednym
ubraniu? Na niepewne... W nieznane... Zaczynać od nowa, Bóg wie gdzie... Co z
kobietami? Z Warszawą?
W nocy krzyki na podwórzu: "Do barykad! Do kopania rowów! Wszyscy mężczyźni
na dół!"
Wojna trwa dopiero sześć dni i w Warszawie - barykady?
"Zaraz wrócę" - mówi Piotr i schodzi.
A nazajutrz rano Nata dowiedziała się, że Piotr wyjechał z Mirkiem autem
Neustatów. "Nie pożegnał się ze mną, nawet się nie pożegnał!" - zawodzi
Nata, jakby to było najważniejsze. Panna Florcia dolewa oliwy do ognia,
wychwalając Piotra pod niebiosa, ale już w czasie przeszłym.
"Czy pani wie, jakiego pani miała męża? Taktyczny był przecież i kulturalny
jak mało kto!"
Nata zanosi się płaczem, bo przypomina sobie, że w teczce, którą Piotr
zabrał ze sobą, była tylko jedna skarpetka.
Po przetrawieniu wiadomości o wyjeździe Piotra przestaje płakać i wychodzi
na ulice Warszawy wyglądające w tej chwili tak, jakby całą ludność ogarnął
szał wycieczkowy. Może to już koniec wojny? Tysiące ludzi z walizami, z
plecakami i torbami płynie nieprzerwanym strumieniem zapchanymi ulicami.
Pieszo, na wozach, w autach, na rowerach.
Dokąd oni wszyscy idą? Po co? Kto zostanie?
Z daleka słychać strzały, eksplozje bomb, ale nikt się nie zatrzymuje.
Wycieczkowicze w nieznane gnają bez zastanowienia. Oczy mają puste, twarze
pełne natężenia.
- Ooo, co to była za makabryczna wędrówka! - przypomina sobie Piotr.
Obok opowiadania Piotra Nata snuje nadal swoje wspomnienia. Warszawa będzie
się bronić. Pełno wojska, ustawiają kuchnie polowe, kwaterują żołnierzy po
domach, armaty na dachach, żołnierze z dziewczynkami. Barykady z tramwajów,
łóżek, stołów, szaf. Ludzie kręcą się z ulicy na ulicę, z domu do domu, z
piętra na piętro. Z łachami oczywiście i z betami. Bo uważają, że w tym
miejscu jest źle, a tam będzie lepiej, "tam" zaś jest zawsze "gdzie
indziej", nie tu, gdzie się jest w danej chwili. Powstają teorie o
bezpieczeństwie, każdy stara się logicznie wytłumaczyć nielogiczne
uciekanie od losu, uzasadnić lęk przed śmiercią, jakby to wymagało
uzasadnienia.
"Dlaczego ludzie tak się boją śmierci?" - myśli z pewną pogardą Nata i
przenosi się z rodzicami do opuszczonego przez sąsiadów mieszkania, co
prawda w tym samym domu, ale na parterze i nieszczytowego.
Oblężenie Warszawy... Brr...
- Ale do schronu nie schodziłam! - chwali się Nata przed Piotrem.
- I nawet, jak mi opowiadali, spałaś smacznie przy akompaniamencie
bombardowania i strzałów armatnich - dodaje Piotr, patrząc z czułością na
Naty zawadiacką, zupełnie jeszcze dziewczęcą urodę. - Podobno prócz wrzasku
Bobusia nic cię nie wzruszało, rozbierałaś się na noc i myłaś co rano,
jakby nie było żadnej wojny!
- Aha, prawda! Mama zawsze narzekała, że zużywam za dużo wody, bo po wodę
trzeba było chodzić aż do Wisły - uzupełnia Nata. - Nie mogę zresztą
powiedzieć, że się zupełnie nie bałam. Szczególniej w ten straszny wtorek,
kiedy nad Warszawą krążyło może milion samolotów. Kuzynka Dora dostała
ataku histerii. "Niech oni już przyjdą! Niech oni przyjdą!" - krzyczała
dzikim głosem. Czułam się wtedy całkiem nie po bohatersku i żebym się nie
wstydziła, to też bym tak ryczała jak ona.
- Biedactwo - szepce Piotr, który nie może się nażałować Naty. - Kiedy po
drodze słyszeliśmy przez radio: "Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy...",
serca nam zamierały na myśl o was. Człowiek wkręcony w jedną piekielną
maszynę nie może pomóc drugiemu, ginącemu w skrętach drugiej. Nie wiem, czy
przeżywanie takich spraw z daleka nie jest gorsze. Mękę potęguje wyobraźnia
i poczucie własnej bezradności.
- Pewno dlatego wstąpiłeś do wojska jako ochotnik, żeś tak bardzo tęsknił i
nas żałował! - wymawia Nata, która w gruncie rzeczy jest bardzo dumna z
tego czynu Piotra i teraz, kiedy niebezpieczeństwo minęło, wcale nie
chciałaby, żeby postąpił inaczej.
- Chciałem i musiałem - ucina Piotr krótko i patrzy na zegarek.
- Miałaś przecież iść dzisiaj do Poldków. Wstyd, żeś jeszcze nie była u
niego do tej pory. Leży przybity i półżywy po tym strasznym wypadku.
Piotr gasi bezmyślnie papierosa w kryształowej popielniczce i wychodzi. A
Nata wraca myślami do czasów po poddaniu Warszawy, do pewnych przeżyć, z
których się nawet Piotrowi nie zwierzyła, których sama nie może dobrze
pojąć.
Kiedy rozeszły się pogłoski o kapitulacji, a po bezustannym bombardowaniu
nastąpił niepokojący, tajemniczy spokój (...moja pani, co to może być?
Podobno Rosjanie! Rosjanie? Nareszcie... Z kwiatami... Na Moście...!), Nata jedna
z pierwszych wybiegła na ulicę, żeby się czegoś dowiedzieć, żeby niczego
nie przepuścić. Towarzyszył jej młody inżynier, który uciekł z Łodzi, aby
"wpaść" w oblężoną Warszawę. Znała go zaledwie kilka dni. Z trudem
przedostawali się przez barykady, kupy kamieni, skakali przez wyrwy i doły,
przemykali ostrożnie między zwojami drutów, brodzili w pokładach szmat,
papierów i gratów. Domy przecięte na połowę, jakby magicznym nożem, z
ocaloną wanną na piątym piętrze, z nietkniętymi malowidłami pokojów, czasem
z wykrzywionym komicznie sielsko-anielskim obrazkiem. Dogorywające wśród
gruzów płomienie, zdechłe konie z wyciętymi krwawymi zadami (...głód, wielki
głód...), trupy ludzi, psów, kotów.
Nata jest na wszystko przygotowana. Żywe kino, ach, och, straszne, ale brak
zdziwienia. Tak jest, tak musiało być, jako następstwo pewnych
nieuniknionych wypadków. Wiedziało się przecież z kina, z książek, jaka
powinna być wojna. Nata rozpłakała się tylko na widok grupki żołnierzy
wracających z obrony... Żeby tak Niemców już widzieć! Szli żołnierze,
kilkudziesięciu, osmaleni, brudni, w pledach, w łachmanach. Temu krew
zalała koszulę, tamten kuleje, inny podtrzymuje kikut ręki owinięty w
szmaty. Bez broni. Na nikogo nie patrzą. Klęska. Na marne. Wstyd
przegranej. Piotrze, gdzie jesteś?
Kobieta sprzedaje nieapetyczne śledzie rozłożone na brudnym papierze. Jeść!
Właśnie śledzie... Nata kupuje wszystkie.
Inżynier wziął ją pod rękę. Przegadali całą drogę, wcale nie było tak
smutno i tragicznie, jakby należało. Nata czuła w sobie jakąś opętaną falę
życia, gorącą żądzę istnienia każącą jej po tym wszystkim i wśród tego
wszystkiego uśmiechać się do prawie nieznajomego inżyniera, który jej
przecież zupełnie nie obchodził. I to jeszcze wtedy, gdy los Piotra nie
przestawał jej gnębić. Tego wieczoru Nata płakała do nieprzytomności nad
brakiem wiadomości od Piotra, chociaż przez chwilę nie wątpiła, że Piotr
wróci, wszystko będzie dobrze. Nata uważa, że te łzy nie przekreślają
tamtych nieludzkich uczuć, których do dziś nie rozumie.
O nieprzyjemnych sprawach Nata nie lubi długo rozmyślać. Zrzuca więc z
siebie krępujące myśli jak ciasne pantofle. "Trzeba się jednak ubrać i iść
do Poldka i do Niusi!" - postanawia, wyskakując z łóżka.
ROZDZIAŁ III
Dyplomacja Naty wydała owoce. Goldberg, który był wrażliwy na
"coktopowiedział", nie mógł się oprzeć zjednoczonemu atakowi ze strony
ciotek, wujków i znajomych, których Nacie udało się zmobilizować. Goldberg
także córkę bardzo kochał i był z niej dumny, toteż na kilka tygodni przed
urodzeniem Bobusia, w same Święta Wielkanocne roku 1939, zakończył
transakcje z jednym z lokatorów w swoim domu na Lesznie. Nata osiągnęła
swój cel: dostała czteropokojowe mieszkanie we własnym domu!
Cóż znaczyło uwodzicielskie, tyle mówiące przemówienie Hitlera wygłoszone w
sederowy wieczór przy akompaniamencie wyjących z zachwytu Niemiec? Czymże
był tragiczny upadek Guerniki czy Barcelony wobec tego wspaniałego
osiągnięcia Naty?
Nata głaskałaby z radości mury pięciopiętrowej kamienicy o kształcie
przewróconej litery U, całowałaby kamienne, pyzate aniołki podające sobie
tłustymi rączkami kiście winogron wielkości futbolowej piłki. Jaki to
piękny i potężny dom! Wąskie podwórko dzieli od ulicy kunsztowna żelazna
krata, dumnie łyskają szerokie weneckie okna. A czy może być bardziej
wymarzony "punkt" dla młodej pary adwokatów? Akurat naprzeciwko nowych
sądów.
- Ale wam się upiekło! - zazdroszczą znajomi, a każda z ciotek po kolei
sobie przypisuje zasługę happy endu.
- Widzisz, Nata, z ciotkami warto dobrze żyć!
Wreszcie, jako bezpośrednia przyczyna tych wszystkich starań i zabiegów,
zjawia się Bobuś.
- To dziecko urodziło się w czepku - stwierdzają goście w klinice,
omawiając dokładnie sprawy porodu, mieszkania, wychowawczyni i tym podobne
aktualności. W głębi duszy Nata uważa nawet, że za dużo uwagi poświęca się
dziecku, a za mało jej bohaterskiemu wyczynowi.
Uroczystość obrzezania odbywa się w klinice. Kosze z kwiatami, wiązanki,
tyle kwiatów, że trzeba wystawić na korytarz. Nata zbiera wizytówki i
wstążki ,,na pamiątkę" i czuje się coraz lepiej w ważnej roli młodej matki.
Półleżąc na wysokiej poduszce, Nata przegląda się w lusterku, czy jej do
twarzy w błękitnej, cr?pe-satinowej koszuli, z
subtelnym wyrazem anielskiego macierzyństwa.
Poza tym udaje bardzo zdenerwowaną, że dziecku robi się krzywdę.
Ojciec promienieje.
- Mazeł tow[6].
- Wszystkiego dobrego.
- Ale udał się panu pierwszy wnuk!
Sam obrzęd i przyjęcie odbywają się na sali. Do pokoju Naty wpadają tylko
od czasu do czasu podochoceni goście, aby powinszować, powiedzieć kilka
miłych słów, dokończyć w spokoju jakąś dyskusję czy trącić się z Natą
kieliszkiem.
- Za twoje zdrowie, Nata!
- I za zdrowie dziecka!
- Żeby miało bogatych rodziców!
- I żeby nie musiało iść na wojnę! - aktualizuje toast syn ciotki Chany.
- A czego się znowuż tak bać tej wojny? Mało zarobiło się na zeszłej? Czy
przy takim zastoju jak dzisiaj można do czegoś dojść? - Stryj Feliks
zaciera pulchne ręce, a jego małe oczki są pełne rozmarzenia: wojna...
interesy... dostawy... pieniądze. Cóż znaczy posiadanie czterech domów, kiedy
można mieć osiem, dziesięć, całą ulicę domów.
Nie można co prawda stwierdzić, komu ciocia Justyna Neustatowa przyznaje
słuszność, ale w każdym razie potakuje energicznie głową, doświadczonymi
palcami badając przy tym gatunek różnych części dziecinnej garderoby
znoszonej tuzinami przez gości. Ciocia Justyna ma brylantowe butony w
uszach i brylantowe "pająki" na piersiach. Umie robić pieniądze i umie je
utrzymać. Ale gest ma także: to od niej dostała Nata luksusowe białe
łóżeczko, które czeka w domu na Bobusia.
- Może przejdziemy na salę, zdaje się, że "operator" już przyszedł.
Mama zwraca w ten sposób taktownie uwagę, że w pokoju jest za dużo ludzi,
co może Nacie zaszkodzić. Certując się przy drzwiach, kto ma pierwszy
wyjść, starsi opuszczają pokój.
- No powiedz sama, co trzeba zrobić z takimi ludźmi jak nasz kochany stryj
Feliks!
- Posłałbym go na siekankę do Barcelony czy do Madrytu! - wygraża Adaś,
który niedawno wrócił z Hiszpanii.
- Proszę was, nie mówcie o polityce. Widziałam w kinie zbombardowany Madryt
i to było takie smutne! Wprost straszne! - Omdlewającym głosem wtrąca się
Nata do dyskusji, popijając herbatę z mlekiem.
- Jak tu nie mówić o polityce, kiedy ta polityka osacza nas ze wszystkich
stron. Grzęźniemy w niej jak w błocie. Barcelona, Monachium, Biała Księga[7]... Pokój, pokój, pokój! Czy naprawdę pokój jest wart
takiej ceny, jaką za niego płacimy! - filozofuje Korn, oglądając bezwiednie
swoje zgrubiałe palce z krótko ściętymi paznokciami, spod których nie dają
się usunąć czarne obwódki.
- Widzę z przykrością, że nikt się nie orientuje wśród was. Dla nas, Żydów,
najlepszy jest taki stan rzeczy jak dzisiaj. Naprężenie. Niepewność. - W
tym miejscu syn ciotki Chany wyjmuje notes i ołówek, żeby zapisać swoją
uwagę.
- Słyszałam, że jedziesz w sierpniu na wystawę do Chicago. Jakże ci
zazdroszczę! - wzdycha Niusia, wpinając sobie krwawą różę do kruczych
loków.
Mama wnosi do pokoju rozwrzeszczanego dzieciaka w długiej poduszce. Świeżo
zaangażowana wychowawczyni, panna Florcia Kazimierczak, w niepokalanie
białych sztywnościach i ze złotym krzyżem na piersi wyprasza wszystkich z
pokoju grzecznie, ale stanowczo.
- Dziecko po takim fatalnym przeżyciu musi być niezwłocznie nakarmione! -
mówi wytwornie i z godnością, jak przystoi wykwalifikowanej wychowawczyni
niemowląt, której żydowskie obyczaje nie są obce.
Tego lata Nata nie pojechała jak zwykle do Orłowa czy do Krynicy, ale ze
względu na dziecko oraz na stałe pogłoski o wojnie z ciężkim sercem
zgodziła się na podmiejskie Chylice.
Obowiązki Naty wobec Bobusia sprowadzały się tylko do karmienia go w porach
wyznaczonych przez pannę Florcię Kazimierczak. Panna Florcia zaś nie dawała
sobie w kaszę dmuchać. Nata musiała specjalnie biegać do sąsiedniej wsi,
żeby dostarczyć jej odpowiedniej szynki. Nie daj Boże, żeby szynka była
tłusta! Panna Florcia rzucała wtedy pogardliwe spojrzenie i na Natę, i na
szynkę, po czym oświadczała służącej Józefowej, że jej się "w takim
środowisku nie podoba" i że będzie musiała wrócić do pani doktorowej
Pomeranc, która tylko dlatego nie ma trzeciego dziecka, bo ona, panna
Florcia, jest zajęta.
Nata boi się panicznie zostać sama z dzieckiem, wobec czego z niezwykłą u
niej cierpliwością znosi wszystkie kaprysy i humorki panny Florci. Wylewa
swoje żale tylko przed Piotrem.
- Wiesz, panna Florcia to, panna Florcia owo...
Piotr śmieje się i żartuje z panny Florci, która te jego żarty, ku
wielkiemu zdziwieniu Naty, jakoś łaskawie znosi.
- Bo ten nasz pan mecenas jest bardzo miły i nad program inteligentny -
zwierza się Florcia Józefowej ze swojej słabostki do Piotra.
Lato było najnormalniejsze na świecie. Banalne lato w podmiejskiej willi, z
leżakami, gośćmi, kwiatkami, ptaszkami, słońcem. Jak każdy inny solidny
żonkoś, Piotr przyjeżdżał na dzień lub dwa w tygodniu, przywoził mnóstwo
dobrych rzeczy i robił zdjęcia.
Wszystko było zgodne z rutyną, nic nie odbiegało od normalnej przeciętnej
zwyczajnego życia dziesiątków tysięcy ludzi tego samego pokroju. W soboty i
w niedziele było rojno i gwarno. Mama i Ojciec, Mirek i Stasiek, ciotki z
potomstwem, przyjaciele, kumy.
- Co za piękne uszy ma to dziecko! - Ciotka Justyna.
- Jaki inteligentny wyraz twarzy! Przecież to przyszły profesor! - Ciocia
Rena.
- Jak tu pięknie pachnie! Jak się nazywają te kwiaty?
Józefowa staje na głowie, żeby gęś była odpowiednio soczysta, a pierożki
dosyć kruche. Panna Florcia prowadzi dyskusje na tematy niemowlęce.
W tygodniu jest raczej cicho. Szczęśliwie Nata nigdy nie nudzi się. Wokoło
jest zielono, złociście, szumiąco i wrzaskliwie. Niezmęczone turlikają
monotonnie ptaki, letniczki kłócą się o balijkę, dzieci przewrzaskują się
wzajemnie. Przyjemnie.
Kopalnią zabawy stają się dla Naty obowiązki gospodarskie. Wstyd
powiedzieć, ale Nata dotychczas nie prowadziła jeszcze gospodarstwa.
Wszystko Mama. A tu naraz gospodyni: dziecko, dwoje służby, goście. Nata
uważa, że łatwiej jej napisać artykuł o tym, jak prowadzić gospodarstwo czy
jak wychowywać dziecko, niż wydać opinię w sprawie trzepoczącego kurczaka
lub przewinąć zafajdanego bachora. Nata jest dumna z takiego stanu rzeczy.
W tej "intelektualnej" niegospodarności dopatruje się pewnej pikanterii.
Kokietuje nią.
Tym niemniej poranne wyjście na zakupy do mieniących się truskawkowo czy
pomidorowo wozów ze sterczącymi pikami rabarbaru, pióropuszami kopru,
zielonymi kryzami gąbczastych kalafiorów jest interesujące i nadaje
kobiecie godność i powagę. Można się także doszukać w tym wartości
poetyckich. Nata robi więc zakupy.
Trzeba przepchać się między zajadłymi kumoszkami, dla których zakupy to
celebracja, potargować się, udawać, że się człowiek na wszystkim zna, w
ważniejszych wypadkach zwołać konsylium w osobach Florci i Józefowej, które
z napięciem i zrozumieniem dmuchają w kurze piórka, zaglądają w rybie
pyszczki, wielokrotnie przeważają w rękach wyrywające się stworzenia.
A potem konferencja z Józefową, przy czym panna Florcia jest stale w
opozycji. Jak Nata chce ozorek, to panna Florcia ma ochotę na krwawy
befsztyk, jak Nata dysponuje chłodnik wiśniowy, to panna Florcia krzywi się
i zaznacza niedwuznacznie, że "w takim domu..." itd. Przeważnie Nata poddaje
się i dla zachowania honoru pani domu każe gotować podwójne dania. Bo
jednak dla dziecka jest panna Florcia nieoceniona.
W sierpniu rozpoczęły się Naty cierpienia. Całymi nocami kręciła się po
łóżku oblana gorącym potem ze strachu. Bo właśnie myszy przeniosły się z
pól do mieszkań, a Nata bała się panicznie myszy. To naprawdę było
straszne! Jeszcze przy Piotrze pół biedy: można go było pomęczyć, wykazać
pełnię poświęcenia macierzyńskiego (Popatrz! Bezsenne noce, "takie myszy",
wszystko dla dziecka, ty byś... itd.). Kiedy jednak Piotr wyjeżdżał, było
zupełnie źle. Panna Florcia była nieczuła na nocne koszmary i chrapała
bezlitośnie, co jeszcze bardziej podniecało niemogącą spać Natę.
Lato przechodziło w jesień, wcześniej zapadał zmierzch, długie wieczory
spędzało się przy lampie z żółtym kloszem, koło którego krążyły
bezszelestnie roje szarawych ciem i innych owadów.
Mężczyźni przyjeżdżali obładowani gazetami, po kartach mówiło się o
polityce. Zajęta przygotowaniami do egzaminu adwokackiego Nata nie brała
żadnego udziału w tych dyskusjach. Nie widziała związku między polityką a
swoim życiem, nie wyobrażała sobie, żeby ta polityka mogła dojść do niej
osobiście. Bo rzeczywiście, czy to, że Polska nie zgadza się na
przepuszczenie przez swoje terytorium wojsk rosyjskich, może mieć jakiś
wpływ na samopoczucie Bobusia lub humory panny Florci?
Toteż było to takie niespodziewane, takie krzycząco dziwne i nie do wiary,
kiedy pewnego dnia na wszystkich murach i słupach ukazały się plakaty o
mobilizacji. Grupki ludzi przed płachtami plakatów, osłupiałe miny, kobiety
płaczą. Mobilizacja? Wojna? Niemożliwe! Naprawdę? Wojna więc to nie tylko
film z Johnem Gilbertem czy sztuka w teatrze?
Przezroczystym dniem sierpniowym Nata idzie ścieżką do domu i płacze. Piotr
pewno musi także iść do wojska. Akuratnie teraz. Skaczą w słońcu czarne
litery na czerwonym afiszu, zachodzą tęczową mgłą.
Wieczorem przyjechał Piotr i okazało się, że na razie nie musi się zgłosić.
Może tymczasem wszystko rozejdzie się po kościach. Wojna znów odsunęła się
od Naty, która nazajutrz, prawie spokojna, ogląda żołnierzy opuszczających
Chylice.
Pierwszego września gazety pękają od tłustych, czarnych liter: jednak
wojna. Przyjmujesz to za pewnik i nie zastanawiasz się więcej. Myślisz
tylko: Remarque, Barbusse, pacyfiści, tyle się mówiło o pokoju, a tu
właśnie wojna.
Zakręcony w codzienności nie spostrzegłeś, że płaszczyzna pokoju jest
pochyla i że staczasz się niespostrzeżenie, ale bezustannie do wojny. Że
ktoś (może coś?) odebrał ci prawo do normalnego życia, do siania, orania,
budowania, przeżywania drobnych ludzkich radości i smutków (za co?
dlaczego?). Wojna. Jest, więc musi być. Ktoś za ciebie postanowił, ktoś za
ciebie wybrał, trudno, niech będzie. Idziesz linią tłumów, bo nie umiesz
inaczej, bo tak jest najłatwiej. Honor. Święta sprawa. Ideały. (Co? Jak?
Nafta?). Kapiące tłuszczem wielkie litery. Po prostu wojna. Niby wszystko
jeszcze tak samo, ale czujesz, że wchodzisz w okres niespodzianek, że
musisz być przygotowany na różności.
Panna Florcia patriotycznie zrezygnowała z szynki na śniadanie,
entuzjazmuje się przemówieniami radiowymi i wielkimi literami nagłówków w
gazetach. W dowód zadowolenia, że Francja i Anglia przystąpiły do wojny,
podrzuciła Bobusia kilkakrotnie do góry, co Nata uważała za reakcję raczej
przesadną.
Mimo coraz większych trudności transportu Piotr przyjeżdża teraz co
wieczór. Opowiada, że w Warszawie kopią rowy, ogromne wzruszenie i
zamieszanie. Maszerują kolumny żołnierzy, śpiew, owacje, ruch na ulicach.
Zaciemnienie. Alarmy lotnicze. Były już nawet dwa silne naloty. Świecą siwe
oczy Piotra za wygiętymi rzęsami, błyszczą białe, wilcze zęby w opalonej
twarzy.
- Ty byś zaraz poleciał na tę wojenkę! - gdera Nata.
A Piotr kłóci się z sąsiadem, panem Goldem, który jest wybitnie
pesymistycznie nastrojony. Hitler, potęga, zgniotą. Piotr jest oburzony
taką oceną sytuacji.
Nad ranem słychać strzały i huki od strony Warszawy.
- To pewno ćwiczenia - mruczy Nata przez sen i przewraca się na drugi bok,
żeby się wyspać po nocnych przygodach z myszami.
- Tak, tak, wszyscy jednakowi, wojna nie przebiera! - filozofuje Józefowa,
krając zgrabnie długi makaron do rosołu.
"Wojna to dla ludu realizacja kina i teatru" - wyciąga społeczne wnioski
Nata i postanawia wracać do Warszawy, bo ma już dosyć nastroju wsi, a
przede wszystkim myszy tak jej dojadły, że nie może tego dłużej znieść.
5 września późnym wieczorem zajeżdża Piotr taksówką. Czego ten Piotr nie
potrafi!
Panna Florcia zabawia szofera, Nata narzeka, że nie można zabrać wszystkich
rzeczy. Piotr pakuje w milczeniu. Wreszcie gotowi. Panna Florcia podaje
Nacie dziecko w długiej poduszce z kokardami. Jest wzruszona, dla niej nie
ma miejsca w taksówce, pojedzie nazajutrz pociągiem. Ciemno, rechocą żaby.
Ostatnie polecenia Florci zamierają w warkocie motoru.
Po drodze alarm lotniczy. Powłóczystym dźwiękiem przewala się syrena.
Księżyc i ognik papierosa (Hej, zgasić tam! Psiakrew!). Szumi, szeleści,
potrzaskuje wiejska noc. Wojna jest nastrojowa. Gwizdy, dzwony, wreszcie,
nie wiadomo dlaczego, pierwsze wozy uznają, że koniec alarmu i wszystko
rusza. Szosa żyje. Rozgadane, rozśpiewane migocą światełkami ciężarówki z
wojskiem, zalewają drogę wozy z sianem, kolebiąc ogromnymi bokami jak
przedpotopowe zwierzęta.
Co raz ktoś zatrzymuje taksówkę, świeci latarką i sprawdza:
- Kto jedzie?
- Może weźmiecie tego żołnierza?
- Dokumenty!
Piotr pokazuje swoją legitymację oficerską, latarki oglądają papiery.
Taksówka jedzie w ciemnościach jak pijana. Zakręty, tyle zakrętów! Wreszcie
miasto! Także ciemne, widmowe. Ślizgają się tramwaje z niebieskimi
lampkami. Na ulicach tłumy ludzi.
Żelazne sztachety, ciężki znajomy kontur. W domu dobrze i bezpiecznie.
- Nata!
Radość, krzyki, z jaką przyjemnością ogląda się ciężkie, stare meble,
kolekcje talerzy na ścianach, głębokie, skórzane fotele z ciemniejszymi
plamami w miejscu, gdzie opiera się głowa. Zasłony, draperie, lampy z
brązu, obrazy, rozkosz dla oka po wiejskich prymitywach. I błogosławiona
świadomość, że nareszcie nie ma myszy.
Nata położyła Bobusia na stole, a sama z westchnieniem ulgi ulokowała się w
ulubionym fotelu.
- Pewno trzeba go przewinąć! - komenderuje doświadczonym głosem, pudrując
sobie nos.
Spis treści
Dedykacja
Rozdział I
Rozdział II
Rozdział III
Rozdział IV
Rozdział V
Rozdział VI
Rozdział VII
Rozdział VIII
Rozdział IX
Rozdział X
Rozdział XI
Rozdział XII
Rozdział XIII
Rozdział XIV
Rozdział XV
Rozdział XVI
Rozdział XVII
Rozdział XVIII
Rozdział XIX
Rozdział XX
Rozdział XXI
Rozdział XXII
Rozdział XXIII
Rozdział XXIV
Rozdział XXV
Rozdział XXVI
Rozdział XXVII
Rozdział XXVIII
Rozdział XXIX
Rozdział XXX
Rozdział XXXI
Rozdział XXXII
Rozdział XXXIII
Rozdział XXXIV
Rozdział XXXV
Rozdział XXXVI
Rozdział XXXVII
Rozdział XXXVIII
Rozdział XXXIX
Rozdział XL
Rozdział XLI
Rozdział XLII
Rozdział XLIII
Rozdział XLIV
Rozdział XLV
Rozdział XLVI
Rozdział XLVII
Rozdział XLVIII
Rozdział XLIX
Rozdział L
Rozdział LI
Rozdział LII
Przypisy
ROZDZIAŁ V
"Wstąpić po Tolę czy nie wstąpić?"
Stare, jeszcze szkolne przyzwyczajenie nie daje przejść koło domu pod 135
na Marszałkowskiej, żeby nie stanąć na wąskim podwórzu pod znajomym oknem i
nie krzyknąć: "Tola! Tooola! Tobcia!".
Okno otwiera się zawsze jednakowo szeroką szparą (kredens nie pozwala na
większy kąt rozchylenia) i ukazuje się blond głowa w amerykańskich
okularach. "Nata?"
Kiedyś za szkolnych czasów ta głowa nie była blond, tylko ciemnoruda.
Największym zmartwieniem Toli był jej długi, zakrzywiony nos. Często w
intymnych rozmowach z przyjaciółkami Tola radziła się, na jaki fason ma ten
nos przerobić, przy czym wyginała go w różne strony, modelując najbardziej
do twarzy. Kiedy Tola dostała maturę, pani Hozenpudowa zaczęła ją elegancko
ubierać i wysyłać w świat. Tola utleniła włosy, składała często wizyty
kosmetyczkom i nabrała pewności siebie.
Nata pokpiwała z Toli, ale lubiła ją bardzo, jak się lubi stary, ciepły
szlafrok z wszystkimi jego plamami i dziurami.
- Tooola! Tobcia! - drze się Nata jak za dawnych, szkolnych czasów, kiedy
wiedziała, że Tolę to złości.
Tym razem okno otwiera się niespodziewanie szybko, Tola daje rozpaczliwe
znaki twarzą i rękoma, syczy: - Pst! - i - Już schodzę.
Nata przechadza się niecierpliwie po podwórku, przygotowana na dłuższe
czekanie, zanim przyjaciółka się wygrzebie. Ale Tola już jest na dole i
obsypuje Natę stekiem dobitnych, chociaż ściszonym głosem wypowiedzianych
inwektyw.
- Ty idiotko, koło Kapitolu, gdzie jest siedziba Gestapo, ty ryczysz:
"Toba"?! Oszalałaś chyba. Dopiero dzisiaj przepisaliśmy sklep i mieszkanie
na Aryjczyków. Boimy się tu oddychać przez tę zwariowaną "babę z laską",
która wskazuje Niemcom Żydów akurat przed naszym domem. Szczęście, że mamy
wszyscy "dobry wygląd". A ty krzyczysz: "Toba".
Tola zaczerwieniła się z podniecenia. Nata patrzy ze sceptycyzmem na Toli
"dobry wygląd" i pyta spokojnie:
- Jaki Kapitol? Gdzie Gestapo? Co za baba z kijem? Komu przepisaliście?
Tola rozgląda się na wszystkie strony i szeptem opowiada o fikcyjnej umowie
z nauczycielem brata, na mocy której Hozenpudowie sprzedali mu sklep i
mieszkanie.
- Na Marszałkowskiej Niemcy zabierają wszystkie żydowskie sklepy i
mieszkania. W ten sposób będziemy więc coś mieli, bo Aryjczyków nie
ruszają. Porządny człowiek ten nauczyciel, myślę, że nas nie okpi.
Nata kiwa głową ze zrozumieniem i dziwi się w duchu, dlaczego ojciec nie
zrobił dotychczas takiej prostej transakcji.
Kilka kroków i już są na Moniuszki u Poldków.
W wiśniowym szlafroku w pasy, z obandażowaną głową, siedzi Poldek w
głębokim fotelu. Na poręczy fotelu macha zalotnie nogami koleżanka Niusi,
Stenia, w sportowej sukience z niebywałej szerokości zamszowym paskiem.
Druga koleżanka Niusi, jednocześnie rodzaj jej totumfackiego, Pepa
Rowińska, objada się bez przerwy czekoladkami, nie zwracając uwagi na swego
wojennego męża Gustawa, z którym pobrała się, gdy wyrzucili ją i matkę z
mieszkania na Hożej.
- Dzieńdobry, dzieńdoberek, a właściwie już zaraz dobrywieczór! Jak się
masz? Słyszałam, że o włos to by ci oko wypłynęło? Czy już nie ma
niebezpieczeństwa? - pyta obcesowo Nata.
- Prawie - odpowiada Poldek smętnym głosem spomiędzy białych bandaży.
Niusia daje Nacie znaki, żeby nie mówić na temat wypadku, ale to przekracza
Naty możliwości. Jak to, przyjdzie do domu i nie będzie wszystkiego
dokładnie wiedziała? Nie pomaga rozpaczliwa gestykulacja Niusi i pełne
wyrzutu spojrzenia Steni. Nata wyciąga z Poldka sprawozdanie z wypadku.
Chcąc nie chcąc, Poldek wyrzuca z siebie, po raz któryś tam, historię, jaka
dzień w dzień spotyka tysiące ludzi. Historię banalną już w swej
powszedniości i ogólności, nową i tragiczną, kiedy się ją samemu przeżywa.
Wyszedł z mieszkania i przez Marszałkowską. Był w czarnym palcie z wydrą,
teczka pod pachą. Wygląda na Żyda, na to nie ma rady, wygląda na
inteligenta i na to też nie ma rady. Inteligencja działa zawsze na chamów
jak czerwona płachta, a cóż dopiero, kiedy chamstwo dochodzi do władzy.
Przed kinem Kapitol kręci się stara kobieta w czarnym szalu z laską w ręku,
bije Żydów, lży ich i wskazuje Niemcom.
- Widzisz, to jest ta wariatka, o której ci mówiłam! A ty się drzesz
"Toba"! - triumfalnie wpada w tok opowiadania Tola.
- Niech pani nie przerywa! - rzuca niechętnie Stenia, która ma zacięte usta
i płonące oburzeniem oczy.
"Jude! Jude!". Naraz przewraca się do góry nogami Poldkowy świat
adwokackiej teczki i palta z wydrą. "Do roboty! Verfluchte Dreck![8]". Zielone mundury, tępe twarze rozdziawione wrzaskiem i rechotem. Nie zorientował się
od razu. Kopnięto go błyszczącym butem, potem pięścią, buch, w twarz.
Zaśmiał się jakiś przechodzień. Kilku stanęło, żeby się przyjrzeć. Inni
przeszli z platonicznym westchnieniem i litością w spojrzeniu. Wczoraj
byłeś taki jak oni, dzisiaj jesteś już inny.
Rzucona z pogardą i złością pofrunęła teczka z aktami. Zapędzili go do
kina, gdzie obecnie znajduje się urząd Gestapo i składy zarekwirowanych
Żydom futer. Kręciło się tam już w nieprzytomnym pośpiechu kilkadziesiąt
takich samych ofiar.
Przenosić futra z jednego stosu na drugi.
Ktoś go trzasnął szpicrutą, inny szarpnął, trzeci przekroił nożem palto.
Zabawa. Wrzask bez przerwy, ogłuszający, odbierający resztki rozumu.
Puszyste i lśniące szeleszczą futra. Bierzesz pakę miękkości i zdaje ci
się, że to żelazo. Zanurzasz na chwilę głowę w białego lisa i jakby był ze
szpilek. Wytrzeszcza żółte oczy nakrapiany ryś, wbijają ci się w pierś
okrągłe pazury śliskiej wydry. Czy taka sama była przy kołnierzu? Prędzej!
Chlast nahajem, prędzej. Z jednej kupy na drugą, z drugiej na pierwszą
przebiegają futrzane kule między dwoma rzędami rozbawionych żołnierzy.
Kością słoniową mignęły gronostaje z czarnymi ogonkami. Z zakrwawionego oka
spadają krople i naraz gronostaje są czerwone i lisy czerwone, i świat
czerwony. Ból przechodzi błyskawicą i już nic nie czujesz, tylko widzisz
błyszczące czarne buty przez wiśniowy opar krwi. Nie wiesz kiedy jesteś
znów na ulicy.
Ci sami ludzie, ten sam szyld naprzeciwko. Tylko ty jesteś inny. Pierwszy
raz tak żywo, tak namacalnie czujesz, że jesteś inny. Skulonego jak zbity
pies przeprowadza ktoś przez jezdnię. Myślisz, że w teczce były ważne akta,
że palto na nic i czegoś ci wstyd. Dlaczego, dlaczego? Jesteś w domu i nie
mdlejesz, ale nie możesz mówić, słowa nie przechodzą przez gardło, nie masz
słów. Za co?
- Ludzie, jak on wyglądał, myślałam, że zemdleję. Lekarz bał się, że
oślepnie, ale jakoś przeszło bokiem. Dzięki troskliwej pielęgnacji dobrej
żonusi - pieści się Niusia.
- Nie martwcie się. Czytałam ostatnią przepowiednię Matki Boskiej
Częstochowskiej, że wojna skończy się na Boże Narodzenie - pociesza Pepa,
która jest zawsze au courant[9] wszelkich plotek, a specjalnie tego
rodzaju.
Stenia opowiada o aresztowaniach kilkuset polskich inteligentów za zabicie
aktora, Igo Syma, który okazał się szpiegiem niemieckim.
- Taki piękny mężczyzna.
- W Wawrze była zbiorowa egzekucja, rozstrzelano 200 osób, bo w jakiejś
karczmie zabito w bójce niemieckiego żandarma - podkreśla Stenia z
naciskiem, chcąc w jakiś sposób utrzymać równowagę cierpień.
- Co się dzieje z Bobą? - Pepa przechodzi do bardziej zajmujących plotek.
Radykalne zmiany nastąpiły w życiu znajomych, przyjaciół, kolegów. Jeden
mąż w Białymstoku, żona nie wie, czy jechać do niego; inny jest w niewoli,
żona już ma przyjaciela. Ci zbombardowani, tamci nie mają z czego żyć. Boba
jest wściekła, że mąż do niej nie wraca. Poniewierają się ludzie po
świecie. Był list od... Wiadomość z... Mówią, że...
- Trzeba iść - podnosi się Nata. - Ani się obejrzysz, a już ósma. Ta
godzina policyjna to straszny wynalazek! - Zbiera swoje manatki, niedbale
rozrzucone po wszystkich kątach.
Na ulicy noc. Truchcikiem biegną wymizerowane konie przy drabiniastych
wozach, zastępujących zniszczone tramwaje i auta zabrane przez Niemców.
Latarnie palą się słabym, żółtawym światłem. Tylko księżyc pozostał
niezmieniony.
- A jednak ciekawe, jak to na niego podziałało psychicznie! - wyraża Nata
na głos konkluzję jakichś wewnętrznych wątpliwości wywołanych wizytą u
Poldków.
ROZDZIAŁ VI
- Taki wstyd! Taki mezalians! - powtarza bez przerwy Goldberg i kręci się z
pokoju do pokoju, szukając możliwości wyładowania na kimś lub na czymś
swojej złości.
Akurat jemu to się zdarzyło, prezesowi synagogi, wiceprezesowi sekcji w
Związku Kupców, patronowi niezliczonej ilości sierocińców i organizacji. Co
ludzie powiedzą? Rodzice tej dziewczyny mieli stragan w Hali!
Mirek ożenił się we Lwowie i przysłał przez szmuglera list zawiadamiający
rodziców o swoim szczęściu. Było mu źle i samotnie, teraz ma piękną,
kochaną żonę, tęskni do domu i chce wracać.
- Wracać?! Ja go przez próg nie puszczę! Niech idzie do swoich teściów,
tych straganiarzy! - pieni się Goldberg, przytomnie zamykając drzwi od
dalszych pokojów, żeby sublokatorzy nie dowiedzieli się o mezaliansie.
Goldberg pochodzi z małego miasteczka. Wrodzona inteligencja, rzutkość
granicząca z fantazją i wielka ambicja pognały go do miasta, gdzie dorobił
się dużego majątku. Gdyby miał wykształcenie, mógłby być ministrem. Czuje
to i dlatego dumny jest z wykształcenia swoich dzieci. Przez dzieci, przez
zięciów i synowe chciałby zdobyć to, czego mu życie odmówiło. Ożenił się z
panną z wielkim jichesem[10]. Rodzina Tauberów była znana w Warszawie
z dziada pradziada: wielcy kupcy o dużej kulturze i wykształceniu, o
szerokim geście. Jak głosiła rodzinna saga, dziadek Mamy grał na wyścigach,
a Mamy ojciec jeździł za granicę i kupił rosyjskiej aktorce willę w
Konstancinie.
Zmiana środowiska wyrobiła w Goldbergu uwielbienie wszelkiego rodzaju
"stołków", nadwrażliwość na opinię. Niezwykle dobry i uczynny lubił zawsze
i wszędzie robić wrażenie, co prawdopodobnie pozostawało w związku z jego
zadawnionymi małomiasteczkowymi przeżyciami i kompleksami.
Małżeństwo Mirka jest dla niego ciężkim ciosem. Chłopak przystojny,
ukończył Politechnikę z odznaczeniem, miał wszelkie szanse. No i masz ci
los, mezalians!
- Po co się denerwujecie - uspakaja Nata rodziców na którymś tam z kolei
posiedzeniu rodzinnym. - Taka wojna, a wy się przejmujecie mezaliansem.
Korona nikomu z głowy nie spadła.
- Wojna przejdzie, a ten wrzód zostanie! - odpala z miejsca Goldberg, który
ma za sobą doświadczenie dwóch poprzednich wojen. - Byłaś cyniczna i
zostałaś cyniczna! - denerwuje się na córkę.
Nata patrzy z troską na Matkę. O Ojcu wie, że pokrzyczy, stłucze kilka
talerzy i gniew mu przejdzie bez śladu, ale Mama to zupełnie coś innego: od
Mamy nikt nie usłyszy głośnego słowa, ale za to jak zmizerniała, ile
zmarszczek przybyło na świeżej jeszcze twarzy. Biedna Mama! Mirek był jej
oczkiem w głowie, najbardziej go kochała z całej trójki. A teraz przyszła
jakaś laleczka i zabrała jej syna.
Pewnego dnia, całkiem niespodziewanie, przyszedł Mirek trochę niepewny,
trochę zawstydzony, za dobrze bowiem znał rodziców, żeby nie wiedzieć, że
to mu tak gładko nie przejdzie.
- Mirek, jak się masz? Gdzie twoja Dulcynea, od której mam już spuchnięte
uszy? Coś się tak pośpieszył z tym ślubem?
Nata kręci się radośnie koło wielkiego brata o błękitnych oczach ojca i
Bobusia, zasypuje go pytaniami i nie dopuszczając do słowa, zaprasza go do
siebie z "Julcią".
- Ona nazywa się Helenka, a nie Julcia czy Dulcynea - protestuje
flegmatycznym głosem Mirek, który nie wykazuje specjalnej lotności w
dziedzinie literatury.
Nata zanosi się od śmiechu, mimo że Mama patrzy na nią z niemym wyrzutem.
- To nie była przyjemna droga, kiedyśmy wyszli we wrześniu z Warszawy -
zaczyna Mirek.
Piotr przyłączył się do wojska, a on został sam zgubiony w świecie
trudności i niebezpieczeństw. Gnani niezrozumiałym, owczym pędem szli
ciągle dalej, coraz dalej, przed siebie, uciekali od wyobrażeń, które sobie
stwarzali, od własnych ciężkich myśli.
- W Białymstoku była wtedy centrala wszystkich uciekinierów. Zatrzymałem
się tam. Kręciłem się po kawiarniach, gadałem, handlowałem.
- Pewno zgniłymi jabłkami! - podpowiada poważnie niepoprawna siostra.
- Skąd wiesz? Właśnie przez pewien czas przewoziłem jabłka z miasta do
miasta, żeby zarobić na różnicy cen. Jak wszyscy.
- A ileś dołożył?
- Różnie bywało - daje wymijającą odpowiedź Mirek. - Potem jeszcze
handlowałem zegarkami i pastą do butów. Razem wziąwszy, nie było to takie
wesołe. Nie miałem palta, jedyna koszula była już w strzępach. Helenka
oddała mi od was ukłony. Od tego się zaczęło... że mówiliśmy o domu, o was, o
Warszawie. Cerowała jedyną moją parę skarpetek... Helenka jest cudowna.
Ożeniłem się z nią, bo się bałem, że sobie znajdzie innego.
- Dużo by stracił na tym - mruczy pod nosem Ojciec, a Mama pilnie czyści
jakąś sztukę srebra i udaje, że nie zwraca uwagi na tę część opowiadania.
- Pojechaliśmy do Lwowa. Nie było tam tak źle: cukiernie, kina, swoboda.
Rosjanie, owszem, właściwie zupełnie mili, prości, bezpośredni, ale ciągle
się myślało, że coś się za tym wszystkim kryje, że jednak... "kurtyna". A
poza tym... może śmieszne i głupie... często zastanawiałem się nad tym, ale nie
umiałem i nie umiem sobie dokładnie tego sprecyzować...
Mirek przerywa, marszczy czoło, zastanawia się, po czym mówi dalej, jakby
chciał zrzucić ciężar wszystkich swoich wątpliwości i uzasadnić ostateczną
decyzję.
- Mieszkaliśmy na sublokatorce. Kilka razy przeprowadzaliśmy się. Obce
twarze, obce kąty. A wokoło pełno ludzi, stęsknieni, pełni wspomnień,
niezadowolenia, nikt nie wie, co ze sobą robić. Zaczęto przebąkiwać o
opcji. Trzeba się było decydować. A decyzja oznaczała spalenie za sobą
wszystkich mostów, zupełną zmianę. Baliśmy się: wszyscy i wszystko w tej
nieznanej Rosji wydawało nam się takie inne niż u nas. A tu wiedziałem:
siedzicie wy, siedzi tylu innych, będę siedział i ja. U siebie wśród
swoich. Helenka co prawda sprzeciwiała się. Mówiła, że woli nędzę niż
niemieckie ciastka, ale mnie gnało.
Mama myśli, jaki ten Mirek był biedny, samotny i nieszczęśliwy, złość
topnieje pod wpływem czułości i żalu.
- Kiedy szmuglowaliśmy się przez zieloną granicę, Helenka odmroziła sobie
nogi. Co to była za straszliwa droga! Całą noc staliśmy w śniegu do pasa, a
mróz był!
Nazajutrz Helenka z Mirkiem składają Nacie oficjalną wizytę. Nata czuje się
bardzo szlachetna, liberalna i wolnomyślna, szykuje wytworne przyjęcie.
Helenka zachwyca się Bobusiem, puddingiem w kształcie rybki, wazonikiem z
ceramiki wiszącym na ścianie, który Nata kilka dni temu kupiła ku
niekłamanemu zdumieniu Piotra. Rozmowa jest niezwykle wykwintna, nieledwie
wersalska. Wzruszona i zdenerwowana Helenka głęboko przeżywa afront, jaki
doznała od rodziców Mirka i wdzięczna jest Nacie za przełamanie lodów. Jest
skrępowana i nieśmiała, w ciągłej obawie przed surową krytyką.
Dopiero w przedpokoju, przy pożegnaniu, z Helenki opada maska sztuczności.
Młoda kobieta ożywia się i rozpala, opowiadając o organizacji, do której
należy, namawiając Natę do przyłączenia się. Wolność, walka, opór... Z
różowych, niemalowanych ust padają ważne słowa lekko i naturalnie.
Zebrania, trzeba... Może by Nata?
Nata patrzy trochę zazdrośnie w pełne zapału, błyszczące oczy. Ona się
zastanowi, ona ma przecież małe dziecko, Piotr nie pozwoli jej narażać się...
Po wyjściu Helenki i Mirka, który starał się tłumić entuzjastyczne
wynurzenia żony, Nata kręci się po mieszkaniu, nie mogąc sobie znaleźć
miejsca. Czegoś jej dziwnie, jakby wstyd. Skąd do takiej dziewczyny takie
sprawy? Wolność, walka, honor... Kuzynka Wanda, Adaś, Korn - to jeszcze. Ale
Helenka? Nie trzeba o tym mówić Piotrowi. On także za bardzo przejmuje się
tymi frazesami. Nata nie lubi, jak jej się robi "niewyraźnie koło
sumienia", wobec czego ubiera się i idzie do Mamy, która z niecierpliwością
czeka na sprawozdanie z wizyty.
- Śliczna, dosyć miła, ale brak kindersztuby wychodzi z niej na każdym
kroku. Bardzo jeszcze naiwna. Podobno ładnie gra na fortepianie -
charakteryzuje Nata bratową.
- Cóż dziwnego? Skąd ma mieć kindersztubę? - wzdycha Mama i łączy się z
ciotką Justyną, aby jej opisać wspaniałą urodę synowej i jej talenty
muzyczne.
ROZDZIAŁ II
- Nie chcę mieć dziecka! Nie będę miała dziecka! Jutro to załatwię - grozi
Nata ze złością. - Dziecko, dziecko, ale gdzie się z tym dzieckiem
podziejesz, o tym nikt nie pomyśli. Może obstalujesz kołyskę a la
chippendale, żeby była odpowiednia do naszego stołowego? Albo może bachor
pomoże ci przyjmować klientów w gabinecie? Czy komukolwiek ze znajomych
wpadłoby do głowy mieć dziecko, mając trzy pokoje?
Nata biega z pokoju do pokoju, zerkając po drodze do każdego lusterka, żeby
sprawdzić, czy jej ze świętym oburzeniem "do twarzy". Piotr udaje, że czyta
gazetę. Siedzi w fotelu koło radia i nie odzywa się słowem. Piotr zna
wybuchy Naty i wie, że prędko mijają, przy czym brak oporu skraca je do
minimum.
- Bo ty tak zawsze! - reasumuje Nata, bębniąc palcami po szybie i
pogryzając w szybkim tempie jakieś drobne ciasteczka, co ma oznaczać
wybitne zdenerwowanie. Dzwonek telefonu wpada w pełną napięcia atmosferę
jak wybawienie.
- To ty, Tobcia? Jak się masz?
- Tak, to ja. Ale mogłabyś już raz na zawsze zrezygnować z tej "Tobci"! -
Głos po drugiej stronie drutów jest pełen żalu i goryczy.
- Wiem, wiem! Znam tę piosenkę na pamięć: w metryce omyłkowo wpisali cię
jako Tobcię, nazywasz się właściwie Tola, a kawalerom przedstawiasz się z
angielska jako Tony. Ale mam teraz poważniejsze kłopoty niż zwracanie uwagi
na twoje anglofilskie aspiracje! - przerywa Nata koleżance, sadowiąc się
wygodnie za biurkiem w przewidywaniu dłuższej rozmowy.
Lampa stołowa z plisowanym abażurem, malowanym w identyczne kwiatki co
porcelanowa smukła podstawa, rzuca cień na szklany blat biurka, w którym
jak w ciemnym stawie odbijają się książki, obrazy, fałdy welurowych zasłon.
- Widzisz! Nawet Tola przyznaje mi słuszność! A ciebie nic nie obchodzi! -
powołuje się Nata z triumfem na ważkie słowa swojej szkolnej koleżanki.
- Uspokój się, kochanie. Wszystko razem nie jest takie tragiczne, jak sobie
wyobrażasz. Są znacznie gorsze sytuacje, szkoda tylko, że się nimi nie
interesujesz. A poza tym... jakoś tam będzie.
Piotr, któremu zarobki młodego adwokata nie pozwalają na zmianę mieszkania,
pragnie ułagodzić podnieconą żonę, bagatelizując jej kłopoty. Ale skutek
jest wręcz przeciwny.
Na znak protestu przeciwko takiemu brakowi zrozumienia ze strony Piotra
Nata zapada się energicznie w miękki puf stojący przed toaletą, pudruje się
zamaszyście wielkim łabędzim puszkiem i z uwagą nasuwa na oko fantastyczny
toczek ze sztywną woalką. Stara się przy tym robić możliwie smętną i ponurą
minę, aby pokazać Piotrowi, że jest na niego oburzona. Przy jej
chochlikowatych oczach i rumianych policzkach z dołeczkami ta ponura mina
robi trochę zabawne wrażenie.
- Wychodzę! - mówi z naciskiem Nata, pragnąc w duchu, aby Piotr zatrzymał
ją, przeprosił albo chociaż spytał, dokąd idzie. Piotr jednak uważa, że
przechadzka dobrze wpłynie na Nacine humory, wobec czego całuje ją tylko i
odprowadza do drzwi, prosząc, aby prędko wróciła.
Chcąc nie chcąc, Nata wyrusza w drogę, układając sobie w myśli strategiczny
plan skłonienia Ojca, aby dopomógł im do zmiany mieszkania na większe. Nata
oczywiście jutro nic "nie załatwi", Nata oczywiście chce mieć dziecko, ale
nie przyznałaby się do tego nawet przed sobą. Zdobywczy instynkt nasuwa jej
pewną linię postępowania. Nie wgłębiając się zbytnio w przyczyny i skutki,
Nata czuje, że taka a nie inna droga doprowadzi ją do celu, a Nata lubi
osiągać to, co sobie umyśliła, nawet jeżeli droga najeżona jest
trudnościami.
"Trzeba nakręcić rodzinkę!" - postanawia Nata. "A po tym zobaczymy!"
Leszno, Bielańska, plac Marszałka Piłsudskiego. Jesienne słońce złoci pełne
gwaru i ruchu ulice. Warszawa jest dzisiaj roznamiętniona. Na placu
Marszałka mieni się rozpięta na dwóch wysokich słupach olbrzymia mapa
Zaolzia.
"Zaolzie jest nasze! Odbierzemy Zaolzie!"
Wiece - hurra! - pochody - niech żyje! Wielkie litery nad wielkimi
artykułami w dziesiątkach gazet.
Marsz na Kowno, Monachium, Zaolzie, Sudety... To nie są sprawy, którymi Nata
się przejmuje. Przeciwnie. Nie może zrozumieć zapału i rozgorączkowania
Piotra, kiedy omawia te sprawy z kolegami, a w pierwszym rzędzie ze swoim
przyjacielem z podchorążówki, Witoldem Szaniawskim.
- Samobójstwo! Polityczne samobójstwo! Pewno, Zaolzie jest polskie, ale nie
dziś pora je odbierać!
Witold potrząsa lnianą czupryną i mechanicznie przeciera swoje rogowe
okulary, nerwowymi krokami mierząc pokój wzdłuż i wszerz. Jak jeszcze do
dyskusji dochodzi kuzyn Adaś, dobry chłopak, ale zabity komunista, albo
drugi "dziwak" rodzinny, syjonista Korn, pracujący z doktoratem z filozofii
jako chaluc[3], to Nacie aż się w głowie kręci od różnych wielkich słów. Beck, Hitler, faszyzm, Addis Abeba, źle, skandal, trzeba... i tak
dalej, i tak dalej.
Żeby ktoś się denerwował z powodu Addis Abeby leżącej gdzieś na końcu
świata! I to denerwował się nie dla popisu, ale naprawdę. Nata wzrusza
ramionami z pogardliwym pobłażaniem. Nata, owszem, wie różne rzeczy, o
których nie wypada nie wiedzieć. Wie na przykład od kuzyna Adasia, który
chce ją "nawrócić", że w Berezie bardzo dręczą ludzi politycznie
podejrzanych... Wie także o Chamberlainie, że karykatury i parasol. Beck jest
dla Naty ciekawą osobistością ze względu na aureolę pikantnych ploteczek
erotycznych, jaka go otacza, a także ze względu na jego małżonkę bijącą
światowe konkursy elegancji. Ale żeby się tym wszystkim przejmować!
Szczególniej w dzisiejszym nastroju ta cała polityka dla Naty to zupełnie
pusty dźwięk. Pierwsza kampania agitacyjna Naty w sprawach powiększenia
terytorium domowego ogniska ma się odbyć w składzie aptecznym cioci Reny na
ulicy Marszałkowskiej.
Ciocia Rena, najmłodsza z sióstr Mamy, jest znana ze swojej romantyczności.
Jedyna z panien Tauber, która wbrew woli rodziców wyszła za mąż "z
miłości". Z "takiego dobrego domu", taka udana, zakochała się w pierwszym
lepszym aptekarzu bez grosza, szaławile i kobieciarzu kpiącemu w żywe oczy
z piątkowych kolacji babci Guci, na które w sposób stały i pełen godności
zapraszani byli wszyscy zięciowie już istniejący i kandydaci na zięciów "do
obejrzenia". Mąż cioci Reny lubi chodzić na karty i do Lourse'a ku
zadowoleniu całej rodziny, która twierdzi z satysfakcją, że "tak ciocia
Rena ma, jak sobie posłała". Bo zamiast żeby, jak normalnie bywa, mąż
pracował, ciocia Rena cały dzień króluje między szklanymi słojami, pośród
gablotek i szafek z koralowymi gąbkami i innymi cudeńkami.
Nie przestając roztkliwiać się nad swoim losem, Nata z wielkim
zainteresowaniem dobiera sobie pomadkę do warg i oblewa się perfumami,
które ma zamiar wymanić od ciotki.
- Ach, nieszczęście! - mówi spokojnie ciocia Rena, łapiąc się za policzek,
bo ciocia Rena w ten właśnie sposób wyraża swoje uczucia, niezależnie od
tego, czy chodzi o przypalony kompot czy o czyjąś śmierć.
- No, no, głowa do góry! Nie martw się. Musisz teraz na siebie uważać! Ja
już pogadam z twoim ojcem! - pociesza strapioną siostrzenicę ciocia Rena,
lekko zaniepokojona zupełnie niedwuznacznymi manipulacjami Naty przy
różnych kosmetykach i wonnościach.
Od cioci Reny więc idzie Nata z kolei do stryja Feliksa Goldberga, na
Graniczną ulicę. Idzie co prawda niechętnie, ale idzie, bo uważa, że należy
wyczerpać wszystkie możliwości. Nata traktuje stryja Feliksa i jego żonę
jak parę dziwolągów, ale wobec tego, że Ojciec, nie wiadomo dlaczego -
podobno sięga to jeszcze kawalerskich czasów, kiedy obaj bracia wyrąbywali
sobie własnymi siłami drogę w wielki świat i w powodzenie z ciasnych ram
małego rodzinnego miasteczka - liczy się ze zdaniem Feliksa i pragnie mu
imponować, Nata nie chce więc pominąć i tej szansy.
- Gdybym ja miał taką córkę...! - buntuje Natę stryj Feliks z anielskim
wyrazem twarzy, podnosząc w górę małe niebieskie oczki. Feliksowa
zzieleniała i nie odzywa się słowem, ale jej mocno zaciśnięte wargi i
przyśpieszony oddech dużo mówią. Pewno, bezdzietna...!
Z niesmakiem opuszcza Nata dom stryjostwa, rezygnując na dzisiaj z dalszych
posunięć w sprawie mieszkania. Robi tylko w myślach przegląd rodziny, przy
czym dzieli ją na dwie grupy: na tych, do których warto iść ze swoimi
kłopotami, bo mogą coś pomóc, i na tych, do których w ogóle nie warto się
zwracać w takich sprawach.
Do pierwszej grupy należy w pierwszym rzędzie ciotka Justyna Neustatowa,
najstarsza z sióstr Mamy i obecnie najbogatsza i najbardziej szanowana z
ciotek. Tak, ciotka Justyna to sojusznik szczególniej, że swoje dzieci
wyposażyła po królewsku. Nie odmówi także swego poparcia wujaszek Leon,
ojciec Niusi, popularnie zwany Leonkiem, który dał Niusi w posagu piękne
czteropokojowe mieszkanie na Moniuszki.
Błyskawicznym skrótem myślowym Nata obejmuje teraz tę drugą grupę. Nie
warto przecież pójść z taką sprawą do ciotki Chany, wyżywającej swoje
wdowie życie w zaborczej miłości do syna. Nie pójdzie też Nata przecież do
wuja Izraela, tkwiącego jeszcze po czubki długiej siwej brody w
chasydyzmie, ani do innych ciotek, wujków czy kuzynów, z którymi na ogół ma
się niewiele wspólnego, bo trybem życia i warunkami oddaleni są od tej
"reprezentacyjnej" części rodziny, i którym ponadto często trzeba pomagać
materialnie, bo im się w życiu tak "nie powiodło".
Z młodszej generacji to tak:
Z trzpiotem Niusią nikt się nie liczy. Z dziećmi ciotki Justyny, Heńkiem,
Jankiem i Dorą, Nata nie jest specjalnie zaprzyjaźniona. Syn ciotki Chany,
owszem, zdolny, wymowny, na miejscu. Matkę czci i szanuje zgodnie z
wszelkimi przepisami, ale lubi szeroki świat i często wyjeżdża, przeważnie
na koszt jednej z niezliczonych organizacji, do których należy. Syn ciotki
Chany jest syjonistą, konferuje, agituje, piorunuje, protestuje. Należałoby
się zwrócić właściwie do syna ciotki Chany, ale cóż kiedy on Natę po prostu
denerwuje.
Pozostaliby jeszcze rodzinni "idealiści". Z tymi to znów tak: Korn odpowie
jej, że w Palestynie żyją w namiotach. Adaś szarpnie wystrzępiony krawat,
zaśmieje się "szatańsko" i wyrecytuje z niewysławioną pogardą: "Zgniła
burżuazja! Już najwyższy czas, żeby zrobić porządek z wami i z waszymi
zmartwieniami!" - po czym poprosi o kawałek babki i zacznie Nacie po raz
nie wiadomo który tłumaczyć zasady materializmu dziejowego i rewolucji
socjalnej. A Wanda... Wanda jest tak nieżyciowa i niepraktyczna, że w ogóle
nie warto z nią mówić. Zresztą Wanda... ten wzór anielic! Nata wysuwa dolną
wargę i zatrzymuje się przed wystawą, żeby obejrzeć krokodylową torebkę,
która byłaby bardzo odpowiednia do jej nowego kostiumu z nurkami.
Przeżuwając w sobie najrozmaitsze myśli i gapiąc się na wszystkie strony,
Nata dochodzi do ulicy Granicznej. Są ulice, które zna się jak własną
kieszeń, na których każdy kamień, każdy szyld można wyliczyć i określić. Są
ulice, które tak wchodzą w krew jak ktoś bliski, o których po wielu latach
niewidzenia mówi się z rozrzewnieniem: "Ach, ta moja Miła!" czy "Och, ta
niezapomniana Marszałkowska!", niezależnie od tego, czy te ulice były ładne
czy brzydkie, czy to był zaułek czy aleja. Dla Naty taką ulicą jest
Graniczna.
Graniczna wcale nie jest ładna. Krótka, raczej wąska, wrzaskliwa i
natłoczona. Stare domy z żelaznymi balkonami w kunsztowne wzory i z
licznymi plamami żółtego tynku. Przechodząc z dwóch stron w dwa duże place,
plac Grzybowski i plac Żelaznej Bramy, tworzy jakby naczynia połączone. Jak
w naczyniach połączonych przez Graniczną ulicę przelewa się nurt interesów,
kipią transakcje, rozpryskują się przychodzące i odchodzące pieniądze.
Na etnograficznej mapie Warszawy zagiąć by można było na ulicy Granicznej
wyraźny brzeg. Tu się zaczyna dzielnica zamieszkała w lwiej części przez
Żydów; tu się zaczyna dzielnica, gdzie "strażnicy soboty" w jarmułkach i w
chałatach pilnują, aby w piątki wieczorem o przepisowej porze zamykano
sklepy, tutaj w niedzielę pracuje się za spuszczonymi żaluzjami, płacąc
policjantom łapówki albo mandaty karne. Nikt nie każe Żydom, aby mieszkali
w tej dzielnicy. To nie jest jakieś getto, ale tak już jest, że skupili się
razem na tych kilkudziesięciu ulicach, większych, mniejszych, szerszych,
węższych, ale w gruncie rzeczy podobnych do siebie, jak podobni do siebie
są ludzie, którzy na nich mieszkają.
Na Granicznej ulicy Nata urodziła się. Na Granicznej ulicy są składy
Goldbergów i nie było dnia od niepamiętnych czasów, aby tam "po drodze" nie
wpadła chociaż na kilka chwil. Dostać na kino, pochwalić się dobrym
stopniem albo tak po prostu usiąść, pogadać.
Składy Goldbergów okrążają pół wielkiego podwórza w domu-skrzyni. Długie i
głębokie, pełne tajemniczych zakamarków, nabite są po sufit pakami i
skrzyniami. Srebrzyste kosy szczerzą spiczaste zęby, pobrzękują w przejściu
kajdany łańcuchów, potknąć się można o porzucone bezładnie stosy haceli,
podków, dziwacznych narzędzi i maszyn pokrytych kurzem i rdzą. Na ulicy z
daleka już widać wielkie czarne litery GOLDBERG usadowione wygodnie nad
sześcioma wystawowymi szybami i współzawodniczące ze złotymi literami
FELIKS GOLDBERG strzegącymi dobytku stryja Feliksa, o kilka domów dalej.
Składy Ojca kurczyły się i powiększały w zależności od koniunktury, szyld
starzał się, zastępował go inny, ale miejsce pozostawało to samo i te same
były litery. Naty jeszcze na świecie nie było, a składy Goldbergów już
istniały. "Zał. w r. 1900" - wydawało się, że dumnie kiwa dyskretnymi
czcionkami napis na firmowych arkuszach, nad nazwami banków,
reprezentowanych zagranicznych i krajowych fabryk, nad nazwami filii,
numerami telefonów itp. Za tymi kilkoma drobnymi literkami kryła się
kilkudziesięcioletnia historia powodzeń i upadków, dostaw wojennych i
kryzysów pokoju, dynamizmu i przedsiębiorczości. I ciągłej walki o
utrzymanie tych słów na firmowych blankietach. Nata uważała, że to wszystko
musi być. Że nie może być inaczej.
Obok składu Goldbergów był warsztat zegarmistrzowski z wiszącym w poprzek
ulicy reklamowym zegarem, na który wszyscy narzekali, bo źle chodził.
Grubaśne, złote litery H. PFEFERBERG.
Z drugiej strony były garnki i naczynia kuchenne. Szyld: BRACIA
FLIEDERBAUM. I ROMAN KLENIEC - SKŁAD APTECZNY, brązowe znaki na kremowym
prostokącie szyldu starego i czcigodnego jak skład apteczny pana Klenieca.
Na bramach starych domów tabliczki: Doktór, Adwokat, Lekarz-dentysta.
Niewielkie, eleganckie, dzieci tych imponujących szyldów. To druga
generacja na Granicznej ulicy: córki, synowie, zięciowie, którzy mieszkają
jeszcze na Granicznej, ale woleliby przejść do dzielnicy położonej z
drugiej strony Królewskiej ulicy, Marszałkowską wzwyż, bocznicami. Do
nowych domów, na ogół zarezerwowanych dla rdzennych Polaków i dla garści
asymilantów. Zdarza się, że w jednym domu na Granicznej ulicy mieszka po
kilku lekarzy i adwokatów, tam wyżej nie ma takiego tłoku.
I znów żelazo, i znów lampy, i zegary, i naczynia kuchenne, a na samym
rogu, kiedy się już wychodziło na widny i rojny plac Żelaznej Bramy, dyndał
zalotnie mały pasiasty materacyk i wiedziało się, że to jest sklep z
łóżkami Pana Młynka.
Dla każdego z właścicieli tych sklepów czy sklepików jego kłopoty były
największe, jego powodzenia najbardziej zasłużone. W większym czy w
mniejszym stopniu każdy z nich użerał się z niepłacącymi klientami, każdy z
nich miał ciągłe historie z Urzędem Skarbowym, raty, spłaty, przekupstwo
urzędników, czeki bez pokrycia, wieczne boje z kalendarzem wekslowym. Każdy
z nich tak samo odczuwał dyplomatyczno-ekonomiczne "owszem" pana premiera,
ale bał się o tym za głośno mówić, żeby nie być posądzonym, broń Boże, o
jakieś komunistyczne poglądy. Modlili się w bóżnicach i w synagogach, ale i
to tylko w soboty i w święta, bo w tygodniu nie było na to czasu w wiecznej
walce o zebranie brakującej złotówki do stu.
Filantropia, a jakże; zawsze znalazły się pieniądze na taką czy inną
składkę; biedne narzeczone, jeszyboty, sieroty, starcy, Keren Kajemet czy
Keren ha-Jesod[4]. Trzeba robić micwot[5] i człowiek jest za to
wynagrodzony, jak nie tu, to na drugim świecie. Jeden jedyny chyba stryj
Feliks, który na Granicznej ulicy nie dawał ofiar na żydowskie cele. Ale za
to stryj subskrybował kilka tysięcy złotych na samoloty w ramach akcji
"Silni, zwarci, gotowi" oraz był stałym abonentem albumu Marszałka
Piłsudskiego.
Jak dobrze zna Nata każdą wystawę, każdy szyld czy tabliczkę na Granicznej
ulicy. Jak szczegółowo Nata zna historię powodzeń i niepowodzeń ludzi,
którzy się za tymi szyldami i tabliczkami kryją. W niekończących się
gawędach omawiano w domu sprawy związane z rodowodem sąsiadów, ich ślubami,
pogrzebami, stosunkami domowymi i interesami. Chcąc nie chcąc, obijało się
to o uszy, chociażby człowieka nawet specjalnie nie interesowało.
- A jeszcze nie spytałeś, jak matka z domu - śmiała się Nata z Ojca, kiedy
czyjaś sylwetka nie była zupełnie dokładnie naszkicowana.
Na Granicznej ulicy nie było oczywiście jednego mieszkańca, który by nie
znał rodziny Goldbergów.
Nata i Mirek, Naty starszy o rok brat, jako młodzież i inteligencja
studiująca wyszli co prawda poza zasadniczy krąg Granicznej ulicy i nie
utrzymywali bliższych, osobistych kontaktów z jej mieszkańcami. Ojciec
jednak tyle opowiadał ludziom o ich zdolnościach, powodzeniu w nauce,
znajomościach, że i tak ich wszyscy dobrze znali.
- Mój syn studiuje architekturę z zamiłowania - chwalił się Ojciec.
- Moja córka była pół roku w Paryżu, a mimo to dostała magisterium prawa z
doskonałym wynikiem - rozpływał się Ojciec w pochwałach wobec skwapliwie
potakujących znajomych.
Kiedy jakieś kobiece pismo wydrukowało artykuł Naty na temat urządzania
przyjęć na wzór dawnych "francuskich salonów", Ojciec zaznaczał każdemu:
"Moja córka pisuje do gazet!" i pokazywał od niechcenia ów wiekopomny
artykuł z podkreślonym czerwonym ołówkiem nazwiskiem autorki: mgr N.
Goldberg. Od tego czasu Natę uważano na Granicznej ulicy za dziennikarkę, a
słowo to miało tam specjalną wagę.
Z dwóch końców dwa place poświęcone handlowi, a z jednej strony - Ogród
Saski z łabędziami i posągami greckich bóstw o obtłuczonych nosach. Nata i
Mirek, a teraz już i Stasio, najmłodszy braciszek, oczko w głowie, bawili
się w komórki do wynajęcia w cienistych alejach Ogrodu. Ciotki i kuzynki
przynosiły im miodowniki pokryte białym, pachnącym lukrem.
Kłaniając się co krok z miłym uśmiechem, pełna jeszcze planów i żalów
mieszkaniowych Nata wraca powoli do domu, żeby w dalszym ciągu prowadzić z
Piotrem poprzednią dyskusję, a raczej wygłaszać bohaterski monolog.
PRZYPISY
[1] Displaced persons - ang. 'osoby przemieszczone', w skrócie DP lub Dipisi; osoby wywiezione na przymusowe roboty do Niemiec oraz uwolnione z obozów koncentracyjnych, które nie wróciły do kraju po zakończeniu wojny.
[2] Kocioł - akcja masowej selekcji Żydów dokonana przez Niemców we wrześniu 1942 roku w kwadracie ulic Gęsia, Smocza, Niska i Zamenhofa; w jej efekcie wywieziono na stracenie przeszło 50 000 osób.
[3] Chaluc - hebr. 'pionier'; określenie pierwszych imigrantów-osadników przybywających do Palestyny.
[4] Keren Kajemet (hebr. 'fundusz narodowy'), Keren ha-Jesod (hebr. 'fundusz odbudowy') - instytucje zajmujące się pozyskiwaniem środków finansowych na zasiedlenie Palestyny.
[5] Micwot - hebr. 'dobre uczynki'.
[6] Mazeł tow - jid. 'szczęścia, powodzenia'.
[7] Biała Księga - właśc. Trzecia "Biała Księga", oficjalny dokument rządu brytyjskiego z maja 1939 roku ustanawiający limity nowych żydowskim imigrantów
przybywających do Palestyny.
[8] Verfluchte Dreck! - niem. 'cholerne gówno!'.
[9] Au courant - fr. 'na bieżąco'.
[10] Jiches - jid. 'rodowód, nobliwe pochodzenie'.
ROZDZIAŁ I
Upłynęły przeszło dwa lata od wyjazdu z Warszawy. Dwadzieścia dwa miesiące
Bergen-Belsen, a od sześciu miesięcy - wolność. Nata żyje teraz wolnością,
ale nie może sobie jeszcze z nią dać rady. Tak dziwnie się czuje w tym
odzyskanym świecie, tak trudno jej się umiejscowić. Często rozkłada przed
sobą nowe wrażenia jak karty i marzy o Cygance, która potrafiłaby jej z
tych kart coś wyczytać.
A więc na pozór wszystko ułożyło się cudownie. Zawszeni, wygłodzeni,
stojący o krok od śmierci, zostali przeniesieni z cuchnącego pociągu-widma
do wspaniale urządzonych mieszkań z elektrycznymi łazienkami i puchowymi
pierzynami.
Miasteczko, do którego wprowadzili ich Amerykanie, było willową rezydencją
hitlerowskiej elity. Nazywało się Hillersleben. Z jasnych pokojów, do
których wchodzili, wychodzili Niemcy z małymi walizeczkami i ze
spuszczonymi głowami. Jak oni niegdyś. Nata chciałaby doszukać się w sobie
jakichś mocnych uczuć, zemsty, satysfakcji, radości z klęski najgorszego
wroga. Ale jest w niej tylko doskonała obojętność. Nie można umieścić tego
ogromu zła w rozwrzeszczanym blondasku, którego matka siłą wyciąga z małego
łóżeczka. Czuje, że to zło tkwi gdzie indziej i nie ma w sobie ani odrobiny
wiary, że już zostało radykalnie zwalczone.
Wyrzuciła na ulicę wszystkie zawszone łachy, przebrała siebie i Bobusia w
znalezione rzeczy i poszła na szaber.
W miasteczku wrzało. Zaczarowani nagłym ziszczeniem jeszcze wczoraj
beznadziejnych marzeń, podobni do szkieletów lub potwornie opuchli ludzie w
łachmanach krzyczeli, wymachiwali rękami, kręcili się półprzytomnie po
czystych ulicach i ukwieconych klombach, rzucali się na opuszczone
mieszkania i piwnice, które skrzętne niemieckie gospodynie zaopatrzyły we
wszystko na długie lata wojny. Łapali co popadło. Zza wielkich kolorowych
słojów z konfiturami słychać było chłeptanie, mlaskanie, postękiwanie
rozkoszy. Ludzie ciągną walizy, uginają się pod worami zdobytych rzeczy.
- No i jak tam! Dożyliśmy!
- Bierz, co możesz, potem będzie gorzej!
- Co mówisz na to wszystko?
Nata szuka radości w jedzeniu, w kąpieli w "prawdziwej" wannie, w tym, że
umorusany Bobuś w różowym żakieciku wyławia rączkami wielkie wiśnie
ociekające syropem. Jak dzikus dotyka kurków elektrycznej kuchni,
przymierza znalezione suknie, zakręca i odkręca klucz w drzwiach swego
pokoju.
Za oknami śmiech i krzyki. Amerykańscy żołnierze zaczepiają kobiety, łażą
po mieszkaniach z winem i czekoladą, proponują bez zwłoki, aby się z nimi
położyć do łóżka. Właściwie dlaczego nie? Przecież to wszystko jak bajka:
wczoraj koszmar, dno nędzy, dzisiaj - wolność i jutro, które już może być
tylko lepsze. Nata powinna być szczęśliwa, prawda? Jest ociężała, senna,
zmęczona, jest pusta. A kiedyś przecież umiała tak się cieszyć!
Przychodzą Nadzia, Niuta, Elza.
- Taki mały pokój sobie wybrałaś?
- Wyobraź sobie, ja mam mahoniowe meble!
- A ja znalazłam pelerynkę z lisów w szafie!
Przypominają sobie apele, kiedy fioletowe z zimna otulały się zakurzonymi
pledami, i śmieją się z pelerynki z lisów.
- Dosyć już tego wspominania! Myślmy o przyszłości! - krzyczy Elza, w
której szczęście przelewa się przez brzegi.
Myśleć o przyszłości, kiedy tę przyszłość można ująć w ręce? Milczą.
Czy pamiętasz, jak kpiłaś z Piotra, Witolda czy Adasia, że przejmują się
polityką? "Zaolzie jest nasze!". "Nie przepuścimy Sowietów". Ważna była
wtedy krokodylowa torba. Dziś jesteś ofiarą, pozwoliłaś się zatopić fali,
nie próbując nawet budować tamy, żeby ją powstrzymać.
- Czy wy także macie wrażenie jakiejś nierealności tych obecnych chwil?
Czasem mam ochotę się szczypać, czy się nie obudzę - mówi cicho Nata, bo
jej samej wstyd tych dziwnych reakcji.
- Czy wyście powariowały? Przecież świat przed nami stoi otworem. Życie,
takie cudowne! - Elza ma 25 lat, męża, ojca i brata, którzy patrzą w nią
jak w tęczę.
Nata zaczyna pracować w biurze obozu.
- Jaka z ciebie matka, nie rozumiem! Dziecko kręci się cały dzień samo,
żołnierze radzą mu palić papierosy, operuje już pokaźnym zasobem
najwyszukańszych amerykańskich przekleństw, a ty siedzisz przy tej
maszynie, jakby ci bez tego jeść nie dali!
Nata ma wyrzuty sumienia - taka była przesadna i przeczulona - ale wie
jedno: musi pracować, żeby od razu przyzwyczaić się do zarabiania na życie,
a poza tym, żeby nie mieć czasu na myślenie.
Obóz rozrasta się. Jest komendantura, wielkie biuro z kilkudziesięcioma
urzędnikami, kwaterunek, opieka społeczna, szpital, do którego napływa
coraz więcej chorych. Przez obóz przewijają się byli kacetnicy, jeńcy
wojenni, przymusowi robotnicy. Polacy, Rumuni, Rosjanie, Czesi, Francuzi,
Węgrzy. Jest UNRRA, Czerwony Krzyż, rozmaite organizacje z całego świata
przysyłają swoich delegatów, pełno żołnierzy, społeczników, dobroczyńców
najrozmaitszych narodowości. Propaganda taka i siaka. Pytają, dowiadują
się, opowiadają, robią zdjęcia i wywiady do pism. Displaced Persons[1] Center Hillersleben. Wydaje się, że wszystko dla nich - i te biura, i ci dobroczyńcy, i ta propaganda. Displaced persons czują się często jak rodzaj "olbrzymów z mordą
psa" lub inne dziwolągi. W nerwowym pośpiechu starają się wykorzystać
wzbudzone zainteresowanie; obmacują życie jak materiał, z którego trzeba
sobie zrobić nowy płaszcz, a przede wszystkim szukają starych skrawków,
żeby można było dosztukować, dorobić.
Maszynistki wystukują bez przerwy długie spisy displaced persons.
Idą w świat karty, listy, zapytania, krzyki ludzi, którzy chcą znaleźć
swoje miejsce. Wpijają się chciwe, żądne oczy w drobne literki
najprzeróżniejszych nazwisk. Dipisi jeżdżą z miejsca na miejsce, z obozu do
obozu i szukają, studiują listy nazwisk, wypytują ludzi, czekają na
odpowiedzi.
- Nie znasz? Nie wiesz? A może... A przecież...
Bardzo rzadko ktoś krzyknie: "Jest!" i płacze ze szczęścia. Najczęściej nie
ma. Owszem, jakiś daleki kuzyn, nieważny pociotek, znajomy. Zatrzymujesz
się przy nim, często czepiasz się go jak deski ratunku, posyłasz wiadomość,
też dobre, chociaż odrobinę żal, że właśnie tylko czy akuratnie ten-ów.
Krzyczysz przez radio, płaczesz przez gazety: "Gdzie jesteś!?". W końcu
dochodzisz do wniosku, żeś został sam w nowym świecie, z którym dopiero się
musisz poznać.
Nata nawet nie szuka. W gruncie rzeczy od chwili, kiedy Stasio zjawił się
na progu klitki w Alejach - wtedy, w maju 1943 roku - wiedziała, że nikogo
już nie ma, i nigdy nie łudziła się mrzonkami, że może, że kiedyś, że
gdzieś. Owszem, dla porządku, bardziej z poczucia obowiązku niż z
wewnętrznej potrzeby, wysyła listy w nieznane, na które przeważnie nie ma
odpowiedzi, przegląda spisy żyjących, a jakże, pisze je przecież i
przepisuje dla tych, którzy się jeszcze łudzą. Ot wyczytała: uratował się
adwokat X, bardzo przyjemnie. Jest mąż cioci Reny - dobrze, że chociaż on.
Ale prawdę mówiąc, nie obchodzi jej specjalnie to, że oni żyją, i myśli, że
także ich niewiele obejdzie, że ona z Bobusiem przeżyli tę wojnę. Stale
stoją jej przed oczyma te nienapisane, te przeogromne listy tych, których
już nie ma.
Displaced persons
starają się korzystać z tego nowego życia, ile tylko można. Objadają się,
kąpią w basenie, spacery, przyjęcia, życie towarzyskie, erotyczne i
seksualne w pełnym rozwoju. Ludzie się łączą, rozchodzą, widać kobiety w
ciąży.
Nata urządziła przyjęcie na urodziny Bobusia, było może 40 osób, kumy
porobiły jej torty ze świeczkami, łotewski muzyk grał na harmonii. Pierwsze
urodziny Bobusia na wolności!
Wygląd ich poprawia się z godziny na godzinę. Zdarza się, że Nata rano
ubiera się w sukienkę, którą wieczorem trzeba rozcinać, bo za ciasna.
Czyściutcy Niemcy sprzątają ulice, przenoszą meble; różowe Niemki podają do
stołu w kantynie urzędniczej. Ma się z tego pewną satysfakcję - dzięki
Bogu, że się dożyło takiej chwili, szkoda tylko, że nie wszyscy! - ale
wewnętrznie nie czuje się zaspokojenia. Zdarzają się sporadyczne wypadki
krwawej zemsty: ci z obozów zabijają, podpalają, rabują u Niemców. Naprawdę
stosunkowo bardzo rzadko. Amerykanie stosują wobec nich surowe kary, sądy
doraźne, nawet karę śmierci. Amerykanie są łagodni, nie mają w sobie
nienawiści do Niemców, nie wierzą opowiadaniom. Niemki są o tyle
łatwiejsze, bez tragedii stwarzają atmosferę domów-home'ów, za
którymi Amerykanie tęsknią. Nawet mężczyźni, Niemcy, o ile przyjemniej z
nimi rozmawiać, usłużni, zgodliwi, posłuszni. No, byli wrogami, owszem, ale
ci displaced persons to jednak ciężki element. Tak uważają
Amerykanie.
Nie, nie ma w nich zaspokojenia tych wszystkich marzeń, może okrutnych,
może niemożliwych, ale którymi karmili się przez tyle lat głodu, bólów,
męki. Zmiany, które zaszły, są rzeczywiście fantastyczne, ale to nie to,
czego się spodziewali w swojej chorobliwie pobudzonej wyobraźni, dzięki
czemu tyle znieśli. Nie zdają sobie nawet sprawy dlaczego - przecież
pozornie wszystko mają! - ale ciągle im czegoś brakuje, niepokój wewnętrzny
wzrasta, dręczy uczucie niedosytu, roztrzęsione nerwy w zetknięciu z
normalnym życiem kruszą się jak przepalony papier. Po krótkich chwilach
dzikiego napięcia człowiek czuje się, jakby stale dostawał przez łeb.
Ludzie są zmęczeni ogromnym zmęczeniem, które dopiero teraz wyłazi z kości.
Mówią: "Dosyć już przecierpiałem, teraz należy mi się samo dobre", ale
bardzo niewielu wie, jak to dobre wygląda i gdzie się mieści.
Nata nie ma pretensji do szczęścia, przeciwnie, tak jak kiedyś - jej
kompleks "pierścienia Polikratesa" - a nawet bardziej, boi się wszelkiego
"za dobrze", obawia się panicznie upadków. Może dlatego nie ma w niej dążeń
wzwyż, ambicji czy żądzy walki. Jest jej właściwie wszystko jedno, jak się
życie potoczy.
Wobec tego, że i dzisiaj, i jutro są takie niewyraźne, że człowiek czuje
się w tym dziś i jutrze zgubiony i niepewny, wraca się z pewną sadystyczną
przyjemnością do wczoraj i do przedwczoraj. Przychodzą do Naty często
chłopcy z kacetów, prości chłopcy - fryzjer, ślusarz, stolarz - i
opowiadają bez końca o tym, co było; o swoich przeżyciach. Pokazują Nacie
swoje pamiętniki, pisane niewprawną ręką, rojące się od błędów
ortograficznych i językowych. Przynoszą jej świeże wiśnie kradzione z
niemieckich sadów, ubranka dla Bobusia, prawdopodobnie z równie nieczystych
źródeł. Raz zaofiarowali jej z triumfem maszynę do pisania: "Pani to
potrzebne, to dla pani jak dla nas ręce". Bardzo są wdzięczni za to, że
mogą komuś opowiadać, kto rozumie, że ktoś chce ich słuchać.
Wspólnota między ludźmi, zawiązana w obozie, rozpadła się właściwie już
pierwszego dnia po wyswobodzeniu. Każdy szuka własnych dróg i dróżek; los,
który był do tej pory jeden, rozbił się na tyle ułamków, ilu było ludzi.
Nata poddaje się fali niosącej tych, którzy pozostali samotni i nie umieją
czy nie wiedzą, jak kształtować los. Nie chce jej się jeszcze "usiąść", nie
wyobraża sobie, że starczy jej cierpliwości na prowadzenie normalnego życia
normalnych ludzi. Myśli, że w nawale wrażeń, przygód, innych miejsc i ludzi
zgubi niepokoje i samotność, która jej coraz bardziej ciąży. Toteż jak
busoli uczepiła się przyjaznej depeszy od jakiegoś krewnego z Palestyny,
pierwszego znaku, że ktoś jej szuka, że ktoś o niej pamięta! - i
postanowiła udać się na bezpłatną wycieczkę światoznawczą urządzaną przez
"ciocię UNRRA". Ruszyła w świat z Bobusiem i kilkoma worami nic niewartych
ciuchów. Ruszyli w świat i inni, gnani tym samym niepokojem.
Zmieniano im z 15 razy obozy DP - co drugi, trzeci dzień zwijali
graty, z auta na auto i w drogę; z pryczy na pryczę, z miejsca na miejsce,
pętają się o trochę masła dla dzieci, o ciepłą odzież, o pracę, o pomoc w
odbudowaniu sobie egzystencji. Przyjeżdżają paniusie z brylantami i rozdają
mydła, puszki, tabliczki czekolady. Ludzie drą się o mydła, puszki,
tabliczki czekolady. Zaczyna im to wchodzić w krew w tym nowym pięknym
życiu. Odsyłają ich z biura do biura; rejestracje, kwitki, stempelki,
biurka, a za biurkami ludzie, którzy powoli przestają być ciekawi, dla
których zaczynają stanowić pewien uciążliwy balast, niepotrzebne memento.
"Przepraszamy, że żyjemy", "Podróż do kresu nocy", "Lepiej było zginąć
razem ze wszystkimi", "Takieśmy plany roili i cóż" - dogadują sobie po
całodziennych wędrówkach. Kina, teatry, książki nie bawią ich. Za słabe.
Potrzebują silniejszych wrażeń. Na zewnątrz krzyczą, śmieją się, kpią ze
świata i ludzi, są często bezczelni i cyniczni. Ale smutno im, że są inni,
że jest im inaczej. To, co było, tkwi w nich jak obce ciało, którego
chcieliby się pozbyć. Nie można, uwiera, daje o sobie znać w najbardziej
nieoczekiwanych momentach. Jak chory nie może wytłumaczyć zdrowemu swego
bólu, tak im trudno znaleźć wspólny język z ludźmi nieokaleczonymi.
Wyrzuceni z przeszłości bez woli i winy, śmignięci procą wypadków jak
strzały, wbrew wszelkiej logice i prawom natury nie dotarli do celu, nie
utkwili w teraźniejszości. Zawiśli w powietrzu i ważą się jak zranione
ptaki, którym zabrano gniazdo, a które nie znajdują w sobie dość siły na
uwicie drugiego.
- To cud, żeście się zdołali uratować! - mówią ci, którzy nie przeżyli tego
co oni.
Nadzwyczajne! Niebywałe! W tej czułości jest trochę niewiary, braku
zaufania (...że właściwie jak?), są ciekawi, "na wszystko przygotowani", a
jak się zaczyna opowiadać, szybko przerywają, bo właśnie podano do stołu. Z
delikatności, oczywiście, żeby nie rozdrapywać ich ran. A także żeby nie
naruszać swego własnego systemu nerwowego.
- Czy to prawda, że was Niemcy stale gwałcili? - Oto było jedno z
pierwszych pytań jakiegoś dobrego znajomego, który o wojnie czytał z
dreszczykiem emocji przy kawie ze śmietanką.
- To robi bardzo przykre wrażenie, że taka Nadzia, która straciła przecież
dziecko i całą rodzinę, przesiaduje w cukierniach umalowana i roześmiana.
Ja bym tak nie mogła! - Krzywi się z niesmakiem pani, która na tej ich
wojnie dorobiła się wielkiego majątku. Pani wolałaby, żeby Nadzia chodziła
naga i bosa, bo wtedy pani mogłaby jej podarować parę przetartych pantofli
i czule westchnąć nad swoim własnym współczuciem.
Nie wiedzieli, co to był "kocioł"[2] i Umschlagplatz; zachlapana łazienka i
mahoniowy kredens to były wciąż problemy, kobiety "stamtąd" traktowali jak
k..., a mężczyzn jak podejrzane typy. No bo jak to się stało, że akuratnie
oni uratowali się, kiedy tylu innych zginęło, i ciocia Mania, i Zygmunt, i
taki dzielny Leon.
Ludzie z obozów popełniają samobójstwa. Jedno, drugie, trzecie.
Twardnieją. Uczą się lizać swoje rany w samotności albo między sobą, stroją
się trochę dumnie w maskę niezrozumianych, wracają chętnie do przeszłości,
bo uważają, że ta przeszłość przez swój tragizm wywyższa ich,
usprawiedliwia dzisiejsze żądania, wybryki, dziwactwa. Zalewają redakcje
pamiętnikami, bo duszą się i muszą wypluć z siebie to, co ich gnębi. Garną
się do krzywdy i cierpienia, nie lubią sytych i szczęśliwych. Żyją
korzeniami do góry, trudno im wrosnąć w życie. Niektórzy pokochali walkę ze
złem, które ich złamało. Tym jest najlepiej, bo odzyskali wiarę.
- Musicie wiedzieć o tym, co było i jak było! Musicie wiedzieć, żeby
chociaż trochę nas zrozumieć! - krzyczy zbuntowana Nata do znanej
działaczki społecznej.
- Te tematy są już nieaktualne. Ludzie nie chcą tego czytać. Mamy tyle
świeżych sensacji - odpowiadają redaktorzy, zwracając rękopisy wojennych
pamiętników. Displaced persons to już nieaktualny temat.
Bobuś kłamie, że jego ojciec jest generałem i znajduje się w niewoli w
Ameryce. Chwali się przed kolegami, że jego babcia umarła z głodu na
Umschlagu. Dokazuje za trzech, dobrze się uczy, czasem ma napady histerii.
Nata zaczyna znajdować cel i przyjemność w pracy, powoli, ale stale
dokopuje się nowych dróg, otwierają jej się oczy na mechanizm tragedii,
którą przeżyła wraz z innymi. Flirtuje, lubi na ogół życie, jest wesoła i
rozgadana. Rzadko tylko pozwala sobie na luksus tęsknot. Wracają wtedy do
życia ludzie dobrzy, źli, głupi, mądrzy, których kochała i których
wszystkie skazy znikły w ogniu męczeństwa. Wtedy dziś staje się blade,
zbyteczne, pokryte mgłą nierealności. Wtedy Nata jest śmiertelnie, do
szpiku kości zmęczona.
W takie dni zamyka się w sobie jak ślimak, a przed oczyma płynie kolorowy
film najnieprawdopodobniejszych zdarzeń z nią samą w roli bohaterki. Często
nie rozpoznaje siebie w obcej kobiecie o specyficznym podejściu do
wszystkich spraw. Nie rozumie jej dzisiaj, jak nie rozumie już i wielu
innych, których życiem żyła i z którymi razem cierpiała.
Upływa czas i kolorowy film blednie, zasnuwa się mgłą. Nata wie jedno: to
zły film, koszmarny, to tragiczny film, ale każdy go musi zobaczyć i
zrozumieć. Bo nie może się więcej powtórzyć.