ROZDZIAŁ TRZECI
PRZECZUCIE
Kraków, rok 1500
Zygmunt zostawia świtę na dziedzińcu zamku i każe się prowadzić do króla. Szef straży, bo ku zaskoczeniu gościa nikt inny go nie wita, zapewnia, że zostanie podjęty smakowitą wieczerzą, natychmiast też przydzielą mu wygodną komnatę. Ani słowa o spotkaniu z jego królewskim majestatem! Książę dostrzega, że prowadzący go rycerz jest zmieszany, z trudem powstrzymuje sapanie, znak, że szedł w pośpiechu i z daleka. To potężny, ciemnooki mężczyzna, ale i Zygmuntowi nie brakuje wzrostu ani fizycznej tężyzny. Jagiellończyk nie zważa na strażnika, nie analizuje zmieniającego się wyrazu jego twarzy, tylko zdecydowanym krokiem kieruje się ku prywatnym apartamentom Jana Olbrachta. Krok ma ciężki, świadczący o zmęczeniu. Nie podoba mu się to, co widzi - osmolone niegdysiejszym pożarem ściany bocznego korytarza, dawno nieremontowane wnętrza części paradnej, zapach spalenizny, służba snująca się bez ładu i składu. Inaczej to wszystko zapamiętał.
- Precz, psie - warczy, uderzeniem dłoni odpychając zastępującego mu drogę członka przybocznej straży króla.
Słyszy dźwięk przygrywającej kapeli, znak, że Jan Olbracht wypoczywa, nie wyobraża sobie więc, by mógł odejść z kwitkiem. Rozgląda się wokoło dzikim wzrokiem. Jego łagodna zwykle twarz zmienia się nie do poznania. W oczach odbijają się pochodnie przyświecające orszakowi, na którego czele idzie. Naraz uświadamia sobie to, czego powinien być świadomy od początku, że lada moment miecze, które trzyma w dłoniach gwardia przyboczna monarchy, mogą się zwrócić przeciwko niemu.
Warga szefa straży unosi się nieznacznie w górę, odsłaniając zęby, mężczyzna odstępuje od Zygmunta, jakby chciał zrobić miejsce na gwałtowny zamach, i uśmiecha się fałszywie.
- Wasza miłość... - zaczyna złowrogo.
- Prowadź mnie do króla, chłystku! - krzyczy Zygmunt. Głos charcze mu w krtani, dłonie lekko wilgotnieją.
Inaczej to sobie wyobrażał. Na miły Bóg, stawił się na wzgórze wawelskie w pokojowych zamiarach!
Drzwi królewskiej komnaty otwierają się nagle i wytacza się z niej czterech kompletnie pijanych mężczyzn. Zygmunt żadnego nie rozpoznaje. Ubrani są w aksamitne, podbite futrem dublety. Na piersiach rozchełstani niemal do gołego ciała, zaśmiewają się z czegoś, w najmniejszym stopniu nie zwracając uwagi na to, co się wokół dzieje. Najwyższy z nich ledwie trzyma się na nogach, a mimo to nie przestaje bełkotać. Książę wykorzystuje chwilową dekoncentrację straży i jednym susem wskakuje do komnaty króla. W tej samej chwili uświadamia sobie, że jest to najgorsze, co mógł uczynić, i wcale nie ze względu na wściekłą gwardię przyboczną, widzi oto bowiem półnagiego Jana Olbrachta w otoczeniu równie roznegliżowanych trzech kobiet i zupełnie nie wie, jak się zachować: wyjść bez słowa prosto w łapy rozsierdzonej straży, udać, że nie dostrzega niczego dziwnego, i wygłosić zwyczajowe powitanie, czy paść bratu w ramiona. Pojęcia nie ma zresztą, czy brat ucieszył się na jego widok.
Zapada cisza niczym przed walną bitwą - pełna dziwnego napięcia, ponieważ mężczyzna, któremu przerwano biesiadę, jest przecież królem. Wreszcie Olbracht odzyskuje kontenans, a jego wargi rozchylają się nieznacznie w szczerym, rozbawionym uśmiechu. Zęby ma wilgotne od wina, które dopiero co przełknął. Daje znak dłonią, by kobiety wyszły, więc chichocząc, opuszczają komnatę. Jedna z nich posyła Zygmuntowi zmysłowy uśmiech i wybiega za towarzyszkami, pozostawiając za sobą smugę ładnego zapachu. Zygmunt z trudem zbiera myśli, co Jan Olbracht chyba zauważył, bo jest jeszcze bardziej rozbawiony. Nie ulega wątpliwości, że jest pijany, wyraźnie jednak niespodziewane pojawienie się młodszego brata w dużym stopniu go otrzeźwiło. Patrzy teraz spode łba, pewien potępienia.
- Nie powitasz swego króla? - drwi, gestem nakazując straży pozostawienie go z bratem sam na sam.
Zygmunt milczy, rozgląda się po wnętrzu. Komnata zaciera niemiłe wrażenie, że zamek na Wawelu się rozpada i gnije od środka. Ogień na palenisku strzela wysoko, obejmuje wielkie, grube kłody drewna, dając dużo ciepła. Dopiero teraz książę widzi krzątającego się przy kominku karła. Mężczyzna stara się sprawić jak najszybciej, dokłada drew do ognia i znika za kotarą. Włoskie meble świadczą o statusie władcy, poduchy, na których chwilę wcześniej wylegiwały się dziewki, pokryte są kosztowną materią, haftowane srebrem. Pachnie winem i skórami zwierząt.
Olbracht mocuje się z zapięciem kubraka, wreszcie jednak - wokół jest gorąco - rezygnuje z próby uporządkowania garderoby, dochodzi bowiem do wniosku, że młodszy brat widział w życiu niejedno, on tymczasem jest monarchą, któremu wolno absolutnie wszystko, w każdym razie chce w to wierzyć. Czuje tępy, pulsujący ból głowy. Miał nadzieję, że rozgoni go trunkiem i uciechami. Mrowienie w lędźwiach, wywołane pieszczotami kobiet, jeszcze nie minęło, niezadowolenie, że żadnej nie posiądzie, także nie. Dociera do niego, że do komnaty króla nie godzi się wchodzić w ten sposób, jak to przed momentem uczynił gość, tyle że nim pozwoli sobie na gniew, uświadamia sobie, że to tylko Zygmunt, jego młodszy brat, nieszczęsny książę bez ziemi, jak go nazywają bracia, właściwie nikt.
- Witaj, książę - szydzi. Olbracht ma szczerą twarz i wielkie, piwne oczy. Śmieją się spod gęstych brwi. Głowa osadzona na krótkiej, mocnej szyi cały czas jest przechylona w prawo. - Słucham, co było na tyle pilne, żeby wdzierać się do prywatnych pomieszczeń króla.
- Brata - dopowiada Zygmunt.
Jest wyższy od króla, ma takie same piwne oczy, tylko brwi nad nimi tworzą bardziej regularne łuki, usta zaś są jak namalowane ręką wprawnego mistrza, w kształcie niemal kobiece. Włosy obu braci leżą na ramionach, opadając na nie miękkimi puklami. Zwłaszcza po Zygmuncie widać, że je układały zręczne ręce.
- To miłe - mruczy Olbracht dobrotliwie - bracie... mój. Słucham więc.
Z niewiadomego względu nadal stoją, mierząc się spojrzeniem. Olbracht czuje nieznaczne zawroty głowy, kładzie je na karb wypitego wina. Spoconą dłonią sięga do grzywki i rozsuwa ją na boki. Gniewnym prychnięciem kwituje przedłużające się milczenie Zygmunta.
- Uradziliście, że dostanę księstwo głogowskie i opawskie - zaczyna książę, ale Olbracht mu przerywa.
- Nie mam z tym nic wspólnego - obrusza się i jest w tym po dziecinnemu szczery, gdyż to prawda. Jak długo się dało, wymigiwał się od odpowiedzialności za Zygmunta, który nie posiada własnych dochodów. - To pomysł Władysława, ale najwyraźniej, sądząc z twojego zadowolenia - pozwala sobie na kpinę - nasz starszy brat nie spieszy się ze spełnieniem obietnicy. Nie martw się, z natury jest powolny.
- Gdybym był królem, nie pozwoliłbym...
- Nie wiesz, co byś zrobił, będąc królem! - wybucha Olbracht.
Stoi pochylony nad stołem z cierpiętniczym wyrazem twarzy. Zygmunt prostuje się dumnie.
- Byłbym uczciwy, jak przystało na chrześcijańskiego władcę - wypowiada z dumą.
- A więc byłbyś durniem - kwituje Olbracht. - Bo choćbyś wydarł sobie serce z piersi, nie zadowolisz wszystkich.
- Może jednak należałoby się postarać?
- Twierdzisz, że król nie dba o swoich poddanych? - zżyma się Olbracht, tracąc cierpliwość, zły, że nie panuje nad staranną wymową poszczególnych słów. Często miewa wrażenie, że upija się wyłącznie jego ciało, umysł pozostaje trzeźwy, ale przyjmuje do wiadomości, że to złuda, jedna z wielu w jego życiu.
Jan Olbracht jest błyskotliwy, dlatego właśnie bracia mu zazdroszczą. Tak uważa. Najzdolniejszy wśród rodzeństwa, ulubieniec ojca, zawsze rwał się do walki, ale i nauki nie zaniedbywał. Był po prostu wyjątkowy, właściwie od dzieciństwa wszyscy wiedzieli, że zostanie królem. Do dzisiejszego dnia czuje niesmak na wspomnienie szaleństwa, z jakim walczył z bratem Władysławem o Węgry. Dopiero matka ich powstrzymała, matka, której zawdzięczali wszystko - mała, drobna, niepokaźna kobieta wielkiego ducha, krewna samego cesarza, jak mówiono z nabożną czcią. Olbracht ma podstawy do dumy, krew Elżbiety Habsburżanki krąży przecież w jego żyłach. Dziwne, lecz ilekroć rozmyśla o dziedzictwie krwi, nie zastanawia się nad braćmi, którzy mają równe prawa i jednakowe dziedzictwo dźwigają na barkach.
- Dbasz o rozkosze swego ciała.
- Rzekł to książę Zygmunt - ryczy śmiechem Olbracht - ojciec nieślubnego syna. Gratuluję ci poczucia humoru.
- W wielu zakątkach świata naturalizowane dzieci uznaje się za legalnych spadkobierców.
- Nie jesteśmy zakątkiem, Polska leży w centrum świata - oświadcza król, siadając na poduchach przy kominku i okręcając się tureckim, wiśniowym pledem.
- Zazdrościsz mi dziedzica - kompromituje się tymczasem Zygmunt.
Olbracht nawet nie odczuwa potrzeby karcenia brata, uważa, że pozostał on rozpieszczonym dzieckiem, zawsze ten sam mały Zygmunt. Plotkowano, że gdy książę Zygmunt opuszcza Budę, w ślad za nim jedzie rządca z worami korzeni i pieprzu, szafranu, cynamonu i kaparów, nie mówiąc o cukrze z trzciny cukrowej. Oczywiście, wszyscy możni potrzebują przypraw i lubią sobie dogadzać, rzecz nie w tym, lecz w naturze Zygmunta, który musi mieć to wszystko na wyciągnięcie ręki, jakby ani chwili nie był w stanie obyć się bez zbytku. I te różane wianki na głowie, ufryzowane włosy i wystudiowane pozy albo ubrania na zachodnią modłę. Za dużo tego, za krzykliwe to jest i kompletnie niepotrzebne. Nic dziwnego, że bracia nie kwapią się do pomagania komuś, kto gotów przeznaczyć ich pieniądze na dbanie o swój wygląd i wygodne życie.
- Jestem zazdrosny - przytakuje Olbracht, ocknąwszy się z zamyślenia, i wyciąga dłoń po kielich wina. Chwieje się przy tym niebezpiecznie. - Najbardziej o to, że za nic nie odpowiadasz i że ta sytuacja nigdy nie ulegnie zmianie.
Powiedziawszy to, z miejsca żałuje wymierzonej w brata złośliwości. Zna wrażliwość Zygmunta, wie, że wszystko bierze sobie do serca, najbardziej krytykę.
Przestają się do siebie odzywać.
- Źle się czuję. - Olbracht przerywa wreszcie nieznośną ciszę i przychodzi mu na myśl, że ciężko być bratem kolejnych władców, samemu nie mając nic albo mając niewiele. Ich rodzice wychowali synów na monarchów, gdyż tak się godziło, niemniej los Zygmunta jest okrutny, bo niczego znaczącego w życiu nie osiągnie. Prawdopodobnie nie jest w stanie nawet sobie tego wyobrazić. - Wprawdzie źle się czuję, nie na tyle jednak, żebyś leciał do Krakowa na złamanie karku. Co słychać na Węgrzech? Nasz brat całkiem zniedołężniał? - Olbracht uśmiecha się do siebie, ponieważ wspomnienie Władysława zwykle wywołuje uśmiech. Jaki jest Władysław? Jest po prostu dobry, w tym słowie mieści się cała jego charakterystyka. - Owszem, trochę ci zazdroszczę Czeszki Katarzyny - przyznaje złośliwie. - Mówi się, że to prawdziwa piękność.
Zygmunt wzdryga się. Zaledwie trzy lata wstecz w Budzie, gdzie ostatnio mieszka, spędzał wieczór w towarzystwie sporego towarzystwa, w tym wielu dworzan matki. Pamięta, że słuchali ruskiej pieśni w wykonaniu Czuryłły, kiedy jego wzrok napotkał spojrzenie ciemnowłosej, młodej dziewczyny. Urzekła go, nie umiał tego ukryć. Wodził za nią wzrokiem, nic więc dziwnego, że pół dworu to zauważyło, mniejsza zresztą o to, w głębi serca gardził pospólstwem i tym, co o nim myśli. Natychmiast się dowiedział, kim jest piękność, której taniec doprowadzał go do szaleństwa. Ucichły flety, usłyszał dźwięki harfy, po czym melodię przejęła lutnia, a po chwili zaczęły się szalone chłopskie czardasze. Nie przyłączył się, chciał obserwować. Dworzanie skakali z ogniem w oczach, a wśród nich ona - odsłaniająca łydki, zapamiętana w pląsach skończona piękność. Później jeden z błaznów zaczął zabawiać go pokazami tańczących psów, a ponieważ zasłaniał dziewczynę, która skradła mu serce, więc Zygmunt wcisnął mu w dłoń dukata i odprawił. Wieczorem, gdy wychodził z sali, serce mu waliło, był oszołomiony, chociaż nie pił wina. Kompan szepnął Zygmuntowi na ucho, że jeszcze tej nocy przyprowadzą mu ją do sypialni, tę, o której marzył, ledwie się zjawiła w jego życiu. Kim jest? Nikim, powiedziano. Ma na imię Katarzyna, zwą ją Telniczanka.
Trzy minione lata wydają się Zygmuntowi najpiękniejszym okresem jego dotychczasowego życia, dlatego lekceważący ton Olbrachta, gdy wspomniał słynną urodę Katarzyny, uraził księcia. Mowa o matce jego syna!
- Przyjechałem prosić cię o wsparcie, bracie - zdenerwowany zmienia temat rozmowy. - Mam trzydzieści cztery lata i wciąż jestem nikim.
Możliwe, że powinien ująć to, co go boli, w sposób bardziej dyplomatyczny, ale szkoda mu czasu, wierzy też, że pomiędzy braćmi winny panować bezwzględna szczerość i zaufanie.
- Nie nasza wina, że jesteś pechowcem - stwierdza Olbracht, nie zważając na zdenerwowanie brata. Czy ich matka Elżbieta, córka króla i wnuczka cesarza, nie próbowała zapewnić najmłodszemu z synów sukcesji na tronie austriackim? Nic z tego nie wyszło, mimo jej rozległych wpływów. Aleksander nie znalazł piędzi ziemi na Litwie, którą mógłby podarować bratu. A Mołdawia? Czy podczas wyprawy bukowińskiej jednym z planów nie była chęć osadzenia Zygmunta na tronie mołdawskim? Olbracht był przekonany, że sromotną przegraną zawdzięczał pechowi młodszego brata. Jakiego wsparcia Zygmunt oczekuje? W co go pragnie wplątać? - Masz już ziemie - burczy ugodowo, doszedłszy do wniosku, że Zygmunt jest zbyt prostolinijny na jakiekolwiek matactwa. - Znasz Władysława, wiesz, że dotrzyma raz danego słowa.
- Dobrze ci tu?
Pytanie zbija Olbrachta z tropu. Siedzi wprost na podłodze, ledwie ze dwa metry od kominka, w którym huczy ogień, i smętnie weń patrzy. Jego szeroka, przystojna twarz ma barwę skaczących w palenisku płomieni, oczy błyszczą chorobliwie. Olbracht naprawdę źle się czuje, lecz roztkliwianie się nad słabościami nie leży w jego zwyczaju. Jest monarchą, godniej jest paść trupem w połowie drogi do tronu, niż dotrzeć do niego, wsparty na czyimś ramieniu. Kręci mu się w głowie, czuje słabość.
- Nie rozumiem pytania - zaczyna powoli, dbając, by Zygmunt nie dostrzegł wysiłku, z jakim mówi - a i po prawdzie nie chce mi się nad nim zastanawiać. Noc za oknem. Poszedłbyś spać, ranek mądrzejszy od wieczora.
- Tak ci pilno do dziewek? - chichocze Zygmunt, nieświadomy, do jakiego stopnia rani brata, gdyż Olbracht tym razem, ten jeden raz, jeden jedyny raz naprawdę pragnie tylko ciszy... i spokoju. I miłości brata. Wie, że nie istnieje miłość pomiędzy pretendentami do tego samego tronu, niemniej zaklina chwilę, udając, że wierzy w możliwość głębokiej więzi z Zygmuntem.
- Nie twoja rzecz - odzywa się bez złości.
Zygmunt zwraca twarz ku Olbrachtowi. Jest rozpalona żarem bijącym od kominka, ale nawykł do tego. Mężczyzna poprawia grzywkę, przyciętą tuż nad brwiami, nerwowym ruchem rozrzuca ją na boki, jakby zbędnymi czynnościami chciał zyskać na czasie, bo oto niespodziewanie dociera do niego, że rozmowa nie ma sensu, żyją w różnych światach, Olbracht jako król wielkiego państwa, on zaś jako jego brat bez ziemi. Kim się stał dla monarchy, jeśli nie irytującym wyrzutem sumienia, przy czym słowo wyrzut jest być może mocno przesadzone?
- Co się dzieje? - pyta Zygmunt. - Co się z tobą stało po wyprawie mołdawskiej? - Książę pochyla się ku królewskiemu bratu z troską, która upokarza, z czego jednak nie zdaje sobie sprawy. - Mogłeś tę wojnę wygrać... to nie była klęska.
- Milcz!
Zygmunt mógłby poinformować Olbrachta, że przybył do Krakowa, bo jest zmartwiony plotkami o postępującej, tajemniczej chorobie brata albo że Telniczanka mu się przejadła i szuka samotności, prawda jest jednak taka, że po prostu martwi się o króla, a że akurat urodziła mu się córka i chwilowo musiał zrezygnować z pieszczot kochanki, uznał to za świetny pretekst, żeby go odwiedzić. Rzecz w tym, niestety, że nim przybył na Wawel, miał już całą głowę pretensji do świata - w tym i do Jana Olbrachta - głównie o to, że nie układa mu się w życiu.
Nagle do Zygmunta dociera, że księstwa, które zapewne lada moment otrzyma na własność, dadzą mu okazję do wykazania się przed braćmi licznymi talentami, i to poprawia mu humor. Olbracht sprawia wrażenie wykończonego, jakby przez godzinę uciekał przed wrogiem. Skórę ma pokrytą kropelkami potu.
- Co zrobisz z faktem, że cesarz zabronił wielkiemu mistrzowi krzyżackiemu składać ci przysięgę?
Obaj myślą, że sytuacja jest skomplikowana i cokolwiek gdziekolwiek czynią, uderzają we własną rodzinę, co wynika z bezlitosnego faktu, że w obrębie każdej dynastii, zawłaszczającej trony wielu państw, chcąc nie chcąc rodzą się wewnętrzne konflikty. Ich siostra Barbara jest bratową Fryderyka, wielkiego mistrza zakonu krzyżackiego.
- Pytasz, co zrobię z tym przeklętym szczurem, który chowa się przede mną? - śmieje się Olbracht, czując, że mija chwilowa słabość. - Przyjdzie do mnie na kolanach, błagając, bym go przyjął.
- Chodzą słuchy, że zakon sięgnie po Prusy Królewskie.
- Zapewniam cię, że własnoręcznie odrąbię wielkiemu mistrzowi obie ręce.
Olbracht kocha wyprawy wojenne. Wstaje energicznie i zaciera dłonie, przepełniony niewymowną słodyczą na samą myśl, że znowu ruszy w bój, przy czym tym razem przekona cały świat, że jest wielkim wodzem.
- Książęta Rzeszy nie poprą Krzyżaków - mówi, lejąc wino, a że pamięta, iż Zygmunt nie pije, nie proponuje mu kielicha. - Zbieram pospolite ruszenie. - Król milknie nagle. - Czas na ciebie... król ma ważne sprawy.
- Powiedz mi tylko...
- Powiedziałem precz!!! Jutro cię przyjmę - kończy Olbracht cicho.
Dopiero po wyjściu Zygmunta siada ciężko na jednym z krzeseł i głęboko oddycha. Ma mroczki przed oczami. Dawno temu, podczas lekcji z Długoszem, dowiedział się, że bohaterowie nie czują bólu. Do dzisiejszego dnia zastanawia się, czy to był żart. Możliwe, gdyż broda mistrza Długosza trzęsła się lekko, a policzki drżały, ale nawet jeśli nauczyciel kłamał, Olbracht wziął to sobie do serca. Nie potrafi powstrzymać cierpienia, na pewno jednak umie je maskować.
Król sięga po kielich z winem i opróżnia go do dna, po czym z ulgą, bo ból minął, odstawia naczynie i zamyśla się. Wydaje mu się, że nigdy więcej nie ujrzy Zygmunta, co jest absurdem, skoro książę nie wyjechał, tylko opuścił go na kilka godzin.
Przez uchylone drzwi wślizguje się służący, patrzy na Olbrachta pytająco.
- Jutro rano przyjmę księcia Zygmunta. Każ przełożyć spotkanie z posłem krzyżackim na inny dzień - mówi król.
Dwudziestolatek w szerokich spodniach na turecką modłę nie kryje zdziwienia, nie śmie jednak się odzywać. Olbracht zauważa to.
- Nie wykręcaj gęby - nakazuje. - Gadaj prosto z mostu, co ci chodzi po głowie.
- Książę Zygmunt dał rozkaz do odjazdu, nie rozumiem więc, jak wasza miłość chce się z nim rankiem spotkać.
- Opuścił zamek, żeby zademonstrować swoją niezależność - prycha Olbracht. - Zapewne wynajął w Krakowie kamienicę.
- Wyraźnie rzekł, że wraca do Budy.
- Durnyś, psie!
- Zgodnie z wolą waszej wysokości.
Olbracht staje naprzeciwko okna i ponurym wzrokiem spogląda przed siebie. Noc jest ciemna, gęsto skłębione chmury zasłaniają księżyc. Wzdłuż dziedzińca chodzą straże, światła ich pochodni przesuwają się powoli, oświetlając coraz to inny krąg ziemi. Król nie ma wątpliwości, że brat drwi z przegranej jego wojsk w Mołdawii, że uważa go za nieudacznika i mężczyznę nad miarę folgującego zmysłom. Po pierwsze... co innego warte jest zachodu? A po drugie... czym się od Olbrachta różni prawdziwy chrześcijański władca, o jakim do znudzenia lubi rozprawiać Zygmunt? Brednie... niewarte zachodu. Olbracht jest prawdziwym chrześcijańskim władcą!
Coś migocze w oddali. Władca wytęża wzrok, ale przez otaczającą zamek jasną poświatę trudno jest cokolwiek dostrzec. Kraków się rozrasta.
Kolejny raz ogarnia go lęk, że widział brata po raz ostatni, zaraz jednak myśli, że gdyby każde jego przeczucie się spełniało, byłby największym nieudacznikiem, pechowcem i byłym królem.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
PEŁNY SPIS TREŚCI:
CZĘŚĆ PIERWSZA