Booktoker - Irmina Maria

Reflow text when sidebars are open.
LuKa, rok 2025
- Jestem ci winien jedno: wyjaśnienie. Wieeem, że cię zaskoczyłem... - powiedział przeciągle LuKa, influencer, booktoker i młody autor.
Obok niego leżał dzwoniący telefon. Nieznany numer spowodował wzrost napięcia odczuwalnego w barkach i skroniach, jednak LuKa zignorował sygnał.
- Nie tego się spodziewałaś. Chciałaś poznać prawdę. Zobaczyć, kim jest LuKa. A tu twist lepszy niż w książce. Ale po kolei... w końcu chodzi o WYJAŚNIENIE.
Chłopak oparł się wygodnie o regulowane krzesło i splótł ręce na piersi. Powietrze wpuszczał i wypuszczał przez rozszerzające się i kurczące nozdrza. Robił to zachłannie, jakby nagle zabrakło mu tlenu.
- Trzy dni temu nadawałem na żywo z domowego studia, prowadząc specjalny odcinek podcastu Crazy Writer razem z moim literackim idolem Stephnenem Kingiem! Wciąż nie mogę w to uwierzyć! Jaaaa rozmawiałem ze znanym pisarzem! Ja! Pokochałem wszystkie jego książki. Carrie przeczytałem ze trzydzieści razy! W Zielonej mili zrobiłem więcej adnotacji niż w jakichkolwiek innych książkach. A Misery uznałem za najciekawszą historię wszechświata i być może dzięki niej zaświtała mi myśl, by w przyszłości zostać pisarzem.
Podrapał kompulsywnie łydki. Miał wrażenie, że w jego nogach jest pełno gryzących, uciążliwych mrówek.
- Jeszcze długo trzęsły mi się ręce, a radość rozpierała od środka, jakby chciała rozerwać moje ciało na drobne kawałki, a potem rozwiać je po świecie, zostawiając na każdym rogu szczyptę szczęścia. Mojego szczęścia. Jak wiesz, dążyłem do spełnienia tego marzenia od dawna. Nawijałem o książkach Kinga w co trzecim TikToku! Opowiadałem, adnotowałem, wycinałem cytaty. Tworzyłem animacje, dźwięki i alternatywne zakończenia. Tak, to dzięki książkom Stephena odniosłem sukces na TikToku! I zacząłem pisać własną książkę. Zapragnąłem zmieniać świat tak jak on i krzyczeć na kalekie stereotypy. Poczułem, że to jest sposób, bym odzyskał swój głos, bym stał się kimś więcej niż tylko anonimowym booktokerem. To właśnie jemu podziękowałem w książce Nie mów, że się boisz, nazywając tajemniczym Stephenem K., (który rzecz jasna dla moich obserwatorów nie był żadnym tajemniczym Stephenem K.). Dla ciebie też nie. Napisałaś mi wtedy: "Liczę, że w kolejnej książce znajdzie się i moje imię ? Wybaczam to drobne niedopatrzenie skutkujące brakiem patronów, bo pewnie nim się zorientowałeś, jacy jesteśmy zarąbiści, książkę już drukowano. Liczę, że przy drugiej książce naprawisz ten błąd i że np. zamiast Stephena K. będzie Nela S., czyli ja ?".
Przeciągnął się. Wyprężył szyję i obrócił nią, aż dało się policzyć strzelające kości. Jedną po drugiej. Głuchy dźwięk.
Kości.
Najtrwalsza część ludzkiego ciała. Dowód istnienia człowieka i... nieistnienia.
- Gdy mi to wtedy napisałaś, uśmiechnąłem się szeroko i zrobiłem sobie selfie. Nie znałem przyszłości, więc nie miałem pojęcia, gdzie nas zaprowadzi, jaki scenariusz nam napisze, ale chciałem upamiętnić tamten moment, na wypadek gdybym kiedyś mógł ci to pokazać. By the way, jeszcze go nie wykasowałem. Wydawca chwalił się wszędzie, że stawaliśmy na głowie, by dotrzeć do Stephena i by doprowadzić do tej niezwykłej rozmowy. Początkowo deal próbowałem załatwić sam.
Pokazał palcem wskazującym na siebie. Zacisnął zęby i pokręcił głową z dezaprobatą. Szelest doszedł jego uszu. Serce mu zabiło. Rozejrzał się nerwowo po pokoju. Pusto.
- Zgodnie z zasadą: jeśli nie zapytasz, to nigdy się nie dowiesz, czy sen może się spełnić. Ja po prostu napisałem do Stephena. Napisałem, że jestem fanem, pisarzem, polskim booktokerem, że prowadzę wywiady, że mam tony odsłon, że szerzę dobre imię o jego twórczości. List był dłuższy. A na końcu dodałem wzmiankę: współpraca może być komercyjna, czyli że mogę zapłacić za ten wywiad. Tak. Byłem gotów zapłacić za promowanie Kinga. Co za patologia, wiem, ale czego nie robi się dla króla, króla horrorów, i dla spełnienia marzeń.
Przewrócił oczami.
- Naiwniak ze mnie. Odpowiedziało mi milczenie. Ale determinacja sięgnęła dalej! Zapytałem wydawcę, czy nie zna sposobu, może jakichś ludzi, którzy znają ludzi, co znajdą ludzi. Może chociaż Remigiusza Mroza, który w podcaście Karola Paciorka pochwalił się mailowaniem z Mistrzem. I tu okazało się, że wydawca może dużo! Może wszystko! Jeśli tylko chce.
Przełknął ślinę. Suchość w ustach nieprzyjemnie sklejała mu język z podniebieniem.
- Wystarczył jeden człowiek. Jakub Ćwiek. Pisarz. On zna Kinga. Był nawet w jego domu!!! To skróciło drogę do sukcesu. Było jak skok w siedmiomilowych butach. Prosto do agentki Kinga. A raczej do asystentki agentki, ale najważniejsze, że się udało, że Stephen ma czas na krótki wywiad. Postawiono kilka warunków. Autoryzacja wywiadu, rzecz oczywista. Pytania do wywiadu musiałem wcześniej przesłać. Nie mogłem przekroczyć limitu czasu. Wszystko w języku angielskim. Na wszystko mogłem przystać. Nawet na kwotę w dolarach, która w pierwszej chwili nie wyglądała tak strasznie, dopiero po przemnożeniu jej przez cztery musiałem spojrzeć, czy mam należytą kwotę na koncie, czy muszę poczekać, aż spłyną pieniądze od wydawców i reklamodawców, z którymi od jakiegoś czasu wymieniam się cyferkami, a nie książkami w barterze. Na wsparcie finansowe wydawcy nie mogłem liczyć. I bez tego mu wiele zawdzięczałem.
Obrócił się kilka razy na krześle niczym małe dziecko na karuzeli. Gdy wirował, falowały jego przydługie, dawno nieczesane włosy. Pot spływał po skroniach. Rozmazywały się frazy, które powycinał z archiwalnych numerów magazynu Film kupowanych w antykwariatach, i które przyczepił w różnych miejscach na ścianie, w ten sposób tworząc znaną tylko jemu mapę myśli: "Spokojnie! To tylko [kolejny] spisek!", "Drobny totalitaryzm", "W słusznej sprawie", "Wierzę w ciszę. To, co ważne, wydarza się między słowami", "W Gdyni kłamie się prosto w oczy", "Mamona naprawdę przewraca w głowach", "TO CHYBA KOŃCÓWECZKA, NIE?" i wiele innych.
- Z płatnymi współpracami odczekałem do ukończenia osiemnastu lat. Dopiero wtedy mogłem założyć konto w banku na własne nazwisko bez konieczności angażowania matki. Jako brak angażowania mam także na myśli brak jakiejkolwiek wiedzy o moich przychodach i naprawdę przyjemnym zarobku. Uznałem, że skoro nie wie o działalności w mediach społecznościowych, to również nie musi wiedzieć o profitach. Jestem dorosły i mogę zarządzać swoim budżetem. Mówiąc "zarządzać", miałem na myśli: "oszczędzać i zbierać na naprawdę dobre życie u boku pięknej blogerki".
Przymknął oczy i uśmiechnął się bez ukazywania zębów. Na policzkach pojawiły się wypieki jak po przydługim przebywaniu na słońcu.
- Żeby nie było, że jestem odklejony, a moja matka się mną zupełnie nie interesuje, powiedziałem jej, że mam hobby, a konkretnie czytam książki i je recenzuję. Wolałem taką półprawdę, bo nie chciałem, by odkryła mój sekret i zaczęła mnie obserwować, komentować... a na koniec wyciągać ode mnie pieniądze. Poza tym ona miała swoją pustą egzystencję gdzieś tam, na dole. Często w towarzystwie Absoluta, Wyborowej czy Captaina Jacka. Od dawna nie wchodziliśmy sobie w drogę. A moje życie wreszcie nabierało kolorów, ale zawdzięczałem to tylko sobie. Dlatego zasługiwałem na fanfary bez konieczności dzielenia się. Zbyt długo byłem popychadłem, kurzem, który wszystkim przeszkadzał. Wreszcie moje życie wskakiwało na właściwe tory!
Klasnął w dłonie, a dźwięk zawibrował mu w uszach, które szybko zasłonił rękami.
- Oniemiały ze szczęścia skończyłem swój podcast. Stephen ani razu się nie wywyższał, nie przeszkadzała mu też różnica wieku ani dorobku literackiego: dwie (bo już druga jest w trakcie wydawania) do osiemdziesięciu pięciu. Gawędziliśmy jak starzy kumple, on dzielił się przeżyciami i pisarskimi radami, ja wtrącałem żarciki, na które twarzą w twarz nigdy bym sobie nie pozwolił. Kadziłem mu i wyciągałem tipy na chwyty fabularne. Ręce mi się pociły, ale euforia, która mnie rozpierała, była nieskończona!
Przetarł oczy. Źrenice były powiększone, a białko przekrwione.
- "To się naprawdę stało! Moi drodzy! Słuchajcie najnowszego odcinka mojego podcastu Crazy Writer! Odcinek specjalny z fenomenalnym gościem Stephenem Kingiem! Wciąż wali mi serce! Nie mogę uwierzyć, że ten człowiek zgodził się udzielić mi wywiadu! Napiszcie w komentarzu, czy słuchaliście albo czy macie w planie słuchać! A jeśli słuchaliście - to koniecznie podzielcie się wrażeniami!" - nagrałem szybki filmik na booktoka i bookstagrama i wrzuciłem na jedną i drugą platformę. Obserwatorzy jak lwy rzucili się do lajkowania i komentowania, co dało mi kolejny zastrzyk adrenaliny. Nie czytałem ich jeszcze, bo musiałem założyć słuchawki i ponownie wszystko przesłuchać! Choć rozmowa szła na żywo i nie dało się w niej już nic zmienić, po prostu MUSIAŁEM odtworzyć ją na nowo.
Parodiował nieco swój głos i udając lektora odsłuchiwanego tekstu w przyspieszeniu 1,80, powtórzył frazę:
- "Cześć! Stephen, dziękuję, że przyjąłeś moje zaproszenie! To wielki zaszczyt i naprawdę... naprawdę... radość, że mogę cię tu dziś gościć!". Powtórzone "naprawdę" zdradziło mój brak doświadczenia dziennikarskiego, ale tylko w oczach Stephena. Byłem pewny, że moi obserwatorzy i słuchacze uznali, że to urocze i autentyczne.
Sięgnął po szklankę wody, która stała na biurku, i upił łyk.
- "Witaj, LuKa, też się cieszę, że cię słyszę. Liczę, że wykręcimy twórczą rozmowę" - odpowiedział z klasą. Nie zaprzeczysz! Chociaż wiedziałem, że ta współpraca nie działa się za darmo, w duchu udawałem, że Stephen na serio czerpał z niej przyjemność. Bo właściwie czy biznes wykluczał odczuwanie satysfakcji, przyjaźni i prawdziwego zadowolenia?
Podrapał się po brodzie, a potem przesunął palcami po nieregularnych wgłębieniach na skórze.
- Jak myślisz, czy taki patron albo recenzent, mimo iż działa w ramach współpracy, nie może szczerze kochać książki, którą poleca? Czy ty nie kochałaś, a jeśli tak, to czy wciąż nie kochasz mojej pierwszej książki?! Oczywiście, że tak! Na pewno... Mam nadzieję... Maybe... No więc nie odebrałem wtedy telefonu ani nie oddzwoniłem później. Popatrzyłem na nieznany numer i wykasowałem powiadomienie! Nie oddzwaniałem w takich sytuacjach. Na samą myśl ogarniała mnie panika. Nie znosiłem odbierać telefonów. Rewolucja żołądkowa nachodziła mnie, ilekroć pojawiał się dźwięk dzwoniącego obcego telefonu. Tak bardzo mnie to stresowało... Wykasowanie rekordu było jak uwolnienie się od natrętnej myśli. Dojrzałem do tego, by przestać być niewolnikiem ludzi i nie reagować na każdy sygnał, piętrzącą się liczbę interesów i oczekiwań! Dojrzałem... albo coraz bardziej się odcinałem, stroniłem, grałem na swoich warunkach.
Usłyszał szmer i rozejrzał się gwałtownie. Zacisnął odruchowo ręce, by być w gotowości, jakby Teddy zakradał się od tyłu.
- "Jak kocha, to oddzwoni". Wielokrotnie słyszałem to od matki, która, między nami mówiąc, wciąż czekała na telefon od mojego ojca albo brata... Ale ja wiedziałem, że to nie ty dzwoniłaś, ciebie miałem zapisaną jako "Moja Nela", a nikt inny mnie nie interesował. Jedynie do ciebie chciałem zadzwonić i tobie opowiedzieć o wulkanie emocji! Tobie chciałem się przyznać, że dwa razy uderzyłem się w policzek, by sprawdzić, czy nie śnię. To ciebie chciałem uściskać i pokazać ci, jak wyglądam naprawdę. Bo tak jak wszyscy, znasz tylko mojego awatara. To z tobą chciałem rozpocząć wspólne życie! Tobie powierzyć każdy, nawet najmniejszy sekret. Tobie oddać się w ręce, porwać w tańcu, przy tobie obudzić się rano.
Położył dłonie na policzkach. Zastanawiał się, gdzie bardziej pulsuje mu krew. W skórze twarzy czy opuszkach palców. Gorąco rozpychało się na boki.
- Tak więc chciałem, ale nie mogłem. Bo nie odpowiadałaś na moje telefony, wiadomości na wszystkich możliwych komunikatorach, na TikToku, Instagramie, na X.com, Facebooku. Ustawiłaś sobie status niedostępny, więc nie miałem pojęcia, czy odczytałaś. Nie wiedziałem, co jest grane. Niepokoiłem się. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że coś ci się stało, że to wykasowane, nieodebrane połączenie to jednak ty, z nowego numeru, że chciałaś powiedzieć "LuKa, umieram! Ale cię kocham!" albo "porwali mnie, ratuj!", albo po prostu "mam dość, odcinam się od tego gówna! To jest mój nowy numer tylko dla ciebie". Jako pisarz wyobraźnię miałem dobrze przetrenowaną i z każdą nową myślą coraz bardziej bałem się o ciebie. Okej, przyznaję, denerwowało mnie też, że w dniu mojego spełnionego marzenia ciebie nie było blisko, że nie byłaś pierwsza, która mi pogratulowała, że nie byłaś pierwsza, która wysłała mi wesołe emotki, cokolwiek!
Pot skraplał się na jego czole, skroniach i włosach. Nieznośnie ciepło przykrywało jak kołdra, której nie dało się z siebie zdjąć.
- Przyznam, że wtedy czułem się zawiedziony. Rozczarowany. Rozzłoszczony. Bo zobaczyłem, że jednak żyjesz. Że masz się całkiem dobrze. Że po prostu nie miałaś dla mnie czasu. Nie rozumiałem, co się działo, ale każda godzina twojego milczenia i ignorowania mnie powodowała pogorszenie mojego samopoczucia. Jakbyś mnie celowo torturowała.
- Złamałaś mi serce...
Położył dłoń na sercu.
- Zniszczyłaś mnie.
Opuścił głowę.
- Ale ja nie mogłem tego tak zostawić...
LuKa, rok 2025
Słońce grzało od samego rana tak bardzo, że zanim człowiek otworzył oczy, już nie miał czym oddychać. Piżama przyklejała się do ciała jak plaster bez opatrunku.
LuKa zerwał się zziajany, bo poczuł nad swoją głową duszny oddech, jakby ktoś się nachylił i chciał przyłożyć mu poduszkę do nosa i ust. Usiadł gwałtownie na łóżku i rozejrzał się spanikowany w poszukiwaniu śladów. Chwycił drugą poduszkę i powąchał. To samo zrobił z rogiem kołdry. Serce zwalniało rytm.
- Nie mogłem się otrząsnąć. Wszedłem na TikToka, wstawiłem tamten filmik z wrażeniami z wywiadu, pełen szczęścia chciałem do ciebie napisać, ale uprzedziłaś mnie. Byłaś szybsza. Byłaś jak mrugnięcie okiem. Jak oddech dzielący życie od śmierci. "Spoliczkowałaś mnie". I to w dniu spełnionego marzenia. W dniu, w którym poczułem, że jednak się układa, że może być pięknie, że lata cierpień są za mną, że mogę wszystko, że oto nastał czas zbierania plonów, że naprawdę po burzy świeci słońce, że wszystko ma swój czas - ból, upokorzenie także.
Poczuł nabrzmiałą męskość. Po nocy nie potrafił nad tym zapanować, szczególnie gdy przed oczami malował mu się obraz seksownej Neli S. W tej kwestii Bóg zakpił z mężczyzn.
- Tymi kilkoma akapitami spoliczkowałaś mnie, oplułaś i przypaliłaś skórę papierosem. I chociaż wciąż myślę, że ten wspólny rok był prawdziwy, wyjątkowy i nasz, że budowaliśmy coś, co miało szansę przenieść tę relację do realu, to naprawdę nie rozumiem, dlaczego tak postąpiłaś. Dlaczego musiałaś to zepsuć?!
Podszedł do biurka, zdjął wygłuszające słuchawki z haczyka przy jego boku i obrócił dwa razy w palcach. Wspomnienie nagrania podcastu z jego idolem wciąż wrzało mu we krwi. Wciąż do niego nie docierało, że spełnił swoje marzenie!
Podszedł do czarnej szklanej tafli, która okrywała przesuwane drzwi szafy. Ujrzał odbicie gościa wzrostu najwyżej Toma Cruise'a z bruzdami po trądziku głębszymi niż wulkany na Lanzarote i nieudanym eksperymencie z tatuażem, co nijak się miało do obrazu wygenerowanego przez AI.
Cóż... Takie czasy, że każdy może pokazać to, co chce i ile chce. Możemy tworzyć i kreować rzeczywistość. Możemy zmyślać, a potem na tym zarabiać. AI otworzyło mnóstwo nowych drzwi i on przez nie przeszedł.
- Znajdziesz mnie na X.com. Facebooku. Na plakatach. Na okładkach dwóch książek, które napisałem (oczywiście z pomocą kilku redaktorów!). Na etykiecie serka waniliowego i chipsów o smaku ekstrastrong. Wszędzie tam jestem animowaną główką trochę podobną do starego aktora, który dawno gryzie kwiatki od spodu.
Upił łyk wody. Jeszcze jeden. I jeszcze jeden. Zupełnie jakby woda go uspokajała, chłodziła jego wnętrze.
- Chodziłem więc po ulicy jak zwykły człowiek, a ty nie miałaś o tym pojęcia, nawet gdy stałaś koło mnie w kolejce po kawę.
Nacisnął coś na telefonie i wyszedł z pokoju.
Po chwili wrócił. Spojrzał na telefon. Kliknął. Przesunął palcem.
- Na okładce książki i we wszystkich mediach społecznościowych zamiast mojego prawdziwego zdjęcia widziałaś wytwór sztucznej inteligencji, ale nie przeszkadzało ci to zupełnie. Dla ciebie było ważne, że mam oczy, nos, szyję, że jestem jakiś. No, nie byle jaki! O nie! Na tych grafikach jestem zabójczo przystojny, mam burzę brązowych loków ułożonych jak po wyjściu od fryzjera i z krótko przyciętymi bokami, nugatowe oczy oraz oczywiście śnieżnobiały uśmiech. Koszula bez krawata, rozpięty pierwszy guzik i casualowa marynarka dodająca mi męskości.
Odgarnął wilgotne włosy. Nie mył ich już drugi dzień. Przy ich długości oraz nadmiernej potliwości, na którą cierpiał, powinien odświeżać je codziennie. Czasem dwa razy dziennie.
- Tak więc jestem nie tylko jakiś. Jestem całkiem OK. To znaczy mój awatar jest. A dokładniej postać stworzona przez @DaniLorens23, czyli najlepszą graficzkę półkuli, na której stoją Big Ben, Wieża Eiffla oraz budka z churros, za pomocą jej genialnego wyczucia smaku i... AI. A może po prostu AI...
Przełknął ślinę i wspomniał w myślach wywiad z Kingiem: "Zrobiłeś to! Udało ci się! Dałeś czadu!".
- Emocje dopiero dochodziły do głosu. Chciałem do ciebie napisać! Zapytać, czy słuchałaś, jak poszło, czy się nie zbłaźniłem?! Chciałem podesłać ci link do nagrania, na wypadek gdybyś jednak nie słuchała na żywo i może nawet zapomniałaś. Chciałem zrobić burzę mózgów, mając nadzieję, że zasypiesz mnie komplementami i pochwałami.
Głęboko odetchnął. Ręce mu się trzęsły.
- Mogłabyś powiedzieć: "LuKa! To było wspaniałe! Rozmowa na miarę talk-show w USA! Tak zagadałeś faceta, że to on powinien dziękować tobie, a nie ty jemu! Przez ciebie chcę przeczytać wszystkie jego książki! A nawet obejrzeć te marne ekranizacje filmowe! Rozmawialiście tak, że... poczułam dumę i... zazdrość...".
Usiadł na brzegu łóżka. Dość duży pokój z całkowicie zaciemniającymi wnętrze opuszczonymi roletami był jego jaskinią. Bezpieczną wyspą. Samotnią, do której od dawna planował ją wpuścić. Budował schody odwagi i szczerości.
Nadzieja, że mogła być zazdrosna o tę rozmowę ze Stephenem, pobudzała wszystkie tkanki jego ciała. Tak bardzo chciał, by była o niego zazdrosna! Nawet jeśli by była to tylko jedna maleńka myśl, którą szybko odgoniła.
Otworzył TikToka i zaczął szukać komentarza od niej...
Nie było.
- W co ty grasz, Nela? Czy naprawdę nie dało się inaczej? Musiałaś wbić mi nóż w plecy?! Wybacz, ale muszę się dowiedzieć, dlaczego!
Ariel, rok 2018
Ariel wysiadł z autobusu. Szedł w wielkich, przykrywających sporą część twarzy słuchawkach, w których leciał audiobook Podpalaczka Stephena Kinga. Thriller, w którym dziewczynka ma dar pirokinezy. W skrócie: chodzi i podpala rzeczy siłą woli.
"To niesamowity dar. Chętnie zamieniłbym się z nią chociaż na jeden dzień..." - myślał.
Książki pomagały mu uciekać od tego, co się stało. Zapełniały pustkę. Nie, one ją zagłuszały. Bo pustki nie da się zapełnić. Przynajmniej TEJ pustki, którą zrobił ojciec, kiedy porzucił swojego syna. Ta pustka już zawsze pozostanie niezapełniona.
- Hej, przygłupie! - Od tyłu zaszedł go Teddy, lider klasowy i oprawca słabszych. Strącił mu słuchawki i uderzył w głowę, udając, że to zabawne. Śmiał się tak głośno, że wszyscy dookoła podłapali kpinę. Uśmiechali się do niego, przybijali piątkę i wtórowali.
"Banda idiotów! Nakręcanych kukiełek!" - patrzył z pogardą Ariel, ale nie reagował. Nie buntował się. Nie odpowiadał agresją na agresję. Błagał w myślach w duchu, by szybko skończyli, by odeszli, by dali mu spokój. Zastygł w nadziei, że zniknie.
Na zewnątrz dołączał się do żartowania, udając, że wcale go to nie poniża, nie krzywdzi, nie boli. Że nie zalewa go coraz większa nienawiść do świata i ludzi. Że nie jest bliski omdlenia i zsikania się ze strachu. Bo jego szanse nigdy nie będą równe. Zdążył już to zrozumieć. Jak w piosence We are not the same.
Zawsze przeczekiwał. Teraz przeczekiwał drwinę, modląc się w duchu, żeby Teddy'emu nie przyszło do głowy nic gorszego niż ściągnięcie mu spodni, wylanie jogurtu na głowę, wyrzucenie plecaka na środek ruchliwej ulicy, a potem zagrożenie, że jeśli to komukolwiek zgłosi, zabije mu psa.
Cujo, po psie mordercy z książki Kinga o tym samym tytule. Jego jedynego przyjaciela. Czworonożnego powiernika samotności.
Teddy, przytulna ksywka nieprzytulnego i wielkiego jak ogr postrachu podstawówki. Ten psychol byłby zdolny do wypatroszenia dobermana, a tym bardziej niewielkiego kundelka z kulawą łapą. To typ, który dostaje wszystko, co chce. Syn dyrektorki. Kapitan drużyny piłkarskiej. Chłopak najładniejszej dziewczyny w szkole, Melisy. O jej szybko wykształconym biuście i kształtnych biodrach dzięki TikTokowi dowiedzieli się nawet na drugiej półkuli ziemskiej. Marzyli o niej licealiści, a jednak chodziła z Teddym. Pakerem z mózgiem wielkości łupinki po orzeszku.
"Gdyby zrobił coś Cujowi, zabiłbym go! Zabiłbym, przysięgam! A potem skończyłbym ze sobą, podcinając sobie żyły, wbijając nóż w serce i wskakując do wanny pełnej wody aż do wykrwawienia się. Albo korzystając z kilku innych kreatywnych sposobów śmierci, zaczerpniętych z książek Kinga".
LuKa, rok 2025
Czytał wiadomości lokalne. Jak zwykle same szokujące nagłówki i sensacyjne wydarzenia. Karmił się adrenaliną i dopaminą. Z każdym dniem więcej i więcej. Nie umiał inaczej. Zaczął od tej z dopiskiem "z ostatniej chwili", co zawsze dostarcza ekstraadrenaliny:
- Wypadek na torach tramwajowych ze skutkiem śmiertelnym. Nie wiem, jak na ciebie, ale na mnie hasło "śmierć" zawsze działa. Budzą się ciekawość i dreszczyk emocji.
Otworzył artykuł przerywany masą reklam, które mocno go irytowały, i śledził kolejne wersy.
- Jakaś dziewczyna wpadła pod tramwaj, przechodząc w słuchawkach przez tory. Pokazano dramatyczne zdjęcia z wypadku. Tłum gapiów, plama krwi, słuchawki leżące na ziemi. Takie same jak twoje (i połowy bananowego świata). Apple Airpods Max zielone. Ale choć wiem, że co drugi bogaty nastolatek takie posiada, już zawsze będą mi się kojarzyć tylko z tobą. Podobnie jak mrożona herbata ze świeżo wkrojonym plastrem cytryny. Twoja ulubiona, widoczna na większości gadanych TikToków.
Włoski na skórze wzniosły się ku górze. Potarł dłonią po przedramieniu.
- Przyznaję, że przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz, bo moja pisarska wyobraźnia uruchomiła projekcje. Zacząłem sobie to wyobrażać, zobaczyłem rozjechany mózg tej dziewczyny, wyturlane gałki oczne i odcięte palce... I naprawdę myślałem, że zostanę z tymi obrazami na wiele godzin i że będzie to najgorsza rzecz, jaką dziś nakarmię pamięć.
Poczerwieniał.
- Ale nie, bo przydarzyłaś się ty. Ty i twoja recenzja.
Splótł palce obu rąk i mocno rozprostował, aż pstryknęły kości. Następnie wziął telefon do ręki, przeskrolował i odłożył na blat biurka. Jakby się upewniał, że wszystko działa i że wciąż jest kontakt.
- Wyjdę na nieczułego egoistę, ale po prostu nie umiem się nią przejąć, tą zabitą córką, przyjaciółką, czyjąś dziewczyną, może kurwą, gdy pęka mi serce. Gdy zachodzę w głowę, co takiego nam się przydarzyło?!
Założył nogę na nogę, by wygodnie zacząć wymachiwać tą górną. Oparcie fotela nieznacznie zatrzeszczało, prawie jak tapczan, który ma sprężyny.
- Przepraszam cię, ale od razu zaznaczę, że będę wracał do tej recenzji, bo naprawdę muszę zrozumieć. ZROZUMIEĆ to całe skurwysyństwo, które mnie spotkało. A ty musisz wiedzieć, jak bardzo mną wstrząsnęłaś. Jak głęboko zraniła mnie twoja recenzja mojej drugiej książki. Czy gdyby wydawca dał ci patronat nad tą książką, twoja opinia byłaby inna?! Nieeee! - Kręcił nerwowo głową - Nie chcę myśleć w ten sposób. Nie chcę myśleć, że zrobiłaś to ze złości ani że w patronackich recenzjach się kłamie, byle tylko znaleźć swoje logo na okładce.
Łapczywie sięgnął po szklankę. Palce zacisnął tak mocno, że prawie zgniótł szkło.
Upił łyk wody. Pot spływał mu po plecach.
Wstał i zmienił górę od piżamy na T-shirt. Czarny, z kotem z horroru Kinga Smętarz dla zwierzaków i z napisem Czasami lepiej umrzeć.
- Jak teraz grzebię w pamięci ostatnich tygodni, to stwierdzam, że na pewno wysyłałaś mi sygnały, które po prostu bagatelizowałem. Wypierałem. Widziałem to, co chciałem. A przecież ty już znikałaś... Już od jakiegoś czasu zajęłaś się nowymi patronatami i współpracami. Złapałem się na tym, że nawet byłem z ciebie dumny, cholernie dumny, że tak wspaniale podciągnęłaś swoją karierę. Gdy zobaczyłem powiadomienie, że mnie oznaczyłaś, natychmiast zostawiłem ofiarę tramwajowej przemocy i przeskoczyłem na TikToka. Wszystko we mnie pulsowało, bo nowa książka wciąż czekała na premierę. Jedynie wy, to znaczy patroni oraz byli patroni, czyli patroni pierwszego tytułu, dostąpiliście wyróżnienia i otrzymaliście książkę przed premierą. Starałem się jeszcze nie egzaltować, choć przecież debiut wypadł naprawdę nieźle.
Popatrzył na telefon, przekręcił go raz do pionu, a raz ustawił w poziomie. Zmrużył oczy i ekran przysunął bliżej. Jego spojrzenie było tępe jak noże na kuchennym blacie.
- Redaktorzy zapewniali mnie, że książka jest świetna i że ludzie ją pokochają. A to, że nie otrzymałem zbyt wielu uwag, poczytałem jako znak od wszechświata i jednoznaczny komunikat, że jestem świetnym pisarzem! Po twojej recenzji zacząłem mieć wątpliwości i żal do redaktorów, że zbagatelizowali temat, myśląc, że przy mojej zacnej ilości followersów sprzeda się nawet psia kupa!
Otworzył drzwi balkonowe i wpadł wiatr, wymiatając nagromadzone przez noc bakterie i nieświeżości.
Znów wziął do ręki telefon. Zupełnie jakby to było przedłużenie jego ciała.
Czytał.
Czytał.
Z każdym słowem coraz bardziej zapadał się w sobie.
- Złamałaś mnie. Wypatroszyłaś jak biedną ptaszynę. Tą jedną recenzją przypomniałaś, że jednak były granice między nami. Pokazałaś, że ten rok wspólnej pracy był... tylko rokiem wspólnej pracy. Że cokolwiek się między nami rodziło, okazało się tylko iluzją. Byłem jak flirt na wakacjach. Potrzebowałaś mnie do wspięcia się do góry. A gdy byłaś na szczycie, po prostu zaczęłaś zdobywać inne wierzchołki. I wiesz? Tak byłoby okej, gdybym o tym wiedział!
Uderzył pięścią w bok krzesła.
- Gdybym, kurwa, od początku o tym wiedział. Gdybyś nie zabawiła się mną jak ukochanym pluszakiem, a potem wrzuciła w ciemny kąt. Gdybyś nie czarowała, nie spoufalała się i nie nagrywała dziesiątek głosówek dziennie.
Chwycił nożyczki i uciął sobie pasmo włosów, które rozsypały się jak bierki. Metaliczny szmer ostrzy zatrzymał się w jego uchu.
- Naszła mnie fala gniewu, a nie chciałem powiedzieć za wiele. Nie mogłem. Byłem autorem. Moje słowa musiały być krystaliczne i niewinne jak pierwsze wiosenne kwiaty. Cokolwiek wypływało spod mojego pióra i z moich ust, mogło być potem użyte na pięćdziesiąt różnych sposobów. A ja musiałem się chronić.
Ariel, rok 2019
- Czy mógłbym dziś z panią porozmawiać? - Podczas przerwy lekcyjnej Ariel poszedł do szkolnej psycholożki.
Jak w każdy czwartek siedziała w swoim gabinecie i czekała na umówionych uczniów z tak zwanymi poważnymi problemami. Ariel nigdy nie był umówiony, bo jego problemy nigdy nie były, zdaniem psycholożki, POWAŻNE. Ostatnim razem usłyszał:
- Arielu Talinn! Nie przyjmę cię. Jesteś zbyt normalny. Tutaj przychodzą dzieci z prawdziwymi traumami.
Dziś spojrzała na niego spod doklejonych gęstych rzęs i zmarszczyła brwi. Akurat wyszedł z gabinetu czerwony jak jej szminka chłopak, mrucząc coś do siebie. Ominął go szerokim łukiem. Prawdopodobnie bał się, że zarazi się pryszczami albo pchłami - to jedna z wielu plotek rozsiewanych na jego temat po szkole. Miał psa, to miał pchły, proste, nie?
- Bardzo potrzebuję porozmawiać... - Od kilku dni nie mógł spać, jeść ani myśleć. Miał wrażenie, że widzi rzeczy, których nie ma. A może one były, tylko rozmywał mu się obraz? Ogarniał go lęk, który wyrywał mu serce z piersi i który zamykał dopływ powietrza przez gardło. Nie mógł przełknąć śliny. Nie mógł się skupić. Wciąż się bał. Czego? To było najdziwniejsze: niczego konkretnego, a może nie umiał nazwać ogromu zlepionego lęku... Po prostu ciało drżało, jakby coś złego miało się za chwilę wydarzyć. A przecież już się wydarzyło. Ojciec odszedł i zabrał ze sobą jego ulubiony fotel do czytania, poczucie bezpieczeństwa, miłość i młodszego brata.
Jego dzieciństwo nigdy nie było usłane różami. Zawsze brakowało im kasy, o co wiecznie kłócili się rodzice. Nie było dnia, by ojciec nie wyliczał matce zakupów. I choć nigdy nie były to żadne zachcianki, nic dla niej, ona kuliła się w sobie, przepraszała i obiecywała, że się poprawi.
Ariel przyrzekł sobie, że szybko się usamodzielni.
- Nie mam dla ciebie czasu, niestety. - Psycholożka rozłożyła ręce i wróciła do zapisywanie czegoś w dużym zeszycie podzielonym na tabelki. Długopis skrobał papier, aż bolały zęby. Ariel przyłożył palce do skroni i zasłonił jedno ucho.
- Naprawdę źle się czuję.
- Masz gorączkę? Idź do pielęgniarki. - Psycholożka nie podniosła głowy. Zamiast tego stawiała zamaszyste podpisy w ostatniej rubryce papierów, które wypełniała. Jeden za drugim, jak maszyna stemplująca.
- Proszę... Mam koszmarne sny, napady lękowe, trzęsą mi się ręce, bardzo dużo płaczę... - Przysunął się do biurka, położył dłonie na blacie i docisnął je tak silnie, że palce zrobiły się czerwone. - Proszę... musi pani mnie wysłuchać... - Głos mu się łamał. Był bliski rzucenia się do jej stóp i błagania. I choć każde jej odrzucenie raniło coraz bardziej, wiedział, że nie ma nikogo innego, bo matki nie stać na prywatne pakiety medyczne, a on nie chce jej dokładać stresów i smutków.
- Puk, puk... - za plecami Ariela ktoś zastukał i wypowiedział te słowa.
- Proszę, wejdź - cieniutkim, słodziutkim głosem psycholożka zwróciła się do osoby stojącej w drzwiach. Uśmiechnęła się i wskazała dłonią krzesło. - Ariel, zamknij za sobą drzwi.
Nie patrzyła mu w oczy. W ogóle na niego nie patrzyła.
Jej obojętność poniżała go. Utwierdzała w przekonaniu, że jest zerem, kimś absolutnie nieważnym.
- Siadaj, zaparzyć ziołowej herbatki? - powiedziała do dziewczyny, która zajęła fotel. Dla której z jakiegoś powodu miała czas. Która według jakichś kryteriów dostępowała przywileju rozmowy ze szkolną psycholożką, ale nie on, nie Ariel.
Był zbyt normalny.
Zbyt normalny.
Choć czuł się wykolejony życiowo, zdołowany i nierozumiany. Choć porzucił go ojciec, zostawiając z matką w rozsypce. Choć jego introwertyzm utrudniał mu nawiązywanie bliższych kontaktów i przyjacielskich więzi. Choć go gnębiono, wyśmiewano i wykluczano, a od kiedy zachorował na trądzik młodzieńczy, który przypominał ospę WIETRZNĄ, traktowano go jak trędowatego. Choć stał się "chłopcem do bicia, opluwania i nabijania się". Choć nigdy nie miał markowych ciuchów, omijał co drugą wycieczkę szkolną, bo a.) nie miał kasy, b.) bał się ludzi.... Choć to wszystko czuł i przeżywał, wciąż był "zbyt normalny", by go zakwalifikowano do spotkań z psychologiem.