Zapewne słyszałeś o tym mieście od innych",
pisał turysta przebywający w Rzymie w połowie piętnastego wieku.
Jest tam wiele wspaniałych pałaców, domostw, nagrobków i świątyń, a także nieskończona liczba innych gmachów, choć wszystkie popadły w ruinę. Znajdziesz tam wiele porfiru i marmuru ze starożytnych budowli,
lecz codziennie ulega on skandalicznemu zniszczeniu, przerabiany na
wapno. A to co nowoczesne jest marne. [...] Dzisiejsi mężczyźni,
nazywający się rzymianami, niezwykle różnią się zachowaniem i postępowaniem od starożytnych mieszkańców. [...] Wszyscy przypominają
pastuchów.
Inny turysta wspominał o pomnikach porośniętych mchem, zamazanych, a tym
samym o niemożliwych do odszyfrowania napisach, o:
terenach wśród murów przypominających gęste lasy, gdzie rozmnażają się
leśne zwierzęta, o sarnach i zającach chwytanych na ulicach [...] o powszechnym widoku głów i członków, ludzi ściętych i rozczłonkowanych,
które przygwożdżono do drzwi, umieszczono w klatkach lub wbito na
włócznie.
Tak przedstawiało się miasto będące niegdyś stolicą potężnego imperium.
Teraz dwie trzecie obszaru wewnątrz murów, które zostały zbudowane w celu ochrony osiemsettysięcznej populacji, było niezamieszkane, a wiele
akrów otwartej przestrzeni wykorzystanych pod sady, pastwiska i winnice
znaczyły starożytne ruiny, zapewniające bezpieczną kryjówkę dla złodziei
i bandytów. Tak wyglądała siedziba papieża, głowy Kościoła, który mógł
prześledzić swoich poprzedników w nieprzerwanej linii od świętego
Piotra, apostoła, któremu opiekę nad trzodą powierzył sam Chrystus.
Przez większą część czternastego wieku nawet papież opuszczał Rzym. W 1305 roku, dręczony niepokojami i krwawymi zamieszkami w mieście,
pochodzący z Francji papież Klemens V (1305-1314) przeniósł swą siedzibę
do Awinionu, do pełnego zakamarków pałacu na wschodnim brzegu Rodanu,
znanego jako Palais des Papes. W Rzymie nieustannie nawoływano papieża
do powrotu z francuskiego wygnania. Wezwania te pochodziły też od
starszej kobiety, którą prawie codziennie można było zobaczyć w rozpadającym się mieście, siedzącą przy drzwiach klasztoru San Lorenzo i błagającą o jałmużnę dla ubogich.
Nazywała się Birgitta Gudmarsson (święta Brygida Szwedzka) i była córką
bogatego sędziego pochodzenia szwedzkiego oraz wdową po szwedzkim
szlachcicu, za którego wyszła w wieku trzynastu lat i któremu dała
ośmioro dzieci. Ta założycielka Zakonu Świętej Brygidy opuściła Szwecję
po doświadczeniu widzenia, w którym stanął przed nią Chrystus, nakazując
jej natychmiastowy wyjazd do Rzymu i pozostanie tam do czasu powrotu
papieża. Podczas spacerów po Rzymie między walącymi się kościołami,
wśród zrujnowanych domów podobno miała kolejne widzenia. Jak twierdziła,
przemawiał do niej zarówno Jezus, jak i jego matka Maryja, wzmacniając
jej wiarę w powrót papieża oraz ostateczne ocalenie miasta.
Jej dom otaczały zwęglone ruiny spalonych budynków, sterty gnijących
odpadów, opustoszałe pałace, porzucone kościoły, mokradła, warownie
pozostawione przez bogatych właścicieli, którzy przenieśli się do
posiadłości w Kampanii, oraz rudery zajmowane przez niemal zagłodzone
rodziny. Pielgrzymi przynosili do domów opowieści o ponurym mieście,
którego ciszę przerywało jedynie wycie psów i wilków oraz wrzaski
rozszalałej tłuszczy.
Birgitta Gudmarsson (św. Brygida Szwedzka);
Wikimedia Commons / domena publiczna
Mieszkający w Awinionie papieże pozostawali głusi na nawoływania do
powrotu, nie dbając o modlitwy gorliwie odmawiane przez świątobliwą
Birgittę Gudmarsson, nie reagowali też na listy pisane przez poetę
Francesca Petrarkę, w których opisywał Rzym jako "śmietnisko historii".
Ta niegdyś wspaniała stolica imperium stanowiła obecnie miasto
bezprawia, rozdarte przemocą, w którym członkowie walczących ze sobą
stronnictw paradowali po ulicach ze sztyletami i mieczami w dłoniach, a uzbrojone bandy napadały i grabiły domy, gdzie okradano pielgrzymów i podróżnych, gwałcono zakonnice w klasztorach. Gdzie przez bramy wlewały
się długie szeregi bosych biczowników z głowami nakrytymi kapturem,
którzy domagali się darmowego wyżywienia i zakwaterowania, chłoszcząc
nagie, zakrwawione plecy i recytując przerażające hymny przed
kościołami, a także padając krzyżem pod ołtarzem z łkaniem, jękiem i wśród krwi. Kozy skubały chwasty wyrastające spośród kamieni
rozrzuconych po placach i bujnie kwitnące wśród zarośniętych,
zaszczurzonych ruin Campo Marzio. Bydło pasło się przy ołtarzach
pozbawionych dachów kościołów, w wąskich uliczkach czyhali rabusie, nocą
wilki walczyły z psami pod ścianami Bazyliki Świętego Piotra,
wygrzebując ciała w pobliskim Campo Santo.
Och, na Boga, jakże trzeba żałować Rzymu - ubolewał turysta z Anglii. -
Niegdyś pełen był wspaniałej szlachty i pałaców, teraz zaś ma chaty,
wilki i szkodniki, a rzymianie rozrywają się nawzajem na strzępy.
Gdy Petrarka namawiał papiestwo do powrotu do Rzymu, w 1362 roku po raz
szósty w Awinionie papieżem został Francuz, surowy i oderwany od życia
Urban V. Zachęcony przez cesarza Karola IV, który zaproponował mu swą
asystę, uznał on potrzebę powrotu do Rzymu nie tylko ze względu na
opuszczone i rozpadające się miasto, ale także dla dobra samego
papiestwa, któremu obecnie groziło w Awinionie ryzyko nie tylko ze
strony band najemników włóczących się po Europie Zachodniej, lecz także
ze strony Anglików walczących z Francuzami podczas wojen mających trwać
z przerwami sto lat.
Pięć lat po wyborze na tron Piotrowy Urban V przejechał przez Alpy,
klęknął do modlitwy przed grobem świętego Piotra, po czym zamieszkał w dusznych, posępnych pokojach, które przygotowano dla niego w Pałacu
Apostolskim. Jego pobyt w Rzymie nie trwał jednak długo. Miasto było
zdecydowanie bardziej zniszczone i przygnębiające, niż sądził, a ponieważ uznał, że rolę mediatora między Anglią a Francją skuteczniej
będzie odgrywał z Awinionu niż z Rzymu, w 1370 roku wrócił do Francji.
Zignorował ostrzeżenie Birgitty Gudmarsson, która przepowiadała mu, że
gdy opuści miasto, czeka go śmierć. Przepowiednia się spełniła i Urban V
odszedł z tego świata zaledwie kilka miesięcy po powrocie do Palais des
Papes.
Kurię do Rzymu ostatecznie przeniósł jego następca, Grzegorz XI, kolejny
Francuz i ostatni papież z Awinionu, który obawiał się, że papieże na
zawsze utracą Kościół oraz należące do niego posiadłości we Włoszech.
Tam też zmarł w marcu 1378 roku, niewiele ponad rok po powrocie, a po
jego śmierci wybory na papieża odbywały się w atmosferze olbrzymiej
wrogości. Podczas konklawe kardynałowie, przerażeni najazdem rzymskiej
tłuszczy na Watykan, wybrali neapolitańczyka Bartolomea Prignano, który
przyjął imię Urbana VI. Francuscy kardynałowie nie chcieli go
zaakceptować i uznając elekcję za nieważną, wybrali własnego papieża,
rzecz jasna francuskiego pochodzenia, Klemensa VII. Był to początek
wielkiej schizmy zachodniej. Kulawy i zezowaty Klemens VII powrócił do
Awinionu, a prostacki, energiczny Urban VI pozostał w Rzymie.
W owym czasie przyjeżdżających do Rzymu przerażał nie tylko jego widok,
sprawiający niewiele lepsze wrażenie niż rozpadające się, prowincjonalne
miasteczko. Korupcja szerzyła się w Kościele i szokowała pielgrzymów
przybywających do Rzymu po odpusty, które były teraz rozdawane na
niespotykaną dotąd skalę. Porzucając w rozpaczy próby utworzenia silnego
i stabilnego państwa politycznego, rzymianie pozwolili następcy Urbana
VI, sprytnemu i pazernemu Bonifacemu IX, kolejnemu neapolitańczykowi,
przejąć pełną kontrolę nad miastem, przekształcić Watykan oraz
rozbudowany Castel Sant'Angelo w ufortyfikowane twierdze, a także
mianować swych krewnych na stanowiska zapewniające władzę i zyski. Z chwilą jego śmierci, w 1404 roku strach przed potężnym królestwem
Neapolu doprowadził do wyboru innego papieża, o którym było wiadomo, że
jest w dobrych stosunkach z królem, nieudolnego Innocentego VII z Abruzji, przeciwko któremu rzymianie podnieśli bunt zakończony
uwłaczającym odwrotem. Po śmierci Innocentego VII, w 1406 roku wybór
Grzegorza XII, wenecjanina, który wydawał się zdolny do porozumienia z antypapieżem przebywającym w Awinionie, doprowadził w 1413 roku do
najazdu na Rzym króla Neapolu, który był zdeterminowany, by nie stracić
wpływów w wyniku zakończenia wielkiej schizmy.
W tym czasie kolejna próba jej zakończenia podzieliła Europę. Aby
zakończyć spór, zwołano sobór w Pizie, który zdecydował oskarżyć o herezję zarówno papieża z Awinionu, jak i z Rzymu, i usunąć obu. Na ich
miejsce wybrano kardynała z Krety, Pietra Philargosa. Przyjął on imię
Aleksander V i natychmiast rozwiązał sobór, którego postanowień nie
uznał żaden z jego rywali. Teraz było więc trzech, a nie dwóch, papieży,
przy czym każdy podawał się za prawowitego następcę świętego Piotra i nakładał ekskomunikę na pozostałych.
Drugą próbę rozwiązania tego sporu podjął cesarz Zygmunt, który zwołał
kolejny sobór do Konstancji. Wcześniej na scenę wkroczył nowy papież Jan
XXIII, a właściwie Baldassare Cossa, następca Aleksandra V, papieża
wybranego w Pizie, uznawany przez wszystkich za mordercę swego
poprzednika. Jan XXIII, były pirat, a później rozpustny żołdak, był
osobą lubieżną, pozbawioną skrupułów i niezwykle zabobonną. Pochodził ze
starej neapolitańskiej rodziny, a w Rzymie zapewnił sobie pozycję,
zawierając podejrzany sojusz z królem Neapolu. 8 czerwca 1413 roku, z naruszeniem zawartego porozumienia, król przypuścił atak na Rzym,
zmuszając papieża do opuszczenia miasta. Jan XXIII wraz z całym dworem
uciekł drogą zwaną Via Cassia, przy której kilku prałatów zmarło z wyczerpania, a pozostałych obrabowali ich najemnicy. I tym razem
opuszczone miasto splądrowano. Neapolitańscy żołnierze, pozbawieni
dyscypliny egzekwowanej przez dowódcę, podpalali domy, ograbili
zakrystię Bazyliki Świętego Piotra, wprowadzili do niej swe konie,
splądrowali świątynie i kościoły, a później wśród łupów rozsiedli się z prostytutkami, pijąc wino z poświęconych kielichów.
Jan XXIII pojechał na sobór do Konstancji, gdzie oskarżono go o najróżniejsze przestępstwa, w tym o herezję, handel godnościami i urzędami kościelnymi, tyranię, morderstwo i uwiedzenie mniej więcej
dwustu bolońskich dam. Po ucieczce z Konstancji w przebraniu najemnika
został rozpoznany, zdradzony i ponownie przywiedziony przed oblicze
soboru, który zdetronizował zarówno jego, jak i papieża z Awinionu, a później, kiedy Niemcy i Anglicy zjednoczyli się z Włochami, by trzymać
Francuzów na dystans, zdołano wybrać nowego papieża, rzymianina Marcina
V.
Pochodził on z rodu Colonnów, starej dynastii rzymskich magnatów. Kiedy
w 1420 roku wrócił do miasta pod purpurowym baldachimem, tańczyli przed
nim trefnisie, a ludzie długo w noc biegali ulicami z płonącymi
pochodniami, wykrzykując jego imię. Miał rządzić Rzymem przez ponad
dziesięć lat. Jego następcami było kolejnych dwóch Włochów: Eugeniusz IV
i Mikołaj V. Wreszcie pojawiła się nadzieja, że dla miasta nastała nowa
era.
Peter Paul Rubens, papież Mikołaj V;
Wikimedia Commons / domena publiczna
Mikołaj V, wybrany w 1447 roku, z wyglądu wydawał się szczególnie
nieodpowiedni do roli orędownika nowej ery: był niewysoki, blady i pomarszczony. Chodził zgarbiony, a przy tym rozglądał się nerwowo. Nikt
jednak nie wątpił ani w jego wielkoduszność, ani dobroć, a wszyscy,
którzy go znali, wychwalali jego bogobojność i wiedzę. Jak pisał jeden z mu współczesnych: "Wyróżnienie zawdzięczał nie swemu urodzeniu, lecz
erudycji i walorom intelektu". Chwalono także determinację, z jaką dążył
do pojednania Kościoła ze świecką kulturą rozkwitającego renesansu,
wysyłając swych przedstawicieli po całej Europie i poza jej granice w poszukiwaniu rękopisów starożytnych dzieł literackich i teologicznych, z których wiele zachowało się w bibliotekach klasztornych, a później
szczodrze wynagradzał uczonych zajmujących się tłumaczeniem i kopiowaniem tych dawnych tekstów.
Jednakże Rzym za czasów Mikołaja V w dalszym ciągu pozostawał walącym
się, brudnym, średniowiecznym miastem, gdzie w zimie panowało srogie
zimno wywoływane podmuchami tramontany przez zmarznięte moczary, a w lecie szalała malaria. Liczba mieszkańców, w znacznej mierze
obcokrajowców lub urodzonych poza granicami miasta, osiągała najwyżej 40
000, czyli niecałą jedną dwudziestą populacji zamieszkującej Rzym w czasach Nerona. Miasto było niewielkie również wedle ówczesnych
standardów, gdyż populacja Florencji wynosiła 50 000 osób, Wenecja zaś,
jedno z największych miast w Europie, mogła się pochwalić ponad 100 000
mieszkańców. Rzym stanowił jednak prawdziwe serce chrześcijańskiego
świata, a osoby przybywające tu co roku na długą pielgrzymkę zapewniały
miastu wysokie dochody z handlu.
Na początku 1449 roku Mikołaj V ogłosił rok 1450 świętym, a napływ
pielgrzymów do Rzymu na obchody tego jubileuszu przyniósł Kościołowi
ogromne zyski, między innymi ze sprzedaży odpustów. Tak duże, że Mikołaj
V mógł zdeponować 100 000 złotych suwerenów w banku Medyceuszów i śmiało
realizować plany odbudowy miasta. Wedle Enei Silvia Piccolominiego,
kardynała Sieny: "Zbudował w swym mieście wspaniałe gmachy, choć więcej
zaczął, niż skończył".
Centralnym punktem nowej chrześcijańskiej stolicy za panowania Mikołaja
V była Bazylika Świętego Piotra, kościół wybudowany przez cesarza
Konstantyna nad grobem pierwszego papieża, a odrestaurowany przez
Mikołaja. Przeniósł on także swą oficjalną siedzibę z Pałacu
Laterańskiego do Pałacu Apostolskiego, a napływ artystów do Rzymu w związku z prowadzonymi przez niego inwestycjami wkrótce zmienił miasto w wiodący ośrodek skupiający złotników, malarzy i rzeźbiarzy. Przez pewien
czas stał się także domem Fra Angelica, który zdobił cudowną, prywatną
kaplicę Mikołaja V w Watykanie scenami z życia dwóch męczenników z początków chrześcijaństwa, czyli świętego Stefana i świętego Wawrzyńca.
Ten niewysoki, świątobliwy dominikanin co rano, zanim zaczął malować,
klękał do modlitwy, a podczas malowania Chrystusa na krzyżu targały nim
tak silne emocje, że po policzkach spływały mu łzy.
Wkrótce po śmierci Mikołaja V, 24 marca 1455
roku, w Rzymie odbyła się coroczna ceremonia wystawienia chusty, która
rzekomo należała do świętej Weroniki. Tradycja głosi, że kiedy ocierała
pot z twarzy Chrystusa w drodze na Kalwarię, jego rysy w cudowny sposób
odbiły się na jej chustce. Kilka dni później kardynałowie mieszkający w Rzymie oraz wszyscy inni, którym udało się zdążyć na czas, wzięli udział
we wspaniałej procesji z towarzyszeniem papieskiego chóru, intonującego
hymn Veni Creator Spiritus, od Bazyliki Świętego Piotra do Watykanu,
gdzie mieli wybrać następcę Mikołaja V. Dęto w trąby, walono w bębny, a kiedy kardynałowie weszli do apartamentów, w których miało się odbyć
konklawe, zamknięto drzwi, zamurowano wejścia i rozpoczęto dyskusje oraz
spory.
Mijały kolejne godziny. Składano obietnice, rzucano zawoalowane groźby,
oferowano łapówki. Przed nadejściem nocy nie udało się jednak podjąć
decyzji. Nie było możliwe porozumienie między wrogo nastawionymi
kandydatami, których wspierali rywalizujący ze sobą rzymscy magnaci z rodzin Colonnów i Orsinich. Wiele osób miało nadzieję na wybór
starszego, słabowitego Jana Bessariona, cierpiącego potwornie z powodu
kamicy nerkowej, wówczas stanowiącej powszechne schorzenie. Był to
wybitny teolog i humanista, wychowany w Kościele prawosławnym, lecz
niedawno nawrócony na wiarę rzymskokatolicką. "Czy mamy oddać Kościół
rzymskokatolicki papieżowi greckiego pochodzenia? - zapytał jeden z francuskich kardynałów uczestniczących w konklawe. - Skąd mamy wiedzieć,
że to nawrócenie jest szczere? - dodał. - Czy będzie przywódcą
chrześcijańskiej armii?".
Wreszcie zaproponowano kompromis: zdecydowano się poprzeć kandydaturę
człowieka, który prawdopodobnie nie pożyje zbyt długo. Podczas rozmów
pojawiły się nazwiska dwóch starszych, niebudzących sprzeciwu
kandydatów, niestety pochodzenia hiszpańskiego, co oznaczało, że ich
wybór prawdopodobnie nie spodoba się rzymianom, niezmiennie wrogim
Katalończykom, jak powszechnie nazywano mieszkańców tego kraju. Z tych
dwóch większym poparciem cieszył się skromny, wykształcony biskup
Walencji, i to właśnie jego ostatecznie wybrano na następcę Mikołaja V.
Ponownie zabrzmiały trąby na placu Świętego Piotra. W niebo wzbił się
słup dymu na potwierdzenie, że konklawe dokonało wyboru, co tłum przyjął
głośnymi okrzykami. Zburzono niedawno wzniesiony mur. W otwartych
drzwiach stanął dziekan Kolegium Kardynałów, by ogłosić decyzję
konklawe: "Ku waszej ogromnej radości ogłaszam, że mamy nowego papieża,
lorda Alfonsa de Borja, biskupa Walencji, który pragnie przyjąć imię
Kaliksta III".
Ród Borja lub Borgia, jak ich nazywano we Włoszech, miał pewne znaczenie
w Hiszpanii, wywodził się, zdaniem jego członków, od starożytnego
królewskiego rodu Aragonów. Alfonso, urodzony w 1378 roku, był synem
właściciela posiadłości w Xátivie, w pobliżu Walencji. Najpierw
studiował, a później wykładał prawo w Leridzie, po czym w wieku
trzydziestu ośmiu lat otrzymał prestiżowe stanowisko prywatnego
sekretarza króla Alfonsa V Aragońskiego, któremu służył przez
czterdzieści dwa lata. Pomagał zaaranżować abdykację antypapieża
Klemensa VIII, torując tym samym drogę do zakończenia wielkiej schizmy,
a w nagrodę za swe usługi otrzymał diecezję Walencji. W 1442 roku
przeniósł się do Neapolu, pozostając nadal w służbie swego króla, który
podbił miasto i został Alfonsem I Neapolitańskim.
Jako prywatny sekretarz króla brał udział w negocjacjach mających
pogodzić jego pana z papieżem Eugeniuszem IV, który nagrodził Alfonsa
Borgię kapeluszem kardynalskim oraz wspaniałym tytularnym kościołem -
bazyliką Santi Quattro Coronati. Przed konklawe, odbywającym się w kwietniu 1455 roku, zamieszkał on w Rzymie. Był to poważny, skromny,
niemal osiemdziesięcioletni mężczyzna, cierpiący na nasilający się
artretyzm, którego stan zdrowia kazał wątpić, czy przeżyje męczące
ceremonie koronacji. Wśród nich była długa msza w Bazylice Świętego
Piotra, podczas której miał otrzymać z rąk głównego archidiakona tiarę i krzyż, klucze oraz płaszcz jurysdykcji. Po tej koronacji miała nastąpić
długa procesja do kościoła Świętego Jana na Lateranie, gdzie, podczas
kolejnej długiej ceremonii nowy papież miał wstąpić na tron jako biskup
Rzymu.
Papież Kalikst III; Wikimedia Commons / domena publiczna
Procesja z Bazyliki Świętego Piotra do Lateranu, zwana possesso,
stanowiła jeden z najbarwniejszych, a dla rzymskiego pospólstwa także
jeden z najbardziej ekscytujących widoków, jakie miało do zaoferowania
miasto. Ulicami maszerowała straż papieska i chórzyści, poprzedzani
przez sokolników z sokołami oraz szczurołapów z psami mającymi usunąć
szkodniki z nisko położonych terenów nad Tybrem, po nich zaś szli ludzie
niosący zioła o przyjemnym zapachu. Później kroczyli rzymscy urzędnicy
państwowi, biskupi i kardynałowie, a na koniec papież Kalikst III we
własnej osobie, jadący konno pod złotym baldachimem niesionym przez
dygnitarzy, w eskorcie lansjerów i piechoty, by trzymać na dystans tłum
natarczywych gapiów.
Na procesję zbliżającą się do Monte Giordano oczekiwał rabin w otoczeniu
innych Żydów, którzy zgodnie ze zwyczajem ofiarowali papieżowi bogaty,
zdobiony drogimi kamieniami egzemplarz Tory, księgi żydowskiego prawa.
Kalikst III przyjął ją, po czym rzucił na ziemię, wypowiadając nakazane
tradycją słowa: "Znamy to prawo, lecz nie akceptujemy waszej
interpretacji". Zanim skończył, gapie zaczęli się kotłować, pragnąc
wydobyć księgę spod kopyt papieskiego wierzchowca oraz koni strażników.
Przy stopniach kościoła Świętego Jana na Lateranie Kalikst III pokornie
ukląkł, po czym zdjęto z niego biało-złote szaty i zastąpiono je czarną
sutanną. Kiedy wybuchła, jak często się zdarzało, walka między
rywalizującymi ze sobą poplecznikami nieustannie zwaśnionych rodzin
Orsinich i Colonnów, uniósł dłonie w geście błogosławieństwa.
Nowo wybrany papież szybko oddał się całym sercem organizacji krucjaty
mającej uwolnić Konstantynopol spod władania Turków, którzy zajęli
miasto w maju 1453 roku. "Przysięgał skupić wszystkie swe wysiłki na
walce z tureckimi heretykami - pisał Enea Silvio Piccolomini, którego
Kalikst III uczynił kardynałem Sieny - odpuszczając grzechy wszystkim
ochotnikom". Determinacja papieża zaskoczyła wiele osób. Powszechnie
było bowiem wiadomo, że coraz dotkliwiej dokuczają mu bolesne ataki
podagry, w związku z czym spodziewano się, że wybierze spokojne,
świątobliwe życie w Watykanie, zamiast rozpoczynać tak ambitne
przedsięwzięcie.
Zebrane pieniądze pochodziły z nałożonych podatków i sprzedaży dzieł
sztuki, w tym kunsztownych opraw książek kupionych przez Mikołaja V,
które były bardzo drogie. Kalikst III posunął się nawet do zastawienia
własnej infuły i rozesłania po całej Europie licznych kaznodziejów z odpustami. Położył też kres różnym pracom restauracyjnym i przebudowie
Rzymu, zapoczątkowanym przez jego poprzednika.
Samowolny, skąpy i uparty Kalikst III nie tolerował sprzeciwu kardynałów
wobec jego bojowych ambicji. Zdołał zebrać dość środków na budowę galer
i skrzyknął wojsko na świętą wojnę. Mimo że jego żołnierze i żeglarze
zdołali odnieść drobne sukcesy, w tym pokonać turecką armię pod
Belgradem w lipcu 1456 roku oraz częściowo zniszczyć turecką flotę pod
Lesbos w sierpniu kolejnego roku, nie wszystkie europejskie mocarstwa
podzielały ambicje papieża. Wiele nie przekazało na potrzeby tego
przedsięwzięcia pieniędzy lub ludzi. Co więcej, zaszczyty, jakimi
obdarzył swych krewnych i pobratymców, znienawidzonych Katalończyków,
zaczęły w Rzymie powodować powszechne rozgoryczenie.
Szczególne zaszczyty przypadły trzem jego siostrzeńcom i bratankom.
Dwóch z nich zostało kardynałami przed ukończeniem trzydziestego roku
życia, a jednego z nich, Rodriga Borgię, Kalikst III mianował na
stanowisko wicekanclerza Stolicy Apostolskiej, najbardziej wpływowy
urząd w papieskim rządzie. Trzeci zaś, Pedro Luis Borgia, starszy brat
Rodriga, otrzymał tytuł księcia Spoleto i został mianowany generałem
Kościoła, prefektem Rzymu oraz zarządcą ogromnej fortecy rzymskiej,
Castel Sant'Angelo.
Śmierć Kaliksta III 6 sierpnia 1458 roku, zaledwie trzy lata po jego
wyniesieniu, w niewielkiej, ciemnej komnacie sypialnej, gdzie ze względu
na zły stan zdrowia spędzał dużo czasu, przywitano w Rzymie zamieszkami
na znak protestu przeciwko znienawidzonym Katalończykom, których tak
prowokacyjnie rozpieszczał. Kardynałowie ponownie zebrali się w Rzymie
na konklawe, które, jak liczono, miało wybrać papieża będącego dumą dla
papiestwa i Rzymu, teraz tak nierozerwalnie ze sobą połączonych.
Podczas tego konklawe kolegium było bardziej podzielone niż trzy lata
wcześniej: "Bogatsi, znaczniejsi kardynałowie - jak wspominał Enea
Silvio Piccolomini - składali obietnice i przekazywali groźby, a część z nich, bezwstydnie porzucając wszelkie resztki przyzwoitości, zgłaszała
własną kandydaturę na urząd". Guillaume d'Estouteville, bogaty kardynał
z Rouen, oferował kuszące nagrody: "Wielu skusiły wspaniałe obietnice
kardynała Rouen, łapiące ich na lep chciwości niczym muchy", knuli więc
całą noc we wspólnych toaletach, "miejscu odosobnionym i prywatnym".
Wcześnie rano kardynał Sieny poszedł w odwiedziny do młodego Hiszpana,
Rodriga Borgii, wicekanclerza, z pytaniem, czy on także przyrzekł coś
kardynałowi z Rouen. "Cóż miałbym zrobić, waszym zdaniem? - odparł
Borgia, zapewniony przez d'Estouteville'a o możliwości zachowania
lukratywnego stanowiska wicekanclerza w zamian za głos. - Wynik wyborów
jest przesądzony". Piccolomini ostrzegł dwudziestosiedmioletniego
Rodriga: "Ty, młody głupcze, czyż zaufasz mężczyźnie niegodnemu
zaufania? Być może coś obiecał, ale to stanowisko obejmie kardynał
Awinionu, bo to samo, co tobie, obiecano także i jemu", stwierdził,
mądrze radząc: "Czy Francuz będzie bardziej przyjazny drugiemu
Francuzowi czy Katalończykowi?".
Następnego dnia po mszy kardynałowie zgromadzili się w kaplicy
papieskiej na głosowanie. Napisawszy nazwiska swoich kandydatów na
karteczkach, wstawali kolejno, zgodnie z hierarchią ważności, i udawali
się do ołtarza, gdzie składali głosy w rytualnym złoconym kielichu. Po
zakończeniu głosowania kardynałowie wrócili na swoje miejsca i przystąpiono do uroczystego odczytywania nazwisk. "Każdy z zebranych
kardynałów zwracał uwagę na wymienionych, by nie dopuścić do oszustwa".
Ku powszechnemu zdziwieniu okazało się, że Piccolomini zdobył dziewięć
głosów, d'Estouteville - zaledwie sześć, a kilku innych - po jednym czy
dwa. Ponieważ żaden z wiodących kandydatów nie uzyskał wymaganej
większości dwóch trzecich głosów, kardynałowie zdecydowali się podjąć
próbę wyboru nowego papieża metodą zwaną "akcesem".
Wszyscy siedzieli na swoich miejscach w kompletnej ciszy i z pobladłym
obliczem, jakby nieprzytomni. Przez pewien czas nikt się nie odzywał,
nikt nie poruszał żadnym mięśniem z wyjątkiem oczu, które zerkały
najpierw w jedną, a później w drugą stronę. Cisza była zdumiewająca.
Niespodziewanie wstał młody Rodrigo Borgia: "Przychylam się do kardynała
Sieny" - ogłosił. Jednakże po tym oświadczeniu ponownie zapadła cisza,
aż wreszcie dwóch kardynałów, nie chcąc się angażować, pospiesznie
opuściło zgromadzenie "pod pozorem odpowiedzi na zew natury".
Po chwili wstał następny kardynał, również ogłaszając poparcie dla
Piccolominiego. Nawet to nie zapewniło jednak wymaganych dwóch trzecich
głosów. Potrzebny był jeszcze jeden. Nikt się nie odezwał, nie wykonał
żadnego ruchu. Wreszcie niepewnie wstał sędziwy Prospero Colonna i "właśnie miał przekazać swój głos" na kardynała Sieny, kiedy "został
chwycony w talii" przez przebiegłego, ambitnego Francuza, Guillaume'a d'Estouteville'a, arcybiskupa Rouen, oraz kardynała Bessariona, który w dalszym ciągu liczył na głosy. Ostro zganili kardynała Colonnę, a kiedy
ten upierał się przy zamiarze oddania głosu na Piccolominiego, próbowali
siłą usunąć go z sali. Sprowokowany tą zniewagą Colonna, który, jak się
okazało po wnikliwym badaniu, głosował na d'Estouteville'a, na znak
protestu zawołał głośno: "Ja też przekazuję swój głos kardynałowi Sieny
i czynię go papieżem".
"Wasza świątobliwość, dziękujemy za wybór i nie mamy wątpliwości, że
pochodzi on od Boga" - stwierdził niejasno kardynał Bessarion po
zatwierdzeniu wyboru zgodnie ze zwyczajem. "Nie głosowaliśmy na ciebie z powodu twej choroby. Uznaliśmy, że podagra będzie utrudnieniem dla
Kościoła, który bardzo potrzebuje aktywnego człowieka o dużej sile
fizycznej - wyjaśnił. - Wy zaś potrzebujecie odpoczynku". Piccolomini
odparł z godnością: "Decyzja na podstawie dwóch trzecich Świętego
Kolegium z całą pewnością jest dziełem Ducha Świętego" - po czym zdjął
czerwone szaty kardynalskie i zamienił je na "białą szatę Chrystusa".
Zapytany, jakie imię pragnie przyjąć, odpowiedział: Pius. Niedługo potem
jego wybór ogłoszono tłumom zebranym na placu przed Bazyliką Świętego
Piotra.
Pinturicchio, Pius II; Wikimedia Commons / domena publiczna
Tej nocy, czyli 19 sierpnia 1458 roku, na ulicach i placach Rzymu
panowała ogromna radość, gdyż wszyscy świętowali wybór Włocha zamiast
Francuza czy kolejnego Hiszpana.
Zewsząd rozlegał się śmiech i wybuchy wesołości, słychać było wołania:
"Siena! Siena! Och, szczęśliwa Siena! Niech żyje Siena!". [...] Z nadejściem nocy na wszystkich skrzyżowaniach zapłonęły ogniska. [...]
Mężczyźni śpiewali na ulicach, sąsiedzi częstowali sąsiadów, nie było
miejsca wolnego od głosów rogów i trąb, nie było ani jednej dzielnicy,
której nie ożywiałaby ogólna wesołość. Starsi ludzie twierdzili, że
nigdy wcześniej nie widzieli w Rzymie tak powszechnej radości.
Piccolomini, przedwcześnie postarzały pomimo zaledwie pięćdziesięciu
trzech lat, prowadził dotąd mniej lub bardziej rozwiązłe życie. Spłodził
kilkoro bękartów i wyróżniał się jako dyplomata, orator oraz pisarz, nie
zaś duchowny. Był między innymi autorem powszechnie znanej powieści pod
tytułem Eurialus i Lucretia, znakomitej serii biografii O sławnych
ludziach, własnych pamiętników, książki wskazującej poprawny sposób
wychowywania chłopców oraz historii Bohemii. To ostatnie dzieło napisał
podczas urlopu w słynnych łaźniach w Viterbo, gdzie miał nadzieję
znaleźć ulgę w podagrze, "nie licząc na lekarstwo, ponieważ ta choroba,
kiedy przejdzie w przewlekły, mocno zakorzeniony stan, kończy się
dopiero wraz ze śmiercią".
Kapelusz kardynalski otrzymał na Boże Narodzenie 1456 roku, a zaledwie
nieco ponad osiemnaście miesięcy później wziął udział w konklawe, po
cichu licząc na wybór. Choć był przygotowany wspierać interesy
przyjaciół i krewnych oraz ulegać ich zachciankom, podobnie jak wielu
jego poprzedników, pragnął także okazać się godny tego świętego urzędu.
Zobowiązał się kierować słowami wypowiedzianymi w rozmowie z przyjacielem, w czasie, gdy przyjął święcenia diakonatu, akceptując
fakt, że wcześniejszą rozwiązłość musi teraz zastąpić czystość, której
się w cichości obawiał. "Nie mogę się wyprzeć przeszłości. Daleko
odszedłem od tego, co prawe, lecz przynajmniej to wiem i żywię nadzieję,
że ta wiedza nie nadeszła zbyt późno".
Ze swym poprzednikiem dzielił nadrzędną ambicję: "Ze wszystkich zamiarów
w jego sercu żaden nie był mu tak drogi, jak podżeganie chrześcijan do
walki z Turkami i wypowiedzenie im wojny". Z Rodrigiem Borgią, którego
stanowisko wicekanclerza Kościoła Pius II potwierdził w ciągu zaledwie
kilku godzin od swego wyboru, dziękując mu w ten sposób za wsparcie
podczas konklawe, szczegółowo omawiał organizację krucjaty zdolnej
wstrzymać napływ Turków do Europy.
Najbardziej utalentowany bratanek Kaliksta III,
Rodrigo Borgia, został kardynałem w wieku dwudziestu pięciu lat. Na
Uniwersytecie Bolońskim krótko studiował prawo kanoniczne i po niecałym
roku uzyskał stopień naukowy. Ponieważ standardowy tok studiów trwał
pięć lat, wszyscy podejrzewali wręczenie łapówki, co nie było czymś
niezwykłym. Głosy oburzenia wzbudziło także mianowanie
dwudziestosiedmioletniego Rodriga Borgii, po równie krótkotrwałej
karierze wojskowej, na wpływową, lukratywną posadę wicekanclerza. Nie
było od nich wolne również oddanie mu cennej siedziby wuja w Walencji.
Trzeba jednak przyznać, że choć te urzędy wynikały w znacznej mierze z nepotyzmu, Rodrigo okazał się kompetentnym administratorem, "niezwykle
sprawnym człowiekiem", jak twierdził Pius II. Ponieważ nie ustawał w staraniach, by piastowany przez niego urząd wicekanclerza przynosił
ogromne zyski - dzięki łapówkom przyjmowanym za wszelkie przysługi, od
rozwodów po udzielanie sakramentów małżeństwa w kazirodczych związkach
na podstawie sfałszowanych dokumentów - nie sposób zaprzeczyć, że
sumiennie wykonywał obowiązki związane z tym stanowiskiem. Był niezwykle
zamożny, uwielbiał ekstrawagancję. Jak stwierdził Jacopo Gherardi da
Volterra:
Różne urzędy Borgii, jego liczne opactwa we Włoszech i Hiszpanii oraz
trzy diecezje, tj. Walencja, Porto i Kartagena, przyniosły mu potężną
fortunę. Mówi się, że sam urząd wicekanclerza daje mu 8000 florenów w złocie. Ma liczne, wspaniałe zastawy, perły, odzież haftowaną jedwabiem
i złotem oraz książki na każdy temat. Nie muszę nawet wspominać
niezliczonych kotar do łóżka, kropierzy dla koni [...] złotych haftów,
bogactwa jego łóżek, gobelinów tkanych srebrem i jedwabiem ani jego
wspaniałych strojów czy też niezmiernej ilości złota znajdującego się w jego posiadaniu.
"Piękne kobiety odczuwają do niego niewiarygodny pociąg, przewyższający
siłę, z jaką magnes przyciąga żelazo" - napisał jeden z obserwatorów.
Wedle ostrożnych słów Johannesa Burcharda, który został później jego
mistrzem ceremonii, był także człowiekiem o "nieskończonej męskości".
Doskonale znany jest jego ogromny apetyt seksualny. Atrakcyjne kobiety,
które prosiły go o radę lub przysługę, z dużym prawdopodobieństwem brały
udział w takich orgiach, jak te, na które zwrócił uwagę Pius II, i w ten
sposób upomniał swojego wicekanclerza:
Dowiedzieliśmy się, że trzy dni temu duża liczba mieszkanek Sieny,
strojna we wszelkie przejawy ziemskiej próżności, zgromadziła się w ogrodach [...] Giovanniego di Bichio i że Wasza Eminencja, obrażając
godność swego stanowiska, przebywała w ich towarzystwie od godziny
pierwszej do szóstej wraz z innym kardynałem. [...] Jak nam powiedziano,
tańce były nieskromne, pokusa miłości przekraczała zaś wszelkie granice,
a wy sami zachowywaliście się jak jeden z najbardziej wulgarnych
młodzieńców w tym wieku. [...] Rumienię się, pisząc to, czego się
dowiedziałem. Sama wzmianka o takich rzeczach stanowi dyshonor dla
waszego stanowiska. Aby zapewnić sobie większą swobodę w rozrywce,
zabroniliście wstępu mężom, ojcom, braciom i innym spokrewnionym
mężczyznom towarzyszącym tym kobietom. [...] Wydaje się, że w Sienie nie
zajmowano się w owej chwili niczym innym. [...] Nie sposób wyrazić
naszej złości. [...] Wasze zachowanie stanowi pretekst dla wszystkich
oskarżających nas o wykorzystywanie naszego bogactwa i wysokiego
stanowiska do orgii. [...] Przedmiotem potępienia jest sam Namiestnik
Chrystusowy, gdyż powszechnie uważa się, że zamyka oczy na te ekscesy.
[...] Zarządzacie kancelarią pontyfikalną, Wasze zachowanie zaś jeszcze
bardziej karygodnym czyni Wasza bliskość względem nas, Ojca Świętego,
jako wicekanclerz Stolicy Apostolskiej. Waszemu osądowi pozostawiamy
stwierdzenie, czy temu wysokiemu urzędowi wypada afiszować się z kobietami, a także, czy upiwszy łyk wina, kazać podać ten kielich
kobiecie uznanej przez Was za najpiękniejszą, czy wypada Wam cały dzień
spędzać w charakterze zachwyconego widza wszelkich form wszetecznych
zabaw. [...] Wasze przewiny rzutują na nas oraz na Kaliksta, Waszego
świętej pamięci wuja, oskarżanego o niesłuszne obdarowanie Was
niezasłużonymi honorami. Niech zatem Wasza Eminencja podejmie decyzję o położeniu kresu tym przejawom frywolności.
Rodrigo nie zamierzał zakończyć rzeczonych "frywolności", w przyszłości
postarał się jednak nie uczestniczyć w nich w towarzystwie i miejscach,
o których wieści mogłyby z łatwością dotrzeć do uszu surowego Piusa II.
Rozrywki podobne do tych w ogrodzie w Sienie miały się teraz odbywać
wewnątrz luksusowego pałacu, który wicekanclerz wybudował w Rzymie
dzięki swemu bogactwu nabytemu zgodnie z prawem lub w wyniku oszustwa.
W Wielkim Tygodniu w 1462 roku zorganizowano w Rzymie procesję
eskortującą czaszkę świętego Andrzeja, brata świętego Piotra, którą to
relikwię Pius II nabył po tym, jak została uratowana z rąk Turków w czasie ich najazdu na Grecję. "Na ulice wyległy takie tłumy, że zbrojni
w pałki żołnierze chroniący papieża z trudem zdołali torować mu drogę".
W całym mieście widać było dekoracje. Wąskie uliczki "przykryto
zadaszeniem i zielonymi gałęziami, by zapewnić ochronę przed słońcem, na
domach zaś powieszono draperie i tapiserie". Jak pisał Pius II: "Ludzie
wzajemnie prześcigali się w oddawaniu honorów Apostołowi". Pałac
należący do Rodriga Borgii miał najwspanialsze dekoracje ze wszystkich
ozdobionych pałaców na trasie procesji. Jak pisał papież w swych
pamiętnikach:
Wszyscy kardynałowie mieszkający na trasie procesji wspaniale
udekorowali swe domy. [...] Wszystkie jednak przyćmił, zarówno pod
względem kosztów, jak i pomysłowości, pałac Rodriga, wicekanclerza. Jego
ogromny, imponujący dom, zbudowany na miejscu starożytnej mennicy,
przystrojono wspaniałymi, drogimi arrasami. [...] Przystroił nie tylko
własny dom, lecz również domy sąsiadów, dzięki czemu otaczający plac
zmienił się w coś na kształt parku wypełnionego muzyką i śpiewem, a jego
pałac jakby błyszczał od złota, podobnie jak, według przekazów, niegdyś
siedziba cesarza Nerona.
Wnętrze pałacu Borgii było równie wspaniałe. Jeden z gości opisał jego
nieustannie rosnący przepych:
Ściany w holu wejściowym obwieszono tapiseriami przedstawiającymi różne
sceny historyczne. Z niego wchodziło się do niewielkiego saloniku
przybranego w ten sam sposób. Dywany na podłodze dobrano do mebli, wśród
których wymienić należy okazałe łoże dzienne z baldachimem tapicerowane
czerwonym atłasem, a także komodę z ogromną, cudowną kolekcją złotych i srebrnych przedmiotów. Za tym salonikiem znajdują się dwa następne
pokoje przyjęć. W jednym stoi kolejne pokryte aksamitem łoże dzienne z baldachimem, w drugim zaś sofa obita złotogłowiem. W tym drugim znajduje
się też ogromny stół przykryty delikatnym, aksamitnym obrusem, otaczają
go wspaniałe, rzeźbione krzesła.
W samym pałacu, w budynkach gospodarczych i stajniach, mieszkało i pracowało aż dwustu służących, w tym kilku niewolników. Wszyscy odziani
byli w bordowo-żółte barwy Borgiów. Oprócz stajennych, straży i służby
domowej w pokojach na górze mieszkało wielu dworzan, sekretarzy i kancelistów, a wśród nich prawnik kardynała, Camillo Beneimbene,
człowiek dyskretny i wiarygodny, powiernik jego wielu tajemnic.
Podczas świąt na placu przed pałacem ludność mogła uczestniczyć w alegoriach i pantomimach, pokazach sztucznych ogni, słuchać huku armat
oraz przyglądać się dzikim walkom byków. Jednocześnie liczni służący
Rodriga roznosili wśród tłumu gapiów kielichy wina.
Pomimo ogromnych sum wydanych na ten pałac i jego wyposażenie Rodrigo
dysponował wystarczającą ilością pieniędzy, by pozwolić sobie na takie
gesty jak wyposażenie i dostarczenie galery dla floty weneckiej na
potrzeby wojny chrześcijaństwa z tureckimi niewiernymi, a także szczodre
datki na krucjatę, którą Pius II planował z iście misjonarskim zacięciem
i której zamierzał osobiście przewodzić. Papież w towarzystwie Rodriga
wyjechał z Rzymu do Ancony, ale już wcześniej dręczony poważną chorobą
zmarł w pałacu biskupim 15 sierpnia 1464 roku.
W Anconie także Rodrigo podupadł na zdrowiu, gdyż miasto to słynęło z niezdrowego klimatu. Być może złożyła go zaraza bądź któraś z chorób
przenoszonych drogą płciową.
Wicekanclerza dotknęła choroba - powiadomiono rządcę Ancony - o następujących objawach: bolą go uszy i ma obrzęk pod pachą. Lekarz,
który go oglądał, ma niewielką nadzieję na wyleczenie go, szczególnie w obliczu faktu, że niedawno dzielił z kimś łoże.
Z całą pewnością w drodze do Ancony Rodrigo nie żałował sobie radości
płynącej z balów maskowych i nocnych przyjęć urządzanych na jego prośbę,
aby "przejazd dygnitarzy Kościoła świętego" na północny wschód, przez
Apeniny na wybrzeże Adriatyku, nie "powodował upadku życia społecznego"
w mijanych przez nich miasteczkach.
Okazało się jednak, że choroba Rodriga jest mniej poważna, niż
początkowo sądzili lekarze, dzięki czemu zdołał wrócić do Rzymu na czas,
by wziąć udział w kolejnym konklawe. Tym razem kardynałowie wybrali
Wenecjanina, Pietra Barbo, który przyjął imię Paweł II, przystojnego,
skupionego wyłącznie na sobie miłośnika przyjemności, który początkowo
zamierzał iść w ślady swego bogatego ojca i zostać kupcem. Kiedy jednak
jego wuja wybrano na następcę Marcina V, znanego jako Eugeniusz IV,
stwierdził, że Kościół może zaoferować życie zgodne z jego charakterem.
Swe umiłowanie wystawnego życia wkrótce zdołał zaspokoić budową
wspaniałego pałacu w centrum Rzymu, czyli Palazzo San Marco, obecnie
zwanego Palazzo di Venecia. Tam właśnie przeniósł dwór papieski w 1466
roku i tam mieszkał wśród ostentacyjnego przepychu, w otoczeniu swego
znakomitego zbioru antycznych kamei, spiżu, marmurowych popiersi i drogocennych klejnotów, aż do śmierci w 1471 roku.
Podczas konklawe po śmierci Pawła II Rodrigo odegrał kluczową rolę,
udało mu się bowiem doprowadzić do wyboru Francesca della Rovere, który
przyjął imię Sykstus IV. Ten potężny, ambitny, mrukliwy i bezzębny
człowiek o ogromnej głowie, spłaszczonym nosie i onieśmielającym
obejściu urodził się w zubożałej społeczności rybackiej w Ligurii i wstąpił do zakonu franciszkanów. Pnąc się po kolejnych szczeblach
hierarchii, wreszcie został generałem zakonu. "Ten papież jako pierwszy
- twierdził Niccol? Machiavelli - pokazał, jak wiele może zrobić papież
i ile czynów, zwanych wcześniej błędami, teraz skrywało się pod opończą
władzy papieskiej". Inni wychwalali jego szlachetność, wynikającą nie "z urodzenia, lecz z charakteru i erudycji", a jeszcze inni komentowali
jego gorące oddanie Maryi Dziewicy.
Justus van Gent, papież Sykstus IV; Wikimedia Commons / domena publiczna Vannozza de' Catanei.
Od dnia wyboru ten pozornie prosty zakonnik nieprzerwanie obdarowywał
swych krewnych urzędami, pieniędzmi i dochodowymi tytułami w Państwie
Kościelnym, czyli należących do papieża ziemiach w centralnych Włoszech,
dziedzictwie świętego Piotra. Wkrótce zdobył złą sławę, powierzając
wyjątkowo lukratywne stanowiska dwóm swoim młodym krewnym, czyli
Pietrowi Riario i Giulianowi della Rovere, którzy zostali kardynałami w ciągu zaledwie kilku miesięcy od jego wyboru na papieża i otrzymali
wiele opactw, beneficjów i diecezji. Czerwone kapelusze podarował swym
czterem kolejnym krewnym. Podczas długiego pontyfikatu mianował sześciu
z łącznej liczby trzydziestu czterech kardynałów, z których nie wszyscy
w równym stopniu byli tak bezwartościowi jak członkowie jego rodziny.
Dwóch siostrzeńców odegrało ważną rolę w przyjęciu młodziutkiej
neapolitańskiej księżniczki Eleonory Aragońskiej, która w czerwcu 1473
roku przejazdem zatrzymała się w Rzymie, w drodze na ślub z Ercole
d'Este, księciem Ferrary. Apartamenty przygotowane dla niej w pałacu
Pietra Riario były tak okazałe, że, jak wspominała w liście do ojca,
króla Neapolu, nawet nocnik wykonano ze złoconego srebra. "Skarb
Kościoła - pisała z zaskoczeniem - wykorzystuje się do takich celów".
Wystawny bankiet wydany na jej cześć przez Pietra trwał sześć godzin,
podczas którego nieprzerwanie donoszono drogie dania, spożywano je przy
akompaniamencie muzyki, poezji i tańców. W ich skład wchodziło pozłacane
i posrebrzane pieczywo, pawie, ciasta z nadzieniem z żywych przepiórek,
które po usunięciu skórki biegały po stole, cały niedźwiedź, półmiski
pokrytych srebrem węgorzy i jesiotrów, a także cukrowe stateczki pełne
srebrnych żołędzi, symbolu della Rovere.
Pietro Riario i Giuliano della Rovere, którzy śladem wuja wstąpili do
zakonu franciszkanów, po otrzymaniu urzędu kardynała szybko porzucili
śluby ubóstwa i czystości. Ulubieńcem papieża był Pietro, przez jednego
ze współczesnych określany mianem kolejnego Kaliguli. Krążyły też
plotki, że tak naprawdę był synem Sykstusa IV. Dochód z beneficjów w wysokości ponad 50 000 dukatów rocznie pozwalał mu na swobodne pławienie
się w luksusach oraz afiszowanie się z kochanką, którą umieścił w swym
pałacu, gdzie, jak wieść niesie, jej buciki obszywano perłami.
Pozostawiwszy po sobie ponad 60 000 dukatów długu, zmarł nagle w styczniu 1474 roku, cierpiąc wcześniej na dotkliwe bóle brzucha, przez
wielu uważane za wynik działania trucizny, lecz prawdopodobnie
spowodowane zapaleniem wyrostka robaczkowego. Teraz rolę prawej ręki
Sykstusa IV w kolegium przejął Giuliano, który zaczął się piąć po
szczeblach kariery na papieskim dworze i szybko stał się rywalem
Rodriga.
Pomimo nieustającego nepotyzmu Sykstus IV był jednak dobroczyńcą Rzymu i rzymian. W znacznej mierze dzięki wysokim podatkom nałożonym na
zagraniczne Kościoły i sprzedaży urzędów kościelnych zdołał
przeprowadzić wiele robót publicznych. Wybrukowano i poszerzono ulice.
Oczyszczono wiele kanałów wybudowanych jeszcze w starożytnym Rzymie,
niegdyś zasilających setki miejskich fontann, które teraz ponownie
dawały rzymianom czystą wodę.
Odremontowano i przebudowano setki kościołów, których liczba była tak
duża, że humaniści współcześni Sykstusowi IV uznali go za drugiego
Augusta, za następcę cesarza, który zastał Rzym ceglany, a zostawił
marmurowy. Za pieniądze lub przysługi polityczne sprzedał należący do
Pawła II wspaniały zbiór cennych antyków, a uzyskane w ten sposób środki
przeznaczył na ulepszanie Rzymu. Założono szpital dla podrzutków, w miejscach opuszczonych ruin pojawiały się nowe pałace, główny rynek
miasta przeniesiono na Piazza Navona, gdzie w starożytnym Rzymie
znajdował się cesarski cyrk, sławny stadion Domicjana.
Przeprowadzono reformę Uniwersytetu Rzymskiego "La Sapienza". W ramach
przygotowań do roku świętego 1475 papież położył kamień węgielny pod
Ponte Sisto, stojąc w łodzi i rzucając kilka złotych monet w mętne wody
Tybru. Co więcej, to właśnie Sykstus IV ufundował Kaplicę Sykstyńską,
którą wybudował dla niego Giovannino de' Dolci, a ściany zostały
ozdobione scenami z życia Mojżesza i Chrystusa przez najbardziej
utalentowanych artystów owych czasów, w tym Botticellego, Ghirlandaia,
Perugina i Pinturicchia.
Sykstus IV niezwłocznie wynagrodził Rodriga za wsparcie okazane podczas
konklawe: awansował go na diecezję kardynalską Albano i przekazał mu
lukratywne opactwo w Subiaco, na które składały się otaczające tereny i zamek. Stanowiło ono przyjemne miejsce letnich wypraw kardynała i jego
rodziny. Papież mianował go także legatem papieskim w Hiszpanii,
poleciwszy mu rozwiązać niełatwą sytuację związaną z małżeństwem
spokrewnionych osób, czyli Ferdynanda Aragońskiego i Izabelli
Kastylijskiej, które zawarto na podstawie sfałszowanej dyspensy
papieskiej, ku wściekłości arcybiskupa Sewilli przeciwnego połączeniu
dwóch hiszpańskich królestw.
Vannozza de' Catanei.
Wikimedia Commons / domena publiczna
Rodrigo opuścił Rzym w maju 1472 roku i spotkał się z entuzjastycznym
przyjęciem w swej siedzibie w Walencji. W Hiszpanii dowiódł swej
inteligencji, taktu, dyskrecji, dobrego humoru i pewności działania, cech niezbędnych
do uregulowania sprawy małżeństwa i rozpoczęcia pokojowych negocjacji z arcybiskupem, który został udobruchany kapeluszem kardynalskim. Zdobył
także poparcie Hiszpanii dla kolejnej krucjaty przeciw Turkom. Hiszpanię
opuścił czternaście miesięcy później, lecz w drodze do domu jego galera
w wyniku gwałtownego sztormu rozbiła się u wybrzeży Toskanii.
Przewieziono go do Pizy, aby wydobrzał po tych przejściach. Tam też
zaproszono go jako gościa honorowego na bankiet, gdzie poznał
atrakcyjną, inteligentną kobietę, młodszą o jakieś dziesięć lat,
Vannozzę de' Catanei.
Ta urokliwa, dyskretna kurtyzana, pochodząca z drobniejszej szlachty, od
początku znajomości intrygowała kardynała. Aby ułatwić, jak się okazało,
oparty na silnym uczuciu, trwały związek, poufny doradca prawny i notariusz Rodriga, Camillo Beneimbene, zaaranżował małżeństwo Vannozzy z podstarzałym prawnikiem Domenikiem d'Arignano, uprzejmym mężczyzną,
który nie zamierzał zgłaszać roszczeń w stosunku do żony.
W roku 1475, rok po pierwszym wystąpieniu Rodriga w czerwonych,
kardynalskich szatach podczas ślubu swej kochanki, kobieta urodziła
syna, któremu dano imię Cezar. Sykstus IV okazał swemu wicekanclerzowi
aprobatę, uznając chłopca. Wkrótce później zmarł dobrze uposażony mąż
Vannozzy, wdowa zaś urodziła Rodrigowi dwoje kolejnych dzieci - chłopca
Juana, rok młodszego od Cezara, a cztery lata później - dziewczynkę,
Lukrecję. Vannozza nie pozostała zbyt długo wdową. Jeszcze dwukrotnie
wychodziła za mąż za mężczyzn wybranych przez kardynała i urodziła
Jofrégo, kolejnego syna Rodriga, oraz Ottaviana, który mógł być jego
synem, ale nie jest to pewne.
Z całą pewnością na tym układzie skorzystała ich dobroduszna matka,
która mogła zamieszkać w wygodnym domu w Rzymie, a na kupionej działce w pobliżu Term Dioklecjana wybudowała kolejny. Nabyła także lukratywne
udziały w trzech najlepszych gospodach Rzymu, a jej trzeci mąż, Carlo
Canale, czerpał całkiem przyzwoite zyski ze stanowiska rządcy rzymskiego
więzienia, Torre Nuova, gdzie od więźniów pobierano opłaty za
przywileje, na jakie było ich stać.
Dzieci Vannozzy nie były jedynym potomstwem uznawanym za spłodzone przez
kardynała Rodriga. Do tej grupy należało jeszcze co najmniej troje,
wszystkie starsze od dzieci Vannozzy, choć niewielu rzymian znało ich
matkę. Były to dwie dziewczynki, Gerolama, wcześnie wydana za mąż za
członka skromnej, choć szlacheckiej rodziny, zmarła młodo, druga zaś,
Isabella, dożyła późnej starości i zmarła w połowie szesnastego wieku.
Budziła powszechną ciekawość, którą wyniośle ignorowała. Trzecim
dzieckiem był chłopiec, nazwany Pedro Luis po bracie Rodriga. Został on
księciem Gandíi, lecz podobnie jak Gerolama zmarł młodo, spędziwszy
znaczną część swego krótkiego życia jako zdolny oficer hiszpańskiej
armii.
Około 1483 roku, kiedy Cezar miał osiem lat, a jego brat Jofré był
jeszcze niemowlęciem, Rodrigo odebrał dzieci matce i oddał je pod opiekę
swej kuzynki Adriany de Mila. Mimo że kardynał doceniał urok Vannozzy i żywił do niej uczucie, uważał, że ze względu na swe pochodzenie kobieta
nie nadaje się do wychowywania jego dzieci.
Adriana natomiast była hiszpańską szlachcianką, która przez małżeństwo
weszła do jednego z najpotężniejszych rzymskich klanów, rodziny
Orsinich. W 1489 roku jej syn, Orsino Orsini, ożenił się w rzymskim
pałacu Rodriga z Giulią Farnese, piękną dziewiętnastolatką z bardzo
skromnym majątkiem. Giulia, zwana w całym Rzymie "la Bella", została
nową kochaną Rodriga, a jej mąż oddalił się do wiejskiej posiadłości
rodziny w Bassanello. Rodrigo wydawał się mieć obsesję na punkcie tej
dziewczyny, cudownej, beztroskiej, młodziutkiej kochanki, która
mieszkała w domu wraz z Adrianą de Mila oraz dziećmi ustępliwej,
dobrodusznej Vannozzy. Po raz pierwszy w życiu okazał się zdolny do
ogromnej zazdrości, nawet o nieznośnego męża Giulii, która od czasu do
czasu nalegała na odwiedziny w jego wiejskim domu, prowokując Rodriga do
pisania listów następującej treści:
Doszło do naszych uszu, że ponownie odmówiłaś powrotu do nas [z Bassanello] bez zgody Orsiniego. Znamy złą naturę Twej duszy oraz
mężczyzny, który Tobą kieruje, lecz nigdy nie przyszłoby nam do głowy,
że możesz złamać uroczystą obietnicę braku zbliżania się do Orsina. A jednak to zrobiłaś [...] aby ponownie oddać się temu ogierowi. Wzywamy
Cię, pod groźbą wiecznego potępienia, do porzucenia wszelkich wizyt w Bassanello.
Orsini, najwyraźniej zaniepokojony tym listem, odesłał żonę do
kardynała. Rodrigo, mimo niemal czterdziestu lat różnicy dzielącej go od
Giuli Farnese, nic nie stracił ze swej męskości. Jego apetyt seksualny w dalszym ciągu nazywano nienasyconym. W pałacu serwowano wystawne
posiłki, lecz on sam jadł niewiele, często zadowalając się jednym
daniem. Choć innych kardynałów noszono po Rzymie w lektykach, on wolał
spacery. Polował, uprawiał zapasy, uwielbiał sokolnictwo, szczycił się
"talią szczupłą jak u dziewczyny".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki