I
Horst Bartlik siedział w wiklinowym fotelu w swoim gabinecie. Patrzył na ścianę obwieszoną gablotami pełnymi motyli. Jego wzrok zatrzymał się na małej gablotce, w której przytwierdzone do podłoża prezentowały się rusałka admirał i paź królowej. To było tak dawno temu... Zamyślił się. Po pewnym czasie wstał, podszedł do ściany i zaczął się uważnie przyglądać motylom. Z ogrodu dochodziły głosy bawiących się dzieci. Jeszcze was na świecie nie było, kiedy złapałem je dla waszej matki, pomyślał. Wetknąłem jej we włosy. Zawstydziła się. Poszedłem do łazienki i przyniosłem lusterko. Wyglądasz jak karaibska księżniczka, powiedziałem. No, sama zobacz. Nieśmiało spojrzała w lusterko, a potem poczerwieniała. Bartlik, patrząc na te dwa okazy, po raz kolejny zadawał sobie w myślach pytanie: czy oni się kiedykolwiek kochali? Gdy już odnalazł twierdzącą odpowiedź na to pytanie, zadawał sobie następne. Jeśli tak, to kiedy? Jeśli się kochaliśmy i to było wtedy, to kto kogo bardziej kochał? Ja ją czy ona mnie? Tego dnia Horst wystraszył się, bo pierwszy raz w życiu zdał sobie sprawę, że myśli w czasie przeszłym o tych sprawach. Dlaczego oboje powtarzali przed księdzem dziesięć lat temu, że ślubują sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że nie rozstaną się aż do śmierci? Czy Bóg przewidział, że jeden, dwa lub wszystkie elementy tej umowy przestaną kiedyś obowiązywać? I co wtedy? A dzieci? Mają się męczyć? Z ogrodu znowu dobiegły rozbawione głosy.
- Obiad, obiad!
Śmiechy ucichły, usłyszał trzaśnięcie drzwi. Zdjął ze ściany gablotę z rusałką admirałem i paziem królowej. Położył ją na biurku, wyjął scyzoryk. Kiedy go otwierał, skaleczył się i kropelka krwi spadła na szybkę. To już całkowity koniec, pomyślał. Tylko jak długo może trwać koniec... Znowu się zamyślił. Wsadził krwawiący palec do ust i zaczął go ssać. Gdy poczuł smak krwi, podszedł do okna i splunął przed siebie. W tym momencie usłyszał pukanie do drzwi.
- Proszę.
- Zupa stygnie. Dzieci są bardzo głodne. Zejdź do nas.
Nie odwracając się do żony, patrząc na ogród, powiedział oschle, żeby zaczynali bez niego.
- Nie jestem głodny. Posiedzę jeszcze trochę w gabinecie.
- Źle się czujesz? - zapytała strapiona.
- To przejdzie. Mam nadzieję, że wkrótce przejdzie. Nie martw się, to nic. Jedzcie sami, na zdrowie.
Kiedy zamknęła za sobą drzwi, Horst przymknął okno i podszedł do biurka. Obejrzał skaleczony palec. Już nie krwawił, a na przecięciu zdążyła powstać biała ryska. Z wielką dokładnością, wręcz namaszczeniem, zaczął za pomocą scyzoryka odklejać szarą taśmę łączącą szklaną górę z drewnianymi bokami. Wydaje się, że rusałka i paź mają już siebie dość, więc trzeba im będzie zrobić osobne mieszkania, powiedział do siebie. Wstał i podszedł do szafy. Otworzył ją i wyjął dwie małe gablotki. Rusałkę admirała umieścił w jednej, a pazia królowej w drugiej, przyszpilił odwłoki i zakrył szkłem. Dokładnie obkleił boki taśmą. Wbił w ścianę gwóźdź i zawiesił admirała na starym miejscu, a rusałkę na nowym. Jeszcze przez chwilę patrzył na ich rozwód.
- No i co się dzisiaj z tobą stało? - zapytała żona, poprawiając pod głową poduszkę.
- Nic, po prostu nie miałem apetytu i te motyle...
- Dzieci były bardzo zaskoczone, zawsze jadamy razem.
- Wiem.
- A co z tymi motylami?
- Z motylami wszystko w porządku, skaleczyłem się przy otwieraniu gabloty.
- Poniszczyły się czy co?
- Poniszczyły - powtórzył po niej jak echo.
- Po co otwierałeś gablotę?
Horst usiadł na łóżku i sięgnął po szklankę wody stojącą na szafce nocnej. Wypił ją duszkiem. Położył się i też poprawił poduszkę. Patrzył w sufit.
- Nie poniszczyły się, postanowiłem je rozdzielić.
- Rozdzielić?
- No tak, rozdzielić. Pazia wsadziłem do osobnej gabloty, a rusałkę do osobnej.
- I z tego powodu straciłeś apetyt? To trzeba było tego nie robić.
- Ty ciągle o tym obiedzie, daj już spokój.
- Horst, co jest?
- Nic - odpowiedział ściszonym głosem.
- W szkole jakieś problemy?
- Jakie problemy, przecież są wakacje.
- No właśnie, ale może już myślisz o wrześniu.
- Do września jeszcze dwa miesiące. Jak przyjdzie wrzesień, to wtedy będę się martwił szkołą.
- Jesteś dobrym nauczycielem, nie martw się.
- Boże, a ty dalej swoje. Powiedziałem, że nie martwię się szkołą, zresztą nie wiadomo, jaki ten wrzesień będzie, wszyscy mówią o wojnie. Daj już spokój, nie wypytuj, to nie ma sensu. Po prostu rozdzieliłem te motyle, przyszedł już najwyższy czas, żeby coś z nimi zrobić. Nie pasowały do siebie w jednej gablocie. Rusałka taka dostojna i smutna, a paź królowej kolorowy i postrzelony.
Horst zbliżył się do żony i położył dłoń na jej piersi. Chciał patrzeć jej prosto w oczy, ale ona odwróciła głowę w stronę okna.
- Zgaś światło - powiedziała po cichu.
- Czy zawsze musimy to robić przy zgaszonym świetle?
- Tak czuję się lepiej.
- Wstydzisz się mnie?
- Nie ciebie, siebie się wstydzę. To już nie to samo, to nie to samo ciało co dziesięć lat temu. Wstydzę się swoich obwisłych piersi i miękkiego brzucha, a noc wszystko wygładza. Noc jest dobra, prawda? - zapytała go tak, jakby z góry wiedziała, że odpowie twierdząco.
- Tak, noc wygładza, masz rację - odpowiedział pod nosem, a potem zgasił lampkę nocną i podniósł jej koszulę.
- Nie, nie chcę.
Horst zamarł, odsunął się od niej i położył na plecach na swojej połowie łóżka. Ciężko oddychał.
- Jak chcesz, to zrobię ci ręką - zaproponowała nieśmiało.
- Ręką, ręką. Zawsze kończy się na ręce! - prawie wykrzyknął. - Co się z tobą stało? Co się z tobą dzieje? Wstydzisz się, a potem, jak już światło zgaszone, to nie chcesz i proponujesz mi ręką. Ręką to ja sobie mogę sam. A zresztą, to nie ma sensu, już od dłuższego czasu nie ma sensu, po co te całe wygłupy. Robię z siebie tylko durnia.
- Przepraszam, przepraszam, Horst - powiedziała cicho.
- Dwa motyle, dwa motyle w osobnych gablotach to my - zaczął nucić pod nosem do melodii szlagieru Marleny Dietrich.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki