Boy-Żeleński: kobiety, skandale i feminizm - Jarosław Molenda


Reflow text when sidebars are open.
Wydaje się, że Tadeusza Żeleńskiego znali wszyscy, ale czy znali go dobrze? Wątpliwe, bo prawdziwych przyjaciół miał niewielu, chociaż sam "Boy znał wszystkich, tj. całą intelektualną Warszawę, ale nie przyjaźnił się z nikim (poza żoną i mną - wyznaję to z dumą) - twierdziła Irena Krzywicka, którą z Boyem połączył gorący romans. - Nie przyszłoby mu nawet do głowy, aby z kimkolwiek innym rozmawiać o swoich sprawach osobistych, przykrościach czy radościach, żeby się dzielić pomysłami czy wątpliwościami. Niezwykle uprzejmy i miły, trzymał jednak ludzi na pewien dystans od swoich spraw osobistych" .
Należy pamiętać, że Żeleński wychował się w dostatnim, kulturalnym domu, że studia ukończył z sukcesem (który spowodował wysłanie go jako stypendysty do Paryża), że ożenił się, miał syna... A co opisuje Boy? Zamiast szkoły - pierwsza wódka w dorożkarskiej knajpie, zamiast studiów - karty, zamiast pierwszych uczuć - romans na schodach. Wniosek? Wbrew pozorom, wbrew szerokiej korespondencji zczytelnikami, wbrew niejako famie ipopularności, Żeleński był pisarzem-samotnikiem .
Czasami przyznawał, że żyje tak na uboczu, tak z dala od świata, że, "dalibóg, nie wiem, co kogo dziś interesuje". Innym razem podkreśla, że tkwi w sprawach, które porusza lub że bawi go owo zanurzanie się "w życie". Pierwszy chyba w niepodległej Polsce starał się przerwać zaklęty krąg stołecznych odbiorców. Potrzebę kontaktu z prowincją, czy jak się to mówiło kiedyś, "z terenem", tłumaczył za pomocą dobrego dowcipu: "Czym byłby Aleksander Wielki, gdyby był siedział u siebie w stolicy? Niczym, prowincjonalnym królikiem. A przez co stał się światowym monarchą? Przez to, że się puścił na prowincję" .
Tadeusz Boy-Żeleński miał albo namiętnych zwolenników i entuzjastów, albo nie mniej zdecydowanych, niczym nieprzejednanych wrogów. Kiedy jedni unosili się nad szerokością i głębokością wiedzy, mnogością zainteresowań, benedyktyńską pracowitością i śmiałym, męskim, bezkompromisowym poszukiwaniem prawdy tego demaskatora wszelkich przestarzałych mitów, drudzy obrzucali go wyzwiskami, od "ignorantów" i "dyletantów" zaczynając, a na nienadających się do powtórzenia epitetach kończąc.
Ale nawet wobec wrogów był człowiekiem niezwykle uprzejmym. Zofia Żeleńska opowiadała, że kłaniał się Irzykowskiemu na wszystkich premierach, chociaż ten nie szczędził mu krytyki i to często przesadzonej. A mimo to pozostawał wciąż człowiekiem o niezwykle ciepłym usposobieniu, a swoją grzeczność starał się okazywać na każdym kroku .
Boy wyżywał się w pisaniu, podczas gdy w towarzystwie znany był jako siedzący w kącie milczek. "Pełen niezwykłego wdzięku, dowcipu "z cicha pękł" i niespodziewanych powiedzeń, kiedy był w dobrym humorze - zastrzegała Irena Krzywicka, która poznała go od podszewki nie tylko garnituru - najczęściej jednak bywał zamyślony i to tak bardzo, że nie słyszał, kiedy się do niego mówiło, często bardzo smutny, no i bardzo zapracowany" .
Jak takiemu człowiekowi udawało się przyciągnąć zainteresowanie pięknych kobiet? W czasach gdy już zdobył rozgłos, jest to zrozumiałe, ale Boy nie od razu był przecież sławny. Trzeba przyznać, że przynajmniej pod względem urody miał gust. Jego żoną zostanie urokliwe dziewczę z Wesela Stanisława Wyspiańskiego - Zofia Pareńska, która w dodatku była kobietą z ogromną klasą. Wielki wpływ na Tadeusza miała oczywiście jego matka Wanda z domu Grabowska, dzięki której zaraził się bakcylem literatury.
Boya przez całe życie ciągnęło do artystek. Wśród jego wybranek była choćby Dagny Juel - muza nie byle kogo, bo Augusta Strindberga, Edwarda Muncha, Stanisława Przybyszewskiego, by wymienić tych najsławniejszych. Słabość Tadeusza Żeleńskiego do sceny obrazuje zauroczenie kilkoma aktorkami, w tym między innymi siostrą Leona Schillera, jednego z najwybitniejszych polskich reżyserów teatralnych i twórcy idei polskiego teatru monumentalnego.
Serce autora Słówek złamała też Jadwiga Toeplitz-Mrozowska, aktorka, śpiewaczka i... pierwsza kobieta, która przeszła przez wiecznie zaśnieżony Dach Świata. Jej imieniem nazwano jedną z przełęczy w Pamirze. Pod koniec życia drugą młodość przeżywał z największą "gorszycielką" epoki - Ireną Krzywicką, dziennikarką i feministką. Ten lapidarny przegląd fascynacji uczuciowych Boya dowodzi, że interesowały go kobiety nieprzeciętne, o których warto chyba dowiedzieć się więcej.
Ojciec Boya, Władysław Żeleński zaliczany jest do najwybitniejszych polskich muzyków i kompozytorów. Był również autorem podręczników muzycznych, a także kontynuatorem twórczości Moniuszki. Skomponował cztery polskie opery narodowe: Konrad Wallenrod, Goplana, Janek, Stara Baśń, dwie symfonie oraz liczne pieśni i utwory fortepianowe, więc nic dziwnego, że cieszył się wielką sławą i powszechnym uznaniem.
Tadeusz Żeleński odziedziczył niewiele cech po ojcu. Nadwrażliwość, nerwowość, skłonność do melancholii były raczej spadkiem po matce. Rzeźbiarka Wanda Ładniewska-Blankenheimowa, która poznała go w ostatnich miesiącach życia we Lwowie, wspominała: "Często mawiał, że jest smutny, że jest melancholikiem i człowiekiem nieśmiałym. Kiedy spojrzałam na niego z niedowierzaniem, dodał: "To przecież jest klasyczne, wszyscy humoryści są melancholikami"" .
Ale pracowitość łączyła tych dwóch na ogół różnych artystów. Boy - nie otaczając zresztą ojca kultem bałwochwalczym - wspominał, że nieraz komponował przez całą noc aż do świtu. Ba, już po ukończeniu jedenastego roku życia Władysław Żeleński tworzył polonezy, mazury i polki, ale w środowisku ziemiańskim uważano to za społeczną degradację. Rodzina protestowała, uważając, że dla szlacheckiego dziecka nie ma innych alternatyw, jak urząd, wojsko czy gospodarowanie na wsi. Matka, pani Marcjanowa, tylko częściowo przyznawała swemu synowi rację.
Koniec końców uparta latorośl osiągnęła swój cel, ale aby nie dawać pożywki małopolskim kołtunom, Władysław pojechał do Pragi. Oczywiście głównym powodem była chęć doskonalenia się w muzyce i napisania doktoratu z filozofii. Zawitał również do Drezna, gdzie miał okazję wysłuchać po raz pierwszy w życiu IX Symfonii Beethovena. Fakt ten w dobie Internetu czy telewizji wydaje się błahostką, ale w tamtych czasach trzeba było jeździć za granicę, żeby usłyszeć symfonię czy zobaczyć obraz.
W 1865 roku Władysław przebywał kilka miesięcy w Wiedniu, gdzie poznawał bliżej dzieła Wagnera. Tu zaprzyjaźnił się z Arturem Grottgerem i z nim przebywał później w Paryżu. Następnie wrócił do Krakowa, skąd w 1871 roku przeniósł się do Warszawy, gdzie w następnym roku ożenił się z Wandą Grabowską herbu Dołęga. Z tego związku na świat przyszli trzej synowie: Stanisław, Tadeusz i Edward. Starszy brat Boya, Stanisław, urzędnik Namiestnictwa, słynął swego czasu jako lew salonowy. Stał się też modelem dla tytułowego bohatera w Wodzireju Gabrieli Zapolskiej.
Młodszy brat Boya, tragicznie zmarły Edward, był jedną z najbardziej ujmujących postaci w młodzieńczej cyganerii Krakowa z lat 1905-1910; słynął ze skłonności do żartów, a ten z nabraniem Wilhelma Feldmana na "nieśmiałego początkującego poetę" zapadł szczególnie w pamięć. Posłał mianowicie autorytetowi literackiemu "próbkę swego talentu", a było nią - ni mniej, ni więcej - tylko... Do Laury Słowackiego. Feldmana zawiodła widocznie pamięć, bo w odpowiedziach od redakcji pojawiła się opinia, że autor "próbki" jest zwyczajnym grafomanem, a na dowód... przytoczono całe Do Laury.
Przyszły teść ojca Boya, jeden z założycieli Towarzystwa Kredytowego, był dość zamożnym człowiekiem, który stracił sporo po stłumieniu powstania styczniowego. Nagła rewizja policyjna wykryła wtedy w piwnicach jego domu przy ulicy Miodowej skład broni. Jan Grabowski i jego krewny, Seweryn Markiewicz, zostali aresztowani. Tego ostatniego wywieziono na Sybir, Grabowski został jednak zwolniony .
Na początku lat 70. XIX wieku mieszczański dom, z pewną przesadą nazywany "pałacem", cieszył się dość dużym powodzeniem. Budynek ten - poprzednio "kamienica Teppera, bankiera z czasów Stanisława Augusta" - mieścił wiele lokali. Właściciel, wcześnie owdowiały syn krawca wojskowego, potem właściciela sklepu tekstylnego, mieszkał tutaj z czterema córkami, Wandą, Julią, Marią i Zofią.
Skąd się wziął Galicjanin Żeleński w warszawskim mieszczańskim domu? Najprawdopodobniej przyprowadził go Adolf Tetmajer, mąż Julii, zaprzyjaźniony niejako po sąsiedzku z rodziną Żeleńskich, od stuleci osiadłych w Grodkowicach u brzegów Puszczy Niepołomickiej. Młodemu, ale już głośnemu kompozytorowi, który właśnie wrócił z Paryża, spodobało się w tym domu tak niezwykłym, więc zaczął tam często bywać, zwłaszcza że w oko wpadła mu najstarsza latorośl pana domu. Na późniejszym wspólnym zdjęciu narzeczonych zwracają uwagę ciemne oczy Wandy - widać w nich głębokie spojrzenie jej syna. To samo zamyślenie i cień melancholii.
Córki pana Grabowskiego rosły bez matki, ale wszystkie odegrały pewną rolę w umysłowym życiu kraju. "Matkowała" im trochę Narcyza Żmichowska, ale w życiu Wandy pojawiła się dość późno, gdy ta wciąż była bardzo dziecinną siedemnastolatką, podczas gdy Narcyza kobietą... czterdziestoletnią. Mogła służyć dorastającej pannie mądrością, wiedzą i doświadczeniem. I uczuciem, którego dziewczyna na pewno łaknęła.
Panny Grabowskie pobierały nauki w pensji dla panien, prowadzonej przez Julię Bąkowską, która mieściła się w domu Grabowskich. Boy twierdził, że pensja "Juluty", bo tak nazywali niektórzy jej właścicielkę, wyrosła na rodzaj wolnego uniwersytetu, a jedną z najwybitniejszych nauczycielek okazała się pisarka, która odegrała ogromną rolą najpierw w życiu matki Boya, a potem i jej syna - Narcyza Żmichowska, której imię niekiedy pisano jako Narcyssa. Jej mieszkanie w domu Grabowskich, na trzecim piętrze, zwano powszechnie Miodogórzem .
Zdaniem Józefa Hena, biografa Boya, Żmichowska była kobietą o rysach grubych, pospolitych (ku jej rozpaczy), ale z umysłem niepospolitym, fascynującym. I sercem spragnionym uczucia. Niestety, nikt nigdy nie obdarzył jej miłością. Dojrzewała w kraju ogołoconym z mężczyzn. Ci, którzy nie zginęli na polach powstańczych bitew, albo nie zostali wywiezieni, bądź nie uszli na tłumną emigrację, lub też, machnąwszy na wszystko ręką, nie zaszyli się na wsi - stanowili lichy materiał, nie na miarę żeńskiej elity intelektualnej.
Takie inteligentne, ambitne i zazwyczaj piękne kobiety nie napotykały godnych siebie partnerów, więc długo, nieraz bardzo długo trwały w staropanieństwie. Tak właśnie było z Wandą Grabowską. W ten sposób narodził się - przynajmniej według syna Wandy - rodzaj duchowego matriarchatu. "Kobieta urasta - spuentuje w swoim stylu - mężczyzna kurczy się, maleje. Gdy obywatelski synek poluje, pije i gra w karty, siostra jego czyta, myśli i sądzi" .
Mimo to, a może dzięki temu wszystko, co w Warszawie ambitne, ciągnęło nomen omen jak do miodu na trzecie piętro do Miodogórza. Były to dwa skromne pokoiki, ale dobrze znane Warszawie w owej epoce przedpowstaniowej. Tam biło serce Warszawy, tam toczyły się nieraz ważne dyskusje. "Rozmowy, które się słyszało na Miodogórzu, upamiętniały się doniosłością poruszanych zagadnień - twierdził Boy - poziom ich był tak znacznie wyższym od otaczającego świata, że samo dopuszczenie do przysłuchiwania się kształciło, podnosiło ducha i otwierało umysłowi szersze horyzonty" .
Rzeczywiście Żmichowska zgromadziła koło siebie grono słuchaczek nieprzekraczające w zasadzie dwudziestu osób. Uczestniczkami pogadanek były jej bliskie krewne i znajome, a przede wszystkim jej uczennice z pensji Baranowskiej. Pisarka chciała wywołać ożywienie umysłowe wśród kobiet, dyskutując z nimi o przeczytanych książkach i planach życiowych. Był to jeden z odcinków jej walki o emancypację kobiet, choć jeszcze w bardzo umiarkowanym zakresie: "Nie ma obawy - pisała w tonie, z którego przebijała gorycz - żeby się kobieta wkradła na stanowisko mężczyzny, żeby zagarnęła jego prawa. Nie będzie pewnie prawodawcą, filozofem, rządcą; tym już jest mężczyzna. Kobieta da początek nowym prawom, będzie strzegła religijności i stanie na straży ogólnego zbawienia. Nauka więc kobiecie potrzebna dla lepszego pojęcia prawdy, dla korzystniejszego wpływu na drugich" .
W swoim domu Wanda również zaszczepi zwyczaj takich spotkań, dlatego może nieco dziwić jej późniejsza niechęć do planowanego przez Tadeusza związku z Zofią Pareńską. "To nie jest rodzina pożądana" - wtórowała jej Julia Tetmajerowa, a Wanda "cierpła na samą myśl". To dlatego Narcyza Żmichowska starała się, niestety bezskutecznie, zniszczyć w matce Boya "konwencjonalizm", skłonność do "pruderii" i "dydaktyzmu" .
Dzieliła się każdą przeczytaną książką: uczyła ją czuć i myśleć. Z kronikarskiego obowiązku wypada dodać, że Narcyza była autorką pierwszego opracowania dotyczącego życia jej kuzyna Pawła Edmunda Strzeleckiego, opublikowanego już trzy lata po śmierci wybitnego podróżnika i badacza między innymi Australii. Była to niebanalna edukacja, ponieważ gdy zwykle starszy stara się kiełznać zuchwalstwo młodości, tutaj, ta nauczycielka musiała ośmielać Wandę, która wyrosła w pętach towarzyskich konwenansów. Być może dlatego zaciężyła w niej pewna wrodzona nieśmiałość, skłonność do "poczciwości", do dydaktyzmu, do chowania głowy przed rzeczywistością.
"Charakter Wandy?" - zastanawiał się syn i sam odpowiadał: "Można powiedzieć, że rysem jej była melancholia. Straciła wcześnie matkę, dorastała w gorączkowej, żałobnej atmosferze ówczesnej Warszawy z roku 1863, wcześnie dostała się pod wpływ Żmichowskiej, który pogłębił ją, ale zarazem kazał sobie stawiać wysokie wymagania i tym samym wciąż ocierać się o zwątpienie. Na szlaki myśli, w których Narcyza bujała swobodnie, Wanda nieśmiało dała się pociągać" .
Potem jednak "zdryfowała" w stronę przyszłego narzeczonego: "A co mu dodaje wdzięku najistotniejszego w moich oczach, to wyemancypowanie się z przesądów, z ciasnoty arystokratycznej swojego otoczenia. Stworzył własną siłą swój świat - zdobył się odważnie na karierę artystyczną - i odbiegł daleko duchem. - Bo mój orzeł szybuje po wyżynach!" - zapewniała Żmichowską. "Gdyby Pani słyszała jego wczorajszą improwizację albo wykonanie Beethovena - albo jego własne piosenki!" .
Istotnie miał coś z orła, szczególnie gdy zgolił brodę i zapuścił sumiaste wąsy. Widać to na fotografiach i portretach z tego okresu. Dawna uczennica Alina Świderska utrzymywała, że: "był postacią [...] bardzo popularną. Wszyscy znali i widzieli z sympatią tę fizjonomię typowego szlagona, która miała jednak w sobie coś orlego. Sprawiało to nie tylko spojrzenie niezmiernie przenikliwe, ale także szczególne linie wysokiego czoła uciekającego w tył. Przypominam sobie, jak mówił kiedyś do mamy: - Rzeźbi mnie teraz Daun, ale strasznie ma dużo kłopotu z moim czołem" .
W przedmowie do nowej edycji książki Żmichowskiej Czy to powieść?, Boy twierdził, że przyjaźń jego matki ze Żmichowską (pisującą pod imieniem "Gabryelli") miała charakter literacki. Żmichowska nazywa ją "rozpieszczoną dewotką ideału" . I oto, kiedy zdawałoby się, że Wanda na całe życie pozostanie cieniem swej nauczycielki, że położyła już krzyżyk na swym życiu osobistym, na swym powołaniu kobiety, naraz zjawia się królewicz z bajki, człowiek, który spełnia i przewyższa najśmielsze jej marzenia. Nazywa się Żeleński, Władysław Żeleński. Muzyk. "Już od dwóch tygodni Władysława Żeleńskiego za narzeczonego uważam - pisała do Żmichowskiej - a jednak, oprócz sióstr i ojca, nikt jeszcze nie wie o tym. Zrazu czekaliśmy odpowiedzi jego matki, którą w sam dzień św. Cecylii, po koncercie wspólnie wysłuchanym, o zamiarach swoich uwiadomił. Mnie nie zależało na rozgłosie, lecz gdy nie ma powodu robić tajemnicy z rzeczy ustanowionej dziś, jutro całą rodzinę i wszystkich życzliwych uwiadomimy o tym" .
Ponieważ najstarsza córka Jana Grabowskiego była nie tylko najładniejsza z rodzeństwa, to w dodatku miała zainteresowania literackie, szybko wpadła w oko Władysławowi, którego malarz romantyczny Artur Grottger określał mianem "miłej bestii" . Dobijająca 30-tki piękna, ale dumna i mało dostępna panna zakochała się z wzajemnością w 35-letnim profesorze warszawskiego konserwatorium. Znali się już od kilku miesięcy, gdyż muzyk bywał prawie codziennie w domu Grabowskich.
Władysław wysłał do swej matki list, zawiadamiający o zamiarze poślubienia panny Grabowskiej. Żeleńska, pamiętająca o dawnych kłopotach z przesądami dotyczącymi artystycznej kariery syna, zajęła stanowisko przychylne . Wandzie wyznał miłość pod koniec listopada, czując, że zdobył wzajemność. W dniu Świętego Andrzeja oświadczył się ojcu panny. W Wigilię 1872 roku Wanda i Władysław zaręczyli się oficjalnie, by w kwietniu 1873 roku wziąć ślub. Małżeństwo było szczęśliwe, ale nie wszystko było różowe. W 1881 roku, po przeniesieniu się Władysława do Krakowa, część rodziny Żeleńskich ozięble przyjęła dziedziczkę rodziny mieszczańskiej.
Wanda w duchu ideologii pozytywistycznej pocieszała się wprawdzie, jak mogła: "Dotychczas odkryłam jedną jedyną wadę w tym małżeństwie, pochodzącą z tamtej strony [...]. Mówię o arystokratycznych jego koligacjach i stosunkach. Życie jednak na moim mieszczańskim ma się rozwinąć gruncie i to wiele ułatwia. Zresztą mój "doktor filozofii" jest wyzwolonym z szlachetczyzny szlachcicem, chce zostać mieszczaninem, człowiekiem pracy użytecznej oddanym i pięknie powiada, że dwóm panom służyć nie można" .
A co na to Żmichowska? Pisząc do przyjaciółki o ślubie umiłowanej uczennicy, komentowała wybór swej wychowanki: "Słyszałam i domyślałam się, że jej ukochany musi być człowiekiem plus artystą jedynie, a nie artystą z człowieka zrobionym". Jak mocne to było przekonanie świadczy fakt, że umiała zaszczepić je w innych. Oto, jaki pogląd wyrażała sama Wanda Grabowska: "Gabriella z drogi swoich ukochanych pragnęła artystów usunąć. Nie posłuchałam jej rady. Wplatam sobie w życie tego, którego mam za artystę biorącego rozbrat z przeszłością; to artysta nowej szkoły, u którego artyzm jest owym czymś więcej, dodatkiem do człowieczeństwa" .
Oczywiście od zamążpójścia Wandy ton jej listów się zmienia. Nie aby w czymkolwiek uczucie jej osłabło, nawet nie można powiedzieć, aby się podzieliło - każda z jej dwu fascynacji miała swoją nienaruszoną sferę - ale weszło w jej życie mnóstwo "realności", takich jak dom, no i dzieci, bo w ciągu pięciu lat powiła trzech synów. "W nowym życiu spełnił się jeden jej ideał - konstatował jej syn - stała się najlepszą towarzyszką, pomocnicą męża, starała się zdjąć codzienne troski z głowy niepraktycznego, pochłoniętego swą sztuką artysty" .
Groźny, porywczy, wybuchowy... Te przymiotniki stale wychodzą spod pióra tych, którzy wspominają ojca Boya. Wszyscy dodają zaraz, że pani Wanda Żeleńska otaczała go zdumiewającym kultem, opieką, miłością. Alina Świderska przypomina sobie epizody, zarazem znamienne i barwne. Oto jeden z nich: "Nazywał mnie swoją "muzyczną córeczką", a że byłam na swój wiek mała i drobna, brał mnie po lekcji na ręce i obnosił po pokoju. Raz jednakże tak się zamachnął, że moimi nogami strącił ogromną lampę, która stała na stole pośrodku salonu. Rozległ się okropny hałas i brzęk tłuczonego szkła, a struga nafty rozlała się po dywanie. Z dalszych pokoi nadbiegła przerażona pani Żeleńska. Znając porywczość męża przywykła już wprawdzie do rozmaitych scen burzliwych, ale nie w tym stopniu, w żadnym zaś razie nie spodziewała się tego przy lekcji ze mną...
Pan Żeleński postawił mnie na ziemi. - No - uśmiechnął się do mamy z humorem, po swojemu - ta lekcja to mnie będzie kosztowała drożej niż panią (nie zgodziła się bowiem na to, żeby mnie uczył bezpłatnie).
Wspomniałam tu jego żonę. Śmiało można powiedzieć, że była ona współtwórczynią wszystkich jego kompozycji. Gdyby nie ta czujna, a nad wyraz delikatna opieka, którą usuwała od niego całą prozę życia, nigdy by nie mógł tworzyć tak swobodnie.
W domu wszystko szło trybem normalnym. Trzej chłopcy wracali ze szkoły, zasiadali do obiadu, przy którym towarzyszyła im matka, sama nie jedząc zresztą. Z przyległego salonu zaś dochodziły dźwięki fortepianu - owo charakterystyczne brząkanie kompozytorskie. Twórca nie zdawał sobie sprawy z upływu czasu. W jakiejś chwili, kiedy już uczuł zmęczenie, przerywał pracę, wychodził z pokoju, a wtedy - którakolwiek by to była godzina - zastawał obiad gotowy i świeży, i zawsze spożywała ten posiłek wspólnie z nim żona. O żadnych kłopotach domowych nigdy w ogóle nie słyszał. Nic mu nie hamowało fantazji" .
Jak konstatuje jego biograf: "Na szczęście łatwość wpadania w stan rozdrażnień i gniewu wynagrodziła mu natura skłonnością do dobrego humoru prawie równomierną. Humor ten objawiał się tak samo impulsywnie i był źródłem sławnych dowcipów w stylu specyficznym. [...] Ktoś go na przykład pyta, dlaczego w jego gabinecie panowie "ze wsi" wciąż mówią tylko o bulwach? Żeleński idzie, słucha i rzuca odpowiedź muzyka:
- Niech sobie rozmawiają o bulwach. Każdy ma przecież jakiś swój kamerton w życiu, każdy ma jakiś ból w "a" swego kamertonu" .
Jak przyznawała Alina Świderska, "kiedy ochłonął, następowało przyjazne poklepywanie po łopatkach lub gładzenie po ramieniu i pomruki tak dobrotliwe, że niepodobna było chyba zachować urazy. Złote miał serce. [...] Przy tym zaś ten humor poczciwie jowialny! Lubił bardzo kalambury i sam o sobie ułożył wierszyk, który z upodobaniem powtarzał: "Chociem leń po środku, przeciem skraju żeski (rześki), Robię swoje, nie uważam, co szczekają pieski". Przypominam też sobie, jak kiedyś przy lekcji, będąc w dobrym humorze, opowiadał, jak niby to jakiś profesor chciał koniecznie ucznia "na tego Pitagorasa przyprowadzić", więc "pyta go raz, a ten nic, i znowu pyta go raz, a ten znowu nic..." i śmiał się przy tym z takim zadowoleniem! Nie spotkałam nigdy u człowieka dorosłego takiej niewinnej uciechy z rzeczy małych. Specjalny miało urok to połączenie cech szalonego pasjonata i dobroduszności, toteż niepodobna było go nie kochać" .
Jego synom nic nie brakowało, rodzice zapewniali im staranne wychowanie. Władysław piastował dobre rządowe stanowisko dyrektora, miał zapewne i kapitał po spłaceniu go przez brata Stanisława, panna Grabowska też chyba została zaopatrzona w solidny posag. Jak zauważa biograf Boya, w tym duecie, w którym matka ofiarowała czułość i troskę, ojciec reprezentował surowość, dyscyplinę, karę, nierzadko fizyczną, jakby "przechodził z biegiem lat bardzo sarmacką ewolucję [...] przeistaczał się w wykapany obraz Cześnika Raptusiewicza. Porywczość jego i niecierpliwość były przysłowiowe" .
Nie ma listów pani Wandy, w których by się tym przeistoczeniem mężczyzny u swojego boku zdumiewała. Może je uważała za naturalne? Po latach pisarz wspomina swoje dzieciństwo bez wdzięczności, z żalem. Ciekawe, czy miał na myśli swoją ukochaną matkę, kiedy w recenzji ze sztuki Zapolskiej Tamten, napisze o macierzyńskiej nadtroskliwości: "Trzy czwarte funkcji tych matek były dzieciom zupełnie zbyteczne. [...] Skarby kobiecej czułości daleko więcej były wyrazem potrzeb matki niż pożytku dziecka. [...] Ten anioł stróż syna był najczęściej jego katastrofą" .
Notabene po tej recenzji oskarżono go o spotwarzanie wizerunku Matki Polki... Pierwszy okres warszawski Boya to wczesne jego lata dziecięce - od urodzenia do siódmego roku życia. Niewiele o tych latach wiemy. Wiadomo, że mały Tadzik urodził się z pewną nadwagą, Żmichowska tak pisała do Wandy Żeleńskiej z okazji urodzin drugiego syna: "Nie wiem, kiedy pójdę Ci powinszować syna olbrzyma". Wprawdzie dalszy bieg życia Boya pokazał, że należał on do mężczyzn dobrze zbudowanych, ale olbrzymem nie był .
W spadku po dziadkach mały Tadeuszek otrzymał dalsze imiona. Jego dziadek, który rozszerzył majętności rodowe, nosił imię Marcjan, a babka - imię Kamila. W tym doborze imion widać zdecydowany wpływ ojca. Irena Krzywicka twierdzi w swych opowieściach o Boyu, że od czasu do czasu wspominał on swoje dzieciństwo ze zgrozą: "Pończochy, wysokie trzewiki, nawet latem, koronkowe albo sztywne kołnierzyki z fontaziem. Guwernerzy z trzcinkami, którymi bili boleśnie. Nie wolno było biegać, pocić się, plamić ubrania. Przy stole dzieci nie miały głosu i w ogóle niedopuszczalne było, żeby się odzywały. Patrząc na prawie gołego synka Ireny Krzywickiej, hasającego swobodnie po ogrodzie, mówił: "Nigdy nikomu niczego nie zazdrościłem, ani sławy, ani piękności, ani bogactwa. Tylko jemu, że ma panią za matkę. Ach, Boże!"" .
Niewiele można powiedzieć o wczesnym dzieciństwie Tadeusza w Krakowie oprócz kilku anegdot o srogim ojcu oraz palcie rozdartym na gwoździu i oddanym do krawca, który nie odniósł go na czas. "Było to w zimie - relacjonował sam zainteresowany - w czym tu iść do szkoły. Matka, mimo że sama przejęta świętością obowiązków szkolnych, zwróciła się nieśmiało do gromowładnego ojca z zapytaniem, czybym nie mógł zostać w domu. Ojciec aż się żachnął: nie iść do szkoły?! - ani słyszeć nie chciał o tym. Matka wykombinowała tedy taki strój: włożyła mi jakiś damski serdaczek, a na to stary żakiet ojca/rosłego i zażywnego mężczyzny. Rękawy dało się zawinąć, obfity przód zapięto jakoś agrafkami, ale poły! poły sięgały do samej ziemi, a kto wie, czy się nie wlokły" .
Uczył się dobrze, choć uważano go za "błazna" i "cynika", bo wyrywał się nieraz z przekornymi wątpliwościami. Boy odznaczał się dużymi zdolnościami językowymi. Goethego, Schillera i Heinego cytował w oryginale. Zaczytywał się Szekspirem, choć bratanek Boya wątpił, aby znał angielski. Prawdopodobnie już w wieku dojrzałym nauczył się włoskiego w takim stopniu, że był w stanie czytać Pirandella w języku ojczystym autora.
Ale już od gimnazjalnych czasów najmocniej interesował się kulturą francuską. "Zdaje się - przypuszcza biograf pisarza - że nikt go do tego specjalnie nie zachęcał; ojciec (jak widzieliśmy) obco się czuł w Paryżu. Matka żyła literaturą polską, romantykami i ukochaną Żmichowską. Było to więc u Boya - powinowactwo z wyboru" . Boy w Breweriach sam pisał o swej małej wrażliwości na bodźce problematyki czysto literackiej: "Żyłem od dziecka w środowisku artystycznym: przebywałem po kolei wszystkie krakowskie skupienia literackie; i raczej odstręczyły mnie one od literatury" .
Jak z jego wspomnień wiadomo, nauka gry na fortepianie w dzieciństwie napawała go nieprzezwyciężonym wstrętem, po części na skutek oryginalnych metod nauczania kolejnych preceptorów, po części chyba i dlatego, że surowość i wybuchowy charakter ojca mało skutecznie reklamowały dziedzinę jego zainteresowań .
"Jak trudno jest zrozumieć Boya, jego wady i zalety, świadczą też listy, które otrzymuję od czytelników" - pisała wiele lat temu Krzywicka. "Jeden z nich pyta, jakim sposobem "biedny student" mógł trafić do kół intelektualnych albo "wysoko urodzonych". Boy nigdy nie był "biednym studentem". Dom rodziców był zamożny i Boyowi nie brakowało niczego. Przy tym, dzięki sławie ojca, miał wstęp do wszystkich salonów, nie mówiąc już o tym, że jedna gałąź rodziny Żeleńskich nosiła tytuł hrabiowski" .
Jeśli więc już puszczać się na wątpliwe z punktu widzenia psychologicznego dociekania, które z rodziców mogło wywierać istotniejszy wpływ na kształtowanie się w dzieciństwie zainteresowań artystycznych, trzeba raczej zwrócić się ku matce Boya, którego zdaniem była ona "zwichniętą literatką: żyłkę pisarską zdławiło w niej najszczęśliwsze zresztą, ale absorbujące małżeństwo, pomaganie ojcu w pracy i w rosnących kłopotach trzech nie najłatwiejszych synów... wszystko przydane do wrodzonej nieśmiałości autorskiej. [...]
Nie chcę pomawiać matki o złe uczucia, ale zdaje mi się, że ilekroć była mowa o rosnących wówczas w sławę kobiecych gwiazdach literatury: Orzeszkowej, Konopnickiej, czułem w niej jakby cień urazy, że tamte przywłaszczyły sobie blask, który, wedle niej, należał się z prawa przede wszystkim owej królowej in partibus infidelium - Gabrielli. Wciąż tedy matka robiła wypisy z jej listów, gromadziła materiały, ale praca ta wciąż się rwała" .
Jak zauważa Barbara Winklowa, znawczyni życia i twórczości Boya, pamięć o zmarłej pisarce Narcyzie Żmichowskiej, uwielbianej przez matkę, oraz pasje muzyczne ojca kształtowały klimat, w jakim wzrastali chłopcy od najwcześniejszych lat. Tadeuszek przyzwyczajony, że w Krakowie wszystko jest pod wezwaniem jakiegoś świętego, nieraz mówił, że chodzi do szkoły świętego Larischa (ta szkoła powszechna przy ulicy Brackiej mieściła się w domu barona Larischa). Znów możemy się tu odwołać do wspomnień Ireny Krzywickiej:
"Jako uczeń - wspominała - miał zwyczaj, idąc do szkoły, klękać przed figurą i zmawiać pacierz. Ale od jakiegoś czasu przeżywał kryzys religijny i pewnego dnia postanowił już się nie modlić. Z hardo podniesioną głową wszedł do szkoły i tegoż dnia dostał pięć dwój" . Sam Boy przyznawał: "Ten natychmiastowy odwet ze strony Nieba zrobił na mnie silne wrażenie" . Jak patrzyła na religijność syna pani Żeleńska, nie ma świadectw, ale wiemy, że jej mistrzyni, Narcyza Żmichowska, była nastawiona zdecydowanie antyklerykalnie. Co oczywiście nie kłóci się z wiarą.
"Żmichowska była matką chrzestną mego starszego brata - wspominał Boy. - Jeden mój brat miał na drugie imię Gabryel, drugi Narcyz. [...] Ojciec mój najpiękniejsze swoje pieśni tworzył do słów Gabryeli. Na biurku ojca stało duże pudełko, obite skórą, z przegródkami na kilkadziesiąt cygar, z monogramem N. Ż. - była to pamiątka po Żmichowskiej. Jako malca intrygowała mnie ta pani, o której mówiono z taka czcią, a która paliła cygara; i to było najdawniejsze moje wrażenie" .
Ze słów biografa, Felicjana Szopskiego, można wnosić, że pani Wanda "była nie tylko dobrą żoną i matką [...]. Uzdolniona wyjątkowo i wykształcona, wnikała głęboko w duszę męża-artysty i wyczuwała wszystkie najsubtelniejsze odcienie jego cech indywidualnych. Myśląca i zrównoważona, miała wyrozumiałość dla nerwowych rozdrażnień tak wszystkim prawie muzykom właściwych, a kochając świat jego twórczej wyobraźni, rozumiejąc świat ten i wielbiąc, współżyła z twórczością męża całą duszą" .
Rodzina Żeleńskich w tym czasie osiągnęła materialną stabilizację. Władysław Żeleński w styczniu 1878 roku zrezygnował z pracy w konserwatorium i po Józefie Wieniawskim został dyrektorem artystycznym Warszawskiego Towarzystwa Muzycznego. Dzieci chowały się dobrze, dwaj starsi chłopcy: Stanisław i Tadeusz zostali zapisani do freblówki prowadzonej przez panią Teresę Mleczko. Wanda bynajmniej nie zrezygnowała z własnej pracy twórczej, przygotowując choćby dla Ferdynanda Hoesicka (seniora) tom szkiców Znakomite niewiasty.
"W jaki sposób godziła wszystkie obowiązki - trudno powiedzieć - przyznaje biografka Boya - bo freblówka pani Mleczko pomagała tylko częściowo w rozwiązaniu problemu opieki nad synami. Siostry Wandy: Julia Tetmajerowa i Maria Kwietniewska miały własne rodziny. Być może z pomocą ofiarowała się najmłodsza z sióstr Grabowskich, Zofia, już wtedy znana tłumaczka z języka angielskiego powieści oraz książek dla dzieci i młodzieży" .
Wydaje się, że poza cechami osobistymi przyszłego satyryka i polemisty dużą rolę w rozwoju jego osobowości ciągle w tych latach spełniał dom, a zwłaszcza stosunki rodzinne obu kochających się sióstr Grabowskich, które mieszkały blisko siebie. Wanda - matka Tadeusza z rodziną, i Julia - matka Kazimierza Tetmajera, prowadząca w Krakowie pensjonat po utracie Ludźmierza na Podhalu.
Matka Boya w sposób szczególny przyjaźniła się z Kazimierzem Tetmajerem, swoim chrześniakiem, śledziła jego postępy i sukcesy literackie. Korespondowali ze sobą często i bardzo serdecznie w czasie licznych podróży poety. Nic więc dziwnego, że Tadeusz, bardziej niż Stanisław garnący się do literatury, szybko zaprzyjaźnił się ze starszym bratem ciotecznym. Jak sam pisał, stał się "giermkiem" poety, "smarkatym Horacjem tego Hamleta, którego pęknięcie duszy nie było nigdy fasonem literackim, ale najgłębszą, najboleśniejszą prawdą" .
Obaj często wybierali się na wycieczki górskie, podczas których przewodził oczywiście Tetmajer. Był śmiałym taternikiem, a Tadeusz, czasem bardzo się bojąc - jak uczciwie przyznaje - lazł za nim wszędzie, gdzie było trzeba. Ba, wspólnie dokonali niezwykłego podejścia na jeden ze szczytów górskich, co zostało odnotowane nawet w kronikach taternictwa: "Pierwszego wejścia na Staroleśną (główny i wschodni wierzchołek) dokonali E. i J. Koelichenowie, F. Krzyształowicz, Kazimierz Przerwa-Tetmajer, Tadeusz Żeleński oraz przewodnicy: Klemens Bachleda, Jan Bachleda Tajmer, Józef Haziak i Jan Obrochta Tomkowy 14 sierpnia 1892 r., dokonując tegoż dnia również pierwszej wspinaczki na Banistą Turnię i Zwalistą Turnię" - czytamy w jednym z numerów "Taternika".
Przyjaźń synów córek Jana Grabowskiego z ciocią Zosią, najdłużej mieszkającą w domu rodzinnym przy Miodowej, gdzie chłopcy chętnie przyjeżdżali, przetrwała wiele lat. Wzmianki o niej odnaleźć można choćby w listach Kazimierza Tetmajera do matki z okresu studiów Tadeusza Żeleńskiego. "Żal mi, że Tadzio był tak krótko" - pisał w 1893 roku. "Lubię go, choć mi Zosię bałamucił" .
Po ślubie ponad dziewięć lat mieszkali w Warszawie, gdzie Wanda Żeleńska ponad obowiązki żony przekładała czuwanie nad rozwojem talentu męża i w postanowieniu tym wytrwała do końca życia. Dowodem na to - jednym z wielu - był pierwszy warszawski koncert Żeleńskiego, który odbył się w cztery dni po ślubie. Władysław Żeleński po kilku latach wspólnego pożycia, w roku 1878 napisał do swego przyjaciela, Juliana Łukaszewskiego: "Ożenienie moje było wynikiem potrzeby rzeczywistej podzielenia życia mego z osobą zacną, gruntownie myślącą i całym sercem przywiązaną do mnie i do mojej sztuki. Taką osobę poznałem w dzisiejszej żonie mojej, nie wahałem się zatem oddać jej całkiem serce. [...] Oto jestem szczęśliwy, życie moje tutaj wprawdzie niełatwe, zdobywać muszę środki materialne dość ciężką pracą - ale to wszystko osładza myśl, że kiedyś owoce z tego będą" .
Mimo licznych zajęć i obowiązków, młoda matka znajdowała czas, by opracowywać studium o swojej ukochanej, ogłaszając je w "Tygodniku Ilustrowanym" w 1873 roku. "Co Pani mówi na Listy Stefana wychodzące w "Tygodniku"?" - pytała z nadzieją swoją guru. "Dowiaduję się w tej chwili, że zwracają uwagę. Nawet kronikarz "Kłosów", mimo przeciwnego obozu, raczył pochwalić recenzenta, a przy tej okazji i autorkę" .
Dodać trzeba, iż ta niezwykła kobieta znajdowała również czas na pracę społeczną, przez wiele lat należała też do wielu stowarzyszeń filantropijnych i czynnie je popierała. "Ale nas zainteresowałoby może co innego - zauważa biograf jej syna
- jakie to było pióro, ta pani Wanda Żeleńska? Kim mogłaby zostać? Z pewnością nie autorką powieści. Na to brakło jej przeżyć, doświadczeń, śmiałości, a chyba i wyobraźni. Ale na pewno mogła zostać eseistką - i to wybitną. [...]. Miała wszystko, co trzeba: oczytanie, kulturę literacką, kulturę myśli, energię wysłowienia, bogatą polszczyznę, swadę przypominającą samą Narcyzę, a chwilami George Sand" .
A co na to Boy? "Ale osobiste życie duchowe, ale marzenia i ambicje literackie Wandy zeszły z konieczności na bardzo daleki plan" - przyznawał. "Czy cierpiała nad tym? Nie wiem. Uczucie jej dla męża było tak głębokie i bezwzględne, że wypełniało ją całą. Wówczas gdy zacząłem orientować się w tych sprawach, zdaje mi się, że była to już rzecz załatwiona, przy czym wrodzona nieśmiałość pisarska, za którą Narcyza tak strofowała przyjaciółkę, dopomogła może do tej rezygnacji" .
Przeniesienie się z Warszawy do Krakowa okazało się dla państwa Żeleńskich decyzją bardzo korzystną. Ze wszystkich zaborów austriacki był dla Polaków najbardziej tolerancyjny. Gdy w zaborze pruskim i rosyjskim czyniono próby rusyfikowania lub germanizowania Polaków, stosując różne formy terroru, w zaborze austriackim dawano im bardzo dużo swobody. W Krakowie powstała jedyna wówczas w Polsce Szkoła Sztuk Pięknych.
Pani Wanda, wpatrzona zakochanymi oczyma w swego "orła", na pewno nie stawiała oporu. W Krakowie już mieszkała droga jej sercu siostra, Julia z Grabowskich Tetmajerowa, ale według syna: "Matka moja, warszawianka, długo czuła się niezbyt dobrze w Krakowie, dokąd ojciec mój przeniósł się w r. 1880 z Warszawy. Zimno jej było. Bo między ówczesną Warszawą a Krakowem była różnica temperatury. [...] No i Warszawa była dużym miastem; czy kąpała się w smutku czy radości - nie spała. Kraków ówczesny drzemał. Był mały, biedny, nic się w nim nie działo, nie było nawet owych "pogrzebów", z których później tak zasłynął. [...]
Rozumiem tedy, że z radością witała przyjaciółki zza kordonu, z ukochanej Warszawy. Rozmowom, pytaniom, wspominkom nie było końca. [...] Niektóre już nie żyły, niektóre zjawiały się czasem w Krakowie, w porze przejazdu do "wód". Były to już poważne panie, co w owej epoce następowało bardzo wcześnie. Odwiedziny ich elektryzowały moją matkę; rozmowy biegły ku dawnym czasom, ku warszawskim wspomnieniom. Zwykle po takiej wizycie matka była podniecona, nerwowa, wydobywała jakieś papiery, pisała, kreśliła coś gorączkowo" .
I nic dziwnego, bo Władysław - muzyk, który znalazł się w innym środowisku - z braku czasu nie utrzymywał częstych kontaktów z braćmi ziemianami. Zgrzeszył małżeństwem z Wandą Grabowską z "młodej" szlachty frankistowskiej. Ba, Wanda była mu wiernym przyjacielem i podporą w życiu. Kilkanaście wiorst od Krakowa żyli snobistyczni Żeleńscy, ziemianie zastygli w szlacheckich tradycjach, a Boy w "Zielonym Baloniku" będzie po latach wyszydzał "konserwę" .
Jaki był Kraków i Galicja pod koniec XIX wieku, opisuje sam zainteresowany: "te wąskie ulice, jesienią i zimą tonące w lepkim błocie, licho oświetlone, wczesnym wieczorem puste, bez ruchu, nie dające żadnej strawy młodzieńczemu głodowi wrażeń; nabożeństwa majowe i pasterki w mrocznych, przesyconych zapachem kadzideł kościołach jako surogat erotycznych przeżyć; dewocje, sodalicje, sutanny, św. Wincenty a Paulo, matrony o tłustych lub kościstych rękach, czarne mantyle, dobroczynne hrabiny z ich cudzoziemską polszczyzną, a często polską francuszczyzną, więdnące pannice w oczekiwaniu na męża, latami oprowadzane przez matki "po plantach"; obchody, pogrzeby, linia A-B, lejtnanci, handelki, pilzner i bryndza, bryndza, bryndza..." .
Rzeczywiście, dziwnym miastem był Kraków, gdy się tam sprowadzili państwo Żeleńscy. Przesada? Przeglądając stare numery dziennika "Czas" z początku lat 70. XIX wieku znajdziemy i takie ogłoszenie: "Na ulicy Franciszkańskiej zginęło w błocie dziecię lat 3. Ojciec uprasza znalazcę o zwrócenie". Cztery lata przed ich osiedleniem się antropolog Julian Talko-Hryncewicz tak je charakteryzuje we wspomnieniach Z przeżytych dni 1850-1908 : "Ubogie miasto ze sterczącą na rynku ruderą Sukiennic i zaniedbanym Wawelem działa przygnębiająco. Na historycznym rynku leżą kupy śmieci, chodzą krowy, biegają kozy. W ruinach Sukiennic z rozbitymi oknami gnieżdżą się gołębie, a dookoła stragany przekupek i pełno Żydów" .
Nie ma co się oszukiwać, królowała tam atmosfera dogasającej pańskości dawnej Rzeczypospolitej. Gronostaje wyliniały, mole stoczyły karmazyny magnaterii, która z królewiąt zeszła na przysłowiowych galicyjskich hrabiów. Polski Rzym - tak zwano wówczas Kraków - to raj klerykalny, gniazdo bigoterii z kardynałem Puzyną na stolcu Oleśnickich, równie lojalnym w stosunku do Wiednia, jak nieprzejednanym wobec polskiego radykalizmu.
Ten dawny Kraków, ten jeszcze sprzed I wojny światowej - Kraków beztroski, może śmieszny, pyszny, a przeważnie zarozumiały, zatarł się już w naszej pamięci. Co tam zatarł się, zwapniał w umysłach. O dawnym Krakowie można powiedzieć, że temperamentu za dużo nigdy nie miał. Był zawsze dostojny, zrównoważony, chociaż tu i ówdzie miał wyskoki - o ile nie wybryki. W każdym razie nie szalał tak jak Lwów lub Warszawa. Nie zasypiał też z kurami - tylko ze "szperą", czyli równo z dziesiątą godziną, jak na dostojne miasto przystało.
Kuźniami wszystkich niezadowoleń i wzniosłych podszeptów były kawiarnie i lokale śniadankowe, popularnie zwane knajpkami, względnie brutalniej - szynczkami. W tych dusznych lokalach, przepojonych oparami nikotyny, kłębami kurzu i rojami much, w oceanach czarnej kawy topił się dawny intelektualny Kraków. Rozsiadał się od wczesnych godzin przedpołudniowych na ploteczki polityczne, miejskie i towarzyskie. Takie obrazki można dziś ujrzeć w greckich kafenionach na prowincji.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.