III.
Chociaż na dworze zmierzchało, niezwyczajny widok, około siedzącego na koniu trupa starca coraz liczniejsze gromadził tłumy.
Przed wszystkiemi drzwiami dworców, po przedsieniach stały niewiasty załamując dłonie, pokrzykując ze strachu i podziwu. Pachołkowie i rycerstwo się cisnęło, aby starego Janka zobaczyć raz jeszcze.
We wszystkich sercach litość się budziła. Niecierpliwie oczekiwano królewskiego słowa, a choć znano nieugiętą jego wolę, choć już prośby królowej były nadaremne, spodziewano się jeszcze, że ten jęk z za grobu do serca pańskiego przemówi i zmiękczy je...
Gdy z głową na piersi zwieszoną wyszedł wreszcie Miklasz i ukazał się w przedsieni, pogrążony w smutku, z rozpaczą na twarzy, domyślili się wszyscy, iż i trup nie mógł nic.
Szmer jakiś smętny, bolesny przebiegł z ust do ust, niewiasty sobie oczy poskrywały, mężczyźni, nie śmiejąc nic rzec, z posępnemi twarzami oddalać się zaczęli.
Miklasz namyślać się zdawał, wreszcie, choć go wielu towarzyszów, stojąc mu na drodze, zaczepiało słowy i oczyma, milczący poszedł do konia, siadł nań i ludziom znak dał, aby za nim nazad jechali.
Już siedząc nawracał, gdy z dworca królewskiego wyszedł opat Aron, przed którym co żyło usuwać się, kłaniać nizko poczęło. Niektórzy biegli, cisnęli się i przyklękając w rękę go całowali. Widać było, jak bardzo szanowano królewskiego ulubieńca.
Żywym krokiem podszedł opat ku Miklaszowi.
- Stój - rzekł - miłościwy pan a król nasz dla winnych tylko jest surowym... łaskiście jego nie utracili. Pogrzeb ojca waszego kazano na zamkowym odbyć kościele... Jedźcie wprost do tumu...
Miklasz słuchał milczący.
- Ojcze mój - rzekł - to uczynię ze zwłokami rodzica mojego i pana, coby on z sobą żyw uczynił, gdyby mu król dla rodu jego miłosierdzia odmówił. Powiozę je ztąd... powiozę do pierwszego cmentarza i złożę w pierwszym kościele, jaki na drodze znajdę. Zhańbiona rodzina nasza, co łaski pańskiej nie była godną, ni umarła ni żywa progu już zamku tego nie przestąpi... Taka była zmarłego wola...
Surowym wzrokiem zmierzył opat mówiącego i długo się weń wpatrywał. Nie sprzeciwił mu się, aby bolu nie jątrzyć.
- Miklaszu Jakso - rzekł pocichu - czyńcie jako chcecie... ale rozważcie dobrze co czynicie... komu wydajecie wojnę...
A głos zniżając dodał. - Ja z wami dziś jeszcze widzieć się potrzebuję, dla dobra waszego...
Młodzieniec skłonił tylko głowę i pochód żałobny, na dany przezeń znak, ruszył z grodu powoli, a opat, oglądając się, krokiem ociężałym odszedł ku tumowi.
W podwórcu zostały tylko cicho gwarzące kupki ludzi, oczyma wiodące za Jaksami, poczynając się zwolna rozpraszać i rozchodzić w różne strony, jakby przybite żalem i trwogą.
Od przywiezienia na gród dwu braci poruszenie tu było wielkie. Mieli oni mnogich przyjaciół, a nie jeden z dawnych towarzyszów w wyprawach, który miał może na sumieniu daleko więcej niż to, za co oni głowami płacili, czuł się niespokojnym. Dawno już króla Bolesława nie widziano tak gniewnym, tak zapalczywym, tak strasznym. Takim tylko bywał niegdy, na placu boju, gdy dwa wojska stojąc po dwóch rzeki brzegach, wzajem się łając wyzywały do walki, dopóki gniewu krwią nie ugasił.
Królowa Emnilda zawsze biorąca nieszczęśliwych stronę, i tym razem chodziła paść do nóg męża, aby życie skazanych uprosić, Bolesław słuchać nie chciał jej nawet, z groźbą i fukiem odprawił.
Dano zaledwie czas osądzonym do następnego ranka, aby się na śmierć przygotowali przykładnie; zdawało się już, że żadnej nie było nadziei i nic ich uratować nie może.
Na dworze królowej smutek ztąd i żal był wielki. Emnilda siedziała z rękami na kolanach złożonemi, zamyślona, zapłakana. Pani to była nie pierwszej już młodości, lecz jeszcze postawy i lica, które dawniejszego szlachetnego wdzięku zachowało ślady wyraźne. Rysy regularne i czyste nie zmieniły się, głębiej tylko zapadły oczy, kilka zmarszczek je otaczało, a dokoła ust uśmiechy i płacze wydeptały drogi, któremi naprzemian chodziły. Wiek na ślicznej jej twarzy rozlał pokój chrześciański, rezygnacyą pobożną i smutek łagodny, jaki przystał człowiekowi na tym płaczu padole. Były one nowym wdziękiem i urokiem, który młodość zastępował.
Pobożna pani sama siedziała u gasnącego ognia, krosna jej i robota porzucone w nieładzie, świadczyły, że niedawno od nich odeszła.
Dwie służebne przez drzwi zasłonione z drugiej komnaty zaglądały pocichu, nie dając znać o sobie najmniejszym szelestem i nie przerywając spoczynku. Izba królowej, której ściany całe zawieszone były obiciami, przez nią szytemi, pełną stała oznak i godeł pobożnych. Krzyże na wszystkich stołach u ścian widać było, kropielnica bronzowa wisiała u drzwi. Królowa ocierając łzy, długoby tak w myślach zatopiona pozostała, na siedzeniu w nieruchomem odrętwieniu, gdyby w tej chwili z za zasłony stłumiony płacz nie dał się słyszeć.
Głos ten poruszył ją i przestraszył, tak, że nagle się zerwawszy, pobiegła do drugiej izby, w której już znowu cicho było. Odsłoniwszy oponę, ciekawemi oczyma poczęła się po niej rozglądać.
Druga komnata, przytykająca do tej, w której królowa Emnilda przy pracy dnie spędzała, mieściła zwykle gotową na rozkazy służbę jej niewieścią.
I teraz też nie było tu nikogo, krom trzech młodych dziewcząt, z których dwie cuciły trzecią, napoły omdlałą na ławie u ściany. Ujrzawszy królowę wchodzącą, zapłakana z trudnością podnieść się usiłowała, dwie jej towarzyszki stały pomięszane i milczące. Królowa zdawała się nie pojmować, co tu pod jej bokiem stać się mogło. Szła ku osłabłej, gdy ta nagle, składając ręce i podnosząc je do góry, padła przed nią na kolana.
Błagająca ta, rozłzawiona dziewica, była młodą i bardzo piękną. Szafirowe jej oczy, ciemne włosy, śnieżna płeć, smukła i gibka postawa, czyniły ją zarazem poważną i wdzięczną. Ubrana ciemno, z długiemi warkoczami, spadającemi na ramiona, piękniej i kosztowniej przystrojoną była niż jej towarzyszki i zdała się też wyższego nad nie pochodzenia. Złote sprzążki, łańcuchy, iglice, naszyjniki odbijały świetnie od ciemnego stroju i włosa.
Była to jedynaczka, córka ochmistrza królewskiego, Sieciecha, Teodora, wychowana od dziecka na pańskim dworze, a Emnildzie jak własna córka ulubiona. Królowa też przyczyny tych łez i rozpaczy pojąć nie mogła, bo pieszczone dziewczę nigdy się skarżyć na nikogo nie miała powodu. Kochali je wszyscy. Teodora zachodząc się od płaczu, padła na ziemię i poczęła obejmować stopy królowej.
- Ocal go, miłościwa pani! ocal go... albo i mnie niech razem z nim stracą... - zawołała łkając.
Zarumieniona Emnilda usłyszawszy to, skinęła na towarzyszki Teodory, aby wyszły i zwolna podnosząc ją z ziemi spytała łagodnie.
- O kim mówisz, dziecko moje... ja cię nie rozumiem...
Łzy nierychło się jej wytłumaczyć dały, żal też i srom utrudniał wyznanie.
Z rozmowy i słów urywanych dorozumiała się królowa, że od dwóch już lat pomiędzy piękną córką Sieciecha a Jurgą Jaksą, w czasie świąt obchodzonych na grodzie, zawiązał się miłosny stosunek.
Jurga był tak pięknym młodzieńcem, jak Teodora śliczną dzieweczką, charaktery obojga podobne, wesołe myśli, serca gorące, zbliżyły ich ku sobie. Jurga ile razy bywał w Poznaniu, acz się na dworze nie pokazywał, zawsze znalazł sposób zbliżenia się i widzenia Sieciechównej choć zdaleka. Pocichu zapowiedział jej już swaty. Później nieopatrzność młodzieńcza, nieszczęsna ruina i zubożenie wstrzymały je; na dworze już o wszystkiem wiedziano. Dziewcze gotowe było iść choć za ubogiego, lecz byłżeby ją dał ojciec? Jurga więc czekał wojny, łupów, poprawy w domu, lepszego czasu... i Teodora czekała... Nagle dowiedziała się, gdy sobie śniąc o przyszłości obiecywała szczęście, że Jurga został na śmierć skazany. Rozpacz ją ogarnęła. Zabyła wstydu niewieściego i do królowej pobiegła, jak do matki.
- Dziecko moje - odezwała się wysłuchawszy Emnilda - nim wiedziałam o tem, że Jurga bohdanem był twoim, chodziłam upaść do nóg króla, płacząc prosiłam go za niemi, ale nie pomogło nic...
- Miłościwa pani, matko moja! - krzyknęła Teodora ręce załamując nad głową - jeżeli on zginie, ślijcie mnie do Dziewina, do Merseburga, gdzie chcecie, pozwólcie zamknąć się w klasztorze. Już ja świata znać nie chcę i żyć nie mogę, jeśli go nie ocalę...
- Bóg tylko jeden ocalić go może! - odparła Emnilda i łzy popłynęły z jej oczów. - Uspokój się dziecię moje - dodała - uczyniemy jeszcze, co jest w ludzkiej mocy...
Dziewczęta służebne, którym odejść kazano, musiały pewnie przestraszone rozpaczą Sieciechównej, pobiedz dać znać jej ojcu, i w chwili, gdy królowa wychodzić miała, Sieciech stary zjawił się w progu uchylając oponę. Ujrzawszy córkę zapłakaną, dziecię jedyne, z rękami podniesionemi rzucił się ku niej przestraszony; klęczała jeszcze na ziemi.
Teodora, której niebezpieczeństwo dodawało odwagi przed ojcem, ujrzawszy go, na twarz upadła.
- Ojcze mój rodzony! - zawołała, nie tłumacząc mu się jaśniej - ty masz łaskę u króla, starym jesteś jego sługą... ty wyproś, ty wybaw go od śmierci!..
Zdumiony ojciec, dla którego dotąd wszystko było tajemnicą, obrócił się do królowej.
Z jej ust dopiero usłyszał, o kogo Teodora prosiła, spuścił głowę siwą i stanął jak skamieniały.
- U króla!.. u króla wyprosić łaskę, gdy poprzysiągł... - szepnął głosem złamanym - tego pani nawet nasza, ani opat Aron, ani święty nasz męczennik Wojciech, gdyby z grobu wstał, nie potrafiłby pewnie... cóż ja?
Gdy spadną ich głowy, a gniew się pański uśmierzy, gdy król ochłonie - a! zaprawdę - posłyszemy może, jak to już nieraz bywało, żal i ból po czasie. Aliści one nie wskrzeszą.
Teodora ciągle na ziemi leżąc, twarz sobie zakrywszy rękami, zanosiła się od łez i łkania - jęki jej stokroć wymowniejsze były niż słowa.
Zadumał się Sieciech - królowa tulić i pocieszać ją zaczęła, lecz wszyscy z nią razem płakali...
Trwało to dość długo, gdy dziewczę, które się zdało bezmyślne i z bólu zdrętwiałe, zerwało się nagle, oczy jej zaczerwienione, ale oschłe z łez błyszczały ogniem jakimś i męztwem wielkiem - chwyciła za rękę królowę i namiętnie całować ją zaczęła.
- Pani moja miłościwa! słyszeliście co mówił ojciec, on króla zna... król sam straconych będzie żałować. Odważ się pani! ocalmy ich, mimo wiedzy króla... dla niego samego - ocalmy ich!...
Rzuciła się znowu na kolana.
- Wiem, słyszałam - mówiła - że ich w więzieniu tracić mają.
Nikt wiedzieć nie będzie... Ty rozkazać możesz, niech kat rękę powstrzyma, niechaj zostaną w ukryciu, w więzieniu, aż się gniew pański uśmierzy. Nikt ciebie pani nie zdradzi, bo cię miłują wszyscy... król nie spyta.
Gdy śmiałe dziewczę gorączkowo wymawiało te słowa, Sieciech i królowa zamilkli strwożeni na samą myśl nieposłuszeństwa, temu, który cienia jego nieznosił; którego gniew był jak piorun, bijący choćby w kościoły.
Emnilda milczała długo.
- Dziecię szalone - rzekła powoli - wieszże ty czego śmiesz żądać odemnie? Przy starym Sieciechu wszystko powiedzieć mogę.
Dałam dwóch synów królowi, nie sprzeciwiałam się nigdy żadnej woli jego, jak niewolnica byłam mu posłuszną - ale i dla mnie z latami serce jego ostygło - nie jestem już dla niego ukochaną i jedyną. Szanuje mnie, ale powabniejszych twarzy szuka... Gdybym stała mu się nieposłuszną, radby się może był mnie pozbyć, jak się zbył matki Bezpryma i córki Rygdaga - co ją poprzedziła...
Na siebiebym wyrok wydała - i na sumienie jego...
Spuszczając oczy, smutnie wyrazów tych dokończyła królowa i stali wszyscy niemi. Sieciech dumał, boleść córki kazała mu szukać ratunku, gdzie już żadnego nie było.
- Miłościwa pani - odezwała się - próżne są obawy wasze - krewkim jest pan nasz, ale serce ma dla was zawsze i poszanowanie... któż wie, ażaliby wdzięcznym nie był, żebyś go od własnego gniewu uratowała??
Zamyśliła się trwożliwie królowa.
- Któż wie? kto wie? - powtórzyła cicho - życie dwóch ludzi, którzy za grzechy swe odpokutować czas będą mieli, czy nie więcej warto niż mojego szczęścia ostatek?
Mieszko i Dobromir już matki nie potrzebują. U dworu młoda Ryksa mnie zastąpi... synowa.
Znowu łzy z oczu się potoczyły.
Ta iskierka jakiejś nadziei w szał wprawiła Teodorę, przyczołgała się do nóg królowej i ściskać a całować je poczęła. Sieciech stał niemy nieśmiejąc ani namawiać już, ani rzec słowa za niemi.
Emnilda zbliżyła się doń i szepnęła:
- Proście do mnie ojca Arona, a ty - zwróciła się do córki Sieciechowej - odejdź ztąd, uklęknij i módl się... Wszystko jest w bożej mocy - ale bożej woli nigdy się sprzeciwiać nie godzi. Idź - dziecko moje, w pokoju...
To mówiąc wróciła królowa do pierwszej komnaty i wprost do klęcznika swego doszedłszy, padła na kolana, poczynając się modlić gorąco.
Długi dość czas upłynął, nim powołany Opat oznajmił przyjście swoje - wpuszczono go natychmiast do królowej.
- Ojcze mój! - rzekła przystępując doń drżąca - rady twojej proszę. Radźcie nie jako królowej, ale jako ubożuchnej chrześciańskiej niewieście...
Godzi się dla ocenienia żywota ludzkiego kłamstwo popełnić??
Zdumiony Opat stał chwilę milczący - zdawał się chcieć odgadnąć myśl i zastosowanie, jakie odpowiedzi jego nadanem być miało.
- Miłościwa pani - rzekł po namyśle - Ojcowie kościoła nawet, są w tym względzie różnego zdania. Sumieniowi spowiednika, rozumowi kapłana zostawia kościół ocenienie czynu... Bóg waży tajemne myśli człowiecze, ludzie sądzą postępki.
Emnilda wpatrzyła się w Opata, który stał nieruchomy.
- Wyznam ci jak na spowiedzi - rzekła - kuszoną jestem, abym dla ocalenia żywota, dwóch porywczo przez króla skazanych młodzieńców, kłamstwo popełniła i ludzi do popełnienia go skłoniła. Wy wiecie, ojcze o kogo chodzi! Są to dzieci znacznej rodziny, która króla odstąpi i gniewną nań pozostanie, albo się z całem mieniem z kraju wyniesie, srom unosząc z sobą.
Król sam później pożałować może, iż na śmierć ich skazał. Mamli ja ważyć niełaskę mojego pana wziąć grzech na sumienie, ażeby spełnić miłosierny uczynek?
Zimne i nieporuszone oblicze opata, przebiegło jakby drgnienie jakieś niedostrzeżone; widocznie tknięty był tak wielką królowej ofiarą, tak serdeczną i piękną.
Patrzał na nią ze zdumieniem, poszanowaniem i z niedowierzaniem razem.
- Wiem ja co czynię - dodała Emnilda - wiem, że moja zwiędła twarz naprzykrzyła się już może panu mojemu, że nieposłuszną może mnie wygnać z przed oczów swoich. Jedyne szczęście moje, dzieci i jego postradać mogę - ale nie nakazałże Chrystus Pan nasz i Zbawiciel, ofiary czynić z siebie, tak jak on sam za nas się stał ofiarą??
Opat słuchał zdumiony - powoli głowę począł uchylać przed królową... ręce na piersiach założył, cofnął się krok...
- Nie grzech popełnisz, miłościwa pani - rzekł - ale zasługę mieć będziesz u Boga. Sumienie twe mocą kapłańską rozwięzuję.
Lecz... choć królowej naszej, choć pani - choć żonie wielkiego Bolesława, znajdzież się człowiek tak śmiały a tak pobożny, coby chciał być posłusznym?
Ważysz, miłość wasza - wiele, a no ten co cię posłucha, wbrew rozkazowi pańskiemu, więcej jeszcze ważyć musi - głowę i życie.
Nim domówił tych słów opat, na twarzy królowej radość zabłysła.
- Ojcze - zawołała - to sprawa moja - ja sama odpowiem za wszystkich, ja jedna będę winną.
To mówiąc zdjęła z palca pierścień kosztowny.
- Na pamiątkę dnia tego - rzekła - przyjmijcie mały ten dar odemnie. Daliście mi męztwo, przynieśliście uspokojenie - Bóg niech wam zapłaci.
Zawahał się opat dar przyjmując, lecz zmusiła go Emnilda, aby nie odmawiał.
- O tajemnicę was nie proszę - dodała w końcu - od niej ich życie zależy i - moje! Czas upływa...
Opat odchodził zamyślony, gdy królowa Emnilda znikła już z komnaty, szelest tylko jej sukni obróciwszy się usłyszał i drżącą zobaczył we drzwiach oponę.
Noc była nadeszła. Na zamku cisza panowała...
Więzienie, do którego rzucono dwóch Jaksów, opodal od dworców znajdowało się do wałów przyparte. Były to ciemnice, na pół w samym usypie ziemnym skryte, z ogromnych balów sosnowych wybudowane. Ciężkie wrota okute, a w nich mniejsza furta, zaryglowana silnie, wiodły do izb dla więźniów przeznaczonych. Wzdłuż od strony wnętrza zamku ciągnęła się długa, wąska szyja, poprzecinana gdzieniegdzie małemi okienkami, w które zaledwie ręka by przecisnąć się mogła. Z tej szyi, kilkanaście drzwi, drągami pozasuwanych, prowadziły do ciemnych izb wilgotnych, w których zamknięci byli więźniowie na śmierć lub dożywotnią skazani niewolę... na długie lata powolnego konania.
Srogi obyczaj owych czasów, potrzeba surowości dla ludzi na pół dzikich, okrucieństwo, które po sobie wojny i pogaństwo zostawiło - zmuszały do takiego nielitośnego obchodzenia się z winowajcami.
W jednej to z tych izb, niegdyś, przed laty - z rozkazu Bolesława oślepiono Odylona i Prybuwoja - tu czas jakiś, oślepiony także męczył się Bolesław Rudy, niegdyś królik czeski... tu, wielu innych, których imiona zapomniane zostały, dokonali żywota, ale bo po długiej męczarni, wypuszczeni na swobodę, kryli się gdzieś daleko. W większych izbach po kilku skazanych siedziało, w mniejszych po jednemu. Gdy wyrok padł na którego z zamkniętych, kat pod drzwi jego toczył pieniek krwawy, który zawsze w szyi ciemnicy, stał pogotowiu; pachołkowie wnosili pochodnie i ciężki topór, jednem cięciem głowę od kadłuba dzielił. Wór piasku wysypywano na toczącą się krew, wynoszono trupa po cichu, drzwi kaźni zostawiano otworem, aby woń krwi miała czas ulecieć, nim nowego wtrącono do więzienia.
Tak się działo naówczas, gdy miłosierdzie królewskie sromu chciało oszczędzić rodzinie, lub sobie przykrego widoku. Niekiedy ofiarę wyprowadzano na plac i w oczach tysiąca ludzi, czyniono z niej przykład dla drugich.
W jednej z tych izb właśnie, u trzecich drzwi od wnijścia, na garści słomy, w ciemnościach leżeli teraz Jurga i Andruszka. Znosili oni mężnie niedolę swoją, już się nie spodziewając ocalenia.
Dwa razy kapelan królewski przychodził spowiadać ich i do skruchy nakłaniać. Niepotrzebowali oni namowy jego, dawno wytrzeźwieni z chwilowego szału, biedni młodzieńcy, patrzali mężnie na to co ich czekało. W tej ostatniej godzinie serca się im otworzyły i oczy. Oba się winnemi czuli, a poczciwa miłość braterska wzmagała się jeszcze. Jurga siebie obwiniał, Andruszka, jako starszy winę kładł na się, każdy gotów był na śmierć z rozkoszą, gdyby nią mógł brata ocalić.
Leżąc na słomie obok siebie trzymali się za ręce i liczyli chwile pozostałe. Za każdym szelestem w podziemiu zdawało się, że oto krwawy pieniek o drzwi uderzy i oznajmi: na śmierć iść pora.
W więzieniu ciemność panowała bezdenna; żaden najsłabszy promyk do niego nie wdzierał. Cicho też było jak w grobie, najmniejszego szelestu. Straż stała na zewnątrz, w szyi ciągle prawie było pusto.
- Gdyby król nas był dopuścił do siebie - mówił Andruszka - gdyby mi przed sobą mówić pozwolił, pewien jestem, że łaskębym był dla ciebie wyprosił. Tyś młodszy, przy mnie władza była, starszeństwo - jam za dwu sam odpowiadać powinien.
- Andruszko, bracie, - zawołał Jurga - jakże ty pomyśleć możesz, że ja bym żyć chciał, kupiwszy bezkarność krwią twoją. Miłe mi życie, miłe to pewna.
Kocham Sieciechównę... śmiał mi się w niej świat - a jednak i jej i jego niechciałbym bez ciebie.
- Wspomniałeś córkę Sieciecha - możnego ona ma ojca - rzekł starszy - gdyby ci sprzyjała, onaby przez niego dla ciebie coś potrafiła uczynić.
- Nie - odparł Jurga - czyż króla nie znasz? alboś go to nie widział w boju i pod lipą, gdy sądził? - i gdy go wróg rozsierdził? Naówczas on litości nie zna i opamiętania nie ma.
A nie rychło ochłonie!
- Cicho - nie mów na niego nic - wtrącił starszy.
- Juści się go teraz więcej bać nie mam potrzeby - porywczo odparł Jurga - chybaby mnie końmi rozszarpać kazał... a głowę muszę dać, czy tak czy tak!
- Nie dla strachu to mówię - westchnął Andruszka - a no, dla tego, że choć on mi życie bierze, ja go nie winię. Sędzia i król - kto wie? w jego miejscu jabym też może kazał ściąć Andruszkę, a Jurgę tylko z żywotem puścił.
Uciszyli się z rozmową, bo koło drzwi coś się skrobać poczęło.
Przez szpary zabłysło światełko słabe, odpadł drąg, stróż więzienny, którego niewiadomo dla czego zwano Rybą, wsunął się do lochu, z pękiem łuczywa w ręku.
Człek był takiego wzrostu, że musiał nieco przygięty stać w izbie podziemnej, której dyle nizko leżały... Głowę miał krągłą, kudłatą, z oczyma białemi siedzącemi na wierzchu jak u żaby.
Na gołe ciało okryty kożuchem, z nogami skórą poobwiązanemi do kolan, straszny był jak kat, którego też obowiązki nie jeden raz musiał sprawować.
Gdy kogo udusić przykazano, zwykle Ryba się podejmował, w szerokie żylaste dłonie ująwszy gardło, niewiele czasu potrzebował, by ofiara bez tchu u nóg mu padła. Naówczas patrzał i śmiał się uradowany, że mu to przyszło tak łatwo.
Zwykle chodził jakby senny, powoli, milcząc, oczyma żabiemi ofiary swe mordując powoli, nim je ręką tknął jeszcze.
Gdy Ryba wszedł, bracia mimowolnie przycisnęli się do siebie, dłonie ich mocniej się ujęły, serca uderzyły - sądzili, że już po nich przychodzi. Stróż za siebie wziął przy otwieraniu zostawiony za drzwiami dzbanek i kawał czarnego chleba, którym był pokryty... Nie mówiąc nic przysunął go do barłogu i ręką czarną wskazał.
Andruszka nań popatrzał.
- A co nam po tem - zamruczał - wszak dziś?..
Ryba zmierzył go oczyma i dwa szeregi zębów ogromnych błysnęły z za warg wypukłych, ramionami ruszył, głową strząsnął, nie odpowiedział nic, odwrócił się tyłem i powlókł do drzwi, które, zatrzasnąwszy już, miał drągiem zawalić, gdy szept u wnijścia jakiś dał się słyszeć, mruczenie, niby krótka jakaś sprzeczka. Drąg opadł znowu, światło wróciło i opat tyniecki w czarnym długim płaszczu, wszedł wolnym do więzienia krokiem. Ryba podniósłszy łuczywo do góry, przyświecał w progu, z miejsca się nie poruszając.
Oba bracia na widok duchownego powstali. Znali go dawniej na dworze króla, bo któż nie znał opata Arona, który u Bolesława był, jak on sam mawiał, pierwszem okiem w głowie.
Wchodząc odezwał się opat, że im pociechę chrześciańską przynosi, i spytał, ażaliby co rodzinie do przekazania nie mieli, lub prośby jakiej przedśmiertnej, której by zadość mógł uczynić. - Mówiąc to, znacząco spoglądał dziwnie na stróża.
Niezrozumiałe to były zaprawdę odwiedziny, gdyż Jaksowie już przez kapelana królewskiego na śmierć przygotowani i wyspowiadani byli, a jemu też wszystkie swe zlecenia przekazali.
- Mój ojcze - rzekł Andruszka smutnie - nie pozostało nam o nic prosić, chyba o modlitwy za dusze nasze.
- To obowiązek kapłański - odezwał się opat. - Wprawdzie - dodał - nadziei mieć trudno, tam gdzie żadne prośby ani żywych ni umarłych, nie pomogły nic - przecież człowiek do ostatniego tchnienia w miłosierdziu bożem i cudach opatrzności powinien mieć nadzieję.
Słowa ostatnie wymówił opat z naciskiem jakimś i znacząco, a więcej jeszcze nad nie, wzrok jego mówić się zdawał. Andruszkę tylko uderzyło to, że opat wspomniał prośby umarłych!
- A któż umarły mógł wstawiać się za nami? zapytał ze smutnym uśmiechem. Ludzie z grobów nie wstają.
- Tak było - począł mówić opat - i słuszną jest rzeczą, byście dla pociechy waszej o tem wiedzieli. Stryj wasz Janko, starzec dogorywający, dowiedziawszy się o nieszczęściu, które rodzinę dotknąć miało, mimo wieku i choroby, na koń kazał się wsadzić, i jechał do króla prosić za wami. Jechał dniem i nocą do Poznania, a zmarł w drodze i umierając synowi polecił, by go trupem zawiózł przed króla, i trup jego mówił za wami.
Bracia zdumieni spojrzeli po sobie.
- Któżby się tego po tak zagniewanym stryju mógł spodziewać? - szepnął Jurga.
- Cóż król na to? - spytał Andruszka. Opat zmilczał, domyśleć się łatwo było, spuścili oczy dwaj bracia.
- Ojcze mój - odezwał się Andruszka - nie płaczę ja po życiu, ani pańskiemu wyrokowi złorzeczę, karząc mnie król by zadość uczynił sprawiedliwości. Jam był głową domu, na mnie jednego spaść była powinna pomsta i gniew pański. Jurga powinien był zostać i ocaleć, abyśmy całym rodem nie ginęli.
- A! niechby los ten padł na mnie - przerwał Jurga - jam więcej winien, bom się dał szwabowi pierwszy pociągnąć.
W tej chwili, jakby korzystając ze światła, które im w oczy sobie spojrzeć dozwalało, dwaj Jaksowie wejrzeli na się, ręce sobie nagle zarzucili na ramiona, głowy ich sparły się na sobie, i w uścisku tym, słychać było jakby nierycerski jęk boleści.
Opat stał poruszony, milcząc. Ryba nawet, wielkiemi oczyma swemi wpatrywał się ciekawie w braci, których przywiązania widok, zdawał się dlań rzeczą niepojętą. Widział on wielekroć dwóch wspólników zbrodni, którzy winę i karę wzajem na się zrzucać usiłowali, ale nie zdarzyło mu się nigdy spotkać ludzi, coby na śmierć idąc, wyręczać się i jeden za drugiego ginąć chcieli.
Potrząsał głową, jakby nierozumiał czy nie wierzył.
- Miejcie nadzieję w miłosierdziu Bożem, cicho wyszepnął opat i podniósł ręce do błogosławieństwa. Bracia poklękli na słomie, zniżyli głowy, skupione razem, a kapłan, po cichu szepcząc modlitwę, krzyż zakreślił nad niemi.
Oba przyczółgali się, aby rękę jego ucałować, a gdy się zbliżyli doń, mógł raz jeszcze powtórzyć im dobitnie po cichu.
- Módlcie się - i - miejcie nadzieję! miejcie nadzieję!
Zatem żywo się zawróciwszy wyszedł zaraz i Ryba drzwi za nim zatrzasnąwszy, drąg założył. Zostali znowu w ciemnościach, słaby tylko promyczek jakiejś nieokreślonej tej nadziei im przyświecał. Czuli, że nie byłby może przyszedł do nich, gdyby nie miał im z sobą przynieść jakiejś otuchy.
- A! jeden z nas ocaleje może? - zawołał Jurga...
Andruszka milczał.
- Biedny stryj Janko - rzekł po chwili - i jemuśmy mimo woli i wiedzy, śmierć przyspieszyli, a król, i jemu nawet ubłagać się nie dał... I jakże tu mieć nadzieję?
- Tak - to prawda - potwierdził Jurga. - Ksiądz przyszedł, aby nas pocieszyć dobrem słowem, pewnie dla tego, że koniec i oprawca blizki. Dziej się wola boża.
- To najpewniej - mówił Andruszka.
I milczeli.
W więzieniu tem dnia od nocy rozróżnić było niepodobna, chyba po ruchu jaki w szyi czasem słyszeć się dawał.
Znużeni Jaksowie, mimo woli po długiej rozmowie, zdrzemnęli się, leżąc na słomie obok siebie. Sen był przerywany co chwila, niespokojny, najmniejszy szelest zdawał się oznajmywać kata.
Noc wydała się im bez miary długą - a choć się spodziewali śmierci, głód dokuczać zaczynał. Wyszukali dzban i chleb, rozłamali się nim, napili wody - nikt nie przychodził.
Po nieskończenie przeciągniętem milczeniu - na ostatku szelest i stąpanie posłyszeli w szyi. - Kroki jakichś ludzi zbliżały się ku ich drzwiom, mruczenie i szepty im towarzyszyły. Zaczęto odwalać drąg - zabłysło światło.
Jurga i Andruszka widząc nadchodzący zgon, raz jeszcze rzucili się sobie na szyję i uściskali. Gdy oczy podnieśli, izbę ujrzeli pełną ludzi. Pachołkowie to byli jacyś zakapturzeni, milczący, i wskazujący im rękami tylko, by natychmiast wstawali i szli z niemi.
Ryba stał u drzwi i ciekawie się przypatrywał, przecierając zaspane oczy.
Kata widać nie było. Pomimo to obaj bracia wstali w tem przekonaniu, że ich wiodą na stracenie. Ujęli się za ręce, i wyszli razem. Do koła wnet objęli ich pachołkowie, a że ludzie byli dorodni, chłop w chłopa, nie mogli nawet dojrzeć za ich czapkami, ani zmiarkować, dokąd ich prowadzą.
Zdala czas jakiś przyświecał Ryba łuczywem, po tem światło to zgasło i znaleźli się wśród nocnych ciemności. Czuli owiewające ich powietrze mroźne. Jurga podniósłszy głowę, postrzegł nad sobą niebo i gwiazdy.
Jakiś czas postępowali w milczeniu, pod nogami czując to ziemię umarzłą, to lodu skorupę, to trochę śniegu, którym ziemia była okrytą. - W tem ścisnęli się pachołkowie i bracia z podziwieniem, ujrzeli się w jakiejś budowli ciemnej. Prowadzono ich, popychając, przejściami wązkiemi, skrzypnęły jakieś wrzeciądze, wtrącono ich znowu do izby ciemnej. Wnet cofnęli się ci, co im towarzyszyli, i bracia znaleźli się sami, omackiem, w jakiemś więzieniu nowem, nie mogąc tej zmiany wytłumaczyć sobie.
Chwilę postawszy w miejscu, Jurga ruszył się pierwszy szukać ściany. Pod dłońmi uczuł mur zimny. Podłoga była z dylów ułożona. Gdy oczy oswoiły się z ciemnością, u góry ujrzeli przez szpary okiennicy zamkniętej wciskające się blade brzasku jakiegoś światełko.
Do koła panowała cisza głucha. Kiedy niekiedy tylko przerywana szmerem, jakby ludzkiego głosu stłumionego, który brzmiał jak oddalony śpiew powolny.
Nikt nie przychodził.
II.
Chociaż w owych czasach osady po krajach zdala od siebie rozsypane były i wielkie je dzieliły przestrzenie - głośny wypadek z Jaksami, z ust do ust podawany rozszedł się zaraz daleko, na wsze strony.
Być może iż przyjaźny obwinionym, stary Drogosz, który ich pragnął ocalić, umyślnie powoli z niemi ciągnął, po drodze rozgłaszając co się stało - aby tym sposobem rodzinę obudzić i w pomoc ją powołać.
Byli też, jakeśmy mówili, młodzi Jaksowie, mimo buty swej i szaleństw lubionemi powszechnie - znano ich wady, a ceniono przymioty, któremi je okupywali. Głowy były zapalone, serca dobre, nierozwaga wielka, płochość bez miary, żal też i skrucha serdeczne.
Na dworze pańskim i w wojsku Bolesława, mało było rycerstwa tak powszechnie umiłowanego, jak Jurga i Andruszka. Nikt ich nie wyprzedził, gdzie karku trzeba było nastawić, w niebezpieczeństwo się rzucić, za przyjaciela ująć, majątkiem lub krwią płacić.
Ilu towarzyszów wykupili z niewoli, ran odnieśli broniąc ich i zastawiając się za nich - niktby nie zliczył. Część znaczniejsza mienia poszła tak nieopatrznie dla miłości ludzi.
Nie odjechał nikt od ich progu daremnie, jeśli to, czego żądał, spełnić mogli.
Oba społem, we dwu nie mieli lat pięćdziesięciu, młodzi, silni, zdrowi, piękni - nie dawno jeszcze wiele obiecywali po sobie - król na nich rachował - teraz, wszystko to, jedna chwila szalona w niwecz obróciła.
Żal też był powszechny; przeklinano kupca nieszczęsnego, który miał dwu tak dzielnym rycerzom życie kosztować. Wszyscy ich niemal uniewinniali, przypisując napaść tę młodzieńczemu szaleństwu, a śmierć przypadkowi. Inni, wiedząc o przewrotnym szwabie, który wisiał przy nich, winę całą składali na niego i w tem się nie mylili, że jego poduszczeniu sprawę przypisywali. Nikt jednak, posłyszawszy jak się rzecz miała, dowiedziawszy się o królewskim gniewie, nie wątpił, iż Bolesław karę domierzy okrutną. Im wyżej w łaskach jego stali dwaj rycerze, tem się nawet sroższej sprawiedliwości spodziewać było można.
Po drodze zbiegano się przypatrywać dwóm jadącym w tem otoczeniu Jaksom, jakby winowajcom wiedzionym na stracenie - czując już, że ich śmierć nie minie.
Drogosz wszystko czynił co mógł, aby podróż jak najdłużej trwała.
Tym czasem stało się też, czego nikt się nie spodział, że uchodzącego z zapłakaną i lamentującą greczynką Gwidona, który za granicę przekraść się spieszył z łupem swoim, pojmali ludzie królewscy przypadkiem i do Poznania go odstawili...
Temu, niżeli Jaksowie przybyli, król po krótkiem badaniu, zaraz łeb ściąć kazał, niewolnicę oddawszy do dworu królowej. Szwab badany broniąc siebie, winę składał na Jaksów, i w ten sposób jeszcze ich więcej obciążył, a króla rozsierdził.
Na drodze już, od przejezdnych komorników pańskich, dowiedział się Drogosz, iż Gwidon życiem przypłacił.
Z Jaksowych borów zaufany sługa stary, w chwili, gdy Jurgę i Andruszkę brano, oklep na konia skoczywszy, poleciał o mil kilkanaście do stryja, który mieszkał na gródku swoim w Niemierzyszczach. Człek to był lat już bardzo podeszłych, za którego teraz dwu synów na wojnę stawało, bo on już dawno pocztu prowadzić nie mógł.
Swojego czasu zawołany dowódzca, bił się, gdzie tylko zabrzęczały miecze - bywał nie jeden raz na Czechach i w Pradze, chodził na lutyków i pomorców, na prusaków, na ruś, na węgrów i niemców.
Kilka razy pokłuty i porąbany, na pobojowisku został za umarłego - bywał w niewoli u słowian, znał i niemiecką.
Zawsze mu jakoś szczęście służyło iż, przycierpiawszy, wyrwał się na swobodę i życie. Teraz rany się stare otwierały, o kiju chodzić musiał, włosy i brodę zapuścił długie, a całą pociechą jego było, choć chrześcianinem został, starych słuchać pieśni. Te mu niewiasty i dziadowie wędrowni, których ugaszczał i bronił - musieli niemal po całych dniach i wieczorach nucić.
Ustawało to tylko, gdy duchowny jaki do dworu przybywał. Na starego Jurka nieraz donoszono kapłanom, że w nim ta miłość dawnej pogańszczyzny została, a że naówczas tępienie wszelkich pamiątek, do których coś ze starej wiary przylgnąć mogło - było kapłanów obowiązkiem - zjeżdżali oni często do Niemierzyszcz, aby Jaksę w wierze umacniać... a precz odganiać zwyczaje, które zachował po kryjomu, tak jak nieboszczyk brat jego, ojciec dwu braci.
Naówczas stary przyjmował duchownych ze czcią wielką, jaka im należała, milkły na czas pieśni, wynosili się do lasów dziadowie. Janko stawał się z księżmi pobożnym, chociaż, byle oni za wrota, wszystko znów do starego porządku wracało. Nie było na to sposobu.
W przekonaniu Jaksy to co było, mogło się jakoś pogodzić z tem, co nastawało, rad był przynajmniej oboje połączyć, bo mu przeszłości dusznie żal było. Pobłażał też pocichu tym, co z nią trzymali, przez szpary patrzał, gdy po lasach, na uroczyskach ciała palono i tryzny odprawiano, gdy na Kupałę gromady ognie rozkładały i "stadem" chodziły szalejąc.
Dziady i gęślarze byli i jego najmilszymi gośćmi, a że o tem wiedzieli, z całego świata się tu wlekli i siadywali długo, bo pod jego dachem byli bezpieczni. Nieraz, gdy mu pieśni dawne nucono, Jaksa się spłakał, łzy otarł pocichu i westchnął i klął piorunem, ale tego nie słyszał nikt, jeno jego dziadowie. Mimo to nowej wiary obowiązki spełniał ściśle, posty zachowywał, do kościoła jeździł póki mógł, a synów do pobożności nakłaniał.
Dla dzieci postaremu był surowym. Matki już one dawno nie miały. Czeszka Drahomira, jedyna żona Janka, zmarła mu jakoś wprędce po przyjściu na świat synów, a potem się już nie żenił. Synowie Janka stryjecznych prawie rówieśnikami byli, i jak oni ludzie rycerscy a wojenni. Starszy Miklasz i o trzy lata za nim będący Oleksa chodzili z pocztami na wyprawy, a czasu pokoju u ojca pierwszymi tylko sługami być musieli. Kochał ich, ale im nie folgował.
Albo ludzi do wojny sposobić, lub konie młode objeżdżać, albo osadników i wioski nowe opatrywać codzień ich posyłał stary, spoczywać nie dając.
Obu im już od roku żon szukał, aby, póki pokój trwał, mogli sobie gniazda założyć i nową rozpocząć rodzinę, lecz niełatwym był w wyborze. Naprzód nie dowierzał niewiastom, wiele wymagał od nich, potem rad szukał krwi i plemienia dobrego. Sam bowiem kneziem się mieniąc, bo z podań to wiedzieli, że niegdyś Jaksowie u serbów panowali, ladajakiej niewiastki do domu wprowadzać nie chciał. A że mu z żoną czeszką dosyć dobrze było na świecie, dla synów też się za dziewkami ztamtąd oglądał, niemniejszemi wszakże jak Sławniki i Wrszowice. Dumnym był wielce i mało komu kroku ustąpił.
Dlatego też może, gdy się różni nowi naprzód powysuwali rycerze, na dworze, w łaskach i dostojeństwach zaczynając przodować, on się powoli od dworu uchylać jął i w końcu został w ukryciu, wiekiem się składając. Na gródku swym tak panował samowładnie, jak król w Poznaniu.
Gródek ten w Niemierzyszczach, u ścieku dwóch rzeczułek na pagórku wystawiony, stary był, nie wyglądał pokaźnie, lecz obronić się mógł i nie jednemu już oparł się napadowi. Zajmował przestrzeń dosyć obszerną, objętą wysoko wysypanemi wałami i ostrokołami, bo w razie najścia cała ludność z podzamcza mieścić się w nim musiała. Dwór też był liczny, ludzi orężnych, szczególniej konnych, pancerników, zawsze około dwóchset stało pogotowiu. Oprócz dworca starego, jeszcze wedle dawnego obyczaju z drzewa wystawionego, mnogie szopy, obory, stajnie, spichlerze, czeladnie dokoła były ustawione.
Stary Jaksa w wielkiej izbie swej, latem i zimą przy ogniu siadywał; nie wygasał on nigdy prawie w ogromnym kominie.
Tu to na ławach, często po kilku na raz, u drzwi zabierali miejsca dziady, ślepce i gęślarze. Maleńkie okna niewiele światła wpuszczały. Janko albo przed ogniem na stołku siadywał, lub też się układał na skórach, które w kącie leżały.
Gromada psów zawsze go otaczała, bo jak dawniej myśliwym był wielkim, tak teraz choć patrzyć na nie lubił, że mu łowy przypominały.
Niegdyś on, nawet na wojnę idąc, po parze psów bierał z sobą i mówiono, że mu jeden z nich życie uratował, gdy na niemca, który już Jaksę z konia obalonego dusił, padłszy tak go gryźć począł, iż panu się dał dźwignąć i obronić.
Gdy z Jaksowych borów przypadł tu ów sługa stary z wiadomością o losie Jurgi i Andruszki, na podwórku znalazł Miklasza, i zaraz mu tu, jak stał, ręce załamując, wszystko wyśpiewał.
Między dwoma Jaksów dworami nie było już zdawna żadnego stosunku, z rozkazania Janka, który synowców znać nie chciał i mówić sobie o nich nie dawał.
Chociaż zakaz ten trwał zawsze, Miklasz się wszakże nie wahał, posłańcowi poleciwszy stać i czekać na podsieniu, sam zaraz iść do ojca.
W izbie na ten raz żadnego dziada nie było, stary sam jeden ręce zwiesiwszy u ognia siedział a dumał.
Ledwie stąpiwszy na próg, syn zaraz odezwał się, jako to było w obyczaju, że ze złą wieścią przybywa.
- Nie trzymajże mi jej jako miecza nad karkiem, a mów... - zawołał stary.
Dusza to była hartowna, co się lada czego nie ulękła.
- Z Jaksowych borów sługa przybiegł - rzekł Miklasz - tam się nieszczęście stało. Jurga z Andruszką napadli na gościńcu kupca greka, który dla króla z Kijowa wiózł kupią... powaśnili się z nim, zabili i odarli. Król po nich przysłał i kazał ich na sąd swój stawić w Poznaniu.
Janko wysłuchawszy syna, głową tylko potrząsł, długo mu słowa brakło.
- Jeśli tak jest - odparł w końcu cicho - jeśli prawda, a król się nie zmiłuje nad nimi, dać będą musieli szyję. Na Jaksów cały ród padnie hańba i sromota niezmazana...
Załamał dłonie stary.
- Co czynić... - mruczał - co czynić?.. o miłosierdzie prosić dla łotrów, czy za cudzą winę hańbę ponosić?.. A zdaż się u Bolesława błaganie? a pomogą u niego łzy i prośby?..
Zamyślony długo w ziemię patrzał, potem skinął, aby mu sługę starego przywołano.
Ten gdy wszedł i rzuciwszy się na ziemię czołem bił, bo człek był niewolny, z płaczem potem szeroko jął opowiadać, jak się to stało.
Tem lepiej mógł opisać wszystko, bo choć niemłody, ale krzepki i sprawny, należał do tych co z Jaksami u mostu byli, kryć się z niczem nie widział teraz potrzeby.
Dowiedział się więc Jaksa, jak się to nieszczęście stało, kto był jego pierwszą przyczyną. Puściły mu się łzy milczące, odprawę dał człowiekowi ręką i siedział w myślach zatopiony jak martwy.
Syn stał czekając na rozkazy, ale ojciec ani się zwracał ku niemu, jakby zapomniał o nim. Potem, do siebie sam niby, począł mówić z bolu się zachodząc.
- Niechaj giną łotrowie... niech przepadają marnie!.. niech kąkol idzie na ogień, aby czyste ziarno zostało. Mamyż się my czyści za pomazanych ujmować?.. E! Andruszko! bracie mój miły, nie ich mi żal, ale ciebie, jeżeli ty z tamtego świata patrzysz na niegodne ciebie potomstwo...
Miklasz, choć się nigdy nie śmiał ojcu w niczem przeciwić, radby był za stryjecznemi przemówić słowo... a no... westchnął tylko. Zwrócił się Janko z brwią nawisłą ku niemu, jakby pytał a chciał słuchać.
- Rodzica dawno stracili, w złe ręce popadli... - począł cicho Miklasz.
- A krew to Jaksów bujna, co niełatwo ostyga... - przyrzucił Janko głowę skłaniając. Uderzył w dłonie i załamał je.
- Król, jeśli nie im, to nam i rodzinie się umiłować powinien... - rzekł. - Nie im życie, ale nam weźmie sławę poczciwą.
I wstał nagle z siedzenia, choć się pod nim nogi trzęsły, chwyciwszy się za stołek, aby się na nich utrzymać. Z pod siwych brwi nawisłych oczy mu połyskiwały.
- Jeżeli jeszcze czas... jeżeli czas miłosierdzia prosić - zawołał - nie dla nich, ale dla was, dla mnie, dla tych co pomarli i co żyć będą po nas... Jam stary i nie duż, ale mi trzeba... ale muszę!.. Miklasz, ty pojedziesz ze mną... konia siodłać każ...
Stary już od lat kilku z ciężkością chodził o kiju, konia nie do siadał dawno, rozkaz synowi zdał się tak dziwnym, iż się uląkł.
- Ojcze miłościwy - rzekł z pokorą - ale jakże wam i pomyśleć o koniu... jak o podróży? Mroźny czas, a wyście słabi...
- Na saniach leżeć nie mogę - począł Jaksa stołkiem bijąc o ziemię - nie nawykłem... to babska i chłopska rzecz... jam żołnierz... Starego mi mojego osiodłać. Kożuch wezmę, jechać muszę.
Napróżno się syn ofiarował z bratem jechać do króla; uparł się stary Janko i słuchać nie chciał.
Nie było z nim co rozprawiać, gdy raz wydał rozkaz a rzekł swoje. Więc na całym dworze poruszyło się wszystko na tę niesłychaną nowinę, że pan jedzie do króla. Przestrach ogarnął ludzi, bo jakże to coś groźnego być musiało, gdy tego starca, złamanego niemocą, dźwignęło w taką porę na nogi?
W milczeniu posępnem wnet się zaczęto przysposabiać do drogi. Stary nie mówiąc już nic, dawał znaki. Naostatek gdy o koniu oznajmiono, że stał pogotowiu, dwu ludzi go doń prowadziło. Trzeba było starego podnieść na ramionach, aby go posadzić na grzbiet wierzchowca, lecz gdy się raz znalazł na nim, już się nie zachwiał.
Przeprowadzony przez cały dwór, z garścią ludzi i synem wyruszył Jaksa do króla.
- Padnę mu do nóg - rzekł do syna - prosić go będę... a nie ubłagam, wyniosę się z tej ziemi, nie chcę jej znać... aby nam sromu nie wytykano. Do serbów pójdziem albo do czechów.
Jakby gorączka jakaś owładnęła starym Jaksą, bo choć go podtrzymywać było potrzeba i widocznie słabł ze znużenia, ledwie koniom dając wypoczynku, pospieszał nie tracąc chwili.
Znał on porywczość króla, który co raz postanowił, nigdy z wykonaniem nie zwlekał. Słowo u niego czynem było. Więc, choć czasu się zdało dosyć, nimby sprawa rozsądzoną została, niecierpliwy spieszył a pędził. Czuł też może, ażali mu życia stanie na dokonanie co postanowił.
Drugiego dnia już mu tchu braknąć zaczynało, bo i wiatr był ostry a zimnem smagający, i drogi ciężkie, pozawiewane, a koń stary często na nogi szwankował.
Na noc, nie dając się powstrzymać dla spoczynku, gdy konie zjadły, sadzić się kazał na wierzchowca i ciągnął dalej, lecz nad ranem siły coraz wątlejące, nie starczyły już. Musiano go przy pierwszej chacie nad drogą znieść z siodła na ręku i w izbie położyć, aby się pokrzepił. Stary płakał niemal, że dalej jechać nie mógł, lecz padał z konia, choć go syn i ludzie trzymali.
Chałupa nędzna była i uboga, więc go, w pośrodku dlań usławszy łoże, przy ognisku położono.
Tu zaledwie ległszy, poczuł sam zaraz, że mu ostatnia nadeszła godzina. Chciał się orzeźwić jakimś napojem, dano mu wodę i wino, które syn zabrał z sobą, ale już to nie pomogło.
Życie, którego niewiele w nim było, nagle się wyczerpało, gasnął w oczach... powieki mu zapadały jak do snu. Syn przy nim przykląkł płacząc, starając się uspokoić, dopraszając, aby spokojnie usnął i snem się pokrzepił.
Jemu chwilami niepokojem i boleścią pałały oczy, czuł już a wiedział, że na drodze, na rozdrożu, nie doścignąwszy celu, marnie zemrzeć przyjdzie.
- Miklasz - ozwał się głosem osłabłym - Miklasz, zaklinam cię na wszystko co święte, co najdroższe, na krzyż pański, na miłość jakąście mieli dla mnie, uczyńcie proszę, co każę, czego żądam...
Syn na znak posłuszeństwa rękę przyłożył do piersi.
- Mnie tu umierać przyszło - mówił głosem gasnącym stary - od doli i przeznaczenia nie uwolni się nikt. Jak skoro umrę, Miklasz, wsadzicie mnie na mojego konia, przywiążecie do niego, trzymać będziecie, bym nie padł... i pojedziecie ze mną, z trupem do Poznania, przed króla... Powiecie mu, jako nie mogąc żywy przybywam umarły prosić za rodem moim... Nie zlitowałby się żywemu może, nieboszczykowi się umiłuje... Rozumiesz to?..
Miklasz zmilczał przerażony.
- Rozumiesz - powtórzył stary - tak ma być! tak ja chcę! Niechaj mnie Bolesław zobaczy... Służyłem mu wiernie, krew lałem dla niego. Jeśli litości nie będzie miał, niech nas Bóg sądzi...
Zabrakło staremu tchu i siły, głowę zwiesiwszy na piersi, konać zaczął. Oddech się stał zrazu przyspieszony, potem wolniał coraz, synowi rękę wyciągnął i trzymał go przy sobie, a dłoń mu stygła i twardniała.
Nie upłynęło ćwierć godziny, a stary Jaksa, szepnąwszy jeszcze pocichu: Dziadów z domu nie pędźcie... - skonał i skostniał.
Miklasz klęczał przy nim osłupiały z żalu, wśród ludzi, którzy zbiegłszy się do swojego starego pana, zawodzili żale. Nierychło wspomniał na swą przysięgę, nie pozostawało mu nic, tylko spełnić co rychlej przykazanie rodzica.
Dziwne to było i straszne widowisko, tego umarłego starca, zbladłego, ze zwisłą głową, podtrzymywanego przez dwu obok jadących ludzi; oglądać po śmierci jeszcze zdążającego na spełnienie obowiązku. Stawali ludzie po drodze, przypatrując się dziwowi temu, nie umiejąc go sobie wytłumaczyć.
Podróż mimo nakazanego pospiechu szybką być nie mogła. Opóźniał ją ów trup chwiejący się i opadający, przy którym ludzie się ciągle mieniać musieli.
Tak w końcu zbliżyli się już do królewskiego grodu, gdy na gościńcu ten sam Drogosz, którego król po Jaksów posyłał, wyprawiony gdzieś znów przez niego, spotkał się z żałobnym pochodem. Był on też Miklaszowi z wyprawy ruskiej dobrze znanym i przyjaznym. Zrazu osłupiał na widok jadącego nieboszczyka, ale wnet mu Jaksa wytłumaczył, jakie od ojca otrzymał przykazanie.
A że właśnie w tem miejscu, gdzie się spotkali, znużonym koniom popaść było potrzeba i szopa się z gospodą trafiła, w której mogli ognia rozpalić i ogrzać się nieco, weszli do niej razem. Pierwszem było słowem Miklasza spytać, co się działo ze stryjecznymi.
Drogosz ciężko westchnąwszy, zmilczał, znać było, że dobrego nic do powiedzenia nie miał.
- Gdybyście nie wiem jak spieszyli - rzekł w końcu - nie wiem i nie ręczę, ażali na czas dla ocalenia ich traficie. Gdym ich obu na gród przywiózł, król na oczy ich widzieć nawet nie chcąc, natychmiast do ciemnicy wrzucić kazał.
Dowiedziała się królowa, pani miłościwa a pobożna - mówił dalej - królowa, której każda kropla krwi przelanej drugie tyle łez kosztuje... święta i dobra pani nasza... pospieszyła więc do króla... Myśmy ją wszyscy o to prosili, boć żal srogi takich dwu rycerzy postradać, za jednego tam jakiegoś zadławionego greka. Prosiła królowa na kolanach... błagali inni... pono nadaremnie... Tymczasem mnie król wysłał precz... nie wiem, co się stało. Gdym na konia siadał, kapelana król swojego wyprawił do nich, aby spowiedź uczynili... katowi się kazano sposobić do więzienia... Król, jak mówiono, sfolgował pono o tyle, iż nie publicznie miał ich dać ściąć, ale w lochu.
Przecież!... Bóg wielki... nie wiem!.. królowej łzy wiele mogą... cud się mógł stać... Jedźcie, proście... niechaj nieboszczyk stanie przed nim w imię służb swych go błagając... Jeżeli czas... jeżeli jeszcze czas!.. - westchnął Drogosz stary.
Miklasz więc spieszyć postanowił, ale koniom, znużonym tak że się zaledwie wlokły, dać trzeba było chwilę odpoczynku. Drogosz też swoim wydychać dawał.
- Straszny gniew naszego pana... - mówił stary pancernik. - Widziałem ja go nieraz na wojnie, gdy nieprzyjaciel rozjątrzył, bez opamiętania lecącego na tłumy... ale straszniejszy jeszcze we dworze, pod dachem, śród pokoju, gdy mu niesforność jaka, albo gwałt krew poburzy...
Królowa dobrocią swą wiele może, pohamuje czasem i wymodli... przecie teraz nie wiem, czy i ona i wy z nieboszczykiem potraficie go złagodzić. Rozżarł się okrutnie... może nie o kupca tego, więcej o to, iż rycerstwu całemu zakałę zrobili. A i kupiec też człek był znaczny. Gdy wieść pójdzie o śmierci jego, odstręczy i odpędzi od nas innych obcych ludzi...
Gdym z Jaksami waszemi przybył - mówił ciągle Drogosz - a szedłem się miłościwemu oznajmić, spostrzegłszy mnie, jak jest ciężki, z siedzenia wnet porwał się biegnąc prawie.
- Są te łotry? zawołał. - Przywiózłem ich - odezwałem się. - Rzucić wnet spętanych do lochu! - krzyknął - na jawną zbrodnię sądu nie ma, jeno stryczek i miecz... - Ośmieliłem się do kolan mu pokłonić. - Miłościwy panie - rzekłem - młodzi są, krewcy, namowa zła... - Milcz - zawołał - milcz... przykładu trzeba, lub nikt się do nas jechać nie waży... Rodu są znacznego, więc im się śni, że wszystko dlatego wolno. Za się!.. Jak dwu im głowy z karków spadną, stu się ulęknie i strzyma... Idź... ani słowa... do ciemnicy...
Nie wiem, co królowej rzekł... Mieli wstawiać się duchowni, mieli prosić za nimi powinowaci, Lisowie i Pobogi i inni... a no, wola króla żelazna... Nie zna on pohamowania w gniewie, a gniewem pałał strasznym...
Znał sam Miklasz króla, widział go nieraz na polu bitwy, gdy pamięć tracił tak, że go nic pohamować nie mogło, niewielką też i on miał nadzieję. Musiał jednak dopełnić przykazania rodzicielskiego. Rozstali się więc ze starym Drogoszem i pochód z nieboszczykiem rozpoczął się nanowo.
Zbliżając się do Poznania i grodu, gdzie coraz więcej ludu uwijało się w pobliżu, ledwie się mogli przebić przez gromady ciekawych, których to straszne zwabiało widowisko, zmarłego starca wiezionego na koniu, którego na rękach niemal ludzie dźwigali... za nim jadącego syna z głową odkrytą i całej tej drużyny wlekącej się, jakby ze wstydem, upokorzeniem i trwogą.
Kupy ludu poczynały się cisnąć około nich coraz tłumniej, tak że gdy do wrót zamku przybyli, rozpędzać je musiano.
Miklasz tu naprzód wystąpił, ciało wyprzedzając.
Za nim wieziono ojca, którego zbladły i posiniały trup ledwie kilku ludzi w mierze utrzymać mogło. Pieszy chłopak konia w ręku powoli prowadził.
Poznań już w ostatnich latach Mieszkowych rządów, potem za syna jego urósł był na znaczne miasto. Sam też zamek, który niegdy cesarz Otto III, jako sprzymierzeniec króla i druh jego, odwiedził, zkąd pieszo, po suknem wysłanej drodze, boso szedł do Gniezna, do grobu męczennika Wojciecha, zamek od czasów Mieszkowych wzmógł się i rozrósł, a królewsko wyglądał. Obok dawnych dworów drewnianych kazał w nim Bolesław murowane palatium wystawić dla siebie, takie niemal, jakie cesarze mieli w Dziewinie i Merseburgu.
Tuż, na gruzach dawnej pogańskiej kontyny, kościół katedralny, pierwsza w Polsce z gnieźnieńską stolica biskupia, wznosiła się z kamienia ciosowego zbudowana.
W pośrodku niej, naprzeciw wielkiego ołtarza, spoczęły już zwłoki ojca Bolesławowego Mieszka; i on też sam zawczasu tu dla siebie grób sposobić kazał, chcąc leżeć obok rodzica. Dubrawka, matka Bolesławowa, w katedrze gnieźnieńskiej, którą wzniosła, spoczywać chciała.
Zmieniło się tu wiele od skromnych owych pierwszych czasów, gdy rzemieślników brakło i staremi się domowemi sprzętami obchodzono. Owe sta pancerników Mieszka urosły teraz na tysiące, skromna gromadka dworzan pańskich, w rój ogromny wspaniałego dworu się rozmogła. Każdy poczet wojsk królewskich, zbroją teraz osobliwą, orężem i barwą sukni szczególną się odznaczał. Ani cesarskiej straży zbrojnej bolesławowska nie ustępowała.
Wojennego pana, który większą część żywota spędził w polu i na koniu, od Moraw do Bałtyku, odzyskując i zawojowując ziemie, aby ze słowiańskich plemion wielu jedno wielkie stworzyć państwo (czego ojciec pragnąc, dokonać nie mógł), wojennego pana dwór też cały był rycerski, zamek żołnierzem się roił, roił duchowieństwem, posłami ze wszech krajów i nieustannym gości napływem. Z Rusi, Moraw, Czech, Chrobacyi, Węgier, od pogańskich jeszcze plemion słowiańskich, nieustannie szli tu, jedni prosić, drudzy przepraszać, kłaniać się, dary nieść, łaski jednać.
Gromadnie, ludno, gwarnie było na zamku wielkiego króla, a ci, co dawniejsze pamiętali czasy, poznać go teraz nie mogli.
W tej izbie wielkiej, w której niegdy władyków polan Mieszko przyjmował, dziśby swych gości codziennych król Bolesław nie posadził i połowy. Dla nieustannego ich natłoku, musiano obok zamku wznieść gmach osobny, rozległy, którego izby, na słupach pośrodku sparte, czterdzieści stołów gościnnych, powszednich dni zastawianych, pomieścić mogły.
Gromada też podkomorzych, komorników, stolników, cześników, podczaszych i wszelkich urzędników dworskich czuwała nieustannie, aby królewscy goście po królewsku byli przyjmowani.
Większa część dworu pańskiego, gdy na przyjęcie cesarza Ottona III gwoli obyczajowi zachodniemu, na sposób włoski i frankoński przebraną została, później też, dla cudzoziemców i okazałości większej, w stroju tym chodzić musiała. Czeladź więc i pacholęta, ówczesną modą strój miała przepołowiony na dwoje, tak, że jedna jego strona czerwoną barwą, druga żółtą była, i kaftan rękawy miał różne, a przez plecy rozcięty był napoły. Nie ujrzałeś już tam teraz dawnego obuwia sznurowanego, tylko buty i trzewiki, których końce skówkami lśniącemi były nasadzane, a boki szyte kwiecisto. Co dostojniejsi ze dworu łańcuchami na szyjach się odznaczali, a płaszcze wszystkie złotem lamowane, srebrem naszywane być musiały.
Przepych widać było wszędzie, bo go król lubił i rad na swym dworze oglądał, aby od innych pośledniejszym nie został. Uzbrojenie też dawniej proste, wykwintniejszem było u Bolesława i jednostajnem. Jednego żołnierza w jeździe nie miał król, któryby cały od stóp do głów pancerzem skórzanym, łuską żelazną naszywanym nie był okryty. U starszyzny, przy takichże hełmach, okutych żelazem, purpurowe i białe powiewały kity.
I tarcze też pieszaków świeciły gwoźdźmi i błyszczały blachami, a po znakach ich każdy poczet i ziemię odgadnąć było można.
Zostały dzidy i młoty, a mieczów żelaznych przybyło, leżały ich całe komory, aby ludzi każdego czasu tysiące można uzbroić.
Nie jeden też na grodzie mieścił się dwór królewski, miała swój oddzielny królowa Emnilda, owa święta pani, córka Dobromira, którą już trzecią król zaślubił, a nad wszystkie swe szanował i kochał. Często też Mieszko, syn Bolesławów i młodszy Dobromir a starszy od nich Bezprym, z królowej węgierki narodzony, i córki pańskie tu przebywały, a żona Mieszkowa, siostrzenica cesarska Ryksa i wielu książąt sprzymierzonych i pokrewnych, tak że coraz obszerniejsze gmachy zamkowe czasem ich ledwie mogły pomieścić, niekiedy nie mieściły. W podwórcach, jak na targu w uroczyste dnie, w dzień i nocą przebić się było trudno przez tłumy.
Musiano też część dziedzińca sznurami odgradzać, aby codziennym turniejom i zabawom rycerskim, jakie pod okiem pańskiem dla rozrywki się jego odbywały, plac zostawić swobodny.
W chwili gdy Miklasz Jaksa, za sobą prowadząc ciało ojca, wjeżdżał w bramę zamkową i oczy wszystkich się nań zwracały, komornicy królewscy postrzegłszy wiezionego trupa, z którym w podwórzec wprost jechali, ulękli się wielce. Nie śmieli powstrzymać, ale wnet oznajmiono starszemu nad dworem, którym był Sieciech, aby króla uprzedził, lub rozporządził co należało.
Wybiegł więc zaraz Sieciech ów, pan poważny, w czarnej sukni dostatniej, z łańcuchem na szyi, w kołpaku sobolim, z laską kutą w ręku, aby się sam dowiedział, coby to oznaczać miało, i pochód już ku drzwiom murowanego gmachu dążący zatrzymał.
Musiał mu się Miklasz tłumaczyć, w jakiem od umarłego jechał poselstwie. Przykazawszy mu stanąć, Sieciech pospieszył do króla, który z ulubionym sobie opatem tynieckim Aronem na osobności się zabawiał.
Przeszedłszy komnat kilka, Sieciech u drzwi pańskich oznajmił się kaszlem i lekkiem laski o ziemię uderzeniem.
Król w sypialni swej odpoczywał. Ogromny ogień pałał w kominie z kapturem, przed nim Bolesław w krześle poduszką nakrytem siedział.
Był już naówczas wielki ów podbójca i wojak niezmordowany, nieco wiekiem ociężałym. Ciemny, bujny włos kędzierzawy, okrywający mu głowę, siwizna gdzieniegdzie srebrzyła, odkryło się wspaniałe czoło, które troski poryły. Twarz pełną, ogorzałą, rumianą, dwoje oczów ciemnych zdawało się niemal całą wypełniać, tak wzrok ich gasił i ścierał, co się na niej innemi wyrażało rysy. Ust niewiele widać było pod wąsami i brodą, wybujałą szeroko. Pierś wydatna, rozłożyste ramiona, przygarbione nieco, całe ciało bujno i silnie rozrosłe, uczyniłyby zeń olbrzyma, gdyby wzrost odpowiadał ich rozmiarom. Otyłość przyszła z wiekiem i ciężarem swym nużyła starego bohatera.
Kożuch soboli jedwabiem pokryty stanowił ubiór cały. Z pod niego widać tylko było bieliznę cienką i miękkie na nogach buty futrem bramowane.
Obok krzesła królewskiego stał mężczyzna w czarnej sukni długiej, wzrostu słusznego, chudy, twarzy bladej, poważnej a myślącej. Włos krótko obcięty, wygolona korona, krzyż złoty na piersiach oznaczały duchownego. W rysach jego czytać było trudno, choć jak zagadka nęciły tajemniczym swym wyrazem. Bystry tylko rozum zdradzał wzrok biegający żywo. Król znać go słuchał, gdy Sieciech, uchyliwszy drzwi, z nizkim pokłonem do sypialni się wsunął.
Na obliczu pańskiem dostrzedz było można nieco zniecierpliwienia, ale stary Sieciech, który pana swojego znał dobrze, a wiedział, jak sobie z nim poczynać, bynajmniej się tem nie poruszył, choć brwi groźnie się ściągające i oczy w siebie wlepione zobaczył.
Pogładził ręką brodę, nie spiesząc z mową, król ciągle zwrócony doń, czekał, jakby pytając wzrokiem: Cóż mi powiesz? - Lecz milczał ustami. Na twarzy widać było jakby drgania myśli, która po głowie się snuła.
Opat Aron pilno się też wpatrywał w przybyłego, zawiesiwszy przerwane opowiadanie.
Sieciech w końcu krok naprzód postąpił powoli, jakby rozmyślał, od czego zacznie.
- Przebacz, miłościwy królu - odezwał się rękę spuszczając ku ziemi - musiałem wczas miłości twej przerwać wchodząc... w podwórcu nieboszczyk domaga się twej łaski i posłuchania...
Król i opat zdziwieni tą mową, głowy podnieśli, spojrzeli po sobie.
- Tak jest, miłościwy panie - kończył Sieciech spokojnie i powolnie. - Stary sługa królewski Janko Jaksa z Niemierzyszcz jechał prosić łaski i zmiłowania pańskiego, a w drodze umierając trupa swojego synowi tu przywieźć kazał, aby on u miłości pańskiej o przebaczenie błagał dla synowców... Syn z ojca zwłokami stoi przede drzwiami... ludzi gromady się kupią...
Na twarzy króla, który słuchając brwi strasznie ściągnął, odmalował się gniew okrutny; oczy poczęły ciskać pioruny, rękę ścisnął i uderzył nią w poręcz siedzenia, lecz słowa zrazu nie rzekł, poglądając na opata.
Opat Aron stał niemy, nie okazując po sobie ani co czuł, ni co myślał.
Sieciech z głową spuszczoną na odpowiedź czekał.
- Syna mi tu prowadź! - zawołał Bolesław nie wstając.
Sieciech pokłonił się na znak posłuszeństwa i natychmiast odszedł.
Król i opat patrzali na siebie. Bolesław zdawał się wyzywać zdania duchownego, ksiądz czekał na to, co król powie. Trwało długo milczenie, w ognisku tylko płomię syczało i iskry z niego pryskały.
Tymczasem kroki idących słyszeć się dały. Blady Miklasz Jaksa stał w progu chwilę, a potem się na kolana rzucił przed królem.
- Miłościwy panie!.. - począł.
- Wiem wszystko - przerwał, rękę ciągle ściśniętą podnosząc, król - wiem wszystko... Stary Janko z grobu przychodzi prosić za krwią swoją... ale ja... przysiągłem, że nie przebaczę. Każę poczestny pogrzeb sprawić sławnemu rycerzowi, a ich głowy jutro rano spaść muszą... i spadną!..
Usłyszawszy ten wyrok, Miklasz wstał powoli. Zdało się, że duma starego Jaksów rodu już mu do dalszego błagania usta zamknęła. Nie rzekł nic, nie prosił więcej.
Król głowę opuścił na piersi i ręką dał znak. Miklasz, nie uchyliwszy nawet czoła, wolnym krokiem wyszedł z sypialni.
Za nim wzrok królewski pociągnął i gdy zasłona zapadła, długo się na niej zatrzymał. Słychać było ciche, niepewne odchodzącego kroki, które coraz się oddalały... W kominie płomię syczało i iskry z niego pryskały.
Z założonemi na piersi rękami opat stał, oczy w ziemię wlepiwszy.
I trwało milczenie grobowe, przykre, którego ani król, ani duchowny przerwać nie śmiał, chwilę jak wiek długą. Z podwórców niby koni tentent głuchy i gwar jakiś stłumiony dochodził, a potem cisza zaległa gród... i ognisko tylko mówiło coś samo, niezrozumiałym językiem...
TOM I
I.
Starym był ród Jaksów u polan nad Odrą i Wartą, a szerokiemi tu władał posiadłościami. Mówiono o nich, prawili oni sami o sobie, że niegdy z między serbów wyszedłszy, gdzie kneziami byli, osiedli tu od rodzinnych chroniąc się waśni; drudzy ich do Leszków i Pepełków krwi liczyli. To pewna, że do najmożniejszych należeli władyków, a choć się rozrodzili, ziemi stało dla wszystkich i skarbca, ubogim żaden nie był. Z dostojniejszemi też rody wielu węzłami połączeni byli, żon sobie wysoko zawsze szukając, czasem i w krajach sąsiednich. Ludzie byli wszyscy rycerskiego rzemiosła, a u siebie doma tak panowali własną wolą, jak kneziowie polańscy w Poznaniu i Gnieznie, tylko że im poczty na obronę kraju stawić musieli.
Gdy Mieszko chrzest przyjmował święty, Jaksowie też, nie ociągając się, wiarą nową się odrodzili; a mówiono nawet, że niżeli została ogłoszoną polanom, oni ją już w niektórych domach swych potajemnie wyznawali, acz nie wszyscy.
W Gnieznie do chrztu Mieczysławowego dwu braci stawało, Chroberz i Zbilut, a ci imiona nowe Janka i Andruszki przyjęli.
Oba starzy już wojacy byli, acz krzepko swe lata nosili na barkach niezgiętych; oba też po dwu synów następców mieli, którzy w ich ślady chodzić obiecywali. Młodzież to była gorąca i butna, do wojny i wycieczek stworzona, tęskniąca za wyprawami, nierada spoczywać w domu. Od dzieci ich do tego noszono.
Stary Jaksa, którego Andruszką na chrzcie nazwano, chłopców miał dorosłych, wiekiem od siebie o rok się tylko różniących; ci już z królem Bolesławem Wielkim i do Czech i na Ruś chodzili z pocztami, a sprawiali się jak nie można lepiej. Przy ojcu siedzieli rzadko, ten zaś zaniemógłszy ciężko, sam już królowi służyć nie miał siły, kochali się z sobą jak bracia, trzymali razem nieodstępnie, tak że ich pojedyńczo niemal spotkać było trudno. Starszy z nich po ojcu imię Andruszki wziął, drugi się zwał Jurgą. Posiadłość mając niedaleko granic, kędy częste bywały napaści, musieli się Jaksowie trzymać czujno a obronnie.
Właśnie Bolesław był na Rusi z niemi, gdy stary ojciec, który się już i o kiju ruszyć nie mógł, życie zakończył.
Pamiętał on jeszcze Ziemomysła czasy, napół i potroszę poganin był, choć później się już nawróciwszy, wedle nowej wiary i obyczaju żyć się starał. Opowiadano potajemnie, że na łożu śmiertelnem służbie swej polecił, aby po chrześciańskim pogrzebie, nocą z ziemi ciało dobywszy, starym obyczajem na stosie je spalili. I tak się też podobno stało, a duchowieństwo dowiedziawszy się, choć sarkało, przez palce patrzeć na to było zmuszone.
Gdy synowie potem oba z owego sławnego grodu Kijowa powrócili, w którym się pono wszyscy, nie wyjmując pana, nad miarę zabawiali wesoło, znaleźli dworzec pusty, służbę tylko wierną stojącą na straży dobra pańskiego, a w skarbcu ogromne stosy dostatków, niemal królewskich. Ojcowskiego oka i powagi zabrakło, młoda krew w nich wojacza zawrzała i wkrótce bardzo jakoś, że Bolesław na nową wojnę nie wzywał, poczęli życia swobodnie zażywać, nie żałując sobie niczego.
Starszy Andruszka pomiędzy innemi z Rusi łupami greczynkę niewolnicę z sobą przywiózł, niewiastę dziwnej urody, lecz na podziw też płochą i niepomiarkowaną, która zbyt wesołe życie lubiła. Stary więc dworzec, niegdy spokojny, gędźbą się rozlegał i śpiewami, sprawiano uczty ciągłe i gości się nie przebierało.
Oba bracia ludzie byli samopas żyć lubiący, rozpuszczeni jak wojacy, nawykli życie stawić bez wahania, ale też używać go bez miary.
Duchowni bliżej mieszkający upominali ich wprawdzie o to, ale słowa ich niewiele skutkowały, Jurga i Andruszka ujmowali ich sobie, zapisując łąki i lasy kościołom, aby im pokój dano; bo ziemi więcej mieli, niż im było potrzeba.
Król Bolesław Wielki, choć mu może donoszono o młodych Jaksach, dla swojego rycerstwa dosyć był pobłażającym, sam też podczas wiodąc takie życie wojacze, przebaczał sobie i drugim wiele, byle na zawołanie poczet stał cały, a dobrze zbrojny.
Jurga i Andruszka jeździli niekiedy na dwór pański z pokłonem, król ich po ojcowsku przyjmował, poił, karmił, o wyprawach mawiał z nimi, zawsze obdarzonych odsyłał, a o rozwiązłe życie strofować zaniechał.
Jurga w Poznaniu bywając najrzał u boku królowej będącą, piękną Teodorę, córkę Sieciecha ochmistrza królewskiego, i myślał słać jej drużby. Oboje się sobie podobali i jakby stworzeni byli dla siebie. Nie wiedzieć czemu to odkładał z dnia na dzień, aż twarde przyszły czasy.
Na starym grodzie, gdzie oba bracia dzielić się nie chcąc ojcowizną, siedzieli, dziwy się dziać miały, swawola straszna. Niebardzo się chciało Jurdze żonę tu wprowadzać, Andruszka też nie rad się był od brata odłączyć.
I szło dalej postaremu. Łowy sprawiano ogromne, uczty książęce, ubogich obdarzano bez miary, nie czyniąc w nich wyboru, z sąsiadami naprzemiany to się wichrzono, to godzono i zapijano...
Przyszło do tego wreszcie, że na owo życie szalone poczęło braknąć, ze skarbca powynoszono i rozdrapano co było, posiadłości dużo rozdano i rozprzedano. Bieda była za pasem, a upamiętanie przyjść nie chciało. Obaj nasi rycerze rachowali pono na nową jakąś wojnę i łupy, któreby ich zasiliły i majętności pozakładane wykupić dopomogły.
Wszystkiego pono złego przyczyną był szwab, przybłęda, co się tam na dwór wcisnąwszy, nowe wprowadzał zwyczaje, jakie, według niego, na zachodzie Europy rycerstwo i panów odznaczać miały.
Sam on korzystał z braci, drugim ich łupić dozwalał, pochlebiał, płaszczył się, a na wsze ich bezprawia wyciągał. Szwabowi imię było Gwidon. Niegdy za Ottonów dużo się pono po świecie włóczył, plótł o swych bojach z Saracenami we Włoszech, o podróży do Byzancyum i o różnych niestworzonych przygodach na cesarskim dworze. A że Jaksom wmawiał, iż równych im dzielnością rycerzy na całym nie spotkał świecie, dobrze mu się działo.
A no z nimi było źle. Choć niby sługa pokorny, on z greczynką Antonią trzęśli dworem i panami swoimi, wiodąc ich do zguby. Ani się opatrzyli Jaksowie, jak ona nadeszła.
W skarbcu nie było już nic, jeno półki próżne i skrzynie otwarte. Ludzie dawać nie chcieli, z ubogich osadników drzeć nie było łatwo.
Śpiewano jeszcze i spijano we dworze, ale i pieśni nie były tak głośne jak niegdyś, i napojem się trzeba było obchodzić domowym. Stare miody wyschły do kropli, nowych nie stało z czego sycić, a i piwo warzono coraz gorsze. W starym dworcu znikły wspaniałości dawne, rozchwytali je potrosze mniemani przyjaciele, a teraz ich już widać nie było.
Żył jeszcze stryj Janko; choć nieco opodal mieszkał, słyszał co się u bratanków działo; raz czy dwa strofował mocno i groził, potem synom u stryjecznych bywać zakazał, potem już jakby się cale nie znali, zerwało się wszystko.
Człek to był stary, ociężały, więcej nad to począć nie mógł, a do króla skarżyć się nie chciał. Serce mu się ściskało, że ojcowizna szła tak marnie, że ziemię nawet rozszarpywano, krwi mu swej żal było, a sił do powstrzymania nie miał.
Gdy wreszcie ciężkie bardzo nadeszły czasy, pomyśleli o tem Jaksowie, by u stryja pomocy szukać i zasiłku, a ten, rozgniewany, że go dawniej nie słuchano, ani przyjąć, ani mówić, ani wspomódz, ni znać nie chciał i drzwi im swe zamknął.
Tymczasem spodziewanej wyprawy, na której się wszelkie opierały nadzieje, jakoś wcale słychać nie było. Król Bolesław, szeroko zawładnąwszy ziemiami słowiańskiemi, od Dunaju do Bałtyku panując, nowych wojen ani potrzebował, ani żądał. Henryk II, cesarz, w pokoju z nim wrzekomym był, drudzy też obawiali się wypróbowanej Szczerbca siły.
Na dworze w Jaksowym borze coraz puściej być zaczynało, ludzie uciekali od podupadłych.
Właśnie zima się była w końcu listopada na dobre ustaliła, śniegi nawet upadły i trzymały się już, najlepszy czas do łowów nadchodził. W nich dwaj bracia jedyny ratunek znajdowali i pociechę. Dniami i tygodniami siedzieli w puszczach i lasach, a no kiedyś przecież i do domu zajrzeć trzeba było, aby w ciepłej izbie odpocząć.
Dnia tego, gdy się nasze rozpoczyna opowiadanie, Jurga i Andruszka z nieodstępnym szwabem i ludźmi do łowów właśnie się na dworzec przywlekli, oba chmurni, bo myśliwstwo się też nie wiodło, spocząć jakiś czas doma zamierzali. Rozpalono więc ogień w wielkiej izbie i służba się krzątała. Gwidon był do koni zszedł, nikogo w izbie, oprócz dwóch braci.
Niegdyś oni wesołymi być umieli, wszystko w nich dobrą myśl obudzało, przygody co najtrudniejsze do przebycia witali ochoczo. Teraz oba milczeli posępnie, patrząc na ognisko, to z ukosa na siebie.
Nie odzywał się żaden, bo powiedzieć dobrego nic nie mógł, złego nie chciał.
Trwało to dosyć długo, gdy się młodszy Jurga odezwał zcicha.
- Co tobie, Andruszku?
- Chciałem spytać, co tobie Jurgo? - odparł drugi. - Jeszczem cię ja takim nie widział.
- A ja ciebie, bracie.
- Bieda u nas...
- Bieda...
- Wojnyby nam trzeba...
- Król ociężał, już mu się na nią nie chce i nie zbiera... Lepiej mu w Poznaniu siedzieć, rycerzy przyjmować i zastawiać stoły...
- Bieda...
Westchnęli oba.
Szwab, który przed chwilą do izby powróciwszy, u progu stał i słuchał, odezwał się, gdy zamilkli Jaksowie.
- Na biedę sobie u nas ludzie radzić umieją, gdy głupi pokój trwa nadto długo...
Spojrzano na niego.
- Trudno rycerstwu dać mieczom w pochwach rdzewieć. Nie ma nieprzyjaciela, trzeba polować na podróżnych...
Andruszka głową potrząsł silnie.
- U nas tego zwyczaju nie ma - rzekł żywo - gość u nas wszelki bywał zawsze bezpieczny.
- Swój... to pewnie - mówił szwab niezmięszany - a obcy, po co się mają po gościńcach włóczyć ze skarby wielkiemi. Co mają za prawo w cudzej ziemi handlować?.. U nas, jeśli po dobrej woli podróżny okupu nie da, idzie do lochu, albo i głową nałożyć musi. Na czyjej ziemi kupiec zdechł, do tego skóra jego należy...
Bracia posępnie milczeli, niemiec mówił dalej zwolna, pocichu, oczyma na nich rzucając kosemi, jak gdyby badał, co z nich te słowa uczynią.
- Tuby się nieraz dobrze obłowić można na tych, co do Poznania, do Gniezna, z Grecyi i Rusi przeciągają. Spotykałem wozy i konie juczne, na które aż ochota brała. No... ludzie to niby orężni... i żelazaby się dobyło przecie, co dawno świata nie widziało i krwi innej nad wilczą nie kosztowało...
- U nas bo tego zwyczaju nie bywało! - powtórzył Jurga kwaśno.
- No... a jam słyszał - ciągnął niemiec uparty - że greckim kupcom nie jeden raz Domaradowie w lasach swoich drogę zastępowali... Obłowili się mało wiele, przecie im za to nikt marnego nie powiedział słowa... co wzięli to wzięli...
Andruszka niechętnie coś zamruczał.
- Ludzie też prości, co mieczów nie mają, ledwie pałki nasiekiwane, a i ci, zastąpiwszy gościniec, nieraz z tych włóczęgów ściągali daninę... Takie to polowanie jak inne, tylko skórka lepsza...
Jurga się rozśmiał, oczy mu błysły.
- Lepsze to łowy niż na jelenie - rzekł żartując - bo te złotych rogów nie mają, a kupcy trzosy wożą nabite...
- Ho! ho!.. - wtrącił coraz się ośmielając szwab - nie jeden z nich przy sobie więcej ma srebra i złota, niżeli król posłał prusakom na wykup ciała świętego Adalberta... Wożą go w sztabach, w bryłach, w pieniądzach i różnych kosztownościach... Jest się u nich czem pożywić.
Andruszka słuchał w ogień ciągle patrząc, namarszczony i nierady.
- Milczałbyś! - zawołał w końcu - na co ludziom darmo robić oskomę... Mieliśmy i my złota i srebra dosyć, powróciwszy z wojny, a teraz go i pruszyny nie znajdzie, chyba na rękojeści u mieczyka...
- Hej! hej! - westchnął Jurga - gdzie się to wszystko podziało...
- Źli ludzie rozchwytali, a dobrzy rozdarowali - rzekł szwab. - I od tych, co po pijanu rwali, siłą mocą odebrać nie byłoby grzechu... Zresztą, od biedy, kościołowiby się też z tego coś dało...
Jurga wstał i wzdychając ciężko, chodzić zaczął po izbie. Piękna Sieciechówna przyszła mu na myśl, nie było jej teraz gdzie przyprowadzić i czem obdarzyć...
- Mnie już tak dokuczyło to głupie ubóstwo i ta pustka nasza, że gdyby mi się jaki grek nawinął, nie ręczyłbym za siebie... Andruszka, jako dobry brat, widząc mnie przy robocie, takżeby samego nie zostawił... hę?
- Plugawa rzecz... lepiej wojny czekać... - rzekł starszy.
- Choćby się i nie chciało, tać musimy - dodał Jurga - grecy jak zwierzyna po lasach się nie włóczą... Łacniej tura niż greka dostać...
Szwab się śmiać począł z kąta.
- Właśniebym ja - odezwał się - mówił panom o czemś podobnem, gdybym już co napytanego i napatrzonego nie miał...
Oba Jaksowie zerwali się nagle i przyskoczyli doń. Myśliwska i wojacza żyłka w nich zagrała, podrażniona głupią mową. Może im nie tyle o zdobycz szło, co o samo polowanie.
- Mówże - krzyknął Jurga, rękę mu kładnąc na ramieniu - wiesz co? gadaj!..
Szwab, który był krępy, niepozorny, wyglądał zdala jak prosty parobek i zwykle twarz miał jakąś bezmyślną; gdy się czemś rozpalił, zmieniał nagle oblicze. Małe oczki mu się iskrzyły jak u kota, usta śmiały, a włos, nawpół siwy, wpół rudy, najeżony jak szczecina, zdawał się podnosić, gdyby sierć na stworzeniu podrażnionem.
Potarł brodę rozczochraną i zębami, jak miał zwyczaj, kłapnął.
- Wiem to napewno - odezwał się - że przez nasze lasy kupcy będą ciągnęli z Kijowa przed Bożem Narodzeniem. To ich zwyczaj, spodziewają się już nasi. Jechał przodem na zwiady posłany wypatrywać gościniec i po nich pono powrócił. Kupcy mają być znaczni, koni jucznych kilkanaście, a skarby wiozą wielkie...
- Toć pewnie z niemi bez pocztu i straży nie jadą... - rzekł Andruszka.
- Niby to my nie znamy, co to ich straż i najemne pachołki, na cudzych śmieciach. Zbierane licho, kulawe i chrome, byle plecy do liku stały. Tyle tylko, że na okaz, od pospolitego motłochu, dadzą im siaką taką dzidkę... albo mieczyk zardzawiały. Na nich jakby prawdziwy rycerz chuchnął a dmuchnął, na ziemię polecą jak żołędzie, żaden palcem nie kiwnie.
Nie otrzymawszy odpowiedzi, Gwido zmilczał trochę, oczyma rzucając po braciach, dawał truciźnie się rozgościć.
- Eh! - szepnął w końcu - gdyby mi jeno ludzi dano, jabym sobie i sam z niemi dał radę...
- Zła to sprawa - wtrącił Jurga - daj pokój.
- Czem zła? co złego? - podchwycił szwab - niechby miłościwi panowie pojechali dalej do nas, w niemiecką ziemię, zobaczyliby, że i największego rodu duki i komesy w to się wolnego czasu zabawiają. Ci obcy, co się włóczą, ladajaki gmin, wyzwoleńcy, niewolnicy, mieszczuchy, ladajaka drużyna. Na wilka czy na nich polować wszystko jedno. Nie wiadomo, w jakiego to Boga wierzy. At... i nikt się za to nie ujmie... Przepadło ta, przepadło!.
Oba bracia wysłuchawszy, nie odpowiedzieli ni słowa, szwab zmiarkował, że nasienie zejdzie później i trochę przycichł, jakby mu to było obojętne.
Podano wieczerzę niewykwintną, bo i adwent się już był rozpoczął, a mięsa niewolno było używać. Kasza i ryba go zastępowały, nad piwo mdłe innego napoju nie stało. Skosztowawszy go Jurga otarł wąsy i splunął.
- Liche pomyje - rzekł - ani to w żołądku zagrzeje, ani w głowie nie zaszumi, lepszy miód stary i wino. A zkąd je, u licha, brać?..
Andruszka też, co lepszy napój lubił, usta wykrzywił. Szwab siedział w końcu stołu.
- He! he! - ozwał się - byłoby za co wina sprowadzić i miodu nasycić, żeby się dobre polowanie udało. Za złoto wszystkiego dostać...
Bracia pospuszczawszy głowy siedzieli, jakby nie słysząc.
Pod koniec wieczerzy Andruszka wstając spytał, jakby od niechcenia.
- A kiedyż to ta złota zwierzyna wasza ma ciągnąć?
Szwabowi aż się oczy zaśmiały, już swojego prawie pewien był.
Chciało mu się bowiem obłowić raz jeszcze i z tej pustki uciekać, ale nie z gołemi rękami.
- Lada dzień - zawołał - lada godzina... Na niąby już trzeba być na przesmyku, dobre sobie miejsce wybrawszy...
Jurga dodał.
- Zaczepić czy nie... alebym rad widzieć, jak to wygląda... i jak się to wlecze?.. Zresztą... okup ściągnąć na własnej ziemi... nie tak to straszna rzecz... biorą miasta i król też opłatę z nich.
Gwido spiesznie mówić począł.
- Staniemy u mostu, miłościwy panie... u mostu na ruczaju, co się Gniłym nazywa... Most pański... albo to dla nich mosty stawiano?.. czy to nie kosztuje?..
- Może ma słuszność - cicho mruknął Andruszka - na swoim moście przydybawszy, upomnieć się o opłatę nie grzech... Toć ziemia nasza...
- Dla jakiegoś tam lichego okupu na mrozie siedzieć nie warto - odezwał się Jurga po namyśle - kto ich wie, kiedy nadjadą, a potem nas zbędą jaką lisią skórką albo kuną...
- Jeżeli zechcą zbyć psim swędem - zawołał prędko szwab - toć na to przecie sposób jest...
Zamiast dalszej rozmowy poczęła się już drobna słów wymiana, urywana i niesworna, ale szwab widocznie zyskiwał coraz więcej na braciach; już mu się tak bardzo jak wprzód nie bronili.
Na niczem jednak skończyło się tego wieczora, bracia smętniejsi tylko niż zwykle spać poszli. Jurga myślał, jakby Andruszce życie osłodzić, Andruszka jakby bratu do wesela dopomódz.
Nazajutrz długo zależeli na ranek, nie było się czego spieszyć, ni do czego wstawać.
Przyszedł szwab nie mówiąc nic, tylko oczyma rzucał, wiedział, że go zaczepią sami. Jakoż z przełaju zaczęli o kupców rozpytywać i niemal przez dzień cały o niczem innem mowy nie było, tylko o nich.
Sprzeczano się, wahano, późnym wieczorem stanęło pojechać i zobaczyć, ot tak, co tam może być... Andruszka i Jurga nie chcieli brać ludzi, aby nikt o tem nie wiedział, tylko szwaba za przewodnika. Mieli się uzbroić w kaftany podwójne, w hełmy skórzane twarde, dobry oręż i młoty, ale to tylko na wypadek. We dwu na dziesięciu pachołków licho uzbrojonych śmiało się rzucić mogli. Szwab jednak radził pewnych dobrawszy kilku parobczaków, dla powagi, z większą siłą wyciągnąć na zasadzkę.
Sprzeczano się długo i ograniczono na sześciu. Dwaj bracia ufali w swą siłę i męztwo. Nieraz konni, całą trzodę piechoty gnali i w niewolę imali.
Trzeciego tedy dnia, od stóp do głów uzbrojeni, wyruszyli w las, jakby na łowy. Gościniec, którym kupcy ciągnąć musieli, był o dwie mile ode dworu.
W puszczy przechodził on parów, którego głębinę przepływał ruczaj, a na nim, dla grzęzawicy i topieliska most wystawiono, gdy raz wojsko tamtędy ciągnąć miało. Miejsce u mostu było dogodne, bo z jednej strony świerki mogły ukryć ludzi w zasadzce, dopókiby się cała gromada w dół nie spuściła.
Ucieczka pod górę była ztąd niepodobieństwem, bo mróz ściął ją i śliską uczynił. Za świerkami łączki kawał nad ruczajem, dość wygodnie obóz dozwalał rozłożyć. Gościńca tego kupcy zimową zwłaszcza porą wyminąć nie mogli, był jedyny do Poznania wiodący, odwieczny.
U mostu więc, w rozdole pod noc przyciągnąwszy Jaksowie, rozłożyli się poza świerkami.
Nie jeden raz im w wyprawach rycerskich w daleko większem niebezpieczeństwie i niewygodzie przychodziło koczować, z małą też garstką, na liczniejszego czatując nieprzyjaciela; nigdy jednak tak smutnie, a nawet bojaźliwie się do dzieła nie brali.
Nie rycerskie też to było dzieło. Szwab tylko w swoim żywiole się zdał, śmiał się ciągle i biegał, z pod nawisłych gałęzi ku gościńcowi wyzierając.
Podług jego rachuby, kupcy o innej dnia porze, jak ku wieczorowi, przejeżdżać tędy nie mogli, gdyż nieopodal było kilka chat osady, którą zwano Kołodzieje, gdzie każda taka podróżnych gromadka, przy szopach na noc stawać była nawykła. Pierwszego jednak dnia nadzieja zawiodła, nie było nikogo na gościńcu, drugiego też czekano na próżno, i Jaksowie już poczynali z pogańska przeklinać swą ciekawość, a szwaba namowy. Mróz dojmował i wiatr smagał.
Gwido dał się im wygniewać i nałajać - zapowiedzieli mu, że trzeciego dnia, choćby po nocy, do domu powrócą.
Aliści właśnie zmierzchać poczynało, gdy na gościńcu ukazali się jezdni i juczne konie, stąpające powoli. W mgnieniu oka wszystko było pogotowiu, ludzie się z barłogów pozrywali, a Andruszka zapaliwszy się, jakby istotnie zobaczył nieprzyjaciela, sam wnet począł rozporządzać i ustawiać.
Niczego się niedomyślając i nieobawiając, orszak ów zwolna i ostrożnie ku mostowi przybliżać się zaczął. Czekano aż się cały z góry spuści.
Gdy pierwsze konie juczne z przewodnikiem na czele, już na most miały wstępować, Jurga z Andruszką nagle, z za krzaków wypadłszy, drogę im zastąpili - kupiecka gromadka miała może piętnaście koni, ze sześciu przy nich ludzi zbrojnych na pozór, licho - na czele jej jechał wąsaty, czarny mężczyzna w kożuchu dostatnim, z nożami dwoma u pasa, żelaznym młotem u siodła i mieczem u nogi. Spostrzegłszy naprzeciw siebie zbrojnych, stanął - inni też ludzie, jakby do obrony, ścisnąwszy się, sposobić zaczęli.
Przewodnik pieszy, popatrzywszy tylko, może poznawszy z kim miał do czynienia - w bok się zaraz rzucił i zniknął. Szwab pierwszy do rozmowy wystąpił - wołając głośno, że przejazd bez okupu nie jest wolny.
Wąsacz odpowiedział mu też krzykiem, mało zrozumiałym, bo choć to niby ze słowiańska brzmiało, znać w wymowie było cudzoziemca. Na poparcie wyrazów, począł też garścią szukać mieczyka.
Na widok żelaza, które dobywał, w Jaksach krew zakipiała, już ich powstrzymać nie było w ludzkiej mocy. Uciekać kupiec nie mógł i myśleć, bo z obładowanemi i znużonemi końmi, ani się śmiał na to porywać. Ludzie jego, stanąwszy po bokach, dobyli też co kto miał, udając, że się będą bronić zacięcie.
Od okrutnego łajania zaczęto z obu stron... Wtem Jurga i Andruszka skoczyli wprost na wąsacza, i jeden go zaraz przez łeb chlasnął, czapkę przeciąwszy na dwoje... Grek oddał po ramieniu.
Wszczęła się tedy utarczka ogólna, a że u Jaksów i panowie i ludzie, silniejsi byli - skutek łatwo można było przewidzieć. Dwóch pachołków zaraz z koni skoczywszy, w las pierzchnęło, inni popadali od razów, broniący się kupiec także z konia się zwalił, porąbany okrutnie i ducha wyzionął.
Konie ich zrazu rwały się przestraszone, ale z nich para się na ślizgawicy wywróciła, resztę pochwytali ludzie... Nie upłynęło i pół godziny a cała zdobycz, o którą się pokuszono, została w ręku napastników, rozgrzanych bojem i wcale już nierozważających co popełnili.
Odartego trupa rzucono na gościńcu, a Jaksowie, z końmi jucznemi i ładunkiem, puścili się żywo do dworu swojego.
Znając wszystkie ścieżyny, choć ich noc napadła, potrafili przebrać się lasami do domu. Już nawet nie zważali na to, by się ukryć z popełnionym rozbojem, gorączka ich jakaś opanowała.
Ledwie na podworzec przybywszy, kazali ludziom przyjść z pochodniami, zdjęte z koni juki poznoszono do wielkiej izby na dole, gdzie się czeladź i mnóstwo ciekawych dworskich zebrało...
Na samym dowódzcy karawany dwa trzosy złota zabrano, w jukach zaś były bogactwa różnego rodzaju. Najwięcej między niemi złotych i srebrnych lam, jakich naówczas panie do okrycia futer i na suknie używały - byzanckich purpurowych szat, jedwabiów tkanych we wzory, wreście złotych naszyjników, kolców, naczyń, i różnych wyrobów nasadzanych kamieniami drogiemi, malowanych emalią kolorową. Łup o wiele przechodził najśmielsze obu braci i szwaba nadzieje. Był tak wspaniały i obfity, iż Jaksowie zapomniawszy o tem, w jaki go sposób zdobyli, odzyskali wesołość, ciesząc się hucznie i głośno.
Szwabowi też część udzielono piękną, która mu się słusznie należała, bo i naprowadził i karku nastawiał.
Niemal całą noc trwała uciecha i rozmowa o wypadku, podsycana baryłką wina, która się między ładunkiem znalazła. Sami przed sobą uniewinniali się bracia, iż grek pierwszy porwał się do miecza, a oni w prawie swem byli wymagając okupu na moście. Cudzoziemiec więc sam swej śmierci był przyczyną. Co jeszcze w oczach ich niemałej siły dodawało dowodzeniom, to, że jeden z nich, acz lekko, ranny był w ramię. Pomsta wydawała się im słuszną, a grabież ledwie za krew płaciła.
Szwab śmiejąc się upewniał i zaklinał, że o podróżnego i pies się nie upomni. Któżby zresztą mógł i chciał, a wiedział gdzie winnego szukać? Trupa, mówił - jak się to po gościńcach zwykle zdarzało, albo pobożna ręka pogrzebie, lub nocą wilcy rozszarpią i nie po zostanie śladu.
Ostatnie przypuszczenie było najprawdopodobniejszem. Zwierza się głodnego włóczyło dużo.
Dopóki rozgorączkowanie trwało, póki szacowano łupy, rozmawiano o potyczce i wzajem sobie pomagano uniewinniać się - bracia zdawali się jakby z powrotem po wojennej wyprawie - weseli i raźni. Poszli spać dobrze podochociwszy.
Nazajutrz dopiero, przyszły jakieś obawy... Andruszka pierwszy padł na tę myśl, wnosząc z rzeczy wiezionych, czy kupiec nie był na dwór króla powołany do Poznania, i czy go tam nie oczekiwano.
Jeżeli go tam król albo królowa wyglądała? jeżeli się go spodziewano? nuż miał pozwolenie i porękę pańską? Co naówczas?
Kawał zapisanej skórki z pieczęcią znalazł się u kupca za nadrą, ale w domu nikt czytać nie umiał, i kartę zaraz szwab do ognia rzucił, aby śladu nie było.
Jurga posępnie milczał. I on też przebudziwszy się zrana, począł jakoś na sprawę zapatrywać się inaczej. Łup zdobyty wydawał mu się już nie bardzo prawnie przywłaszczonym. Przez zęby cicho klął szwaba i jego namowy.
Oba Jaksowie chodzili niespokojni.
Ludziom co się na wyprawie znajdowali z niemi, nakazano najsurowiej milczenie. Jeden z nich potajemnie zaraz wysłany został opatrzeć co się z trupem działo. Kazano mu, jeżeliby ciało jeszcze na gościńcu leżało, zwlec je z drogi i w krzakach gałęźmi przyrzucić.
Długim wydał się czas nim posłany wrócił i doniósł - dotarłszy do Kołodziejów, że ludzie od dworu królewskiego powracający do Poznania, ciało z gościńca zabrali i prawdopodobnie musieli je powieść z sobą. Dopytywali oni u bliżej mieszkających, czy kogo nie widzieli w okolicy; wypadkiem trafili tu na przewodnika zbiegłego, a ten z niedalekiego sąsiedztwa będąc rodem, miał wręcz powiedzieć iż poznał ludzi Jaksów, a że się to na ich gruncie stało, nikt nie mógł być sprawcą tylko oni.
Królewscy komornicy ujęli zaraz tego przewodnika i związawszy go, poprowadzili z sobą.
Ten, który przywiózł tak niepomyślne wiadomości, sam szczęśliwie potrafił uniknąć, iż go nie zabrano, udając podróżnego i nie dając się poznać zkąd był.
Popłoch tedy tem większy padł na winowajców, którzy jeden na drugiego nie mając serca zrzucić winy, na szwaba ją walili całą, bo on to pierwszy podał tę myśl nieszczęśliwą... której pokusie ulegli.
Andruszka, przewidując oskarżenie, miał już w myśli sam jechać do króla, aby przed nim opowiedzieć rzecz całą jak należało. Jurga się temu opierał, boćby to było niemal przyznaniem się do winy; szwab też zakrzyczał w niebogłosy, i postanowiono w milczeniu czekać, co z tego wyniknie - na najgorsze się gotując.
Tymczasem wszyscy trzej, zwoławszy ludzi, sposobili się, na wypadek wszelki, jak się tłumaczyć będą mieli.
Pierwszy ów kupiec grecki dobył oręża przeciwko rycerzom, i srogiem łajaniem ich wyzywał. Cóż więc dziwnego, iż obelg i napaści wytrzymać nie mogli? Reszta sama za tem poszła. Upominanie się o zapłatę mostową nie było bezprawiem.
Tak się pocieszano, dodając sobie męztwa, chociaż bracia znając dobrze króla, gwałtowność jego i surowość nieubłaganą, nie kryli się z tem przed sobą, iż, gdyby przyszło stawać na sąd jego, sprawęby swą przegrali. Królowi szło o to wielce, aby kupcy obcy bezpiecznemi byli wśród krajów jego, bezprawia i gwałty rycerstwa, zarówno jak kmieci i osadników, karał bezlitośnie. Dał tego dowód, gdy nie dawno osiadłych, na puszczy około Kaźmierza pustelników reguły św. Romualda, łotry, chcąc im złoto przez króla dane wydrzeć, pomordowali. Natychmiast ścigać ich, łapać nakazano, obsaczono, ujęto i na śmierć wydano.
Jaksowie mieli u króla zasługi i łaski, przyjaciół na dworze, rodzinę możną, wszystko to mogło ich bronić w potrzebie - ale w oczach króla nie miałoby wagi, gdy raz co postanowił.
Niepokój zwiększył się jeszcze, gdy wkrótce po powrocie posłańca, który dotarłszy do Kołodziejów, przywiózł wiadomość o tem, iż królowi musiano już dać znać o zabitym kupcu - nader przewidujący szwab, nocą zabrawszy część łupu, i gwałtem porwawszy grecką niewolnicę, z kilką ludźmi namówionemi, uszedł tak spiesznie i zręcznie w lasy, iż go pogoń wysłana nazajutrz doścignąć nie mogła.
Nie bardzo im było żal sługi i kosztowności, ale Andruszka bolał nad stratą pięknej niewiasty, a ucieczka dawała do myślenia, że i on się obawiał pomsty i prześladowania, i od nich uchodził...
Dwa dni z sobą samemi spory wiodąc, godząc się, pocieszając, bolejąc, bracia przetrwali w niepokoju.
Nareszcie, gdy nic słychać nie było, sądzić poczęli, że burza ta może w inną przeciągnęła stronę, gdy - nagle nocą królewski posłaniec we czterdzieści koni nadbiegł, dwór osaczył do koła i przywiózł rozkaz Jaksom, aby się z nim natychmiast przed sąd królewski stawili, jako obwinieni o napad gwałtowny, zabójstwo i złupienie kupca, który dla króla z Kijowa prowadził zamówione towary.
Ani się temu rozkazowi opierać siłą, ani uciekać nie było sposobu - a sąd króla - śmierć była pewna.
Stary komornik i dowódzca pocztu pancerników królewskich Drogosz, dobrze obu braciom z wojen znany, wszedłszy do izby, gdy mu przyszło o tem oznajmywać, z bólu ręce załamał. Słyszał on przykaz z ust samego króla i wiedział co o nim trzymać. Jak on tak i wszyscy co z Jaksami pospołu bywali na wojnach - lubili ich i przywiązani byli do braci.
Jurgę i Andruszkę znano jako ludzi serdecznych, którzy na miłość sobie zarabiać umieli, choć nieraz po żołniersku płochością i porywczością zgrzeszyli.
Drogosz wszedłszy do izby, długo stał niemy nim się zebrał oznajmić z czem był posłany, zdjął potem z głowy hełm, cisnął nim o stół, i padł na ławę.
Jaksowie w posępnem milczeniu wysłuchali oznajmienia, spojrzeli po sobie - żaden się z nich nie ruszył nawet. Minął dawno szał, który ich do wybryku pobudził, wytrzeźwili się już byli - widzieli co ich czekało. W duszy Andruszka pragnął tylko ocalić Jurgę, a Jurga myślał jakby brata oswobodził.
- Na pioruna! - odezwał się stary pancernik - na pioruna! cóżeście to za piwa nawarzyli? Wy? najmajętniejsi ze starych władyków, wy, coście złoto garściami rzucali wiedźmom kijowskim - żebyście się połakomili na kupca i jak proste łotrzyki, dla mizernego skarbu na życie podróżnego godzili!!
Żaden się na razie nie odzywał.
- Król zły... zaprzysiągł się, że tego nie przebaczy - dodał Drogosz wzdychając.
Widać było z jego mowy, że, choć tak mówił, radby był znaleść jakiś sposób ocalenia ludzi walecznych i dobrych towarzyszów...
- Słuchaj Drogosz - odezwał się po namyśle Andruszka - nie pytaj jak do tego przyszło. Bies nas skusił w niemieckiej skórze. Co się stało, na to nie ma rady. Powiem ci jedno - dodał wskazując na brata, ten nie winien nic - jam starszy, jam mu iść kazał - co się stało, ze mnie poszło nie z niego.
Wtem Jurga przerwał.
- Nie słuchaj go... Bóg świadek, jam się pierwszy niemcowi dał zwieść i skusić. Trzeba dać głowę, dam ją nie targując się, byle Andruszce się nic nie stało... On poszedł za mną, nie ja za nim... Kłamie i przechwala się.
Jeżeli król nas nie poszczędzi... to - Bóg się zmiłuje.
Chcieli mówić i sprzeczać się, gdy Drogosz ręką zamachnął tylko.
- Jam tu nie sędzia - mnie was obu przystawić kazano... powiecie królowi jak się rzecz miała...
Pospuszczali głowy Jaksowie, a Drogosz zadumany przyrzucił.
- Póki jeszcze czas ślijcie do stryja - niechaj on przybywa prosić za wami. - Dajcie znać przyjaciołom, niech jadą i proszą, jeżeli nie króla, bo do niego w gniewie przystąpić trudno - to do królowej. Wiele ona może... A no Bolesławowskie słowo straszna rzecz jak grom, król się zaklął... Nie wiele na tem nadziei.
- Albo i żadnej - dokończył Andruszka - kto się dziś wstawi za nami? Stryj dawno zagniewany, znać nas nie chce, przyjaciele dopóty trzymali z nami, póki szczęście było - nikt nie powie słowa, aby się z łask pańskich nie wyzuł. Niech się dzieje wola Bozka... może jedną głowę dając ocalim drugą... ja moją położę.
- Chyba ja - mruknął Jurga - albo nie - to oba.
Żadnemu z Jaksów na myśl nie przyszło uczynku się zapierać - po żołniersku co popełnili, do tego się znali, a trzeba było ginąć, żaden się z nich śmierci nie lękał. Patrzeli jej nie raz w oczy na pobojowiskach.
Drogosz widząc, że o niczem nie myślą, sam dworskim szepnąć musiał, aby starego Jaksę i innych plemiennych objechali, zaklinając o pomoc dla nieszczęśliwych.
Wedle rozkazu królewskiego, zabrano towary, jakie się znalazły, konie kupca i wszystko co doń należało. Z południa potem, oba bracia na konie siedli, dwór swój stary żegnając oczyma i rozpłakane sługi, co się w podworce zwlekły zawodząc a jęcząc... Otoczyli ich w koło ludzie królewscy, i puścili się, jak pogrzebowy pochód milczący, do Poznania.
Wiedzieli, że na swój gród stary nie wrócą...