Brazylijska gorączka - Anna Fryczkowska

Kup ebooka

49.99 zł
41.49 zł (49,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Powietrze parzyło. Nabrałam go głęboko w płuca, uniosłam to potworne ostrze, zamachnęłam się i... Widzi pan? Tak właśnie układałam dłonie na tym narzędziu, wyglądało jak krzywy, długi tasak osadzony w drewnianej rączce, błyskawicznie się tępił, musiałam ostrzyć go co chwila.

Ściana lasu przed nami wyglądała jak namalowana gęstymi zielonymi maźnięciami pędzla szalonego malarza, bo i drzewa tutaj wariowały, jedno wpijało się w drugie, pnącza tworzyły skłębiony kołtun, o światło walczyły z nimi trzciny, wyrastające do niebotycznych wysokości. Skręcone gałęzie ciągnęły się splątanym dachem nad ścieżką z trudem wyciętą wokół naszej działki. Z gąszczu bił gorący zaduch zielenizny, a chociaż mieliśmy środek dnia, tutaj otaczał nas mrok i szmery, cykanie i kląskanie, brzęczenie i stukanie. Co dźwięczało, nie wiedzieliśmy, bo na metr w głąb gąszczu nic nie było widać, ale niedługo mieliśmy się z tym uporać i wyciąć wszystko.

Mieliśmy wówczas rok Pański tysiąc osiemset dziewięćdziesiąty pierwszy, pamiętny czas gorączki brazylijskiej, wtedy mówiliśmy "brazyliańskiej". Pyta pan, jaka znowu gorączka. Cierpliwości, i do tego dojdziemy. Liczyłam sobie wówczas osiemnaście wiosen, chociaż ta rachuba miała mi się już raz na zawsze pomylić, bo tamtego roku nieoczekiwanie przeżyliśmy dwie wiosny. O tym też jeszcze będę mówić. Ale chyba zaczęłam tę opowieść za późno, bo przedtem zdarzyło się wiele ważnych rzeczy. Więc dobrze, zacznę o kilka tygodni wcześniej, kiedyśmy mieli właśnie wypłynąć do Brazylii.

Gdybyśmy się nie wdrapali po chybotliwej kładce na tamten ogromny statek, jeszcze wszystko można by odwrócić. Ale matka dała pierwszy krok, bo ojciec ją popchnął leciutko, żeby nie zdążyła się rozmyślić. Oboje nieustannie mamrotali pod nosem modlitwy, i ja się modliłam, i moje rodzeństwo, i wszyscy dookoła, i unosił się nad nami szemrzący, gęsty obłok próśb do Pana Boga. Nad tym wszystkim krzyczeli marynarze, żeby nie tupać w jednym rytmie, bo mostek się zawali, tylu bowiem ludzi chciało pilnie uciec z krainy biedy i niewoli do ziemi obiecanej, gdzie owoce same spadają do rąk, a zima nie gnębi nikogo. W połowie mostku jednak i ojca naszły wątpliwości, bo nagle przystanął, wielki i rozległy, w napierającym tłumie ludzi w sukmanach, w niedzielnych, znoszonych już podróżą strojach, z kożuchami, z tobołkami w rękach, stał jak głaz w nieustępliwej rzece, już prawie się odwracał i wtedy może nawet byśmy się cofnęli, ale zaraz ludzka fala porwała go za sobą, a nas z nim, i właśnie w ten sposób, w tamtym pruskim porcie, zdecydowano za nas, że popłyniemy na koniec świata.

A skąd się wzięliśmy tak daleko od domu? No dobrze, zacznę jeszcze wcześniej. Może od tamtego prania? Tak, to chyba będzie dobry początek, bo wszystko, co ważne w moim życiu, zaczynało się zawsze od wody...

1

[...] trudniej pouczać prostaczków o kraju, który nam, inteligencji, był znany ze szkolnych podręczników geografii, kraju wielkim jak cała Europa, który, w określeniach dziennikarskich zwłaszcza, pragnięto wcisnąć w ramki następujące: Amazonka, Rio Janeiro, niewolnictwo, kawa i żółta febra. Poza tym istotnie nie wiedzieliśmy nic zgoła.

Józef Siemiradzki, Za morze! Szkice z wycieczki do Brazylii, Lwów 1894

Przykucnięta, zanurzałam płótna w lodowatej strudze. Październik był tamtego roku całkiem ciepły, ale woda chyba jakoś to przegapiła. Bałam się, że puszczę ojcową koszulę z nurtem, bo trudno ją było chwycić zgrabiałymi palcami, przywaliłam więc bieliznę kamieniami, niech sama się wypłucze. Podniosłam się, w łydkach zamrowiło od kucania. Spojrzałam w bok, gdzie, jak wszyscy mówili, mieszkał wodnik, wirowało tam jak zawsze, pewnie był w domu. Ojciec mówił, że to babskie przesądy z tym wodnikiem, ale on przecież nigdy nie prał płócien w strudze. No i - jak na zamówienie - naraz usłyszałam parskanie. Spojrzałam: tuż przed zakrętem rzeki pluskał się ktoś lśniący jak ryba, ruchliwy jak nurt, piękny, wcale mu nie przeszkadzało, że woda jest lodowata, bo za każdym zanurzeniem prychał radośnie. Zdrętwiałam ze strachu, ale skoro już zobaczyłam tego wodnika, pomachałam do niego grzecznie, a kiedy nie zauważył, zawołałam "Witajcie", bo wiedziałam, że nie wolno mówić "Pochwalony Jezus Chrystus" do pogańskich stworzeń. Wtedy wodnik wrzasnął, wyskoczył z wody, zaczął podskakiwać na jednej nodze, usiłując drugą wcelować w pośpiechu w płócienną nogawkę, mokre ciało stawiało opór, szerokie barki lśniły w październikowym słońcu. Na koniec naciągnął spodnie, sięgnął po koszulę, odwrócił się do mnie, wyprostował, krzepki, prawie dorównywał mi wzrostem, wilgotne kosmyki spadały mu na szare oczy, które mrużył, szukając mnie wzrokiem. Stałam i patrzyłam, dziwnie podobało mi się to, co widziałam, czyste i lśniące, gdzieniegdzie ocienione kępką włosów. Podeszłam bliżej. Wpatrzyłam się w jego twarz, dziwnie ludzką jak na wodnika, piękną. Uśmiechnął się i odezwał ludzkim językiem:

- No proszę! Dziewucha ze Skarbanowa podgląda mnie w kąpieli!

Dopiero wtedy rozpoznałam tego chłopaka, a przecież co niedziela widywałam go w kościele, wiedziałam, że nie jest z żadnej wioski, ale z folwarku od dziedzica. Po kościele my, wioskowi, trzymaliśmy się od folwarcznych z daleka, bo tamci byli dziwni. A jacy mieli być, kiedy nie pracowali na swoim, lecz od rana do nocy tyrali dla bogatego pana.

- A ty nie na folwarku? Przecież musicie tam harować od rana do nocy? I odpoczywacie tylko wtedy, kiedy ekonom pozwoli?

- No to ja ci powiem, że dzisiaj wymówiłem. Koniec z folwarkiem! Postanowiłem, że jadę do Brazylii. - Odrzucił do tyłu włosy i spojrzał mi w oczy.

- Do Brazylii?! Niemożliwe! My też tam jedziemy!

- Wy?! A po co?! Przecież macie własną ziemię.

Patrzcie go, jaki mądry.

- Mamy ledwie pięć morgów, i to kamieniste, piachu dużo. Co przednówek nie dojadamy, a czasem nie dojadamy już od Godów. Nas nie karmią jak was, na folwarku.

Pokręcił w zadziwieniu głową.

- A kiedy jedziecie?

- Niedługo. Jak wszyscy z wioski się zbiorą.

- Wszyscy jedziecie? Cała wieś?! To kto będzie robił na dziedzica?

Parsknęłam śmiechem, bo właśnie sobie wyobraziłam, jak dziedzic nawołuje z konia, żeby mu przyjść do młocki za te nędzne grosze, a odpowiada mu głucha cisza. Szlachciura dziwuje się coraz bardziej, wąsa szarpie, marszczy czoło pod kapelutem, zagląda do pustych chałup, w końcu wpada w przestrach, że sam będzie musiał zakasać rękawy i spocić się przy prawdziwej robocie. Wspaniale było się wyśmiewać ze zmarszczonego dziedzica, z załamującej ręce dziedziczki, z ekonoma, wrzeszczącego przed pustymi chałupami, aż mu się nadmie żyła na czole.

Chłopak jednak wcale się nie śmiał.

- I dobrze tak dziedzicowi, dość się na nas napasł, niech raz on weźmie się do roboty!

A ja wtedy przypomniałam sobie o praniu. Woda już pewnie zdążyła porwać wszystkie nasze koszule! Pobiegłam tam zaraz. Folwarczny bez proszenia pomógł mi pozbierać połatane portki mojego ojca i brata, koszuliny mojej siostry i matki, chociaż babskie to przecież zajęcie. Wszystko lodowate od wody, pachnące strugą, wyżymaliśmy, ładowaliśmy do koszyka, który miałam zarzucić sobie na plecy, chociaż z niego kapało, ale chłopak zaraz chwycił pałąk.

- Pomogę ci.

Pewnie powinnam była zaprotestować, bo wszyscy wiedzieli, że folwarczni kradną na potęgę, ale, nie wiedzieć czemu, zaufałam temu wesołemu chłopakowi. Ruszyliśmy razem do wsi.

- Jak cię zwą?

- Wicek. Wicek Jakubiak.

- A ja...

- Przecież wiem. Franka Hałajda.

- Jak zgadłeś?

- Wiedziałem.

- Niby skąd?

- Kiedy tak stoicie z dziewuchami w kościele, wyrastasz z nich jak malwa w ogrodzie, jesteś przecież najwyższa. I zawsze najgłośniej śpiewasz, prawda? Ile razy się na ciebie... - Zamilkł, zaczerwienił się.

Włosy już mu podeschły, teraz już widziałam, że są płowe, obcięte nierówno, dmuchał w nie, żeby mu nie wpadały do oczu.

- Daj mi to pranie - powiedziałam - i zmykaj do siebie.

- Dlaczego?

- Ludzie będą gadać, że się prowadzam z folwarcznymi.

Przystanął, ale koszyka nie oddał. Spojrzał na mnie skrzywiony.

- Ale wiesz, że teraz już nie będzie: folwarczny czy wioskowy? Zaraz będziemy wszyscy równi. Bo w Brazylii wszyscy będziemy mieć ziemię na własność. Wiesz o tym?

Zdziwiłam się, że teraz będziemy sobie musieli poukładać świat na nowo, ale miał rację, co zaraz mu powiedziałam. Wtedy rozprostował czoło.

- Zawsze wychodziłaś z kościoła z dziewuchami i potem z nimi długo stałaś. Żaden chłopak nigdy na ciebie nie czekał, prawda?

- Nie twoja sprawa.

- Moja. Bo w tę niedzielę po mszy ja na ciebie poczekam.

I czekał.

2

Prawdziwa wędrówka ludów zaczęła się z chwilą, gdy w chylącym się ku upadkowi cesarstwie brazylijskim - miało ono zostać zastąpione wkrótce przez władzę republikańską - ogłoszono w 1888 roku definitywną likwidację niewolnictwa. Był to z punktu widzenia właścicieli plantacji kawy, którym zagrażał brak siły roboczej, krok katastrofalny. Aby zapobiec możliwemu załamaniu się produkcji oraz uchronić się przed gniewem plantatorów, rząd cesarski postanowił kosztem stu dwudziestu sześciu milionów franków w złocie sprowadzić z Europy siedemset pięćdziesiąt tysięcy emigrantów. [...] Wraz z ogłoszeniem tego imponującego projektu w biedniejszych krajach europejskich ruszyły na prowincję zastępy akwizytorów i agitatorów.

Grzegorz Łyś, Bzik kolonialny. II Rzeczpospolitej przypadki zamorskie, Warszawa 2023

Tamten człowiek nadjechał od Izbicy, tak mi potem opowiadał ojciec, który - z braku dorosłego syna w rodzinie - to ze mną pracował i gadał najczęściej. Przybysz nosił miastowe ubranie, ale bez krawata, przez co nie onieśmielał aż tak bardzo. Uwiązał konia przy stajniach i rozsiadł się w lubomińskiej karczmie, a posłuchawszy chłopskich narzekań, zaczął prawić:

- Gospodarze! Słyszę, jak się żalicie, że życie macie ciężkie, musicie ze skrawka pola wyżywić wszystkie dzieci, a do tego je ubrać i zimą ogrzać chałupę. Mówicie także, że dorobić nie ma gdzie, bo dziedzic płaci tyle co nic. A jakbym wam powiedział, że jest kraj, gdzie owoce rodzą się same? I to takie wielkie, że jedno jabłko waży trzy funty? Ludzie nic przy nich robić nie muszą, jedzą, ile chcą, i nawet nie przejedzą wszystkich, bo brodzą w nich po kolana! Zawsze tam ciepło, nie trzeba więc ubrania ani obuwia, opału nikt nie zbiera ani chałupy nie musi ogacać. A do tego wszystkiego jeszcze rząd rozdaje po czterdzieści morgów żyznej ziemi na jednego chłopa! I daje mu wszystkie narzędzia do pracy, a do tego wyżywienie na rok!

Chłopi spojrzeli na przybysza jak na głupca.

- Bajki! - orzekli. - Bo kto kiedy chłopu dał coś za darmo?

- A cesarz, sam wielki brazyliański cesarz.

- Jaki cesarz?!

- Cesarz Brazylii. To taki kraj za morzem. Kraj jest pełen pogan i dzikusów, więc cesarz chciałby mieć wreszcie u siebie jakieś chrześcijańskie dusze. Najlepiej stąd, bo słyszał, że u nas, na Kujawach, ludzie najpobożniejsi.

Sprawa się wyjaśniła: cesarz bogaty, stać go. Dlatego ziemię darmo daje.

A nam się należy, bo jesteśmy dobrymi chrześcijanami.

Gorzej tylko, że strach ruszać na drugi koniec świata. Przecież nigdy nie odjechaliśmy od rodzinnej wioski dalej niż do miasta powiatowego, znaczy do Włocławka, a i to tylko raz w życiu, na odpust. Było tam głośno i ludnie, bałam się, że się zgubię, wpiłam się więc kurczowo w ojcowe ramię, przez co z całego Włocławka zobaczyłam głównie tył głowy ojca i plecy jego sukmany. A tutaj mowa o wyprawie za morze!

Ojca też od razu naszły wątpliwości, bo, wiadomo, nieść wiarę poganom to cel zbożny, a i o nakarmienie rodziny nie byłoby trzeba się przy okazji martwić. Ale jak zapłacić za okręt, którym musielibyśmy przepłynąć morze? I jak się do niego dostać? Furmanką nie dojedziesz. A jeśli nie furmanką, to pewnie koleją, a to przecie kosztuje oko z głowy. Zatem jak dojechać do tych pogan?

- Dobre pytanie - ucieszył się agent. - A ja wam na nie zaraz odpowiem! Wystarczy dojechać do portu Bremen w Prusach, to wcale nie tak daleko. Stamtąd już, czyli przez morze, płyniecie okrętem na koszt brazyliańskiego rządu. A w Brazylii goszczą was i wożą za darmo, aż dowiozą was do kawałka ziemi, który sobie wybierzecie.

- A za pociąg kto płaci?

- Do Prus już władza brazyliańskiego cesarza nie sięga. Ale przecież, kiedy sprzedacie dobytek, część gotówki możecie przeznaczyć na bilety. To niewiele w stosunku do tego, co zarobicie w Brazylii.

Po powrocie do domu ojciec zasiadł do późnej wieczerzy, dzisiaj jednak co i rusz zamierał nad miską, wpatrując się w przeciwległą ścianę, jakby już widział przed sobą nie tylko te owoce, co same wpadają w ręce, ale i pogan, którzy go błogosławią za niesienie jedynej prawdziwej wiary. Wtedy promienny uśmiech wypełzł mu na twarz jak żaba na liść grzybienia i już tam został. Patrzyliśmy na to w zadziwieniu, bo rzadko się u nas w domu widywało, żeby ojciec się nie troskał.

No i zaraz następnego dnia bardzo przejęty zaczął chodzić od chałupy do chałupy, żeby namawiać chłopów na wspólny wyjazd. W kupie raźniej i bezpieczniej, zachęcał, a kiedy tam wszyscy dotrzemy, zaraz od nowa zbudujemy na obczyźnie naszą wioskę, a tam już będziemy mieć jak w domu, tylko lepiej! Dzieci będą żyć w cieple, zawsze zdrowe, najedzone i bezpieczne, a my razem pokażemy dzikim, co to znaczy być katolikami. I nasze życie zyska wyższy sens niż tylko zabieganie o chleb powszedni. Bo skoro o chleb będzie łatwiej, ile będzie czasu na nawracanie pogan!

Kolejni gospodarze szybko dawali się ojcu przekonać, zastanawiali się tylko, kiedy mielibyśmy ruszyć w drogę. No bo co nagle, to po diable, lepiej więc odczekać do wykopków. Albo do Godów. A może już najlepiej - do przyszłego roku, żeby ruszyć na wiosnę.

- Ale po co aż do wykopków? Z kartoflami przecież za morze nie pojedziemy - niecierpliwił się mój ojciec.

- A co, zostawimy je na zmarnowanie?!

Ojciec podumał i zgodził się w końcu.

- Macie rację, gospodarze! Kartofle wykopiemy, sprzedamy, zawsze lepiej mieć gotówkę niż nie mieć. Potem zimą przejedziemy całą drogę. Na wiosnę zatem dotrzemy do Brazylii, tam od razu będziemy mogli siać.

Mówił mądrze, jak zwykle.

Za dnia kopaliśmy więc kartofle, w tym roku malutkie, bo w lecie znowu była susza, za to nocami śniły nam się wiśnie wielkie jak jabłka, jabłka ogromne jak dynie, dynie pokaźne jak kareta dziedzica. Wszystkim gęby się śmiały do przyszłości takiej pięknej, do raju na ziemi, no i z dumy, że oto my jedziemy z Panem Jezusem do pogan, tacy prawi i dzielni. Co wieczór chłopi, ucieszeni i pełni nadziei, schodzili się do karczmy radzić, gdzie najlepiej sprzedać dobytek przed wyjazdem - czy u Żyda, czy na jarmarku, czy we dworze. Wszyscy byli pewni, że od razu znajdą się kupcy na te liche morgi, na walące się chałupy, na chuderlawe bydełko, bo przecież Pan Bóg musiał nam sprzyjać w zbożnym dziele nawracania brazyliańskich dzikusów. Swary więc we wsi prawie ustały, nie było żadnych wrzasków, żadnego bicia żon ani dzieci, nawet psów nikt nie kopał, wszyscy żyli nadzieją, że życie zaraz stanie się lepsze i lżejsze. Tym gorliwiej więc odmawiałam pacierz, tym chętniej wędrowałam w niedzielę do kościoła, tym łapczywiej wpatrywałam się w twarz Matki Najświętszej nad ołtarzem. Mama tylko popłakiwała i mamrotała pod nosem, że Matko Boska, boję się, ale potem wycierała nos i dodawała, że jeśli dzieci nie będą w tej całej Brazylii głodowały, marzły ani chorowały, to ona gotowa jest jechać.

Jesień więc tamtego roku wyglądała inaczej, co z tego, że dzień się skracał, że coraz zimniej było chodzić boso, że deszcz popadywał, wiatr dął, a grzbiet bolał od schylania się do kartofli, skoro nocami śniliśmy o świetle i cieple. Niekiedy w sen wdzierali się dzicy, którym pokazywałam krzyż i których uczyłam, jak się przeżegnać, a oni mi dziękowali, wielbiąc na klęczkach Pana Boga. Szeptałyśmy o tym na sienniku z moją młodszą siostrą, Nastką, która przeżywszy kilka głodnych przednówków, zawsze starała się mieć coś w ustach; jeśli zabrakło skórek od chleba czy pestek słonecznika, to gryzła paznokcie, żuła rzemienie, patyki czy kawałki płótna, na co innym było przykro patrzeć, ale ja się do tego przyzwyczaiłam. Teraz ciamkała więc rożek poduszki i marzyła, że już niedługo będzie się wgryzać w wielkie, wygrzane słońcem owoce. Tymczasem grzałyśmy sobie stopy jedna o drugą, zadowolone, że za morzem nie będą nam drętwiały z zimna pod pierzyną. Od dołu chuchał nam w nie Tomcio, młodszy brat, który zawsze spał w nogach, albo u nas, albo na sienniku rodziców, i mówił, że dmucha na nas ciepłem Brazylii. Jaka to była piękna nazwa, Brazylia, całą trójką powtarzaliśmy to krągłe, gorące słowo z upodobaniem.

Wszyscy marzyliśmy więc o wyjeździe, a ja dodatkowo, od tamtego dnia nad strugą, marzyłam również o pięknym Wicku. Chłopak był prawie mojego wzrostu, bo i też w okolicy niewielu było takich, co mnie przerastali, ale bardziej krzepki, bo na folwarku jadało się lepiej niż u nas w wiosce. Ręce miał duże i twarde, oczy szare i szczere, a usta bardzo do mnie chętne, ale też wymowne, jesteś piękna, powtarzał, i wspaniała, i drugiej takiej nie ma nigdzie, a kiedy to mówił, czułam się jak królewna. Znaczy tak mi się wydawało, że jak królewna, bo znałam je tylko z bajek, zresztą one zawsze miały kłopot, kogo wziąć za męża, ja zaś już tego kłopotu nie miałam.

Ojciec skrzywił się, że wybrałam sobie chłopaka z folwarku, a więc bez ziemi.

- Zaraz i my będziemy bez ziemi - powiedziałam - bo, tato, chcecie sprzedać wszystko. A w Brazylii i Wicek, i my będziemy mieć mnóstwo pola! Wszyscyśmy już zatem prawie bogacze, więc nie sprzeciwiajcie się naszemu ślubowi!

- Patrzcie tylko, jaka pyskata dziewucha z tej Franki! - krzyknął tato, śmiał się jednak pod wąsem, więc wiedziałam, że jest dobrze.

Jakoś tak właśnie wtedy pojawił się w okolicy inny agent. Ten nie ubierał się po miastowemu, lecz w chłopską sukmanę, ale tak sztywno w niej chodził, jakby ją wdział po raz pierwszy. On też rozsiadł się w lubomińskiej karczmie i od razu zaczął zniechęcać naród do wyjazdu. Nasi chłopi nie mieli zamiaru go słuchać, bo wszystko było już postanowione i trochę już nawet dobytku zdążyli sprzedać, ale w niedzielę podczas kazania także i nasz ksiądz nieoczekiwanie zaczął wstrzymywać ludzi. Zaczął od tego, że podróż do Brazylii jest długa i straszna, bo na bujającym się statku spędzić trzeba kilka tygodni, od czego wielu umiera. Jeżeli ktoś jakimś cudem przeżyje podróż, to Brazylianie wywożą go potem w dzikie pustynie, gdzie nie ma kościoła dla pokrzepienia ducha. Co tam kościoła, kapłana nawet brakuje! Pozbawieni więc będziemy w dziczy świętej spowiedzi i świętej komunii, no i każdej innej świętej posługi, bo jak tutaj bez księdza wziąć ślub albo się pogrzebać, a że wielu z nas tam umrze, proboszcz był pewien.

- A poza tym czy wam nie żal tej pięknej waszej rodzinnej wioski? Tych lasów zielonych? Tych zbóż złocistych? Tych rzek lśniących?

Już przy złocistych zbożach ludzie w całym kościele zaczęli chlipać, wycierać nosy w rękawy i wzdychać, że święta to prawda, a im dłużej proboszcz przemawiał, tym więcej osób zaczynało wątpić w sens wyprawy.

Gdyśmy jednak wyszli tacy spłakani z kościoła, okazało się, że tuż za bramą czeka na nas ten pierwszy agent, który tym razem wciskał nam w ręce zadrukowane karty, przekonując, że wszystkie nasze wątpliwości tam wyjaśniono. To wciskanie było o tyle bez sensu, że we wsi nikt nie umiał czytać, agent jednak dodawał do tych kart gęste tłumaczenia, że na pewno decyzji o wyjeździe nie pożałujemy. I że wielu naszych już mieszka w Brazylii i nie żałuje, przeciwnie, opływają w dostatki.

- Ale proboszcz mówił inaczej - jęczało wielu. - Proboszcz straszył.

- A co się dziwić, że straszył?! - odparł agent. - Wiadomo, dziedzic go poprosił, żeby was przeraził, bo się boi, że jak wszyscy wyjedziecie w poszukiwaniu lepszego losu, on zostanie tutaj tylko z pisarzem, rządcą i karbowymi.

- Co wy mówicie?! Że księdzu proboszczowi nie można ufać? - Matce łzy napłynęły do oczu. - Grzech przecież tak myśleć!

- Sami zobaczcie - powiedział agent. Ustawił się tak, żebyśmy widzieli plebanię, i wtedy ujrzeliśmy, jak proboszcz, który już zdążył zdjąć z siebie kolorowe mszalne szatki i został w samej czarnej sukni, ściska sobie ręce z dziedzicem, po czym wsiada do szlacheckiej karety i daje się uwieźć do dworu na poczęstunek.

Mama znowu zaczęła popłakiwać, ale w ojcu wezbrał słuszny gniew, no bo jak ksiądz może protestować, skoro chcemy zanieść dzikim ludom wieść o Panu Jezusie?! Dzikim też się prawdziwa wiara należy! Chłopy mu przyklasnęły, bo zawsze mojego ojca słuchały. Ja też, bo ze wszystkich znanych mi ludzi był najmądrzejszy.

Trochęśmy się tylko z moim Wickiem zmartwili, że w Brazylii nie znajdziemy księdza, i może jednak tutaj powinniśmy się od razu zapisać do ślubu, ale ojciec powiedział:

- Po pierwsze, nie zdążycie z zapowiedziami. Po drugie, pewnie, że nie ma w Brazylii kościołów, bo Pana Boga mamy im dopiero zanieść, ale potem i kościoły się wybuduje, i księży sprowadzi. Wtedy się pobierzecie. Nikt nie mówił, że będzie łatwo, ale tym większa nasza zasługa w niebie!

Poszliśmy więc z Wickiem pod kapliczkę, gdzie uroczyście nałożył mi na palec obrączkę wyplecioną ze słomy i obiecał, że za oceanem zastąpi ją prawdziwą, złotą, bo już wtedy na pewno będziemy bogaci.

3

Nie opuszczaj lekkomyślnie ziemi twych ojców. Nie wiesz bowiem, jaka dola cię czeka za morzem. Zastanów się dobrze, czy nie możesz tu w kraju pracą i wytrwałością dojść do znośnego bytu.

Stan Parana w Brazylii wraz z informacyami dla wychodźców i mapą Stanu i kolonij polskich, z polecenia Rządu prowincyonalnego opracowali inżynier Manoel Francisco Ferreira Correia i baron Serro Azul dla wystawy kolumbijskiej w Chicago. Z oryginału angielskiego przełożył prof. dr Józef Siemiradzki, Lwów 1895

W urzędzie wszystkim chłopom z naszej wsi od razu odmówili paszportów.

- No to sprawa sama się rozwiązała - powtarzali ludzie. A co pobożniejsi dodawali: - Jakby Pan Bóg chciał nas w ciepłych krajach, to byśmy się tam urodzili.

I poklepywali się po plecach z wyraźną ulgą, wszyscy, poza ojcem, który tak się zdenerwował, że od razu gdzieś sobie poszedł. Wrócił za jakiś czas, prowadząc ze sobą pejsatego Żyda.

- A ten tu po co? - zdziwili się chłopi. Ojciec podniósł rękę, żeby się uciszyli.

- Wiemy wszyscy, że Pan Bóg nam sprzyja... - tak zaczął, wtedy paru chrząknęło z powątpiewaniem - w zbożnym dziele nawracania pogan. Pójdziemy więc do Prus na Bożą wolę. Niektórzy nazywają to zieloną granicą. Przejdziemy przez nią z pomocą Pana Boga i tego oto Żyda.

Pejsaty się odezwał:

- Nu, gospodarze, obędziecie się bez paszportów. Wystarczy, że mi dacie po sto rubli.

- Od osoby?!

- Od rodziny - szybko dodał Żyd.

W końcu stanęło na osiemdziesięciu. I nie że zaraz, tylko w dniu wyjazdu.

Teraz należało tylko sprzedać, co nam jeszcze zostało. Ciągle więc coś z ojcem i Wickiem woziliśmy, a to do lubomińskiej karczmy, a to do Boniewa, a to do Lubrańca, a to do Izbicy na jarmarki, matka zaś zsypywała do poszewek groch, pszenicę, grykę, żeby było co zasiać za morzem, zaszywała je szczelnie, żeby po drodze nie uronić ani ziarenka. Wicka wyrzucili z folwarku, skoro wymówił, więc ostatnio sypiał w naszej stodółce, dokąd co i rusz zaglądał ojciec, sprawdzając, czy i ja się tam nie zawieruszyłam. Nie musiał czuwać, sama się pilnowałam, byłam rozsądna, naprawdę.

Już prawie wszystko sprzedaliśmy, kiedy nieoczekiwanie któregoś dnia zaszli do nas na podwórze ruscy żandarmi, pytając o Wicka Jakubiaka. Od dziedzica dostali wiadomość, że Wicek chce emigrować, a od ludzi się dowiedzieli, że mieszka u nas. A przecież matuszka Rosija bardzo potrzebuje młodych mężczyzn, więc nigdzie wyjeżdżać mu nie wolno. A dla pewności, żeby go przytrzymać w ojczyźnie, wezmą go do ruskiej armii na siedem lat. No to mówcie, gospodarzu, gdzie się ten chłopak zawieruszył.

Ojciec udawał, że pierwsze słyszy o jakimś Wicku Jakubiaku, ja zaś niepostrzeżenie wymknęłam się, żeby ostrzec narzeczonego, kiedy więc Ruscy ruszyli przeszukiwać nasze obejście, już gnał po zastodolu do lasu. Żołdacy znaleźli w stodole tylko jamę wygniecioną w sianie, wymoszczoną jeszcze ciepłą derką. Ojciec tłumaczył, że dzieci się tam bawiły, ale Ruscy zaraz poczęli kłuć bagnetami siano i słomę, sprawdzając, czy Wicek się gdzieś nie zakopał. Potem rozejrzeli się po stodole i zdziwili:

- Grabi w gospodarce nie macie? Szpadla? Motyki? Pługa? Sochy nawet? Co z was za gospodarz! A krowa gdzie? Świnie? Kury?

Wiadomo, już wszystko zdążyliśmy sprzedać, ale ojciec przed Moskalami tłumaczył się biedą. Nie byliśmy pewni, czy mu uwierzyli, bo gęby mieli nieodmiennie kamienne. Ojciec jednak zaraz po ich wyjściu uznał, że kacapskie wojaki wrócą jutro w większej sile i zaczną pilnować, żebyśmy i my nie uciekli za morze. Kto wie, może nawet do tiurmy nas wtrącą, żeby zatrzymać w kraju. Nie ma więc na co czekać, trzeba jechać, nie zwlekając. Wysłał więc nas z Tomciem i Nastką do gospodarzy z naszej wioski z wiadomością, że musimy ruszyć jutro o świcie.

Zaraz cała wioska rozkrzyczała się i rozdreptała, myśmy też całą noc upychali w tobołkach pierzyny, poduszki i sagany, decydowaliśmy, czy ruszać w drogę w niedzielnych ubraniach, żeby nie prezentować się w obcych stronach jak nędzarze, czy też w codziennych, żeby niedzielne się podczas przeprawy nie zniszczyły. Tej nocy tylko Tomciowi udało się na chwilę zmrużyć oko, myśmy do rana z rodzicami i Nastką obradowali i przekładali rzeczy z kupki na kupkę. Brać siekierę czy nie brać? Ale chyba samo ostrze, bo trzonek jakiś na miejscu się znajdzie? A święte obrazy? Garnków ile? Koszów? Cesarz miał nam dać wszystko na początek, może więc wystarczą ubrania, pościel, jeden święty obraz, krzyż i jedzenie, żebyśmy nie osłabli, przechodząc przez zieloną granicę? No i ze względu na pogan musimy koniecznie wziąć krzyż i Najświętszą Panienkę, tu nie ma co się zastanawiać.

Przy tym zamieszaniu przez całą noc wyglądałam na Wicka, czy już wrócił. Na początku czekałam spokojnie, potem coraz bardziej niecierpliwie, bo choć pewna byłam jego miłości, nie miałam pewności, czy go nie ucapili ruscy żołdacy.

Słońce dopiero mrugało zza widnokręgu, kiedy pod naszą kapliczkę zajechały cztery żydowskie furmanki, każda zaprzężona w dwie sterane życiem szkapiny. Poziewując, wyszliśmy z domu z zawiniątkami, koszykami, tobołkami, a ja, gładząc słomianą obrączkę, ciągle rozglądałam się w porannej szarości za Wickiem.

- Czas na nas - zarządził w końcu ojciec, obładowany szmatami jak szkapa handlarza starzyzną. - Wicek wie, że jedziemy na zachód, dogna nas przecież.

Matka oglądała się na chałupę, bo zostawiła na stygnącym piecu rondelek z resztkami kawy zbożowej, ojciec powiedział, że już nie ma czasu go myć, może zresztą Wicek jeszcze skorzysta. Ja patrzyłam tylko do lasu i po wsi, czy nie zobaczę jasnej czupryny i krzepkich ramion.

Pod kapliczką na rozstajach zaczynali się gromadzić ludzie z wioski, ale było ich jeszcze niewielu, i tylko Nowakowie mieli ze sobą tobołki, kosze i zawiniątka, reszta przyszła jak stała, prosto z łóżka, portki tylko wciągnęli, włosy ledwie przygładzili. Przestępowali z nogi na nogę, nie patrzyli ojcu w oczy, kiedy pytał, gdzie mają spakowane rzeczy.

- No, co do tej sprawy... Dla nas, sąsiedzie, za szybko z tą Brazylią, nie zebraliśmy się jeszcze.

- A my nie zdążyliśmy sprzedać dobytku, nic prawie nie poszło.

- Kury i maciorę do matki odwieziem i dopiero ruszamy, jutro może, jeśli Pan Bóg pozwoli.

- Przecież wczoraj wszyscy się zgodziliście!

- Sąsiedzie, dołączymy do was po niedzieli, bo jeszcze musimy się porządnie pomodlić przed podróżą.

- Dzikich mieliście uczyć się modlić - stwierdził ojciec gorzko.

Sąsiedzi pospuszczali głowy jeszcze niżej, i jeden po drugim wracali do swoich chałup.

A Wicka ciągle nie było.

Żydzi, nie doczekawszy się pasażerów, zawracali furmankami do Izbicy, wyrzekając po swojemu, że mieli zarobić, a nic z tego, jeden tylko wóz został. Ojciec potrząsnął głową, skrzywił się, podsadził na furmankę moją siostrę i zaspanego brata, pomógł wsiąść mamie, tulącej obrazek z Najświętszą Panienką, wrzucił na górę worki z pościelą, garnkami, pszenicą, z żytem, z grochem, po czym spojrzał na Nowaka, który przytulał swoje tobołki.

- I wy wsiadajcie, sąsiedzie.

Nowak spojrzał na płaczącą żonę, na ósemkę dzieci, które tłoczyły się za nim jak stadko przerażonych kurcząt, potem na krzyż na samej górze kapliczki, wreszcie obejrzał się na swoją chałupę, pokręcił głową.

- Wybaczcie, sąsiedzie.

I pognał swoją gromadkę z powrotem do domu. Ojciec miał tak niewyraźną minę, że gdybym go nie znała, powiedziałabym, że jest bliski płaczu.

Stałam jeszcze na drodze, wyglądając Wicka, ale kiedy ojciec machnął na mnie, nie śmiałam zaprotestować, więc wdrapałam się na wóz. Żyd, wyrzekając, że tylko za jedną rodzinę zarobi, zaciął konie, które posłusznie pociągnęły nas na zachód, w stronę granicy. Człapcie jak najwolniej - prosiłam szeptem nie wiadomo kogo, bo przecież nie te zwierzaki, które ani mnie słyszały, ani rozumiały.

- Stać! - dobiegł nas z daleka męski wrzask.

- Carscy! - przeraził się Żyd.

Ale wtedy zobaczyłam pod lasem krzepką sylwetkę.

- Stójcie! To mój Wicek!

Dobiegł zasapany, wskoczył na wóz. Żyd zaraz się upomniał o kolejne osiemdziesiąt rubli, "za tego, co się dosiadł".

- Jakie ruble?! - wykrzyknął ojciec. - Wicek to przecie rodzina!

- Jaka rodzina, skoro bez ślubu?! - obruszył się Żyd.

- A wy co, ksiądz?

Żyd obraził się za księdza i burcząc pod nosem, znowu zaciął konia. Ojciec nieco się rozchmurzył, skoro Wicek wrócił, ja zaś uśmiechałam się całkiem szeroko. Zaraz złapaliśmy się z narzeczonym za ręce, ależ mi było teraz dobrze, jechałam w świat szeroki u boku ukochanego, bajka!

Wicek zaczął opowiadać, jak krył się przed Ruskimi, jak spał w lesie, odganiając wilki, jak o świcie gnał, żeby zdążyć i dotrzymać danego nam słowa, taki z niego honorny człowiek. Tomcio z Nastką gapili się na niego szeroko rozwartymi oczami, a ja wykrzykiwałam, że taki był dzielny, taki wspaniały! Wickowi jednak mało było tego uznania, więc puścił moją dłoń, żeby machaniem rękami włożyć w opowieść jeszcze więcej zapału, i zerkał ku mojemu ojcu, czy i on go pochwali. Ojciec jednak przestał zwracać na niego uwagę, bo właśnie w skupieniu oglądał się za siebie, patrząc smutno, jak rodzinna wioska pełna tchórzliwych sąsiadów znika za widnokręgiem.

Był już wieczór, kiedy Żyd wysadził nas na podwórku u takiego jednego leśniczego. Jak tylko Żyd odjechał, leśniczy od razu spytał, gdzie pieniądze.

- Jakie pieniądze?!

- Za to, że was przewiozę przez zieloną granicę.

- Żydowi płaciliśmy!

- Ale mnie nie! - Wziął się pod boki. Chciał trzydziestu rubli. Ojciec odszedł na bok, żeby rzecz przemyśleć.

- Mało przecież biorę, bo widzę, że groszem nie śmierdzicie - dodał pojednawczo leśniczy.

Ojciec w końcu wysunął ze spodni płócienny pasek i rozpruł kawałek, żeby wyjąć pieniądze schowane na zaś.

Potem ruszyliśmy za leśniczym. Kazał nam uwiązać tobołki do siebie i złapać się za ręce, żeby się nie pogubić, bo noc była ciemna, a żadnego łuczywa brać nie pozwolił. Nie wolno nam też było, broń Boże, nawoływać do siebie, bo z każdej strony granicy czyhało na nas jakieś wojsko, u nas ruskie, tam pruskie.

Szliśmy za przewodnikiem leśną drogą, potem przez pole kapusty, przewracaliśmy się o tę kapustę w ciemnościach. Ktoś z rana na polu zobaczy ślady siedmiu par obutych stóp. Dobrnęliśmy do brzegu rzeki, leśniczy odwiązał łódkę, kazał wsiadać po dwoje. Najpierw ja z Wickiem. Leżeliśmy na dnie, trzymając się za ręce, Wielki Wóz mrugał do nas z nieba, on też w podróży. Leśniczy płynął powoli, żeby straż nie usłyszała kłapania wiosłami. Wysadził nas i zawrócił po resztę. Kiedy obrócił po raz trzeci, wysadzając na brzegu ojca z Tomciem, usłyszeliśmy pruskie wrzaski. Przypadliśmy do mokrej ziemi, a leśniczy rzucił się do łódki, już nie baczył na to, że hałasuje wiosłami. Wrzaski żołdaków się zbliżały. Skuleni poderwaliśmy się i ciągnąc za sobą dzieci, pobiegliśmy do lasu majaczącego czernią na ciemnawym widnokręgu. Tam znowu rzuciliśmy się na ziemię, jeżyny nie jeżyny, nieważne, przyciskałam Tomcia żelazną ręką do mchu, mama leżała cicho, jakby umarła, dotknęłam jej twarzy, oddychała. Pruscy strażnicy krzyczeli za nami jak opętani, więc nikt z nas nawet nie miał siły się ucieszyć, że opuściliśmy wreszcie Rosję.

Kiedy rozedniało, Wicek podczołgał się do skraju lasu. Na szczęście żołdacy chyba się już znudzili, bo nie zobaczył nikogo. Podnieśliśmy się więc i doczłapaliśmy do pierwszego obejścia po pruskiej stronie, bo leśniczy uprzedził nas, że tam mieszka Polak.

- Znowu uciekinierzy?! - spytał znużonym głosem gospodarz, ale zaprzągł furmankę, żeby nas odwieźć do pierwszej stacji kolei żelaznej, za co kazał sobie zapłacić pięć rubli.

- Pieniądze topnieją jak śnieg na wiosnę - wzdychał ojciec, ale ledwie go słyszałam, bo kołysanie wozu mnie uśpiło. Śniłam w rytm turkotu o tym, jak chodzę po naszej wsi, jak zaglądam do chałup, wołam do gospodarzy, a nikt mnie nie słyszy, jak płaczę.