#Będę
Będę siedział w ciemności dupą na ziemi i wkładał kawałki wacika między palce u nóg, założę skarpetki pachnące mydłem i mocno zasznuruję buty, jednocześnie będę od niechcenia odpowiadać na pytania ludzi zbierających się wokół mnie. Zakaszle szyszyga[2], zatupocą nogi, coś brzęknie i rozniesie się ochrypły okrzyk:
- No jebana ciota!
Obudzę się trochę wcześniej - mianowicie o trzy cele wcześniej. Będzie bardzo zimno, a do tego dojdzie straszna chęć palenia. W korytarzu słychać szczekanie owczarka niemieckiego i stukanie drewnianych młotków o płytki.
Krzyk... Zawsze krzyczy. Już... na pewno będą ponad trzy dni, ale dokładnie nie będę w stanie tego określić, stracę rachubę, więc się nie doliczę. Nie będę też wiedział, która jest godzina. Krzyk nie będzie miał sensu - pies będzie szczekał jeszcze zajadlej, a ryzyko ponownego dostania pałką po plecach będzie znacznie większe.
Będę szedł leśną drogą z rękami skrzyżowanymi na piersi, z plecakiem na plecach, AKM-em i hełmem przerzuconym przez plecy. Wyprzedzi mnie biegnący strzelec z pierwszego plutonu. Będę patrzeć za nim i oczywiście zapalę papierosa, bo jest to "droga jednego papierosa". W myślach wymienię wszystko, co mam w plecaku i na sobie. Przypomni mi się, że nie nakleiłem taśmy pod nakolannikiem i z żalem cmoknę.
Wypełznę spod szarej pościeli i wepchnę bose, sine od zimna stopy w gumowe pantofle. Pospiesznie zwinę materac, poduszkę i kołdrę w rulon.
Skrzypiące drzwi sąsiadującej celi otworzą się, czemu będzie towarzyszyć ujadanie psa i krzyki strażników w tle... Słychać głuche uderzenia. To drewniane młotki burzą centymetr po centymetrze wnętrze karceru za ścianą.
Będę szedł, a łącznik na wewnętrznym szlabanie podniesie wzrok znad ekranu telefonu i spojrzy na mnie leniwie. Uśmiechnę się do niego, a on, nieco rozjebany moją reakcją, podniesie usmarowaną dłoń do góry ze słowami:
- Powodzenia... tam.
- Podziękował. - Uśmiechnę się raz jeszcze, mijając go na szutrowej drodze.
Będę stał przed drzwiami, trzymając zwinięty tobołek. Drzwi celi są ograniczone przyspawanym łańcuchem i wyjść można tylko bokiem. Jest wąsko nawet dla takiego suchara jak ja. Człowiek z tobołkiem nie mieści się w szparze, dlatego należy go trzymać przed sobą. Jeśli zawahasz się przy wyjściu, klawisze zaczną machać pałkami i walić po głowie.
Już pierwszego dnia dam się nabrać na tę chujnię. Cholera, który już dzień? Siódmy? Dziewiąty? A może dziesiąty?
Zamkną się drzwi jednej z cel. Klucz w moim zamku się przekręci, a pies zaszczeka... Odruch Pawłowa, nie inaczej.
- Do wyjścia! - Rozniesie się odpychający ryk klawisza.
Ruszyć, przepchnąć tobół i wyjść na korytarz. Pies odruchowo szarpnie smyczą i zaszczeka, ale strażnik nie odpuści:
- Rzuć to na podłogę! - krzyknie pierwszy dozorca.
- Na kolana! - krzyknie drugi.
- Ręce na ścianę! - krzyknie strażnik z psem.
- Dłońmi w moją stronę!
Pies cały czas szczeka.
Pozycja na kolanach, z głową opartą o ścianę i rękami przyłożonymi w tym miejscu, gdzie normalni ludzie noszą zegarki, przypomina łabędzia...
Pies zaszczeka tuż nad moim uchem. Życie bez nikotyny pozwoli mi poczuć z pyska strażnika zapach barszczu, który troskliwa żona nałożyła mu do słoika do pracy. Chociaż kto by żył z takimi ciotami... to najprawdopodobniej barszcz od mamuśki.
Dokładnie w tej chwili pies mocno złapie mnie przednimi zębami za prawy bok - zawsze w to samo miejsce, ale bez krwi. Po pewnym czasie pojawi się tam siniak, a ból po takim ugryzieniu stanie się nie do zniesienia.
W środku zastuka drewniany młotek, wydając wesoły twist na kafelkach kibla. Pies dalej będzie ujadał na cały korytarz.
Stanę w nierównym szeregu mojego plutonu, rozejrzę się i sprawdzę, czy nie daj Bóg, kogoś nie ubyło... Chyba wszyscy. W szeregu pierwszego plutonu będą się wydurniać biali Chorwaci.
- Cicho tam - skrzywi się Byk.
- Przyzwyczaili się do takiego wołania w górach z jednej wioski do drugiej, nijak do nich nie dociera, że tu nie góry. - Chlapnę bez zastanowienia.
- Kogo ja tu słyszę takiego mądrego na korytarzu? - zapyta Śmiech.
- A kto pyta?
- Sajgon, to ty?
- Ja.
- A, no to pierdol sobie, biedaku, ty możesz. Myślałem, że nie ty, to Baton by podszedł i zajebał.
- Nie, wszystko spoko, niech se odpocznie, to ja.
- Dzięki - krzyknie Baton.
Wszyscy wybuchną śmiechem, a potem zobaczą światła latarek ukazujące dowódcę kompanii z mapą i lingwistę z krótkofalówkami.
Na wyjściu strażnik w kominiarce przypierdoli gumową pałką w obojczyk, ręka zacznie opadać, a wtedy z tyłu dobiegnie wrzask:
- Ręce! Ręce, do chuja! Dłońmi w moją stronę, kurwa! Nie opuszczać!
Ręka z wysiłkiem i bólem podniesie się do góry.
- Do celi, już!
Uda mi się prześlizgnąć na jedną trzecią sekundy przed tym, nim z rozmachem zatrzaśnie drzwi nogą.
Zdążyć po to, żeby spaść na beton i nie wiedzieć, za co złapać ręką, która przeżyła poranną katorgę - czy za plecy z sińcem, czy za obojczyk.
Przeciąg dmuchnie w twarz.
Silny.
W karcerze nie ma okien, które można otworzyć lub zamknąć sznurkiem, bo ściągnęli drzwiczki.
Mój "majątek" to ręcznik, szczoteczka do zębów, poszarpany nożem papier toaletowy, a obok sterta zaschniętej pasty do zębów na kawałku srajtaśmy.
Na dzień zabierają materac, szare posłanie i cienką poduszkę, żeby nie można było sobie poleżeć. Nie położysz się na pryczy bez materaca, bo na szerokości sześćdziesięciu centymetrów przyspawane są trzy cienkie struny, a na nich się nie da...
- Światło - powie dowódca kompanii i rozłoży mapę na szkolnym biurku. Ktoś włączy latarkę, by poświecić na nią z góry.
- Śmiech, Byku, chodźcie tutaj.
Śmiech wyjdzie z szeregu i żwawym krokiem ruszy za Bykiem.
Zaraz przydzieli im zadania, a potem pewnie zawoła mnie, bo nie ma naszego porucznika.
- Sajgon, chodź no tu.
Zrobię krok do przodu, trzymając za sobą wiszącą lufę giwery. Podejdę w kierunku plamki światła, mijając nierówny szereg ludzi, z którego będzie słychać cichy głos:
- Sajgon, jestem z tobą.
- Sajgooon, nie zapomnij o mnie.
- Strzelec jest zwarty i gotowy.
- Zabierz mnie.
Od tych słów poczuję się nieswojo, a nerwy sprawią, że będę miał nogi jak z waty.
Wiecie... to był najwyższy poziom zaufania, jakim ludzie obdarzyli mnie w całym moim życiu. Miałem prawo być z siebie dumny, ale ochujałem i pogubiłem się. Z tego powodu nie usłyszałem, co mówi dowódca, nie rozumiałem też mapy. Po prostu stałem bez ruchu i bez mrugnięcia okiem gapiłem się na nią. W głowie szumiały głosy tych specjalistów od suchej zabudowy, młodziaków, budowlańców, gołodupców, studentów i innych, nie będących zajebistymi komandosami czy superwojskowymi. Ale to oni zaufali mi tak bardzo, że ło...
Będę leżeć na betonowej podłodze z rękami wsuniętymi pod pachy i nogami owiniętymi ręcznikiem.
Leżeć i jebać się wyrzutami, niepokojem i złością na siebie.
To jest właśnie dno w piwnicy dniepropietrowskiego aresztu śledczego. Na równi z więźniami dożywotnimi oczekującymi na przeniesienie. Z pierdolonymi psami i wysublimowanymi strażnikami.
Tutaj możesz krzyczeć, wzywać matkę, wychowawcę ze szkoły lub wiejskiego ratownika medycznego, ale w odpowiedzi dostaniesz jedynie pałką w pizdę. Straszne było nawet nie samo miejsce, ale świadomość, że nie należysz do siebie. Twoja wolność, zdrowie, życie są w rękach obcych, a masz dopiero dwadzieścia lat.
Będę palił w pobliżu szyszygi z chodzącym silnikiem. Z odbiornika posypią się komendy, cyfry i plusy.
Nasz BRDM[3] przemknie obok, a ktoś zasalutuje dwoma palcami przyłożonymi do krawędzi hełmu. W odpowiedzi zasalutuję i uśmiechnę się do siebie. Chłopcy podjadą, zaczną pakować plecaki, amunicję oraz broń do samochodu, a na koniec sami wskoczą do wozu.
Wyrzucę niedopałek, wsiądę po lewej stronie. W lusterku wstecznym zobaczę żar papierosa kierowcy.
- Czekamy! - krzyknąłem.
Światło w kabinie zapaliło się i zgasło.
Wskoczę na tył, siądę obok cicho szepcącej grupy.
Radio będzie milczało... O, zapalę papierosa.
Specjaliści od suchej zabudowy, młodziaki, budowlańcy, gołodupcy, studenci i inni będą rozmawiać, śmiać się.
Ich życie, zdrowie, wolność w dużej mierze będzie zależało ode mnie, a moje od nich.
Są młodzi, pod wieloma względami naiwni, bardzo rozpieszczeni, a często zmęczeni życiem na społecznym dnie. Dlatego są przyzwoici... dlatego nie boją się jazdy tym samochodem. Dlatego chcą nim jeździć...
W ciemności flegma dźwięcznie uderzy o liść krzaka na poboczu.
Ooooch, Lordy, trouble so hard - zabrzmi w głowie bardzo cicho i niewyraźnie. Przestanę oddychać, żeby lepiej słyszeć.
Ooooch, Lordy, trouble so hard - zabrzmi głośniej, wyraźniej.
Uśmiechnę się i mocno zaciągnę papierosem. Podążając za wyrzuconym niedopałkiem, radio rzuci komendę do wyjścia:
- Pierdolnij Tatarowi w kabinę - krzyknę do siedzącego w kącie, a kolba karabinu uderzy dwa razy w żelazo.
Don't nobody know my troubles but God..., don't nobody know my troubles but God - zaśpiewa w głowie głośno i donośnie.
Workuta zobaczy mój uśmiech i pytająco kiwnie głową.
- Dzisiaj ktoś umrze - powiem z uśmiechem, pochylając się nieco do przodu.
- Znowu słyszysz piosenkę? - zapyta, nachylając się do mnie z takim samym uśmiechem.
- No.
Parskniemy śmiechem, stukniemy się hełmami, podskakując na ławkach szyszygi. Wkrótce samochód skręci w prawo i czując płaską powierzchnię pod kołami, zacznie nabierać prędkości.
Będę...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki