Brud [*khaki] - Sergiej Sergiejewicz "Sajgon"

Kup ebooka

40.01 zł
28.12 zł (27,81 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

SE­RIA PRZE­KŁA­DÓW pro­wa­dzona przez Alek­san­drę Ma­łecką i Pio­tra Ma­rec­kiego

- Na­pitki & li­te­ra­tura. An­to­lo­gia opo­wia­dań ho­len­der­skich i fla­mandz­kich, pod re­dak­cją Bar­bary Kalli i Bo­żeny Czar­nec­kiej, prze­ło­żyły z ję­zyka ni­der­landz­kiego Bar­bara Kalla, Bo­żena Czar­necka i Ewa Dy­na­ro­wicz

- Am­brose Bierce, Dia­bli dyk­cjo­narz, prze­ło­żył Ma­te­usz Ko­pacz

- An­thony Jo­seph, Afry­kań­skie ko­rze­nie UFO, prze­ło­żyła Te­resa Ty­szo­wiecka Blask!

- Ro­bert Bur­ton, Ana­to­mia me­lan­cho­lii, wy­brał i prze­ło­żył Mi­chał Ta­ba­czyń­ski

- Jean Ray, Mal­per­tuis, prze­ło­żył Ja­kub Po­lasz­czyk

- Ni?a We­ijers, Kon­se­kwen­cje, prze­ło­żyła Ja­dwiga Ję­dryas

- Ish­mael Reed, Mambo dżambo, prze­ło­żyła prze­ło­żyła Te­resa Ty­szo­wiecka blasK!

- Ka­ta­rína Kuc­be­lová, Cze­piec, prze­ło­żyła Ka­ta­rzyna Du­dzic-Gra­biń­ska

- Pe­ter Mar­kus, Bob albo męż­czy­zna na ło­dzi, prze­ło­żył Piotr Si­wecki

- An­to­lo­gia opo­wia­dań. Ru­ska kla­syka ze­sta­wił i prze­ło­żył Da­niel Maj­ling, prze­pi­sała We­ro­nika Go­gola

- Ka­thy Ac­ker, Krew i flaki w szkole śred­niej, prze­ło­żył An­drzej Woj­ta­sik

- Ju­dith Scha­lan­sky, Spis paru strat, prze­ło­żył Ka­mil Idzi­kow­ski

- Łeś Be­łej, Plan na­prawy Ukra­iny, prze­ło­żyli Alek­san­dra Brzuzy, Ma­ciej Pio­trow­ski, Zie­mo­wit Szcze­rek

- Ni­col Ho­ch­hol­cze­rová, Tego po­koju nie da się zjeść, prze­ło­żył Ra­fał Bu­ko­wicz

- Bar­bora Hrínová, Jed­no­rożce, prze­ło­żyła Olga Sta­wiń­ska

- Ice­berg Slim, Al­fons. Hi­sto­ria mo­jego ży­cia, prze­ło­żyła Te­resa Ty­szo­wiecka Blask!

- Ser­giej Ser­gie­je­wicz Saj­gon, Brud, prze­ło­żyła Alek­san­dra Brzuzy

KO­LEJNE KSIĄŻKI W SE­RII

- Jo­ost de Vries, Re­pu­blika, prze­ło­żył Jan Pę­dziń­ski

- Ka­tja Go­re­čan, Ksią­żeczka ma­cie­rzyń­ska, prze­ło­żył Mi­łosz Bie­drzycki

- Harry Jo­se­phine Gi­les, Port hwjezdny To­pjo, prze­ło­żył Krzysz­tof Bart­nicki

- Ju­dith Scha­lan­sky, Szyja ży­rafy, prze­ło­żył Ka­mil Idzi­kow­ski

Ser­giej Ser­gie­je­wicz Saj­gon, Brud [*khaki], prze­ło­żyła Alek­san­dra Brzuzy, Kra­ków 2024
Co­py­ri­ght ? Ser­giej Ser­gie­je­wicz Saj­gon 2024 Co­py­ri­ght ? 2024, for the trans­la­tion by Alek­san­dra Brzuzy Co­py­ri­ght ? 2024, for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Ha!art
Re­dak­tork pro­wa­dzący - Piotr Ma­recki
Re­dak­cja - Ma­ciej No­wacki
Ko­rekta - Ze­spół
Pro­jekt okładki - Mi­cha­lina Jur­czyk
Zdję­cie Au­tora na okładce - ? Ser­giej Ser­gie­je­wicz Saj­gon
Pro­jekt ty­po­gra­ficzny - Mar­cin Her­nas
Skład i ła­ma­nie - By Mo­use www.by­mo­use.pl
Wy­da­nie I
ISBN 978-83-67713-26-9
539. pu­bli­ka­cja wy­daw­nic­twa
Do­fi­nan­so­wano ze środ­ków Mi­ni­stra Kul­tury i Dzie­dzic­twa Na­ro­do­wego po­cho­dzą­cych z Fun­du­szu Pro­mo­cji Kul­tury - pań­stwo­wego fun­du­szu ce­lo­wego
Pro­jekt zre­ali­zo­wany przy wspar­ciu fi­nan­so­wym Na­grody Kra­kowa Mia­sta Li­te­ra­tury UNE­SCO, re­ali­zo­wa­nej przez Kra­kow­skie Biuro Fe­sti­wa­lowe ze środ­ków Gminy Miej­skiej Kra­ków
Wy­daw­nic­two Ha!art ul. Ko­nar­skiego 35/8, 30-049 Kra­ków tel. 795 124 207 wy­daw­nic­[email protected] www.ha.art.pl
Wy­daw­nic­two Ha!art
@wy­daw­nic­two­ha­art
@wy­dha­art
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

#Będę

Będę sie­dział w ciem­no­ści dupą na ziemi i wkła­dał ka­wałki wa­cika mię­dzy palce u nóg, za­łożę skar­petki pach­nące my­dłem i mocno za­sznu­ruję buty, jed­no­cze­śnie będę od nie­chce­nia od­po­wia­dać na py­ta­nia lu­dzi zbie­ra­ją­cych się wo­kół mnie. Za­kaszle szy­szyga[2], za­tu­pocą nogi, coś brzęk­nie i roz­nie­sie się ochry­pły okrzyk:

- No je­bana ciota!

Obu­dzę się tro­chę wcze­śniej - mia­no­wi­cie o trzy cele wcze­śniej. Bę­dzie bar­dzo zimno, a do tego doj­dzie straszna chęć pa­le­nia. W ko­ry­ta­rzu sły­chać szcze­ka­nie owczarka nie­miec­kiego i stu­ka­nie drew­nia­nych młot­ków o płytki.

Krzyk... Za­wsze krzy­czy. Już... na pewno będą po­nad trzy dni, ale do­kład­nie nie będę w sta­nie tego okre­ślić, stracę ra­chubę, więc się nie do­li­czę. Nie będę też wie­dział, która jest go­dzina. Krzyk nie bę­dzie miał sensu - pies bę­dzie szcze­kał jesz­cze za­ja­dlej, a ry­zyko po­now­nego do­sta­nia pałką po ple­cach bę­dzie znacz­nie więk­sze.

Będę szedł le­śną drogą z rę­kami skrzy­żo­wa­nymi na piersi, z ple­ca­kiem na ple­cach, AKM-em i heł­mem prze­rzu­co­nym przez plecy. Wy­prze­dzi mnie bie­gnący strze­lec z pierw­szego plu­tonu. Będę pa­trzeć za nim i oczy­wi­ście za­palę pa­pie­rosa, bo jest to "droga jed­nego pa­pie­rosa". W my­ślach wy­mie­nię wszystko, co mam w ple­caku i na so­bie. Przy­po­mni mi się, że nie na­kle­iłem ta­śmy pod na­ko­lan­ni­kiem i z ża­lem cmoknę.

Wy­peł­znę spod sza­rej po­ścieli i we­pchnę bose, sine od zimna stopy w gu­mowe pan­to­fle. Po­spiesz­nie zwinę ma­te­rac, po­duszkę i koł­drę w ru­lon.

Skrzy­piące drzwi są­sia­du­ją­cej celi otwo­rzą się, czemu bę­dzie to­wa­rzy­szyć uja­da­nie psa i krzyki straż­ni­ków w tle... Sły­chać głu­che ude­rze­nia. To drew­niane młotki bu­rzą cen­ty­metr po cen­ty­me­trze wnę­trze kar­ceru za ścianą.

Będę szedł, a łącz­nik na we­wnętrz­nym szla­ba­nie pod­nie­sie wzrok znad ekranu te­le­fonu i spoj­rzy na mnie le­ni­wie. Uśmiechnę się do niego, a on, nieco roz­je­bany moją re­ak­cją, pod­nie­sie usma­ro­waną dłoń do góry ze sło­wami:

- Po­wo­dze­nia... tam.

- Po­dzię­ko­wał. - Uśmiechnę się raz jesz­cze, mi­ja­jąc go na szu­tro­wej dro­dze.

Będę stał przed drzwiami, trzy­ma­jąc zwi­nięty to­bo­łek. Drzwi celi są ogra­ni­czone przy­spa­wa­nym łań­cu­chem i wyjść można tylko bo­kiem. Jest wą­sko na­wet dla ta­kiego su­chara jak ja. Czło­wiek z to­boł­kiem nie mie­ści się w szpa­rze, dla­tego na­leży go trzy­mać przed sobą. Je­śli za­wa­hasz się przy wyj­ściu, kla­wi­sze za­czną ma­chać pał­kami i wa­lić po gło­wie.

Już pierw­szego dnia dam się na­brać na tę chuj­nię. Cho­lera, który już dzień? Siódmy? Dzie­wiąty? A może dzie­siąty?

Za­mkną się drzwi jed­nej z cel. Klucz w moim zamku się prze­kręci, a pies za­szczeka... Od­ruch Paw­łowa, nie ina­czej.

- Do wyj­ścia! - Roz­nie­sie się od­py­cha­jący ryk kla­wi­sza.

Ru­szyć, prze­pchnąć to­bół i wyjść na ko­ry­tarz. Pies od­ru­chowo szarp­nie smy­czą i za­szczeka, ale straż­nik nie od­pu­ści:

- Rzuć to na pod­łogę! - krzyk­nie pierw­szy do­zorca.

- Na ko­lana! - krzyk­nie drugi.

- Ręce na ścianę! - krzyk­nie straż­nik z psem.

- Dłońmi w moją stronę!

Pies cały czas szczeka.

Po­zy­cja na ko­la­nach, z głową opartą o ścianę i rę­kami przy­ło­żo­nymi w tym miej­scu, gdzie nor­malni lu­dzie no­szą ze­garki, przy­po­mina ła­bę­dzia...

Pies za­szczeka tuż nad moim uchem. Ży­cie bez ni­ko­tyny po­zwoli mi po­czuć z py­ska straż­nika za­pach barsz­czu, który tro­skliwa żona na­ło­żyła mu do sło­ika do pracy. Cho­ciaż kto by żył z ta­kimi cio­tami... to naj­praw­do­po­dob­niej barszcz od ma­muśki.

Do­kład­nie w tej chwili pies mocno zła­pie mnie przed­nimi zę­bami za prawy bok - za­wsze w to samo miej­sce, ale bez krwi. Po pew­nym cza­sie po­jawi się tam si­niak, a ból po ta­kim ugry­zie­niu sta­nie się nie do znie­sie­nia.

W środku za­stuka drew­niany mło­tek, wy­da­jąc we­soły twist na ka­fel­kach ki­bla. Pies da­lej bę­dzie uja­dał na cały ko­ry­tarz.

Stanę w nie­rów­nym sze­regu mo­jego plu­tonu, ro­zej­rzę się i spraw­dzę, czy nie daj Bóg, ko­goś nie ubyło... Chyba wszy­scy. W sze­regu pierw­szego plu­tonu będą się wy­dur­niać biali Chor­waci.

- Ci­cho tam - skrzywi się Byk.

- Przy­zwy­cza­ili się do ta­kiego wo­ła­nia w gó­rach z jed­nej wio­ski do dru­giej, ni­jak do nich nie do­ciera, że tu nie góry. - Chlapnę bez za­sta­no­wie­nia.

- Kogo ja tu sły­szę ta­kiego mą­drego na ko­ry­ta­rzu? - za­pyta Śmiech.

- A kto pyta?

- Saj­gon, to ty?

- Ja.

- A, no to pier­dol so­bie, bie­daku, ty mo­żesz. My­śla­łem, że nie ty, to Ba­ton by pod­szedł i za­je­bał.

- Nie, wszystko spoko, niech se od­pocz­nie, to ja.

- Dzięki - krzyk­nie Ba­ton.

Wszy­scy wy­buchną śmie­chem, a po­tem zo­ba­czą świa­tła la­ta­rek uka­zu­jące do­wódcę kom­pa­nii z mapą i lin­gwi­stę z krót­ko­fa­lów­kami.

Na wyj­ściu straż­nik w ko­mi­niarce przy­pier­doli gu­mową pałką w oboj­czyk, ręka za­cznie opa­dać, a wtedy z tyłu do­bie­gnie wrzask:

- Ręce! Ręce, do chuja! Dłońmi w moją stronę, kurwa! Nie opusz­czać!

Ręka z wy­sił­kiem i bó­lem pod­nie­sie się do góry.

- Do celi, już!

Uda mi się prze­śli­zgnąć na jedną trze­cią se­kundy przed tym, nim z roz­ma­chem za­trza­śnie drzwi nogą.

Zdą­żyć po to, żeby spaść na be­ton i nie wie­dzieć, za co zła­pać ręką, która prze­żyła po­ranną ka­torgę - czy za plecy z siń­cem, czy za oboj­czyk.

Prze­ciąg dmuch­nie w twarz.

Silny.

W kar­ce­rze nie ma okien, które można otwo­rzyć lub za­mknąć sznur­kiem, bo ścią­gnęli drzwiczki.

Mój "ma­ją­tek" to ręcz­nik, szczo­teczka do zę­bów, po­szar­pany no­żem pa­pier to­a­le­towy, a obok sterta za­schnię­tej pa­sty do zę­bów na ka­wałku sraj­ta­śmy.

Na dzień za­bie­rają ma­te­rac, szare po­sła­nie i cienką po­duszkę, żeby nie można było so­bie po­le­żeć. Nie po­ło­żysz się na pry­czy bez ma­te­raca, bo na sze­ro­ko­ści sześć­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów przy­spa­wane są trzy cien­kie struny, a na nich się nie da...

- Świa­tło - po­wie do­wódca kom­pa­nii i roz­łoży mapę na szkol­nym biurku. Ktoś włą­czy la­tarkę, by po­świe­cić na nią z góry.

- Śmiech, Byku, chodź­cie tu­taj.

Śmiech wyj­dzie z sze­regu i żwa­wym kro­kiem ru­szy za By­kiem.

Za­raz przy­dzieli im za­da­nia, a po­tem pew­nie za­woła mnie, bo nie ma na­szego po­rucz­nika.

- Saj­gon, chodź no tu.

Zro­bię krok do przodu, trzy­ma­jąc za sobą wi­szącą lufę gi­wery. Po­dejdę w kie­runku plamki świa­tła, mi­ja­jąc nie­równy sze­reg lu­dzi, z któ­rego bę­dzie sły­chać ci­chy głos:

- Saj­gon, je­stem z tobą.

- Saj­go­oon, nie za­po­mnij o mnie.

- Strze­lec jest zwarty i go­towy.

- Za­bierz mnie.

Od tych słów po­czuję się nie­swojo, a nerwy spra­wią, że będę miał nogi jak z waty.

Wie­cie... to był naj­wyż­szy po­ziom za­ufa­nia, ja­kim lu­dzie ob­da­rzyli mnie w ca­łym moim ży­ciu. Mia­łem prawo być z sie­bie dumny, ale ochu­ja­łem i po­gu­bi­łem się. Z tego po­wodu nie usły­sza­łem, co mówi do­wódca, nie ro­zu­mia­łem też mapy. Po pro­stu sta­łem bez ru­chu i bez mru­gnię­cia okiem ga­pi­łem się na nią. W gło­wie szu­miały głosy tych spe­cja­li­stów od su­chej za­bu­dowy, mło­dzia­ków, bu­dow­lań­ców, go­ło­dup­ców, stu­den­tów i in­nych, nie bę­dą­cych za­je­bi­stymi ko­man­do­sami czy su­per­woj­sko­wymi. Ale to oni za­ufali mi tak bar­dzo, że ło...

Będę le­żeć na be­to­no­wej pod­ło­dze z rę­kami wsu­nię­tymi pod pa­chy i no­gami owi­nię­tymi ręcz­ni­kiem.

Le­żeć i je­bać się wy­rzu­tami, nie­po­ko­jem i zło­ścią na sie­bie.

To jest wła­śnie dno w piw­nicy dnie­pro­pie­trow­skiego aresztu śled­czego. Na równi z więź­niami do­ży­wot­nimi ocze­ku­ją­cymi na prze­nie­sie­nie. Z pier­do­lo­nymi psami i wy­su­bli­mo­wa­nymi straż­ni­kami.

Tu­taj mo­żesz krzy­czeć, wzy­wać matkę, wy­cho­wawcę ze szkoły lub wiej­skiego ra­tow­nika me­dycz­nego, ale w od­po­wie­dzi do­sta­niesz je­dy­nie pałką w pizdę. Straszne było na­wet nie samo miej­sce, ale świa­do­mość, że nie na­le­żysz do sie­bie. Twoja wol­ność, zdro­wie, ży­cie są w rę­kach ob­cych, a masz do­piero dwa­dzie­ścia lat.

Będę pa­lił w po­bliżu szy­szygi z cho­dzą­cym sil­ni­kiem. Z od­bior­nika po­sy­pią się ko­mendy, cy­fry i plusy.

Nasz BRDM[3] prze­mknie obok, a ktoś za­sa­lu­tuje dwoma pal­cami przy­ło­żo­nymi do kra­wę­dzi hełmu. W od­po­wie­dzi za­sa­lu­tuję i uśmiechnę się do sie­bie. Chłopcy pod­jadą, za­czną pa­ko­wać ple­caki, amu­ni­cję oraz broń do sa­mo­chodu, a na ko­niec sami wsko­czą do wozu.

Wy­rzucę nie­do­pa­łek, wsiądę po le­wej stro­nie. W lu­sterku wstecz­nym zo­ba­czę żar pa­pie­rosa kie­rowcy.

- Cze­kamy! - krzyk­ną­łem.

Świa­tło w ka­bi­nie za­pa­liło się i zga­sło.

Wsko­czę na tył, siądę obok ci­cho szep­cą­cej grupy.

Ra­dio bę­dzie mil­czało... O, za­palę pa­pie­rosa.

Spe­cja­li­ści od su­chej za­bu­dowy, mło­dziaki, bu­dow­lańcy, go­ło­dupcy, stu­denci i inni będą roz­ma­wiać, śmiać się.

Ich ży­cie, zdro­wie, wol­ność w du­żej mie­rze bę­dzie za­le­żało ode mnie, a moje od nich.

Są mło­dzi, pod wie­loma wzglę­dami na­iwni, bar­dzo roz­piesz­czeni, a czę­sto zmę­czeni ży­ciem na spo­łecz­nym dnie. Dla­tego są przy­zwo­ici... dla­tego nie boją się jazdy tym sa­mo­cho­dem. Dla­tego chcą nim jeź­dzić...

W ciem­no­ści flegma dźwięcz­nie ude­rzy o liść krzaka na po­bo­czu.

Ooooch, Lordy, tro­uble so hard - za­brzmi w gło­wie bar­dzo ci­cho i nie­wy­raź­nie. Prze­stanę od­dy­chać, żeby le­piej sły­szeć.

Ooooch, Lordy, tro­uble so hard - za­brzmi gło­śniej, wy­raź­niej.

Uśmiechnę się i mocno za­cią­gnę pa­pie­ro­sem. Po­dą­ża­jąc za wy­rzu­co­nym nie­do­pał­kiem, ra­dio rzuci ko­mendę do wyj­ścia:

- Pier­dol­nij Ta­ta­rowi w ka­binę - krzyknę do sie­dzą­cego w ką­cie, a kolba ka­ra­binu ude­rzy dwa razy w że­lazo.

Don't no­body know my tro­ubles but God..., don't no­body know my tro­ubles but God - za­śpiewa w gło­wie gło­śno i do­no­śnie.

Wor­kuta zo­ba­czy mój uśmiech i py­ta­jąco kiw­nie głową.

- Dzi­siaj ktoś umrze - po­wiem z uśmie­chem, po­chy­la­jąc się nieco do przodu.

- Znowu sły­szysz pio­senkę? - za­pyta, na­chy­la­jąc się do mnie z ta­kim sa­mym uśmie­chem.

- No.

Par­sk­niemy śmie­chem, stuk­niemy się heł­mami, pod­ska­ku­jąc na ław­kach szy­szygi. Wkrótce sa­mo­chód skręci w prawo i czu­jąc pła­ską po­wierzch­nię pod ko­łami, za­cznie na­bie­rać pręd­ko­ści.

Będę...

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Za­miast wstępu

Pew­nego razu, pod­czas ko­lej­nego wyj­ścia, Wor­kuta sie­dział obok mnie i ciężko od­dy­cha­jąc od ilo­ści ad­re­na­liny po­wie­dział:

- Saj­gon?

- Co tam? - od­po­wie­dzia­łem zdy­szany.

- Ty PZ.

- Po­jeb Zwy­czajny?

- Ha, ha, ha! Nie, prze­ciw­pan­cerno-za­pa­la­jący.

- Sto­wa­rzy­sze­nia nie­doj­rza­łej mło­dzieży?

- Ko­gooo?

- Fra­je­rów, krótko mó­wiąc.

- Ej, dla­czego cią­gle na­zy­wasz mnie fra­je­rem?! - Wku­rzył się to­wa­rzysz.

- Bo je­steś za mały i za głupi...

- I nie by­łem ni­gdy w wiel­kiej du­pie, wiem. - Do­koń­czył za mnie.

- No wła­śnie.

Pod ko­niec służby sie­dzia­łem w ba­zie w cie­niu na ka­ri­ma­cie, ła­do­wa­łem BK[1] i ukła­da­łem plan na ży­cie w cy­wilu. Plan był pro­sty: po­ma­gać chło­pa­kom. Wy­pro­wa­dzić się z wio­chy. Nie za­mar­z­nąć zimą. Nie zdech­nąć z głodu...

Za­my­śli­łem się i przy­ła­pa­łem się na tym, że wkła­dam do ma­ga­zynka trzy­dzie­sty pierw­szy na­bój. Trzy­ma­łem go w dłoni, pa­trząc na jego czarno-czer­woną koń­cówkę, póki war­kot sa­mo­chodu nie spro­wa­dził mnie z po­wro­tem na zie­mię.

- I na­pi­sać książkę.

Ten punkt planu wy­po­wie­dzia­łem na głos. Za­pa­li­łem pa­pie­rosa i po­now­nie spoj­rza­łem na na­bój. Gdzieś w od­dali sły­sza­łem roz­mowy i wy­głupy ko­le­gów. Nie od­wra­ca­jąc głowy, krzyk­ną­łem jak opa­rzony:

- Pa­aaaszaaa!

Po kilku bu­chach pa­pie­rosa spró­bo­wa­łem po­now­nie:

- Pa­sza, je­bany cwelu!

Wkrótce lek­kim kro­kiem pod­szedł do mnie Pa­sza.

- Co tam?

- Są­dząc po twoim cho­dzie, je­steś w try­bie bez­czyn­nego roz­po­zna­nia?

- No tak.

- Trzy­maj na­bój, wy­cią­gnij po­cisk, weź wier­tarkę i wierć na trzy.

- Po co to?

- Trzeba książkę pi­sać.

- A na­bój co ma do tego?

- Bo PZ.

Od tego dnia mi­nęło około dwu­dzie­stu mie­sięcy, a te­raz trzy­ma­cie w rę­kach tę wła­śnie książkę. To zbiór opo­wia­dań o woj­nie, bru­dzie i zwy­kłych lu­dziach w nie­zwy­kłych wa­run­kach. Ta książka jest dla mnie trudna, nie wszystko chciało mi się po­now­nie prze­ży­wać, ale tylko w ten spo­sób mo­głem ją na­pi­sać. Pi­sa­łem pro­stymi sło­wami i szcze­rze. To prawda dla tych, któ­rzy nie wi­dzieli wojny, a gorzki uśmiech dla tych, któ­rzy wi­dzieli brud Don­basu. Błoto ko­loru khaki.

28.02.2018 r., Saj­gon.