ROZDZIAŁ 1
MUROMANCJA
(LUTY 2001)
W jakiś sposób doznajemy głębokiej satysfakcji z tego rozluźnienia tkanki rzeczywistości, jesteśmy zainteresowani w tym bankructwie realności.
- BRUNO SCHULZ[1]
W POSZUKIWANIU SCHULZA
WILLA LANDAUA, DROHOBYCZ, UKRAINA, 9 LUTEGO 2001
Dwaj dokumentaliści filmowi z Hamburga, 37-letni Benjamin Geissler i jego ojczym, 73-letni Christian Geissler, stali na ponurej klatce schodowej, pukając do drzwi mieszkania numer 3. Przybyli w poszukiwaniu ostatnich znanych dzieł sztuki Brunona Schulza, przez dziesięciolecia ukrytych za żelazną kurtyną w trzypiętrowym budynku w Drohobyczu, niedaleko ukraińsko-polskiej granicy. Willa, zbudowana na zamówienie rodziny Jochmanów, przed drugą wojną światową mieściła komisariat policji, a w czasie wojny stała się domem gestapowca Felixa Landaua. (Przed wojną miała adres ul. Jana 12, po wojnie - ul. Tarnowskiego 14). Kiedy rejon Drohobycza włączono po wojnie do Ukraińskiej SRR, willę Landaua (jak ją od tamtego czasu nazywano) podzielono na pięć mieszkań. Jej surowe, szare mury i dach ze strzelistymi szczytami budziły skojarzenie z bajkowym zamkiem.
Geisslerów przywiodła do Drohobycza nie ciekawość, lecz potrzeba pokuty. Christian Geissler był synem "zdeklarowanego nazisty" (tak określał go Benjamin Geissler), który zginął na froncie wschodnim w okolicach Poznania. To dziedzictwo bardzo Christianowi ciążyło[2]. Jego pierwsza powieść nosiła w angielskim przekładzie tytuł The Sins of the Fathers (Grzechy ojców; w Polsce ukazała się pod tytułem Zgłaszam interpelację). W młodości był członkiem zaangażowanej lewicy katolickiej i ostrym krytykiem niesprawiedliwości społecznej, pod koniec lat 60. został komunistą, a w latach 70. i 80. przyjął radykalnie antyimperialistyczne poglądy i znalazł się w gronie sympatyków lewicowej organizacji terrorystycznej Frakcja Czerwonej Armii. Filmy dokumentalne zaczął kręcić w 1969 roku. Benjamin Geissler przyszedł na świat w 1964 roku w Ohrbeck i należał do zupełnie innego, młodszego pokolenia Niemców, które - mówiąc słowami kanclerza Helmuta Kohla - "doznało łaski późnego urodzenia". (Położone w Dolnej Saksonii Ohrbeck było od stycznia 1944 do kwietnia 1945 roku siedzibą prowadzonego przez Gestapo obozu pracy przymusowej).
Christian żywił fascynację postacią Brunona Schulza, odkąd jesienią 1961 roku przeczytał niemieckie wydanie Sklepów cynamonowych. Wiosną 1992 roku odwiedził wystawę rysunków Schulza w Monachium i z jej katalogu dowiedział się o zaginionych freskach artysty, jego ostatnich znanych dziełach. W maju 1999 roku zaproponował swojemu pasierbowi wspólne nakręcenie filmu dokumentalnego o tych malowidłach. "Stary będzie chodził od drzwi do drzwi - oznajmił Benjaminowi - a młody będzie filmował". Benjamin i jego żona nadali później swojemu dziecku imię Bruno.
Pierwszą podróż do Drohobycza Geisslerowie odbyli w grudniu 2000 roku. Po dwóch latach prywatnego śledztwa wiedzieli już, że spiżarnia w mieszkaniu na pierwszym piętrze willi przy ulicy Tarnowskiego była kiedyś bawialnią dwojga dzieci Felixa Landaua. Nawiązali kontakt z byłym uczniem Schulza, 78-letnim wówczas Alfredem Schreyerem, który przeżył pobyt w dwóch obozach koncentracyjnych - w Płaszowie i Buchenwaldzie. Powiedział im, że wrodzony talent muzyczny oraz umiejętności plastyczne zdobyte na lekcjach Schulza niejeden raz ocaliły mu życie w obozach. Na początku XXI wieku Schreyer był w Drohobyczu ostatnim Żydem urodzonym przed drugą wojną światową. "Urodziłem się w Drohobyczu - powiedział w wywiadzie - w tym, wówczas, polskim mieście. Uczęszczałem do polskiej szkoły. W domu mówiono tylko po polsku. Wychowany byłem w duchu polskiego patriotyzmu. Zawsze poczuwałem się, poczuwam się i zapewniam, że do ostatniego dnia poczuwać się będę do polskości"[3].
Schreyer doprowadził Geisslerów do Apolonii Klügler, byłej urzędniczki pocztowej, której mąż Artek studiował z Schulzem. Klügler pomogła im nawiązać kontakt z Władimirem Protasowem, synem wysokiego oficera wojskowego, tuż po wojnie zamieszkałego w willi Landaua. Protasow ujawnił, że na własne oczy widział polichromie Schulza w pomieszczeniu, którego używał jako ciemni fotograficznej, i wskazał jego usytuowanie na planie mieszkania.
Dwa miesiące później, 3 lutego 2001 roku, Geisslerowie pokonali swoim Volkswagenem trasę z Hamburga przez Lwów do Drohobycza. Christian celowo wytyczył ją tak, by przebiegała przez miejsca lokalizacji dawnych obozów koncentracyjnych i pracy: Neuengamme, Oranienburg, Rogoźnicę (niem. Groß Rosen), Sosnowiec, Kraków (Płaszów) i Józefów. Po przybyciu do Drohobycza spotkali się z polskim operatorem dźwięku, Markiem Śląskim, oraz Jurkiem Prochaśką, tłumaczem i ich przewodnikiem. Urodzony na zachodzie Ukrainy Prochaśko, człowiek gruntownie wykształcony, praktykujący psychoanalityk, uważał pracę z Geisslerami za zlecenie marzeń. W wieku dwunastu lat zachwycił się dziełami Schulza z biblioteczki rodziców i samodzielnie nauczył języka polskiego podczas ich lektury. W czasie studiów uniwersyteckich trafił w magazynie literackim na ukraiński przekład opowiadań Schulza i uznał je za objawienie.
W drzwiach mieszkania w willi Landaua stanęła Nadieżda Kałużna, niska i tęga kobieta w znoszonym fartuchu narzuconym na luźną podomkę o postrzępionych brzegach. Alfred Schreyer przedstawił siebie i Geisslerów. Gospodyni przez grube szkła okularów otaksowała wzrokiem nieproszonych gości i niechętnie wpuściła ich do środka. Myślami była gdzie indziej - przy wciąż opłakiwanym synu, który niewiele wcześniej zmarł w wieku 50 lat z powodu zatoru tętnicy, a także przy chorującym na raka mężu Nikołaju, przykutym do łóżka i wymagającym ciągłej opieki 79-latku. Sędziwe małżeństwo zajmowało ponure mieszkanie w willi od 44 lat. Nikołaj był weteranem drugiej wojny światowej, zmobilizowanym do walki z Niemcami pod Stalingradem. Pochodząca z radzieckiej części Ukrainy para została przesiedlona do Drohobycza w ramach powojennej sowietyzacji zajętych terenów. W przeciwieństwie do dwóch córek, Larysy i Nadii, Kałużni nie byli nawykli do odwiedzin. Nadieżda od razu zawstydziła się nędznych warunków mieszkaniowych. "Żyjemy tu jak żebracy" - powiedziała.
Na wzmiankę o Schulzu gospodyni splotła gruzłowate palce na piersi. Wytłumaczyła Geisslerom, że polscy badacze już kilkadziesiąt lat wcześniej nadaremno szukali jego malowideł. "Zadawali mnóstwo pytań, zdrapywali farbę ze ścian, ale nic nie znaleźli". (W 1965 roku największy polski znawca Schulza, Jerzy Ficowski, szukał fresków w tym właśnie mieszkaniu). "Zupełnie nic - dodała. - Nie ma ich tutaj. Jak mogłyby się tu uchować?"
Mimo to Geisslerowie i Schreyer stłoczyli się w ciasnej spiżarni (240 cm długości na 180 cm szerokości), z pojedynczym oknem na ścianie przeciwległej do wejścia. W mroku przywodzącym na myśl katakumby, za półkami uginającymi się pod ciężarem garnków, sit i na wpół zapomnianych słojów z przetworami, za pękami czosnku, pod zaciekami pleśni, ich oczy wypatrzyły nikłe, ale rozpoznawalne zarysy postaci. Ojciec i syn wyglądali tak, jakby praktykowali muromancję, tajemną sztukę odczytywania znaków na ścianie. Przez chwilę milczeli przejęci.
"Nic tu nie widzę - powiedziała Kałużna, przecierając grube okulary. - Prawie nic". A po chwili, spoglądając ponownie: "Dzięki Bogu znaleźliście je. Niech wam Bóg dopomoże".
"To cud" - oznajmił Alfred Schreyer drżącym z emocji głosem.
Christian Geissler wspomina, w jak wielkie osłupienie wprawił go widok obrazów Schulza ukrytych "w cieniu upokorzenia" (In den Schatten einer Erniedrigung). Przywołując wers Paula Celana, opowiada, że czuli się jak świadkowie spotkania Schulza ze śmiercią - "mistrzem z Niemiec".
Nie był to pierwszy przypadek nieoczekiwanego wydobycia sztuki Schulza na światło dzienne. W czerwcu 1957 roku niewielkie prywatne muzeum w Izraelu otrzymało w darze nieznany wcześniej rysunek Schulza, wykonany w 1935 roku, przedstawiający trzy postacie. Jedynym śladem jego pochodzenia była odbita na odwrocie pieczęć z napisem: "Dr Michał Chajes, Adwokat"[4]. Do dziś nie wiadomo, kiedy i gdzie Chajes wszedł w posiadanie rysunku ani dlaczego urodzony w Drohobyczu prawnik wysłał go do Izraela - kraju, którego nigdy nie odwiedził.
W 1986 roku ujawniono istnienie paczki zawierającej ponad 70 rysunków Schulza (oraz szkicownik, w którym 15-letni artysta rysował clownów, urwisów w cylindrach i cyrkowych atletów). W czasie wojny Schulz powierzył te prace Zbigniewowi Moroniowi, nauczycielowi matematyki w drohobyckim gimnazjum, w którym sam uczył. Moroń twierdził, że zostały zniszczone, kiedy naziści plądrowali jego dom w 1945 roku. Spadkobiercy nauczyciela odnaleźli je w Gdańsku, w starej, sfatygowanej walizce, i sprzedali Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie[5].
Wreszcie jedyny zachowany obraz Schulza, Spotkanie z 1920 roku, pojawił się w tajemniczych okolicznościach na aukcji w Łodzi w marcu 1992 roku. On również trafił do Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza[6].
Spośród wszystkich tych odkryć to jednak przywrócenie do życia malowideł ściennych przedstawiających postacie z baśni - jak ponowne otwarcie oczu przez Królewnę Śnieżkę - miały wzbudzić największą sensację.
"JAKO NIEMIEC"
BIBLIOTEKA W DROHOBYCZU, UL. TARASA SZEWCZENKI, 16 LUTEGO 2001
Benjamin Geissler o odkryciu malowideł niezwłocznie powiadomił burmistrza Drohobycza Ołeksego Radzijewskiego, ukraińskiego ministra kultury Bohdana Stupkę, polskiego podsekretarza stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego Stanisława Żurowskiego, niemieckiego sekretarza kultury Michaela Naumanna, schulzologa Jerzego Ficowskiego, Michaela Krügera z wydawnictwa Hanser Verlag, które publikowało dzieła Schulza po niemiecku, a także przedstawicieli Instytutu Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu (Jad Waszem) w Jerozolimie. Ci ostatni zareagowali natychmiast słowami: "Czy ktoś w ogóle zagląda do Drohobycza? A w Jad Waszem mamy dwa miliony odwiedzających rocznie".
Tydzień po dokonaniu odkrycia, wieczorem 16 lutego, Benjamin Geissler zwołał poufne spotkanie w bibliotece w Drohobyczu - w tym samym pomieszczeniu, w którym Bruno Schulz sortował książki na rozkaz niemieckich okupantów. Dyskutowano o tym, jak odrestaurować polichromie, zabezpieczyć je przed kradzieżą, wypłacić rekompensatę Kałużnym i znaleźć im inne lokum. W rozmowie uczestniczyli: były uczeń Schulza Alfred Schreyer, troje znawców sztuki - Agnieszka Kijowska i Marek Wojciech Chmurzyński z Polski oraz Borys Woźnicki z Ukrainy, drohobycki urzędnik odpowiedzialny za sprawy kultury Michaił Michacz, asystent Geisslerów Jurko Prochaśko, tłumacz Roman Dubasiewicz oraz polski konsul we Lwowie Krzysztof Sawicki. Ten ostatni dwie dekady wcześniej obronił na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim pracę magisterską poświęconą Schulzowi. Teraz przybrał wobec Geisslera napastliwy ton: "Jako Niemiec ma pan najmniejsze prawo do tej spuścizny". Nagranie audio spotkania zostało później przekazane ukraińskiej prokuraturze.
PENTIMENTO
WILLA LANDAUA, DROHOBYCZ, 17 LUTEGO 2001
Następnego dnia, 17 lutego, polsko-ukraiński zespół ekspertów sztuki stłoczył się w ciasnej spiżarni mieszkania Kałużnych i rozpoczął niespieszne usuwanie warstw farby w celu odsłonięcia znajdujących się pod spodem śladów pędzla Schulza. W skład zespołu wchodzili: Wojciech Chmurzyński, znawca sztuki Schulza i były dyrektor wydziału sztuki Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza (gdzie był kuratorem dużej wystawy Schulza w 1992 roku), Borys Woźnicki, ukraiński historyk sztuki i dyrektor Lwowskiej Galerii Sztuki (od 1962 roku), oraz Agnieszka Kijowska, konserwatorka sztuki z Muzeum Narodowego w Warszawie, specjalistka od malowideł ściennych[7]. Wcześniej Kijowska należała do zespołu, który zastosował nowoczesne techniki (takie jak rentgenowska spektroskopia fluorescencyjna i ablacja laserowa) do odnawiania zdobień malarskich stworzonych między VII a XIV wiekiem w kościołach w Nubii (krainie historycznej leżącej na dzisiejszych terytoriach południowego Egiptu i północnego Sudanu). Kilka tygodni przed przyjazdem do Drohobycza była w Egipcie, gdzie restaurowała malowidła w krypcie faraona.
Kijowska uniosła wzrok i dostrzegła pierwsze zarysy malowideł Schulza. Wydawało jej się, że blade postacie nabierają plastyczności. Była świadkiem cudownego pentimenta (to słowo wywodzące się od włoskiego pentirsi, żałować), czyli wyłaniania się oryginalnego obrazu spod nałożonych później warstw - w tym przypadku zamalowanego nie rękami samego artysty, lecz innych osób. Po chwili trwożliwego milczenia Kijowska powiedziała:
- Panie Wojciechu... tu widać małą twarz.
- To cudowne! - odparł Chmurzyński. - O mój Boże! To typowe dla niego. O mój Boże! Czyż nie? To przypomina jego autoportrety. O mój Boże!
[Kijowska roześmiała się z zachwytu].
- To jest to! - dodał Chmurzyński.
"Nie ma materii martwej - mówi narrator w jednym z opowiadań Schulza - martwota jest jedynie pozorem, za którym ukrywają się nieznane formy życia"[8].
Tego samego dnia ujawniona przez Sawickiego informacja o odkryciu malowideł trafiła na pierwszą stronę prawicowego dziennika "Życie". Według Jurka Prochaśki Nadieżda Kałużna poprosiła, żeby z uwagi na jej wiek nie nadawać sprawie rozgłosu, a Benjamin Geissler obiecał dyskrecję. Sawicki nadużył zaufania Geisslera i poinformował prasę. Niedługo potem pod drzwiami Kałużnych zaczęli gromadzić się dziennikarze.
"To mieszkanie prywatne, należy do nas, możemy tu robić, co chcemy - oświadczyła Kałużna wysłannikowi "Guardiana". - Nikt nam nie powiedział, że te malowidła są cenne. To zresztą żadne malowidła, tylko plamy na ścianie. Co innego, gdyby to były jakieś freski, Michał Anioł czy coś".
"Znaliśmy historię tego domu - powiedziała innemu reporterowi. - Wiedzieliśmy, że ten potwór z Gestapo [Felix Landau] strzelał do ludzi z balkonu, ale kto by pomyślał, że nie będziemy mieli spokoju z powodu jakichś starych plam na ścianie?"[9] Jej mąż Nikołaj zagroził, że "potraktuje siekierą" malowidła w spiżarni, jeśli dziennikarze nie dadzą jego rodzinie "świętego spokoju".
MUZEUM W DOMU KATA?
RATUSZ W DROHOBYCZU, 19 LUTEGO
Benjamin Geissler miał przeczucie, że są ludzie, których stać na wiele, by położyć rękę na tych "starych plamach". Napisał więc list do burmistrza Ołeksego Radzijewskiego, w którym zgłosił prawa autorskie do wizerunków malowideł oraz domagał się uniemożliwienia osobom nienależącym do zespołu eksperckiego, w tym zwłaszcza ekipom telewizyjnym, dostępu do mieszkania Kałużnych.
W dniu 19 lutego Geissler spotkał się z burmistrzem w ratuszu i osobiście wręczył mu pismo. W spotkaniu udział wzięli także Christian Geissler, Alfred Schreyer, Michaił Michacz i zastępca burmistrza Taras Metyk. Burmistrz oznajmił Geisslerom:
Rada miejska Drohobycza z zadowoleniem przyjmuje prace nad filmem o poszukiwaniu obrazów. Szczególną radość sprawiły nam pierwsze efekty tego przedsięwzięcia, czyli odnalezienie malowideł pochodzącego z naszego miasta światowej sławy pisarza i malarza Brunona Schulza. Eksperci szukali tych wyjątkowych dzieł sztuki od czasu zakończenia drugiej wojny światowej. Mamy nadzieję, że współpraca między nami będzie się dobrze układała. Z jednej strony mam na myśli pomyślny przebieg prac nad państwa filmem, a z drugiej upamiętnienie postaci Brunona Schulza w willi Landaua. Ponieważ w budżecie miasta nie ma pieniędzy na realizację przedsięwzięcia tej skali, bardzo proszę o podjęcie za granicą starań o pozyskanie odpowiednich środków.
Na koniec burmistrz zapewnił, że malowidła Schulza będą chronione w miejscu ich ujawnienia, i zasugerował zaplombowanie pomieszczenia ze względów bezpieczeństwa. Benjamin Geissler odparł, że byłoby to niewłaściwe, skoro Kałużni wciąż mają tam spiżarnię.
Następnego dnia Geisslerowie wyjechali do Hamburga. Po drodze zatrzymali się w Krakowie i opowiedzieli o swoim odkryciu Jerzemu Jarzębskiemu, wielkiemu znawcy Schulza. Po powrocie do domu Benjamin Geissler zaczął szukać pieniędzy na przeniesienie mieszkańców willi Landaua i przekształcenie budynku w ośrodek pojednania oraz muzeum Brunona Schulza. "Nie chodzi tylko o muzeum, lecz także o miejsce spotkań - mówił - gdzie można by oddawać się kontemplacji, rozmawiać albo po prostu milczeć".
Szukając źródeł finansowania, zadzwonił do Matthiasa Butha, przewodniczącego Federalnej Komisji ds. Kultury i Mediów w Bonn. Buth powiedział, że choć rząd Niemiec uznaje swoje moralne zobowiązanie do pomocy w tej sprawie, ewentualne działania może podjąć dopiero po otrzymaniu oficjalnej prośby ze strony Ukrainy i Polski, najlepiej na szczeblu ministerialnym. Geissler skontaktował się następnie z Josephem H. Dombergerem, przedsiębiorcą budowlanym z Monachium i honorowym prezesem organizacji B'nai B'rith Europe, który zgodził się pokryć koszty utworzenia muzeum Schulza. Domberger urodził się w Drohobyczu w 1926 roku i mieszkał w tym mieście do 13 roku życia. Geissler poprosił Borysa Woźnickiego, by na początku czerwca spotkał się w Drohobyczu z potencjalnym donatorem.
23 lutego Geissler skontaktował się z 87-letnim niemieckim przemysłowcem Bertholdem Beitzem. Przed laty był on doradcą Konrada Adenauera, a później prezesem Fundacji Kruppa, jednej z najważniejszych instytucji dobroczynnych w Niemczech, mieszczącej się w Willi Hügel w Essen. "Początkowo był bardzo zainteresowany" - powiedział mi Geissler. Filmowiec wiedział o tym, że Beitz ma osobisty stosunek do sprawy. W czasie niemieckiej okupacji został oddelegowany do nadzorowania Karpackiej Spółki Naftowej w Borysławiu, mieście położonym niedaleko Drohobycza. W sierpniu 1942 roku uratował 250 Żydów z transportu do Bełżca, wciągając ich na listę "specjalistów petrochemicznych" - niezbędnych dla funkcjonowania przemysłu. Ostrzegał też miejscowych Żydów przed obławami, wydawał fałszywe pozwolenia na pracę i razem z żoną Else ukrywał ich w swoim domu[10].
Władysław Panas, znakomity schulzolog z Lublina, miał wątpliwości, czy utworzenie muzeum Schulza "w domu kata" nie byłoby w złym guście. Niemniej według Anne Webber, przedstawicielki Europejskiej Rady Gmin Żydowskich oraz Komisji ds. Zrabowanych Dzieł Sztuki w Europie, "planowane muzeum stwarzałoby idealną okazję do wzmacniania świadomości mieszkańców Ukrainy i innych krajów co do wojennych losów ludności żydowskiej oraz przyczyniałoby się do budowy relacji między Żydami a lokalnymi społecznościami"[11]. "Schulz jest dla nas ikoną, postacią kultową" - powiedział z kolei Andrij Pawłyszyn, ukraiński tłumacz Schulza i redaktor ukazującego się we Lwowie magazynu kulturalnego:
Dlatego wszystko, co dzieje się w Drohobyczu, jest dla nas bardzo ważne z emocjonalnego punktu widzenia. [...] Benjamin Geissler od pierwszego kroku tutaj zamierzał działać legalnie, w koordynacji ze wszystkimi zainteresowanymi i w sposób najbardziej korzystny dla narodu ukraińskiego i naszego międzynarodowego wizerunku. [...] Zgodnie z planem po odrestaurowaniu malowideł zamierzano utworzyć muzeum Schulza w Drohobyczu, miejscu jego narodzin, [...] mateczniku wielkiej kultury środkowoeuropejskiej, do której my, Ukraińcy, przynależymy jako niezwykle istotny żywioł! Niemniej muzeum to nie powinno być martwym zbiorem obrazów czy artefaktów, lecz miejscem żywej komunikacji, ośrodkiem jedności, w którym mieszkańcy Drohobycza mogliby dowiedzieć się czegoś o odległym świecie, a przybysze z dalekich stron dowiedzieć się czegoś o Drohobyczu.
Kilka miesięcy po odkryciu fresków Jerzy Ficowski, autor wprowadzenia do sztandarowego wydania dzieł Schulza opublikowanego przez Bibliotekę Narodową oraz jeden z redaktorów czterystustronicowego Słownika Schulzowskiego[12], wygłosił na Uniwersytecie Hebrajskim wykład dotyczący literatury polskiej (w tym Schulza). Opowiedział mi wtedy o wizji muzeum:
Może to było naiwne, ale mieliśmy najlepsze intencje. Malowidła miały odgrywać w tym bardzo ważną rolę, gdyż były to jedyne prace Schulza, których los nie rzucił poza Drohobycz. Ponieważ nasi ukraińscy gospodarze uczynili mnie przewodniczącym Rady Naukowej Muzeum Schulza, początkowo zaprojektowałem je w postaci nie tyle repozytorium pamiątek po pisarzu, co ośrodka badawczego, którego obszarem działalności miał być cały Drohobycz, związane z Schulzem miejsca w tym mieście, a sam rdzeń ekspozycji miały stanowić malowidła. [...] Wszystko to miało powstać pod warunkiem, że dzieła Schulza nie zostaną zerwane ze ściany i wywiezione za granicę.
A to właśnie miało się wydarzyć.
Bruno Schulz napisał kiedyś: "Węzeł, na który dusza została zasupłana, nie jest fałszywym węzłem, rozchodzącym się za pociągnięciem końca. Przeciwnie, coraz ciaśniej się zwęźla. Manipulujemy przy nim, śledzimy bieg nici, szukamy końca i z tych manipulacyj powstaje sztuka"[13]. Sprzeczne ze sobą roszczenia, które ujawniły się tak wiele lat po śmierci artysty, przypominają właśnie końce odrębnych nici sięgających daleko wstecz w biografię Schulza.