Bruno Schulz. O artyście, jego zabójcy i uprowadzeniu historii - Benjamin Balint

Kup ebooka

49.99 zł
43.98 zł (49,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Bruno Schulz na schodach swego domu w Drohobyczu, 1933 (fot. Bertold Schenkelbach)

 
 
 

Dla Idy

 
 
PROLOG

Niekompletne malowidła ścienne, które zobaczyłem tamtego ranka w muzeum Holokaustu Jad Waszem w Jerozolimie, wydawały się nietrwałe i wieczne zarazem. Artysta, pozbawiony formalnego wykształcenia malarskiego, zastosował technikę fresco secco (fresku suchego), kładąc farby bezpośrednio na tynk i tworząc fantazyjne postacie zatrzymane w świetlistym bezruchu. Technika ta pozwala na bezpośredniość malarskiego gestu. Choć upływ czasu odebrał głos bajkowym scenom namalowanym w 1942 roku, nawet dzisiaj, po 80 latach, mogłem niewprawnym okiem dostrzec w pociągnięciach pędzla ślady życia, wciąż obecne świadectwo dawnej pasji. Rozmyte kontury malowideł sprzyjają kontemplacji i domagają się współudziału w tworzeniu, zachęcają do spekulacji, wypełniania brakujących fragmentów. Wpadają nie tyle w oko, co w umysł.

Oto niedokończony fragment przedstawiający olśniewającą Królewnę Śnieżkę ubraną w kuszący strój, otoczoną przez krasnoludki w czerwonych czapkach. W nadszarpniętej zębem czasu twarzy jednego z nich można dostrzec podobieństwo do ojca artysty, Jakuba Schulza. Na innym obrazie widać dwa imponujące rumaki ciągnące w nieznaną dal barwny powóz na klekoczących kołach. Konie, gotowe w każdej chwili ruszyć cwałem, stają dęba z przednimi nogami zawieszonymi w powietrzu, gdy czujny, dumny woźnica w niebieskim hełmie kiełzna je pewną ręką, ciągnie za lejce w pozie przywodzącej na myśl jeźdźca rydwanów. To sam malarz na swoim ostatnim autoportrecie, będącym zarazem ostatecznym aktem oporu artysty skazanego na zatracenie, oporu wobec próby zatarcia jego indywidualności.

Przez całe życie rysował konne powozy przemierzające mrok. Kiedyś w liście do przyjaciela tak pisał o swoich najwcześniejszych próbach:

 

Jeszcze nie umiałem mówić, gdy pokrywałem już wszystkie papiery i brzegi gazet gryzmołami, które wzbudzały uwagę otoczenia. Były to z początku same powozy z końmi. Proceder jazdy powozem wydawał mi się pełen wagi i utajonej symboliki. Około szóstego, siódmego roku życia powracał w moich rysunkach wciąż na nowo obraz dorożki z nastawioną budą, płonącymi latarniami, wyjeżdżającej z nocnego lasu. Obraz ten należy do żelaznego kapitału mojej fantazji [...]. Do dziś dnia nie wyczerpałem jego metafizycznej zawartości[1].

 

W czasie Holokaustu Bruno Schulz, polski artysta i pisarz żydowskiego pochodzenia, został zmuszony przez nazistów do udekorowania ścian pokoju dziecięcego w zajętej przez SS willi w Drohobyczu. Na długo przed wybuchem wojny Schulz rysował niepokojące sceny o masochistycznym wydźwięku, przedstawiające mężczyzn pełzających u stóp kobiet. I to te rysunki przesądziły o jego losie. Zainteresowały - wychowanego przez żydowskiego ojczyma - oficera SS i sadystę. Ten człowiek stał się w Drohobyczu "diabłem stróżem" Schulza. W tej niełatwej relacji sztuka była walutą, za którą artysta kupował kolejne dni życia.

Bruno Schulz, Bianka z ojcem w powozie (ok. 1936), ilustracja do książki Sanatorium pod klepsydrą (źródło: Jad Waszem)

 

Kiedy stałem przed jego malowidłami w Jad Waszem, nie mogłem nie wyobrażać sobie artysty wyzutego z sił witalnych, zmuszonego do schlebiania fantazjom swego pana, lawirowania między Lebensraum a Todesraum (przestrzenią życia i przestrzenią śmierci), któremu co chwila przypominano o żałosnym statusie więźnia wroga chcącego go odczłowieczyć. Zastanawiałem się, czy odmalował na nich swoje pragnienie odzyskania kontroli nad opowieścią o własnym życiu, odzyskania godności. (Jednym z terminów w nazistowskim słowniku nienawiści wobec Żydów było słowo entwürdigen - poniżać, hańbić - samo w sobie będące aktem przemocy wobec ludzkiej godności). "Już z natury nie jestem stworzony na to - pisał o sobie Schulz - żeby stawiać opór, sprzeciwiać się, przeciwstawiać się czyjejś woli. Nie posiadam tej siły przekonania, tej ciasnej wiary w słuszność mej sprawy, która jest do tego potrzebna"[2]. O ile jednak jego sztuka stworzona wcześniej, kiedy miał pełną swobodę korzystania z własnej wyobraźni, była wyrazem uległości, o tyle obrazy namalowane w sytuacji skrajnego ucisku świadczą o niezachwianym poczuciu wolności. Czy był w stanie kontrolować pociągnięcia pędzlem, nie pozwalając, by strach zwiódł jego palce? Czy potrafił zachować godność, a nawet dopuścić się nieposłuszeństwa?

Kula wystrzelona w listopadzie 1942 roku odebrała Schulzowi życie, ale nie zakończyła jego historii. Niemal 60 lat po zabójstwie stworzone przez niego malowidła ścienne - świadkowie ludzkiego okrucieństwa - zostały w cudowny sposób odnalezione. Kilka miesięcy później izraelscy agenci posługujący się przekupstwem, technikami szpiegowskimi i immunitetem dyplomatycznym odłupali malowidła od ścian willi i potajemnie wywieźli ich fragmenty do Jad Waszem - bodaj jedynego muzeum na świecie, dla którego nakaz pielęgnowania pamięci jest imperatywem narodowym i religijnym zarazem. Wywołany tym międzynarodowy skandal i wejście na teren rywalizacji martyrologicznej przywróciły zainteresowanie życiem Schulza i trafiły w samo sedno żydowskiej i europejskiej pamięci o Holokauście (pokazując, jak Zagłada może stać się przedmiotem Realpolitik) oraz dyskusji o politycznych konsekwencjach tego, kto sprawuje kontrolę nad spuścizną historyczną.

Niniejsza książka jest próbą podążenia za tymi malowidłami - ostatnimi śladami zaginionego świata - ku wielu wymiarom życia doczesnego i pośmiertnego Brunona Schulza, opartą na najnowszych ustaleniach badaczy, kwerendzie archiwalnej, wywiadach (przeprowadzonych w Polsce, Ukrainie i Izraelu) oraz rozproszonych listach i wspomnieniach.

* * *

Schulz urodził się jako obywatel Austrii, przeżył życie jako Polak i zginął jako Żyd. Jego ziemska wędrówka zaczęła się pod austro-węgierskim sztandarem z dwugłowym orłem, a zakończyła pod hańbiącym, ludobójczym panowaniem nazistowskich okupantów. Przyszedł na świat jako poddany monarchii habsburskiej, po czym bez zmiany miejsca zamieszkania stawał się obywatelem Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej (od listopada 1918 do lipca 1919 roku), Drugiej Rzeczypospolitej (w latach 1919-1939), ZSRR (od września 1939 do lipca 1940 roku), a w końcu Trzeciej Rzeszy. Nawiązując jednak do jego własnej metafory, można powiedzieć, że przez całe życie był przede wszystkim obywatelem republiki marzeń.

Kartograf tej republiki był jednocześnie utalentowanym grafikiem i mistrzem XX-wiecznej fantazyjnej prozy, wielkim pisarzem, który odwzorowywał pełne niepokoju dylematy swoich czasów, który używał języka polskiego tak rozrzutnie, jakby sam go tworzył - albo nawet tak, jakby został on specjalnie dla niego wymyślony. On sam mógłby powiedzieć, że impulsem do narodzin jego wielozmysłowej prozy było "wieszcze tknięcie palca bożego"[3]. Niewykluczone, że to najpiękniejsza proza, jaka kiedykolwiek powstała w języku polskim. Typowe dzieła modernizmu - Ulisses Joyce'a, W poszukiwaniu straconego czasu Prousta czy Człowiek bez właściwości Musila - imponują objętością. Tymczasem reputacja literacka Schulza opiera się na dwóch skromnych tomach (zawierających w sumie około 30 opowiadań): Sklepach cynamonowych (1934) i Sanatorium pod Klepsydrą (1937). Wysmakowany dobór słów połączony z niewyczerpaną inwencją sprawiają jednak, że jego twórczość nie poddaje się ograniczeniom chronologii. Opowieści Schulza, na przemian klaustrofobiczne i bezkresnie przestrzenne, są zaludnione przedziwnymi postaciami śniącymi gorączkowe sny, poruszającymi się w labiryntach uliczek, zagubionymi w czasie, który zatacza kręgi i wiruje. Sięgając ponownie po jego własne słowa, można powiedzieć, że twórczość Schulza była "ogromnym, kolorowym i wspaniałym bluźnierstwem"[4]. To bluźnierstwo uczyniło z niego otaczanego czcią opiekuńczego ducha dla całych zastępów bardziej znanych pisarzy, takich jak Philip Roth, Cynthia Ozick, Nicole Krauss, Jonathan Safran Foer, Dawid Grossman czy polscy nobliści Czesław Miłosz i Olga Tokarczuk. Każdy z nich odczuwał głębokie powinowactwo z jego wielowymiarową prozą oraz krążącymi w niej motywami. Pospołu z filmowcami i aktorami wysnuwali z prywatnej mitologii Schulza własne historie[5]. Proza Schulza została dotąd przetłumaczona na 45 języków. Traktowany dziś jak gwiazdor artysta z Drohobycza miał jednak nigdy nie posmakować międzynarodowego sukcesu, nie spodziewał się życia pozagrobowego w twórczości innych malarzy i pisarzy, nie podejrzewał nawet, że potomność konsekruje go do postaci mitu. Zabito go, zanim zdołał w pełni wyartykułować to, co miał do powiedzenia. Isaac Bashevis Singer - urodzony w Polsce, a tworzący w jidysz - stwierdził: "Gdyby Schulzowi było dane dożyć starości, mógłby obdarować nas niewypowiedzianymi skarbami, jednak to, co osiągnął w swoim krótkim życiu, wystarczy, by uznać go za jednego z najznakomitszych pisarzy wszech czasów".

Niniejsza książka jest próbą wyczarowania tajemnego przejścia do pełnego udręki życia tego wirtuoza języka i obrazu. Poprzez odtworzenie środowiska artysty na skrzyżowaniu kultury polskiej i żydowskiej oraz w punkcie styku sztuki, erotyki i przemocy, a także poprzez przywołanie jego absolutnie indywidualnych idiomów i obrazów stanowi akt odroczonego zadośćuczynienia, próbę odcyfrowania rozproszonych znaków, które nam zostawił, bez rzutowania naszych wyobrażeń na obraz przeszłości. W przestrzeni oddzielającej nas od Brunona Schulza przez długi czas działał mechanizm wymazywania wspomnień, który - jak powiedziałby francuski poeta René Char - miał ograbić zmarłego z jego własnej śmierci. Mechanizm ten uczynił zarówno z człowieka, jak i jego przesłania wymowny przykład Zagłady postrzeganej przez ideologiczne pryzmaty "urzędowej" pamięci, mającej przydawać jej dysponentom poczucia własnej wartości. Czy możliwe jest zadośćuczynienie za taką niegodziwość? Niniejsza książka daje wyraz nadziei, że tak, a jej założeniem jest odtworzenie zatartych szlaków pamięci łączących nas z Schulzem oraz zwrócenie na niego uwagi adekwatnej do formatu dzieła, które po sobie zostawił.

"W przeciwieństwie do biografii - pisał Schulz - w której człowiek pokazany jest w rozwoju, rozwinięty w szereg dynamiczny, w portrecie kontury fizjonomii zakreślone są z góry, od początku gotowe"[6]. W poszukiwaniu Brunona Schulza daje opis życia artysty, ze wszystkimi paradoksami i ograniczeniami, jakie ze sobą niesie. Warto jednak czytać tę książkę nie jak biografię, lecz jak portret właśnie - portret człowieka, który na swój własny sposób ujął wodze w dłonie i niczym jeździec rydwanu, w zupełnie niemożliwych okolicznościach, postanowił utorować sobie drogę do wolności. Być może odnalazł ją właśnie w triumfie własnej wyobraźni nad brutalnością rzeczywistości.

ROZDZIAŁ 1
MUROMANCJA
(LUTY 2001)

W jakiś sposób doznajemy głębokiej satysfakcji z tego rozluźnienia tkanki rzeczywistości, jesteśmy zainteresowani w tym bankructwie realności.

- BRUNO SCHULZ[1]

 
W POSZUKIWANIU SCHULZA
WILLA LANDAUA, DROHOBYCZ, UKRAINA, 9 LUTEGO 2001

Dwaj dokumentaliści filmowi z Hamburga, 37-letni Benjamin Geissler i jego ojczym, 73-letni Christian Geissler, stali na ponurej klatce schodowej, pukając do drzwi mieszkania numer 3. Przybyli w poszukiwaniu ostatnich znanych dzieł sztuki Brunona Schulza, przez dziesięciolecia ukrytych za żelazną kurtyną w trzypiętrowym budynku w Drohobyczu, niedaleko ukraińsko-polskiej granicy. Willa, zbudowana na zamówienie rodziny Jochmanów, przed drugą wojną światową mieściła komisariat policji, a w czasie wojny stała się domem gestapowca Felixa Landaua. (Przed wojną miała adres ul. Jana 12, po wojnie - ul. Tarnowskiego 14). Kiedy rejon Drohobycza włączono po wojnie do Ukraińskiej SRR, willę Landaua (jak ją od tamtego czasu nazywano) podzielono na pięć mieszkań. Jej surowe, szare mury i dach ze strzelistymi szczytami budziły skojarzenie z bajkowym zamkiem.

Geisslerów przywiodła do Drohobycza nie ciekawość, lecz potrzeba pokuty. Christian Geissler był synem "zdeklarowanego nazisty" (tak określał go Benjamin Geissler), który zginął na froncie wschodnim w okolicach Poznania. To dziedzictwo bardzo Christianowi ciążyło[2]. Jego pierwsza powieść nosiła w angielskim przekładzie tytuł The Sins of the Fathers (Grzechy ojców; w Polsce ukazała się pod tytułem Zgłaszam interpelację). W młodości był członkiem zaangażowanej lewicy katolickiej i ostrym krytykiem niesprawiedliwości społecznej, pod koniec lat 60. został komunistą, a w latach 70. i 80. przyjął radykalnie antyimperialistyczne poglądy i znalazł się w gronie sympatyków lewicowej organizacji terrorystycznej Frakcja Czerwonej Armii. Filmy dokumentalne zaczął kręcić w 1969 roku. Benjamin Geissler przyszedł na świat w 1964 roku w Ohrbeck i należał do zupełnie innego, młodszego pokolenia Niemców, które - mówiąc słowami kanclerza Helmuta Kohla - "doznało łaski późnego urodzenia". (Położone w Dolnej Saksonii Ohrbeck było od stycznia 1944 do kwietnia 1945 roku siedzibą prowadzonego przez Gestapo obozu pracy przymusowej).

Christian żywił fascynację postacią Brunona Schulza, odkąd jesienią 1961 roku przeczytał niemieckie wydanie Sklepów cynamonowych. Wiosną 1992 roku odwiedził wystawę rysunków Schulza w Monachium i z jej katalogu dowiedział się o zaginionych freskach artysty, jego ostatnich znanych dziełach. W maju 1999 roku zaproponował swojemu pasierbowi wspólne nakręcenie filmu dokumentalnego o tych malowidłach. "Stary będzie chodził od drzwi do drzwi - oznajmił Benjaminowi - a młody będzie filmował". Benjamin i jego żona nadali później swojemu dziecku imię Bruno.

Pierwszą podróż do Drohobycza Geisslerowie odbyli w grudniu 2000 roku. Po dwóch latach prywatnego śledztwa wiedzieli już, że spiżarnia w mieszkaniu na pierwszym piętrze willi przy ulicy Tarnowskiego była kiedyś bawialnią dwojga dzieci Felixa Landaua. Nawiązali kontakt z byłym uczniem Schulza, 78-letnim wówczas Alfredem Schreyerem, który przeżył pobyt w dwóch obozach koncentracyjnych - w Płaszowie i Buchenwaldzie. Powiedział im, że wrodzony talent muzyczny oraz umiejętności plastyczne zdobyte na lekcjach Schulza niejeden raz ocaliły mu życie w obozach. Na początku XXI wieku Schreyer był w Drohobyczu ostatnim Żydem urodzonym przed drugą wojną światową. "Urodziłem się w Drohobyczu - powiedział w wywiadzie - w tym, wówczas, polskim mieście. Uczęszczałem do polskiej szkoły. W domu mówiono tylko po polsku. Wychowany byłem w duchu polskiego patriotyzmu. Zawsze poczuwałem się, poczuwam się i zapewniam, że do ostatniego dnia poczuwać się będę do polskości"[3].

Schreyer doprowadził Geisslerów do Apolonii Klügler, byłej urzędniczki pocztowej, której mąż Artek studiował z Schulzem. Klügler pomogła im nawiązać kontakt z Władimirem Protasowem, synem wysokiego oficera wojskowego, tuż po wojnie zamieszkałego w willi Landaua. Protasow ujawnił, że na własne oczy widział polichromie Schulza w pomieszczeniu, którego używał jako ciemni fotograficznej, i wskazał jego usytuowanie na planie mieszkania.

Dwa miesiące później, 3 lutego 2001 roku, Geisslerowie pokonali swoim Volkswagenem trasę z Hamburga przez Lwów do Drohobycza. Christian celowo wytyczył ją tak, by przebiegała przez miejsca lokalizacji dawnych obozów koncentracyjnych i pracy: Neuengamme, Oranienburg, Rogoźnicę (niem. Groß Rosen), Sosnowiec, Kraków (Płaszów) i Józefów. Po przybyciu do Drohobycza spotkali się z polskim operatorem dźwięku, Markiem Śląskim, oraz Jurkiem Prochaśką, tłumaczem i ich przewodnikiem. Urodzony na zachodzie Ukrainy Prochaśko, człowiek gruntownie wykształcony, praktykujący psychoanalityk, uważał pracę z Geisslerami za zlecenie marzeń. W wieku dwunastu lat zachwycił się dziełami Schulza z biblioteczki rodziców i samodzielnie nauczył języka polskiego podczas ich lektury. W czasie studiów uniwersyteckich trafił w magazynie literackim na ukraiński przekład opowiadań Schulza i uznał je za objawienie.

W drzwiach mieszkania w willi Landaua stanęła Nadieżda Kałużna, niska i tęga kobieta w znoszonym fartuchu narzuconym na luźną podomkę o postrzępionych brzegach. Alfred Schreyer przedstawił siebie i Geisslerów. Gospodyni przez grube szkła okularów otaksowała wzrokiem nieproszonych gości i niechętnie wpuściła ich do środka. Myślami była gdzie indziej - przy wciąż opłakiwanym synu, który niewiele wcześniej zmarł w wieku 50 lat z powodu zatoru tętnicy, a także przy chorującym na raka mężu Nikołaju, przykutym do łóżka i wymagającym ciągłej opieki 79-latku. Sędziwe małżeństwo zajmowało ponure mieszkanie w willi od 44 lat. Nikołaj był weteranem drugiej wojny światowej, zmobilizowanym do walki z Niemcami pod Stalingradem. Pochodząca z radzieckiej części Ukrainy para została przesiedlona do Drohobycza w ramach powojennej sowietyzacji zajętych terenów. W przeciwieństwie do dwóch córek, Larysy i Nadii, Kałużni nie byli nawykli do odwiedzin. Nadieżda od razu zawstydziła się nędznych warunków mieszkaniowych. "Żyjemy tu jak żebracy" - powiedziała.

Na wzmiankę o Schulzu gospodyni splotła gruzłowate palce na piersi. Wytłumaczyła Geisslerom, że polscy badacze już kilkadziesiąt lat wcześniej nadaremno szukali jego malowideł. "Zadawali mnóstwo pytań, zdrapywali farbę ze ścian, ale nic nie znaleźli". (W 1965 roku największy polski znawca Schulza, Jerzy Ficowski, szukał fresków w tym właśnie mieszkaniu). "Zupełnie nic - dodała. - Nie ma ich tutaj. Jak mogłyby się tu uchować?"

Mimo to Geisslerowie i Schreyer stłoczyli się w ciasnej spiżarni (240 cm długości na 180 cm szerokości), z pojedynczym oknem na ścianie przeciwległej do wejścia. W mroku przywodzącym na myśl katakumby, za półkami uginającymi się pod ciężarem garnków, sit i na wpół zapomnianych słojów z przetworami, za pękami czosnku, pod zaciekami pleśni, ich oczy wypatrzyły nikłe, ale rozpoznawalne zarysy postaci. Ojciec i syn wyglądali tak, jakby praktykowali muromancję, tajemną sztukę odczytywania znaków na ścianie. Przez chwilę milczeli przejęci.

"Nic tu nie widzę - powiedziała Kałużna, przecierając grube okulary. - Prawie nic". A po chwili, spoglądając ponownie: "Dzięki Bogu znaleźliście je. Niech wam Bóg dopomoże".

"To cud" - oznajmił Alfred Schreyer drżącym z emocji głosem.

Christian Geissler wspomina, w jak wielkie osłupienie wprawił go widok obrazów Schulza ukrytych "w cieniu upokorzenia" (In den Schatten einer Erniedrigung). Przywołując wers Paula Celana, opowiada, że czuli się jak świadkowie spotkania Schulza ze śmiercią - "mistrzem z Niemiec".

Nie był to pierwszy przypadek nieoczekiwanego wydobycia sztuki Schulza na światło dzienne. W czerwcu 1957 roku niewielkie prywatne muzeum w Izraelu otrzymało w darze nieznany wcześniej rysunek Schulza, wykonany w 1935 roku, przedstawiający trzy postacie. Jedynym śladem jego pochodzenia była odbita na odwrocie pieczęć z napisem: "Dr Michał Chajes, Adwokat"[4]. Do dziś nie wiadomo, kiedy i gdzie Chajes wszedł w posiadanie rysunku ani dlaczego urodzony w Drohobyczu prawnik wysłał go do Izraela - kraju, którego nigdy nie odwiedził.

W 1986 roku ujawniono istnienie paczki zawierającej ponad 70 rysunków Schulza (oraz szkicownik, w którym 15-letni artysta rysował clownów, urwisów w cylindrach i cyrkowych atletów). W czasie wojny Schulz powierzył te prace Zbigniewowi Moroniowi, nauczycielowi matematyki w drohobyckim gimnazjum, w którym sam uczył. Moroń twierdził, że zostały zniszczone, kiedy naziści plądrowali jego dom w 1945 roku. Spadkobiercy nauczyciela odnaleźli je w Gdańsku, w starej, sfatygowanej walizce, i sprzedali Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie[5].

Wreszcie jedyny zachowany obraz Schulza, Spotkanie z 1920 roku, pojawił się w tajemniczych okolicznościach na aukcji w Łodzi w marcu 1992 roku. On również trafił do Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza[6].

Spośród wszystkich tych odkryć to jednak przywrócenie do życia malowideł ściennych przedstawiających postacie z baśni - jak ponowne otwarcie oczu przez Królewnę Śnieżkę - miały wzbudzić największą sensację.

"JAKO NIEMIEC"
BIBLIOTEKA W DROHOBYCZU, UL. TARASA SZEWCZENKI, 16 LUTEGO 2001

Benjamin Geissler o odkryciu malowideł niezwłocznie powiadomił burmistrza Drohobycza Ołeksego Radzijewskiego, ukraińskiego ministra kultury Bohdana Stupkę, polskiego podsekretarza stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego Stanisława Żurowskiego, niemieckiego sekretarza kultury Michaela Naumanna, schulzologa Jerzego Ficowskiego, Michaela Krügera z wydawnictwa Hanser Verlag, które publikowało dzieła Schulza po niemiecku, a także przedstawicieli Instytutu Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu (Jad Waszem) w Jerozolimie. Ci ostatni zareagowali natychmiast słowami: "Czy ktoś w ogóle zagląda do Drohobycza? A w Jad Waszem mamy dwa miliony odwiedzających rocznie".

Tydzień po dokonaniu odkrycia, wieczorem 16 lutego, Benjamin Geissler zwołał poufne spotkanie w bibliotece w Drohobyczu - w tym samym pomieszczeniu, w którym Bruno Schulz sortował książki na rozkaz niemieckich okupantów. Dyskutowano o tym, jak odrestaurować polichromie, zabezpieczyć je przed kradzieżą, wypłacić rekompensatę Kałużnym i znaleźć im inne lokum. W rozmowie uczestniczyli: były uczeń Schulza Alfred Schreyer, troje znawców sztuki - Agnieszka Kijowska i Marek Wojciech Chmurzyński z Polski oraz Borys Woźnicki z Ukrainy, drohobycki urzędnik odpowiedzialny za sprawy kultury Michaił Michacz, asystent Geisslerów Jurko Prochaśko, tłumacz Roman Dubasiewicz oraz polski konsul we Lwowie Krzysztof Sawicki. Ten ostatni dwie dekady wcześniej obronił na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim pracę magisterską poświęconą Schulzowi. Teraz przybrał wobec Geisslera napastliwy ton: "Jako Niemiec ma pan najmniejsze prawo do tej spuścizny". Nagranie audio spotkania zostało później przekazane ukraińskiej prokuraturze.

PENTIMENTO
WILLA LANDAUA, DROHOBYCZ, 17 LUTEGO 2001

Następnego dnia, 17 lutego, polsko-ukraiński zespół ekspertów sztuki stłoczył się w ciasnej spiżarni mieszkania Kałużnych i rozpoczął niespieszne usuwanie warstw farby w celu odsłonięcia znajdujących się pod spodem śladów pędzla Schulza. W skład zespołu wchodzili: Wojciech Chmurzyński, znawca sztuki Schulza i były dyrektor wydziału sztuki Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza (gdzie był kuratorem dużej wystawy Schulza w 1992 roku), Borys Woźnicki, ukraiński historyk sztuki i dyrektor Lwowskiej Galerii Sztuki (od 1962 roku), oraz Agnieszka Kijowska, konserwatorka sztuki z Muzeum Narodowego w Warszawie, specjalistka od malowideł ściennych[7]. Wcześniej Kijowska należała do zespołu, który zastosował nowoczesne techniki (takie jak rentgenowska spektroskopia fluorescencyjna i ablacja laserowa) do odnawiania zdobień malarskich stworzonych między VII a XIV wiekiem w kościołach w Nubii (krainie historycznej leżącej na dzisiejszych terytoriach południowego Egiptu i północnego Sudanu). Kilka tygodni przed przyjazdem do Drohobycza była w Egipcie, gdzie restaurowała malowidła w krypcie faraona.

Kijowska uniosła wzrok i dostrzegła pierwsze zarysy malowideł Schulza. Wydawało jej się, że blade postacie nabierają plastyczności. Była świadkiem cudownego pentimenta (to słowo wywodzące się od włoskiego pentirsi, żałować), czyli wyłaniania się oryginalnego obrazu spod nałożonych później warstw - w tym przypadku zamalowanego nie rękami samego artysty, lecz innych osób. Po chwili trwożliwego milczenia Kijowska powiedziała:

 

- Panie Wojciechu... tu widać małą twarz.

- To cudowne! - odparł Chmurzyński. - O mój Boże! To typowe dla niego. O mój Boże! Czyż nie? To przypomina jego autoportrety. O mój Boże!

[Kijowska roześmiała się z zachwytu].

- To jest to! - dodał Chmurzyński.

 

"Nie ma materii martwej - mówi narrator w jednym z opowiadań Schulza - martwota jest jedynie pozorem, za którym ukrywają się nieznane formy życia"[8].

Tego samego dnia ujawniona przez Sawickiego informacja o odkryciu malowideł trafiła na pierwszą stronę prawicowego dziennika "Życie". Według Jurka Prochaśki Nadieżda Kałużna poprosiła, żeby z uwagi na jej wiek nie nadawać sprawie rozgłosu, a Benjamin Geissler obiecał dyskrecję. Sawicki nadużył zaufania Geisslera i poinformował prasę. Niedługo potem pod drzwiami Kałużnych zaczęli gromadzić się dziennikarze.

"To mieszkanie prywatne, należy do nas, możemy tu robić, co chcemy - oświadczyła Kałużna wysłannikowi "Guardiana". - Nikt nam nie powiedział, że te malowidła są cenne. To zresztą żadne malowidła, tylko plamy na ścianie. Co innego, gdyby to były jakieś freski, Michał Anioł czy coś".

"Znaliśmy historię tego domu - powiedziała innemu reporterowi. - Wiedzieliśmy, że ten potwór z Gestapo [Felix Landau] strzelał do ludzi z balkonu, ale kto by pomyślał, że nie będziemy mieli spokoju z powodu jakichś starych plam na ścianie?"[9] Jej mąż Nikołaj zagroził, że "potraktuje siekierą" malowidła w spiżarni, jeśli dziennikarze nie dadzą jego rodzinie "świętego spokoju".

MUZEUM W DOMU KATA?
RATUSZ W DROHOBYCZU, 19 LUTEGO

Benjamin Geissler miał przeczucie, że są ludzie, których stać na wiele, by położyć rękę na tych "starych plamach". Napisał więc list do burmistrza Ołeksego Radzijewskiego, w którym zgłosił prawa autorskie do wizerunków malowideł oraz domagał się uniemożliwienia osobom nienależącym do zespołu eksperckiego, w tym zwłaszcza ekipom telewizyjnym, dostępu do mieszkania Kałużnych.

W dniu 19 lutego Geissler spotkał się z burmistrzem w ratuszu i osobiście wręczył mu pismo. W spotkaniu udział wzięli także Christian Geissler, Alfred Schreyer, Michaił Michacz i zastępca burmistrza Taras Metyk. Burmistrz oznajmił Geisslerom:

 

Rada miejska Drohobycza z zadowoleniem przyjmuje prace nad filmem o poszukiwaniu obrazów. Szczególną radość sprawiły nam pierwsze efekty tego przedsięwzięcia, czyli odnalezienie malowideł pochodzącego z naszego miasta światowej sławy pisarza i malarza Brunona Schulza. Eksperci szukali tych wyjątkowych dzieł sztuki od czasu zakończenia drugiej wojny światowej. Mamy nadzieję, że współpraca między nami będzie się dobrze układała. Z jednej strony mam na myśli pomyślny przebieg prac nad państwa filmem, a z drugiej upamiętnienie postaci Brunona Schulza w willi Landaua. Ponieważ w budżecie miasta nie ma pieniędzy na realizację przedsięwzięcia tej skali, bardzo proszę o podjęcie za granicą starań o pozyskanie odpowiednich środków.

 

Na koniec burmistrz zapewnił, że malowidła Schulza będą chronione w miejscu ich ujawnienia, i zasugerował zaplombowanie pomieszczenia ze względów bezpieczeństwa. Benjamin Geissler odparł, że byłoby to niewłaściwe, skoro Kałużni wciąż mają tam spiżarnię.

Następnego dnia Geisslerowie wyjechali do Hamburga. Po drodze zatrzymali się w Krakowie i opowiedzieli o swoim odkryciu Jerzemu Jarzębskiemu, wielkiemu znawcy Schulza. Po powrocie do domu Benjamin Geissler zaczął szukać pieniędzy na przeniesienie mieszkańców willi Landaua i przekształcenie budynku w ośrodek pojednania oraz muzeum Brunona Schulza. "Nie chodzi tylko o muzeum, lecz także o miejsce spotkań - mówił - gdzie można by oddawać się kontemplacji, rozmawiać albo po prostu milczeć".

Szukając źródeł finansowania, zadzwonił do Matthiasa Butha, przewodniczącego Federalnej Komisji ds. Kultury i Mediów w Bonn. Buth powiedział, że choć rząd Niemiec uznaje swoje moralne zobowiązanie do pomocy w tej sprawie, ewentualne działania może podjąć dopiero po otrzymaniu oficjalnej prośby ze strony Ukrainy i Polski, najlepiej na szczeblu ministerialnym. Geissler skontaktował się następnie z Josephem H. Dombergerem, przedsiębiorcą budowlanym z Monachium i honorowym prezesem organizacji B'nai B'rith Europe, który zgodził się pokryć koszty utworzenia muzeum Schulza. Domberger urodził się w Drohobyczu w 1926 roku i mieszkał w tym mieście do 13 roku życia. Geissler poprosił Borysa Woźnickiego, by na początku czerwca spotkał się w Drohobyczu z potencjalnym donatorem.

23 lutego Geissler skontaktował się z 87-letnim niemieckim przemysłowcem Bertholdem Beitzem. Przed laty był on doradcą Konrada Adenauera, a później prezesem Fundacji Kruppa, jednej z najważniejszych instytucji dobroczynnych w Niemczech, mieszczącej się w Willi Hügel w Essen. "Początkowo był bardzo zainteresowany" - powiedział mi Geissler. Filmowiec wiedział o tym, że Beitz ma osobisty stosunek do sprawy. W czasie niemieckiej okupacji został oddelegowany do nadzorowania Karpackiej Spółki Naftowej w Borysławiu, mieście położonym niedaleko Drohobycza. W sierpniu 1942 roku uratował 250 Żydów z transportu do Bełżca, wciągając ich na listę "specjalistów petrochemicznych" - niezbędnych dla funkcjonowania przemysłu. Ostrzegał też miejscowych Żydów przed obławami, wydawał fałszywe pozwolenia na pracę i razem z żoną Else ukrywał ich w swoim domu[10].

Władysław Panas, znakomity schulzolog z Lublina, miał wątpliwości, czy utworzenie muzeum Schulza "w domu kata" nie byłoby w złym guście. Niemniej według Anne Webber, przedstawicielki Europejskiej Rady Gmin Żydowskich oraz Komisji ds. Zrabowanych Dzieł Sztuki w Europie, "planowane muzeum stwarzałoby idealną okazję do wzmacniania świadomości mieszkańców Ukrainy i innych krajów co do wojennych losów ludności żydowskiej oraz przyczyniałoby się do budowy relacji między Żydami a lokalnymi społecznościami"[11]. "Schulz jest dla nas ikoną, postacią kultową" - powiedział z kolei Andrij Pawłyszyn, ukraiński tłumacz Schulza i redaktor ukazującego się we Lwowie magazynu kulturalnego:

 

Dlatego wszystko, co dzieje się w Drohobyczu, jest dla nas bardzo ważne z emocjonalnego punktu widzenia. [...] Benjamin Geissler od pierwszego kroku tutaj zamierzał działać legalnie, w koordynacji ze wszystkimi zainteresowanymi i w sposób najbardziej korzystny dla narodu ukraińskiego i naszego międzynarodowego wizerunku. [...] Zgodnie z planem po odrestaurowaniu malowideł zamierzano utworzyć muzeum Schulza w Drohobyczu, miejscu jego narodzin, [...] mateczniku wielkiej kultury środkowoeuropejskiej, do której my, Ukraińcy, przynależymy jako niezwykle istotny żywioł! Niemniej muzeum to nie powinno być martwym zbiorem obrazów czy artefaktów, lecz miejscem żywej komunikacji, ośrodkiem jedności, w którym mieszkańcy Drohobycza mogliby dowiedzieć się czegoś o odległym świecie, a przybysze z dalekich stron dowiedzieć się czegoś o Drohobyczu.

 

Kilka miesięcy po odkryciu fresków Jerzy Ficowski, autor wprowadzenia do sztandarowego wydania dzieł Schulza opublikowanego przez Bibliotekę Narodową oraz jeden z redaktorów czterystustronicowego Słownika Schulzowskiego[12], wygłosił na Uniwersytecie Hebrajskim wykład dotyczący literatury polskiej (w tym Schulza). Opowiedział mi wtedy o wizji muzeum:

 

Może to było naiwne, ale mieliśmy najlepsze intencje. Malowidła miały odgrywać w tym bardzo ważną rolę, gdyż były to jedyne prace Schulza, których los nie rzucił poza Drohobycz. Ponieważ nasi ukraińscy gospodarze uczynili mnie przewodniczącym Rady Naukowej Muzeum Schulza, początkowo zaprojektowałem je w postaci nie tyle repozytorium pamiątek po pisarzu, co ośrodka badawczego, którego obszarem działalności miał być cały Drohobycz, związane z Schulzem miejsca w tym mieście, a sam rdzeń ekspozycji miały stanowić malowidła. [...] Wszystko to miało powstać pod warunkiem, że dzieła Schulza nie zostaną zerwane ze ściany i wywiezione za granicę.

 

A to właśnie miało się wydarzyć.

Bruno Schulz napisał kiedyś: "Węzeł, na który dusza została zasupłana, nie jest fałszywym węzłem, rozchodzącym się za pociągnięciem końca. Przeciwnie, coraz ciaśniej się zwęźla. Manipulujemy przy nim, śledzimy bieg nici, szukamy końca i z tych manipulacyj powstaje sztuka"[13]. Sprzeczne ze sobą roszczenia, które ujawniły się tak wiele lat po śmierci artysty, przypominają właśnie końce odrębnych nici sięgających daleko wstecz w biografię Schulza.

 
PRZYPISY KOŃCOWE
PROLOG
[1] Bruno Schulz do Stanisława Ignacego Witkiewicza, [w:] Bruno Schulz, Księga listów, zebrał i przygotował do druku Jerzy Ficowski, uzupełnił Stanisław Danecki, Wydawnictwo Słowo/Obraz Terytoria, Gdańsk 2016, s. 105. Pierwodruk: S.I. Witkiewicz, Wywiad z Brunonem Schulzem, "Tygodnik Illustrowany" 1935, nr 17.
[2] Bruno Schulz do Wacława Czarskiego, redaktora "Tygodnika Ilustrowanego", zima 1934/1935, [w:] Księga listów, op. cit., s. 98.
[3] Bruno Schulz, Sklepy cynamonowe, [w:] Bruno Schulz, Sklepy cynamonowe, wstęp i opracowanie Jerzy Jarzębski, dodatek krytyczny Stanisław Rosiek, opracowanie językowe Małgorzata Ogonowska, Wydawnictwo Słowo/Obraz Terytoria, Gdańsk 2019, s. 88. [przyp. tłum.]
[4] Bruno Schulz, Wiosna, [w:] Bruno Schulz, Sanatorium pod Klepsydrą, MG, Warszawa 2013, s. 87. [przyp. tłum.]
[5] Bracia Quay w 1986 roku nakręcili techniką poklatkową 21-minutowy film animowany zatytułowany Ulica Krokodyli, oparty na motywie zacierania się granic świata ożywionego i nieożywionego w prozie Schulza. "Schulz w pewien sposób nas wyzwolił - mówili. - Jest pisarzem wszechmocnym. Moglibyśmy do końca życia robić filmy oparte na jego twórczości i próbować uchwycić, pojąć jego uniwersum" (Andre Habib, Through a Glass Darkly-Interview with the Quay Brothers, "Senses of Cinema" 2002, marzec-kwiecień). Terry Gilliam uznał Ulicę Krokodyli za jeden z dziesięciu najlepszych filmów animowanych wszech czasów. Zob. również Suzanne H. Buchan, The Quay Brothers: Choreographed Chiaroscuro, Enigmatic and Sublime, "Film Quarterly" 1998, wiosna, vol. 51, no. 3, s. 2-15. Betina Bożek i Igor Kawecki wyreżyserowali w 2017 roku poklatkowy film animowany oparty na opowiadaniu Schulza Samotność. Théâtre de Complicité, działający w Londynie kolektyw aktorów wykształconych w Paryżu, przygotował wspólnie z londyńskim National Theatre sceniczną wersję prozy Schulza pod tytułem Ulica Krokodyli (reżyseria Simon McBurney, scenariusz Mark Wheatley). "Nigdy dotąd nie spotkałem się z równie bliskim odzwierciedleniem w teatrze tak charakterystycznego, czysto literackiego głosu - napisał Ben Brantley. - Dzieła Schulza, podobnie jak Prousta i Kafki, zdzierają czytelnikom z oczu klapki nawykowego postrzegania rzeczywistości". (Ben Brantley, A Haunting Vision Untainted by Order or Logic, "New York Times" 1998, 18 lipca). Zob. również Anna Suwalska-Kołecka, Schulz według Complicite. Niestabilność, metamorfoza i płynność, "Czas Kultury" 2014, nr 1.
[6] Bruno Schulz, Aneksja podświadomości. Uwagi o Cudzoziemce Kuncewiczowej, [w:] Bruno Schulz, Szkice krytyczne, koncepcja edytorska Włodzimierz Bolecki, komentarze i przypisy Mirosław Wójcik, opracowanie językowe Piotr Sitkiewicz, Wydawnictwo Słowo/Obraz Terytoria, Gdańsk 2017, s. 30. Pierwodruk w tygodniku "Pion" 1936, nr 17.
ROZDZIAŁ 1. MUROMANCJA (LUTY 2001)
[1] Bruno Schulz do Witkacego, [w:] Księga listów, op. cit., s. 108.
[2] Powieść Christiana Geisslera przełożona na angielski przez Jamesa Kirkupa ukazała się w 1962 roku. Więcej o życiu autora mówi autobiograficzna powieść jego żony Sabine Peters, zatytułowana Feuerfreund (Wallstein Verlag, 2010).
[3] Irena Subbotej, Alfred Schreyer: Muzyka uratowała mnie od śmierci, "Kurier Galicyjski" 2013, 17-30 maja. Naziści zamordowali ojca (w obozie w Bełżcu) i matkę Schreyera (w lesie nieopodal wsi Bronice pod Drohobyczem). Schreyer korespondował intensywnie z Jerzym Ficowskim (28 listów z lat 1988-2001). Zob. również filmy: Der letzte Jude von Drohobytsch (Ostatni Żyd z Drohobycza) austriackiego reżysera Paula Rosdy'ego (2011); Alfred Schreyer z Drohobycza w reżyserii Marcina Giżyckiego (2010); Gdzież jesteście przyjaciele moi... Mariusza Kobzdeja (1995). W 2012 roku, w 90. rocznicę urodzin, Alfred Schreyer otrzymał najwyższe polskie odznaczenie kulturalne - Złoty Medal "Zasłużony Kulturze Gloria Artis".
[4] Chajes urodził się w Drohobyczu w 1894 roku i zmarł w Krakowie w 1969 roku. Jego żona Róża została zastrzelona w Lesie Bronickim koło Drohobycza w 1943 roku. Zob.: Marla Raucher Osborn, Artwork as Witness to History: Destruction of a Drohobycz Family, JewishGen, luty 2016.
[5] Według Nawojki Cieślińskiej-Lobkowicz, ekspertki w sprawach restytucji dzieł sztuki, "Ella i Jakub Schulz - prawni spadkobiercy Brunona Schulza - zostali nie tylko zupełnie pominięci, ale nawet ich nie poinformowano [o transakcji zawartej w 1986 roku]. Moroń był tylko depozytariuszem powierzonych mu dzieł sztuki. W żadnej publikacji poświęconej Brunonowi Schulzowi nie ma najmniejszej wzmianki o tym, by Moroń kupił choć jeden rysunek od Schulza albo dostał go w prezencie - nie mówiąc o tak dużej ich liczbie". (Cieślińska-Lobkowicz, Who Owns Bruno Schulz? The Changing Postwar Fortunes of Works of Art by Jewish Artists Murdered in Nazi-Occupied Poland, referat wygłoszony na międzynarodowej konferencji zorganizowanej przez Documentation Centre for Property Transfers of Cultural Assets of WWII, Praga, 21-22 października 2015).
[6] Schulz podarował ten obraz na 30. urodziny swemu bliskiemu przyjacielowi Stanisławowi Weingartenowi. Po wojnie Spotkanie trafiło do antykwariusza Henryka Maszewskiego. O sensacyjnych okolicznościach tej transakcji pisze Wojciech Chmurzyński, Bruno Schulz i pieniądze, "Gazeta Wyborcza" 1992, nr 84, s. 11. David A. Goldfarb dostrzega uderzające podobieństwo obrazu Schulza do znanego prerafaelickiego dzieła Henry'ego Holidaya Dante i Beatrycze (1883). Historyczka sztuki Carol Zemel pisze: "Obraz Schulza może się kojarzyć z historią Zygmunta Freuda o dziecięcym wstydzie, który poczuł podczas spaceru z ojcem, kiedy ten opowiedział mu historię o własnym młodzieńczym spacerze - i o tym, jak ustąpił wówczas pokornie drogi gojom, którzy strącili do rynsztoka jego kapelusz (symbol falliczny). [...] Zarówno opowieść Freuda, jak i obraz Schulza wyrażają poczucie inności Żydów i niepokój panujący we wschodnioeuropejskiej diasporze". (Zemel, Looking Jewish: Visual Culture and Modern Diaspora, Indiana University Press, 2015, s. 58).
[7] Woźnicki zmarł w 2012 roku; Chmurzyński w 2019.
[8] Bruno Schulz, Traktat o manekinach albo Wtóra Księga Rodzaju, [w:] Sklepy..., op. cit., s. 55.
[9] Andrew Meier, Whose Art Is It Anyway?, "Time" 2001, 16 lipca.
[10] Jad Waszem w 1973 roku nadał Bertholdowi Beitzowi tytuł Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata. "W gronie Żydów ocalonych przed deportacją - stwierdzono w uzasadnieniu - znajdowało się wielu niewykwalifikowanych robotników, często w kiepskiej kondycji fizycznej, których żadną miarą nie można było uznać za specjalistów ani osoby niezbędne dla przemysłu naftowego". Else Beitz dostąpiła tego samego zaszczytu w 2006 roku. Roman Łubkiwski, znany poeta ukraiński, dyplomata i dyrektor Wydziału Kultury Lwowskiej Obwodowej Administracji Państwowej, także napisał do Beitza z prośbą o wsparcie planowanego muzeum Schulza w willi Landaua.
[11] Uproar continues over Yad Vashem murals, JTA, 26 czerwca 2001. " Dla kogo zatem ma być przeznaczone schulzowskie centrum pojednania w Drohobyczu - pytała ukraińska pisarka, mieszkająca we Lwowie, Jaryna Borenko - dla turystów czy dla nas?" (Schulzgate, "New Horizons" 2002, grudzień, nr 49-50).
[12] Słownik schulzowski, pod red. Włodzimierza Boleckiego, Jerzego Jarzębskiego i StanisławaRośka, Słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2003.
[13] Bruno Schulz do Witkacego, [w:] Księga listów, op. cit., s. 106.
 
 

Książka do nabycia na kulturalnysklep.pl, w formie ebooka i audiobooka na Publio.pl

Tytuł oryginału: SEARCHING FOR BRUNO SCHULZ

 

Redakcja: Zofia Lisiewicz, Jacek Świąder

Korekta: Sandra Popławska

Projekt graficzny okładki: Kira Pietrek

Opracowanie graficzne i skład: Maciej Trzebiecki

Redaktorka prowadząca: Magdalena Kosińska

 

Producent: Agora Książka i Muzyka sp. z o.o.

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

[email protected]

www.wydawnictwoagora.pl

 

Copyright ? by Benjamin Balint 2026

First published in 2023 by W.W. Norton & Company, New York

This edition is published by the Agreement with The Deborah Harris Agency,

Israel and Book/lab Literary Agency, Poland

Copyright ? for Polish translation by Michał Lipa, 2026

Copyright ? Agora Książka i Muzyka sp. z o.o., 2026

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

 

Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.

 

Warszawa 2026

 

ISBN: 978-83-8380-663-1

Wydanie pierwsze

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej