Burza - Mieczysław Gorzka

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Po­czą­tek - maj 1992

- Nie chcę je­chać do wujka!

Mama cią­gnęła ośmio­let­niego Oskara po scho­dach do wyj­ścia z bloku, przed któ­rym w czer­wo­nym fia­cie 126p cze­kali na nich tata i star­szy o dwa lata brat, Wa­cek. Sil­nik już pra­co­wał i całe auto pod­ska­ki­wało jak pa­jac na sprę­ży­no­wych no­gach, któ­rego Oskar wi­dział w kre­skówce. Za­wsze mu się to po­do­bało, jed­nak nie tym ra­zem.

- Dla­czego nie chcesz je­chać? - py­tała, po raz nie wia­domo który tego ranka, jego mama.

Oskar po raz pierw­szy od­wa­żył się po­wie­dzieć prawdę.

- Boję się psa...

Za­trzy­mali się na chod­niku przed wej­ściem. Mama przy­klę­kła przy nim i po­gła­skała go po gło­wie.

- Nie bój się psa, on jest nie­groźny - po­wie­działa uspo­ka­ja­ją­cym to­nem, uśmie­cha­jąc się cie­pło. - Wu­jek na pewno za­mknie go w dru­gim po­koju. Zresztą, może psa wcale nie bę­dzie?

Nie prze­ko­nała Oskara.

- On jest duży...

Wu­jek miał owczarka nie­miec­kiego, który Oska­rowi wy­da­wał się ol­brzy­mem. Bał się wszyst­kich psów. Kiedy owcza­rek cho­dził po po­koju wo­kół stołu, on sie­dział sku­lony na krze­śle, bo­jąc się po­ru­szyć, żeby tylko nie zwró­cić na sie­bie uwagi. Pies wy­czu­wał jego strach i cza­sem spe­cjal­nie do niego przy­cho­dził albo war­czał, kiedy się za­po­mi­nał i po­ru­szył zbyt gwał­tow­nie. Nie lu­bił go.

Mama wes­tchnęła i miała coś jesz­cze po­wie­dzieć, kiedy tata ode­zwał się przez opusz­czoną szybę, prze­krzy­ku­jąc od­głos sil­nika:

- Po­spiesz­cie się, bo bę­dziemy spóź­nieni!

- Chodź, Oskarku, po­roz­ma­wiamy w sa­mo­cho­dzie - po­wie­działa mama.

W ten spo­sób zna­lazł się na tyl­nym sie­dze­niu ma­lu­cha obok swo­jego brata, który śmiał się z niego, że boi się psa.

Ru­szyli spod bloku, wy­je­chali na ulicę Ko­le­jową, po­tem skrę­cili w prawo w Le­gnicką i zna­leźli się na głów­nej dro­dze na Le­gnicę. Na wy­so­ko­ści znaku ozna­cza­ją­cego ko­niec mia­sta Środa Ślą­ska, mi­nęli się z pę­dzą­cym z górki ka­ma­zem wio­zą­cym gruz na bu­dowę.

Oskar szybko za­po­mniał o psie. Uwiel­biał jeź­dzić au­tem. Wy­da­wało mu się, że mkną przed sie­bie z wielką pręd­ko­ścią, po­bo­cze drogi zle­wało się w li­nię, wiatr wpa­da­jący przez uchy­lone okno szu­miał i szar­pał mu włosy. Ro­dzice o czymś roz­ma­wiali, brat pró­bo­wał go za­cze­piać, lecz on, po­grą­żony w swoim świe­cie, nie zwra­cał na niego uwagi. Na­wet nie za­uwa­żył, kiedy zna­leźli się w Mal­czy­cach, gdzie na­prze­ciw dworca PKP miesz­kał młod­szy brat taty z ro­dziną. Za­par­ko­wali na chod­niku przed do­mem, we­szli na po­dwórko i tata za­dzwo­nił do drzwi.

Wtedy z wnę­trza domu roz­le­gło się gło­śne uja­da­nie psa. Oskar aż pod­sko­czył z prze­ra­że­nia i moc­niej ści­snął mamę za rękę. Przy­po­mniał so­bie o psie i w ułamku se­kundy cały strach po­wró­cił w zwie­lo­krot­nio­nej for­mie. Czuł, że za­raz się roz­pła­cze.

- Nie bój się, Oskarku - uspo­ka­jała go mama. - Wu­jek na pewno go za­raz schowa. Po­pro­szę go o to.

Chło­piec nie słu­chał, wpa­trzony sze­roko otwar­tymi oczami w drzwi. W wy­obraźni wi­dział za nimi wście­kłą be­stię z wiel­kimi kłami, ośli­nio­nym ję­zo­rem, czer­wo­nymi oczami i bi­ją­cym z py­ska śmier­dzą­cym od­de­chem.

Ale na ucieczkę nie było szans.

Już sły­szał kroki wujka, który scho­dził po scho­dach, żeby im otwo­rzyć i krzy­czał na psa, żeby się uspo­koił.

Wtedy Oskar przy­po­mniał so­bie, że jest pe­wien spo­sób. Mógł od­wlec spo­tka­nie z psem, je­śli tylko bę­dzie tego bar­dzo chciał.

Szczęk­nął za­mek w drzwiach.

Rów­no­cze­śnie on za­ci­snął mocno po­wieki i bar­dzo chciał zna­leźć się gdzie in­dziej...

- Nie chcę je­chać do wujka!

Mama cią­gnęła ośmio­let­niego Oskara po scho­dach do wyj­ścia z bloku, przed któ­rym w czer­wo­nym fia­cie 126p cze­kali na nich tata i star­szy o dwa lata brat, Wa­cek. Sil­nik już pra­co­wał.

- Dla­czego nie chcesz je­chać? - za­py­tała mama.

- Boję się psa...

Za­trzy­mali się na chod­niku przed wej­ściem. Mama przy­klę­kła przy nim i po­gła­skała go po gło­wie.

- Nie bój się psa, on jest nie­groźny - po­wie­działa uspo­ka­ja­ją­cym to­nem, uśmie­cha­jąc się cie­pło. - Wu­jek na pewno za­mknie go w dru­gim po­koju. Zresztą, może psa wcale nie bę­dzie?

- On tam na pewno bę­dzie, za tymi drzwiami - od­rzekł szybko chło­piec. - I wu­jek wcale go nie za­mknie.

Mama po­pa­trzyła na niego uważ­nie.

- Dla­czego tak są­dzisz? - za­py­tała.

- Bo już raz tam by­łem i wi­dzia­łem.

- Po­spiesz­cie się, bo bę­dziemy spóź­nieni!

Mama nie zwró­ciła uwagi na wo­ła­nie taty.

- Kiedy tam by­łeś? - py­tała mama, pa­trząc na niego z tro­ską.

- Wszy­scy tam by­li­śmy, przed chwilą - wy­ja­śnił Oskar. - On szcze­kał, wu­jek scho­dził na dół i nie za­mknął psa.

- Ale...

- Obie­ca­łaś mi, że go za­mknie, a on go nie za­mknął!

Tato za­trą­bił i znowu krzyk­nął:

- Co wy tam jesz­cze ro­bi­cie?!

Mama uspo­ko­iła go ge­stem.

- Oskar, je­steś du­żym chłop­cem. Nie bój się tego psa, on jest bar­dzo przy­ja­ciel­ski. Wiem, że jest duży, ale nie zro­bił ni­komu krzywdy. Gdy szczeka, to zna­czy, że się cie­szy.

- On mnie nie lubi i chce mnie zjeść!

Mama znowu po­gła­skała go po gło­wie.

- Czy kiedy już tam dzi­siaj by­li­śmy, on chciał cię zjeść?

Chło­piec się za­wa­hał.

- Nie wiem... Nie wi­dzia­łem go, był za drzwiami, ale strasz­nie szcze­kał, więc na pewno był głodny!

- Coś ci się mu­siało przy­śnić, ko­cha­nie. - Mama ro­ze­śmiała się ner­wowo.

- Nie śniło mi się!

Tata znowu za­trą­bił.

- No chodź­cie już!

- Chodź, Oskarku, po­roz­ma­wiamy w sa­mo­cho­dzie - po­pro­siła.

W ten spo­sób zna­lazł się na tyl­nym sie­dze­niu ma­lu­cha, obok swo­jego brata, który śmiał się z niego, że boi się psa.

Ru­szyli spod bloku, wy­je­chali na ulicę Ko­le­jową, po­tem skrę­cili w prawo w Le­gnicką i zna­leźli się na głów­nej dro­dze na Le­gnicę. Na wy­so­ko­ści znaku ozna­cza­ją­cego ko­niec mia­sta Środa Ślą­ska zde­rzyli się czo­łowo z pę­dzą­cym z górki ka­ma­zem, wio­zą­cym gruz na bu­dowę.

Gość

Naj­gor­sze, co może czło­wieka spo­tkać w so­botni po­ra­nek, to nie­pro­szony gość. Szcze­gól­nie je­śli w piąt­kowy wie­czór była do­bra im­preza, mocno za­kra­piana al­ko­ho­lem, a po­wrót do domu prze­cią­gnął się na późne go­dziny nocne. No i oczy­wi­ście je­śli tym nie­pro­szo­nym go­ściem jest twój eks.

Taki splot nie­szczę­śli­wych wy­pad­ków spo­tkał tego po­ranka Ju­stynę Le­wicką. Naj­pierw z głę­bo­kiego snu, ma­ją­cego być pierw­szym le­kar­stwem na kaca, wy­rwał ją na­trętny dzwo­nek do drzwi, a kiedy wresz­cie do nich do­tarła, obi­ja­jąc się o szafki w przed­po­koju, i spoj­rzała przez wi­zjer, jęk­nęła w du­chu. Niech to ja­sny szlag trafi, tylko nie Ka­rol - po­my­ślała. Nie te­raz, kiedy ma kaca, nie­świeży od­dech, włosy w nie­ła­dzie i jest ubrana w roz­cią­gniętą pi­żamę. Znowu bę­dzie się czuła przy nim gor­sza, wrócą dawne kom­pleksy i traumy. Szcze­gól­nie, że, do ja­snej cho­lery, on jest jak zwy­kle w tym nie­na­gan­nie skro­jo­nym czar­nym gar­ni­tu­rze i wy­gląda, jakby do­piero co wy­szedł z sa­lonu pięk­no­ści.

Nie otwo­rzę - zde­cy­do­wała. Od­wró­ciła się, żeby odejść, kiedy na­gle roz­le­gło się stu­ka­nie do drzwi.

- Wiem, że tam je­steś! - do­biegł ją głos z dru­giej strony. - Otwórz.

Nie ode­zwała się.

- Ju­styna, otwórz! Mam do cie­bie ważną sprawę.

- Nie otwo­rzę! Idź so­bie, do ja­snej cho­lery!

- Nie odejdę! Otwórz.

- Kurwa, czy ty nie mo­żesz przyjść o ja­kiejś nor­mal­nej po­rze, a nie w so­botę rano, kiedy mia­łam za­miar spać do po­łu­dnia, a po­tem spo­koj­nie, przez ni­kogo nie nie­po­ko­jona, le­czyć kaca?

- To nie jest mój po­mysł. Je­stem tu służ­bowo.

Za­wró­ciła z końca ko­ry­ta­rza i po­de­szła za­cie­ka­wiona do drzwi.

- Co ty po­wie­dzia­łeś?

- Je­stem tu służ­bowo. Mam sprawę nie­cier­piącą zwłoki. Wpu­ścisz mnie?

- Za­mknij się na chwilę. My­ślę.

Umilkł na chwilę i na­słu­chi­wał, pod­czas gdy ona się na­my­ślała. Skoro wy­słali do niej Ka­rola, coś było na rze­czy. Ju­styna za­sta­na­wiała się tylko przez mo­ment. Czego może chcieć od niej Agen­cja Bez­pie­czeń­stwa We­wnętrz­nego? Mu­siała przy­znać, że za­in­te­re­so­wał ją swo­imi sło­wami. Zresztą, pew­nie do­sko­nale zda­wał so­bie z tego sprawę. W końcu znali się jak łyse ko­nie.

- Do­brze - ode­zwała się wresz­cie. - Za­raz prze­kręcę za­mek, ale mo­żesz wejść tu­taj do­piero za mi­nutę, że­bym zdą­żyła za­mknąć się w ła­zience. Za­nim wyjdę, masz zro­bić bar­dzo do­brą kawę na kaca. Zro­zu­mia­łeś?

- Za­wsze by­łaś wal­nięta.

- Nie py­ta­łam cię o opi­nię na mój te­mat. Py­ta­łam, czy zro­zu­mia­łeś?

- Tak, zro­zu­mia­łem.

Od­cze­kała jesz­cze chwilę i prze­krę­ciła za­mek. Upew­niw­szy się, że Ka­rol do­trzyma słowa, wy­cią­gnęła z szafy szla­frok, z szu­flady w sy­pialni bie­li­znę i za­mknęła się w ła­zience. Za­nim pu­ściła wodę pod prysz­ni­cem, chwilę jesz­cze na­słu­chi­wała. Po kil­ku­na­stu se­kun­dach usły­szała szczęk­nię­cie drzwi, kroki i trzask sza­fek w kuchni. Do­piero wtedy po­szła pod prysz­nic.

Długo spłu­ki­wała z sie­bie kon­se­kwen­cje zbyt du­żej dawki al­ko­holu przy­ję­tej po­przed­niej nocy. Zmro­żona wódka do­brze wcho­dziła i długo ocze­ki­wana chwila, kiedy or­ga­nizm po­wie dość, nie na­stą­piła. I stąd te­raz ta­kie bo­le­sne kon­se­kwen­cje.

Wy­szła z ła­zienki po kilku mi­nu­tach z mo­krymi wło­sami za­cze­sa­nymi do góry, boso, za­wi­nięta w biały szla­frok. Ka­rol stał przy oknie ty­łem do niej, po kuchni roz­cho­dził się przy­jemny aro­mat kawy. Na od­głos jej kro­ków od­wró­cił się. Z za­do­wo­le­niem za­re­je­stro­wała wy­raz jego oczu, kiedy na nią pierw­szy raz spoj­rzał. Czy do­strze­gła tam błysk żalu? Miała na­dzieję, że tak wła­śnie było. Cią­gle była atrak­cyjna, ale już poza jego za­się­giem.

Zwa­liła się ciężko na ku­chenny sto­łek przy stole. Ka­rol przy­go­to­wał kawę i po­sta­wił przed nią ku­bek.

- Mocna, czarna, z cy­tryną i dużą ilo­ścią cu­kru - po­wie­dział. - Naj­lep­sza na kaca.

Kawa była jego spe­cjal­no­ścią. Nie­je­den ba­ri­sta mógłby przy nim wpaść w kom­pleksy. Upiła szybko dwa łyki i po­czuła, jak do żo­łądka wpada go­rący stru­mień. Skrzy­wiła się. Z żo­łąd­kiem też jesz­cze nie zdą­żyła się prze­pro­sić, a do tego pod czaszką za­częło się łu­pa­nie. Na­dal czuła się fa­tal­nie.

- Gdzie było tak faj­nie? - za­py­tał niby obo­jęt­nie, sia­da­jąc na­prze­ciw niej z fi­li­żanką kawy z odro­biną mleka.

To też ich za­wsze dzie­liło. Ona piła z jak naj­więk­szego kubka, on tylko z fi­li­żanki, jak an­giel­ski lord her­batę. Zresztą dzie­liło ich wtedy wszystko. Nie pa­mię­tała, żeby mieli ja­kieś wspólne za­in­te­re­so­wa­nia. No może z wy­jąt­kiem seksu. Seks i tak dziw­nie długo spa­jał ich mał­żeń­stwo, aż wresz­cie na­mięt­ność tro­chę przy­ga­sła i nie było już od­wrotu. Na­wet nie pró­bo­wali od­wle­kać nie­uchron­nej ka­ta­strofy. Z per­spek­tywy czasu Ju­styna do­cho­dziła do wnio­sku, że nie­cier­pli­wie jej wy­pa­try­wali. No i wresz­cie na­stą­piła, koń­cząc ich mał­żeń­stwo efek­tow­nym roz­wo­dem z orze­ka­niem o wi­nie i spek­ta­ku­larną bi­twą o ma­ją­tek. Od tam­tych zda­rzeń mi­nęło już osiem lat, pod­czas któ­rych mach­nęli ręką na kłót­nie i utrzy­my­wali w miarę przy­ja­ciel­skie sto­sunki. Ka­rol po­now­nie się oże­nił, za to Ju­styna po­zo­stała sin­gielką. Miała kilku fa­ce­tów, ale, tak jak w przy­padku Ka­rola, łą­czył ją z nimi tylko seks, a w ten spo­sób bu­do­wane re­la­cje nie miały szans na prze­trwa­nie. Tylko je­den fa­cet w tym cza­sie za­wró­cił jej w gło­wie i to on z nią ze­rwał, ale o tym su­kin­synu sta­rała się od dwóch lat za­po­mnieć.

- Tu i tam - od­po­wie­działa nie­chęt­nie. - Tak cię to in­te­re­suje?

- By­naj­mniej.

- Więc czego chcesz?

- Do­szłaś już tro­chę do sie­bie? Nie przy­sze­dłem tu na kawę.

- Nie chrzań, Ka­rol. Gdy­byś tu przy­szedł tylko na kawę, nie wsta­wa­ła­bym na­wet z wyra.

- Dam ci jesz­cze chwilę, aż ta­bletki prze­ciw­bó­lowe za­czną dzia­łać.

- Prze­cież wiesz, że ni­gdy nie biorę ta­ble­tek prze­ciw­bó­lo­wych.

- Do­prawdy? Za­po­mnia­łem.

Na­dal był, cho­lera, przy­stojny, oce­niła. Z tym swoim cy­nicz­nym uśmiesz­kiem na peł­nych war­gach, prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem brą­zo­wych oczu i ostrzy­żo­nymi na jeża czar­nymi wło­sami. Tyle tylko, że już nie ro­bił na niej ta­kiego wra­że­nia jak kie­dyś. Na­wet nie mia­łaby ochoty, żeby za­cią­gnąć go do łóżka i przy­pra­wić rogi jego no­wej wy­brance. Chyba się sta­rzeję, skon­sta­to­wała, pi­jąc kawę ma­łymi ły­kami. Żo­łą­dek już prze­stał się na nią gnie­wać i za­czął współ­pra­co­wać.

- Po­wiesz wresz­cie, czego chcesz, czy bę­dziemy tak sie­dzieć do po­łu­dnia? - Ju­styna wresz­cie nie wy­trzy­mała.

Ka­rol do­pił z gra­cją kawę, od­sta­wił fi­li­żankę na sto­lik i spoj­rzał jej w oczy.

- Chciał­bym, że­byś wró­ciła do pracy - po­wie­dział.

- Tylko tyle? - prych­nęła.

- Wi­dzisz, jaki zro­bi­łem się mało wy­ma­ga­jący?

Spo­waż­niała i za­my­śliła się. Piła kawę, za­po­mi­na­jąc o pie­cze­niu w żo­łądku. Wresz­cie po­krę­ciła głową.

- Nie ma mowy - od­po­wie­działa twardo. - Do­cze­kam szczę­śli­wie do końca zwol­nie­nia le­kar­skiego i de­fi­ni­tyw­nie od­cho­dzę z po­li­cji. Kil­ka­na­ście lat uże­ra­nia się z bandą szo­wi­ni­stów i zbo­czeń­ców, któ­rych żarty kręcą się tylko wo­kół dupy, już mi wy­star­czy. Za­czy­nam nowe ży­cie, tylko jesz­cze nie mam po­my­słu ja­kie.

- Trudno mi w to uwie­rzyć. - Uśmiech­nął się iro­nicz­nie. - Sama re­zy­gnu­jesz? Gdzie się po­działa tamta twarda ko­bieta, z którą się oże­ni­łem?

- Do­cze­kała szczę­śli­wie do roz­wodu - od­gry­zła się. - W po­li­cji je­stem skoń­czona.

Ka­rol na­gle spo­sęp­niał.

- Wiem wszystko o two­ich pro­ble­mach - ode­zwał się ci­cho. - W ciągu roku stra­ci­łaś dwóch part­ne­rów, w po­li­cji na­zy­wają cię Jo­na­szem, uwa­żają, że przy­no­sisz pe­cha, i nikt nie chce z tobą pra­co­wać. Na­wet twój szef za­su­ge­ro­wał, że może le­piej by było, gdy­byś zmie­niła za­wód. Szcze­gól­nie prze­ży­łaś bez­sen­sowną śmierć swo­jego ostat­niego ko­legi, Jarka Bru­cha. Two­rzy­li­ście zgrany duet, wszystko wam wy­cho­dziło, współ­praca ukła­dała się ide­al­nie, aż do tam­tego fe­ral­nego dnia.

Ju­styna na­gle za­pa­dła się w so­bie. Na­wet nie była na niego zła, że grze­bali w jej ży­ciu i wie­dzieli wię­cej, niż mo­gła przy­pusz­czać. Pew­nie wie­dzieli też, że noc przed śmier­cią spę­dziła wła­śnie z Jar­kiem, tylko Ka­rol oka­zał się na tyle tak­towny, żeby tego nie po­wie­dzieć na głos. W końcu miała do czy­nie­nia z pro­fe­sjo­na­li­stami z ABW.

Po­my­ślała, że jej ostat­nie al­ko­ho­lowe eks­cesy mają swoje źró­dło, któ­rego do­tąd so­bie nie uświa­da­miała. Nie, wie­działa, po co pije, tylko nie do­pusz­czała do sie­bie tej my­śli. Im­pre­zo­wała, żeby po­zbyć się wspo­mnień. I na ja­kiś czas się ich po­zbyła. Nie­stety, pod wpły­wem słów Ka­rola eks­plo­do­wały jej na­gle przed oczami ze zdwo­joną siłą.

Wspo­mnie­nie

Ja­rek Bruch obu­dził ją po­ca­łun­kiem. Uśmiech­nęła się do niego i od­dała po­ca­łu­nek, na­mięt­nie wpi­ja­jąc się w jego usta.

- Było su­per - szep­nęła mu póź­niej do ucha, tu­ląc się do niego.

- Mam na­dzieję, że nie zro­bi­li­śmy żad­nej głu­poty - po­wie­dział, pa­trząc jej w oczy. Miał oczy czarne jak dwa wę­gle, a tego ranka bił z nich jesz­cze ja­kiś we­wnętrzny blask, któ­rego wcze­śniej nie wi­działa. Szczę­ście? - Pra­cu­jemy ra­zem.

- Ża­łu­jesz?

- Nie.

- No to le­piej się za­mknij i mnie po­ca­łuj, bo za­raz sie­lanka się skoń­czy i bę­dziemy mu­sieli je­chać do firmy.

Tak zro­bił.

Po­tem przez cały dzień pi­sali za­le­głe ra­porty, za­cho­wy­wali się w pracy tak jak zwy­kle, wy­mie­niali uwagi na te­mat pro­wa­dzo­nych wła­śnie po­stę­po­wań, byli na na­ra­dzie u szefa i jak zwy­kle usie­dli w róż­nych rzę­dach. Nie ga­pili się na sie­bie, nie po­sy­łali so­bie ta­jem­ni­czych uśmie­chów, na­wet nie spo­glą­dali na sie­bie bez po­trzeby. Za­cho­wy­wali się jak pro­fe­sjo­na­li­ści zda­jący so­bie sprawę, o jaką stawkę to­czy się gra. Gdyby ich ro­mans uj­rzał świa­tło dzienne, ko­le­dzy nie da­liby im spo­koju. Kie­dyś i tak na pewno wyj­dzie, lecz mo­gli dać so­bie chwilę na przy­go­to­wa­nie stra­te­gii.

Po na­ra­dzie szef ka­zał im jesz­cze chwilę zo­stać. Po­dobno je­den z in­for­ma­to­rów pu­ścił farbę, że fa­cet, któ­rego na­mie­rzali od dawna, po dwóch mie­sią­cach nie­obec­no­ści znowu po­ja­wił się w mie­ście. Ja­rek był scep­tyczny, po­nie­waż źró­dłem in­for­ma­cji był ćpun, który za nar­ko­tyki od­dałby do bur­delu swoje młod­sze sio­stry, matkę sprze­dał han­dla­rzom or­ga­nami, a resztę ro­dziny okradł i jesz­cze spa­lił ich dom.

- Sprawdź­cie to - za­koń­czył szef i mimo pro­te­stów Jarka nie mieli wyj­ścia.

Na Mier­ni­czej, na trój­ką­cie, miesz­kała dziew­czyna Si­wego, więc to było pierw­sze miej­sce, które na­le­żało spraw­dzić.

Po­je­chali tam nie­ozna­ko­wa­nym po­li­cyj­nym au­tem. Jak na ko­niec lu­tego to był piękny dzień, świe­ciło słońce, które, w miarę jak wspi­nało się co­raz wy­żej na nie­bo­skłon, co­raz przy­jem­niej prze­ła­my­wało chłód zimy. We­szli na brudne i za­nie­dbane po­dwórko mię­dzy ka­mie­ni­cami nie­re­mon­to­wa­nymi od sie­dem­dzie­się­ciu lat.

Ja­rek szedł pierw­szy. Wi­działa, jak sięga pod wia­trówkę i upew­nia się, że broń znaj­duje się na wła­ści­wym miej­scu. Być może od­piął na­wet za­bez­pie­cze­nie, żeby ła­twiej mógł ją wy­cią­gnąć z ka­bury. Ma­chi­nal­nie zro­biła to samo.

Tylne wej­ście było otwarte. Zresztą, ra­czej ni­gdy nie było za­my­kane. Za­wiasy tak za­rdze­wiały, że skrzy­dło opa­dło i te­raz nie można było go prze­su­nąć w żadną stronę. Ja­rek wszedł wolno do środka, a po­dą­ża­jąca jego śla­dem Ju­styna na­gle pod­sko­czyła ze stra­chu. Serce omal nie wy­sko­czyło jej z piersi, roz­po­czy­na­jąc dziką ga­lo­padę. Za drzwiami stał wy­soki męż­czy­zna. Jego twarz gi­nęła w pół­mroku. Przez chwilę na­wet wy­dał się jej zna­jomy. Nie, to nie­moż­liwe, to mu­siało być tylko złu­dze­nie. Ja­rek prze­szedł obok niego i nie zwró­cił na fa­ceta uwagi, więc i ona chciała go wy­mi­nąć.

- Nie idź tam! - syk­nął.

Przy­sta­nęła. Na­gle po­czuła się nie­re­al­nie.

- Co mó­wisz?

- Nie idź tam. Tam jest śmierć.

Za­drżała mi­mo­wol­nie.

- Gdzie je­steś? - Ja­rek cof­nął się kilka kro­ków w ko­ry­ta­rzu i pa­trzył na nią py­ta­jąco.

- Już idę - rzu­ciła.

Spoj­rzała jesz­cze na ta­jem­ni­czego męż­czy­znę i za­marła, co­raz bar­dziej prze­stra­szona. W tym miej­scu nie było ni­kogo. To był tylko wy­twór jej wy­obraźni. Nie mo­gło być ina­czej. Prze­cież Ja­rek na pewno też by go wi­dział i nie prze­szedłby obok tak obo­jęt­nie.

Kiedy my­ślała o tym po cza­sie, do­szła do wnio­sku, że to było ostrze­że­nie. Jej anioł stróż zma­te­ria­li­zo­wał się na kilka se­kund i pró­bo­wał ją ostrzec. A ona zlek­ce­wa­żyła to ostrze­że­nie. Zresztą być może ni­kogo tam nie było, a ta­jem­ni­czą zjawę sama so­bie po­tem wy­my­śliła, chcąc zra­cjo­na­li­zo­wać tra­ge­dię, która wy­da­rzyła się po chwili. A może w ten spo­sób chciała so­bie po­ra­dzić z po­czu­ciem winy, że nie za­re­ago­wała od­po­wied­nio? Umysł ludzki cha­dza krę­tymi ścież­kami, cza­sem na­wet tymi po­grą­żo­nymi w wiecz­nym mroku.

Na dru­gim pię­trze pod drzwiami Kre­chy, dziew­czyny Si­wego - jed­nego z więk­szych de­ale­rów we wro­cław­skim nar­ko­ty­ko­wym pod­zie­miu - za­trzy­mali się, na­słu­chu­jąc. Wy­raź­nie usły­szeli kłót­nię. Kre­cha darła się na ko­goś, że zo­sta­wił ją samą na taki długi czas, ona nie miała na pro­chy i mu­siała da­wać dupy ko­le­gom, żeby ją wspo­mo­gli. Mę­ski, za­chryp­nięty głos wy­zy­wał ją od ku­rew i ka­zał jej wy­no­sić się do tych ko­le­gów, skoro było jej tak do­brze, kiedy ją po­su­wali. Ide­alna, zgrana, ko­cha­jąca się para.

Kiedy do­szły ich wy­raźne od­głosy szar­pa­niny i rę­ko­czy­nów, Ja­rek wy­cią­gnął broń i ski­nął głową. Ju­styna moc­niej ści­snęła swo­jego wal­thera, a on de­li­kat­nie na­ci­snął na klamkę. Drzwi się uchy­liły. Po­tem była szybka ak­cja i Siwy le­żał skuty z twa­rzą wci­śniętą w po­pla­miony dy­wan. Ju­styna po­dej­rze­wała, że więk­szość z tych plam jest po­cho­dze­nia or­ga­nicz­nego, jed­nak wtedy wo­lała w to nie wni­kać. Kre­cha stała w progu kuchni i wy­zy­wała ich od naj­gor­szych. W skró­cie cho­dziło jej o to, że nie mają prawa aresz­to­wać jej uko­cha­nego na­rze­czo­nego. Ju­styna pa­mię­tała ostat­nie słowa Jarka Bru­cha. Po­pa­trzył na nią z wy­raźną kpiną w oczach:

- Kurwa, oni na­prawdę mu­szą się ko­chać.

W tej chwili oboje po­peł­nili błąd. To, co wstrzy­my­wali przez cały dzień, wy­bu­chło mię­dzy nimi. Długo pa­trzyli so­bie w oczy, nie zwra­ca­jąc uwagi na oto­cze­nie, i na­wet nie za­uwa­żyli, skąd ko­bieta wzięła nóż. Póź­niej­sze śledz­two usta­liło, że się­gnęła do zlewu, w końcu stała w kuchni przed pro­giem do po­koju.

Sko­czyła do przodu jak mo­dliszka i Ju­styna do­kład­nie wi­działa, jak długi nóż do chleba wbija się w szyję Jarka w miej­scu, gdzie znaj­do­wała się tęt­nica. Tego wi­doku miała już nie za­po­mnieć do końca ży­cia.

Po­tem było jesz­cze mnó­stwo krwi try­ska­ją­cej wo­kół, bła­galne spoj­rze­nie Jarka, a po chwili jego błysz­czące jak wę­gle oczy zga­sły i od­szedł na za­wsze w jej ra­mio­nach. Wpa­dła wtedy w hi­ste­rię.

Mie­siąc była na zwol­nie­niu le­kar­skim, szef skie­ro­wał ją do psy­cho­loga po opi­nię, czy na­daje się do pracy w po­li­cji, ale wcze­śniej wy­ko­rzy­stała za­le­gły urlop. A że miała go bar­dzo dużo, nie pra­co­wała pra­wie trzy mie­siące. Na­stęp­nie zło­żyła po­da­nie o urlop bez­płatny i nie za­mie­rzała już wra­cać. Cho­ciaż mo­głaby wró­cić. Po­stę­po­wa­nie wy­ja­śnia­jące Biura Spraw We­wnętrz­nych Po­li­cji nie wy­ka­zało żad­nych za­nie­dbań pro­ce­du­ral­nych. To był po pro­stu nie­szczę­śliwy zbieg oko­licz­no­ści. Ale ona nie za­mie­rzała wra­cać. Piła i im­pre­zo­wała, żeby za­po­mnieć.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki
.

PO­LE­CAMY RÓW­NIEŻ:

KRWAW­NICA

Wcią­ga­jący thril­ler, w któ­rym strach ma różne ob­li­cza.Na­wet te naj­mniej ludz­kie...

Ucie­ka­jąc od trud­nej prze­szło­ści, były po­li­cjant Ra­fał Dzi­kow­ski wraz z żoną We­ro­niką prze­pro­wa­dza się do świeżo wy­re­mon­to­wa­nego domu nad Je­zio­rem Cho­bie­nic­kim we wsi Ba­gni­ska.

Miesz­kańcy wsi nie wy­dają się przy­chyl­nie na­sta­wieni do no­wych przy­by­szów, a na ścia­nie domu ktoś pi­sze sprayem słowo Krwaw­nica.

Wkrótce na po­dwó­rzu wy­ko­pane zo­stają zwłoki dwóch ko­biet. Gdy w Ba­gni­skach do­cho­dzi do ko­lej­nych nie­po­ko­ją­cych zda­rzeń, które ude­rzają bez­po­śred­nio w mał­żeń­stwo, Ra­fał po­sta­na­wia wziąć sprawy w swoje ręce.

Ja­kie ta­jem­nice skry­wają miesz­kańcy wio­ski? Kim były ko­biety, któ­rych zwłoki za­ko­pano na po­dwó­rzu? Czy klucz do roz­wią­za­nia za­gadki leży w prze­szło­ści Ra­fała i We­ro­niki?

Mie­czy­sław Gorzka za­biera nas w mroczny świat kłamstw i sza­leń­stwa,w któ­rym nic nie jest tym, czym się wy­daje...

.

PO­LE­CAMY RÓW­NIEŻ:

LI­LIE

Może to ty bę­dziesz moją na­stępną Li­lijką? Chcesz?

Dok­tor Ja­kub Ber­na­to­wicz po awan­tu­rze z żoną idzie do lasu i prze­pada bez śladu. Pod­czas po­ścigu za by­łym żoł­nie­rzem, po­dej­rza­nym o za­bój­stwo na­rze­czo­nej, po­li­cja od­naj­duje zwłoki za­mor­do­wa­nych bru­tal­nie in­nych ko­biet. Po­li­cjant z jed­nej z po­wia­to­wych ko­mend bada sprawę gwałtu sprzed wielu lat, po­dej­rze­wa­jąc, że ska­zany zo­stał nie­winny czło­wiek. Tym­cza­sem ofiar jest co­raz wię­cej.

Czy w spo­łe­czeń­stwie gra­suje nowa Be­stia? Czy wszyst­kie te sprawy mogą się ze sobą łą­czyć?

W cha­osie wy­da­rzeń i związ­ków mię­dzy nimi nad­ko­mi­sarz Mar­cin Za­krzew­ski bę­dzie mu­siał od­na­leźć Be­stię, za­nim po­ja­wią się nowe ofiary. Tylko że wszyst­kie tropy wiodą do­ni­kąd, a pod­jęte przez Za­krzew­skiego de­cy­zje do­pro­wa­dzą do dra­ma­tycz­nego fi­nału.

MIE­CZY­SŁAW GORZKA PO­WRACA Z NO­WYM,MROCZ­NYM KRY­MI­NA­ŁEM, W KTÓ­RYM NA FI­NAŁJAK ZA­WSZE CZEKA SIĘ Z ZA­PAR­TYM TCHEM.