Być jego lalką (#2). W objęciach Izabeli. Tom 2 - Ewelina Zielaskiewicz

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (39,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Karta redakcyjna Dedykacja Prolog. Chłopiec, który miał wszystko, Warszawa, 1990 Część pierwsza. Zosia Rozdział 1. List do Stanisława, Warszawa, 1878 Rozdział 2. Pociąg Warszawa-Zasławek, Warszawa-Zasławek, 1878

Punkty orientacyjne

Spis treści Okładka Strona tytułowa Początek tekstu

Lista stron

4 5 5 6 6 7 8 9 11 12 13 14 15 16 17

Rozdział 1

List do Stanisława

Warszawa, 1878

Zosia siedziała przy biurku w swoim pokoju w kamienicy po Łęckich i wpatrywała się w kartkę, na której znajdował się brudnopis listu do Wokulskiego. Zastanawiała się, czy nie było błędem, że go wysłała. Jednak gdy dowiedziała się, że Stanisław sądzi, że ona spotyka się z Julianem Ochockim, powzięła decyzję o sprostowaniu tego nieporozumienia.

Czytała tekst w kółko, raz po raz.

Drogi Panie Stanisławie,

jest coś, o czym musi Pan wiedzieć... Nic mnie nie łączy z Julianem Ochockim, choć wiem, że Pan myśli inaczej. To jednak wielkie nieporozumienie...

Nigdy nie mogłabym go poślubić, bo... moje serce należy do Pana.

Może uzna Pan ten list za zbyt bezpośredni, ale nie obchodzą mnie już żadne konwenanse. Nie mogę przestać o Panu myśleć. Nie mogę o Panu zapomnieć.

O Pańskich pocałunkach. O Pańskich spojrzeniach. O naszym tańcu i chwilach spędzonych w Pańskich ramionach.

Nie mogę tego dłużej ukrywać. Kocham Pana. I zamierzam o Pana walczyć.

Z poważaniem,

Zofia Nałęcka

Zosia głęboko wciągnęła powietrze. List napisała pod wpływem emocji i wielokrotnie żałowała, że go wysłała. Jednak teraz było już za późno. Musi się zmierzyć z konsekwencjami swojej decyzji. Jakiekolwiek by były.

Nie potrafiła przewidzieć, jak Wokulski odbierze jej bezpośredniość. To w końcu XIX wiek. Takie deklaracje w tej epoce były niedopuszczalne. Ale ona była zdeterminowana. Schowała zapisaną kartkę głęboko na dnie kufra i spojrzała na leżącą na biurku otwartą korespondencję od prezesowej. Kobieta zapraszała Zosię do swojej posiadłości, gdzie miała zjechać się cała arystokracja. A także Wokulski.

Na początku nie chciała tam jechać, ale zmieniła zdanie. Już nie ma odwrotu. Nie po tym, co zrobiła. Nie pozwoli Izabeli igrać z uczuciami Stanisława. To wojna, którą Zosia zamierzała wygrać, a Zasławek będzie polem bitwy.

***

Tymczasem Wokulski wracał z Paryża do Warszawy. Nie był w stanie zmrużyć oka. W jego żyłach krew się gotowała, a w sercu buzowały emocje. Na przemian czytał list od prezesowej i od panny Zofii. Miał mętlik w głowie. Jeszcze chwilę temu jego życie nie miało sensu, a teraz panna Izabela być może czeka na niego, rumieniąc się, gdy słyszy jego imię.

A panna Zofia...

Wciąż nie mógł uwierzyć, choć czytał jej wyznanie już chyba setny raz. Jego treść była niczym armata, która wystrzelała kulę za kulą. Każde słowo uderzało go z taką mocą, że ledwie był w stanie złapać oddech. Panna Nałęcka wcale nie zamierza wyjść za Juliana Ochockiego. Jak bardzo Stanisław się pomylił. A co więcej, kocha właśnie jego i zamierza o niego walczyć.

Tylko czy to nie był kolejny ze sposobów magnetyzowania go? Hipnotyzowania słowem? Jaka kobieta, tym bardziej arystokratka, napisałaby takie słowa?

Wokulski znalazł się w potrzasku i sam nie wiedział, co czuje.

Z jednej strony panna Zofia, kobieta, która zatrzęsła jego światem. Kobieta, w obecności której powietrze gęstniało, a jemu brakowało tlenu, gdy trzymał ją w ramionach.

A z drugiej strony delikatna panna Izabela, która rumieniła się na samą myśl o spotkaniu z nim. Kobieta, o której marzył od tak dawna. Czy może wyrzec się tej miłości teraz, gdy pojawia się cień szansy na zdobycie serca panny Łęckiej?

Ramiona panny Zofii obiecywały wirujący taniec zmysłów, ale co, jeśli ramiona panny Izabeli obiecują otwarcie bram do nieba?

***

Gdy Wokulski dotarł do Warszawy, otrzymał kolejny list od prezesowej, w którym nalegała, by przyjeżdżał natychmiast i został na parę tygodni w Zasławku.

Zdecydował się przyjąć zaproszenie. Kiedy przyjechał na dworzec, podszedł do niego zawiadowca, przedstawił się i przydzielił oddzielny przedział. "I jeszcze ten. Nigdzie chyba nie zaznam spokoju", pomyślał Stanisław. "W sklepie nawiedzali mnie obcy ludzie, na kolei obsługa proponuje mi najlepsze miejsce. Czy naprawdę warto odnosić sukcesy w interesach, jeśli zabierają ci spokój na co dzień?". Jego udane interesy w Paryżu rozeszły się wielkim echem w Warszawie, a obroty w handlu znacząco wzrosły i wciąż zresztą wzrastały z dnia na dzień, jednak zainteresowanie jego osobą zaczynało go już męczyć.

Pociąg ruszył, a Wokulski otworzył okno i przypatrywał się rozgwieżdżonemu niebu. Pogrążył się w myślach.

"Wszystko, co umiem, wszystko, co mam, wszystko, co zrobić jeszcze mogę, nie pochodzi stąd. Tu znajdowałem tylko upokorzenie, zawiść albo wątpliwej wartości poklask, gdy mi się wiodło, lecz gdyby mi się nie powiodło, zdeptałyby mnie te same nogi, które dziś się kłaniają. Wyjadę stąd", myślał. "Wyjadę! Chyba że ona mnie zatrzyma... Ale ona... to znaczy - która z nich? Czy panna Zofia naprawdę spełni obietnicę? Co to w ogóle oznacza, że zamierza walczyć? Czy panna Izabela pozwoli, bym to ja o nią walczył? Bo co mi da nawet ten majątek, jeżeli nie mogę go zużytkować w taki sposób, jaki mnie najlepiej przypada do gustu? Co warte życie, pleśniejące między resursą, sklepem i prywatnymi salonami, gdzie trzeba grać w preferansa, ażeby nie obmawiać, albo obmawiać, ażeby nie grać w preferansa?".

Patrzył na gwiazdy tworzące rozmaite konstelacje. To była zaiste piękna noc. Idealna na podróż do Zasławka.

"Ciekawym w jakim celu tak znacząco zaprasza mnie prezesowa?", zastanawiał się, "A może to panna Izabela? A może to panna Zofia? Nie, panna Nałęcka ostatnimi czasy nie bywa zapraszana w kręgi arystokracji warszawskiej...".

W tej chwili drzwi przedziału nagle otworzyły się i stanęła w nich panna Zofia.

Rozdział 2

Pociąg Warszawa-Zasławek

Warszawa-Zasławek, 1878

Wokulski wpatrywał się w Zosię szeroko otwartymi oczami, gdy zaraz za nią do przedziału wpadł nadkonduktor, mówiąc:

- Najmocniej pana przepraszam, ta pani sama tu wtargnęła...

- Wszystko w porządku - powiedział Stanisław, wstając z miejsca.

Nadkonduktor ukłonił się i opuścił przedział.

- Co pani tu robi? - Wokulski zwrócił się do Zosi, przyglądając się jej uważnie.

Ona zaś zamknęła za sobą drzwi i podeszła do niego bliżej.

- Przyszłam tu, bo nie mogę pozwolić, by ta kobieta pana zniszczyła - powiedziała, patrząc mu prosto w oczy.

- Nie rozumiem, co pani ma na myśli. - Stanisław był widocznie zmieszany.

- Dobrze pan rozumie. Wiem, co czuje pan do panny Łęckiej. - Postanowiła wygarnąć mu wszystko bez owijania w bawełnę. - Popełnia pan wielki błąd.

- Skąd pani może wiedzieć, co ja czuję? - Stanisław sprawiał wrażenie urażonego.

- Czyżbym się myliła, że darzy ją pan uczuciem? - odpowiedziała pytaniem na pytanie.

Wokulski milczał, a Zosia zobaczyła swój list leżący na stosie papierów, w tym korespondencji od prezesowej.

- Widzę, że dostał pan mój list.

Wokulski nadal nie odpowiadał. Wyglądał na zbyt oszołomionego jej bezpośredniością.

- W takim razie wszystko jasne. Już pan wie, że moje serce należy do pana. Nie mogę przestać o panu myśleć ani nie mogę o panu zapomnieć. Nie pozwolę, by Łęcka doprowadziła pana do ruiny. Ona pana nie kocha i panem gardzi. - Zosia wypowiedziała te słowa jednym tchem.

Widać trafiły w czuły punkt, bo odpowiedział wzburzony:

- Panno Zofio, proszę się pohamować. Co pozwala pani myśleć, że ma pani prawo do takiego osądu?

- To, że pana kocham.

Zosia przysunęła się, świdrując go wzrokiem. Dzieliła ich już tylko bardzo niewielka odległość, kiedy pociąg zakołysał się i Wokulski złapał ją, by nie upadła. Powietrze w przedziale zgęstniało, a Zosi zdawało się, że mimo odgłosów lokomotywy słyszy przyspieszone bicie serca Stanisława. Trzymał ją w talii, a ona, nie dając mu szansy, by zareagował na jej wyznanie, namiętnie go pocałowała. W przedziale, pomimo chłodnej nocy, zrobiło się zbyt duszno i gorąco. Wokulski porwał Zosię w objęcia i odwzajemnił pocałunek, przyciskając ją do drzwi. Nie panował już nad sobą, a gdy rozpięła guziki jego szarej kamizelki, chwycił dziewczynę w ramiona i przeniósł na siedzenie, nie odrywając od niej wzroku. Jego spojrzenie było tak intensywne, że niemal wypalało dziurę w jej skórze. Nachylił się nad nią, odgarniając jasny kosmyk, który wysunął się z misternie ułożonej fryzury. Fryzury, która znacznie ucierpiała podczas tych igraszek.

Oczy Zosi lśniły, a Stanisław poczuł nagłą potrzebę, by wyznać jej, jakie uczucia nim targają.

- Panno Zofio...

W tej chwili usłyszeli pukanie do drzwi przedziału i głos nadkonduktora:

- Pan baron Dalski pyta, czy może tu przyjść. Jedzie w tym samym wagonie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Prolog

Chłopiec, który miał wszystko

Warszawa, 1990

Każdy mu zazdrościł. W drugiej B nie było chłopca, który nie chciałby się znaleźć na jego miejscu. W 1990 roku nikt z jego klasy nie miał takiego życia jak on. Patrzyli z podziwem i zazdrością na jego modne ciuchy z Pewexu. Jeansy Wranglera, koszulka Lacoste, a na głowie bejsbolówka z napisem "New York Yankees". Ale najbardziej chcieli, by zaprosił ich do siebie. I by pozwolił im choć przez chwilę pograć w Super Mario Bros na Nintendo.

Konsola Nintendo Entertainment System nie była jeszcze nawet dostępna w Polsce. Ale on już ją miał. Bo on miał wszystko. Nawet komputer Amiga 500. Kiedy inne bogate dzieciaki z sąsiedztwa miały jedynie Commodore C64, on miał najnowszy dostępny model komputera. Był na osiedlu królem. A oni przychodzili do niego, by popatrzeć, jak gra. Lub pooglądać Gwiezdne wojny na magnetowidzie marki Orion.

Zdawał sobie sprawę z tego, że jego rodzina jest bogata. Mieszkali w wielkiej willi na Saskiej Kępie. Matka nie pracowała. To ojciec zarabiał na ich utrzymanie. I zawsze mówił, że pracuje, by mogli żyć tak, jak na to zasługują. Dbał o to, by syn miał wszystko, co najlepsze. Najmodniejsze ciuchy, najnowszy sprzęt. Ale także wymagał od niego, by był najlepszy. We wszystkim.

Tego dnia chłopiec wrócił ze szkoły i odpalił The Legend of Zelda na konsoli. W tle leciało Mniej niż zero Lady Pank. Gdy odkrywał sekrety krainy Hyrule, nagle Janusz Panasiewicz przestał śpiewać. W pomieszczeniu zapadła cisza. Ośmiolatek obrócił głowę i zobaczył, że w drzwiach stoi ojciec, trzymając rękę na "jamniku", jego nowiutkim magnetofonie. Powoli wyjął kasetę i cisnął ją w kąt. W ręku trzymał kabel od prodiża.

- Wracam właśnie z wywiadówki - wycedził ostro.

Chłopiec przełknął ślinę. Nie rozumiał groźnej miny ojca. Był jednym z najlepszych uczniów i nie miał się o co martwić. Oceny miał dobre, zachowywał się wzorowo, a nauczyciele go chwalili. Popatrzył na ojca pytająco. Mężczyzna wyjął z kieszeni pomiętą kartkę i rzucił w niego.

- Co to jest?! Trója z tabliczki mnożenia?! - krzyknął.

Ośmiolatek podniósł z ziemi zmięty skrawek papieru i zdał sobie sprawę, że to jego sprawdzian. Skrzywił się, widząc, że zrobił kilka błędów. Pech chciał, że dużo było przykładów z mnożeniem przez siedem, a on nie mógł tego zapamiętać.

- Pomyliłem się... Przepraszam - wybąkał cicho.

- Wygląda na to, że wychowałem debila, który nie zna tabliczki mnożenia!

- To wszystko przez mnożenie razy siedem... - Chłopiec poczuł, że łzy napływają mu do oczu. - Nie mogę tego zapamiętać.

- Nie możesz tego zapamiętać?! - krzyknął ojciec. - Powtarzałem ci już tyle razy: w naszej rodzinie nie mówimy "nie mogę"! Już ja ci pomogę nauczyć się tabliczki mnożenia. Zapamiętasz ją do końca życia! Wstawaj!

Chłopiec wstał i z przerażeniem wpatrywał się w ojca.

- Bierz to! - Ojciec chwycił leżący na biurku podręcznik do matematyki i rzucił w syna. - Unieś ręce i trzymaj książkę nad głową! Będę cię odpytywać tak długo, aż upewnię się, że znasz całą tabliczkę mnożenia!

Chłopiec posłusznie wykonał polecenie. Wpatrywał się swoimi niebieskimi oczami w ojca, czekając, co będzie dalej.

- Osiem razy osiem? - warknął mężczyzna.

- Sześćdziesiąt cztery - odpowiedział pewnie.

- Siedem razy sześć?

Chłopiec przełknął ślinę. Nie wiedział. Próbował zgadywać:

- Czterdzieści osiem?

Nagle ojciec zamachnął się i kabel uderzył chłopaka w pośladki. Przeszedł go straszny, przeszywający ból, który sprawił, że zachwiał się, a podręcznik wypadł mu z rąk.

- Bierz tę książkę i ręce do góry! - wrzasnął ojciec.

Chłopiec wypełnił natychmiast jego polecenie. Choć ramiona mu zdrętwiały i bardzo bolały od trzymania podręcznika w górze, nie śmiał zaprotestować.

- Siedem razy osiem? - kontynuował mężczyzna.

- Czterdzieści dziewięć? - Ośmiolatek poczuł kolejne piekące uderzenie, tym razem kabel osunął się na plecy.

- Siedem razy pięć?

"Dlaczego on to robi? Dlaczego wybiera same przykłady z siódemką", myślał chłopiec, a po policzkach płynęły mu łzy. Gdy już skończyły się wszystkie przykłady z felerną liczbą, mężczyzna spojrzał na syna i rzucił oschłym tonem:

- Nie rycz. Facet musi być silny, a nie mazać się jak baba. Mam nadzieję, że ta lekcja cię czegoś nauczy. - Spojrzał na syna z pogardą i dodał: - Mężczyźni w naszej rodzinie zawsze osiągają sukces. Mamy to w genach. Nie pozwolę, by mój syn był nieudacznikiem.

Po czym wyszedł, zostawiając go samego na środku pokoju. Chłopak cały się trząsł, szlochając. W uszach ciągle dźwięczał mu świst kabla. Spojrzał na matkę siedzącą w salonie, która unikała jego wzroku. Patrzyła w telewizor i udawała, że nic nie widzi. Ręce miała zaciśnięte w pięści, a na jej twarzy zauważył siniaka. Podniósł z podłogi podręcznik i chciał usiąść przy biurku, ale szybko poderwał się z bólu. Stanął więc przy blacie i zaczął powtarzać tabliczkę mnożenia. Do skutku. Tak, aż będzie potrafił wyrecytować ją obudzony w środku nocy.

Tego dnia Aleksander postanowił, że nigdy już nie będzie płakał. Oraz że będzie najlepszy we wszystkim, do czego się zabierze, i nigdy nie da ojcu kolejnych powodów, by wyciągnął kabel od prodiża.