1.
KORZENIE
Darem niebios, od urodzenia, otrzymałem dwa języki. Macierzysty - węgierski i ojczysty - polski. Dzięki ojcu, który w 1926 roku ożenił się z Węgierką. Wychowywała mnie głównie matka, bo ojciec, jako pełen poświęcenia lekarz, był nieustannie zajęty ordynowaniem w przychodni, w swoim prywatnym gabinecie czy leczeniem pacjentów w szpitalu albo też w ich domach. Od rana do wieczora, w Kasie Chorych, czyli przedwojennej ubezpieczalni, następnie w szpitalu, a potem w domu, w prywatnym gabinecie. I jeszcze chodził z wizytami do chorych, z reguły znajomych, a także co bardziej znaczących w Stanisławowie osobistości. Bo go o to proszono, gdyż uważano go za jednego z najlepszych w mieście doktorów.
Moja matka, Katinka Siménfalvy (zdrobnienie od węgierskiego imienia Katalin, tak jak Kaśka od Katarzyny), prosiła, żeby tak się do niej po polsku się zwracać. Ale starała się jak najczęściej mówić ze mną po węgiersku i opowiadać o losach swojej familii. Tak więc wiem.
Mój dziadek - Alojzy Olszański herbu Jastrzębiec - był ziemianinem ze szlacheckim rodowodem i posiadał spory majątek w Kupczyńcach koło Tarnopola. Jakiej wielkości i wartości nie wiem, gdyż mój ojciec nigdy o tym nie opowiadał, bo i nic nie odziedziczył. Jedno tylko przejął od rodziny, a mianowicie drzewo genealogiczne swoich przodków, które uratował w czasie wojny i mnie przekazał. Wraz z dumą z naszego herbu Jastrzębiec. Rodowód ten sięga kilka pokoleń wstecz i są w nim nawet ważni niegdyś podkomorze, a nawet kasztelanowie. Ja z kolei przekazałem ten dokument swoim dzieciom oraz wnukom i już ich sprawą jest, co z nim zrobią, czy im się kiedyś do czegoś przyda. Dla mnie natomiast najważniejsze z tego rodowodu było i jest to, że moja babcia Franciszka z domu była z Hickiewiczów i stąd pokrewieństwo oraz moja wielka, sięgająca do dziś przyjaźń z tą stanisławowską rodziną, która po wojnie osiedliła się w Gliwicach. Babcia Franciszka zmarła jednak wcześnie i chyba od tego momentu urwały się kontakty mego ojca, bo nic mi nie przekazał o losach naszej rodziny. I poza swoim grubo młodszym kuzynem, również lekarzem, doktorem Adamem Hickiewiczem, nie miał nikogo bliskiego. Z rodowodu wynika, że ojciec miał młodszego brata, ale nie utrzymywał z nim kontaktów, ślad się urwał i nic o wujku mi nie opowiedział. Coś w rodzinie ojca stało się wówczas nie tak, a mojego tatę wysłano na studia do Lwowa. Najpierw medyczne, uwieńczone dyplomem doktora wszech nauk lekarskich otrzymanym w 1907 roku. We Lwowie też zaczął pracować jako młody lekarz, głównie po to, aby dalej studiować i na Lwowskim Uniwersytecie zrobić jeszcze magisterium z filozofii. Ale i tego było mu za mało, zaczął studiować astronomię! I zapewne zrobiłby kolejny dyplom, gdyby nie wybuch I wojny światowej, kiedy jako lekarza w 1914 roku wzięto go do austriackiej armii i wysłano na front we Włoszech.
Wczesne losy ojca, aż do ślubu z Katinką, bardziej szczegółowo opisałem w mojej pierwszej książce o Stanisławowie, więc nie zamierzam tego tu powtarzać, bo tam każdy to znajdzie i jeśli zechce, przeczyta. I tyle o naszych polskich korzeniach, Olszańskich i Hickiewiczów.
Znacznie obszerniej opisałem w tej książce rodzinne związki węgierskie. Było ich więcej ze względu na liczne rodzeństwo mojej matki. Miała trzech braci i dwie siostry oraz żyjącą jeszcze do 1946 roku macochę Antonię, nazywaną Toni-Mama. Ważna była też bliskość geograficzna, bo ród Siménfalvich pochodził z Zakarpacia. Jednak tylko najstarszy brat matki - wujek Árpád, pozostał na rodzinnym majątku w Rusi Zakarpackiej, która przed II wojną światową należała do Czechosłowacji, w mieście Nagyszőlős, po czesku Velki Sevlus, a dziś po ukraińsku Vinohrady. Był adwokatem, przywódcą dominującej intelektualnie mniejszości węgierskiej. Znaną osobistością. Starsza siostra Erzsébet i środkowy brat Sándor przenieśli się do Budapesztu, a najmłodszy Adorján wyjechał do Argentyny i tam przehulał swój udział w majątku. Wrócił, gdy rodzina wykupiła jego długi, ale usunął się w cień.
Ze Stanisławowa wystarczyło przejechać koleją przez legendarny most na Prucie w Jaremczu, potem przez tunele w Karpatach do Worochty, gdzie jednak kończyły się tory i już się było po drugiej stronie, u wujka Árpáda. Pociągiem, okrężną drogą przez Stryj, jechało się wprawdzie dłużej, ale też tylko kilka godzin. Przed wojną z reguły z mamą jeździłem na wakacje, na przemian do węgierskiej rodziny oraz w okolice Jaremcza, gdzie w sercu Huculszczyzny, w Dorze, też nad brzegiem Prutu, miała swoją willę nasza rodzina Hickiewiczów.
Drugi brat Katinki, Sándor, mieszkał znacznie dalej, bo w Budapeszcie. Obaj bracia byli znaczącymi osobistościami, politykami i wysokiej rangi urzędnikami. Konieczne tu wyjaśnienie skomplikowanych losów Rusi Zakarpackiej, w której dominującą rolę odgrywali Węgrzy. Po przegranej I wojnie światowej została podzielona i przyznana powstałej republice Czechosłowacji oraz częściowo Rumunii. Zakarpacie powróciło do Węgier dopiero po rozbiorze Czechosłowacji przez Hitlera w marcu 1938 roku. Po II wojnie zaś Ruś, podobnie jak i nasze wschodnie Kresy, została wcielona do ZSRR, a dziś należy do Ukrainy. W niespełna pięćdziesiąt lat pięć różnych państw!
W marcu 1939 roku Polska na niespełna sześć miesięcy uzyskała wspólną granicę z Węgrami, co odegrało ogromną rolę po naszej błyskawicznej klęsce na początku II wojny światowej. Dzięki tej granicy, właśnie przez Węgry, przedostały się na Zachód całe jednostki naszego wojska. A Węgrzy, mimo sojuszu z III Rzeszą Hitlera, przyjęli tysiące polskich uchodźców. Wśród nich i mnie z rodzicami, późna jesienią 1943 roku, kiedy los zmusił nas do natychmiastowej ucieczki. Przez Węgry wiodły też szlaki kurierskie z okupowanej przez Niemców Polski. I w tym miejscu dochodzę do naszych rodzinnych powiązań, bo w tym wszystkim istotną rolę odegrali obaj bracia mojej matki. Moi wujkowie!
Rodzina Siménfalvych za austro-węgierskich czasów, przed I wojną światową, miała na Zakarpaciu duże znaczenie. Zaliczała się do ziemiaństwa, którego celem była hungaryzacja tej krainy. I rzeczywiście, podobnie jak Polacy na Podkarpaciu, tak Węgrzy na Zakarpaciu odegrali dużą rolę w podniesieniu poziomu kultury i cywilizacji tamtejszej różnorodnej narodowo ludności. Zakładali szkoły, wprowadzili uprawę winogron, ale oczywiście czerpali z tego korzyści. Byli panami w stosunku do Rusinów, Rumunów, Romów, Hucułów, a nawet bogacących się na handlu Żydów. W drugiej połowie XIX wieku mój węgierski dziadek Szabolcs Siménfalvy został delegowany do gminy Nagytarna. Został tam wójtem i dyrektorem stworzonej przez niego szkoły. Rządził i uczył. Dostał ziemię i dorobił się wielkiego majątku, w tym sporej winnicy oraz dworku. Jego najstarszy syn, a mój wujek, Árpád, był adwokatem i szybko stał się liderem mniejszości węgierskiej na całym Zakarpaciu. A gdy w 1939 roku znów nastały Węgry, został mianowany wojewodą aż trzech komitatów (tak nazywały się węgierskie województwa) Ugoczy, Beregu i Ungváru, graniczących z Polską. Decyzję o przepuszczeniu polskich wojsk we wrześniu 1939 roku i przyjęciu uchodźców, mimo sojuszu z III Rzeszą, podjął rządzący Węgrami admirał Miklós Horthy. Na mocy tej politycznej decyzji rozlokowaniem i pierwszą pomocą zajmowały się kierowane przez wujka Árpáda urzędy. A jemu szczególnie na tym zależało, bo przecież jego siostra była żoną Polaka. Węgrzy serdecznie, nie tylko chlebem, ale i z empatią, również i winem, witali Polaków, aby ich pocieszyć. Drugi wujek, Sándor, był w Budapeszcie dyrektorem KEOH-u czyli Państwowego Urzędu Kontroli Obcokrajowców i podlegały mu sprawy uchodźców. Ściśle współpracował z węgierskim Ministerstwem Spraw Wewnętrznych, w którym utworzono specjalny departament opieki nad uchodźcami. Kierował nim zasłużony dla Polski József Antall. Sándor Siménfalvy naturalnie mocno go wspierał. I tu też nie bez wpływu były jego rodzinne powiązania z Polską. A w ogóle przecież losy Węgier splatały się z naszą historią, lubiano i nadal nas tam lubią, cenią. O tym wszystkim obszernie napisałem w Kresach Kresów, niemniej uznałem za ważne, aby od tego zacząć strzępy wspomnień. Swoje dzieciństwo dokładnie przywołałem w tamtej książce, więc mogę teraz swobodnie powędrować dalej po swoich losach.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki