Wstęp
W 2025 roku dokończyłem zamierzchłą pracę o tym, jak przed wiekami
pre-Irańczycy wystrzelali Rzymian z łuków. Proces wydawniczy ma swoje
prawa i proszę -?w 2026 roku temat ten stał się aktualny jak nigdy
przedtem -?ten region gore, strony konfliktu mentalnie podobne do
pierwowzorów, a ostrzał, tyle że rakietowy i dronowy, główną bronią.
Na opisanie ostatniej bitwy triumwira Marka Licyniusza Krassusa wpadłem
bardzo wcześnie, przy pracach nad Powstaniem Spartakusa 73-71 p.n.e.
Rzymską część miałem wówczas rozpoznaną, podobnie jak mitrydatejski
prolog od strony azjatyckiej. Sprawa przedstawiała się całkiem
atrakcyjnie: bitwa wielka, dziejotwórcza, o czym w języku polskim
niewiele napisano. Wiedziony myślą o palmie pierwszeństwa z końcem roku
2009, to jest wkrótce po zakończeniu prac edytorskich nad "Spartakusem..."
(dotychczas trzy wydania), wziąłem się do studiowania, planowania i spokojnego pisania pierwszych rozdziałów Carrhae 53 przed Chr.
Po roku prac zbliżyłem się w opowiadaniu do punktu, w którym należałoby
na własne oczy zobaczyć azjatycki szlak Krassusa, owe pagórki
stepowo-pustynne, tak sposobne do działań jazdy, a zarazem tak
utrudniające marsz pieszym Rzymianom. Należało choć trochę poczuć ten
pył duszący w palącym słońcu, co go wtedy wzbijało ponad dziesięć
tysięcy nieparzystokopytnych, na miejscu wyobrazić sobie sto tysięcy
strzał na minutę, rzucających jedyny cień w samo południe na puste pole
między konnymi strzelcami a pieszymi przeważnie celami. I już, już
planowałem bliskowschodnią podróż krajoznawczą, gdy na fali "arabskiej
wiosny" wybuchła wojna domowa w Syrii.
Jako że dotychczas każdą książkę bitewną tworzyłem, opierając się na
wizji terenowej, temat Carrhae odłożyłem na później, naiwnie sądząc, że
w rok-dwa z zamieszek między dwiema stronami konfliktu wyłoni się jakaś
władza skuszona Pokojowymi Nagrodami Nobla. Co prawda dałoby się
zaryzykować podróż i wtedy, bo jacyś polscy badacze na tamtym etapie
konfliktu penetrowali interesujące mnie rejony, jednak mieli wsparcie
instytucjonalne i / lub miejscowe znajomości, na które, jako osoba
całkowicie prywatna, a zarazem kompletnie nieznająca miejscowych
narzeczy, nijak nie mogłem liczyć. Bardzo zaciążyło też doświadczenie
życiowe, którego nabrałem już na samym starcie starań bitwoznawczych, co
niniejszym wyłuszczam.
Mianowicie wiosną 1988 roku mnie i kolegę (obaj maturzyści) zaaresztował
patrol Ludowego Wojska Polskiego na polu bitwy pod Cedynią, po czym
kilka godzin przesłuchiwali nas sierżant i porucznik. Małomówny
podoficer nie rozumiał niczego, co się do niego mówiło, a przy tym
ledwie składał koślawe litery. Za to oficer nie dość, że pisał naprawdę
ładnie, to miał większe niż sierżant gadane i fantazję co do naszych
dalszych losów. I choć niscy stopniem pogranicznicy rozumieli już od
chwili pojmania, że ktoś może mieć pasję historyczną -?co zwłaszcza
sierżantowi (to on nas aresztował) tłumaczyli wytrwale -?to jednak dwaj
ich dowódcy nijak nie przyjmowali tego do wiadomości Uznali, że złapali
szpiegów (dowody -?aparaty fotograficzne), a zarazem dezerterów z Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej (plecaki, kanapki i napoje). W końcu
po pięciu godzinach wyjaśnień tudzież konsultacjach ze sztabem służbiści
zrozumieli, że na nas karier nie zrobią, co najwyżej się wygłupią, co
zamaskowali szeregiem połajanek, po czym wypuścili. Przecież czas
zżarli, a na pole bitwy (3 km) nie podwieźli, choć stamtąd zabrali.
Po latach na wspomnienie tamtej przygody dopuściłem się myślowej
analogii. Gdyby w razie zatrzymania w Syrii czy Turcji wyszło na jaw, że
jestem oficerem pożarnictwa (mundurowy w strefie działań wojennych...),
rozmowa z miejscowymi służbistami mogłaby przybrać jeszcze trudniejszy
tryb niż z PRL-owskimi tępakami, tym bardziej że na ostrzeliwanej
granicy pełno uchodźców i rozbójników. Pasjonat szukający śladów jakiejś
bitwy sprzed dwóch tysięcy lat w sytuacji, gdy toczy się aktualna wojna,
musiałby się jawić jako oszust o wyjątkowej bezczelności -?tu giną
ludzie, dzieci nie chodzą do szkół, całe regiony popadają w strukturalną
biedę, a ten, jak gdyby nigdy nic, wycieczki sobie urządza! Nie mówiąc
już o tych, co skrót nazwy ich ugrupowania wymawia się tak samo jak imię
pewnej starożytnej bogini, z tą tylko różnicą, że z fonetyką angielską -
bo nasi dziennikarze inaczej już "nie umią" (zresztą nawet rosyjskie
nazwiska zapisują po angielsku, choć polska transkrypcja jest prosta i naturalna).
Ówczesne rachuby mnie zawiodły, bo z czasem wojna syryjska rozszerzyła
się w najlepsze, czyli w najgorsze, na tyle, że dało się wykazać już nie
dwie, ale cztery i więcej stron tego konfliktu. Temat Carrhae porzucałem
więc na coraz dłużej, a wolne moce przerobowe przestawiałem z powodzeniem na inne projekty.
Cóż... czas wcale nie jest wartością względną, jak to w sposób niemożliwy
do sprawdzenia twierdził pracownik urzędu patentowego Albert Einstein,
tylko absolutnie bezwzględną, na co najlepiej wskazuje PESEL. A sytuacja
w Syrii nadal jest daleka od stabilnej.
Jako że los Krassusa w imię utrwalania pamięci o nim nijak mi się nie
uśmiechał, po ponad piętnastu latach od pierwszego "wbicia szpadla", by
wykopać fundament pod książkę, tę pamięć utrwalającą, zrobiłem poważny
wyłom w przyjętych za młodu standardach opowiadania o bitwach i opisałem
ostatnie zmagania tego niezbyt sympatycznego człowieka, nie depcząc
osobiście terenów w okolicy tureckiego miasta Harran, co kiedyś zwało
się Carrhae. Jest ono ciągle niedostępne dla zwiedzania ze względu na
militarne obsadzenie terenu przez Turcję. Zatem -?Czytelnicy, wybaczcie!
-?postanowiłem dłużej nie czekać i opisałem wszystko, jak umiałem
najlepiej, wyłącznie zza biurka.
Czas był ku temu najwyższy, bo gdy na próżno czekałem na syryjski pokój,
inni, w tym Polacy, wytwarzali i korygowali wiedzę wokół zagadnienia
krassusowej wyprawy. Dzięki temu jest ona nieporównanie szersza i głębsza niż piętnaście lat temu. Ale też, choć nie jestem pierwszy,
dowodnie przekonałem się, że jak dotąd nikt nie wpadł na moje pomysły:
1) rekonstrukcji tytułowych zmagań, w szczególności procesu decyzyjnego
Krassusa odnośnie marszruty kampanii letniej 53 roku;
2) ustalenia roli Gajusza Kasjusza Longinusa w całym przedsięwzięciu,
głównie w jego zakończeniu.
Nie zamierzam narzucać swoich wizji jako jedynie słusznych. Inni też
długo myśleli nad tym, co się wydarzyło w Asyrii w czerwcu 53 roku przed
Chrystusem -?warto poznać wyniki tych wysiłków, co w odpowiednich
miejscach książki nienachalnie wskazuję.
W ten sposób przeszliśmy do miejsca, w którym Szanownym Czytelnikom
należy się odautorskie zwierzenie natury ogólnej: wyjaśnienie sposobu
pisania książek popularnonaukowych.
Założyłem sobie bowiem dawno temu, żeby maksymalnie skracać dystans
między czytelnikiem a opisywanym wydarzeniem. Temu właśnie służyły
wizyty terenowe, czasem kilkakrotne, jak w Cedyni, Niemczy czy Kalkriese
(Las Teutoburski). Dlatego objechałem Italię po śladach Spartakusa. Temu
też służy każdorazowe oparcie się bezpośrednio na materiałach
źródłowych. Materiały te każdy z badaczy zagadnienia ma dosłownie te
same. Różni nas, opisujących zdarzenia, coś, co określa się
charakterystycznym słowem: "interpretacja".
Analizując teksty źródłowe, konfrontuję je (o ile jest ich więcej niż
jeden) z terenem, porą roku, a i ludzką mentalnością pola walki.
Wykorzystuję tu doświadczenia z akcji ratowniczych i prac sztabowych
przy wielkich, długotrwałych zdarzeniach, w tym bezpośrednie obserwacje
najważniejszych w kraju polityków w sytuacjach dla nich trudnych. Cudzą,
gotową analizą danych źródłowych posługuję się tylko wtedy, gdy jest mi
pomocna w zrozumieniu wydarzeń. Wielokrotnie przekonałem się, że
zwłaszcza w uznanych pracach przekrojowych historycy nazbyt często
relacjonują wprost to, co napisali starożytni (gdyby widzieli, co swego
czasu z każdym słowem wczesnośredniowiecznego materiału źródłowego
wyczyniali Gerard Labuda i Henryk Łowmiański...).
Zarazem bardzo rzadko wchodzę w polemiki z ustaleniami czy twierdzeniami
innych autorów. Moje książki nie są dyskursami naukowymi, tylko
przybliżeniami zamierzchłych dziejów w formie jak najbardziej
przystępnej czytelnikowi niebędącemu zawodowym historykiem czy
archeologiem. Nikomu niczego nie udowadniam, bo nie ma takiej potrzeby,
a przy tym książki popularyzującej historię nie uważam za miejsce dobre
ku temu. Wszelkie dyskusje czy konfrontacje przeniesione na treść
wykładu powodują dyskomfort u czytelnika, który zamiast być świadkiem
opisywanego wydarzenia, czuje się uczestnikiem jakiejś niezrozumiałej
kłótni, która spycha na dalszy plan przedmiot sprawy.
Innymi słowy, piszę książki o wydarzeniach historycznych, a nie o tym,
jak owe wydarzenia opisywali inni. Jednocześnie trudu
pisarsko-badawczego poprzedników w opisywanej materii nie traktuję jako
konkurencyjnego, więc w wielu przypisach wskazuję, gdzie go szukać, bo
choć z zasady nie krytykuję, to przecież gdzieniegdzie nie mogę się
powstrzymać od słów podziwu. Tym samym opracowanie z założenia jak
najłatwiejsze w czytaniu tekstu głównego ciągnie za sobą w przypisach
całkiem poważny aparat poznawczy w postaci tytułów druków zwartych oraz
co ważniejszych artykułów.
Mam nadzieję, że nie tylko amatorzy historii, ale również zawodowcy z przyjemnością wezmą do ręki niniejszy tomik, a gdy odczują taką
potrzebę, samodzielnie skonfrontują jego treść z dokonaniami innych
autorów.
Paweł Rochala "Pożarolog",
Skierniewice, czerwiec 2026 roku
Rozdział I. Trzech ważnych Rzymian
I wiek przed Chr.1 to czas upadku tradycyjnego rzymskiego porządku
politycznego i społecznego. A jeszcze sto lat wcześniej, kiedy ustrój
rzymski wydawał się doskonały, naoczny świadek z innego świata tak
powiedział o Rzymianach i ich organizacji państwa: "[...] nikt nawet z krajowców nie mógłby z całą pewnością orzec, czy cały ustrój jest
arystokratyczny, czy demokratyczny, czy monarchiczny. [...] Bo ilekroć
zwróciło się oczy na konsulów, wydawał się ustrój zupełnie monarchiczny
i królewski; ilekroć na władzę senatu -?znowu arystokratyczny. A jeżeli
ktoś rozważał władzę ludu, wydawał się ustrój wyraźnie
demokratyczny"2.
W republikańskim Rzymie uprawnienia polityczne zależały od majątku,
majątki zaś szacowano po to, aby obywatele odbywali powszechną służbę
wojskową odpowiednio uzbrojeni i oporządzeni oraz by dysponowali
odpowiednią wagą głosu wyborczego.
Od najbogatszych żądano służby w konnicy, od średniozamożnych -?a takich
było najwięcej -?stawiania się w piechocie ciężkozbrojnej, od młodzieży
i ubogich posiadających minimalne dochody cenzusowe -?w piechocie
lekkozbrojnej. Całkiem ubogich kierowano do marynarki wojennej. Tylko od
biedoty nie oczekiwano niczego.
W ślad za tym szły uprawnienia polityczne. W pradawnych czasach ogół
obywateli pod względem majątkowym podzielono na 193 centurie, czyli
setki. Ale już wtedy jedna setka nie była równa drugiej... Bogatych
zgromadzono w 98 pierwszych centuriach, biedniejszych w pozostałych,
najbiedniejszych, czyli proletariuszy, zaś w jednej -?ostatniej.
Wybory odbywały się w ten sposób, że głosowano centuriami, począwszy od
najbogatszych, skończywszy na najuboższych. Każda centuria miała głos
równy co do wagi, zatem w przypadku jednomyślności ludzi bogatych głosy
centurii o numerach wyższych niż 98 nie liczyły się, bo były one już
przegłosowane. W ten sposób dokonywano wyborów na urzędników miejskich,
którzy w praktyce rządzili całym państwem. A ponieważ urzędy były
bezpłatne, wybierano na nie ludzi zamożnych, którzy mogli sobie pozwolić
na to, by na cały rok oderwać się od codziennych zajęć przynoszących
dochód.
Przewaga zgromadzenia ludowego objawiała się przy tak zwanych zebraniach
(comitia) trybusowych i w miarę psucia się relacji społecznych w Rzymie rosła. Obywatele Miasta -?kwiryci -?byli zapisani do odpowiednich
tribus, czyli dzielnic (okręgów). Tu nie liczył się podział na
centurie, choć ten także funkcjonował. Takie zgromadzenie opowiadało się
za lub przeciw gotowym już wnioskom w formie ustaw, decydując o wojnie i pokoju, przyznawaniu dowództwa wojskowego czy stanowieniu nowych praw.
Każdemu obywatelowi Rzymu wolno było się odwołać od kary śmierci do
zgromadzenia ludowego. Ponadto prastare prawo XII tablic mówiło, że
cokolwiek postanowi lud, jest dobre -?zgromadzenie ludowe miało zatem
również -?samo z siebie -?moc ustawodawczą. Warto przytoczyć następujące
zdanie: "Trzydzieści jeden tribus wiejskich (na ogólną liczbę
trzydziestu pięciu) rządziło na zgromadzeniach ludowych"3.
Zgromadzenie niewiele jednak mogło, gdyż prawo do jego zwoływania mieli
wysokiej rangi urzędnicy, którzy z różnych powodów byli przeważnie
arystokratami. Ponadto przez zgromadzenie ludowe nie dało się zarządzać
Rzymem jako miastem i państwem stale, bo też nie co dzień je zwoływano.
Zgromadzenie takie było również mało reprezentatywne. W efekcie
kilkuwiekowych wojen państwo rozrosło się, rozsiało osiedla (kolonie)
swoich obywateli (przeważnie weteranów) nie tylko po całej Italii, lecz
także daleko poza jej granicami. Tribus wiejskie straciły na
znaczeniu, a główną rolę masową zaczęli odgrywać mieszkańcy Miasta -
przeważnie niczego nieposiadająca biedota.
Do bieżącego zarządzania Rzym miał senat, posiadający rozległe
uprawnienia w zakresie stanowienia prawa oraz instruowania najwyższych
urzędników w sprawie celów ich działania. Senat zarządzał też finansami
państwa. Nazwa zgromadzenia wzięła się od słowa senex, czyli starzec,
choć na samych senatorów mówiono "ojcowie". Co prawda, średnia wieku w senacie była wysoka, ale do grona senatorów nie wchodziło się tylko ze
względu na wiek. Zasiadali w nim bowiem jedynie ci spośród obywateli,
którzy piastowali odpowiednio wysokie urzędy państwowe zwane kurulnymi
(od urzędowego, składanego krzesła), byli to (od najniższego): edyl,
pretor, konsul, cenzor i dyktator. W praktyce największe szanse na
wygraną w wyborach mieli potomkowie tych, którzy kiedyś piastowali te
urzędy. W związku z tym jeszcze przed wojnami z Hannibalem wykształciła
się warstwa arystokracji zwana patrycjuszami, zazdrośnie strzegąca
dostępu do ważnych urzędów przed ludźmi z innych warstw, tzw. ludźmi
nowymi.
U schyłku republiki oprócz arystokracji istniała jeszcze jedna kasta -
ekwitów (jeźdźców). Jej przedstawiciele korzystali z tego, że
patrycjuszom nie wolno było żyć z handlu, tylko z ziemi. Zajęli więc
niszę kupiecko-bankierską, dorabiając się wielkich majątków na handlu i dzierżawie. W ślad za pieniędzmi poszły ich ambicje polityczne. Tylko
wówczas gdy na komicjach centurialnych ekwici mieli inne zdanie niż
arystokracja, na urzędy dostawali się kandydaci spoza grupy tradycyjnie
trzymającej władzę.
Na wypadek konfliktów między warstwami społecznymi obmyślono swoisty
polityczny wentyl bezpieczeństwa. Wprawdzie rządzili urzędnicy wybierani
w ramach preferującego ludzi majętnych systemu oddawania głosów, lecz
prawo mogło stanowić wspomniane wyżej zgromadzenie ludowe, gdzie nie
obowiązywały podziały kastowe. Tam rację miała większość, głośno
krzycząca "tak" lub "nie". Ten głos zależał od trybunów ludowych -?grupy
dziesięciu osób pochodzenia plebejskiego, mających dbać o dobro ludu,
wybieranych na roczne kadencje wyłącznie przez plebejuszy. Trybuni
ludowi posiadali prawo weta wobec każdej ustawy czy inicjatywy
politycznej i pozostawali nietykalni -?oczywiście teoretycznie. Zawsze
jednak wśród tej dziesiątki znalazł ktoś, kto w decydujących chwilach
wetował zdanie swoich kolegów w urzędzie.
Z czasem, mimo napływu wielkich bogactw z łupów wojennych i kontrybucji,
społeczeństwo Rzymu zubożało, ubyło ludzi o zdrowej świadomości
obywatelskiej, wychowanych w szacunku dla uczciwych obyczajów, państwa i prawa, odpornych na populistyczne hasła i przekupstwa wyborcze.
Największe znaczenie polityczne zyskiwali mieszkańcy Rzymu i najbliższej
okolicy: ludzie bardzo bogaci albo bardzo biedni. Tu najwięcej głosów
mieli najbiedniejsi, czyli ci, których wtłoczono do jednej centurii. I to oni, zwani pogardliwie motłochem, pod koniec Republiki stali się
zasadniczą klientelą wszelkich ugrupowań politycznych w Rzymie, a zarazem głównym rezerwuarem rekruta i ogólnie masą wyborczą, utrzymywaną
z rozdawnictwa państwowego. Ich głosy po prostu kupowano.
O jakie urzędy tak walczono i dlaczego
Aby zrobić w Rzymie karierę polityczną, należało uzbroić się w cierpliwość i wejść na ścieżkę kariery zwaną cursus honorum4.
Najpierw należało odsłużyć w swoje w armii. Następnie, po ukończeniu 27
lat, ubiegano się o urząd kwestora przy konsulu, czyli kogoś w rodzaju
księgowego i skarbnika w jednym. Kolejnym szczeblem był edylat, możliwy
do objęcia po ukończeniu lat 30 -?stanowiący zaledwie początek kariery
urzędniczej, ale niezwykle istotny. Edylem nie mógł zostać człowiek
ubogi, gdyż pod koniec Republiki polityka była inwestycją finansową -?w dzisiejszym rozumieniu tego słowa -?bardzo długofalową, niewyobrażalnie
kosztowną, a przez to ryzykowną.
Gdy ktoś zakończył urzędowanie jako edyl, po 10 latach mógł się ubiegać
o urzędy "chlebowe": preturę (mając 40 lat) lub konsulat (pod warunkiem
ukończenia 43 lat). Ale nadal należało cierpliwie czekać, bo owe urzędy
nie były dochodowe same z siebie. Najważniejsze następowało później,
mianowicie gdy jako propretor lub prokonsul dostawało się w zarząd jakąś
prowincję z armią gotową do akcji. Dopiero wtedy można było z naddatkiem
odbić ponoszone latami koszty i -?z reguły -?spłacić wierzycieli.
W połowie I wieku pretorów było ośmiu -?do różnych spraw. Marzeniem
każdego ambitnego Rzymianina był jednak urząd konsula. To właśnie konsul
reprezentował ową część władzy królewskiej, i to nie tylko pokazową,
lecz także realną, wykonawczą. Mógł zgłaszać projekty ustaw, zwoływać
posiedzenia senatu i zgromadzenie ludowe, na wypadek wojny obejmował
dowództwo nad armią. Ale by uniknąć jedynowładztwa, zawsze mianowano
dwóch konsulów.
Cały mechanizm władzy, dużo bardziej skomplikowany niż to, co wyżej
przedstawiono, mimo sporych zakłóceń działał, choć zgrzyty nieraz
groziły jego poważnym zatarciem. Zdawano sobie sprawę z problemów, np.
próbowano rozdać publiczną ziemię biednym mieszkańcom Rzymu, by stali
się gospodarzami. Sprzeciwiali się temu arystokraci -?zwani optymatami -
którzy czerpali z tej ziemi wielkie zyski, choć nie byli jej
właścicielami. Z czasem przeprowadzenie reform agrarnych stało się
głównym celem politycznym tzw. popularów. Na tym tle wybuchały rozruchy
i tumulty, aż doszło do wojny domowej. Niepoślednią rolę odegrał tu
system rekrutacji wojsk.
W 107 roku konsul Gajusz Mariusz5, członek ekwickiego rodu, z braku poborowych pierwszy raz w dziejach Rzymu wykorzystał ochotników
spoza cenzusu majątkowego. Mieli oni uzupełnić szeregi ciężkiej piechoty
legionowej. Na koszt państwa wyposażono ich w broń i przyznano państwowy
żołd (o tym niżej). Ten system się przyjął, ale armia nowego wzoru
chętniej słuchała swoich wodzów niż władz republiki. Żołnierze chcieli
awansu społecznego i finansowego, czyli ziemi uprawnej. A ponieważ wojny
trwały nieustannie i stale trzeba było trzymać pod bronią ponad 100 tys.
ludzi, praktyka zaciągowa Mariusza z braku innej stała się regułą. W związku z tym zawsze, gdy zakończono działania wojenne, przed władzami
Miasta stawał trudny do rozwiązania, kilku- bądź nawet
kilkudziesięciotysięczny problem nadziałów ziemi uprawnej. Nikt wtedy o weteranów nie dbał, prócz ich wodza, co szybko zrozumieli żołnierze
zaciągani do następnych kampanii. Za dwie dekady armie stały się
narzędziami politycznymi dla ambitnych wodzów.
W dodatku w latach 90-78 w Italii toczyły się bardzo krwawe wojny
domowe. Po wojnie ze sprzymierzeńcami, grożącej zagładą Rzymu,
częściowe, a w końcu pełne obywatelstwo rzymskie nadano Italikom, czyli
przedstawicielom ludów zamieszkujących Italię. Potem ze starć między
popularami a optymatami wyłonił się "porządek sullański". Zawdzięczał
swoje miano Lucjuszowi Korneliuszowi Sulli6, arystokracie
stojącemu po stronie optymatów, który zdobył władzę dyktatorską, a następnie zaprowadził krwawy terror, by wszystkim (a tak naprawdę
nobilom) żyło się lepiej.
Wbrew intencjom Sulli w jego reformach tkwił zaczyn katastrofy.
Mianowicie dyktator dał bardzo pouczający przykład, jak skutecznie
zdobyć w Rzymie najwyższą władzę. Wystarczyło mieć za sobą wystarczająco
potężną armię. Było tylko kwestią czasu, kiedy inny polityk -
niezależnie od deklarowanych poglądów -?zechce pójść w jego ślady.
W roku 60 znalazło się takich trzech ludzi. Dwóch z nich żywiło wzajemną
głęboką niechęć, co niemal doprowadziło do wybuchu wojny domowej, ale
trzeci podał im kuszący i prosty pomysł, jak pod warunkiem zgody objąć
realną władzę nad Rzymem. Nagle powody kilkunastoletniej wrogości i głębokie różnice polityczne przestały się liczyć. Skoro zaledwie trzech
ludzi mogło przejąć zarządzanie państwem mającym ustawy wolnościowe
wyryte w spiżu i wystawione na widok publiczny, można ich śmiało nazwać
grabarzami republiki. Dwóch z nich osiągało najwyższe godności, omijając
cursus honorum, co samo w sobie było demoralizujące. Oto ich sylwetki.
Rzymianin nr 1: wódz Pompejusz7
Etap sullański
Gnejusz Pompejusz urodził się w 106 roku. Karierę wojskową zaczął w 89
roku, w czasie wojny ze sprzymierzeńcami. Był wówczas nastolatkiem i towarzyszył ojcu, dowodzącemu jedną z rzymskich armii. Samodzielną
karierę polityczną rozpoczął bardzo wcześnie -?w czasie wznowionej w 83
roku wojny domowej. Opowiedział się wtedy po stronie Sulli, zaciągając z prywatnych środków trzy legiony, by z powodzeniem zwalczać siły
popularów. Radził z tym sobie tak dobrze, że Sulla nazwał go Wielkim -?i tak już zostało. Potem powierzano mu coraz trudniejsze zadania do
wykonania w Italii, na Sycylii, a następnie w Afryce. Sukcesy wbiły
młodzieńca w taką dumę, że po powrocie do Italii zaczął roić o najwyższych urzędach państwowych, a i samemu dyktatorowi okazał
lekceważenie. Chciał bowiem odbyć triumf, ale Sulla powiedział, że gdyby
"[...] Pompejusz, jeszcze nawet bez zarostu na twarzy, wkroczył do
miasta w triumfie, kiedy wiek jego nie dopuszcza go jeszcze do senatu,
to byłoby to czymś nienawistnym dla rządów i powagi Sulli. [...]
Pompejusz jednak nie uląkł się, lecz sam radził Sulli wziąć pod rozwagę,
że większa część ludzi czci słońce wschodzące niż
zachodzące"8. W końcu młody wódz dopiął swego i odbył
triumf, ale popadł w niełaskę dyktatora. Mimo to nie spotkały go tak
przykre konsekwencje jak innych, zgładzonych z woli politycznej lub
kaprysu jedynowładcy.
Sulla zmarł w 78 roku, a już w roku 77 wybuchła kolejna wojna domowa o odzyskanie wpływów i majątków przez przetrzebione stronnictwo popularów.
Pompejusz znów został zbrojnym ramieniem optymatów. Walczył do 72 roku,
do Italii powrócił zaś w roku 71 i zdążył jeszcze wziąć udział w likwidowaniu powstania Spartakusa. W kwestii wynagrodzenia za zasługi
nie zadowolił się jedynie pochwałami, żądając konkretnych profitów.
Dlatego nie rozpuścił wojska.
Podobnie postąpił Marek Licyniusz Krassus, faktyczny pogromca
Spartakusa, gotów raczej przystąpić do wojny, niż poddać się woli
człowieka, którego nie znosił już od ponad 10 lat. By uniknąć wojny
domowej, na rok 70 "[...] obaj razem zostali wybrani konsulami. Zaraz
jednak we wszystkim się różnili i wzajemnie zwalczali. W senacie większe
wpływy miał Krassus, u ludu duże znaczenie Pompejusz. Przywrócił mu
bowiem trybunat ludowy i nie przeszkadzał w prawnym przeniesieniu sądów
znowu w ręce stanu rycerskiego [ekwickiego -?P.R.]"9. Dopiero
przy składaniu urzędów prokonsulowie rozpuścili wojska i pogodzili się
ze sobą, ale nie do końca szczerze.
Najwyższej wagi dowództwo
Po złożeniu urzędu konsula Pompejusz, mający wpływy, majątek i ambicje,
koniecznie pragnął wielkiej chwały. Postanowił znów znaleźć się na
szczycie. Teatr wojenny, mogący przynieść największe bogactwa, był
jednak zajęty, bowiem nieustanną i całkiem dochodową wojnę z Mitrydatesem w Azji (czemu przyjrzymy się dalej) z sukcesami prowadził
Lucjusz Licyniusz Lukullus10.
Pompejusz znalazł sobie przeciwnika w postaci piratów, którzy tak
rozpanoszyli się na Morzu Śródziemnym, że Rzymianie obawiali się ładować
swoje wojska na statki transportowe w italskich portach, w tym w Ostii.
Wniosek o powierzenie dowództwa w wojnie z morskimi rabusiami
przedstawił zgromadzeniu ludowemu w roku 67 człowiek Pompejusza, trybun
ludowy Aulus Gabiniusz (zapamiętajmy to nazwisko). I nie byłoby w tym
nic dziwnego, gdyby nie to, że pod władzę jednego człowieka oddano cały
obszar Morza Śródziemnego, ze wszystkimi wojskami i z przyległymi
ziemiami w pasie terenu szerokim na 400 stadiów11 od morza. W historii Rzymu -?wyjąwszy czas dyktatury Sulli -?taka władza byłaby
największą od stuleci. Obawiano się więc, że Pompejusz może zechcieć
utrwalić ten stan.
Wniosek Gabiniusza bardzo mocno wsparł naprawdę pięknym i jak na niego
zwartym przemówieniem rówieśnik Pompejusza, a zarazem jego nieco
zaślepiony wielbiciel, mający wysokie aspiracje krasomówca
Cyceron12, przedstawiciel stanu ekwitów. Ostatecznie Pompejusz
został naczelnym wodzem przeciw piratom. Mając do dyspozycji "[...] 120
tys. piechoty, 4 tys. jazdy, 270 okrętów łącznie z półtorarzędowymi i 25
pomocników z senatu zwanych legatami"13, zrealizował ściśle
przyjęty plan i w ciągu kilku miesięcy oczyścił cały Basen Morza
Śródziemnego. Jego sława była tak duża, iż niedostępne twierdze w górach
Cylicji poddawały mu się bez próby obrony.
Stronnicy Pompejusza agitowali w jego imieniu na tyle umiejętnie, że w 66 roku otrzymał on zadanie dokończenia wojny z Mitrydatesem, co łączyło
się z odebraniem dowództwa zasłużonemu wodzowi, byłemu konsulowi
Lucjuszowi Lukullusowi. Pompejusz Wielki zostawił mu niewielu żołnierzy,
w dodatku prawie samych warchołów, a potem unieważnił praktycznie
wszystkie zarządzenia polityczne Lukullusa, które ten wydał w trakcie
sześcioletniej wojny. Azjatyccy monarchowie szybko pojęli, czyje słońce
wschodzi, i na wyścigi zaczęli zabiegać o łaski nowego zarządcy.
Sprawa Syrii
Pompejusz bardzo konsekwentnie zmieniał w azjatyckich krainach stan
prawny, zaprowadzony tam nieco wcześniej przez Lukullusa, który
pozostawił na tronie Syrii ostatnich Seleucydów. Wobec tego potężnego
niegdyś imperium dowodzący wielką armią rzymską Pompejusz uznał fakty
dokonane w sposób znacznie bardziej logiczny niż Lukullus, cierpiący na
niedostatek wojsk. Resztka wielkiej kiedyś Syrii, niewiele różniąca się
terytorialnie od dzisiejszej, była zbyt ważna strategicznie, by
zarządzali nią ludzie chaotyczni. Sąsiadowała bowiem przez swe porty z domenami Partów (lądowe szlaki handlowe z Chin i Indii, w tym jedwabie i stal), Arabią (szlak morski z Indii, pachnidła miejscowego wyrobu) oraz
z Egiptem (zboże). Słabe władztwo w Syrii wiodłoby na pokusę Armenię,
Partię czy Egipt, nie chodziło jednak tylko o rozszerzenie terytoriów
tych krajów, lecz o opanowanie portów śródziemnomorskich, niezbędnych,
by zwiększyć efektywność handlu dalekosiężnego. Pompejusz chciał, by
Syria była powolna Rzymowi, i to w takim stopniu, by sąsiedzi nie mieli
co do tego żadnych wątpliwości. Kraj miał być sprawnie zarządzany i zdolny do tego, by odgrywać rolę rzymskiej bazy wypadowej do dalszych
podbojów. Syria miała być kluczem nie tylko do uderzenia na Partię, co w chwili uchylania zarządzeń Lukullusa jawiło się jako cel dalszy i niekonieczny. Przede wszystkim miała służyć do szachowania bądź
opanowania Egiptu.
W tych okolicznościach Pompejusz Wielki trwale usunął z Syrii resztki
miejscowej dynastii, zaprowadzając tam rzymski porządek prowincjonalny,
co okazało się bardzo istotne dla tematu niniejszego opracowania. Jednak
bezpośredni nadzór nad tym krajem oznaczał, iż Rzym będzie się angażował
w syryjskie konflikty wewnętrzne, regionalne i ponadregionalne. Co
prawda bardzo szybko przyniosło to ogromne zyski, ale dosłownie każda
zwada w regionie prowadziła do zatargu z Rzymem. A to otwierało
perspektywy przed rzymskimi drapieżnikami politycznymi. Generalnie
tracili na tym mieszkańcy prowincji, nic lub niewiele zyskiwali
przeciętni Rzymianie i Italikowie. Wszyscy zaś mogli stracić z powodu
niezałatwionych spraw z Partami.
W tym czasie granice ogromnego państwa Partów niemal pokrywały się z granicami imperium Seleucydów z czasów jego świetności. Partowie czuli
się spadkobiercami tej potęgi i bardzo sprytnie rozgrywali miejscowe
konflikty. Gdy Rzymianie usunęli ostatniego z "Antiochów", a Syrię
poniżyli do rangi prowincji, zyskali głównie miano okupantów, czyli
najeźdźców i uzurpatorów. Partowie mieli zaś doskonały pretekst, by w sprawy Syrii "nadbrzeżnej" wtrącać się na równi z Rzymianami.
Pierwszym namiestnikiem prowincji po odjeździe Pompejusza z Azji do
Rzymu w 62 roku został Emiliusz Skaurus.
Tymczasem wojna mitrydatejska rozlała się na kilka krain i przeciągnęła
na kilka lat. Teatr wojenny był ogromny, rozpościerał się od północnych
wybrzeży Morza Czarnego po granice Egiptu. Dysponując jednak odpowiednią
liczbą legionów oraz będąc pomysłowym wodzem, Pompejusz odniósł kilka
błyskotliwych zwycięstw i stało się jasne, że gwiazda Mitrydatesa gaśnie
nieodwołalnie. Stary król, zdradzony i opuszczony przez armię oraz
bliskich, próbował zażyć truciznę, ale był na nią uodporniony poprzez
częste zażywanie różnych antidotów. Na jego prośbę pozbawił go życia
jeden z nielicznych żołnierzy, którzy przy nim wytrwali.
Upokarzający triumf
Syty zwycięstw i bogactw Pompejusz pod koniec 62 roku powrócił do
Italii. Panikarze natychmiast zaczęli rozgłaszać plotki, że na Rzym
idzie nowy Sulla. Tym bardziej że w Mieście już budowano postument pod
tron: "Pod nieobecność [...] Pompejusza trybuni ludowi, Tytus Ampiusz i Tytus Labienus, przeprowadzili ustawę zezwalającą mu na noszenie podczas
igrzysk cyrkowych złotej korony i pełnego stroju triumfatora, na
przedstawieniach scenicznych zaś -?togi bramowanej purpurą i złotej
korony"14. Nawet jeśli zamiast złotej korony miał być wieniec
laurowy, dla świadomych obywatelsko Rzymian uchwała musiała być
szokująca, bo Pompejusz mógł występować publicznie w stroju zastrzeżonym
niegdyś dla królów rzymskich.
Tymczasem zwycięski wódz wspaniałomyślnie rozpuścił wojsko. Spodziewał
się przy tym, że zostanie potraktowany jako ktoś wyjątkowy w historii
Rzymu. A tu, jakby kierując się odruchem stadnym, arystokraci dostrzegli
w nim duże zagrożenie, a cały podziw w jednej chwili zmienił się w zawiść. Rozpuszczenie wojska wzięto w zbiorowej niemądrości za słabość i głupotę -?nikt z tych, którzy stawiali siebie w myślach ponad
Pompejuszem, będąc na jego miejscu, nie wypuściłby takiej okazji z rąk.
I tak zbliżający się do Rzymu wielki wódz z dnia na dzień odczuwał
kolejne ciosy w jego nadęte do granic wytrzymałości ego. Co gorsza, jako
nominalny dowódca wojskowy, choć bez armii, nie mógł tak po prostu wejść
do Miasta, gdyż stałby się zwyczajnym kwirytą, czyli obywatelem
rzymskim, bez prawa do odbycia triumfu.
Na najwspanialszy w świecie triumf, największy w dziejach, wódz musiał
czekać w upokorzeniu aż 10 miesięcy, od grudnia 62 roku do września 61
roku (przygotowanie rozbudowanego widowiska nie usprawiedliwiało tego
opóźnienia). Miał więc sporo czasu, by przetrawić niejedną gorzką myśl.
Wreszcie odbył się triumf nad triumfy. Uroczystość trwała dwa dni: "Na
czele szedł napis wyszczególniający kraje, nad którymi triumf się
odbywa: Pont, Armenia, Paflagonia, Kapadocja, Media, Kolchida, Iberia,
Albania, Syria, Cylicja, Mezopotamia, Fenicja i Palestyna, Judea, Arabia
i wojna z piratami pobitymi całkowicie na lądzie i morzu. W tym zamków
obronnych zdobytych nie mniej niż tysiąc, miast niewiele mniej niż
dziewięćset, okrętów pirackich osiemset, miast założonych czterdzieści
bez jednego"15. Kończył zaś ten pochód "[...] jeden ogromny znak
zwycięstwa, kosztownie przystrojony, z napisem "Nad światem
zamieszkanym""16.
Niebywale okazała uroczystość tym bardziej unaoczniła bolesny upadek
politycznego znaczenia triumfatora. Ten, który wiódł w triumfie trzech
królów i kilkadziesiąt osób z rodzin królewskich, musiał posuwać się do
przekupstwa, by przeforsować własnych kandydatów na urzędy. Sprawa
wyszła na jaw, co dodatkowo nadwerężyło autorytet Pompejusza. Co gorsza,
napotkał opór senatu w dwóch niezwykle istotnych sprawach, wydawałoby
się -?oczywistych. Chodziło o zarządzenia, które wydał na Wschodzie -?a mianował tam wielu królów, jedne miasta pognębił, inne nagrodził (żeby
to wszystko miało trwałą moc prawną, trzeba było odpowiednich uchwał
senatu lub głosowania zgromadzenia ludowego) -?oraz nadań ziemi swoim
weteranom. "I tak Lukullus, pamiętny doznanej krzywdy, i Metellus
Kreteński nie bez podstaw czujący żal -?Pompejusz bowiem odebrał mu
podstępnie ozdobę triumfu, pojmanych wodzów -?wraz z częścią optymatów
sprzeciwiali się wypełnieniu obietnic Pompejusza na rzecz miast
[azjatyckich] i wypłaceniu według jego uznania nagród zasłużonym
żołnierzom"17.
Pompejusz pożałował, że w chwili największej chwały i mocy okazał się
człowiekiem praworządnym, rozpuszczając armię, gotową działać na każde
jego skinienie. Na próżno Cyceron, jego oddany wielbiciel, napominał
nobilów, by nie odpychali od siebie zwycięskiego wodza, gdyż może to się
zakończyć czymś złym. W atakach nie ustawano, a Pompejusz myślał nad
najbliższą przyszłością. I coś wymyślił, jednak nie sam.
Rzymianin nr 2: bogacz Krassus18
Etap sullański
Marek Licyniusz Krassus urodził się ok. 114 roku, w rodzinie
patrycjuszowskiej. Jego ród zasłynął mówcami o starannym, greckim
wykształceniu, co nie zawsze było w Rzymie dobrze widziane, bo to, co
greckie, wydawało się zniewieściałe. Ale greckie umiejętności retoryczne
bardzo ułatwiały kariery polityczne, tam gdzie wiele zależało od
demagogii, czyli na forum.
Krassus, oprócz tego, że jak inni członkowie rodziny umiał bardzo dobrze
przemawiać, zasłynął niebywałym talentem do robienia pieniędzy.
Podporządkował temu praktycznie wszystkie aspekty swojego życia, przez
co już w młodych latach zyskał opinię nienasyconego chciwca. Ile trzeba
było samozaparcia, pomysłowości i hartu ducha, by rozkochać w sobie
świętą westalkę, aby za niską cenę nabyć jej posiadłość? Oczywiście
przeciw Krassusowi wniesiono oskarżenie o świętokradztwo, ale
niespodziewanie wyszedł z tego bez szwanku. Sprawę obrócono w żart,
nieźle chyba bawiący przysłuchujące się rozprawie tłumy -?zapewne
znalazłby się niejeden pragnący rozkochać w sobie niedostępną dziewicę.
Krassus wyszedł suchy z wody, "[...] w jakiś sposób chęć wzbogacenia się
uwolniła go od zarzutu niemoralności i sąd go uniewinnił. Ale on Licynii
nie opuścił, póki nie zdobył tego majątku"19.
Interesy Krassusa trwale popsuł krach polityczny. Otóż w 91 roku
wybuchła bellum sociale, czyli wojna ze sprzymierzeńcami albo tzw.
marsyjska (od plemienia Marsów). Ledwie wygasła w 88 roku, to
przerodziła się w wojnę domową. Z kolei na Wschodzie Mitrydates (o którym wspomnieliśmy; będzie o nim mowa szerzej) z dużym powodzeniem
walczył z rzymskim panowaniem w Azji, następnie przeniósł działania
wojenne do Grecji. Ogromna wojna była więc nieuchronna. Najpierw jednak
w samym Rzymie doszło do walki zbrojnej o sprawowanie dowództwa na
Wschodzie między Mariuszem a Sullą. Zwycięsko wyszedł z niej ten drugi,
który zajął bezbronne Miasto i po raz pierwszy zaprowadził w nim swoje
porządki. Mariusza i jego zwolenników, którzy zbiegli, ogłoszono "[...]
wrogami ojczyzny, ponieważ wzniecili bunt i prowadzili wojnę z konsulami, a niewolnikom, by ich przyciągnąć do powstania, obwieścili
wolność"20. Natychmiast rozpoczęto polowanie, ale Gajusz Mariusz
zdołał zbiec aż do Afryki.
W 87 roku Sulla, być może nie zdając sobie do końca sprawy z sytuacji,
udał się na zaplanowaną wojnę z Mitrydatesem, a Rzym zostawił w rękach
swoich -?jak mu się wydawało -?zwolenników. Konsulem na rok 87 został
Lucjusz Korneliusz Cynna, który, ledwie Sulla opuścił ziemię italską,
stanął na czele popularów i zażądał pełni praw dla nowych italskich
obywateli. Był tak zdeterminowany, że podburzał do wojny niewolników i Italików. Senat uchwalił, iż Cynna, "[...] który będąc konsulem, w chwili niebezpieczeństwa opuścił miasto i obwieścił niewolnikom wolność,
nie jest już ani konsulem, ani obywatelem, a na jego miejsce
przeprowadził wybór Lucjusza Meruli, kapłana jowiszowego"21.
Na skutek energicznych działań buntowników stronnictwo popularów zyskało
przewagę nad optymatami. Z Afryki powrócił Gajusz Mariusz, który
pozyskał ludy italskie, głównie Samnitów i Etrusków. Niewolnicy tłumnie
skorzystali z oferowanej przez popularów wolności. Mariusz i Cynna
oblegli i zmusili do kapitulacji Rzym, a po opanowaniu Miasta
przystąpili do mordowania przeciwników politycznych. Oczywiście "[...]
przyjaciele Sulli wszyscy zostali zamordowani, dom jego zburzony,
majątek skonfiskowany, a jego samego ogłoszono wrogiem
ojczyzny"22.
Właśnie wtedy Mariusz i Cynna kazali obciąć głowy wszystkim Krassusom,
toteż Marek Krassus przytomnie uciekł z kraju i nie zatrzymywał się,
dopóki nie dotarł do Hiszpanii. Jego ojciec, rodzony brat i stryj
stracili życie. Ocalały Krassus czekał na obczyźnie, aż odwrócą się
koleje wojny domowej. W 83 roku na ziemi italskiej wylądowali Sulla i jego zwycięska armia. Niedługo dołączyli do niego dwaj młodzi ludzie,
niezmiernie mu potem przydatni -?żądny sławy Gnejusz Pompejusz i żądny
zemsty (a jeszcze bardziej pieniędzy) Marek Krassus.
Wprawdzie wyczyny młodego Pompejusza budziły ogromny podziw, ale ten
drugi, wówczas 30-latek, odegrał rolę wręcz wybitną w decydującym
starciu tej wojny pod Rzymem, u Bramy Kollińskiej. Lewym skrzydłem wojsk
rzymskich dowodził sam Sulla, a prawym właśnie Krassus. Naprzeciw nich
stanęły wojska samnickie. Podczas gdy lewe skrzydło Sulli załamało się i uciekło aż do obozu i za mury miasta, prawe zdołało pokonać
przeciwników. Front był tak długi, że zwycięski Krassus nie wiedział o tym, iż jego dowódca przegrał starcie. "Późna już była noc, gdy do obozu
Sulli przybyli ludzie od Krassusa po odbiór prowiantów dla swego wodza i żołnierzy, którzy po zwycięstwie na prawym skrzydle ścigali
nieprzyjaciela aż do Antemny i tam stanęli obozem. Sulla, dowiedziawszy
się o tym, a równocześnie słysząc, że przeważna część nieprzyjaciela
została zniszczona, przeniósł się z brzaskiem dnia do
Antemny"23, czyli objął dowództwo i przejął chwałę zwycięstwa.
Od tego dnia kariera Krassusa nabrała rozpędu. Sulla ogłosił się
dyktatorem, co oznaczało, że został panem życia i śmierci wszystkich. Na
śmierć skazywał poprzez tzw. proskrybowanie, co dosłownie należy
rozumieć jako zapisanie. W miejscach publicznych wywieszano spisy imion
i nazwisk ludzi z odautorskim komentarzem dyktatora, że każdy może zabić
wymienionych, przy tym, jeśli jest niewolnikiem, zostanie uwolniony, a jeśli jest wolny, otrzyma część dóbr zabitego. Majątki proskrybowanych
wystawiono na licytacje, podczas których za bezcen nabywali je wyłącznie
zwolennicy dyktatora. Niebagatelnie zasłużony Krassus wziął w tym
udział. Był tak aktywny, że "[...] zepsuł sobie opinię, skupując za
niskie ceny bogactwa czy wymuszając je w formie darów. W Bruttium
podobno nawet proskrybował niektórych bez nakazu Sulli, tylko dla
własnego zysku. Lecz Sulla, dowiedziawszy się o tym, nie zlecił mu już
żadnego zadania publicznego"24.
Pomnażanie majątku
Gdy po śmierci Sulli Pompejusz znalazł sobie miejsce w elitach jako
zawsze zwycięski wódz, Krassus objął czołową pozycję na innym polu -
finansowym. Majątek pomnażał za pomocą lichwy, pożyczek -?nisko
oprocentowanych finansowo, lecz wysoko politycznie -?oraz rozwijając
działalność gospodarczą dzięki pracy niewolników. "Jakkolwiek posiadał
wiele kopalń srebra, kosztownej ziemi i pracujących na niej ludzi, mimo
to można by sądzić, że wszystko to było niczym wobec wartości
niewolników: tylu i tak cennych miał lektorów, pisarzy, znawców
menniczych, ekonomów, lokai. Sam osobiście kierował ich nauką,
przysłuchując się i dając im wskazówki. I w ogóle uważał, że właściciel
powinien mieć o służbę jak największe staranie, jako że są to żywe
narzędzia zarządzania mieniem"25.
Krassus stał się też właścicielem wielu działek w samym Rzymie, na
których szybko wzniósł domy czynszowe, zgodnie zresztą z własnym
powiedzeniem, że "kto buduje tylko dla siebie samego, marnuje się, choć
nie ma przeciwników"26. Przynosiły one wielkie dochody.
Wkrótce wpadł na świetny pomysł. Otóż pożary i zawalenia byle jak
wzniesionych, wysokich budynków czynszowych były w Rzymie codzienną
plagą. Z ogniem próbowano walczyć, ale dość niemrawo. Wobec tego bystry
Krassus, "widząc ściśle z Rzymem związane nieszczęścia, pożary,
zapadanie się budynków z powodu ich obciążenia i zagęszczenia, zakupił
niewolników, architektów i budowniczych"27, następnie
odpowiednio ich wyszkolił i wyposażył. Utworzona w ten sposób
profesjonalna jednostka straży pożarnej świadczyła odpłatne usługi
gaśnicze. Nie chodziło przy tym o to, by uratować czyjś dom, lecz o coś
zupełnie innego -?Krassus "[...] wykupywał mienie po pożarach lub
sąsiadujące z pożarami, porzucane za niewielką cenę przez właścicieli z powodu obawy i niepewności. W dużej więc mierze Rzym jemu zawdzięczał
swe powstawanie"28.
Znaczenie polityczne
Krassus zbijał również kapitał polityczny. Wiecznie potrzebujący gotówki
ambitni działacze różnych opcji zawsze mogli liczyć na to, że udzieli im
nisko oprocentowanej lub nawet bezprocentowej pożyczki, i stawali się
jego dłużnikami. Ludzie zastawiali majątki, by wygrać wybory, a gdy
przegrali, zostawali bankrutami. W domu Krassusa zawsze kłębili się
interesanci z najwyższych rodów. Gdy była taka potrzeba, dysponował on
nie tylko materialnym darem przekonywania, lecz także tłumem możnych
zwolenników, oddających mu poparcie własne i swojej klienteli. Dzięki
temu w 72 roku otrzymał nadzwyczajne pełnomocnictwo, pozornie wojskowe,
a w istocie polityczne. Objął bowiem dowództwo nad 10 lub 12 legionami
przeznaczonymi do zwalczenia powstania Spartakusa.
Był najwyższy czas ku temu, by Krassus jakoś się wyróżnił i zaistniał w świadomości Rzymian inaczej niż jako sprytny bankier, co dla patrycjusza
nie mogło być źródłem chwały i oficjalnych zaszczytów. Wyrosła mu bowiem
bardzo poważna konkurencja. Na Wschodzie Lucjusz Lukullus bił właśnie
Mitrydatesa, a łupy zdobywał tak ogromne, że wiele na to wskazywało, iż
po powrocie będzie bogatszy od Krassusa. Na Zachodzie, w Hiszpanii,
gaszący ostatnie ogniska wojny domowej Pompejusz Wielki zyskał od wrogów
prezent w postaci zamordowania Sertoriusza, więc zakończenie działań
było już blisko.
Pompejusz, Lukullus i Krassus byli swego czasu najbliższymi
współpracownikami Sulli, przy czym Krassus rywalizował z Pompejuszem o względy dyktatora, a Lukullus przestał się liczyć tylko dlatego, że
pozostał w Azji, by dopilnować tamtejszych spraw. Ambicja nie pozwalała
Krassusowi, by teraz być najgorszym z nich trzech. Aby się wykazać,
musiał zostać wodzem w zwycięskiej wojnie, a do tego potrzebował nie
tylko korzystnego zbiegu okoliczności, lecz także powszechnego poparcia.
Okoliczności mu sprzyjały -?pretorzy roku 73 i konsulowie roku 72
ponosili niemal same klęski w wojnie ze Spartakusem i chyba tylko brak
jazdy u zbuntowanych niewolników decydował o tym, że gromione w polu
armie rzymskie nie ulegały całkowitej zagładzie. W ciągu nieco ponad
roku wojny jeden z pretorów okrył się hańbą, drugi zyskał opinię
pechowca, trzeci poległ, a czwarty poniósł klęskę, toteż nie było
chętnych do kandydowania na ten urząd. Biorąc udział w wyborach, Krassus
praktycznie nie miał konkurencji. Sytuacja była tak wyjątkowa, że objął
dowództwo w wojnie, nie pełniąc żadnego urzędu przewidzianego prawem.
Był bowiem zaledwie pretorem desygnowanym na rok następny, czyli
urzędnikiem wprawdzie już wybranym, lecz niemogącym objąć urzędu, gdyż
kadencja jego poprzednika jeszcze się nie skończyła. Co więcej,
pozbawiono dowództwa w polu obu konsulów, czyli urzędników stojących na
samym szczycie hierarchii władzy. Aby odpowiednio wyróżnić Krassusa,
przyznano mu zarazem tytuł prokonsula, choć konsulatu jeszcze nie
sprawował.
Po wielu perypetiach Krassus poradził sobie ze
Spartakusem29, wykazując się nie tyle dowódczą
błyskotliwością, ile konsekwencją, wykorzystując wszystkie okazje do
osłabienia przeciwnika, a także odwagą osobistą w ostatniej bitwie.
Zrealizował też kilka pomysłowych przedsięwzięć. Jeszcze w 72 roku
przeciął w poprzek cały półwysep Bruttium (czubek italskiego buta) rowem
o głębokości 5 m, z wałem o takiej samej wysokości. Długość umocnień
sięgnęła 50 km. Rozbił powstanie, wybijając dziesiątki tysięcy ludzi w bitwach. Na koniec, po ostatnim starciu ze Spartakusem, pojmanych
buntowników -?a było ich 6 tys. -?ukrzyżował, jak nakazywało prawo. Miał
przy tym nadzieję odbyć triumf w Rzymie, ale nie dostąpił tego
zaszczytu. Nie była to bowiem wojna z nieprzyjacielem zewnętrznym, lecz
z jak najbardziej wewnętrznym, w dodatku haniebna, więc nikomu
nieprzynosząca zaszczytu. W związku z tym "zadowolił się owacją, pieszo
wkraczając do miasta. Ale i to zdało się niewłaściwe i niegodne w wypadku wojny z niewolnikami"30.
Na ową niegodność nie zważał w swojej małostkowości Pompejusz Wielki.
Jego wracająca z Hiszpanii armia przypadkowo natknęła się na sporą
gromadę zbiegów z ostatniej bitwy z Krassusem. Pompejusz kazał ich
wszystkich zabić -?a było ich 5 tys. "Posłał więc do senatu meldunek, że
Krassus wprawdzie w świetnej bitwie pobił niewolniczych zbiegów, ale on
sam dopiero wojnę z korzeniami wytępił"31.
Takie postawienie sprawy oznaczało zanegowanie sukcesu i zasług
Krassusa, toteż między ambitnymi wodzami natychmiast doszło do sporu. W dodatku żaden z nich nie rozpuścił armii. "Obaj zgłosili się jako
kandydaci do konsulatu, Krassus co prawda po odbyciu pretury, jak tego
prawo Sulli wymagało, ale Pompejusz kandydował, mimo że nie piastował
dotąd ani pretury, ani kwestury i miał dopiero 34. rok życia; obiecał
jednak trybunom ludowym, że im przywróci wiele posiadanych dawniej
uprawnień"32. W tej sytuacji każda iskra mogła spowodować
wybuch wojny domowej, wobec tego bezsilny senat postanowił zadowolić obu
kandydatów. Krassus i Pompejusz zostali konsulami na rok 70. Mianowano
ich wbrew prawu, gdyż Pompejusz nigdy nie sprawował żadnych, nawet
najniższych funkcji publicznych z wyboru i był zbyt młody na konsula, a Krassus nie odbył przewidzianej prawem dwuletniej przerwy w pełnieniu
wysokich godności urzędniczych -?czyli w jego przypadku między preturą a konsulatem.
W czasie sprawowania urzędu skłóceni konsulowie nie przeszkadzali sobie
w zasadniczych kwestiach. Rozpuścili wojska dopiero na koniec kadencji,
składając urzędy, gdy "jakiś Gajusz Aureliusz, posiadający godność
ekwity, zresztą prowadzący życie wolne od polityki, na zgromadzeniu
ludowym wszedł na mównicę i zabrał głos, mówiąc, że we śnie objawił mu
się Jowisz i kazał powiedzieć konsulom, że mają nie składać konsulatu,
póki się wzajemnie nie pogodzą. Po tych słowach Pompejusz stał spokojnie
w miejscu i Krassus pierwszy podał mu rękę"33. Była to tylko
pozorna, wymuszona zgoda, a obaj dostojnicy nadal szczerze się nie
znosili.
Cenzura i co dalej
W tradycyjnym systemie republikańskim najwyższą osiągalną godnością poza
dyktaturą (a tę po wyczynach Sulli Rzymianie po prostu wykreślili ze
słownika politycznego) była cenzura. Ponieważ Rzymianie jak ognia
unikali jedynowładztwa na każdym polu, cenzorów zawsze było dwóch.
Wybierano ich raz na pięć lat na 18-miesięczną kadencję. Ich zasadniczym
zadaniem była lustracja wszystkich stanów, szczególnie ekwitów i senatorów, sprawdzenie ich majątków, zbadanie przebiegu służby wojskowej
i kariery politycznej, a następnie orzekanie w sprawie wymogów
majątkowych i moralnych stawianych przedstawicielom określonego stanu. I tak, jeśli kogoś zlustrowano niepomyślnie, z dnia na dzień z patrycjusza
mógł się stać plebejuszem. Krassus został cenzorem na rok 65.
W historii Rzymu nie brakowało cenzorów, którzy bez żadnych skrupułów
moralnych trwale niszczyli swoich przeciwników politycznych, przykładem
choćby Kato "Cenzor" Starszy. Współcześni ocenili Krassusa jako cenzora
następująco: "Cenzorstwo przebiegło mu zupełnie bezcelowo i bezowocnie:
nie przeprowadził oceny senatu ani przeglądu stanu ekwitów, ani spisu
obywateli. Kolegą jego w tym urzędzie był [...] Lutacjusz Katulus.
[...]. Kiedy Krassus podejmował trudne i przemożne zadanie, żeby Egipt
podporządkować Rzymowi, Katulus gwałtownie się temu
sprzeciwił"34.
Owa bezowocność działań Krassusa nie wynikała więc z nieudolności, lecz
z oporu rywali politycznych. Zapewne całą swoją energię poświęcił na
realizację projektu przejęcia niezwykle bogatego Egiptu. Gdyby te
zamiary się powiodły, Krassus stanąłby przed niebywałą szansą nie tylko
zdobycia bajecznej fortuny, lecz także zyskania wielkiego znaczenia
politycznego. Jednak senat sprzeciwił się temu, chyba nie tylko dlatego
że ostatni Ptolemeusze rządzący Egiptem byli tradycyjnymi sojusznikami
Rzymu. Senatorowie, mając na względzie tragiczne doświadczenia, bali się
przyznać kolejnemu nazbyt popularnemu człowiekowi nadzwyczajne dowództwo
wojskowe.
Kiedy po półtora roku Krassus zakończył urzędowanie jako cenzor,
powrócił do wcześniejszej roli: bankiera polityków. A właśnie zaczęło
się odradzać stronnictwo popularów, które potrzebowało wpływów, a więc i pieniędzy. Na jego czele stanął energiczny, młody, inteligentny i niezwykle wprost ambitny patrycjusz, Gajusz Juliusz Cezar. Niestety był
biedny. Krassus ułatwił mu karierę, wietrząc w tym dobry interes. Ale
nie tylko jemu. Można powiedzieć, że przeznaczył część swojego majątku
na pomoc innym politykom, przy czym jego wybory nie zawsze były trafne.
Przykładem Sergiusz Katylina.
Katylina, stronnik Sulli, który w czasach terroru osobiście zaniósł na
forum głowę własnego brata i położył na zdobiącym mównicę dziobie
bojowym okrętu, ciągle potrzebował dużych pieniędzy. I choć mocno się
wzbogacił na proskrypcjach -?a i jego brat nie stanowił już przeszkody
we władaniu ojcowizną -?to kilkanaście lat później był już całkowicie
zrujnowany finansowo, gdyż przepadał w kolejnych wyborach na wysokie
urzędy, a kampanie wyborcze pochłonęły wszystkie jego środki. Postanowił
odzyskać majątek i zrekompensować poniesione straty w drodze przewrotu
politycznego.
Jako człowiek inteligentny Krassus zorientował się, że przyzwalając na
machinacje Katyliny, pozwolił mu na utworzenie nieformalnej, przyszłej
grupy trzymającej władzę, na którą nie miałby żadnego wpływu. Katylina
tak wyłuszczył cele spisku: "[...] zniesienie długów, proskrypcje
bogaczy, urzędy cywilne i kapłańskie, rabunki i inne rzeczy, które niosą
z sobą wojna i samowola zwycięzców [...]"35. Nawet jeśli to
zestawienie nie przestraszyło bogacza Krassusa, to ostatecznie doszedł
do wniosku, że stałby po stronie przegranej, bo spiskowcy w żaden sposób
nie gwarantowali zdolności do utrzymania władzy, skoro tę grupę tworzyli
sami utracjusze i hulaki oraz garść kobiet -?nieprzewrotnych nawet, lecz
całkiem już upadłych.
Pewnej nocy Krassus odwiedził urzędującego właśnie konsula Cycerona
"[...] z listem wyłuszczającym zamysły Katyliny, potwierdzającym
sprzysiężenie". Gaduła Cyceron -?już po tym, jak niebezpieczeństwo
minęło -?wszystko wypaplał w samochwalczym dziełku O moim konsulacie,
o co Krassus, ceniący dyskrecję w działaniu, miał do niego wielkie
pretensje.
Katylina zbiegł do organizowanych na prowincji sił zbrojnych, a spiskowcy w Mieście zdekonspirowali się. Szybko ich uwięziono i po
burzliwych obradach senatu pozbawiono życia. Wkrótce w bitwie zginął
Katylina, który okazał się więc chybioną inwestycją polityczno-finansową
Krassusa. Zupełnie inaczej przedstawiała się sprawa z Cezarem, dzięki
czemu w 60 roku Marek mógł wyjść z politycznego cienia.
Rzymianin nr 3: populista Cezar36
Etap sullański
Cokolwiek by nie mówić o Gajuszu Juliuszu Cezarze, jedno jest pewne -
miał charakter. W momencie gdy Sulla po raz drugi zdobywał Rzym, był
młodym człowiekiem, niespełna 18-letnim, ale już żonatym. Związek ten
okazał się jednak fatalny politycznie: żoną młodzieńca była bowiem córka
Lucjusza Korneliusza Cynny, drugiego po Gajuszu Mariuszu przywódcy
stronnictwa popularów. Mało tego -?ciotka Juliusza była żoną Mariusza.
Choć ani on, ani Cynna nie chodzili już po tym świecie, Sulla niszczył
przecież całe stronnictwo -?jeśli nie zabijając jego członków, to
zabierając im majątki i pozbawiając wpływów. Wobec tego Cezarowi z rodu
Juliuszów nakazano rozwód z Kornelią, córką Cynny. Odmówił.
W czasach proskrypcji odmowa wypełnienia rozkazu dyktatora oznaczała
pewną śmierć. Cezar ukrywał się do czasu, aż jego przyjaciele wybłagali
dlań łaskę u dyktatora. W międzyczasie kilkakrotnie pełny trzos
przekonywał rozsądnych siepaczy, że lepiej liczyć na to, co dostają od
wdzięcznego za łaskę żywego niż na nagrodę po jego śmierci, którą z pewnością zagarnie ktoś możny. Wreszcie Sulla niechętnie pozwolił żyć
upartemu młokosowi, ale podobno przestrzegł jego przyjaciół, że "[...] w tym Cezarze drzemie wielu Mariuszów"37.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki