1955-1965
Mój ojciec przeprowadził się do Stanów Zjednoczonych z Buenos Aires w wieku dwudziestu siedmiu lat. W Argentynie był znakomitym tenisistą, zdobył trzynaście tytułów mistrzowskich w trakcie swojej jedenastoletniej kariery. Nazywali go Javier el Jaguar. Grał elegancko, ale zabójczo.
Jednak jak sam mówił, styrał sobie kolana. Skakał zbyt wysoko i nie zawsze poprawnie lądował. Gdy zbliżał się do trzydziestki, wiedział, że dłużej nie wytrzymają. Przeszedł na emeryturę w pięćdziesiątym trzecim. Kiedy o tym rozmawialiśmy, zawsze się denerwował i ostatecznie wychodził z pokoju. Wkrótce po przejściu na emeryturę zaczął snuć plany związane z przyjazdem do Stanów.
W Miami dostał pracę w eleganckim klubie tenisowym jako hitter. Cały dzień był dostępny dla klubowiczów, którzy mieli ochotę na mecz. Zazwyczaj tę pracę wykonywali studenci, którzy wracali do domu na wakacje. Jednak on poświęcał się temu w równym stopniu co grze zawodowej. Jak mawiał do członków tego pierwszego klubu: "Nie umiem grać w tenisa bez wkładania w to całego serca".
Nie minęło wiele czasu, zanim ludzie zaczęli prosić go o prywatne lekcje. Był znany z dbałości o formę, wysokich oczekiwań i z tego, że jeśli posłucha się El Jaguara, prawdopodobnie zacznie się wygrywać mecze.
Już w pięćdziesiątym szóstym dostawał oferty pracy jako instruktor tenisa na terenie całego kraju. Tak wylądował w Palm Tennis Club w Los Angeles, gdzie poznał moją matkę, Alicię. Była tancerką, uczyła członków i członkinie klubu walca oraz fokstrota.
Matka była wysoka, ale z dumą nosiła dziesięciocentymetrowe obcasy. Specjalnie chodziła powoli i zawsze patrzyła ludziom w oczy. I trudno było ją rozśmieszyć, ale kiedy w końcu się śmiała, robiła to tak głośno, że dało się ją słyszeć przez ściany.
Na ich pierwszej randce powiedziała mu, że ma klapki na oczach w kwestii tenisa.
- Musisz z tego szybko wyrosnąć, bo jak inaczej staniesz się pełnym człowiekiem?
Powiedział jej, że postradała zmysły. Tenis go dopełniał.
- Ach, więc jesteś też uparty - stwierdziła.
Mimo to następnego dnia przyszedł do niej pod koniec zajęć z tuzinem czerwonych róż. Przyjęła je i podziękowała, ale zauważył, że nie powąchała bukietu, zanim go odłożyła. Zrozumiał, że choć on wręczył kwiaty tylko kilku kobietom w swoim życiu, ona otrzymała je od dziesiątek pełnych nadziei mężczyzn.
- Nauczysz mnie tańczyć tango? - zapytał.
Spojrzała na niego z ukosa i nawet przez moment nie wierzyła, że ten Argentyńczyk choćby nie liznął tanga. Ale potem położyła jedną rękę na jego ramieniu, uniosła drugą i powiedziała:
- No to chodź.
Ujął jej dłoń, a ona nauczyła go prowadzić ją po parkiecie.
Ojciec mówi, że nie mógł oderwać od niej wzroku. Podziwiał, jak łatwo było sunąć z nią po sali.
Kiedy skończyli, ojciec ją przechylił, ona uśmiechnęła się do niego, a następnie z niecierpliwością oznajmiła:
- Javier, w tym momencie powinieneś mnie pocałować.
W ciągu kilku miesięcy przekonał ją do potajemnego ślubu. Powiedział, że ma dla nich wielkie marzenia. Odparła, że jego marzenia to jego marzenia. Ona nie potrzebowała wiele oprócz niego.
Tej nocy, kiedy powiedziała mu, że jest w ciąży, usiadła mu na kolanach w ich mieszkaniu w Santa Monica i zapytała, czy czuje na sobie ciężar dwóch osób. Uśmiechnął się ze łzami w oczach. A potem powiedział jej, że jego zdaniem jestem chłopcem i będę dwa razy lepszym tenisistą, niż on kiedykolwiek był.
Kiedy byłam mała, ojciec przynosił na korty wysokie krzesełko, żebym mogła patrzeć, jak gra. Mówi, że moja głowa chodziła od lewej do prawej i śledziła piłkę. Według niego matka czasami przychodziła i próbowała wyciągnąć mnie z krzesełka, żebym usiadła w cieniu albo coś przekąsiła, ale płakałam, dopóki nie zaprowadziła mnie z powrotem na kort.
Ojciec uwielbiał opowiadać o tym, jak to byłam małym brzdącem, a on po raz pierwszy włożył mi rakietę do ręki. Delikatnie rzucił do mnie piłkę i później przysięgał, że tego pamiętnego dnia zamachnęłam się i ją odbiłam.
Pobiegł z powrotem do domu, niosąc mnie na barana, żeby powiedzieć o tym mojej matce. Uśmiechnęła się do niego i wróciła do gotowania obiadu.
- Rozumiesz, co do ciebie mówię? - zapytał.
Roześmiała się.
- Że nasza córka lubi tenisa? Oczywiście. Lubi tenisa, bo to jedyna rzecz, jaką jej pokazałeś.
- To tak, jakby powiedzieć, że Achilles był wielkim wojownikiem tylko dlatego, że żył w okresie wojny. Achilles był wielkim wojownikiem, ponieważ jego przeznaczeniem było nim zostać.
- Rozumiem. Więc Carolina jest Achillesem? - rzuciła. - To znaczy, że ty jesteś bogiem?
Ojciec machnął na nią ręką.
- To jej przeznaczenie - oznajmił. - To jasne jak słońce. Z twoją gracją i moją siłą może zostać najlepszą tenisistką, jaką widział świat. Kiedyś będą o niej pisać historie.
Mama przewróciła oczami, nakładając obiad.
- Wolałabym, żeby była dobra i szczęśliwa.
- Alicio. - Ojciec stanął za nią i objął ją rękami. - Nikt nie pisze historii o takich ludziach.
Nie pamiętam, żeby ktoś powiedział mi o śmierci matki. Nie pamiętam też jej pogrzebu, choć ojciec twierdzi, że na nim byłam. Mówi, że robiła zupę i zorientowała się, że skończył się przecier pomidorowy, więc włożyła buty i zostawiła mnie z nim w garażu, gdzie wymieniał olej w samochodzie.
Kiedy nie wróciła ze sklepu, zapukał do drzwi naszych sąsiadów i poprosił, żeby mnie przypilnowali, a sam poszedł przeszukiwać ulice.
Zobaczył karetkę kilka przecznic dalej i poczuł ścisk w żołądku. Moja matka została potrącona przez samochód, kiedy przechodziła przez ulicę w drodze do domu.
Po pogrzebie ojciec odmówił wchodzenia do ich sypialni. Zaczął sypiać w salonie. Trzymał ubrania w koszu na pranie przy telewizorze. Trwało to wiele miesięcy. Ilekroć miałam zły sen, wychodziłam z łóżka i szłam prosto na kanapę. Zawsze tam był, z włączonym telewizorem i szumem w tle.
I wtedy, pewnego dnia, do korytarza wlało się światło. Drzwi ich sypialni były otwarte. Nagromadzony na klamce kurz zniknął, a wszystko, co należało do mojej matki, zostało spakowane do kartonowych pudeł. Jej sukienki, obcasy, naszyjniki, pierścionki. Nawet jej spinki. Ktoś przyszedł do domu i wyniósł je wszystkie. I to tyle.
Niewiele po niej zostało. Praktycznie żadnych dowodów, że kiedykolwiek żyła. Tylko kilka zdjęć, które znalazłam w górnej szufladzie ojca. Wzięłam moje ulubione i schowałam pod poduszką. Bałam się, że gdybym tego nie zrobiła, wkrótce też by zniknęło.
Potem przez jakiś czas tata opowiadał mi historie o matce. Chciała, żebym była szczęśliwa. Była sprawiedliwa i dobra. Ale to doprowadzało go do płaczu, więc niebawem przestał.
Do dziś moje jedyne istotne wspomnienie o matce jest mgliste. Nie potrafię rozróżnić, co jest prawdą, a co luką, którą z czasem sama wypełniłam.
W swojej głowie widzę ją stojącą w kuchni przy piekarniku. Nosi bordową, wzorzystą sukienkę, w kwiatki albo kropki. Wiem, że ma kręcone i gęste włosy. Ojciec woła mnie z drugiego końca domu po przezwisku: Guerrerita[12]. Lecz matka kręci głową i mówi:
- Nie pozwól, żeby nazywał cię wojowniczką. Jesteś królową.
Zazwyczaj mam całkowitą pewność, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Ale czasami wydaje mi się całkowicie oczywiste, że to był tylko sen.
Tak naprawdę pamiętam pustkę, którą po sobie zostawiła. Poczucie, że kiedyś w domu był ktoś jeszcze.
Ale teraz byliśmy tylko ojciec i ja.
W moich pierwszych konkretnych wspomnieniach jestem młoda, ale już zirytowana. Zirytowana tymi wszystkimi pytaniami innych dziewczyn. "Gdzie twoja mama?" "Dlaczego zawsze chodzisz nieuczesana?" Zirytowana naleganiem nauczycielki, żebym mówiła po angielsku bez akcentu ojca. Zirytowana, że kazano mi się grzecznie bawić na przerwie, kiedy ja chciałam tylko ścigać się z innymi dziećmi po boisku albo rywalizować, kto najwyżej się pohuśta.
Chyba problem tkwił w tym, że to ja zawsze wygrywałam. Ale nigdy nie mogłam zrozumieć, dlaczego przez to inni chcieli bawić się ze mną mniej, a nie więcej.
Wszystkim tym wczesnym wspomnieniom związanym z próbami znalezienia przyjaciół towarzyszyło to samo uczucie zmieszania: robię coś nie tak - i nie wiem co.
Po lekcjach patrzyłam, jak inne dzieci witają się ze swoimi matkami, które odbierają je ze szkoły. Moi koledzy i koleżanki z klasy opowiadali matkom o swoich dniach, jeżyli się, gdy matki przytulały ich przy samochodach, wycierali pocałunki matek z policzków.
Mogłabym się im przyglądać godzinami. Co jeszcze robili z matkami po szkole? Wybierali się na lody? Chodzili na zakupy po te ładne piórniki? Skąd dziewczyny miały te kokardki do włosów?
Kiedy odjeżdżali, ja posłusznie szłam dwie przecznice dalej, żeby spotkać się z ojcem na publicznych kortach tenisowych.
Dorastałam na korcie. Publiczne korty po szkole, korty w klubie latem i w weekendy. Dorastałam w kucykach i tenisowych spódniczkach. Dorastałam, siedząc w cieniu przy linii bocznej, czekając, aż ojciec skończy lekcję.
Górował nad siatką. Posyłał płynne serwy i uderzenia po ziemi. Jego przeciwnicy i uczniowie zawsze w porównaniu z nim grali bardzo chaotycznie. Mój ojciec nieustannie kontrolował sytuację na korcie.
Z perspektywy czasu widzę, że musiał być spięty i samotny przez większość mojej młodości. Owdowiały samotny ojciec z dala od domu i bez duszy, na której mógłby polegać. Teraz to dla mnie oczywiste: był tak kruchy, że mógł się załamać.
Ale jeśli jego dni były ciężkie, a noce niespokojne, to bardzo dobrze to przede mną ukrywał. Traktowałam czas spędzany z nim jak dar, którego inne dzieci nie dostały. Inaczej niż u nich, mój czas miał cel. Pracowaliśmy nad czymś znaczącym. Zamierzałam stać się najlepsza.
Każdego dnia po szkole, kiedy kończył swoje płatne lekcje, odwracał się i patrzył na mnie. "Vamos. Los fundamentos[13]" - rzucał. W tym momencie podnosiłam rakietę i dołączałam do niego na linii końcowej.
- Gem, set, mecz. Dlaczego to mówimy? - pytał.
- Ponieważ gem to podstawa gry. Musisz wygrać najwięcej gemów, żeby wygrać seta. A potem musisz wygrać najwięcej setów, żeby wygrać mecz - recytowałam.
- W gemie pierwszy punkt to...
- Piętnaście. Potem trzydzieści. Potem czterdzieści. Wtedy się wygrywa. Ale musisz mieć dwie piłki przewagi.
- A kiedy wynik jest czterdzieści do czterdziestu, jak to nazywamy?
- Równowaga. Jeśli w przypadku równowagi wygrasz punkt, to masz przewagę w zależności od tego, czy serwujesz, czy odbierasz. Wtedy stan gema to "przewaga serwis" albo "przewaga odbiór".
- Więc jak się wygrywa?
- Jeśli serwujesz przy równowadze, musisz zdobyć następny punkt, żeby wygrać gema. Musisz wygrać sześć gemów, żeby wygrać seta, ale znowu musisz wygrać dwiema piłkami przewagi. Nie możesz po prostu wygrać seta sześć do pięciu.
- A co z meczem?
- Kobiety grają trzy sety, mężczyźni często grają pięć setów.
- A love? Co to znaczy?
- To znaczy "nic".
- Znaczy "zero".
- Tak, to znaczy, że nie masz żadnych punktów. Love znaczy "nic".
Kiedy odpowiadałam poprawnie na wszystko, klepał mnie po ramieniu. A potem ćwiczyliśmy.
Wielu trenerów wprowadza innowacje, ale to nigdy nie było w stylu mojego ojca. Wierzył w piękno i prostotę robienia czegoś tradycyjnie, tylko lepiej niż inni. "Gdybym przykładał wagę do odpowiedniej formy, tak jak ty będziesz to robić, hijita, do dzisiaj zawodowo grałbym w tenisa" - mawiał. To jeden z nielicznych przypadków, kiedy - jak podejrzewałam - mnie okłamał. Już wtedy wiedziałam, że niewielu ludzi gra zawodowo w tenisa po trzydziestce.
"Bueno, papá" - odpowiadałam, gdy zaczynaliśmy ćwiczenia.
Całe moje dzieciństwo to ćwiczenia. Ćwiczenia, ćwiczenia, ćwiczenia. Serwisy, uderzenia po ziemi, praca nóg, woleje. I tak w kółko. Przez całe lato, po szkole, w każdy weekend. Tata i ja. Zawsze razem. Nasza mała drużyna. Dumny trener i najlepsza uczennica.
Uwielbiałam to, że każdy element można było wykonać dobrze albo źle. Zawsze istniał konkretny cel, do którego się dążyło.
"De nuevo[14]" - wołał, kiedy po raz pięćdziesiąty tego dnia próbowałam udoskonalić mój płaski serwis. "Obie ręce mają podnosić się z tą samą prędkością i w tym samym czasie".
"De nuevo" - mówił, dorosły mężczyzna kucający nisko, żeby spojrzeć mi prosto w oczy, gdy sięgałam mu do bioder. "W pozycji punktowej tylna stopa musi pójść do przodu, zanim je ze sobą połączysz".
"De nuevo" - powtarzał i uśmiechał się. "Zachowaj ten spin na drugi serw, hijita. ?Entendido?"
I za każdym razem, w wieku pięciu, sześciu, siedmiu, ośmiu lat, odpowiadałam mu w ten sam sposób.
"Sí, papá. Sí, papá. Sí, papá. Sí, papá".
Z czasem do "de nuevo" zaczął dodawać "excelente".
Każdego dnia sięgałam po te excelente. Marzyłam o nich. Leżałam w nocy w łóżku na pościeli z Fistaszkami, wpatrując się w fotografię Roda Lavera, o którą błagałam ojca, i rozmyślałam o mojej formie.
Wkrótce moje uderzenia po ziemi stały się mocne, woleje precyzyjne, a serwy zabójcze. Jako ośmiolatka umiałam serwować z linii końcowej i sto razy z rzędu trafiać w mały cel w postaci kartonu po mleku.
Ludzie przechodzący obok kortów myśleli, że są dowcipni, kiedy nazywali mnie "Małą Billie Jean King", jakbym nie słyszała tego dziesięć razy dziennie.
Wkrótce ojciec wprowadził pojęcie strategii.
- Wiele zawodniczek potrafi wygrać gemy, w których serwuje - tłumaczył. - Decime por qué[15].
- Ponieważ serw to jedyny moment, w którym zawodniczka może kontrolować piłkę.
- ?Y qué más[16]?
- Jeśli dobrze serwujesz, kontrolujesz serw, a potem return. A nawet wymianę piłek.
- Exacto. Utrzymanie gry, kiedy serwujesz, jest podstawą twojej strategii.
- Bueno, entiendo.
- Ale większość graczy skupia całą swoją energię na serwowaniu. Doskonalą serwis tak bardzo, że zapominają o najważniejszej części.
- O returnie.
- Exacto. Twój serw to twoja obrona, ale możesz wygrywać dobrym returnem. Jeśli utrzymasz wszystkie gemy, w których serwujesz, a twoja przeciwniczka wygra swoje gemy, to kto wygra seta?
- Pierwsza osoba, która przełamie serwis drugiej osoby.
- Exacto. Jeśli przełamiesz serwis w jednym gemie, zaledwie jednym gemie, i wygrasz wszystkie swoje gemy, wygrasz seta.
- Więc muszę być dobra w serwowaniu i returnie.
- Musisz być wszechstronną zawodniczką - powiedział. - Świetna w serwowaniu, wolejach, uderzeniach po ziemi i returnie. Dobrze, gramy.
Zawsze wygrywał, dzień po dniu. Ale ja wciąż próbowałam. Mecz za meczem, codziennie po szkole, czasem dwa razy w weekendy.
Aż do pewnego pochmurnego styczniowego popołudnia, kiedy powietrze było trochę zbyt rześkie. Cały dzień groziło nam to, czego niebo w południowej Kalifornii obiecywało prawie nigdy nie robić.
Zremisowaliśmy w pierwszym secie, kiedy odebrałam dwa serwy z rzędu forhendem po skosie tak szybko, że ojciec nie dał rady do nich dobiec.
Pierwszy raz w swoim młodym życiu przełamałam jego serwis.
- ?Excelente! - zawołał z uniesionymi rękami, biegnąc na moją stronę kortu. Obrócił mnie w powietrzu.
- Zrobiłam to! - krzyknęłam. - Przełamałam twój serwis!
- Tak jest - potwierdził. - Tak, udało ci się.
Około dwie minuty po wygraniu seta niebo się otworzyło i zaczęło lać. Ojciec zarzucił mi kurtkę na głowę i pobiegliśmy do samochodu.
Gdy już wsiedliśmy do auta i zamknęliśmy drzwi, spojrzałam na niego. Uśmiechał się promiennie, mimo że drżał z zimna.
- Excelente, pichoncita - powiedział, ściskając moją rękę. - Muy pero muy bien[17]. - Uśmiech nie schodził mu z twarzy, gdy przekręcał kluczyk w stacyjce i wyjeżdżał z parkingu.
Od tego momentu, choć nadal nie mogłam wygrać z nim meczu, stawiałam sobie za cel przełamać jego serwis przynajmniej raz dziennie. I dawałam radę.
Na koniec każdej sesji wracaliśmy z ojcem do domu z dwiema torbami jedzenia z klubowej stołówki. Trzymałam ciepłe pudełka na kolanach i patrzyłam, jak mijamy wielkie domy.
Ojciec parkował, a potem, zanim wysiedliśmy, mówił:
"Dziś dobrze nam poszło. Ale co zrobić lepiej, żeby jutro to poprawić?"
Podawałam mu listę, nad którą pracowałam przez całą drogę do domu.
"Szybciej podnosić nogi" - mówiłam. "Trzymać nadgarstek nisko". Albo: "Dopilnować, żeby nie cofać się za daleko przed opadającym wolejem".
Każdej wieczoru dodawał jeszcze jedną rzecz, o której nie pomyślałam. "Patrzeć na piłkę, nie na rakietę". "Wykończyć uderzenie po ziemi z forhendu".
Każdego wieczoru przytakiwałam. Oczywiście. Jak mogłam zapomnieć?
Potem wchodziliśmy do domu i jedliśmy razem kolację przed telewizorem. Najczęściej włączaliśmy wieczorne wiadomości, ale zawsze uwielbiałam te rzadkie noce, kiedy pozwalał mi oglądać The Lucy Show. On w swoim rozkładanym fotelu, ja na kanapie i dwie tace. Śmiał się do rozpuku. Ja też.
Później, po umyciu zębów i przebraniu się w piżamę, ojciec dawał mi całusa w czoło i mówił:
- Dobranoc, mój Achillesie, największy wojowniku w historii tenisa.
Kiedy gasło światło, wkładałam rękę pod poduszkę i szukałam zdjęcia mamy, które zabrałam z szuflady ojca.
Na zdjęciu mama leży na hamaku w ogródku, przytula mnie i uśmiecha się do aparatu. Nad nami jest drzewo pomarańczowe. Ja śpię w jej ramionach. Ona opiera brodę na mojej głowie i trzyma rękę na moich plecach. Ma długie włosy ułożone w delikatne loki. Kiedyś przejeżdżałam palcem po zdjęciu, po jej sukience, od ramion do stóp.
Tuliłam zdjęcie do piersi, a potem chowałam je z powrotem pod poduszkę i zasypiałam.
Pewnej nocy, kiedy miałam jakieś osiem lat, chciałam popatrzeć na zdjęcie, ale go nie znalazłam.
Rzuciłam poduszkę na ziemię. Zeskoczyłam z łóżka i podniosłam materac. Jak mogłam je zgubić, coś tak ważnego?
Zaczęłam krzyczeć, a po policzkach spływały mi łzy.
Ojciec wpadł do środka i zastał mnie czerwoną i zapłakaną w pokoju przewróconym do góry nogami. Spokojnie odłożył materac na łóżko i wziął mnie w ramiona.
- Pichoncita. No te preocupés[18]. Ze zdjęciem wszystko w porządku. Włożyłem je z powrotem do szuflady. Czas przestać patrzeć na nie co noc.
- Pero[19] ja chcę na nie patrzeć co noc.
Pokręcił głową i mocno mnie przytulił.
- Cari?o[20], wyrzuć to z głowy. To zbyt duży ciężar do dźwigania.
[13] Lecimy z podstawami.
[15] Powiedz mi dlaczego.
[17] Cudownie, ale to cudownie.