Rozdział 1. Skandalista epoki
Rozdział 1
Skandalista epoki
Wprawdzie Radziwiłłowie są symbolem najświetniejszej arystokracji, ale
trudno znaleźć inną rodzinę wzbudzającą podobnie sprzeczne emocje. Z jednej strony - zasłużeni dla Rzeczypospolitej wodzowie, jak zwycięzca
spod Kokenhausen Krzysztof "Piorun" Radziwiłł, a z drugiej - książęta
Janusz i Bogusław uwiecznieni jako zdrajcy w Potopie Henryka
Sienkiewicza. To właśnie oni mieli traktować Rzeczpospolitą jak "postaw
czerwonego sukna", z którego usiłowali jak najwięcej wyrwać dla siebie.
Gorący patrioci i typowo sarmackie okazy warcholstwa i prywaty. Jeden z przedstawicielu rodu, Michał zwany Muniem, miał się stać największym
skandalistą polskiej arystokracji epoki Drugiej Rzeczypospolitej.
W książęcej rodzinie
Bogactwo rodu było wręcz niewyobrażalne, około 1750 roku Radziwiłłowie
posiadali: 23 zamki obronne, 426 miast, 2032 majątki ziemskie, ponad 10
tysięcy wsi, a liczba ich poddanych sięgała 2,5 miliona (ludność całej
Rzeczypospolitej wynosiła wówczas około 10 milionów). Nic zatem
dziwnego, że Karol Stanisław, zwany "Panie Kochanku", podejmując króla
Stanisława Augusta w Nieświeżu, mógł używać rzędu końskiego wysadzanego
brylantami...
Ród wydał siedmiu hetmanów, siedmiu kanclerzy, trzech biskupów,
kilkudziesięciu wojewodów, starostów i kasztelanów, o pomniejszych
stanowiskach nie wspominając. Nazwisko Radziwiłł nosili również artyści,
jak protektor Chopina, kompozytor Antoni Henryk (przy okazji namiestnik
Wielkiego Księstwa Poznańskiego), powieściopisarka Anna Olimpia
Mostowska czy niezrównany pamiętnikarz epoki Wazów, Stanisław Albrycht.
Zdarzały się także skandale obyczajowe, jak choćby słynny ślub króla
Zygmunta Augusta z Barbarą, burzliwe małżeństwo Zofii z Radziwiłłów
Dorohostajskiej czy ucieczka Teofilii Morawskiej sprzed ołtarza ze swoim
ciotecznym bratem Dominikiem Hieronimem Radziwiłłem. Zawarty w ten
niecodzienny sposób związek okazał się zresztą całkiem udany.
Radziwiłłowie przez stulecia utrzymywali swoją pozycję w kraju, co w dużej mierze zawdzięczali systemowi ordynacji, który zapobiegał
podziałowi rodowego majątku. Pierwsze majoraty w Rzeczypospolitej
powstały u schyłku XVI stulecia, a do ich założenia wymagana była zgoda
Sejmu. Ordynacja musiała posiadać swój statut, majątek nie mógł zostać
sprzedany, zastawiony ani podzielony, ale zawsze przechodził w drodze
dziedziczenia na określoną osobę. Ordynat musiał utrzymywać pozostałych
członków rodziny, a w razie zaniedbywania obowiązków mógł stracić
stanowisko.
Ordynacje powstawały do wybuchu pierwszej wojny światowej, niektóre z nich przechodziły na mocy dziedziczenia w ręce innych rodzin, zdarzały
się również konfiskaty za udział właścicieli w powstaniach narodowych.
Radziwiłłowie ostatecznie utworzyli aż pięć majoratów, do trzech
najstarszych (Nieśwież, Ołyka i Kleck) doszły jeszcze przygodzicka i dawidgródecka. Siedziby ordynatów wymagały właściwej oprawy, dlatego w każdej z nich powstała rezydencja godna pierwszego rodu
Rzeczypospolitej.
W tak rozrodzonej rodzinie nie mogło - oczywiście - zabraknąć różnego
rodzaju oryginałów. Jednym z nich był wspomniany Karol Stanisław "Panie
Kochanku" (1734-1790), którego uważano za polską wersję barona
Münchhausena, zasłynął bowiem opowiadaniem niesamowitych historii o swoich przygodach. Podobno widział kiedyś tak wielką armatę, że wjechał
do niej karetą zaprzężoną w cztery konie, natomiast podczas oblężenia
Saragossy kula armatnia miała oderwać tylne nogi wraz z zadem jego
wierzchowcowi. Radziwiłł jednak nie zrezygnował (jego koń również) i dotarł na mury twierdzy, gdzie osobiście wysiekł obrońców. Przy takich
rewelacjach pomysł wysypania cukrem dziedzińca zamku w Nieświeżu, by
latem urządzić tam kulig, wydaje się całkiem prawdopodobny...
Karol Stanisław, niestety, nie ograniczał się wyłącznie do snucia
oryginalnych opowieści. Był warchołem pierwszej wody często zmieniającym
orientację polityczną, cieszył się jednak autentycznym uznaniem
szlachty. Miał bowiem prawdziwie książęcy gest, a jego wszelkie
dziwactwa uznawano za właściwe dla wielkiego pana. Inna sprawa, że nie
zawsze były to sympatyczne zachowania - pijany książę potrafił bowiem
urządzać pokazy publicznej masturbacji czy też obnażać się na ucztach.
W rodzie Radziwiłłów trafiali się również autentyczni dewianci, jak
świetnie wykształcony krajczy wielki litewski, Marcin Mikołaj
(1705-1782), który już w wieku młodzieńczym zdradzał objawy choroby
psychicznej. Z upływem lat było coraz gorzej - krajczy uwięził żonę wraz
z dziećmi "w wielkiej niewygodzie i smrodzie, gdyż w tej jednej izbie
spać, jeść i inne potrzeby natury czynić musieli". Otoczył się
współpracownikami żydowskiego pochodzenia, przestrzegając ich praktyk
religijnych. Utrzymywał harem porwanych lub kupionych dziewcząt, a urodzone z nich dzieci podobno mordował i z ich zwłok "jakieś destylacje
czynił". Ponoć poszukiwał kamienia filozoficznego, co jednocześnie nie
przeszkadzało mu napadać na okoliczne dwory, więzić i mordować sąsiadów.
W sprawę ostatecznie wdała się dalsza rodzina i siłą ubezwłasnowolniono
szaleńca. Marcin do końca życia był trzymany w ścisłym areszcie domowym.
Radziwiłłowie zaliczali się do najświetniejszej arystokracji
europejskiej, nie brakowało zatem koligacji z rodami panującymi.
Radziwiłłówny wychodziły za Piastów mazowieckich i Jagiellonów,
mężczyźni poślubiali Hohenzollernówny. Niewiele zresztą brakowało, by
Radziwiłłówna została cesarzową Niemiec. Córka Henryka Antoniego, Eliza,
zaręczyła się w 1820 roku z następcą tronu pruskiego, Wilhelmem. Nacisk
rodziny Hohenzollernów spowodował jednak zerwanie zaręczyn, ale
późniejszy cesarz do końca życia wspominał ukochaną ze łzami w oczach...
Munio
Skandal obyczajowy, jakim było małżeństwo Dominika Hieronima Radziwiłła
z kuzynką, spowodował, że ordynacje nieświeska i ołycka trafiły w ręce
tej samej linii rodu. W jej posiadaniu znalazła się także ordynacja
przygodzicka w Wielkopolsce oraz kolejny majorat ze stolicą w Dawidgródku na Kresach.
Była to berlińska linia Radziwiłłów od lat osiedlona na terenie
królestwa pruskiego, dlatego gdy kolejni jej przedstawiciele obejmowali
majątki położone w imperium Romanowów, musieli się starać o obywatelstwo
rosyjskie. Nie stanowiło to większego problemu - Radziwiłłowie, podobnie
jak większość arystokratycznych rodów europejskich, byli rodziną
kosmopolityczną. Dobrze funkcjonowali także w berlińskim życiu
politycznym, co jednak nie przeszkadzało im w działalności na rzecz
Polaków. Książę Bogusław Fryderyk, będąc pruskim generałem, głosował
przeciwko przyłączeniu Wielkiego Księstwa Poznańskiego do Związku
Niemieckiego, a jego syn, Ferdynand, zasłynął ostrą interpelacją w sprawie strajków szkolnych we Wrześni. Do tego sprzeciwiał się
antypolskiej polityce podczas kulturkampfu, a w 1918 roku został posłem
na polski Sejm Ustawodawczy, gdzie sprawował funkcję marszałka-seniora.
Problemem księcia Ferdynanda był jego najstarszy syn, Michał. Jak
przystało na Radziwiłła, na chrzcie dostał aż osiem imion, ale od
"najmłodszych lat zdradzał najgorsze cechy charakteru" i zawsze był
"odporny na wpływy domowe". Do tego okazał się osobnikiem wyjątkowo
zachłannym na majątek i uważał, że - jako najstarszemu potomkowi -
należy mu się cały spadek po ojcu. A zatem nie tylko majorat w Ołyce,
lecz także w Przygodzicach. Nie trafiały do niego żadne argumenty, na
nic zdały się perswazje - planował pozbawić młodszego brata należnej mu
ordynacji. Nic dziwnego, że w rodzinie zaczęto powoli uważać go za
"psychopatę na podłożu rodowej megalomanii", gdyż w niczym nie był
podobny do współczesnych sobie Radziwiłłów, a bardziej przypominał
przodków z czasów Rzeczypospolitej Obojga Narodów.
Ferdynand Radziwiłł zmarł w lutym 1926 roku. Zgodnie z jego testamentem
Ołykę objął najmłodszy z rodzeństwa, Janusz, natomiast Michałowi
przypadły Przygodzice. Nigdy się z tym nie pogodził, zawsze podkreślał,
że został okradziony z dziedzictwa, i uważał się za czternastego
ordynata ołyckiego i czwartego hrabiego na Przygodzicach. Na co dzień
preferował jednak tytuł "Jego Wysokość Jaśnie Pan" i tak lubił się
określać.
Potrafił procesować się z ojcem, zarzucając mu skąpstwo i bezprawną
wycinkę drzew w Przygodzicach. A po jego śmierci nie rezygnował z żadnej
okazji, by oskarżać rodzinę o kradzież należnego mu majątku. Mimo że sąd
honorowy odrzucił jego pretensje, nadal nie chciał się zrzec Ołyki - w odpowiedzi rodzina nie wydała zgody na zaciąganie pożyczek pod hipotekę
Przygodzic. Było to tym ważniejsze, że Radziwiłł prowadził hulaszczy
tryb życia i miał ogromne potrzeby finansowe, a gospodarką we własnej
ordynacji kompletnie się nie interesował. W efekcie - z powodu
zaległości podatkowych odmówiono mu kiedyś wydania paszportu.
Ordynat jednak kompletnie się tym nie przejmował i mając już poważne
problemy finansowe, potrafił zamówić ogromną partię szampana, za który
później nie był w stanie zapłacić. Gdy wyjeżdżał za granicę, żył jak na
polskiego magnata przystało - pod Londynem wynajął pałac i "miał ze sobą
szereg osób ze służby w Polsce". Z reguły zabierał ze sobą "48 kufrów" z rzeczami osobistymi, a do tego dywany i pościel. Podobno miesięczny
pobyt księcia za granicą (nie licząc przejazdów i niespodziewanych
wydatków) kosztował ponad 15 tysięcy złotych (około 46 tysięcy euro).
Książę się żeni
Z racji koloru brody i włosów przylgnął do niego przydomek "Rudy", ale
ordynat w niewielkim stopniu przypominał swojego poprzednika z XVI wieku
o tym samym przezwisku. Michał regularnie dostarczał bowiem
skandalicznych plotek "z życia wyższych sfer", prasa miała o czym pisać,
a aktorzy warszawskich kabaretów mogli dowcipkować na jego temat. Inna
sprawa, że projekty matrymonialne "Jaśnie Pana" wprawiały rodzinę w przerażenie, gdyż zawierał związki małżeńskie w podobny sposób, w jaki
prowadził interesy.
Jego pierwszą żoną została Rosjanka greckiego pochodzenia, Maria de
Bernardaky. Wcześniej była młodzieńczą fascynacją Marcela Prousta, a Radziwiłł poznał ją zapewne w Londynie. Choć rodzina sprzeciwiała się
temu związkowi, Munio postawił na swoim - ożenił się w 1898 roku. Na
świat przyszło dwoje dzieci, związek nie przetrwał jednak długo -
awantury domowe były na porządku dziennym, a raz nawet książę wyrzucił
żonę z pędzącego samochodu, w wyniku czego złamała nogę.
Prawdziwe kłopoty zaczęły się jednak dopiero wtedy, gdy Radziwiłł
zainteresował się zamożną hiszpańską arystokratką. Markiza zza Pirenejów
była od niego starsza o cztery lata. Uczucie raczej nie wchodziło tu w grę, chyba że była to miłość do jej pieniędzy...
"Zadłużywszy się po uszy - wspominała siostra "Rudego", Maria Małgorzata
Potocka - Michał opuścił żonę i dzieci i podróżował po świecie z bogatą
wdową, Hiszpanką, panią Joachiną de Santa Sussaną [Maria Henrietta
Joaquina Martinez de Medinilla, markiza de Santa Susana - red.]. Ta
naiwnie go ubóstwiała, dogadzała wszystkim jego kaprysom, służyła mu jak
niewolnica i uważała, że Michał to nieszczęsny męczennik. Po otrzymaniu
anulacji pierwszego małżeństwa Michał wziął ślub z Joachiną w Szwajcarii
podczas pierwszej wielkiej wojny. O dzieci swoje już się nie
troszczył"1.
Rozwód orzeczono w 1915 roku, a rok później odbył się drugi ślub
Radziwiłła. Maria Bernardaky pozostała w Polsce, razem z córką
zamieszkałą pod Bydgoszczą.
Natomiast Hiszpance wystarczyło pieniędzy na 13 lat, po czym książę
wystąpił o rozwód. Tym razem sprawa była o wiele bardziej skomplikowana,
małżeństwo zawarto bowiem w Vaduz, stolicy Liechtensteinu, w którym
obowiązywało prawo austriackie i nie uznawano rozwodów cywilnych.
Radziwiłł złożył jednak pozew na terytorium Francji, gdzie w Biarritz
miał willę, ale był obywatelem polskim, a Warszawa i Paryż nie zawarły
porozumienia regulującego wzajemne uznawanie rozwodów. Ponadto z punktu
widzenia francuskich przepisów, by orzec rozwiązanie związku,
małżonkowie powinni przez dwa lata mieszkać na terenie tego kraju. Na
domiar złego hiszpańska markiza nie zamierzała potulnie pogodzić się z zachowaniem małżonka i wniosła przeciwko niemu pozew o zwrot 2 milionów
franków (około 820 tysięcy euro) oraz domagała się też oddania jej
francuskiej willi.
W tej sytuacji Radziwiłł rozpoczął starania o unieważnienie małżeństwa w Watykanie, tym bardziej że miał już nową kandydatkę na żonę. Ponownie
udało mu się wszystkich zaskoczyć.
Angielska pielęgniarka
W 1926 roku w Londynie Munio zachorował, opiekowała się nim między
innymi pielęgniarka, Mary Atkinson. Nie była specjalnie urodziwa, a do
tego miała raczej trudny charakter, jednak udało się jej całkowicie
zdominować księcia. Stała się jego nieodłączną towarzyszką, a Radziwiłł
postanowił się z nią ożenić. Oczywiście przyjechała razem z nim do
Przygodzic i towarzyszyła mu w wojażach po Europie.
Miss Atkinson była bez wątpienia osobą bardzo sprytną i dość szybko
odkryła słabe strony partnera. Zauważyła, że jest uległy, podatny na
sugestie, ma słaby charakter, a do tego był jeszcze hipochondrykiem, co
bez skrupułów wykorzystywała. W trosce o jego zdrowie pod byle pozorem
"kładła go do łóżka, okrywając kołdrami i dając kompresy". Podobno
zdarzało się, że w ten sposób książę spędzał całą zimę i jeszcze czuł
wdzięczność do swojej opiekunki2. Angielka
miała wielki wpływ na Munia - niektórzy twierdzili, że gdy wyjeżdżała,
"siedział zupełnie apatyczny i nienadający się do rozmowy ani też nie
można było od niego uzyskać żadnej decyzji"3.
Atkinson wtrącała się do wszystkiego, miała ogromny wpływ nie tylko na
sprawy kadrowe w ordynacji, lecz także na ważne decyzje gospodarcze.
Czasami nakłaniała Radziwiłła do zupełnie absurdalnych projektów, jak
choćby hodowla żab i ich eksport drogą lotniczą do Francji. Poleciła też
obciąć gałęzie drzew w parku otaczającym pałac w Antoninie, tak by
przypominały jej palmy. Potrafiła też zmusić partnera do zaniechania
planów, które wcześniej uzgodnił ze swoimi podwładnymi. Do tego była
chorobliwie skąpa i w trosce o finanse kochanka nakłaniała go do
ograniczenia wydatków na rzecz podwładnych. Oczywiście nie dotyczyło to
jej samej, gdyż uważała się już za przyszłą księżnę.
"Często prowadziłem rozmowy z księciem - wspominał profesor Uniwersytetu
Poznańskiego, Edward Schetel - i mogę powiedzieć, że nieraz prowadził
rozmowy na bardzo wysokim poziomie, a były chwile, kiedy mówił zupełnie
niedorzecznie i wykazywał zupełne niedołęstwo umysłowe. (...) Wytłumaczyć
nie mogę, co było powodem tego, a służba mówiła, że pielęgniarka
księcia, Atkinson, daje mu jakieś narkotyki, a ponadto, by utrzymać się
na swoim stanowisku, najpierw daje mu jakieś środki lecznicze, a później
mu je odejmuje, ażeby znowu widoczne było, że za jej pośrednictwem czuje
się lepiej"4.
Pracownicy, którzy sprzeciwiali się woli Angielki, byli natychmiast
zwalniani, co czasami okazywało się dość kosztowne dla księcia Michała.
Dochodzili bowiem swoich praw na drodze sądowej i Radziwiłł regularnie
płacił wysokie odszkodowania. Niektórzy byli jednak zadowoleni
(oczywiście po odzyskaniu pieniędzy), gdyż w Antoninie panowała
atmosfera jak "w domu wariatów" i dłuższa praca u Munia mogła rzutować
na stan psychiczny zatrudnionych tam osób.
Atkinson nie zadowalała się jednak rolą szarej eminencji, potrafiła
obrażać nawet zapraszanych gości, nie mówiąc już o podwładnych.
Najwyraźniej też uwielbiała popisywać się swoją władzą nad kochankiem, a okazywanie tego sprawiało jej wręcz perwersyjną radość.
"Jest osobą mało kulturalną - oceniał były pracownik ordynacji, Janusz
Biron - i niezdradzająca specjalnej inteligencji, o zachowaniu
prostackim. (...) W stosunku do księcia zachowywała się ona poufale, a nawet mówiła do księcia idiota. Robiła też ona niejednokrotnie księciu
sceny i awantury, połączone z krzykami, hałasem i płaczem"5.
Angielce zarzucano też zamordowanie (czy też zmuszenie do samobójstwa)
pewnego młodzieńca ze wsi Kocięba w pobliżu Antonina. Ponoć był jej
kochankiem, a gdy chciał się wycofać z tego związku, poniósł śmierć w niewyjaśnionych okolicznościach. Nic więcej o sprawie jednak nie wiadomo
i trudno ocenić, ile w tym przekazie jest prawdy.
Dni Mary Atkinson w Antoninie były policzone. Wygasło jej zezwolenie na
pracę, a kochanek nie był zainteresowany jego przedłużeniem.
Najprawdopodobniej był już znużony awanturami Angielki, zresztą planował
już kolejny związek. Pielęgniarka w 1937 roku została wydalona z pałacu,
a Munio nie dał jej nawet pieniędzy na bilet na statek do Anglii - w efekcie sprzedała swoją biżuterię. Będąc już w Londynie, czyniła próby,
by powrócić do Polski - bezskutecznie. A gdy dowiedziała się, że
Radziwiłł zamierza poślubić inną, popełniła samobójstwo.
Judyta Suchestow
Kolejna miłość Munia wprawiła Radziwiłłów w prawdziwe przerażenie. W czerwcu 1937 roku książę poznał w austriackim uzdrowisku Bad Gastein
młodszą o ponad 30 lat urodziwą Żydówkę ze Lwowa. Była rozwódką, miała
syna z pierwszego małżeństwa i całkowicie oczarowała podstarzałego
arystokratę. Michał postanowił się z nią ożenić i zapowiedział, że
jeżeli nie uzyska unieważnienia małżeństwa z hiszpańską markizą, zmieni
wyznanie. Nie widział w tym żadnego problemu, podobno bowiem zdążył już
być wyznawcą prawosławia oraz członkiem jednej ze wspólnot
protestanckich.
Wtedy zadbał, by Judyta została ochrzczona przez kapłana Polskiego
Narodowego Kościoła Prawosławnego, a w dodatku obiecał przepisać na nią
część majątku niewchodzącego w skład ordynacji. Przy okazji odgrażał się
też, że syna kochanki uczyni swoim spadkobiercą i w razie potrzeby sam
przejdzie na judaizm.
Radziwiłłowie byli przerażeni, wiedzieli bowiem, że Munio jest zdolny do
wszystkiego. Tymczasem miłość kwitła - Michał i Judyta przebywali w Krynicy, gdzie książę oświadczył się swojej wybrance, potem zjechali do
Antonina. Podobno pracownicy ordynacji byli bardzo zadowoleni ze zmiany:
władczą i histeryczną Angielkę zastąpiła bowiem kobieta urodziwa i pełna
wdzięku. Nowa pani na Antoninie miała także zdecydowanie lepszy
charakter od poprzedniczki, poza tym wyjątkowo dbała o swój wygląd i ładnie grała na fortepianie oraz śpiewała. Pod jej wpływem Munio zgolił
nawet swoją słynną brodę, czego nie robił od wielu lat. W Urzędzie Stanu
Cywilnego w Przygodzicach ogłoszono zapowiedź zawarcia małżeństwa.
Cała sprawa wzbudzała zrozumiałą sensację - w polskiej prasie pojawiały
się więc artykuły na temat nowego romansu księcia i jego planów
matrymonialnych. Radziwiłł postanowił to wykorzystać i w grudniu 1937
roku na łamach "Ilustrowanego Kuriera Polskiego" zaatakował swoją
rodzinę, zarzucając jej antysemityzm:
"W Anglii to nikogo nie dziwi, że jeden z pierwszych książąt, lord
Rosebery, poślubił niearyjkę, Rothschildównę. I tylu, tylu innych,
których tu nie mam czasu ani powodu wymieniać. Żądam dla siebie
podobnych praw, jakie posiadają angielscy lordowie, to jest, aby mi
wolno było oddać serce osobie, którą sobie sam wybiorę, i aby nikt nie
wchodził i nie piętnował tego publicznie. Wypływa to z mojego programu i liberalnego nastawienia"6.
Przerażona rodzina zgłosiła do sądu doniesienie, że Michał usiłuje
popełnić "zbrodnię bigamii", dodając jednocześnie wniosek o jego
ubezwłasnowolnienie z powodu choroby psychicznej. Munio jednak uprzedził
krewnych, sprowadzając znanego psychiatrę, profesora Aleksandra
Domaszewicza, który podpisał oświadczenie, że książę jest w pełni władz
umysłowych. W tej sytuacji jedynym sukcesem Radziwiłłów okazało się
zakwestionowanie ważności chrztu Judyty, a pop, który go udzielił,
został zawieszony w czynnościach kapłańskich i wysłany do klasztoru.
Obawiano się jednak, że "Jego Wysokość Jaśnie Pan" będzie chciał się
ożenić we Francji i ambasada polska zakazała swoim konsulatom wydania
Radziwiłłowi świadectwa o zdolności do zawarcia małżeństwa.
To skutecznie pohamowało zamiary Michała, tym bardziej że do Monte
Carlo, gdzie przebywali kochankowie, trafili także wysłannicy
Radziwiłłów. Wraz z nimi pojawili się przedstawiciele ziemiaństwa
wielkopolskiego, którzy przypomnieli księciu o jego problemach
finansowych i zaproponowali ugodę z rodziną.
W efekcie Radziwiłł porzucił narzeczoną, jednak ta złożyła w angielskim
sądzie pozew o niedotrzymanie obietnicy małżeństwa i przepisania części
majątku. Przy okazji żądała też zwrotu kosztów, jakie ponosiła na jego
utrzymanie, a całość swoich pretensji oceniła na 50 tysięcy funtów
(czyli ponad 3,6 miliona euro). Wybuch drugiej wojny światowej
spowodował jednak, że sprawa nie znalazła swojego zakończenia.
Kolejna Angielka
Radziwiłłowie odetchnęli z ulgą - jednak nie na długo. Stary książę
(Michał zbliżał się już bowiem do 70. roku życia) szybko pocieszył się w ramionach kolejnej Angielki. Wprawdzie tym razem młodszej tylko o 14
lat, ale za to bardzo zamożnej. Harriet Stewart Dawson była córką kupca
giełdowego i wdową po potentacie w branży jubilerskiej i handlu
nieruchomościami. Jej majątek oceniano na 75 milionów złotych, podczas
gdy długi Munia wynosiły 6 milionów (17,7 miliona euro)7.
Tym razem książę postanowił działać, nie pytając nikogo o zgodę. Uznał
kolejny mariaż za okazję do spłacenia zaległości finansowych i w maju
1938 roku poślubił swoją wybrankę w Londynie. Małżonka niebawem
otrzymała polski paszport, chociaż pojawił się zarzut bigamii. Sprawa
jednak wciąż nie była jasna, tym bardziej że Radziwiłł miał dokument
świadczący, iż podobno we Francji jednak rozwiódł się ze swoją drugą
żoną.
W tej sytuacji zdezorientowane polskie władze przedłużyły ważność
paszportu księcia, wychodząc z założenia, że "zamiar popełnienia
bigamii" nie był już aktualny, a całą sprawą powinien zająć się sąd.
Munio powrócił do Antonina, gdzie wiosną dołączyła do niego żona.
Prawdopodobnie zaczęła spłacać długi męża, jednak brakuje bliższych
informacji na ten temat. Niebawem zresztą wybuchła wojna, a Radziwiłł
miał jeszcze raz wszystkich zadziwić. I tym razem nie chodziło o skandal
obyczajowy.
Munio w oczach innych
Zachowane relacje jednoznacznie wskazują, że książę Michał był
człowiekiem niezrównoważonym psychicznie. Nie wszystko bowiem można było
zrzucić na ekstrawagancje wielkiego pana czy też wpływ miss Atkinson.
Przy bliższym kontakcie okazywał się osobnikiem pozbawionym wszelkiej
empatii, ślepym i głuchym na potrzeby czy krzywdę innych. A do tego
mściwym i pamiętliwym.
Wprawdzie swoim pracownikom płacił bardzo wysokie pensje (jego
sekretarka zarabiała 600 złotych miesięcznie; mniej więcej dwa razy
tyle, ile urzędnik państwowy średniego szczebla), jednak ogólnie był
człowiekiem nieobliczalnym. Nie bez powodu przez 11 lat ordynacją
zarządzało aż 13 administratorów, a zwalnianych urzędników Radziwiłł
potrafił szczuć psami.
Od jednego z nich, niejakiego Schrama, zażądał, by natychmiast po
otrzymaniu wypowiedzenia opuścił służbowe mieszkanie wraz z rodziną. Gdy
ten odmówił, Michał polecił wyrzucić z mieszkania jego rzeczy i zakwaterował tam swoich leśników. Natomiast gdy w drodze tymczasowej
decyzji sądu Schramowie z powrotem weszli do mieszkania, ordynat
postawił przed drzwiami "strzelców z fuzjami", nie pozwalając nikomu
wejść ani wyjść. Sprawa skończyła się interwencją policji, a Schram
uzyskał wysokie odszkodowanie.
"Jego Wysokość Jaśnie Pan" podobnie postąpił wobec osobistej sekretarki,
z którą zresztą zawarł dożywotni (!) kontrakt. Gdy jednak po dwóch
latach straciła jego łaski, okazał się człowiekiem wyjątkowo
bezwzględnym. Zwolnił pracownicę i polecił jej natychmiast opuścić
lokal, który zajmowała. Po czym kazał zamurować (!) wejście.
"W związku z zamurowaniem drzwi do mojego mieszkania - relacjonowała
nieszczęsna asystentka, Władysława Bironowa - sąd na miejscu
przeprowadził wizję lokalną i uzyskałam tymczasowe zarządzenie, mocą
którego przywrócono stan pierwotny. Ponieważ telefonowałam na policję,
książę kazał telefon w sekretariacie zastawić szafą"8.
Uderzały też pycha i buta Radziwiłła. Do wszystkich zwracał się per
"ty", nawet do nieznanego mu wcześniej osobiście wojewody poznańskiego,
hrabiego Rogera Raczyńskiego. Natomiast wobec ludzi pochodzących z "gminu" zachowywał "dystans społeczny" wynoszący minimum trzy metry -
jakby obawiał się ich oddechów i możliwości zarażenia się jakąś
plebejską chorobą. Jednak w chwili wybuchów złości nawet na prostaczków
potrafił się rzucić z pięściami, zapominając o higienie i ostrożności.
Ofiarami Radziwiłła padli także jego przodkowie. W listopadzie 1929 roku
polecił usunąć z kaplicy grobowej trumny z ich zwłokami i umieścić w wykopanych w pobliżu dołach. Podobno chciał w ten sposób znaleźć miejsce
na kino, którego był wielbicielem. Ostatecznie po interwencji rodziny
część trumien pozostawiono w kaplicy, a część przeniesiono na pobliski
cmentarz. Sala kinowa ostatecznie nie powstała.
Ciekawostką natomiast pozostaje fakt, że Radziwiłła usunięto w 1938 roku
z Zakonu Kawalerów Maltańskich. Przyczyną tego wydarzenia nie było
jednak skandaliczne życie księcia, lecz prozaiczne niepłacenie składek.
Przynajmniej oficjalnie...
Wielbiciel Hitlera
Michał Radziwiłł zawsze prezentował dość oryginalne poglądy polityczne i przez wiele lat uważał się bardziej za Niemca niż Polaka. Jego
upodobanie do Bismarcka i Prus wyjątkowo irytowało rodzinę i było jednym
z powodów, że w ogóle nie brano Michała pod uwagę przy dziedziczeniu
ordynacji ołyckiej. Inna sytuacja była w majoracie przygodzickim, który
do 1918 roku znajdował się w granicach Niemiec. Zresztą całkowite
wydziedziczenie najstarszego potomka, gdy nie był uznany za
niepoczytalnego ani nie ciążył na nim wyrok skazujący, nie wchodziło w rachubę.
Nie zmienia to jednak faktu, że już w czasach Drugiej Rzeczypospolitej
Munio czasami zadziwiał swoimi poglądami politycznymi. Dawał przy tym do
zrozumienia, że Niemcy stoją pod każdym względem wyżej od Polski i zostali potraktowani niesprawiedliwie po pierwszej wojnie światowej.
"Kiedyś na jakimś przyjęciu - wspominał profesor Uniwersytetu
Poznańskiego, Ryszard Biehler - (...) książę zaczął wygłaszać
zapatrywania, że traktat wersalski mylnie i niewłaściwie wytyczył
granice państwa, gdyż granica zachodniej Polski powinna biec od Gdyni
przez Kalisz na Śląsk, tak że Wielkopolska powinna przypaść do Niemiec.
Natomiast Polska powinna otrzymać na wschodzie obszar Litwy"9.
Po wybuchu drugiej wojny światowej Munio natychmiast uznał się za Niemca
i wyraził zadowolenie, że Wielkopolska została włączona do III Rzeszy.
Zmuszono go jednak do opuszczenia Antonina, chociaż po kilku miesiącach
jeszcze na krótki czas tam powrócił. Ostatecznie jednak zastosowano
wobec niego areszt w Ostrowie Wielkopolskim, a następnie zezwolono na
wyjazd do Berlina. Nad Sprewą rozwiódł się z trzecią żoną, której nie
mógł wybaczyć, że nazwała go "niemiecką świnią".
Jego majątek ostatecznie skonfiskowano, ale Radziwiłł wprawił okupantów
w zakłopotanie, gdyż okazało się, że zapisał go... Adolfowi Hitlerowi.
Führer darowizny jednak nie przyjął i ordynacja przeszła w ręce Fundacji
Rzeszy dla Niemieckich Badań Wschodnich. Podważono też niemieckie
obywatelstwo księcia, wobec czego zażądał wpisania go na folkslistę (czy
też reichslistę). Ponownie spotkał się z odmową, a jako powód podano, że
po pierwszej wojnie światowej zadeklarował polską narodowość. Wprawdzie
takie postępowanie nie przeszkadzało wielu innym polskim obywatelom
zostać folksdojczami, ale Radziwiłła nawet hitlerowcy mieli już dosyć.
Lata wojny książę spędził u rodziny pod Berlinem, a następnie wyjechał
do swojej byłej hiszpańskiej żony na Teneryfę, gdzie do śmierci (1955)
przebywał na jej utrzymaniu. Nie wiadomo, by próbował kiedykolwiek się
kontaktować z najbliższą rodziną pozostałą w kraju. Nieznane są też
dalsze losy jego ostatniej żony ani Judyty Suchestow.
W pałacu w Antoninie działają obecnie restauracja i hotel, organizowane
są także koncerty Międzynarodowego Festiwalu "Chopin w barwach jesieni"
na pamiątkę dwukrotnego pobytu kompozytora na zaproszenie pradziadka
Munia.
Pałac przetrwał zresztą w dobrym stanie, ale - ku rozczarowaniu turystów
i pasjonatów historii żądnych przygód - nie pojawiły się legendy
związane z osobą ostatniego ordynata. Jego widmo nie krąży nocą po
pokojach i korytarzach, by przeklinać rodzinę, kobiety z nim związane
czy Adolfa Hitlera.
Natomiast pewna historia sprzed lat z Muniem w roli głównej znalazła
niedawno swoje potwierdzenie. Przez lata opowiadano, że książę,
wyjeżdżając po raz ostatni z pałacu, zakopał w jego pobliżu trzy cenne
depozyty. Ostatnio dzięki wnukowi leśniczego, który zajmował się ich
ukryciem, odnaleziono jeden z nich. W metalowym korytku znajdował się...
mosiężny świecznik bez żadnej wartości. Czy Munio pragnął zakpić z przyszłych poszukiwaczy skarbów, czy też dać do zrozumienia, że
przepuścił cały rodzinny majątek?10
Rozdział 2. Smaki międzywojnia
Rozdział 2
Smaki międzywojnia
Nieznany z imienia smakosz powiedział kiedyś, że analizując
przyzwyczajenia kulinarne mieszkańców danego kraju, sporo można się
dowiedzieć o jego dziejach. Chyba miał rację, wystarczy bowiem spojrzeć
na naszą kuchnię, na dania uważane za narodowe potrawy. Pierogi i chłodnik to specjalność litewska - pozostałość przenikania się wieków
tradycji wspólnego państwa. Podobnie jest z barszczem (kuchnia
ukraińska) i tatarem wołowym (białoruska). Popularne w naszym kraju
śledzie mają w większości rodowód żydowski lub skandynawski, zrazy
wołowe dotarły do nas z Czech, a kapuśniak i kiszonki z Niemiec.
Na pograniczu dwóch epok
W czasach Drugiej Rzeczypospolitej na to wszystko nakładały się jeszcze
różnice społeczne, znacznie bardziej widoczne niż obecnie. Inaczej
jadano w miastach, inaczej na ziemiańskich dworach, swoich wielbicieli
miały kuchnie mniejszości narodowych obecnie uważane za egzotyczne
(żydowska, litewska). W całym kraju widoczne były obce wpływy kulinarne:
na Śląsku popularnością cieszyła się kuchnia niemiecka, a na południu
Polski - węgierska z elementami austriackimi. Im dalej na wschód, tym
bardziej dominował jadłospis kresowy.
"Nasza kuchnia jest wspaniała właśnie dlatego - tłumaczy dziennikarz
Robert Makłowicz - że mamy różne tradycje. Inaczej wyglądają pod
względem kulinarnym Kaszuby, inaczej Podhale. (...) Do dziś trudno byłoby
namówić poznaniaka do zjedzenia kminku, który jest obecny w prawie
każdym pieczywie sprzedawanym w Krakowie. Tak samo zresztą trudno byłoby
przekonać krakowianina do zjedzenia czerniny, czyli zupy na krwi. Tak
naprawdę nie ma przecież jednej kuchni narodowej. Zamiast tego mamy w Polsce zbiór kuchni regionalnych"1.
Okres międzywojenny był jednak przełomowy dla polskich obyczajów
kulinarnych. Zapanowała moda na zdrowy tryb życia, zmieniano więc nawyki
żywieniowe. Tadeusz Boy-Żeleński zauważył z przekąsem, że w dwudziestoleciu przestał być aktualny jeden z typowych polskich grzechów
głównych - obżarstwo:
"(...) wystarczy porównać menu dawnych i dzisiejszych obiadów. Mówiąc o obżarstwie w epoce, gdy lekarze przestrzegają przed śmiercią z odchudzania się! Gdzie są te olbrzymie brzuchy, kałduny, bandziochy, te
zwały sadła, których tyle jeszcze naoglądałem się w dzieciństwie!
Jesteśmy cieńsi i lepsi"2.
Niewiele natomiast zmieniło się w upodobaniach alkoholowych. Był to
wciąż poważny problem, chociaż także miał nieco inny charakter.
"Nie da się zaprzeczyć, że ludziska piją - kontynuował Boy. - Ale piją,
wiedząc, że robią źle, świat szamoce się w najdalej idących fantazjach
prohibicyjnych, cała półkula choruje od nich. Picie jest wreszcie
prywatnym nałogiem, gdy dawniej było niemal społecznym musem, zwłaszcza
w Polsce. Obżarstwo i pijaństwo wreszcie było niegdyś wplecione we
wszystkie obrzędy religijne, chrzty, wesela, stypy, uroczyste święta;
szczytowym określeniem obżarstwa był - o ironio! - "obiadek
wielkopostny""3.
W czasach Drugiej Rzeczypospolitej na talerzach Polaków zagościły surowe
warzywa. Wcześniej uważano je za szkodliwe i dopiero w latach 20.
dietetycy dostrzegli ich zalety. Trudno jeszcze mówić o wegetarianizmie,
ale pojawiła się moda na posiłki jarskie. Jednak większość mężczyzn nie
wyobrażała sobie codziennego obiadu bez solidnej porcji mięsa. Warzywa -
owszem, ale do tego obowiązkowo sztuka pieczystego czy duży kotlet, i to
raczej nie drobiowy.
Przy inteligenckim stole
"Kobieta wracająca z biura o czwartej po południu lub mająca dwugodzinną
przerwę obiadową - oceniała autorka ówczesnych poradników kucharskich,
Maria Disslowa - chcąc mężowi i dzieciom dać zdrowy obiad, kolację i śniadanie, musi znać dokładnie nie tylko wszystkie prędko dające się
wykonać dania, lecz umieć je przyrządzić naprzód, obmyślać jadłospis
tak, aby idąc do pracy lub z niej wracając, nabyć wszystkie potrzebne
artykuły"4.
Emancypacja kobiet oznaczała najczęściej prawo do realizacji ambicji
zawodowych, nie zmieniła natomiast wiele w tradycyjnym modelu rodziny.
To właśnie kobieta dbała o codzienny jadłospis, nawet jeżeli rodzina
miała służącą. Młodych małżeństw zresztą najczęściej nie było stać na
służbę i dlatego mówiono, że "gotować dzisiaj musi umieć każda kobieta".
Ograniczeniem były jednak czas i pieniądze, w efekcie posiłki stały się
mniej skomplikowane, chociaż przy okazji zdrowsze. Ale czy na pewno
bardziej smaczne?
Zdania były podzielone i niejeden pan domu z łezką w oku wspominał
potrawy z dzieciństwa. Trudno się dziwić mężczyznom, skoro głośno
mówiono o całkowitym wyeliminowaniu potraw mięsnych. Nie mogły tego
zrekompensować "czerwona kapusta, seler, rzodkiew, rzepa, marchewka" ani
dania z drobiu. Tym bardziej że ze względów finansowych coraz rzadziej
pojawiały się na stołach popularne wcześniej pulardy i kapłony, a za
najwytworniejsze zaczęły uchodzić dania z indyka.
W Drugiej Rzeczypospolitej dużą rolę odgrywały ryby, od wieków zresztą
wykorzystywane w polskich jadłospisach. W ówczesnych książkach
kucharskich można było znaleźć "niezliczone przepisy dań z sandaczy,
linów, sumów, karpi, szczupaków, pstrągów, węgorzy i oczywiście
najpopularniejszych śledzi". Pojawiały się na stołach nie tylko w dni
postne, a "śledzie ceniono jako pikantną przystawkę i zakąskę do wódki
nawet w najlepszym towarzystwie"5.
Typowo polską specjalnością pozostały natomiast raki uwielbiane przez
smakoszy pochodzenia zarówno inteligenckiego, jak i ziemiańskiego. W spożyciu tych skorupiaków (w formie zupy lub zakąski) nie przeszkadzało
narodowe upodobanie do mocnych trunków, które poważnie utrudniało
konsumpcję owoców morza. Jak bowiem zauważał jeden z ówczesnych
smakoszy, kilka kieliszków zimnej wódki na początek biesiady kompletnie
nie pasowało do ostryg, natomiast nie było zwyczaju, by posiłek
rozpoczynać od wina...
Młode panie domu gotowały samodzielnie z reguły tylko do pojawienia się
na świecie potomstwa - wówczas zatrudniano służbę. Inna sprawa, że
mężowie najczęściej zarabiali już tyle, że mogli podjąć taką decyzję.
Nie był to żaden kaprys - posiadanie służby należało do ówczesnych
standardów. Kobiety wciąż jednak nadzorowały kulinarną stronę życia
rodziny, co nie było najłatwiejszym zadaniem. Przekonała się o tym Maria
Pawlikowska-Jasnorzewska, która wzorem innych oficerskich żon z Dęblina
postanowiła zaoszczędzić na utrzymaniu domu. W tym celu wraz ze służbą
robiła zakupy na targowisku w pobliskiej Irenie.
"Zamawiała więc pani Maria - opisywał jej znajomy Janusz Kędzierski -
telefonicznie dorożkę konną, sadowiła się w niej wraz ze służbą i z całą
paradą jechały na legendarnie tani bazar w Irenie. Zakupy trwały kilka
godzin. Wreszcie około południa następował triumfalny powrót do domowych
pieleszy. Przy końcu pierwszego "tygodnia oszczędności" poetka obliczyła
koszta wyprawy. Okazało się, że same dorożki (za każdym razem cztery
kursy plus czekanie) kosztowały więcej niż łączna cena kupionych jakoby
za bezcen produktów. Ze swych wątpliwości co do sposobów robienia
oszczędności domowych pani Jasnorzewska zwierzyła się jednej z sąsiadek.
Ta w odpowiedzi tylko załamała ręce: - Przecież trzeba było chodzić z koszykiem pieszo. Pieszo, droga pani Mario!"6.
W ziemiańskim dworku
Skansenem kulinarnej tradycji pozostawały ziemiańskie dwory, których
mieszkańcy najdłużej opierali się zmianom. Inna sprawa, że dla wielu
Polaków ziemiańska tradycja stanowiła wspomnienie dzieciństwa, do
którego chętnie wracali. Nie dotyczyło to jednak wszystkich, czego
przykładem były upodobania choćby Józefa Piłsudskiego. Wprawdzie
Marszałek pochodził z kresowej ziemiańskiej rodziny, ale wcale nie
przejawiał typowych dla tego środowiska upodobań kulinarnych.
Miał zresztą niewielkie potrzeby i kompletnie nie interesował go
codzienny jadłospis. Lubił proste posiłki, a lista potraw, których nie
tolerował, jest wyjątkowo długa (trafiły na nią m.in. bigos, kołduny i wszelkie zupy, z grochówką na czele!). Właściwie prawie nie pił alkoholu
(podobno tylko dobry tokaj w niewielkich ilościach), a jego prawdziwą
namiętnością były papierosy i herbata - pochłaniał jej ogromne ilości,
około dziesięciu szklanek dziennie. Przejawiał również ogromną słabość
do wedlowskich herbatników, również krakersów, gardząc jednak bardziej
wyrafinowanymi produktami słynnej firmy.
"Jak za najmłodszych lat - wspominała Aleksandra Piłsudska - zawsze
lubił różne słodkie leguminy i domowe ciastka. Nasza wieloletnia służąca
Adelcia (...) piekła doskonały kruchy placek z masą suszonych śliwek i zapiekaną pianką na wierzchu. Zawsze w domu były też litewskie sucharki
zrobione ze specjalnych bułeczek, posypane cukrem i cynamonem. (...) Za
kawą nie przepadał. Przy łóżku stał zawsze talerz z owocami i pudełko
landrynek"7.
Niezrozumiałe już dzisiaj określenie "legumina" oznaczało po prostu
słodki deser. Leguminą były więc zarówno "suflet owocowy, krem,
galaretka, budyń", jak i "szarlotka, naleśniki lub grzanki z konfiturami".
Józef Piłsudski nie znosił kawy, bez której w ziemiańskich dworach nie
wyobrażano sobie śniadania. Do jej parzenia używano najczęściej maszynek
karlsbadzkich.
"Są to gliniane lub porcelanowe naczynia - opisywano w ówczesnym
poradniku - składające się z dwóch części, a mianowicie: właściwego
zbiornika gotowej kawy oraz naczynia, którego dno jest przekształcone na
gęste sitko porcelanowe. W to sitkowe naczynie wsypuje się miałko
zmieloną kawę i zalewa wrzątkiem, kawa pod przykryciem kroplami
przecieka do dolnego zbiornika"8.
Do kawy wlewano dużo gęstej, gorącej śmietanki, niektórzy zalecali
również dodanie "łyżeczki cykorii". Słodzono cukrem innym niż używany
dziś - wysokogatunkowym, przechowywanym w tzw. głowach. Przed podaniem
rąbano go siekierą, jego miałkość pozostawiała zatem nieco do życzenia.
"(...) do śniadania każdy otrzymywał nie tylko wyborną kawę - opisywał
obyczaje w Nieledwi na Lubelszczyźnie pochodzący z ziemiańskiej rodziny
filozof Stefan Świeżawski - ale również garnuszek gorącej,
najprzedniejszej śmietanki. Pieczywo, codziennie świeże, pieczone w domu: na wielkim stole, na półmisku, gruby plaster miodu, który krajało
się razem z woskiem i wysysało na swoim talerzyku. Bardzo lubiliśmy też
świetny topiony ser zgliwiały. Poza tym wszystkim posiłkom towarzyszyła
obfitość najrozmaitszych wspaniałych owoców"9.
Jadłospis śniadaniowy różnił się w zależności od regionu kraju.
Wprawdzie niemal wszędzie podawano jajecznicę suto okraszoną wędliną,
ale na Wileńszczyźnie nie mogło zabraknąć blinów ze śmietaną czy też
surowych ogórków z miodem. We wszystkich ziemiańskich dworkach był to
jednak wyjątkowo obfity posiłek, po którym nikt nie miał prawa czuć się
głodnym.
Śniadanie stanowiło jednak tylko wstęp do prawdziwej kulinarnej
rozwiązłości. Na wsi życie toczyło się bowiem wolniej, gospodarze mieli
więcej czasu, a służby nie brakowało. Dbano zatem o jadłospis zgodny ze
starymi przepisami, dania były wyjątkowo pracochłonne, ale przynosiły
znakomite efekty smakowe. W efekcie "obiady, kolacje, śniadania i podwieczorki trwały niemal dzień cały", a do tego dochodził jeszcze five
o'clock z przekąską i obowiązkowy podkurek. Nic dziwnego, że Witold
Gombrowicz notował z odrazą:
"Straszliwy apetyt nie pozwala nam kontentować się zwykłym menu
obiadowym, pękają tamy, żarcie wdziera się do środka, zalewa powódź zup,
mięso nadziewa kiszkę podgardlaną (...), wsadzamy w siebie coraz to nowe
przedmioty miękkie, twarde, mokre, suche, zimne i gorące. Jedzenie
odbywa się bez przerwy i toczy się niepowstrzymanie przez wszystkie
miejsca naszej egzystencji"10.
W ziemiańskich dworkach funkcjonowały najczęściej dwa stoły - pierwszy
dla rodziny i gości, a drugi dla służby. Na pańskim stole pojawiały się
bardziej wykwintne dania - podawano tam wyrafinowane zupy (krem ze
szparagów, zupa neapolitańska) i dziczyznę. Oprócz wrażeń smakowych
ważne były również doznania wzrokowe.
"Otóż w jego wykonaniu - wspominał kucharza z kresowej Demidówki Andrzej
Kuśniewicz - słynny był na cale Podole z przyległościami (...) szczupak a
la Podiebradek. Na błękitno. Z kaparami, z koperkiem po wierzchu - dla
"szarmu", mawiał kucharz - a wszystko to w galarecie, w której po bokach
niezrównanie kolorystycznie czerwone szyjki rakowe, tak że szczupak
wjeżdżał na stół, wyglądając, jakby pływał w kryształowym akwarium"11.
Dla tego mistrza takie potrawy jak sarnina w śmietanie czy zając w buraczkach uchodziły za zbyt proste, chociaż przyrządzał je równie
znakomicie. A zdarzali się też specjaliści, którzy dużą rybę
przygotowywali w całości zgodnie z odwiecznymi zasadami: gotowali głowę,
piekli środek, a smażyli ogon.
Amatorów miały także przysmaki rodem z chłopskiej kuchni. Zawsze
znaleźli się wielbiciele prażuchy (zakalcowate ciasto z ciemnej mąki
bogato okraszone skwarkami) czy też zwykłych ziemniaków z kwaśnym
mlekiem. Na północnych Kresach uwielbiano natomiast pierogi bez względu
na rodzaj nadzienia: na słodko i na słono. A także placki ziemniaczane,
pyzy, kołduny czy kartacze.
Melchior Wańkowicz był pomysłodawcą niezwykłego konkursu
gastronomicznego. Korzystając z wizyty delegacji polskich literatów na
Litwie (właśnie nawiązano stosunki dyplomatyczne z rządem w Kownie),
zorganizował zawody w jedzeniu kołdunów.
"Kontrola była sroga - opowiadał Wańkowicz. - Wydawało się po pięć
kołdunów. Kołdun jordański bowiem, bez żadnych idiotycznych uszu od
ciasta, kołdun pełniutki po brzegi, był tak duży, że całą dużą łyżkę od
zupy zajmował. Dawać więcej jak po pięć - to już szósty nie będzie
gorący jak się patrzy"12.
Wielu zawodników zjadło po 30 kołdunów, niebawem jednak ich szeregi
mocno się przerzedziły. Wreszcie na placu boju pozostali tylko potężny
Litwin Liudas Gira i "maleńki, chudeńki Stanisław Piasecki, redaktor
"Prosto z Mostu"". Obaj zjedli po 70 (!) kołdunów, a gdy litewski
zawodnik znacznie zwolnił tempo, Piasecki nałożył sobie kolejne porcję.
"A tu litewski Goliat już na wolne obroty przeszedł. Widzę ja, trzy
kołduny u niego na talerzu leżą i zamyślony jakiści siedzi, oka jemu
wylazły jak u krowy wzdętej na koniczynie"13.
Wańkowicz usiłował pohamować Piaseckiego, jednak ten spokojnie zjadł
kolejny kołdun i nic sobie nie robił z zakłócenia delikatnej równowagi
politycznej - wszak kołduny to litewskie danie narodowe. Dziennikarz
wyjaśniał, że zna doskonały sposób na spożywanie kołdunów: po zjedzeniu
pięciu wypija duszkiem kieliszek nalewki Trisz Divinis. Należało zatem
przypuszczać, że ma już na koncie 14 kolejek! Bagatelizując sytuację,
spokojnie dodał, że zje nie tylko te kołduny, które ma na talerzu, lecz
także pięć następnych. Dla Litwinów była to śmiertelna zniewaga.
"Poleciał ja po pomoc - relacjonował Wańkowicz. - Ludzie z jego obozu
politycznego [narodowcy - S.K.] nadbiegli, tłumaczą, rozczulił się:
- I nie w myśli mnie było psuć, co Jagiełło zaczął. Niech już będzie
moja krzywda pro publico bono.
Skoczyli mi do Giry, na siłę siedemdziesiąty trzeci kołdun jemu
wepchnęli, jak indyku orzechy włoskie w skorupach przed Wielkanocą się
wtyka, no i rozumie się, muzyka tusz, Liudas klęknął, stęknąwszy, przed
panią konsulową Harwatową, z jej rąk figurę polskiego świątka
przyjął"14.
Sklepy i towary
"Z przeglądu reklam przedwojennych sklepów kolonialnych - zauważa Robert
Makłowicz - widać, że docierały do nas między innymi: parmezan, kapary,
ostrygi, pasztety strasburskie czy homary. Te produkty były wówczas
bardziej powszechne niż dziś! Oczywiście były one dostępne tylko dla
ludzi majętnych, ale mimo wszystko były na rynku i ktoś je kupował.
Nawet patrząc z dzisiejszej perspektywy, można dostać oczopląsu,
przeglądając przedwojenne reklamy pokazujące te wszystkie produkty"15.
Sklepy kolonialne (delikatesy) stanowiły jednak tylko ekskluzywny
dodatek do zwyczajowych miejsc handlowych. W dużych miastach, z Warszawą
na czele, głównym miejscem zakupu żywności były targowiska. Warto
pamiętać, że stołeczny Rynek Starego Miasta przestał pełnić tę funkcję
dopiero w 1912 roku (!), ale nadal funkcjonował bazar zlokalizowany na
Szerokim Dunaju, handlowano również pomiędzy Świętojerską a Franciszkańską. Największym warszawskim bazarem w tamtych czasach był
jednak słynny Kercelak na Woli. Tam rzeczywiście można było dostać
wszystko, a zakupy ułatwiał przejrzysty podział placu.
Na początku XX stulecia nad Wisłę dotarły nowe trendy w dziedzinie
handlu - uruchomiono hale targowe przy placu Mirowskim (Hale Mirowskie).
Obiekt był skanalizowany, stoiska mięsne zostały wyposażone w marmurowe
stoły, a podłogi wyłożono terakotą. Handel bazarowy ma jednak swoje
prawa, dlatego - podobnie jak dziś - nie ograniczał się do zamkniętej
przestrzeni. Hale Mirowskie nie były jedynym nowoczesnym punktem
targowym w stolicy, funkcjonowała również hala targowa przy ulicy
Koszykowej, a w 1938 roku rozpoczęto budowę nowoczesnego pawilonu
handlowego na Marymoncie. Prace przerwano jednak we wrześniu 1939 roku,
a po wojnie już ich nie wznowiono.
W okresie międzywojennym ogólnowarszawski status uzyskał praski bazar
Różyckiego przy ulicy Targowej. W jego pobliżu powstawały zakłady
rzemieślnicze produkujące na potrzeby targowiska rozmaite towary, a miejscowi handlowcy błyskawicznie reagowali na zapotrzebowanie
społeczne.
"Pamiętam - wspominał jeden z bywalców targowiska - jak w latach 30. na
bazarze Różyckiego sprzedawano takie małe pudełeczko, przez które
przeciągnięta była nitka nasmarowana kalafonią. Przesuwanie pudełeczka w górę i w dół nitki dawało skrzypiący dźwięk. To urządzenia nazywało się
"kiepura". "Komu kiepurę za 50 groszy, komu?" - wołali sprzedawcy,
wydobywając głos ze swych urządzeń przypominających gdakanie kury"16.
W latach międzywojennych bazar Różyckiego nie uzyskał podobnego
znaczenia jak Kercelak, zapewne miały na to wpływ mniej zorganizowane
formy handlu obowiązujące na targowisku. Różycki sprawiał wrażenie
zaniedbanego placu targowego z tymczasowymi straganami i kłębiącym się
tłumem handlujących. Można tam było kupić i sprzedać wszystko - zarówno
ubrania oraz sprzęty domowego użytku, jak i "drób, gołębie, króliki i inne żywe stworzenia". Do tego dochodziły "sagany z flakami i podrobami
podgrzewanymi na miejscu". Nie było natomiast tłoku przy straganach z rybami, gdyż "drobnicę przez cały dzień dostarczali z pobliskiej łachy
wiślanej wędkarze". Natomiast wczesnym rankiem "można było często dostać
dobrego sandacza, węgorza czy suma"17.
Duże zaniepokojenie budził również stan sanitarny targowiska, a następcy
Juliana Różyckiego, założyciela bazaru, koncentrowali się raczej na
zarabianiu pieniędzy niż na inwestycjach.
"(...) bazar Różyckiego mógłby uchodzić za wzorowy - komentowano na łamach
"Głosu Pragi" w 1934 roku - gdyby... Co tu dużo pisać: wszyscy zrobili
swoje. Przede wszystkim najbiedniejsi, drobni handlarze, którzy włożyli
dużo starań, aby ich miejsce handlu wyglądało porządnie. Jeden tylko p.
Różycki (...), bogacz, prawdziwy krezus, nie tylko w skali praskiej, lecz
i warszawskiej, ograniczył się wyłącznie do wykonania - i to pod
przymusem - tego, co mu nakazały wykonać władze. (...) Ile to trzeba było
się namęczyć, by tego p. Różyckiego skłonić do wydania kilkunastu czy
kilkudziesięciu złotych na doprowadzenie do porządku jakiegoś
zaniedbanego drobiazgu. Doprawdy wstyd, p. Różycki, żeby na pana tracić
tyle energii, podczas gdy pan powinien służyć przykładem ludności
praskiej"18.
Handel uliczny starano się ucywilizować również w innych miastach, za
najlepszy sposób uznając budowę hal targowych. Powstawały one w Gdyni,
Krakowie, Katowicach, ale także inwestowano w mniejszych miastach.
"Od strony północnej - opisywano nową halę w Piotrkowie Trybunalskim -
przedstawiony jest handel regionalny, przede wszystkim płodami rolnymi,
uosabiany przez mleczarkę z bańkami, kobiety z koszami owoców i mężczyzn
pędzących zwierzęta na targ, a od południa - handlu "wielkiego",
międzynarodowego, symbolizowanego przez statek pod żaglami, wielką
lokomotywę i rybaków morskich ciągnących sieci"19.
W ścisłym centrum miast nie sytuowano targowisk, tam zakupy robiono w eleganckich sklepach spożywczych. W stolicy rywalizowały ze sobą dwie
firmy: Bracia Hirszfeld i Bracia Pakulscy. Pierwsza w swoich sklepach na
Nowym Świecie i na Marszałkowskiej postawiła na elegancję, Pakulscy zaś,
właściciele pięciu sklepów, odwoływali się do XIX-wiecznej tradycji.
"Każdy wchodzący klient - wspominał publicysta Zbigniew Pakalski - był
natychmiast przechwytywany przez wolnego ekspedienta i załatwiany od
początku do końca w jednym miejscu, z tym że po rozstawione w różnych
miejscach towary biegał sprzedawca, a nie kupujący. Ciekawe, że tam się
mijali i nawzajem sobie nie przeszkadzali"20.
Sklepy dbały o swój wizerunek, zakupione towary pakowano w papier i torebki z logo firmy, a sprawunki przewiązywano eleganckim sznurkiem z drewnianym kołkiem, który służył jako uchwyt. Kołki i sznurki również
miały znaki firmowe, a projektowali je najwybitniejsi polscy plastycy z Zofią Stryjeńską na czele! Eleganckie sklepy w centrum stolicy były
powszechnie znane, przyjezdni traktowali je jako jedną z atrakcji
turystycznych miasta.
"Zabytki i osobliwości historyczne Warszawy mają licznych miłośników -
tłumaczyła propagatorka rzemiosła i sztuki ludowej Janina Orynżyna w przewodniku przygotowanym przez współpracowników "Wiadomości
Literackich" - ale żaden przeciętny turysta nie wyjedzie ze stolicy,
zanim nie spędzi co najmniej kilku godzin przed wystawami sklepów,
choćby na Marszałkowskiej i Nowym Świecie. Przybysze stoją olśnieni
przepychem sklepów spożywczych, istnym rogiem obfitości wszelkich płodów
ziemi - złocistej krągłości owoców, krwistych płatów mięsiwa, lśniących
pokładów ryb, brunatnych brył i wieńców wędlin, srebrnych piramid
konserw. (...) Starsi przyjezdni dziwią się niespotykanej za czasów ich
młodości obfitości nowalii, które robią wiosnę w sklepach już w grudniu,
gospodynie (...) uczą się przyrządzania ryb, które wyrzuca do Warszawy
polskie morze"21.
Lijewski, Simon i inni
Warszawa zawsze lubiła się bawić, a jej elity - jeszcze bardziej.
Centrum stolicy obfitowało w różnego rodzaju lokale gastronomiczne, z których najważniejsze mieściły się w okolicach Krakowskiego
Przedmieścia, Nowego Światu i Marszałkowskiej. Tam właściwie każdy mógł
znaleźć dla siebie coś odpowiedniego.
Do warszawskich obyczajów należała wizyta w lokalu po seansie teatralnym
lub kinowym. Młodzież z reguły odwiedzała cukiernie, a ludzie w bardziej
statecznym wieku wybierali kolację w restauracji. Wieczorami najlepsze
lokale przeżywały oblężenie, chociaż na brak klienteli nie narzekały
również w ciągu dnia. Czas realizacji zamówienia wynosił 15 minut (z przyniesieniem potrawy do stolika), a za opóźnienie osobiście płaciła
obsługa restauracji!
Znakomitą renomą cieszyła się restauracja Lijewskiego położona
naprzeciwko uniwersytetu. Lokal posiadał "pretensjonalne wnętrze,
umajone zielenią asparagusów i paproci, utrzymane w jakimś
japońsko-secesyjnym stylu". W pierwszej sali "mieścił się bufet i olbrzymie akwarium, które służyło za bazę przeznaczonych na patelnię
szczupaków, karpi i sandaczy". Akwarium stwarzało jednak pewne
niebezpieczeństwo, albowiem zdarzyło się podobno kilka razy, że wpadli
do niego nietrzeźwi goście...
W czasach Drugiej Rzeczypospolitej restauracją kierował Antoni
Czaplicki, jej obsługa liczyła 60 osób, a wśród gości lokalu bywały
pierwsze nazwiska kraju. W zaraniu niepodległości restaurację upodobali
sobie również przebywający w Warszawie oficerowie francuskiej misji
wojskowej, a szczególnie kapitan Charles de Gaulle. Przyszły prezydent
Francji "zajadał się polskimi zrazami zawijanymi z kaszą, a także bardzo
lubił żurek i ozór w szarym sosie".
Inna sprawa, że zrazy z kaszą przyrządzano wówczas w tak atrakcyjny
sposób, iż trudno, by komuś nie smakowały. Najpierw ścinano piętkę
niewielkiego bochenka razowego chleba, a po wyjęciu miękiszu resztę
"suszono na kość w piecu". W ten sposób powstawało naczynie, które
"wypełniano porcją zrazów z czarną kaszą i po zalaniu obficie sosem z grzybami wkładano do pieca". Rezultat był podobno oszałamiający.
Do stałych bywalców lokalu należał Arnold Szyfman, który cenił zarówno
czas, jak i dobre jedzenie.
"Dyrektor Teatru Polskiego miał blisko - wspominał znany smakosz
Władysław Płachciński - przemierzał odległość do Lijewskiego w ciągu
dwóch minut. Widywano go tam z rodzicami, którzy odwiedzali syna,
przyjeżdżając z dalekiego Krakowa. Jadali u "Lija" wspólny, rodzinny
obiad"22.
Największą konkurencją dla Lijewskiego była restauracja Simona i Steckiego przy Krakowskim Przedmieściu 8. Tradycje miejscowego składu
win sięgały 1825 roku, ale w pierwszych latach niepodległości lokal
marnie egzystował. Wobec tego "około 1924 roku Simon uznał, że należy
wpuścić trochę świeżej krwi", i zatrudnił "fachowego knajpiarza
Jordana".
"(...) knajpę powiększono - relacjonował Płachciński. - Wybudowano krytą
werandę z centralnym ogrzewaniem i fontanną pośrodku. Przed oknami
ustawiono żardiniery z doniczkami i kolorowymi latarniami. (...) Piwnice,
choć naruszone nieco przez wojnę, były dobrze zaopatrzone. Poza tym dwaj
spece - Simon i dawny kiper Jordan - natychmiast zaczęli je "odnawiać" i wzbogacać nowymi trunkami"23.
Nie wszystkie trunki były jednak równie znakomite. Jordan wprowadził do
sprzedaży starkę SS, która wprawdzie "nie była złą wódą, ale w niczym
nie przypominała prawdziwej, legendarnej starki, jaką otrzymywano z okowity przechowywanej przez kilkanaście lat w dębowych beczkach po
winie węgierskim". Ale Jordan doskonale wiedział, że nie wszystkich
klientów stać na koszmarnie drogi trunek, a większość z nich chciała
choć przez chwilę poczuć przynależność do finansowej elity stolicy.
Jordan był typem uczciwego restauratora, nigdy nie zhańbił się
praktykami podobnymi do obyczajów prowadzącego winiarnię U Fukiera
Edwarda Krzemińskiego. Ten restaurator "wmawiał gościom różne bujdy, a podawał im podłe wino za drogie pieniądze". Kupował bowiem tanie
alkohole w hurtowych ilościach i "sprzedawał je za wysoką cenę". A goście reagowali różnie - "zalanym było wszystko jedno, co piją", ale
"trzeźwi nie dawali się nabierać". Znawców win przecież nad Wisłą nie
brakowało...
Wizyty u Simona i Steckiego należały do dobrego tonu, ich cieszącą się
uznaną sławą restaurację chętnie odwiedzali również przybysze z prowincji. Czasami rodziło to nieporozumienia, gdyż przyjezdni próbowali
wprowadzać zwyczaje panujące w lokalach w ich rodzinnych miastach.
Karykaturzysta Zdzisław Czermański był kiedyś świadkiem jak u Simona i Steckiego pojawił się Stanisław Cat-Mackiewicz. Znakomity publicysta
zachował się jak klasyczny przybysz z litewskich lasów:
"Wszedł na salę szerokim krokiem - typowy mieszkaniec prowincji -
masywny, w przykrótkiej, obcisłej kurtce i w tak zwanych pumpach, czyli
obfitych spodniach kończących się pod kolanem. (...) Wziął do ręki kartę,
ale od razu ją odrzucił i rozłożył gazetę. Po chwili zamówił wódkę i zerwawszy się od stołu (dzisiaj mógłbym powiedzieć z właściwym mu
hałasem), przeszedł szybko do pierwszej salki, w której pod szkłem
leżały nowalie. Naraz posłyszałem podniesione głosy. Wysoki Mackiewicza
i gruby kierownika restauracji. Co to, sprzeczka? O co? Czyżby im poszło
o ogórek? Ale dlaczego starszy pan odmówił Mackiewiczowi ogórka?"24.
Mackiewicz postawił na swoim - powrócił na salę z dużym ogórkiem w ręku,
mówiąc, że "u siebie w Wilnie je tyle ogórków, ile mu się podoba". Nie
był to jednak koniec problemów z upartym publicystą. Mackiewicz ponownie
zamówił wódkę, po czym zażądał "wiązki rzodkiewek i szklanki herbaty z mlekiem". Następnie była kolejna wódka i kolejny ogórek wykradziony pod
nieobecność kierownika. "Bojowy kresowiec" zamówił jeszcze pół karafki
węgierskiego wina, a następnie powrócił do herbaty z mlekiem. Kierownik
udawał, że nie dostrzega kolejnych wynoszonych ogórków, najwyraźniej
uznając, że takich ludzi jak Mackiewicz należy przyjmować z dobrodziejstwem inwentarza.
"(...) po latach - wspominał Czermański - choć podćwiczonemu już w uznaniu
dla pióra Mackiewicza, często przy czytaniu jego prac stawał mi w oczach
tamten z owego wieczoru w warszawskiej restauracji dziwaczny jegomość z prowincji. I przeszkadzał mi w lekturze do tego stopnia, że musiałem
nieraz przerwać ją, odłożyć i już do niej nie wrócić"25.
Józef Jordan znał się na swoim fachu, interesy lokalu szły doskonale,
ale "Simon nie czuł się w swojej roli najlepiej". Zawsze był typem
"starego warszawskiego kupca", który przez przypadek "został
knajpiarzem". Nie lubił alkoholu i nie znosił pijącego towarzystwa, co w zawodzie restauratora bywa jednak poważnym problemem.
"W kilka lat po otwarciu knajpy - opowiadał Płachciński - Simon wyszedł
normalnie z interesu o pierwszej w nocy. Sędzia Dunikowski widział go
jadącego dorożką, skręcającego z Nowego Światu w Aleje Jerozolimskie w kierunku Wisły. Na moście znaleziono palto. Ciała, mimo poszukiwań, nie
odnaleziono. Żadnych listów Simon nie pozostawił. Poszedł jak kamień w wodę"26.
Józef Jordan spłacił rodzinę wspólnika i rozbudował restaurację - na
piętrze powstała sala przeznaczona na ekskluzywne rauty i bankiety. Ceny
za wyrafinowane trunki dochodziły do abstrakcyjnych granic, butelka
legendarnej kapki kosztowała 300 złotych (były premier Walery Sławek
miał 220 złotych pułkownikowskiej emerytury).
Dobre lokale ponosiły jednak wysokie koszty własne, nie oszczędzano
również na kucharzach - restauratorzy wiedzieli, że to właśnie
odpowiednia karta dań zapewnia im popularność. Poważny procent obsługi
stanowili wykwalifikowani mistrzowie rondla - przyrządzanie potraw na
najwyższym poziomie wymagało bowiem daleko posuniętej specjalizacji.
"(...) w kuchni każdej dobrej restauracji pracowało 30 kucharzy -
tłumaczył Robert Makłowicz. - Był osobny specjalista od sosów, osobny od
mięs, ryb czy deserów. Byli też kuchcikowie. Wszyscy ci ludzie tworzyli
pewnego rodzaju piramidę zawodową. Tak to wyglądało w najlepszych
restauracjach, w przeciwieństwie do wielu dzisiejszych lokali
gastronomicznych, w których kucharz najpierw smaży naleśniki, a potem
tłucze mięso na kotlety. Choć oczywiście również i w II RP można było
znaleźć knajpy, gdzie za bufetem stała "ciocia Hela" sama przygotowująca
wszystkie dania"27.
Świetną kuchnią szczyciła się restauracja Langner Skład Win usytuowana w pobliżu gmachu Teatru Wielkiego. Wymieniano ją nawet (obok lokalu
Wierzbickiego w Radomiu) w paryskich przewodnikach kulinarnych po
Europie! Lokal prowadził Edward Żelechowski, który znakomicie dbał o odpowiednią reklamę. A co mogło lepiej rozsławić restaurację niż
klienci, którzy nie potrafili rozstać się z lokalem?
"Do restauracji Edzia Żelechowskiego - relacjonował Płachciński -
przyszedł kiedyś na śniadanie Witold Bogusławski w towarzystwie trzech
panów. Było to we wtorek. W każdy wtorek w restauracjach podawano
kołduny litewskie. Zamówili kołduny. Zagadali się przy kawie. Wracający
późną porą z teatru znajomi zastali ich przy tym samym stoliku, przy
którym usiedli do śniadania. Znajomi ci zjedli z nimi kolację, znacznie
zarywając noc. O drugiej Edzio i służba poszli spać, a przy Witoldzie i jego trzech kompanach pozostał tylko jeden kelner"28.
Następnego dnia około godziny 12 Żelechowski zastał upartych klientów
przy tym samym stoliku. Raczyli się kawą z miętowym likierem, wobec
czego zaproponował im gorący posiłek. Goście zjedli sztukę mięsa
(idealną pod zmrożoną wódkę) i nadal okupowali lokal. A znajomi
Bogusławskiego, wracając wieczorem z teatru, ponownie "zastali
czteroosobowe towarzystwo przy stoliku"...
"Około północy postanowili zakończyć to śniadanie - kontynuował
Płachciński - ale Edzio im przypomniał, że to dzisiaj czwartek i że bez
flaków nie powinni wyjść z knajpy, a flaki już się gotują. Na razie mogą
zjeść rybkę pod białe wino wytrawne i dobrze zamrożone, a za kilka
godzin podadzą im flaki zapiekane z parmezanem w garnuszkach, z protekcyjną porcją pulpetów. Panowie na tę ponętną propozycję ochoczo
przystali"29.
Flaki dostali około południa i po ich konsumpcji "pod zmrożoną gorzałę"
zakończyli wreszcie libację.
Nie był to jednak rekord Warszawy - Bogusławskiego i jego znajomych
przebił podobno architekt Staliński sprowadzony z Wilanowa dorożką,
gdzie "utknął w tamtejszej restauracji na trzy czy cztery dni". Potem
okazało się jednak, że architekt "miał bufetową w Klarysewie, gdzie też
popijał, a dopiero po dwóch dniach" trafił do restauracji w Wilanowie.
Przy flakach, które kompanii Bogusławskiego zaserwowano pod koniec
libacji, warto się zatrzymać na dłużej. W stolicy jadano je tradycyjnie
w czwartki, podobnie jak kołduny we wtorki, a ryby w piątki. Flaki po
warszawsku były podobno prawdziwą poezją smaku, a przyrządzano je według
ściśle określonej receptury. Przestrzegano jej zresztą nawet w lokalach
pośledniejszej kategorii.
"Do terrynki lub kamiennego garnuszka wlewano porcję flaków z pulpetami,
nasypując na wierzch dużą warstwę parmezanu. Zalewano je świeżym
smażonym masłem z tartą bułką i zapiekano w piecu. (...) Amatorzy
doprawiali je według swego upodobania papryką, imbirem,
majerankiem"30.
Mleczarnie i kanapki
Warszawiacy nie żyli jednak samymi zrazami czy flakami, mieli także
zwykłe, codzienne potrzeby, które zaspokajały inne lokale. Dużą
popularnością cieszyły się więc tak zwane mleczarnie, odpowiednik
późniejszych barów mlecznych. Oferowano tam szeroki asortyment nabiału i wyrobów jarskich, a właściciele sami byli najczęściej producentami
większości artykułów.
Największym uznaniem klientów cieszyła się mleczarnia Nadświdrzańska na
rogu Alej Jerozolimskich i Nowego Światu, równie popularne były jej
filie w centrum Warszawy. Na brak konsumentów nie narzekali też
właściciele spółki Rekiert i Henneberg prowadzący mleczarnię położoną w pobliżu Dolinki Szwajcarskiej. Natomiast kompletnie deficytowy był lokal
na Nowym Świecie przy ulicy Świętokrzyskiej. Jesienią 1918 roku przejęła
go więc we władanie grupa młodych poetów, tworząc kabaret literacki Pod
Pikadorem.
"Ja bym chciała gdzieś do jakiejś restauracji, na wytworny obiad -
skarżyła się po wizytach w stolicy Maria Pawlikowska-Jasnorzewska. - A mama lubi tylko chodzić do Nadświdrzańskiej na pierogi z serem albo na
zsiadłe mleko z kaszą gryczaną. Tam jest tak nudno... Wstrętna cerata w marmurek i łysi emeryci, co cmokają w zębach"31.
Warszawscy smakosze, którzy nie przepadali za nabiałem, wybierali
natomiast lokale oferujące kanapki. Moda na tę przekąskę przyszła z Krakowa, gdzie niedoścignionym wzorem był Antoni Hawełka. Lokale
oferujące kanapki nazywano handelkami, stanowiły coś pośredniego między
eleganckim bufetem a tanią restauracją. Na uznanie konsumentów
szczególnie zasłużył handelek Pod Ryjkiem przy Marszałkowskiej 42.
"(...) Jabłoński, dobry świniobójca - twierdził Płachciński - prowadził
świetnie wędliniarnię. Płacił swoim dostawcom, zawsze o 5 groszy na
kilogramie żywca więcej niż jego konkurenci, ale żądał i otrzymywał
wyborowy towar. Znakomite wędliny Jabłońskiego cieszyły się ogromnym
powodzeniem. Szczególnie rolady z prosiąt i szynki wędzone. To były
cuda! Jednak arcydziełem firmy stały się wielkie, dwumetrowej długości,
o diametrze 10 cm, laski salami. Wisiały w sklepie, na ścianach. W ten
sposób lepiej schły"32.
W dwóch pokojach na tyłach sklepu Jabłoński otworzył handelek, a jego
wspólnikiem został "szynkarz Herbst, który już chyba po raz setny
zbankrutował". Tym razem miał jednak znakomity pomysł na lokal
gastronomiczny.
"Razem z Herbstem - relacjonował Płachciński - przyszedł do Jabłońskiego
mający już pod pięćdziesiątkę były właściciel Cristalu, Szuberla, znany
spec od Hawełki z Krakowa. Za bufetem wyczarowywał swoje kapitalne
kanapki. Robił je według słynnych wzorów i tradycji tej wspaniałej
krakowskiej restauracji. Partia kanapek podana na bufet znikała w ciągu
kilku minut. Szuberla tworzył co jakiś czas nowe kreacje. Znakomita
zwłaszcza była sałatka z wędzonego łososia, groszku, jajek i majonezu.
Fantastyczny był też befsztyk tatarski"33.
Interes szedł tak dobrze, że po dwóch latach "Herbst, który wszedł do
spółki bez jednego grosza, otrzymał od Jabłońskiego 150 tysięcy złotych
odczepnego i rozeszli się".
Znakomitą renomą cieszył się również bar Sandwich na Złotej prowadzony
przez braci Hirszfeldów. Oferowano tam przekąski na ciepło i zimno z węgorzem w galarecie, karpiem po żydowsku oraz różnego rodzaju zrazami.
Klienci chętnie również zamawiali maczanki - gorące nadziewane bułki w gęstym sosie grzybowym.
Międzywojenna Warszawa widywała także nietypowe kariery specjalistów od
gastronomii. Jednym z najdziwniejszych był przypadek Stanisława Englera,
który w stolicy pojawił się po plajcie swojej łódzkiej restauracji. Nie
mając pieniędzy na własny lokal, wydzierżawiał knajpy, które nie
przynosiły zysku, i "z miejsca je rozkręcał" w "świetnie prosperujące
restauracje". Koniec zawsze był taki sam: po upłynięciu terminu
dzierżawy właściciel nie odnawiał umowy i przejmował znakomicie
działający interes. A Engler "w swojej wytartej jesionce" lądował na
bruku.
"W ten sposób w Alejach Jerozolimskich - wspominał Płachciński - w ciągu
plus minus dziesięciu lat Engler zostawił po sobie pięć knajp. Był to
świetny fachowiec i niezwykle pracowity człowiek. W knajpie pracował do
pierwszej w nocy, a już o piątej rano był za Żelazną Bramą, gdzie
zaopatrywał się w towar. Podczas strajku kucharzy sam pitrasił w kuchni.
Knajpę prowadził Engler doskonale, ale niezupełnie na gust wybrednej
publiczności. Majstrowie po sesji cechowej świetnie się tam czuli i byli
bardzo dobrze obsłużeni"34.
Kilka lat przed wojną dorobił się jednak własnego lokalu i podczas
okupacji jako jeden z nielicznych warszawskich restauratorów wydawał tak
zwane popularne obiady. Sporo jednak dokładał do tych tanich posiłków i ostatecznie stracił majątek. Przeżył okupację i powstanie, a zaraz po
wojnie znów otworzył kolejną restaurację. Tym razem jednak już nie w stolicy - przeniósł się bowiem do podwarszawskiego Grodziska.
Nie tylko Ziemiańska
Wprawdzie najsłynniejszą kawiarnią ówczesnej Warszawy była Mała
Ziemiańska przy Mazowieckiej 12, ale mało kto wie, że w tym samym czasie
działało jeszcze kilka kawiarń o identycznej nazwie - w 1939 roku w centrum stolicy znajdowało się bowiem aż sześć filii tego słynnego
lokalu, a każda miała swoich wielbicieli. Dla dziejów polskiej kultury
ważny był lokal z ogródkiem przy Marszałkowskiej 114, gdzie chętnie
spotykali się filmowcy.
Znakomitą renomą cieszyła się także kawiarnia Hotelu Europejskiego
będąca własnością (podobnie jak cały budynek) księcia Seweryna
Czetwertyńskiego.
"Kawiarnia prezentowała się elegancko - opisywał Wojciech Herbaczyński.
- Sztukaterie ścienne o żółtawym odcieniu naśladowały marmur. Zielone
marmurowe kolumny wspierały sufit. Na zielonym dywanie ustawiono meble z jasnego jesionu, pokryte pluszem. Kiedy dodamy do tego lustra,
świeczniki i ładną porcelanę, wieczorami dyskretnie przygrywającą
orkiestrę i smakołyki z własnej pracowni, nikt się nie będzie dziwić, że
goście ściągali jak muchy do miodu"35.
Lokal odwiedzali plastycy, aktorzy i dziennikarze, a przy tak zwanym
stoliku pułkownikowskim siadali: Wieniawa-Długoszowski, Miedziński, Beck
i Świtalski. Czasami nawet w lokalu oficerowie wypełniali dyskretne
polecenia przełożonych i gdy do Polski przyjechał wysłannik władz
sowieckich Karol Radek, to Wieniawa i Mieczysław Wyżeł-Ścieżyński
spotkali się z nim właśnie w Europejskiej. Widząc to, dyplomata Alfred
Wysocki zauważył ironicznie, że "Radek jest ważną figurą polityczną,
skoro nasadzono na niego dwu największych pijusów, by go pociągnąć za
język". Wydaje się jednak, że tym razem zabiegi Wieniawy okazały się
nieudane, albowiem Radek "opowiadał im tylko anegdoty i pił koniak jak
wodę".
W połowie lat 30. hrabina Zofia Raczyńska-Arciszewska wynajęła przy
ulicy Królewskiej starą oranżerię i przekształciła ją w gustowną
kawiarnię SIM (Sztuka i Moda).
"Artystyczne uzdolnienia właścicielki sprawiły - wspominał Herbaczyński
- że oranżeryjne pomieszczenie doskonale wykorzystała, nie stosując
żadnych szykan i fasonów. Znalazło się tu po prostu mnóstwo zieleni,
kwiatów, a także i palmy, całkiem jak w cieplarni. Bardzo dobrze
harmonizowały z tym zwyczajne (...) krzesła i stoliki z umieszczonymi na
nich lampkami, które dawały intymne oświetlenie"36.
W SIM-ie organizowano wystawy malarskie i pokazy mody, odbywały się
recitale gwiazd. Szczególnie upodobała sobie tę kawiarnię Mira Zimińska,
której często akompaniował na fortepianie jej późniejszy mąż, Tadeusz
Sygietyński.
Stołeczne cukiernie
Życie towarzyskie Warszawy tego okresu koncentrowało się jednak nie
tylko w kawiarniach. Dużą popularnością cieszyły się też cukiernie, a ich stali bywalcy również miewali swoje stoliki.
"Co w moim pojęciu odróżnia najdobitniej kawiarnię od cukierni -
tłumaczył dziennikarz Józef Mayen - to jej szyld, jej nazwa. Podczas
bowiem gdy cukiernia, firmując się niemal zawsze nazwiskiem właściciela,
pozostaje jego własnością nie tylko materialną, ale i duchową, kawiarnia
(...), przyjmując w ostatnich latach z reguły patronat jakiegoś abstraktu,
symbolu lub pojęcia geograficznego, wyzbywa się wszelkich zewnętrznych
cech czyjejś prywatnej własności i staje się wspólnym dobrem swoich
bywalców. (...) I podczas gdy cukiernik królujący za ladą sprawia wrażenie
dziedzicznego monarchy rządzącego w swym państwie z łagodnym
despotyzmem, kawiarz już to zajęty w biurze lub w innym dyrekcyjnym
zakamarku, już to zjawiający się na forum, by powitać swych gości i zapewnić sobie ich życzliwość, podobny jest raczej do premiera w parlamentarnie rządzonej republice"37.
Cukiernią o najdłuższych tradycjach w stolicy była Lourse zlokalizowana
naprzeciwko hotelu Bristol. Firma powstała w 1821 roku, a w latach
międzywojennych należała do rodziny Semadenich. Zasłużony ród
cukierników, który pochodził ze Szwajcarii (nad Wisłę przybyli w pierwszej połowie XIX stulecia), prowadził również lokal Pod Filarami w gmachu Teatru Wielkiego. Wraz z przejęciem Lourse'a rodzina otrzymała
również przywilej prowadzenia bufetów w teatrach miejskich.
"Słynął Semadeni z ciastek niewyrabianych i niespotykanych gdzie indziej
- opowiadał Herbaczyński. - Jego specjalnością były migdałowe i orzechowe babeczki, płaskie, lekko przyrumienione, bez lukru i nadzienia. Dostawało się je o każdej porze dnia świeże, pachnące,
apetyczne. Zajadano się sucharkami wypiekanymi w dziesięciu (bagatela!)
rodzajach, w tym kilka powlekanych lukrem, (...) galaretkami na spodzie z masy orzechowej, ciastkami w foremkach wypełnionych serem, posypanymi
siekanymi migdałami i - niezrównanymi - foremkami z pistacją. Nie
potrzebowały reklamy rozpływające się w ustach herbatniki, różnego
rodzaju i smaku (...) znane były jego lody oraz firmowa oranżada z plasterkiem pomarańczy"38.
Jedyną słynną cukiernią warszawską, która przetrwała do dziś w miejscu
założenia (i nadal cieszy się ogromną renomą), był lokal Antoniego
Bliklego. Firma powstała przy Nowym Świecie w 1869 roku, a na początku
ubiegłego stulecia upodobali ją sobie artyści scen warszawskich. W lokalu funkcjonowała nieformalna giełda aktorska - to właśnie tu
dyrektorzy prowincjonalnych teatrów szukali kandydatów na swoje sceny, a bezrobotni artyści oczekiwali na nowe kontrakty. W XX stulecie cukiernię
wprowadził syn założyciela, Antoni Wiesław, przekształcając ją w nowoczesny lokal.
Tuż po zakończeniu pierwszej wojny światowej częstym bywalcem u Bliklego
był kapitan Charles de Gaulle. Podczas pobytu w Polsce nie tylko
zasmakował w zrazach z kaszą, lecz także w miejscowych wyrobach
cukierniczych. I gdy jako prezydent Francji przyjechał w 1967 roku do
Polski z oficjalną wizytą, spotkał się z kolejnym przedstawicielem rodu
Bliklów i wspominał pączki sprzed prawie pół wieku.
Natomiast pierwszym stołecznym cukiernikiem, który otworzył elegancki
lokal na obrzeżach ówczesnego miasta, był ambitny przybysz z Radomia,
Roman Pomianowski. Nie wystarczało mu bowiem powodzenie cukierni w Śródmieściu i w 1932 roku uruchomił lokal przy placu Inwalidów na
Żoliborzu.
"Nowo otwarta cukiernia o tak dobrej marce - zauważał Herbaczyński - w dzielnicy nieposiadającej lokalu tej rangi miała z miejsca zapewnione
powodzenie. Nic dziwnego, prowadzona przecież była przez cukiernika i dobrego fachowca, i estetę, który cieszył się, gdy widział dobry i ładny
towar, a który nie znosił tandety. Jego cukiernie w okresie
międzywojennym były chlubną wizytówką zawodu i stanowiły reprezentacyjne
lokale Warszawy"39.
Liczba cukierni w stolicy szła w dziesiątki, a każda z nich miała swoich
wielbicieli. Jednak słodki krajobraz Warszawy byłby niepełny, gdyby nie
działalność firmy E. Wedel. Założyciel dynastii, Karol Ernest Wedel,
zaczynał od małego zakładu cukierniczego przy ulicy Miodowej
(specjalność: czekolada pitna i śmietankowe karmelki), po czym na
poważnie zajął się produkcją czekolady. Firma prosperowała znakomicie i w 1879 roku powstała nowoczesna fabryka przy ulicy Szpitalnej, a następnie sklep fabryczny i pijalnia czekolady.
"Z pewnego rodzaju tremą - opisywał swoją pierwszą wizytę w lokalu Wedla
świeżo przybyły do Warszawy Jarosław Iwaszkiewicz - przekraczałem
narożne drzwi tego sklepu. Ogarniała mnie atmosfera ciepła, światła i subtelnego zapachu słodyczy pomieszane z lekką wonią cygar palonych
przez zachodzących tu panów. (...) Na ladach wznosiły się stosy czekoladek
i cukierków, (...) fascynujące kawałki złotego ananasa niedostępnego z powodu swej ceny dla mojej kieszeni, były białe pomadki specjalnie
pociągające swym zapachem, wreszcie - wspaniałe, niezapomniane, atłasowe
bombonierki, które wydawały mi się największymi cudami sztuki"40.
Dziś już mało kto pamięta przedwojenne restauracje, ale nazwiska
cukierników nadal są dobrze znane, a ich firmy wciąż działają. Wychodząc
z uniwersytetu, często zaglądałem na szarlotkę do Pomianowskiego, zawsze
też lubiłem wpaść na ciastko z kremem do Bliklego. A bez wyrobów Wedla
(nieważne, pod jakim szyldem) chyba nikt nie wyobraża sobie dzieciństwa...