Cena godności (Tom I). Cena godności Tom I - Emilia Roszak

-
Proszę czekać

I

Za okna­mi świersz­cze pra­co­wi­cie wy­gry­wa­ły ko­lej­ne li­nij­ki swo­ich wie­lo­krot­nie od­gry­wa­nych me­lo­dii. Po­ru­sza­ne wia­trem drze­wa szu­mia­ły raz gło­śno i nie­spo­koj­nie, raz szep­tem, nie­spiesz­nie i le­ni­wie. Ostat­nie pro­mie­nie słoń­ca zni­ka­ły na ścia­nach ni­czym do­pa­la­ją­ce się świe­ce. Szła noc. Ze­gar na ścia­nie mia­ro­wo wy­stu­ki­wał mi­ja­ją­ce mi­nu­ty. Ogień przy­ga­sał, a dzie­ci, któ­rym ka­za­ła udać się do snu, ci­cho chi­cho­ta­ły pod koł­dra­mi. Uśmiech­nę­ła się pod no­sem. A to małe psot­ne skrza­ty, my­ślą, że nie sły­szę! Zmę­czo­na i sen­na odło­ży­ła ko­lej­ną ro­bót­kę na ko­mo­dę. To bę­dzie szal albo pe­le­ry­na, jesz­cze nie wie. Nad­cho­dzi­ła je­sień, zdra­dli­we mgły pod­peł­za­ły już z pól do do­mów. Nie chcia­ła, by dzie­ci mar­z­ły. Nie chcia­ła też, by cho­dzi­ły głod­ne. Z je­dze­niem by­wa­ło kru­cho, ale ro­bi­li, co mo­gli, by go dla nich nie bra­kło. Wsta­ła i pod­rzu­ci­ła do ko­min­ka. Za­po­wia­da­ła się chłod­na noc. Wtem usły­sza­ła trza­śnię­cie drzwi i po­spiesz­ne kro­ki.

- Nad­cho­dzą! - krzyk­nął, wbie­ga­jąc do sa­lo­nu. - Pa­kuj wszyst­ko, co trze­ba, ja idę po małe!

Jej ser­ce za­la­ła trwo­ga. A więc jed­nak, więc woj­na i do nich do­tar­ła... W od­da­li usły­sza­ła dzwon. Dzwon, któ­ry bił ra­do­śnie na Wiel­ka­noc, na ślub. Te­raz jed­nak brzmiał zło­wro­go. Bammm... bammm... bammm... bammm... jak na ża­ło­bę.

Usły­sza­ła go. Bu­czą­cy, ryt­micz­ny dźwięk, któ­ry do­cho­dził jak­by z dru­gie­go po­ko­ju. Ze­rwa­ła się, nie wie­dząc, gdzie się znaj­du­je i kim jest.

Co za dzi­wacz­ny sen!

Sie­dząc na łóż­ku w ciem­no­ści, pró­bo­wa­ła uspo­ko­ić od­dech. W jej gło­wie na­dal ko­ła­ta­ły się strach i po­śpiech. Wte­dy znów to usły­sza­ła: bammm, bammmm... Jak­by dzwo­ny ze snu przedar­ły się do sy­pial­ni.

Te­le­fon! To jego wi­bra­cje wy­da­wa­ły taki od­głos. Prze­tar­ła dło­nią oczy, pró­bu­jąc się obu­dzić, ale reszt­ki nie­zwy­kłe­go snu upar­cie trzy­ma­ły się jej po­wiek. Chwy­ci­ła dzwo­nią­ce­go na­trę­ta i ode­bra­ła.

- Ha-a-halo? - wy­du­si­ła za­chryp­nię­tym gło­sem i za­spa­na opa­dła z po­wro­tem na łóż­ko.

- Do­bry wie­czór - ode­zwał się męż­czy­zna. - Umó­wi­my się na ma­saż?

Ra­czej go nie zna­ła. Nie brzmiał jak ża­den z jej zna­jo­mych ani jak któ­ryś z klien­tów. Głos miał głę­bo­ką, na­wet przy­jem­ną bar­wę, ale ton su­ge­ro­wał znu­dzo­ne­go i ze­psu­te­go do­rob­kie­wi­cza. Zna­ła ta­kich aż za do­brze. Wy­da­wa­ło się im, że świat ist­nie­je po to, by im usłu­gi­wać, a wszyst­ko jest wy­łącz­nie kwe­stią ceny. Ow­szem, pew­nie zna­la­zł­by się usłu­go­daw­ca, któ­ry by go za­do­wo­lił - a ra­czej usłu­go­daw­czy­ni - ale już w in­nej, nie do koń­ca le­gal­nej bran­ży.

Be­ata ode­rwa­ła te­le­fon od ucha i otwo­rzy­ła jed­no oko, zer­ka­jąc na wy­świe­tlacz.

- Jest wpół do trze­ciej w nocy.

- Do­brze za­pła­cę.

Czy­li było tak, jak my­śla­ła. Nikt nor­mal­ny nie dzwo­ni o tej po­rze, aby za­mó­wić ma­saż lecz­ni­czy ob­rę­czy bar­ko­wej.

- Pięć­set zło­tych - od­po­wie­dzia­ła po chwi­li.

- Stoi!

W to aku­rat nie wąt­pię.

Mil­cza­ła, ale nie po to, by za­sta­no­wić się nad tą nie­by­wa­le "atrak­cyj­ną" ofer­tą, ale nad tym, ja­kich słów użyć, by od­rzu­cić ją w cy­wi­li­zo­wa­ny spo­sób. Nie pa­mię­ta­ła, któ­ry to już raz przy­szło jej od­pie­rać atak ja­kie­goś ama­to­ra ma­sa­żu z "hap­py en­dem".

- Okej, to ja za­raz wy­ślę nu­mer kon­ta, na któ­re prze­le­jesz mi pięć stów za stra­co­ne pół go­dzi­ny snu.

Roz­łą­czy­ła się i za­blo­ko­wa­ła nu­mer. To był już chy­ba pią­ty w cią­gu doby. Sama nie wie­dzia­ła, dla­cze­go nie usu­nę­ła ogło­sze­nia, sko­ro wy­dzwa­nia­ją do niej sami na­pa­leń­cy. Po­mi­mo za­war­cia w tre­ści ja­snej in­for­ma­cji o tym, że nie świad­czy usług ero­tycz­nych, wciąż była za­sy­py­wa­na py­ta­nia­mi o wy­myśl­ne pi­kant­ne szcze­gó­ły: "A robi to pani oliw­ką czy tak na ostro: bez?" albo "Po­ślad­ki też mi pani wy­ma­su­je, praw­da?". Nie, nie ma­su­ję po­ślad­ków, bę­dąc w domu klien­ta. "Hmm, dziw­ne. A jak do­rzu­cę pięć dych?" czy "Ma pani gołe sto­py, jak pani robi ma­sa­że?". Nie, ma­su­ję wy­łącz­nie w ka­lo­szach. "Eks­tra, to na kie­dy naj­bliż­szy ter­min?" oraz - tu hit: "A moja żona z ko­le­gą będą mo­gli po­pa­trzeć?".

Same świ­ry. I to w ta­kiej ilo­ści, że była pew­na, iż nie­raz mi­nę­ła nie­świa­do­mie któ­re­goś na uli­cy.

Po krót­kim na­my­śle wy­ci­szy­ła te­le­fon i prze­wró­ci­ła się na dru­gi bok. To­masz spał jak za­bi­ty i na­wet się nie zo­rien­to­wał, co się wy­da­rzy­ło. To do­brze. Czę­sto de­ner­wo­wał się na tę sy­tu­ację. Zwłasz­cza od pew­ne­go in­cy­den­tu, kie­dy klient po­dał fał­szy­wy ad­res wy­łącz­nie po to, by zo­ba­czyć, jak ona wy­glą­da. Sta­ła i pu­ka­ła - bez od­po­wie­dzi. Poza tym oto­cze­nie wy­glą­da­ło tak, jak­by nikt tam od dłuż­sze­go cza­su nie miesz­kał. Zro­zu­mia­ła, co jest gra­ne, kie­dy za­wra­ca­jąc do auta, za­uwa­ży­ła w oknie po dru­giej stro­nie uli­cy po­stać wy­ko­nu­ją­cą po­dej­rza­ne ru­chy. Wy­stra­szy­ła się i za­blo­ko­wa­ła nu­mer, spod któ­re­go dzwo­nił "klient", jed­nak ten nie dał za wy­gra­ną. Wy­dzwa­niał do niej póź­niej z róż­nych nu­me­rów i sa­pał do słu­chaw­ki. Na szczę­ście po zło­że­niu do­nie­sie­nia na po­li­cję nie­wy­ży­te­go Alva­ro od­wie­dzi­li sym­pa­tycz­ni pa­no­wie funk­cjo­na­riu­sze, któ­rym uda­ło się sku­tecz­nie ostu­dzić jego za­pa­ły. Świ­rus od­pu­ścił, ale nie­ste­ty co ja­kiś czas od­zy­wa­li się ko­lej­ni, co za­wsze po­wo­do­wa­ło na­pię­cia po­mię­dzy nią a To­ma­szem. Ro­zu­mia­ła go, jed­nak wy­da­wa­ło się jej, iż po tej spra­wie sta­ła się na tyle ostroż­na, że mąż nie­po­trzeb­nie się mar­twi. Dla­te­go cie­szy­ła się, że noc­ny te­le­fon go nie obu­dził. Niech śpi.

Za­mknę­ła oczy i pró­bo­wa­ła za­snąć. Zo­sta­ło jej nie­wie­le cza­su na sen, a cze­kał ją trud­ny dzień.

***

Ły­żecz­ka ci­cho ude­rza­ła o brzeg szklan­ki, gdy Be­ata w za­my­śle­niu mie­sza­ła kawę. Wciąż roz­my­śla­ła o tym, co jej się przy­śni­ło. Od za­wsze mie­wa­ła dzi­wacz­ne, sza­lo­ne sny, ale ten był ja­kiś inny, praw­dzi­wy. Czu­ła, jak­by tam była, jak­by to ona była bo­ha­ter­ką tej sce­ny. Dziw­ne.

Zde­cy­do­wa­nie jesz­cze się nie obu­dzi­ła, bo za­miast co­dzien­nej daw­ki wi­ta­min wła­śnie wy­ci­snę­ła so­bie na dłoń dwie ta­blet­ki La­re­mi­du. Za­czę­ła się za­sta­na­wiać, czy to ja­kaś su­ge­stia od losu - w koń­cu to nor­mal­ne, że pierw­szy dzień no­wej pra­cy po­wo­du­je stres. Przej­mo­wa­ła się wie­lo­ma rze­cza­mi, może na­wet za bar­dzo.

Ogól­ne zmia­ny, któ­re za­fun­do­wa­ło jej ży­cie, wy­wró­ci­ły co­dzien­ność Be­aty do góry no­ga­mi. Po wie­lu oso­bi­stych przej­ściach wraz z mę­żem zde­cy­do­wa­li się na prze­pro­wadz­kę do in­ne­go mia­sta. Jej ro­dzi­na nie umia­ła za­ak­cep­to­wać ich związ­ku, mimo tego, że świet­nie im się ukła­da­ło i byli wręcz obrzy­dli­wie szczę­śli­wi.

To­masz po­cho­dził z ro­dzi­ny, któ­ra nie cie­szy­ła się w mie­ście naj­lep­szą opi­nią. Wła­ści­wie to cie­szy­ła się jed­ną z naj­gor­szych - zna­la­zło się w niej kil­ku drob­nych zło­dzie­jasz­ków, oszu­stów oraz przed­sta­wi­cie­li roz­ma­ite­go kwie­cia pa­to­lo­gii. Be­ata wie­dzia­ła, że ta­kie śro­do­wi­sko nie ozna­cza, że oso­ba w nim wy­cho­wy­wa­na od razu pój­dzie w bez­myśl­ne na­śla­dow­nic­two lub au­to­de­struk­cję. Po­zna­ła To­ma­sza, za­ufa­ła mu i go po­ko­cha­ła - tyl­ko ona tak na­praw­dę go zna­ła. Był czło­wie­kiem, któ­ry w jej oczach za­słu­gi­wał na mak­si­mum po­dzi­wu za sprze­ciw wo­bec ro­dzin­ne­go brze­mie­nia i kie­ro­wa­nie swo­im ży­ciem tak, że wy­szedł na lu­dzi.

Nie­ste­ty nie zdo­ła­ła prze­ko­nać bli­skich do swo­je­go męża. Mama, gdy­by jesz­cze żyła, pew­nie po­ko­cha­ła­by Tom­ka tak jak Be­ata, oj­ciec i sio­stra byli jed­nak nie­prze­jed­na­ni. Po wie­lu burz­li­wych kon­flik­tach i dłu­gich roz­ter­kach za­tru­wa­ją­cych my­śli mu­sie­li z mę­żem pod­jąć tę cięż­ką de­cy­zję - od­ciąć się i żyć po swo­je­mu. Dla ich wła­sne­go do­bra.

Nie było lek­ko, tu­ła­li się od wy­naj­mu do wy­naj­mu, nie­ustan­nie za­czy­na­li od zera. Cią­głe prze­pro­wadz­ki były dla nich wy­kań­cza­ją­ce, więc w pew­nym mo­men­cie za­czę­li dą­żyć do sta­bi­li­za­cji. Zna­le­zie­nie no­wej, nor­mal­nej pra­cy to był pierw­szy krok. To­masz jako księ­go­wy bar­dzo szyb­ko coś do­stał, Be­ata do­pie­ro po kil­ku spo­tka­niach z po­ten­cjal­ny­mi pra­co­daw­ca­mi. W mię­dzy­cza­sie, żeby mieć na chleb, ła­pa­ła pry­wat­ne zle­ce­nia, bo­ry­ka­jąc się z pro­ble­mem ludz­kich zbo­czeń i myl­nych ocze­ki­wań. Dla­te­go, choć się stre­so­wa­ła, cie­szy­ła się z no­we­go, bez­piecz­ne­go miej­sca pra­cy. Ry­nek za­trud­nie­nia w bran­ży spa nie roz­piesz­czał.

Za­wód ma­sa­żyst­ki wy­ko­ny­wa­ła z po­wo­dze­niem od wie­lu lat i uwiel­bia­ła to, co robi. Ko­cha­ła za­pa­chy pro­fe­sjo­nal­nych ko­sme­ty­ków do ma­sa­żu oraz to, jak cu­dow­nie na­wil­ża­ją skó­rę, rów­nież jej wła­sną. Na­stro­jo­we po­miesz­cze­nia po­grą­żo­ne w ta­jem­ni­czym pół­mro­ku w po­łą­cze­niu z piż­mo­wym za­pa­chem ka­dzi­de­łek za każ­dym ra­zem prze­no­si­ły ją do orien­tal­nej ba­śni. Mimo tego cała sy­tu­acja - nowa pra­ca, nowe śro­do­wi­sko, nie­zna­ne miej­sce, obce mia­sto i nie­zna­jo­mi lu­dzie - była dla niej stre­su­ją­ca. Cóż, tak wła­śnie wy­glą­da ży­cie - lubi sta­wiać wy­zwa­nia.

Spoj­rza­ła na ze­ga­rek. O nie, jak póź­no! Ze­rwa­ła się i w bie­gu chwy­ci­ła to­reb­kę, po­cią­ga­jąc ostat­ni łyk kawy. Byle jak na­rzu­ci­ła na sie­bie kurt­kę i po­gna­ła do sa­mo­cho­du. Świet­nie, nie ma to jak zro­bić pierw­sze wra­że­nie spek­ta­ku­lar­nym spóź­nie­niem.

***

- Nie wie­rzę, spóź­nię się już pierw­sze­go dnia! - wy­ce­dzi­ła podi­ry­to­wa­na, pró­bu­jąc po raz ko­lej­ny otwo­rzyć za­mek elek­tro­nicz­ny w drzwiach na za­ple­cze.

Dla­cze­go, dla­cze­go ten kre­tyń­ski pi­kacz nie chce dzia­łać? Prze­cież do­sko­na­le wiesz dla­cze­go: po pro­stu urzą­dze­nia i ty nie je­ste­ście w naj­lep­szej re­la­cji pod słoń­cem. Elek­tro­ni­ka jest dla cie­bie jak zło­śli­wy mał­żo­nek, któ­ry po dwu­dzie­stu la­tach śred­nio uda­ne­go mał­żeń­stwa re­cho­cze, kie­dy wy­wi­niesz orła na lo­dzie. Jest jak te­ścio­wa, któ­ra skła­da ci uro­dzi­no­we ży­cze­nia sło­wa­mi: "No, to znów je­steś o rok star­sza". Jak zło­śli­wa ko­le­żan­ka, któ­ra pyta, czy je­steś cho­ra, czy znów przy­ty­łaś, za każ­dym ra­zem, kie­dy wi­dzi cię bez ma­ki­ja­żu. Jak kie­row­ca au­to­bu­su, któ­re­mu żona nie dała i któ­ry za­mknął ci drzwi przed no­sem tyl­ko dla­te­go, że je­steś do niej po­dob­na. Ma­szy­ny są zło­śli­we i cię nie lu­bią. Po­gódź się z tym i po pro­stu wy­waż te pie­przo­ne drzwi, bo się spóź­nisz!

Kie­dy już mia­ła z roz­ma­chem rzu­cić się na upar­te drzwi, na­gle coś za­sko­czy­ło i za­mek pu­ścił.

- No, masz szczę­ście, łaj­zo nie­dy­ma­na! - mruk­nę­ła.

- To do mnie? - za­py­ta­ła po­stać w drzwiach, któ­rą Be­ata zo­ba­czy­ła nie­ste­ty zbyt póź­no, by po­wstrzy­mać się od ko­men­ta­rza.

Ko­bie­ta była na oko tuż po czter­dzie­st­ce, wy­so­ka i pa­to­lo­gicz­nie szczu­pła. Blond fry­zu­ra chłop­czy­cy wraz z ko­ści­stą twa­rzą spra­wia­ły nie­przy­ja­zne wra­że­nie, a kan­cia­ste opraw­ki oku­la­rów wy­sy­ła­ły oczy­wi­sty sy­gnał. Rów­nie do­brze mo­gła­by mieć na­pi­sa­ne na czo­le: "Je­stem suką". Ca­ło­ści do­peł­nia­ła za­cię­ta mina. Bra­ko­wa­ło tyl­ko ofi­ce­rek, czar­ne­go skó­rza­ne­go płasz­cza i szpi­cru­ty. Jej nowa sze­fo­wa.

- Za­mek cza­sem nie dzia­ła, więc po­sta­no­wi­łam otwo­rzyć drzwi, za­nim zro­bi pani so­bie lub im ja­kąś krzyw­dę.

- Dzię­ku­ję - od­par­ła za­kło­po­ta­na Be­ata. - Na­tu­ral­nie nie mó­wi­łam do pani. Są­dzi­łam, że to wina tego urzą­dze­nia. - Mach­nę­ła elek­tro­nicz­nym bre­locz­kiem. - I w su­mie nie wiem, dla­cze­go to, co mia­łam mu do po­wie­dze­nia, wy­ra­zi­łam na głos.

Ko­bie­ta przez chwi­lę po­dejrz­li­wie stu­dio­wa­ła twarz Be­aty, jak­by na­praw­dę są­dzi­ła, że ta mo­gła­by po­wie­dzieć ko­muś nie­zna­jo­me­mu coś tak nie­grzecz­ne­go.

Okej, pew­nie bym mo­gła, ale tyl­ko je­śli nie­zna­jo­my był­by nie­grzecz­ny dla mnie. Pi­kacz ewi­dent­nie był nie­grzecz­ny, więc słusz­nie obe­rwał.

- W po­rząd­ku. Za­pra­szam do środ­ka. Za chwi­lę ma pani pierw­sze­go klien­ta, więc pro­szę jak naj­szyb­ciej za­po­znać się z pla­nem na dziś. W prze­rwie o je­de­na­stej trzy­dzie­ści za­pra­szam do mo­je­go biu­ra, za­pla­no­wa­łam ze­bra­nie.

***

Było już po je­de­na­stej, kie­dy w koń­cu zna­la­zła chwi­lę, by na spo­koj­nie ro­zej­rzeć się po ga­bi­ne­cie. Mimo że po­miesz­cze­nie było nie­wiel­kie, urzą­dzo­no je ze sma­kiem. Ścia­ny wy­kle­jo­no ta­pe­tą w od­cie­niu cze­ko­la­dy z wy­raź­nym, ale nie­na­chal­nym wzo­rem, a drew­nia­ne me­ble w kla­sycz­nym sty­lu były usta­wio­ne lo­gicz­nie i z po­my­słem. Licz­ba de­ko­ra­cji rów­nież nie była prze­sad­na: na ko­mo­dzie sta­ły dwa drew­nia­ne sło­nie, a w rogu po­ko­ju - pół­to­ra­me­tro­wy ma­ho­nio­wy fla­ming. W za­ka­mar­kach po­ko­ju usta­wio­no świe­ce za­pa­cho­we, więc cały ga­bi­net wy­peł­nia­ły przy­jem­ne za­pa­chy lasu, cy­try­ny i la­wen­dy.

Zmy­sły Be­aty były w raju, więc uśmie­cha­ła się do sie­bie, za­do­wo­lo­na z fak­tu, że zde­cy­do­wa­ła się aku­rat na ten ho­tel. Po­wo­dem jej de­cy­zji oczy­wi­ście nie był wy­łącz­nie kli­mat miej­sca pra­cy - co oczy­wi­ście też było waż­ne - prio­ry­te­tem jed­nak była umo­wa o pra­cę. Ten ka­wa­łek pa­pie­ru był waż­ny może nie tyle dla niej, ile dla ban­ku, w któ­rym za­mie­rza­li ubie­gać się o kre­dyt hi­po­tecz­ny. Za­le­ża­ło jej na tym, by po wie­lo­let­niej tu­łacz­ce po wy­naj­mo­wa­nych miesz­ka­niach w koń­cu mieć wła­sny kąt, więc była go­to­wa do po­świę­ceń.

Spoj­rza­ła na plan, któ­ry otrzy­ma­ła na re­cep­cji od mi­łej pani z wło­sa­mi upię­ty­mi w kok. Jej gra­fik był wy­peł­nio­ny co do mi­nu­ty - nie mia­ła więc cza­su do stra­ce­nia ani w ogó­le na nic in­ne­go. Zbli­ża­ła się go­dzi­na prze­rwy, więc po­spiesz­nie uprząt­nę­ła ga­bi­net i skie­ro­wa­ła się do biu­ra na za­po­wie­dzia­ne ze­bra­nie.

Gdy prze­cho­dzi­ła ko­ry­ta­rzem, mi­ja­ła umiesz­czo­ne na ścia­nach licz­ne pla­ka­ty przed­sta­wia­ją­ce uśmiech­nię­te i opa­lo­ne oso­by w bia­łych ręcz­ni­kach. Było też kil­ka z roz­pro­mie­nio­ny­mi ludź­mi w sau­nie, na ba­se­nie, z drin­ka­mi w ręku i wy­le­gu­ją­cy­mi się na ide­al­nie wy­pra­so­wa­nych ho­te­lo­wych po­ście­lach. Chcia­ła­by być tak zre­lak­so­wa­na jak ci lu­dzie na ob­raz­kach, ale stres spo­wo­do­wa­ny pierw­szym dniem w no­wym miej­scu jesz­cze nie mi­nął. Prze­wi­nę­ło się rów­nież kil­ka pej­za­ży - więk­szość z mo­ty­wem za­cho­du słoń­ca na pla­ży, palm i pta­ków. Ho­tel spra­wiał wra­że­nie do­pra­co­wa­ne­go w każ­dym de­ta­lu, a przy tym dość po­tęż­ne­go: miał kil­ka pię­ter, dużą stre­fę spa z ba­se­nem i sau­na­mi, ogrom­ną re­stau­ra­cję, sale kon­fe­ren­cyj­ne oraz oka­za­łe, im­po­nu­ją­ce lob­by. Be­ata po­my­śla­ła, że ośro­dek jest god­ny swo­jej na­zwy - wy­glą­da ni­czym praw­dzi­wy Her­ku­les.

W biu­rze pa­no­wał gwar. Na krze­słach usta­wio­nych w okrąg sie­dzia­ło już kil­ka osób, ale były jesz­cze wol­ne miej­sca. W rogu po­miesz­cze­nia, na sto­li­ku, zor­ga­ni­zo­wa­no ką­cik ka­wo­wy. Po­de­szła do nie­go z ulgą - była nie­wy­spa­na i od rana ma­rzy­ła o dru­giej ka­wie. Zda­wa­ła też so­bie spra­wę, że po prze­rwie bę­dzie mu­sia­ła wy­ko­nać jesz­cze dwa­na­ście ma­sa­ży, więc ener­ge­tycz­ny kop­niak zde­cy­do­wa­nie się jej przy­da.

Tak jak za­strzyk z glu­ko­zy - po­my­śla­ła i na­ło­ży­ła na ta­le­rzyk kil­ka her­bat­ni­ków. Za­ję­ła miej­sce, łap­czy­wie upi­ła łyk z jed­no­ra­zo­we­go ku­becz­ka i... za­sty­gła z na­pom­po­wa­ny­mi po­licz­ka­mi.

Rany, co to za gów­no?!

Od­ru­cho­wo nie­mal wy­plu­ła kawę z po­wro­tem, ale szyb­ko się opa­mię­ta­ła, prze­łknę­ła z gry­ma­sem obrzy­dze­nia i na­tych­miast za­gry­zła her­bat­ni­kiem. Ro­zej­rza­ła się ukrad­kiem po twa­rzach in­nych uczest­ni­ków ze­bra­nia. Oni tak­że trzy­ma­li w dło­niach ku­becz­ki, roz­ma­wia­li ze sobą ści­szo­ny­mi gło­sa­mi, a nie­któ­rzy na­wet się uśmie­cha­li. Nikt nie dał po so­bie po­znać, że cia­stecz­kom to­wa­rzy­szą w naj­lep­szym ra­zie po­płu­czy­ny po od­ka­mie­nia­niu eks­pre­su.

Twar­dzi za­wod­ni­cy. Nie czu­ją, ja­kie to ohyd­ne? A może czu­ją, tyl­ko sku­tecz­nie tłu­mią w so­bie od­ru­chy wy­miot­ne? Je­że­li tak, to wła­śnie taki po­ziom nie­przej­rzy­sto­ści chcia­ła­bym osią­gnąć. Umie­jęt­ność trzy­ma­nia emo­cji na wo­dzy, nie­oka­zy­wa­nia nie­za­do­wo­le­nia, obrzy­dze­nia czy in­nych na­tu­ral­nych re­ak­cji - dzię­ki temu rzą­dzi­ła­bym świa­tem, bez kitu. No, chy­ba że ta kawa fak­tycz­nie nie jest zła, a ja je­stem po pro­stu roz­piesz­czo­ną dziu­nią o pań­skim pod­nie­bie­niu...

Upi­ła ko­lej­ny łyk, da­jąc na­po­jo­wi dru­gą szan­sę.

No nie, nie­moż­li­we, że in­nym to sma­ku­je. Po pro­stu nie­moż­li­we!

Z nie­sma­kiem od­sta­wi­ła ku­be­czek na sto­lik i za­ję­ła się ciast­ka­mi.

Wte­dy w biu­rze po­ja­wi­ła się sze­fo­wa. Roz­mo­wy na­gle się urwa­ły, jak­by ktoś wy­cią­gnął ka­bel z gło­śni­ka. Gro­no pra­cow­ni­ków nie tyl­ko za­mil­kło - ono za­sty­gło w bez­ru­chu. Jak słu­dzy na wi­dok suł­ta­na, jak tłu­my na Pla­cu Tia­nan­men, gdy przy­wód­ca wcho­dził na mów­ni­cę. Uczest­ni­cy spo­tka­nia je­den po dru­gim za­czę­li się pro­sto­wać i po­pra­wiać na swo­ich krze­słach, pod­czas gdy sze­fo­wa zde­cy­do­wa­nym kro­kiem okrą­ży­ła ze­bra­nych i za­ję­ła swo­je miej­sce. Pra­cow­ni­cy w mil­cze­niu ob­ró­ci­li gło­wy w jej stro­nę i utkwi­li w niej wzrok w nie­mym wy­ra­zie cał­ko­wi­te­go po­słu­szeń­stwa.

Nie­by­wa­łe - po­my­śla­ła, prze­ły­ka­jąc her­bat­ni­ka. - Do­ro­śli lu­dzie, a re­agu­ją, jak­by do sali wła­śnie we­szła strasz­na na­uczy­ciel­ka fi­zy­ki, któ­ra sły­nie z zo­sta­wia­nia uczniów na dru­gi rok w tej sa­mej kla­sie za samo ga­da­nie na lek­cji.

- Wi­tam wszyst­kich - po­wie­dzia­ła ko­bie­ta. - Jest tu kil­ka no­wych twa­rzy, więc może za­cznę od wy­ja­śnie­nia za­sad, któ­re pa­nu­ją w moim ho­te­lu. Może przy oka­zji za­sa­dy przy­po­mną się też tym, któ­rzy pra­cu­ją tu dłu­żej i któ­rym zda­rza się o nich za­po­mi­nać. - Zro­bi­ła zna­czą­cą pau­zę i szyb­ko zmie­rzy­ła wzro­kiem wszyst­kich po ko­lei. - Na­zy­wam się Mar­ta Żuk i je­stem wła­ści­ciel­ką tego miej­sca. Trak­tuj­cie mój ho­tel jak moje dziec­ko, a sami bę­dzie­cie tak trak­to­wa­ni.

A, ok. To chy­ba do­brze wró­ży, że bę­dzie nas trak­to­wać jak dzie­ci. Tyl­ko oby jak swo­je, uko­cha­ne, a nie obce, któ­re wy­dzie­ra­ją się na pla­cach za­baw i ją de­ner­wu­ją. Wte­dy to już nie wró­ży do­brze.

Zer­k­nę­ła na in­nych uczest­ni­ków, ale nie za­uwa­ży­ła za­sko­cze­nia na ich twa­rzach.

- Do na­sze­go ze­spo­łu do­łą­cza­ją dziś dwie pa­nie te­ra­peut­ki: Be­ata Wró­blew­ska oraz Do­ro­ta Sań­ko. Be­ata bę­dzie wy­ko­ny­wać ma­sa­że, Do­ro­ta na­to­miast zaj­mie się za­bie­ga­mi oraz or­ga­ni­za­cją pra­cy ze­spo­łu ko­sme­to­lo­gów.

Spoj­rza­ła na nową to­wa­rzysz­kę nie­do­li. Dziew­czy­na spra­wia­ła sym­pa­tycz­ne wra­że­nie - ciem­no­wło­sa, okrą­gła, a z jej twa­rzy biły życz­li­wość i opty­mizm. Be­ata uśmiech­nę­ła się do niej i po­sła­ła bez­gło­śne "cześć". Tam­ta od­po­wie­dzia­ła jej uśmie­chem i pu­ści­ła oko.

- Na po­czą­tek kil­ka spraw or­ga­ni­za­cyj­nych - kon­ty­nu­owa­ła sze­fo­wa. - W pra­cy je­ste­ście pięt­na­ście mi­nut przed cza­sem: to mo­ment na wpi­sa­nie się na li­stę obec­no­ści, prze­bra­nie, przy­go­to­wa­nie ga­bi­ne­tów, uzu­peł­nie­nie bra­ków z ma­ga­zy­nu oraz wy­dru­ko­wa­nie dzien­ne­go gra­fi­ku. Gra­fik dru­ku­je re­cep­cja, ale to wa­szym obo­wiąz­kiem jest, by tego do­pil­no­wać i ode­brać plan na dany dzień. Wa­sza go­dzi­na roz­po­czę­cia pra­cy to go­dzi­na, o któ­rej za­czy­na­cie swo­je za­bie­gi. Pra­cę z klien­tem koń­czy­cie o go­dzi­nie pięt­na­stej, ale nie ozna­cza to, że o tej po­rze opusz­cza­cie ho­tel. Wte­dy z wa­szych ga­bi­ne­tów wy­cho­dzą ostat­ni pa­cjen­ci, jed­nak na­le­ży po nich po­sprzą­tać, uzu­peł­nić ewen­tu­al­ne bra­ki, wy­nieść ręcz­ni­ki do pral­ni i umyć pod­ło­gę. Nie mu­si­cie wy­cie­rać ku­rzy ani myć okien czy umy­wa­lek w ga­bi­ne­tach, to na­le­ży do obo­wiąz­ków po­ko­jo­wych.

Be­ata po­czu­ła się dziw­nie. Tyle obo­wiąz­ków? Pra­ca poza li­czo­ny­mi go­dzi­na­mi? To za­czy­na­ło wy­glą­dać jak ja­kaś mięk­ka for­ma wy­zy­sku.

Och, prze­cież to zby­tek ła­ski. Do­brze, że nie mu­si­my myć to­a­let! O ja­śnie pani, jak mamy ci dzię­ko­wać?

- To­a­le­ty i prysz­ni­ce oczy­wi­ście sprzą­ta­cie, bo ko­rzy­sta­cie z nich wy i wasi klien­ci.

Cu­dow­nie, to ozna­cza co naj­mniej pół go­dzi­ny po pra­cy plus pięt­na­ście mi­nut przed nią, za któ­re nikt mi nie za­pła­ci. Cie­ka­we, że pod­czas re­kru­ta­cji nie usły­sza­łam o tym na­wet sło­wa.

- Co­dzien­nie o je­de­na­stej trzy­dzie­ści te­ra­peu­ci oraz ka­dra ga­stro je­dzą wspól­ne śnia­da­nia ra­zem ze mną i ka­drą kie­row­ni­czą w re­stau­ra­cji ho­te­lo­wej, w ra­mach prze­rwy. Ni­ko­mu oczy­wi­ście nie na­ka­zu­ję, ale przyj­mij­cie do wia­do­mo­ści, że obec­ność bę­dzie mile wi­dzia­na, a nie­obec­ność za­uwa­żo­na. Ko­lej­na spra­wa to kur­sy i szko­le­nia. Moja ka­dra ma być wy­kształ­co­na i na bie­żą­co z tren­da­mi w bran­ży. Sta­wia­my tu na pra­cę i roz­wój, a nie na za­le­ga­nie na ka­na­pach. O szko­le­niach in­for­mu­ją was bez­po­śred­ni prze­ło­że­ni z od­po­wied­nim wy­prze­dze­niem cza­so­wym, na­to­miast ka­dra kie­row­ni­cza oraz te­ra­peu­ci będą in­for­mo­wa­ni prze­ze mnie. Co do in­nych te­ma­tów...

Sze­fo­wa po­ru­szy­ła jesz­cze kil­ka spraw bie­żą­cych, ale Be­ata już od­pły­nę­ła my­śla­mi.

I jak mam się od­na­leźć w tym kor­po, któ­re mia­ło nie być kor­po? Nie no, mu­szę to ja­koś ogar­nąć. Mu­szę przy­wyk­nąć i przy­mknąć oko, albo naj­le­piej oba. Mia­łam prze­cież już wie­lu dziw­nych sze­fów i każ­dy z nich miał swo­je fa­na­be­rie i fe­ty­sze. Na przy­kład Adam ko­chał sie­bie do tego stop­nia, że w swo­im ho­te­lu wszę­dzie po­roz­wie­szał por­tre­ty, któ­re przed­sta­wia­ły jego sa­me­go w róż­nym wie­ku. I pew­nie po­my­śla­ła­bym, że to zwy­czaj­na me­ga­lo­ma­nia, gdy­by nie to, że któ­re­goś razu przyj­rza­łam się ta­pe­cie w róże na ścian­ce win­dy. Gdy po­de­szłam bli­żej, za­uwa­ży­łam, że w każ­dym pąku umiesz­czo­ne było zdję­cie twa­rzy Ada­ma. On miesz­kał w pą­kach róż. Czcił i uwiel­biał sa­me­go sie­bie. Jego fe­ty­szem i ce­lem ży­cio­wym był on sam, a jego ży­cie było dzię­ki temu pro­ste. Albo taki Cza­rek. Mó­wił wszyst­kim pra­cow­ni­kom, że jest nor­mal­nym czło­wie­kiem, ale nie lu­bił im pła­cić. Po­wie­dzieć, że był czło­wie­kiem bar­dzo oszczęd­nym, to nic nie po­wie­dzieć. Był oszczęd­ny do tego stop­nia, że z po­traw po­zo­sta­łych po we­se­lach ka­zał ro­bić ku­cha­rzom pasz­tet, któ­rym go­ście za­ja­da­li się na­stęp­ne­go dnia na śnia­da­niu. Lu­bił wte­dy przy­siąść się do ja­kie­goś sto­li­ka i opo­wia­dać o tym, jak ostat­nio po po­lo­wa­niu na dzi­ki zgu­bił glejt z ba­da­nia mię­sa od we­te­ry­na­rza. Chy­ba opo­wia­dał tę hi­sto­rię tyl­ko po to, by gość my­ślał, że mu nie­do­brze od tej opo­wie­ści, a nie od pasz­te­tu. Nor­mal­ny gość, jak naj­bar­dziej.

Cie­ka­we, na któ­rym miej­scu w pry­wat­nym ran­kin­gu "nor­mal­nych" sze­fów upla­su­je się Mar­ta Żuk?

***

- No, i jak mi­nął dzień w no­wej pra­cy, skar­bie? - za­py­tał To­masz.

- Cu­dow­nie. Wszyst­ko mnie boli, a moja sze­fo­wa wy­da­je się naj­lep­sza.

- Naj­lep­sza? - Uniósł brwi ze zdzi­wie­nia.

- Naj­lep­sza z mo­ich do­tych­cza­so­wych sze­fów w by­ciu hi­per ję­dzą. Wy­da­je mi się, że może szyb­ko zde­kla­so­wać mo­ich by­łych wład­ców. A jak u cie­bie?

- Nor­ma. Nic no­we­go. Wy­kre­sy, upier­dli­wi klien­ci. Bar­dziej mnie chy­ba znu­dzi­li, niż zmę­czy­li. Przy­go­to­wać ci ką­piel?

- Czy­tasz mi w my­ślach - ucie­szy­ła się, zrzu­ca­jąc buty.

- Dri­necz­ka też?

- Ide­ał! - Uśmiech­nę­ła się jesz­cze sze­rzej. - Ale dzię­ku­ję ci, sama zro­bię. Prze­cież bę­dziesz za­ję­ty la­niem do wan­ny wody z ki­lo­gra­mem soli i me­trem sze­ścien­nym nie­biań­skiej pia­ny!

Ko­cha­ła ta­kie po­wro­ty do domu. Czu­ła ota­cza­ją­cy ją spo­kój - wie­czór, at­mos­fe­ra, wy­mia­na zdań. To­masz był jej czło­wie­kiem. Jej od­po­wied­ni­kiem w mę­skim świe­cie i brat­nią du­szą, jej naj­lep­szym przy­ja­cie­lem, któ­ry wspie­ra, kie­dy trze­ba, ale po­tra­fi też po­wie­dzieć, że ją po­rą­ba­ło. To­masz za­wsze wie­dział, cze­go Be­ata chce, i ro­zu­miał ją, gdy inni nie ro­zu­mie­li. Tak jak te­raz - nie mu­sia­ła mó­wić wie­le, a sam wie­dział, że po­trze­bu­je od­prę­że­nia dzię­ki za­nu­rze­niu w mo­rzu ob­fi­tej pia­ny. Był nie­mal­że do­sko­na­ły. Na­tu­ral­nie miał swo­je wady, ale Be­ata przy­my­ka­ła na nie oko. W koń­cu sama nie była ich po­zba­wio­na, a mi­nu­sy męża w po­rów­na­niu z licz­ny­mi za­le­ta­mi sta­wa­ły się wręcz mi­nu­si­ka­mi.

Wie­lu ska­zy­wa­ło ich zwią­zek na po­raż­kę, lecz na­uczy­ła się mieć ich gdzieś. To było jej ży­cie, ich ży­cie, i ni­ko­mu nic do tego. Dłu­go wal­czy­li o sie­bie na­wza­jem, dużo dla sie­bie po­świę­ci­li. Za­gra­li va ba­nque i wy­gra­li. Be­ata za­wsze roz­sąd­nie pod­cho­dzi­ła do opi­nii in­nych o swo­im mał­żeń­stwie. Była świa­do­ma, że kie­dy ga­śnie świa­tło i koń­czą się plot­ki, a za plot­ka­rza­mi za­my­ka­ją się drzwi, zo­sta­ją tyl­ko ona i jej mąż. Ich spra­wy, de­cy­zje, świat, ma­rze­nia i tro­ski. Pro­ble­my, z któ­ry­mi mu­szą się mie­rzyć, a któ­re ni­ko­go nie ob­cho­dzą.

Niech inni się nami nie in­te­re­su­ją. Łapy precz od nas i że­gnam - my­śla­ła. Ta po­sta­wa cał­kiem nie­źle się spraw­dza­ła i Be­ata nie za­mie­rza­ła z niej re­zy­gno­wać.

- Ką­piel go­to­wa, Beti! - Usły­sza­ła.

- Mój bo­ski na­pój rów­nież, tak że do zo­ba­cze­nia za go­dzi­nę. - Po­ca­ło­wa­ła go prze­lot­nie i po­szła w stro­nę ła­zien­ki. Ju­tro ko­lej­ny cięż­ki dzień.

II

- O tak, tak jest do­brze - po­wie­dział ko­lej­ny raz pa­cjent z twa­rzą wci­śnię­tą w ręcz­nik.

Wszy­scy klien­ci, na­wet w eks­klu­zyw­nych ośrod­kach, byli tacy sami: pa­no­wie wy­obra­ża­li so­bie ma­sa­że z hap­py en­dem, a pa­nie - cu­dow­ne od­mło­dze­nie po za­sto­so­wa­niu pe­elin­gu ka­wi­ta­cyj­ne­go. Be­ata zro­zu­mia­ła to już po kil­ku dniach pra­cy w Her­ku­le­sie, a z bie­giem cza­su tyl­ko się w tym utwier­dza­ła. Te­raz sta­ra­ła się so­bie nie wy­obra­żać, co sześć­dzie­się­cio­ośmio­let­ni Wal­de­mar miał w gło­wie, kie­dy co chwi­la sa­pał, stę­kał i ce­lo­wo wier­cił się na sto­le tak, żeby zsu­nąć z sie­bie ręcz­nik. Za każ­dym ra­zem sta­now­czym ru­chem przy­kry­wa­ła z po­wro­tem jego zwię­dłe po­ślad­ki i upo­mi­na­ła go, żeby się nie ru­szał.

- Och, jak ty to wspa­nia­le ro­bisz - stęk­nął.

Za­raz się po­rzy­gam.

- Pro­szę nic nie mó­wić, za­sa­da jest taka, że pod­czas ma­sa­żu się nie ru­sza­my i nie od­zy­wa­my. Dzię­ki temu uzy­ska­my lep­szy efekt te­ra­peu­tycz­ny.

- E tam, te­ra­pia. Taka te­ra­pia to nie te­ra­pia. Co in­ne­go...

- Pro­szę wy­trzy­mać jesz­cze chwi­lę, za­raz koń­czy­my - po­wie­dzia­ła, prze­ry­wa­jąc mu w pół sło­wa. Wda­wa­nie się w dys­ku­sje z ta­kim klien­tem nie mia­ło sen­su. Ten czło­wiek przy­je­chał sam, praw­do­po­dob­nie był roz­wie­dzio­ny bądź owdo­wia­ły. Le­żał nago, przy­kry­ty wy­łącz­nie ręcz­ni­kiem, w ciem­nym po­ko­ju, z mło­dą, atrak­cyj­ną dziew­czy­ną. Nic dziw­ne­go, że jego ro­zum za­la­ły reszt­ki te­sto­ste­ro­nu prze­cho­wy­wa­ne w cze­lu­ściach wy­schnię­tych ją­der i się roz­ma­rzył. Na dar­mo. Be­ata ni­g­dy nie prze­kra­cza­ła gra­nic w kon­tak­tach z klien­ta­mi.

- Jak­by pani mo­gła tro­chę ni­żej...

- Ab­so­lut­nie nie. To jest ma­saż ple­ców, pro­szę pana. W sa­na­to­rium. - Ce­lo­wo nie uży­ła sło­wa "ho­tel". Mia­ła na­dzie­ję, że "sa­na­to­rium" przy­po­mni pod­sta­rza­łe­mu don­żu­ano­wi, że prze­by­wa w ga­bi­ne­cie w ce­lach zdro­wot­nych, a nie roz­ryw­ko­wych.

Pa­cjent za­milkł. Dało jej to na­dzie­ję na spo­kój do koń­ca za­bie­gu, trwa­ło to jed­nak bar­dzo krót­ko. Wal­de­mar wes­tchnął gło­śno, po czym stęk­nął:

- Dla­cze­go ja mam ta­kie­go pe­cha?

Ty masz pe­cha? Ty, sta­ry ca­pie? A kie­dy ostat­nio ma­so­wa­łeś sta­re­go, ob­le­śne­go i na­pa­lo­ne­go dzia­da, któ­re­go szcząt­ki nie­zmy­te­go na­skór­ka oraz wło­sy z ło­pa­tek zo­sta­wa­ły ci na dło­niach? Milcz, jak do mnie mó­wisz. Po pro­stu milcz.

Spoj­rza­ła na ze­ga­rek. Obrzy­dli­wy ma­saż do­biegł koń­ca, wstręt­ny sta­ruch musi odejść.

- Dzię­ku­ję. Dam panu jesz­cze trzy mi­nu­ty. Pro­szę się ubrać, za­cze­kam na pana za drzwia­mi.

- Tyl­ko trzy? Nie je­stem już na­sto­lat­kiem, anioł­ku. - Uśmiech­nął się i pu­ścił oko.

Spoj­rza­ła na nie­go z po­li­to­wa­niem.

Zde­cy­do­wa­nie nie je­steś, sta­ry roz­pust­ni­ku. Je­steś jak lew, któ­ry już zgu­bił kły, ale nie­ste­ty nie stra­cił ape­ty­tu.

Zi­gno­ro­wa­ła go i od­wró­ci­ła się w kie­run­ku wyj­ścia.

Jezu, do koń­ca dnia jesz­cze pię­ciu ta­kich, po­żal się Boże, Wal­de­ma­rów - po­my­śla­ła, za­my­ka­jąc drzwi. Ko­cha­ła swój za­wód, ale klien­ci, któ­rzy mie­li inne ocze­ki­wa­nia, niż ofe­ru­je bran­ża, spra­wia­li, że cza­sem mia­ła go dość. Po­śród lu­dzi wciąż zbyt po­wszech­nie po­ku­to­wa­ło prze­ko­na­nie, że ma­sa­żyst­ka to pro­sty­tut­ka.

- Hej, skoń­czy­łaś już? - za­py­ta­ła Do­ro­ta, któ­ra na­gle po­ja­wi­ła się w ko­ry­ta­rzu. Ta ko­bie­ta mia­ła wy­jąt­ko­wo by­stre oczy i we­so­łą twarz. Była wy­so­ka, a przez swo­ją fi­gu­rę prze­ro­śnię­tej grusz­ki czę­sto śmia­ła się, że je­że­li kie­dy­kol­wiek bę­dzie mia­ła wła­sny dom, to za­miast drzwi wej­ścio­wych za­mon­tu­je drzwi od sto­do­ły, żeby zmie­ści­ły się w nich jej bio­dra. Była jed­ną z nie­wie­lu osób w ho­te­lu, któ­re Be­ata lu­bi­ła. I cho­ciaż trud­no tak krót­ką zna­jo­mość na­zwać przy­jaź­nią, ko­bie­ty od razu przy­pa­dły so­bie do gu­stu. Nie­ste­ty każ­da z nich mia­ła swój co­dzien­ny gra­fik wy­peł­nio­ny po brze­gi, więc czę­sto na­wet nie było oka­zji, by dłu­żej po­roz­ma­wiać, i koń­czy­ło się je­dy­nie na ja­kichś prze­lot­nych small tal­kach. Faj­nie było po­ga­dać chwi­lę w pra­cy, ale poza nią - do tej pory każ­da szła w swo­ją stro­nę.

- Chcia­ła­bym. Mam jesz­cze kil­ku ob­le­chów do wy­ma­so­wa­nia. A ty?

- Jesz­cze dwie oso­by. Po­my­śla­łam, że może po­tem sko­czy­my na kawę. - Do­ro­ta była ko­sme­tycz­ką, więc je­den klient zaj­mo­wał jej tyle cza­su, co dwóch klien­tów Be­aty.

Wśród ku­ra­cju­szy prze­wa­ża­li lu­dzie w po­de­szłym wie­ku, a do ko­sme­tycz­ki tra­fia­ły z re­gu­ły sa­mot­ne pa­nie chcą­ce przy­po­do­bać się sa­mot­nym pa­nom. Prze­waż­nie, żeby do­brze wy­glą­dać, wy­bie­ra­ły re­gu­la­cję brwi z hen­ną oraz ja­kiś za­bieg na twarz, któ­ry da­wał im po­czu­cie, że cza­ro­dziej­skie ko­sme­ty­ki od­mło­dzi­ły je o co naj­mniej dwa­dzie­ścia lat. Oczy­wi­ście, ko­sme­ty­ki uży­wa­ne w sa­lo­nach są zna­ko­mi­tej ja­ko­ści i przy­no­szą wi­docz­ne efek­ty przy dłu­go­trwa­łym sto­so­wa­niu, ale nie­ste­ty nie po jed­nym za­bie­gu. Na­tych­mia­sto­wy re­zul­tat był wi­docz­ny wy­łącz­nie w psy­chi­ce i na na­skór­ku, któ­ry sta­wał się mięk­ki po za­sto­so­wa­niu od­po­wied­nich pro­duk­tów. Nie na­le­ża­ło się jed­nak spo­dzie­wać ta­kie­go efek­tu wow, że zna­jo­mi prze­sta­ną roz­po­zna­wać cię na uli­cy albo za­czną py­tać, co ta­kie­go sto­su­jesz, że na­gle uby­ło ci tyle lat.

- Chęt­nie! Ma­rzę o cy­na­mo­no­wym cap­puc­ci­no!

- To umó­wio­ne!

[...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.