Cena godności (Tom I). Cena godności Tom I - Emilia Roszak

Reflow text when sidebars are open.
Za oknami świerszcze pracowicie wygrywały kolejne linijki swoich wielokrotnie odgrywanych melodii. Poruszane wiatrem drzewa szumiały raz głośno i niespokojnie, raz szeptem, niespiesznie i leniwie. Ostatnie promienie słońca znikały na ścianach niczym dopalające się świece. Szła noc. Zegar na ścianie miarowo wystukiwał mijające minuty. Ogień przygasał, a dzieci, którym kazała udać się do snu, cicho chichotały pod kołdrami. Uśmiechnęła się pod nosem. A to małe psotne skrzaty, myślą, że nie słyszę! Zmęczona i senna odłożyła kolejną robótkę na komodę. To będzie szal albo peleryna, jeszcze nie wie. Nadchodziła jesień, zdradliwe mgły podpełzały już z pól do domów. Nie chciała, by dzieci marzły. Nie chciała też, by chodziły głodne. Z jedzeniem bywało krucho, ale robili, co mogli, by go dla nich nie brakło. Wstała i podrzuciła do kominka. Zapowiadała się chłodna noc. Wtem usłyszała trzaśnięcie drzwi i pospieszne kroki.
- Nadchodzą! - krzyknął, wbiegając do salonu. - Pakuj wszystko, co trzeba, ja idę po małe!
Jej serce zalała trwoga. A więc jednak, więc wojna i do nich dotarła... W oddali usłyszała dzwon. Dzwon, który bił radośnie na Wielkanoc, na ślub. Teraz jednak brzmiał złowrogo. Bammm... bammm... bammm... bammm... jak na żałobę.
Usłyszała go. Buczący, rytmiczny dźwięk, który dochodził jakby z drugiego pokoju. Zerwała się, nie wiedząc, gdzie się znajduje i kim jest.
Co za dziwaczny sen!
Siedząc na łóżku w ciemności, próbowała uspokoić oddech. W jej głowie nadal kołatały się strach i pośpiech. Wtedy znów to usłyszała: bammm, bammmm... Jakby dzwony ze snu przedarły się do sypialni.
Telefon! To jego wibracje wydawały taki odgłos. Przetarła dłonią oczy, próbując się obudzić, ale resztki niezwykłego snu uparcie trzymały się jej powiek. Chwyciła dzwoniącego natręta i odebrała.
- Ha-a-halo? - wydusiła zachrypniętym głosem i zaspana opadła z powrotem na łóżko.
- Dobry wieczór - odezwał się mężczyzna. - Umówimy się na masaż?
Raczej go nie znała. Nie brzmiał jak żaden z jej znajomych ani jak któryś z klientów. Głos miał głęboką, nawet przyjemną barwę, ale ton sugerował znudzonego i zepsutego dorobkiewicza. Znała takich aż za dobrze. Wydawało się im, że świat istnieje po to, by im usługiwać, a wszystko jest wyłącznie kwestią ceny. Owszem, pewnie znalazłby się usługodawca, który by go zadowolił - a raczej usługodawczyni - ale już w innej, nie do końca legalnej branży.
Beata oderwała telefon od ucha i otworzyła jedno oko, zerkając na wyświetlacz.
- Jest wpół do trzeciej w nocy.
- Dobrze zapłacę.
Czyli było tak, jak myślała. Nikt normalny nie dzwoni o tej porze, aby zamówić masaż leczniczy obręczy barkowej.
- Pięćset złotych - odpowiedziała po chwili.
- Stoi!
W to akurat nie wątpię.
Milczała, ale nie po to, by zastanowić się nad tą niebywale "atrakcyjną" ofertą, ale nad tym, jakich słów użyć, by odrzucić ją w cywilizowany sposób. Nie pamiętała, który to już raz przyszło jej odpierać atak jakiegoś amatora masażu z "happy endem".
- Okej, to ja zaraz wyślę numer konta, na które przelejesz mi pięć stów za stracone pół godziny snu.
Rozłączyła się i zablokowała numer. To był już chyba piąty w ciągu doby. Sama nie wiedziała, dlaczego nie usunęła ogłoszenia, skoro wydzwaniają do niej sami napaleńcy. Pomimo zawarcia w treści jasnej informacji o tym, że nie świadczy usług erotycznych, wciąż była zasypywana pytaniami o wymyślne pikantne szczegóły: "A robi to pani oliwką czy tak na ostro: bez?" albo "Pośladki też mi pani wymasuje, prawda?". Nie, nie masuję pośladków, będąc w domu klienta. "Hmm, dziwne. A jak dorzucę pięć dych?" czy "Ma pani gołe stopy, jak pani robi masaże?". Nie, masuję wyłącznie w kaloszach. "Ekstra, to na kiedy najbliższy termin?" oraz - tu hit: "A moja żona z kolegą będą mogli popatrzeć?".
Same świry. I to w takiej ilości, że była pewna, iż nieraz minęła nieświadomie któregoś na ulicy.
Po krótkim namyśle wyciszyła telefon i przewróciła się na drugi bok. Tomasz spał jak zabity i nawet się nie zorientował, co się wydarzyło. To dobrze. Często denerwował się na tę sytuację. Zwłaszcza od pewnego incydentu, kiedy klient podał fałszywy adres wyłącznie po to, by zobaczyć, jak ona wygląda. Stała i pukała - bez odpowiedzi. Poza tym otoczenie wyglądało tak, jakby nikt tam od dłuższego czasu nie mieszkał. Zrozumiała, co jest grane, kiedy zawracając do auta, zauważyła w oknie po drugiej stronie ulicy postać wykonującą podejrzane ruchy. Wystraszyła się i zablokowała numer, spod którego dzwonił "klient", jednak ten nie dał za wygraną. Wydzwaniał do niej później z różnych numerów i sapał do słuchawki. Na szczęście po złożeniu doniesienia na policję niewyżytego Alvaro odwiedzili sympatyczni panowie funkcjonariusze, którym udało się skutecznie ostudzić jego zapały. Świrus odpuścił, ale niestety co jakiś czas odzywali się kolejni, co zawsze powodowało napięcia pomiędzy nią a Tomaszem. Rozumiała go, jednak wydawało się jej, iż po tej sprawie stała się na tyle ostrożna, że mąż niepotrzebnie się martwi. Dlatego cieszyła się, że nocny telefon go nie obudził. Niech śpi.
Zamknęła oczy i próbowała zasnąć. Zostało jej niewiele czasu na sen, a czekał ją trudny dzień.
***
Łyżeczka cicho uderzała o brzeg szklanki, gdy Beata w zamyśleniu mieszała kawę. Wciąż rozmyślała o tym, co jej się przyśniło. Od zawsze miewała dziwaczne, szalone sny, ale ten był jakiś inny, prawdziwy. Czuła, jakby tam była, jakby to ona była bohaterką tej sceny. Dziwne.
Zdecydowanie jeszcze się nie obudziła, bo zamiast codziennej dawki witamin właśnie wycisnęła sobie na dłoń dwie tabletki Laremidu. Zaczęła się zastanawiać, czy to jakaś sugestia od losu - w końcu to normalne, że pierwszy dzień nowej pracy powoduje stres. Przejmowała się wieloma rzeczami, może nawet za bardzo.
Ogólne zmiany, które zafundowało jej życie, wywróciły codzienność Beaty do góry nogami. Po wielu osobistych przejściach wraz z mężem zdecydowali się na przeprowadzkę do innego miasta. Jej rodzina nie umiała zaakceptować ich związku, mimo tego, że świetnie im się układało i byli wręcz obrzydliwie szczęśliwi.
Tomasz pochodził z rodziny, która nie cieszyła się w mieście najlepszą opinią. Właściwie to cieszyła się jedną z najgorszych - znalazło się w niej kilku drobnych złodziejaszków, oszustów oraz przedstawicieli rozmaitego kwiecia patologii. Beata wiedziała, że takie środowisko nie oznacza, że osoba w nim wychowywana od razu pójdzie w bezmyślne naśladownictwo lub autodestrukcję. Poznała Tomasza, zaufała mu i go pokochała - tylko ona tak naprawdę go znała. Był człowiekiem, który w jej oczach zasługiwał na maksimum podziwu za sprzeciw wobec rodzinnego brzemienia i kierowanie swoim życiem tak, że wyszedł na ludzi.
Niestety nie zdołała przekonać bliskich do swojego męża. Mama, gdyby jeszcze żyła, pewnie pokochałaby Tomka tak jak Beata, ojciec i siostra byli jednak nieprzejednani. Po wielu burzliwych konfliktach i długich rozterkach zatruwających myśli musieli z mężem podjąć tę ciężką decyzję - odciąć się i żyć po swojemu. Dla ich własnego dobra.
Nie było lekko, tułali się od wynajmu do wynajmu, nieustannie zaczynali od zera. Ciągłe przeprowadzki były dla nich wykańczające, więc w pewnym momencie zaczęli dążyć do stabilizacji. Znalezienie nowej, normalnej pracy to był pierwszy krok. Tomasz jako księgowy bardzo szybko coś dostał, Beata dopiero po kilku spotkaniach z potencjalnymi pracodawcami. W międzyczasie, żeby mieć na chleb, łapała prywatne zlecenia, borykając się z problemem ludzkich zboczeń i mylnych oczekiwań. Dlatego, choć się stresowała, cieszyła się z nowego, bezpiecznego miejsca pracy. Rynek zatrudnienia w branży spa nie rozpieszczał.
Zawód masażystki wykonywała z powodzeniem od wielu lat i uwielbiała to, co robi. Kochała zapachy profesjonalnych kosmetyków do masażu oraz to, jak cudownie nawilżają skórę, również jej własną. Nastrojowe pomieszczenia pogrążone w tajemniczym półmroku w połączeniu z piżmowym zapachem kadzidełek za każdym razem przenosiły ją do orientalnej baśni. Mimo tego cała sytuacja - nowa praca, nowe środowisko, nieznane miejsce, obce miasto i nieznajomi ludzie - była dla niej stresująca. Cóż, tak właśnie wygląda życie - lubi stawiać wyzwania.
Spojrzała na zegarek. O nie, jak późno! Zerwała się i w biegu chwyciła torebkę, pociągając ostatni łyk kawy. Byle jak narzuciła na siebie kurtkę i pognała do samochodu. Świetnie, nie ma to jak zrobić pierwsze wrażenie spektakularnym spóźnieniem.
***
- Nie wierzę, spóźnię się już pierwszego dnia! - wycedziła podirytowana, próbując po raz kolejny otworzyć zamek elektroniczny w drzwiach na zaplecze.
Dlaczego, dlaczego ten kretyński pikacz nie chce działać? Przecież doskonale wiesz dlaczego: po prostu urządzenia i ty nie jesteście w najlepszej relacji pod słońcem. Elektronika jest dla ciebie jak złośliwy małżonek, który po dwudziestu latach średnio udanego małżeństwa rechocze, kiedy wywiniesz orła na lodzie. Jest jak teściowa, która składa ci urodzinowe życzenia słowami: "No, to znów jesteś o rok starsza". Jak złośliwa koleżanka, która pyta, czy jesteś chora, czy znów przytyłaś, za każdym razem, kiedy widzi cię bez makijażu. Jak kierowca autobusu, któremu żona nie dała i który zamknął ci drzwi przed nosem tylko dlatego, że jesteś do niej podobna. Maszyny są złośliwe i cię nie lubią. Pogódź się z tym i po prostu wyważ te pieprzone drzwi, bo się spóźnisz!
Kiedy już miała z rozmachem rzucić się na uparte drzwi, nagle coś zaskoczyło i zamek puścił.
- No, masz szczęście, łajzo niedymana! - mruknęła.
- To do mnie? - zapytała postać w drzwiach, którą Beata zobaczyła niestety zbyt późno, by powstrzymać się od komentarza.
Kobieta była na oko tuż po czterdziestce, wysoka i patologicznie szczupła. Blond fryzura chłopczycy wraz z kościstą twarzą sprawiały nieprzyjazne wrażenie, a kanciaste oprawki okularów wysyłały oczywisty sygnał. Równie dobrze mogłaby mieć napisane na czole: "Jestem suką". Całości dopełniała zacięta mina. Brakowało tylko oficerek, czarnego skórzanego płaszcza i szpicruty. Jej nowa szefowa.
- Zamek czasem nie działa, więc postanowiłam otworzyć drzwi, zanim zrobi pani sobie lub im jakąś krzywdę.
- Dziękuję - odparła zakłopotana Beata. - Naturalnie nie mówiłam do pani. Sądziłam, że to wina tego urządzenia. - Machnęła elektronicznym breloczkiem. - I w sumie nie wiem, dlaczego to, co miałam mu do powiedzenia, wyraziłam na głos.
Kobieta przez chwilę podejrzliwie studiowała twarz Beaty, jakby naprawdę sądziła, że ta mogłaby powiedzieć komuś nieznajomemu coś tak niegrzecznego.
Okej, pewnie bym mogła, ale tylko jeśli nieznajomy byłby niegrzeczny dla mnie. Pikacz ewidentnie był niegrzeczny, więc słusznie oberwał.
- W porządku. Zapraszam do środka. Za chwilę ma pani pierwszego klienta, więc proszę jak najszybciej zapoznać się z planem na dziś. W przerwie o jedenastej trzydzieści zapraszam do mojego biura, zaplanowałam zebranie.
***
Było już po jedenastej, kiedy w końcu znalazła chwilę, by na spokojnie rozejrzeć się po gabinecie. Mimo że pomieszczenie było niewielkie, urządzono je ze smakiem. Ściany wyklejono tapetą w odcieniu czekolady z wyraźnym, ale nienachalnym wzorem, a drewniane meble w klasycznym stylu były ustawione logicznie i z pomysłem. Liczba dekoracji również nie była przesadna: na komodzie stały dwa drewniane słonie, a w rogu pokoju - półtorametrowy mahoniowy flaming. W zakamarkach pokoju ustawiono świece zapachowe, więc cały gabinet wypełniały przyjemne zapachy lasu, cytryny i lawendy.
Zmysły Beaty były w raju, więc uśmiechała się do siebie, zadowolona z faktu, że zdecydowała się akurat na ten hotel. Powodem jej decyzji oczywiście nie był wyłącznie klimat miejsca pracy - co oczywiście też było ważne - priorytetem jednak była umowa o pracę. Ten kawałek papieru był ważny może nie tyle dla niej, ile dla banku, w którym zamierzali ubiegać się o kredyt hipoteczny. Zależało jej na tym, by po wieloletniej tułaczce po wynajmowanych mieszkaniach w końcu mieć własny kąt, więc była gotowa do poświęceń.
Spojrzała na plan, który otrzymała na recepcji od miłej pani z włosami upiętymi w kok. Jej grafik był wypełniony co do minuty - nie miała więc czasu do stracenia ani w ogóle na nic innego. Zbliżała się godzina przerwy, więc pospiesznie uprzątnęła gabinet i skierowała się do biura na zapowiedziane zebranie.
Gdy przechodziła korytarzem, mijała umieszczone na ścianach liczne plakaty przedstawiające uśmiechnięte i opalone osoby w białych ręcznikach. Było też kilka z rozpromienionymi ludźmi w saunie, na basenie, z drinkami w ręku i wylegującymi się na idealnie wyprasowanych hotelowych pościelach. Chciałaby być tak zrelaksowana jak ci ludzie na obrazkach, ale stres spowodowany pierwszym dniem w nowym miejscu jeszcze nie minął. Przewinęło się również kilka pejzaży - większość z motywem zachodu słońca na plaży, palm i ptaków. Hotel sprawiał wrażenie dopracowanego w każdym detalu, a przy tym dość potężnego: miał kilka pięter, dużą strefę spa z basenem i saunami, ogromną restaurację, sale konferencyjne oraz okazałe, imponujące lobby. Beata pomyślała, że ośrodek jest godny swojej nazwy - wygląda niczym prawdziwy Herkules.
W biurze panował gwar. Na krzesłach ustawionych w okrąg siedziało już kilka osób, ale były jeszcze wolne miejsca. W rogu pomieszczenia, na stoliku, zorganizowano kącik kawowy. Podeszła do niego z ulgą - była niewyspana i od rana marzyła o drugiej kawie. Zdawała też sobie sprawę, że po przerwie będzie musiała wykonać jeszcze dwanaście masaży, więc energetyczny kopniak zdecydowanie się jej przyda.
Tak jak zastrzyk z glukozy - pomyślała i nałożyła na talerzyk kilka herbatników. Zajęła miejsce, łapczywie upiła łyk z jednorazowego kubeczka i... zastygła z napompowanymi policzkami.
Rany, co to za gówno?!
Odruchowo niemal wypluła kawę z powrotem, ale szybko się opamiętała, przełknęła z grymasem obrzydzenia i natychmiast zagryzła herbatnikiem. Rozejrzała się ukradkiem po twarzach innych uczestników zebrania. Oni także trzymali w dłoniach kubeczki, rozmawiali ze sobą ściszonymi głosami, a niektórzy nawet się uśmiechali. Nikt nie dał po sobie poznać, że ciasteczkom towarzyszą w najlepszym razie popłuczyny po odkamienianiu ekspresu.
Twardzi zawodnicy. Nie czują, jakie to ohydne? A może czują, tylko skutecznie tłumią w sobie odruchy wymiotne? Jeżeli tak, to właśnie taki poziom nieprzejrzystości chciałabym osiągnąć. Umiejętność trzymania emocji na wodzy, nieokazywania niezadowolenia, obrzydzenia czy innych naturalnych reakcji - dzięki temu rządziłabym światem, bez kitu. No, chyba że ta kawa faktycznie nie jest zła, a ja jestem po prostu rozpieszczoną dziunią o pańskim podniebieniu...
Upiła kolejny łyk, dając napojowi drugą szansę.
No nie, niemożliwe, że innym to smakuje. Po prostu niemożliwe!
Z niesmakiem odstawiła kubeczek na stolik i zajęła się ciastkami.
Wtedy w biurze pojawiła się szefowa. Rozmowy nagle się urwały, jakby ktoś wyciągnął kabel z głośnika. Grono pracowników nie tylko zamilkło - ono zastygło w bezruchu. Jak słudzy na widok sułtana, jak tłumy na Placu Tiananmen, gdy przywódca wchodził na mównicę. Uczestnicy spotkania jeden po drugim zaczęli się prostować i poprawiać na swoich krzesłach, podczas gdy szefowa zdecydowanym krokiem okrążyła zebranych i zajęła swoje miejsce. Pracownicy w milczeniu obrócili głowy w jej stronę i utkwili w niej wzrok w niemym wyrazie całkowitego posłuszeństwa.
Niebywałe - pomyślała, przełykając herbatnika. - Dorośli ludzie, a reagują, jakby do sali właśnie weszła straszna nauczycielka fizyki, która słynie z zostawiania uczniów na drugi rok w tej samej klasie za samo gadanie na lekcji.
- Witam wszystkich - powiedziała kobieta. - Jest tu kilka nowych twarzy, więc może zacznę od wyjaśnienia zasad, które panują w moim hotelu. Może przy okazji zasady przypomną się też tym, którzy pracują tu dłużej i którym zdarza się o nich zapominać. - Zrobiła znaczącą pauzę i szybko zmierzyła wzrokiem wszystkich po kolei. - Nazywam się Marta Żuk i jestem właścicielką tego miejsca. Traktujcie mój hotel jak moje dziecko, a sami będziecie tak traktowani.
A, ok. To chyba dobrze wróży, że będzie nas traktować jak dzieci. Tylko oby jak swoje, ukochane, a nie obce, które wydzierają się na placach zabaw i ją denerwują. Wtedy to już nie wróży dobrze.
Zerknęła na innych uczestników, ale nie zauważyła zaskoczenia na ich twarzach.
- Do naszego zespołu dołączają dziś dwie panie terapeutki: Beata Wróblewska oraz Dorota Sańko. Beata będzie wykonywać masaże, Dorota natomiast zajmie się zabiegami oraz organizacją pracy zespołu kosmetologów.
Spojrzała na nową towarzyszkę niedoli. Dziewczyna sprawiała sympatyczne wrażenie - ciemnowłosa, okrągła, a z jej twarzy biły życzliwość i optymizm. Beata uśmiechnęła się do niej i posłała bezgłośne "cześć". Tamta odpowiedziała jej uśmiechem i puściła oko.
- Na początek kilka spraw organizacyjnych - kontynuowała szefowa. - W pracy jesteście piętnaście minut przed czasem: to moment na wpisanie się na listę obecności, przebranie, przygotowanie gabinetów, uzupełnienie braków z magazynu oraz wydrukowanie dziennego grafiku. Grafik drukuje recepcja, ale to waszym obowiązkiem jest, by tego dopilnować i odebrać plan na dany dzień. Wasza godzina rozpoczęcia pracy to godzina, o której zaczynacie swoje zabiegi. Pracę z klientem kończycie o godzinie piętnastej, ale nie oznacza to, że o tej porze opuszczacie hotel. Wtedy z waszych gabinetów wychodzą ostatni pacjenci, jednak należy po nich posprzątać, uzupełnić ewentualne braki, wynieść ręczniki do pralni i umyć podłogę. Nie musicie wycierać kurzy ani myć okien czy umywalek w gabinetach, to należy do obowiązków pokojowych.
Beata poczuła się dziwnie. Tyle obowiązków? Praca poza liczonymi godzinami? To zaczynało wyglądać jak jakaś miękka forma wyzysku.
Och, przecież to zbytek łaski. Dobrze, że nie musimy myć toalet! O jaśnie pani, jak mamy ci dziękować?
- Toalety i prysznice oczywiście sprzątacie, bo korzystacie z nich wy i wasi klienci.
Cudownie, to oznacza co najmniej pół godziny po pracy plus piętnaście minut przed nią, za które nikt mi nie zapłaci. Ciekawe, że podczas rekrutacji nie usłyszałam o tym nawet słowa.
- Codziennie o jedenastej trzydzieści terapeuci oraz kadra gastro jedzą wspólne śniadania razem ze mną i kadrą kierowniczą w restauracji hotelowej, w ramach przerwy. Nikomu oczywiście nie nakazuję, ale przyjmijcie do wiadomości, że obecność będzie mile widziana, a nieobecność zauważona. Kolejna sprawa to kursy i szkolenia. Moja kadra ma być wykształcona i na bieżąco z trendami w branży. Stawiamy tu na pracę i rozwój, a nie na zaleganie na kanapach. O szkoleniach informują was bezpośredni przełożeni z odpowiednim wyprzedzeniem czasowym, natomiast kadra kierownicza oraz terapeuci będą informowani przeze mnie. Co do innych tematów...
Szefowa poruszyła jeszcze kilka spraw bieżących, ale Beata już odpłynęła myślami.
I jak mam się odnaleźć w tym korpo, które miało nie być korpo? Nie no, muszę to jakoś ogarnąć. Muszę przywyknąć i przymknąć oko, albo najlepiej oba. Miałam przecież już wielu dziwnych szefów i każdy z nich miał swoje fanaberie i fetysze. Na przykład Adam kochał siebie do tego stopnia, że w swoim hotelu wszędzie porozwieszał portrety, które przedstawiały jego samego w różnym wieku. I pewnie pomyślałabym, że to zwyczajna megalomania, gdyby nie to, że któregoś razu przyjrzałam się tapecie w róże na ściance windy. Gdy podeszłam bliżej, zauważyłam, że w każdym pąku umieszczone było zdjęcie twarzy Adama. On mieszkał w pąkach róż. Czcił i uwielbiał samego siebie. Jego fetyszem i celem życiowym był on sam, a jego życie było dzięki temu proste. Albo taki Czarek. Mówił wszystkim pracownikom, że jest normalnym człowiekiem, ale nie lubił im płacić. Powiedzieć, że był człowiekiem bardzo oszczędnym, to nic nie powiedzieć. Był oszczędny do tego stopnia, że z potraw pozostałych po weselach kazał robić kucharzom pasztet, którym goście zajadali się następnego dnia na śniadaniu. Lubił wtedy przysiąść się do jakiegoś stolika i opowiadać o tym, jak ostatnio po polowaniu na dziki zgubił glejt z badania mięsa od weterynarza. Chyba opowiadał tę historię tylko po to, by gość myślał, że mu niedobrze od tej opowieści, a nie od pasztetu. Normalny gość, jak najbardziej.
Ciekawe, na którym miejscu w prywatnym rankingu "normalnych" szefów uplasuje się Marta Żuk?
***
- No, i jak minął dzień w nowej pracy, skarbie? - zapytał Tomasz.
- Cudownie. Wszystko mnie boli, a moja szefowa wydaje się najlepsza.
- Najlepsza? - Uniósł brwi ze zdziwienia.
- Najlepsza z moich dotychczasowych szefów w byciu hiper jędzą. Wydaje mi się, że może szybko zdeklasować moich byłych władców. A jak u ciebie?
- Norma. Nic nowego. Wykresy, upierdliwi klienci. Bardziej mnie chyba znudzili, niż zmęczyli. Przygotować ci kąpiel?
- Czytasz mi w myślach - ucieszyła się, zrzucając buty.
- Drineczka też?
- Ideał! - Uśmiechnęła się jeszcze szerzej. - Ale dziękuję ci, sama zrobię. Przecież będziesz zajęty laniem do wanny wody z kilogramem soli i metrem sześciennym niebiańskiej piany!
Kochała takie powroty do domu. Czuła otaczający ją spokój - wieczór, atmosfera, wymiana zdań. Tomasz był jej człowiekiem. Jej odpowiednikiem w męskim świecie i bratnią duszą, jej najlepszym przyjacielem, który wspiera, kiedy trzeba, ale potrafi też powiedzieć, że ją porąbało. Tomasz zawsze wiedział, czego Beata chce, i rozumiał ją, gdy inni nie rozumieli. Tak jak teraz - nie musiała mówić wiele, a sam wiedział, że potrzebuje odprężenia dzięki zanurzeniu w morzu obfitej piany. Był niemalże doskonały. Naturalnie miał swoje wady, ale Beata przymykała na nie oko. W końcu sama nie była ich pozbawiona, a minusy męża w porównaniu z licznymi zaletami stawały się wręcz minusikami.
Wielu skazywało ich związek na porażkę, lecz nauczyła się mieć ich gdzieś. To było jej życie, ich życie, i nikomu nic do tego. Długo walczyli o siebie nawzajem, dużo dla siebie poświęcili. Zagrali va banque i wygrali. Beata zawsze rozsądnie podchodziła do opinii innych o swoim małżeństwie. Była świadoma, że kiedy gaśnie światło i kończą się plotki, a za plotkarzami zamykają się drzwi, zostają tylko ona i jej mąż. Ich sprawy, decyzje, świat, marzenia i troski. Problemy, z którymi muszą się mierzyć, a które nikogo nie obchodzą.
Niech inni się nami nie interesują. Łapy precz od nas i żegnam - myślała. Ta postawa całkiem nieźle się sprawdzała i Beata nie zamierzała z niej rezygnować.
- Kąpiel gotowa, Beti! - Usłyszała.
- Mój boski napój również, tak że do zobaczenia za godzinę. - Pocałowała go przelotnie i poszła w stronę łazienki. Jutro kolejny ciężki dzień.
- O tak, tak jest dobrze - powiedział kolejny raz pacjent z twarzą wciśniętą w ręcznik.
Wszyscy klienci, nawet w ekskluzywnych ośrodkach, byli tacy sami: panowie wyobrażali sobie masaże z happy endem, a panie - cudowne odmłodzenie po zastosowaniu peelingu kawitacyjnego. Beata zrozumiała to już po kilku dniach pracy w Herkulesie, a z biegiem czasu tylko się w tym utwierdzała. Teraz starała się sobie nie wyobrażać, co sześćdziesięcioośmioletni Waldemar miał w głowie, kiedy co chwila sapał, stękał i celowo wiercił się na stole tak, żeby zsunąć z siebie ręcznik. Za każdym razem stanowczym ruchem przykrywała z powrotem jego zwiędłe pośladki i upominała go, żeby się nie ruszał.
- Och, jak ty to wspaniale robisz - stęknął.
Zaraz się porzygam.
- Proszę nic nie mówić, zasada jest taka, że podczas masażu się nie ruszamy i nie odzywamy. Dzięki temu uzyskamy lepszy efekt terapeutyczny.
- E tam, terapia. Taka terapia to nie terapia. Co innego...
- Proszę wytrzymać jeszcze chwilę, zaraz kończymy - powiedziała, przerywając mu w pół słowa. Wdawanie się w dyskusje z takim klientem nie miało sensu. Ten człowiek przyjechał sam, prawdopodobnie był rozwiedziony bądź owdowiały. Leżał nago, przykryty wyłącznie ręcznikiem, w ciemnym pokoju, z młodą, atrakcyjną dziewczyną. Nic dziwnego, że jego rozum zalały resztki testosteronu przechowywane w czeluściach wyschniętych jąder i się rozmarzył. Na darmo. Beata nigdy nie przekraczała granic w kontaktach z klientami.
- Jakby pani mogła trochę niżej...
- Absolutnie nie. To jest masaż pleców, proszę pana. W sanatorium. - Celowo nie użyła słowa "hotel". Miała nadzieję, że "sanatorium" przypomni podstarzałemu donżuanowi, że przebywa w gabinecie w celach zdrowotnych, a nie rozrywkowych.
Pacjent zamilkł. Dało jej to nadzieję na spokój do końca zabiegu, trwało to jednak bardzo krótko. Waldemar westchnął głośno, po czym stęknął:
- Dlaczego ja mam takiego pecha?
Ty masz pecha? Ty, stary capie? A kiedy ostatnio masowałeś starego, obleśnego i napalonego dziada, którego szczątki niezmytego naskórka oraz włosy z łopatek zostawały ci na dłoniach? Milcz, jak do mnie mówisz. Po prostu milcz.
Spojrzała na zegarek. Obrzydliwy masaż dobiegł końca, wstrętny staruch musi odejść.
- Dziękuję. Dam panu jeszcze trzy minuty. Proszę się ubrać, zaczekam na pana za drzwiami.
- Tylko trzy? Nie jestem już nastolatkiem, aniołku. - Uśmiechnął się i puścił oko.
Spojrzała na niego z politowaniem.
Zdecydowanie nie jesteś, stary rozpustniku. Jesteś jak lew, który już zgubił kły, ale niestety nie stracił apetytu.
Zignorowała go i odwróciła się w kierunku wyjścia.
Jezu, do końca dnia jeszcze pięciu takich, pożal się Boże, Waldemarów - pomyślała, zamykając drzwi. Kochała swój zawód, ale klienci, którzy mieli inne oczekiwania, niż oferuje branża, sprawiali, że czasem miała go dość. Pośród ludzi wciąż zbyt powszechnie pokutowało przekonanie, że masażystka to prostytutka.
- Hej, skończyłaś już? - zapytała Dorota, która nagle pojawiła się w korytarzu. Ta kobieta miała wyjątkowo bystre oczy i wesołą twarz. Była wysoka, a przez swoją figurę przerośniętej gruszki często śmiała się, że jeżeli kiedykolwiek będzie miała własny dom, to zamiast drzwi wejściowych zamontuje drzwi od stodoły, żeby zmieściły się w nich jej biodra. Była jedną z niewielu osób w hotelu, które Beata lubiła. I chociaż trudno tak krótką znajomość nazwać przyjaźnią, kobiety od razu przypadły sobie do gustu. Niestety każda z nich miała swój codzienny grafik wypełniony po brzegi, więc często nawet nie było okazji, by dłużej porozmawiać, i kończyło się jedynie na jakichś przelotnych small talkach. Fajnie było pogadać chwilę w pracy, ale poza nią - do tej pory każda szła w swoją stronę.
- Chciałabym. Mam jeszcze kilku oblechów do wymasowania. A ty?
- Jeszcze dwie osoby. Pomyślałam, że może potem skoczymy na kawę. - Dorota była kosmetyczką, więc jeden klient zajmował jej tyle czasu, co dwóch klientów Beaty.
Wśród kuracjuszy przeważali ludzie w podeszłym wieku, a do kosmetyczki trafiały z reguły samotne panie chcące przypodobać się samotnym panom. Przeważnie, żeby dobrze wyglądać, wybierały regulację brwi z henną oraz jakiś zabieg na twarz, który dawał im poczucie, że czarodziejskie kosmetyki odmłodziły je o co najmniej dwadzieścia lat. Oczywiście, kosmetyki używane w salonach są znakomitej jakości i przynoszą widoczne efekty przy długotrwałym stosowaniu, ale niestety nie po jednym zabiegu. Natychmiastowy rezultat był widoczny wyłącznie w psychice i na naskórku, który stawał się miękki po zastosowaniu odpowiednich produktów. Nie należało się jednak spodziewać takiego efektu wow, że znajomi przestaną rozpoznawać cię na ulicy albo zaczną pytać, co takiego stosujesz, że nagle ubyło ci tyle lat.
- Chętnie! Marzę o cynamonowym cappuccino!
- To umówione!
[...]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.