Cena naszych przeżyć - Ewa Lewandowska

-
Proszę czekać

Cena na­szych prze­żyć

isbn 978-83-8423-700-7

? Ewa Le­wan­dow­ska i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Ma­rze­na Kwiet­niew­ska-Ta­lar­czyk

ko­rek­ta: Aga­ta Ogó­rek

okład­ka: Oli­wia Błasz­czyk

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz - Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@no­va­eres.pl

http://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.

I. Nowe i sta­re wię­zi

Spe­cja­li­ści alar­mu­ją o wzro­ście za­ży­wa­nia E-x wśród co­raz młod­szych osób. Po­mi­mo wie­lu kam­pa­nii uświa­da­mia­ją­cych dłu­go­trwa­łe skut­ki wy­co­fa­nego leku wi­zja zwięk­szo­nej wy­daj­no­ści jest dla wie­lu zbyt ni­sko wi­szą­cym owo­cem. Czy cią­gły wy­ścig za suk­ce­sem i nar­ko­ty­ki wy­koń­czą...

Prze­łą­czy­łam sta­cję, wzdy­cha­jąc i pa­trząc na na­wi­ga­cję, ile mi jesz­cze zaj­mie do­je­cha­nie do celu. W TC do­tar­cie z jed­nej czę­ści mia­sta do dru­giej może za­jąć na­wet po­nad go­dzi­nę. Je­śli oczy­wi­ście nie utknie się w kor­ku. Za­ci­snę­łam moc­no szczę­kę. Ścisk w żo­łąd­ku był co­raz sil­niej­szy. Uchy­li­łam okno, żeby otrzeź­wić się wcze­sno­czerw­co­wą bry­zą. Tro­chę, bo tro­chę, ale po­ma­ga­ło. Na­praw­dę to był nie­naj­lep­szy czas na mor­der­stwo. Za­miast po­znać no­we­go part­ne­ra na spo­koj­nie, bę­dzie­my mu­sie­li do­stro­ić się do sie­bie nad zwło­ka­mi. Na­wet się nie do­wiem, ja­kim jest ty­pem czło­wie­ka, a będę mu­sia­ła mu za­ufać, że ni­cze­go nie spier­do­li. Nic już na to nie po­ra­dzę. Te­raz bar­dziej roz­pra­szał mnie na­ra­sta­ją­cy ucisk w żo­łąd­ku. Mu­sia­łam się sku­pić i jak naj­szyb­ciej do­je­chać do celu.

W ciem­no­ściach wi­dzia­łam już od­bi­cia po­li­cyj­nych świa­teł. Wzię­łam głę­bo­ki od­dech, moc­niej za­ci­ska­jąc pal­ce na kie­row­ni­cy. Przy­byw­szy na miej­sce, szyb­ko się­gnę­łam do ple­ca­ka i cha­otycz­nie prze­rzu­ca­jąc rze­czy, zdo­ła­łam wy­ło­wić opa­ko­wa­nie ta­ble­tek, z któ­re­go wy­grze­ba­łam jed­ną i po­łknę­łam łap­czy­wie. Za­mknę­łam po­wie­ki, cze­ka­jąc na ulgę, po­tem wy­sia­dłam z sa­mo­cho­du. Prze­cho­dząc przez ta­śmy po­li­cyj­ne, po­ka­za­łam swo­ją od­zna­kę funk­cjo­na­riu­szo­wi po­li­cji. No­wo­cze­sny bia­ły dom, ja­kich wie­le na tym osie­dlu. Wnę­trze peł­ne mar­mu­ru, chłod­ne. Bez emo­cji. Wkła­da­jąc rę­ka­wicz­ki, przy­wi­ta­łam się ze wszyst­ki­mi. W moją stro­nę pod­cho­dził pew­nym kro­kiem wy­so­ki za­dba­ny bru­net. Wcze­śniej stał przy Jo­se­fie. Uśmie­cha­jąc się, wy­cią­gnął do mnie rękę. Je­dy­na oso­ba, któ­rej tu­taj nie zna­łam. Mój nowy part­ner.

- Do­bry wie­czór. Je­stem Edward Hale. Bę­dzie­my od dziś ze sobą pra­co­wać. Szko­da, że nie uda­ło się tego zro­bić w in­nych wa­run­kach - rzekł do mnie. Tak­że po­da­łam mu dłoń. Jego uścisk był moc­ny, ale bez­bo­le­sny. Ja­sno po­ka­zy­wał, że nie jest tu przy­pad­kiem.

- Flos Mor­tu­us. Miło mi - prze­sta­wi­łam się. - Wpro­wa­dzisz mnie w sy­tu­ację? - Od­wró­ci­łam się w stro­nę Jo­se­fa. Ten po­ki­wał gło­wą.

- Mat­ka de­na­ta pró­bo­wa­ła do­dzwo­nić się do syna. Gdy nie od­bie­rał ani nie od­dzwa­niał przez ko­lej­ne go­dzi­ny, po­sta­no­wi­ła przy­je­chać. Było to dla nie­go nie­ty­po­we, żeby być bez kon­tak­tu przez tyle go­dzin. Na miej­scu zna­la­zła otwar­te drzwi i zwło­ki Jo­sha Ba­ke­ra. Lat trzy­dzie­ści sześć, pra­cu­ją­cy w kor­po. Był w związ­ku z Oli­vie­rem Brow­nem, z któ­rym nie ma kon­tak­tu.

Ro­zej­rza­łam się po sa­lo­nie. Ofia­ra z roz­bi­tą po­ty­li­cą. Cia­­ło skie­ro­wa­ne w stro­nę wnę­trza miesz­ka­nia. Bli­sko zwłok le­ża­ły klu­cze od miesz­ka­nia. Mu­sia­ły mu wy­paść krót­ko po wej­ściu do środ­ka. Po­chy­li­łam się nad cia­łem. Przy no­gach le­żał roz­bi­ty wa­zon, a jego reszt­ki wy­sta­wa­ły z rany. Dru­gi cios był wy­ko­na­ny no­żem w ple­cy, w oko­li­ce le­we­go płu­ca. Na­rzę­dzie zbrod­ni zo­sta­ło wy­cią­gnię­te z miej­sca za­da­nia cio­su i od­rzu­co­ne na bok, co spo­wo­do­wa­ło duży krwo­tok, więc naj­praw­do­po­dob­niej to było bez­po­śred­nią przy­czy­ną śmier­ci Jo­sha.

- Ja­kieś śla­dy w in­nych czę­ściach domu? - za­py­ta­łam. - Dla mnie to wy­glą­da, jak­by coś nie po­szło zgod­nie z pla­nem. Za dużo cha­osu już na pierw­szy rzut oka.

- Tech­ni­cy za­bez­pie­cza­ją kuch­nię. Mu­si­my chwil­kę po­cze­kać, aż zro­bią swo­je. Sami je­ste­śmy tu od nie­daw­na - od­po­wie­dział Jo­sef.

- W ta­kich miej­scach czę­sto są ka­me­ry.

- Ba­ker i Brown nie mie­li mo­ni­to­rin­gu, ale nasi lu­dzie już kon­tak­tu­ją się w tej spra­wie z są­sia­da­mi - wtrą­cił Edward.

- Masz ja­kieś swo­je ob­ser­wa­cje? Je­stem cie­ka­wa two­jej per­spek­ty­wy. - Mó­wiąc, spoj­rza­łam na nie­go uważ­nie.

Przez chwi­lę jego twarz wy­ra­ża­ła zmie­sza­nie, ale po krót­kim wes­tchnie­niu za­czął punk­to­wać:

- De­nat zo­stał za­bi­ty z za­sko­cze­nia w mo­men­cie, gdy wcho­dził do miesz­ka­nia. Naj­praw­do­po­dob­niej wró­cił wcze­śniej do domu. Szcze­gó­ły będą zna­ne po wy­ko­na­nej au­top­sji, ale wy­da­je mi się, że spraw­ca był o wie­le niż­szy i słab­szy od nie­go.

- Śla­dy po wa­zo­nie są dość płyt­kie - wtrą­ci­łam. Edward ski­nął gło­wą.

- To nie wy­glą­da na ty­po­wy ra­bu­nek. Na pierw­szy rzut oka nic nie zgi­nę­ło - do­dał Jo­sef. - Bę­dzie­my mu­sie­li po­cze­kać, aż tech­ni­cy wszyst­ko za­bez­pie­czą, i do­wie­dzieć się, jak wy­glą­dał jego dzień.

- Mu­si­my się też do­wie­dzieć, gdzie jest jego part­ner. Nie jest wy­klu­czo­ne, że może mieć z tym zwią­zek. Brak kon­tak­tu z nim nie po­ma­ga - za­uwa­ży­łam. Po chwi­li do­da­łam: - W su­mie... Gdzie jest jego te­le­fon? - Wska­za­łam pal­cem cia­ło.

- Już za­bez­pie­czo­ny.

Po­de­szłam do ze­bra­nych do­wo­dów i po­szu­ka­łam wśród nich te­le­fo­nu. Wy­cią­gnę­łam z pla­sti­ku i od­blo­ko­wa­łam zim­nym pal­cem Jo­sha. Ką­tem oka wi­dzia­łam, że Edward chciał coś po­wie­dzieć, ale Jo­sef go szturch­nął i po­wie­dział coś ci­cho. Bil­lin­gi po­ka­za­ły wie­le nie­ode­bra­nych po­łą­czeń od mat­ki w cią­gu ostat­nich kil­ku go­dzin, tak­że kil­ka wy­cho­dzą­cych do Oli­vie­ra. W cią­gu dnia wy­ko­ny­wał wie­le po­łą­czeń, za­pew­ne więk­szość zwią­za­nych z pra­cą. Bę­dzie trze­ba zwe­ry­fi­ko­wać to wszyst­ko, gdy już po­ja­wi się ta bar­dziej ofi­cjal­na li­sta. We­szłam w wia­do­mo­ści i od razu sze­ro­ko się uśmiech­nę­łam.

- Co tam masz? - wes­tchnął Jo­sef, pod­cho­dząc i zer­ka­jąc mi przez ra­mię.

- Przez więk­szość dnia pi­sał ze swo­im chło­pa­kiem o pra­cy, jak sma­ko­wa­ła po­ran­na kawa i tym po­dob­ne, lecz kil­ka ostat­nich wia­do­mo­ści jest cie­ka­wych.

Oli­vier: Je­steś w sta­nie wró­cić wcze­śniej do domu?

Josh: Ra­czej nie... Mam jesz­cze jed­no spo­tka­nie. Coś się sta­ło? Mam za­dzwo­nić?

Oli­vier: Ech, nie przej­muj się. To nic ta­kie­go. Trzy­mam kciu­ki za do­bry me­eting ;*

Josh: Na pew­no? To do cie­bie nie­po­dob­ne.

Oli­vier: Na pew­no. Spo­koj­nie.

Josh: Okej, trzy­mam za sło­wo. Po­sta­ram się jak naj­szyb­ciej wró­cić.

Josh: Po­ga­da­łem z prze­ło­żo­nym i prze­ło­ży­li­śmy to spo­tka­nie na ju­tro. Znam cię.

Oli­vier: Po­łą­cze­nie nie­ode­bra­ne.

Oli­vier: Po­łą­cze­nie nie­ode­bra­ne.

Josh: Pro­szę, od­dzwoń. Jadę już do domu.

- Po­wiem, żeby jak naj­szyb­ciej zdo­by­li bil­lin­gi od ope­ra­to­ra - po­wie­dział Jo­sef po­wo­li. - Te­raz odłóż to na miej­sce - do­dał su­ro­wo.

- Taki mia­łam za­miar. Chodź­my do tej kuch­ni.

Na pierw­szy rzut oka wszyst­ko wy­glą­da­ło po­praw­nie, ale ku­chen­ne ak­ce­so­ria były bar­dzo dziw­nie po­ukła­da­ne. W sen­sie, jak na taki dom. Gdy pa­trzy się na ta­kie prze­strze­nie, to do­słow­nie wszyst­ko jest uło­żo­ne od li­nij­ki, jak­by to była wy­sta­wa w skle­pie. Tu­taj wy­glą­da­ło na: byle by było. Na pod­ło­dze znaj­do­wa­ły się tak­że małe kro­ple krwi; wąt­pi­łam, żeby na­le­ża­ły do Jo­sha, ale tego do­wie­my się nie­dłu­go. Jo­sef roz­glą­dał się po­wo­li. Otwie­rał wszyst­kie szaf­ki po ko­lei.

- Co tam kom­bi­nu­jesz? - za­py­ta­łam.

- Hm... Po­my­śla­łem, że roz­ło­że­nie tych rze­czy jest bar­dzo nie­na­tu­ral­ne, więc chcia­łem na coś zer­k­nąć. Wi­dzisz coś?

Zro­bił punkt, o któ­rym sama po­my­śla­łam. Na po­cząt­­ku nie wie­dzia­łam, co ta­kie­go zo­ba­czył w tych szaf­kach. Po chwi­li ob­ser­wa­cji za­uwa­ży­łam coś:

- Nie ma peł­ne­go kom­ple­tu szkla­nek, wła­ści­wie... dużo bra­ku­je.

- Ktoś mógł coś na szyb­ko prze­sta­wiać. Może wła­śnie coś roz­bił. Może to krew spraw­cy?

- W każ­dym ra­zie to dziw­ne. Ktoś przy­naj­mniej czę­ścio­wo tu po­sprzą­tał. Ko­lej­ny punkt su­ge­ru­ją­cy, że mor­der­stwo Ba­ke­ra mo­gło nie być pla­no­wa­ne.

- My­śli­cie, że cze­goś szu­kał?

- Inne czę­ści domu wy­glą­da­ją na nie­tknię­te. Mu­si­my się do­wie­dzieć, gdzie jest Oli­vier.

- - -

Po za­koń­cze­niu oglę­dzin po­je­cha­li­śmy na po­ste­ru­nek. W biu­rze cięż­ko opa­dłam na swój fo­tel. Spoj­rza­łam na sie­dze­nie na­prze­ciw­ko mnie. Już za kil­ka mi­nut ktoś tu usią­dzie. Pa­mię­tam, jak przed kil­ko­ma laty, pierw­sze­go dnia pra­cy w tym miej­scu sama tam sie­dzia­łam i roz­ma­wia­łam. Wes­tchnę­łam i cze­ka­jąc na Edwar­da, prze­glą­da­łam do­ku­men­ta­cję z miej­sca zbrod­ni. W kuch­ni zna­le­zio­no w ko­szu na śmie­ci roz­bi­te na­czy­nia. Było ich nie­wie­le, część chy­ba zo­sta­ła wy­nie­sio­na. Spraw­ca mu­siał za­brać je ze sobą, bo w ko­szu ze­wnętrz­nym nie zna­le­zio­no nic, co by pa­so­wa­ło. Nie było wi­dać tak­że żad­nych śla­dów wła­ma­nia, więc Brown mu­siał znać mor­der­cę i za­pro­sić go do środ­ka. Ewen­tu­al­nie ktoś go za­stra­szył. W ta­kim przy­pad­ku ra­czej nie miał­by cza­su, żeby na­pi­sać do part­ne­ra. Oli­vier czuł się nie­pew­nie. Czuł się przy nim nie­kom­for­to­wo, ale ra­czej nie spo­dzie­wał się ta­kie­go za­koń­cze­nia. Dla­cze­go nie po­wie­dział Jo­sho­wi, co do­kład­nie się dzie­je?

Puk. Puk. Spoj­rza­łam na otwie­ra­ją­ce się drzwi, zza któ­rych wy­chy­lał się Edward. Wsta­łam i sta­nę­łam przed biur­kiem, mó­wiąc:

- Czas na tro­chę bar­dziej ofi­cjal­ne przy­wi­ta­nie. Ehm. Wi­tam w two­im no­wym miej­scu pra­cy. To jest moje biu­ro, gdzie pro­wa­dzi­my też spo­tka­nia z ze­spo­łem. Ty masz miej­sce pra­cy na ze­wnątrz, obok Jo­se­fa, któ­re­go już po­zna­łeś, i Ste­ve'a, któ­ry do­łą­czy do nas póź­niej. Sama też więk­szość cza­su spę­dzam z wami, ale cza­sem się tu za­my­kam, jak mu­szę się sku­pić. Mam na­dzie­ję na do­brą współ­pra­cę. Spę­dzi­my ze sobą spo­ro cza­su. W naj­bliż­szych dniach po­znasz struk­tu­ry na­szej pra­cy. Chcia­łam za­dać ci też kil­ka py­tań, żeby le­piej wie­dzieć, cze­go się spo­dzie­wać. - Wró­ci­łam na swo­je miej­sce, wska­zu­jąc Edwar­do­wi fo­tel na­prze­ciw­ko. Po­czu­łam głód, ale nie mia­łam te­raz cza­su się tym za­jąć. - Oczy­wi­ście w dru­gą stro­nę też to dzia­ła.

- No ja­sne - od­po­wie­dział, zdej­mu­jąc płaszcz i zaj­mu­jąc wska­za­ne sie­dze­nie.

- Stre­sik? - Uśmiech­nę­łam się de­li­kat­nie. Edward od­wza­jem­nił uśmiech.

- Tro­chę. Mia­łem przy­je­chać tu do­pie­ro ju­tro rano. Nie­daw­no za­mel­do­wa­łem się w mo­te­lu. Za­mie­rza­łem nie­dłu­­go pójść spać.

- Prze­pra­szam... W mo­te­lu? Nie je­steś stąd?

- Nie. Wcze­śniej by­łem po­li­cjan­tem w mniej­szej miej­sco­wo­ści, więc jak zo­ba­czy­łem szan­sę, aby pra­co­wać w TC, nie mo­głem nie spró­bo­wać - po­wie­dział z bły­skiem w oku. - A miesz­ka­nie znaj­dę prę­dzej czy póź­niej.

- Do­ce­niam de­ter­mi­na­cję w ta­kim ra­zie. Przy ja­kich spra­wach wcze­śniej pra­co­wa­łeś? Zda­rza­ły się bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne sy­tu­acje?

- Głów­nie ra­bun­ki, ale w kil­ku spra­wach o mor­der­stwo lub na­paść też bra­łem udział. Więc spo­koj­nie... Nie będę kulą u nogi. - Za­śmiał się. - A pro­pos py­tań. Coś mi nie daje spo­ko­ju. Oso­ba, któ­ra mnie za­trud­ni­ła, na­zy­wa się Ma­rius Mor­tu­us.

- Zga­dza się - od­po­wie­dzia­łam, wie­dząc, do cze­go zmie­rza.

- Ro­dzi­na czy przy­pad­ko­wa zbież­ność na­zwisk? - za­py­tał z cie­ka­wo­ścią w gło­sie.

- Oj­ciec. Czy to coś nie­zwy­kłe­go, że dziec­ko wy­bra­ło ten sam za­wód co ro­dzic? - od­par­łam przez za­ci­śnię­te zęby.

- Nie było kon­tro­wer­sji, że cór­ka sze­fa jest ka­pi­ta­nem jed­nost­ki spe­cjal­nej? Jesz­cze w two­im wie­ku?

Zim­ne poty prze­szły mi przez ple­cy. Chcia­łam coś od­po­wie­dzieć, jed­nak to mię­śnie za­re­ago­wa­ły szyb­ciej. Się­gnę­łam przez biur­ko i zła­pa­łam go za koł­nierz. Zbli­ży­łam jego twarz do biur­ka. Nie był na to go­to­wy. Miał wol­ne ręce, ale nie pró­bo­wał się wy­rwać, mimo to czu­łam, jak na­pi­na cia­ło i cze­ka na roz­wój sy­tu­acji.

- Słu­chaj. To, czy in­nym ta de­cy­zja się po­do­ba, czy nie, nie jest waż­ne. A chcia­łam na­po­mknąć, że two­je po­dej­ście do tej spra­wy nie jest zbyt in­te­li­gent­ne, nowy. Na­szym za­da­niem jest po­moc lu­dziom, a nie zaj­mo­wa­nie się ja­ki­miś ta­ni­mi dra­ma­mi. Je­śli my­ślisz, że mo­żesz ta­kim za­cho­wa­niem coś zdzia­łać, to się gru­bo my­lisz - syk­nę­łam i go pu­ści­łam. Nie był już taki sko­ry do dal­szych ko­men­ta­rzy. W jego oczach wi­dzia­łam skry­wa­ny gniew. - Za­raz wró­cę i wte­dy ład­nie omó­wi­my spra­wę, po czym wspól­nie ob­ga­da­my wnio­ski z resz­tą.

Nie cze­ka­łam na re­ak­cję. Zgar­nia­jąc ple­cak, od razu się od­wró­ci­łam i skie­ro­wa­łam swo­je kro­ki w stro­nę to­a­le­ty. Opar­łam się cięż­ko o drzwi ka­bi­ny. Głód nie da­wał mi już spo­ko­ju. Się­gnę­łam po opa­ko­wa­nie ta­ble­tek. Wy­sy­pa­łam je na dłoń i chwi­lę na nie pa­trzy­łam. Cza­sa­mi mia­łam wra­że­nie, że one też wpa­tru­ją się we mnie. Wsy­pa­łam je po­now­nie do opa­ko­wa­nia, zo­sta­wia­jąc jed­ną na środ­ku dło­ni, i szyb­ko ją po­łknę­łam.

Gdy wró­ci­łam do Edwar­da, nie pi­snął ani sło­wa o tym, co się sta­ło. Ze­bra­li­śmy do­tych­cza­so­we do­wo­dy i zro­bi­li­śmy dłu­gie spo­tka­nie ze wszyst­ki­mi. By­li­śmy w sta­nie zo­ba­czyć na na­gra­niach z mo­ni­to­rin­gu mo­ment, gdy przed mor­der­stwem Jo­sha ktoś przy­je­chał ciem­nym se­da­nem i zo­stał wpusz­czo­ny do środ­ka. Naj­pew­niej przez Oli­vie­ra. Ja­kieś dzie­sięć mi­nut póź­niej oso­ba ta pod­je­cha­ła od tyłu po­se­sji, skąd nie mie­li­śmy już na­grań. Oli­vie­ra nie było w domu, gdy przy­je­cha­ła mat­ka Jo­sha, ani nie wy­szedł z domu głów­nym wej­ściem. Więc naj­pew­niej od­je­chał sa­mo­cho­dem, któ­ry wi­dzie­li­śmy na na­gra­niu. Nie­ste­ty nie wie­dzie­li­śmy na­dal, czy żywy, czy nie. Krew z kuch­ni nie łą­czy­ła się z ni­kim z na­szej bazy da­nych. Oglą­da­li­śmy, jak Josh pod­jeż­dża na pod­jazd nie­świa­do­my, co się na­stęp­nie sta­nie. Po omó­wie­niu sek­cji zwłok po­twier­dzi­ło się, że rany zo­sta­ły za­da­ne na­rzę­dzia­mi, któ­re znaj­do­wa­ły się na miej­scu. Nic od­kryw­cze­go nie wy­szło w tym te­ma­cie. Od mat­ki ofia­ry i z bi­lin­gów do­wie­dzie­li­śmy się, że Oli­vier nie miał ro­dzi­ny, a przy­naj­mniej ta­kiej, z któ­rą utrzy­my­wał kon­takt. Zaj­mo­wał się do­ryw­czo księ­go­wo­ścią, bo Josh stwier­dził, że nie mu­siał pra­co­wać na pe­łen etat. Z wia­do­mo­ści, ja­kie wy­mie­nia­li, do­wie­dzie­li­śmy się, że Oli­vier na­le­żał do gru­py wspar­cia dla osób uza­leż­nio­nych od E-x, i to był na ra­zie nasz naj­lep­szy trop, żeby do­wie­dzieć się o nim tro­chę wię­cej. Spę­dzi­li­śmy do­brych kil­ka go­dzin, oma­wia­jąc wszyst­ko i two­rząc plan dzia­łań. Stwier­dzi­li­śmy, że tej nocy już dużo nie zdzia­ła­my, więc wró­ci­li­śmy do do­mów na bar­dzo krót­ki sen.

- - -

Je­cha­łam jako pa­sa­żer­ka z Edwar­dem na spo­tka­nie osób, któ­re bo­ry­ka­ją się z uza­leż­nie­niem od E-x. Przez więk­szość dro­gi nie od­zy­wa­li­śmy się do sie­bie. On sku­piał się na dro­dze, a ja sie­dzia­łam lek­ko sku­lo­na, pi­sząc wia­do­mo­ści na por­ta­lu rand­ko­wym. Nie­zbyt od­po­wied­ni czas, ale mu­sia­łam za­jąć czymś gło­wę, choć na chwi­lę. Od Edwar­da sły­chać było tyl­ko ­ci­che prze­ły­ka­nie kawy. W koń­cu mia­łam dość i za­czę­łam roz­mo­wę:

- Prze­pra­szam za wczo­raj. To było nie­pro­fe­sjo­nal­ne.

- Jest za co - oznaj­mił szyb­ko.

- By­łeś chu­jem.

- Wiem, też prze­pra­szam. Je­stem dość cie­kaw­ski. Cza­sa­mi trud­no mi się po­wstrzy­mać.

- Może się wy­da­wać, że to do­bra ce­cha w na­szej pra­cy, ale wszyst­ko ma swo­je gra­ni­ce. Mu­sisz tro­chę nad tym za­pa­no­wać.

Ko­lej­ne kil­ka mi­nut znów mi­nę­ły w ci­szy.

- Na moim osie­dlu są wol­ne miesz­ka­nia na wy­na­jem - po­wie­dzia­łam.

- Miał­bym te­raz być two­im są­sia­dem? - za­śmiał się.

- Aku­rat w moim blo­ku, o ile wiem, wszyst­ko jest za­ję­te, więc nie bę­dzie­my mi­jać się w win­dzie, je­śli o to py­tasz. Po­de­ślę ci póź­niej kon­takt. Jak sko­rzy­stasz, to sko­rzy­stasz. Jak nie, to nie.

- Dzię­ki - mruk­nął ci­cho.

Pod­je­cha­li­śmy na miej­sce, a mnie na samą myśl o roz­mo­wie na te­mat E-x skrę­ca­ło w żo­łąd­ku. Lub ewen­tu­al­nie mój mózg przy­po­mniał so­bie, że tej sub­stan­cji jesz­cze po wsta­niu nie bra­łam. Gdy we­szli­śmy na salę, spo­tka­nie jesz­cze trwa­ło. Opar­li­śmy się o ścia­nę i słu­cha­li­śmy hi­sto­rii ko­bie­ty, któ­ra za­czę­ła brać E-x, gdy jesz­cze był on prze­pi­sy­wa­ny przez le­ka­rzy. Lek ide­al­ny, miał po­ma­gać w wie­lu cho­ro­bach i za­bu­rze­niach. Od re­gu­la­cji emo­cji, snu, ape­ty­tu po zwięk­sze­nie sku­pie­nia i zdol­no­ści mo­to­rycz­nych. Zbyt szyb­ko tra­fił na ry­nek po zbyt krót­kich te­stach. Na po­cząt­ku efek­ty były nie­sa­mo­wi­te. W krót­ko­okre­so­wym za­ży­wa­niu nic nie wska­zy­wa­ło na wła­ści­wo­ści uza­leż­nia­ją­ce. Do­pie­ro po pew­nym cza­sie oka­zu­je się, że nie je­steś w sta­nie nor­mal­nie funk­cjo­no­wać bez nie­go. Po kil­ku mie­sią­cach E-x zo­stał wy­co­fa­ny z ryn­ku, od­kry­to wie­le za­nie­dbań na każ­dym eta­pie pro­duk­cji i do­pusz­cze­nia do sprze­da­ży. Czar­ny ry­nek za to szyb­ko pod­ła­pał te­mat. Ile lu­dzi za­czę­ło so­bie wma­wiać, że oni będą umie­li po­wie­dzieć stop, za­nim się uza­leż­nią. Prze­cież to tyl­ko, żeby zdać eg­za­min, do­stać awans, wyjść szyb­ko z de­pre­sji. Pro­blem tkwił w ludz­kiej na­tu­rze, któ­ra nie umie od­ma­wiać so­bie dro­gi na skró­ty. Sto­imy te­raz w po­ko­ju wy­peł­nio­nym ludź­mi, któ­rzy prze­szli, albo będą prze­cho­dzić, przez pie­kło wy­cho­dze­nia z uza­leż­nie­nia od E-x. O ile prze­ży­ją, bo wie­le osób, kie­dy tra­ci do­stęp do nar­ko­ty­ku, po­peł­nia sa­mo­bój­stwo. Naj­gor­sze jest to, jak sub­tel­nie on dzia­ła. Jak nor­mal­nie czu­jesz się w trak­cie bra­nia go i tyl­ko w trak­cie bra­nia.

Ze skrę­ta­mi w żo­łąd­ku uda­ło mi się do­trwać do koń­ca spo­tka­nia i mo­gli­śmy po­dejść do pro­wa­dzą­ce­go.

- Dzień do­bry, Flos Mor­tu­us i Edward Hale z TCCD. Mo­gli­by­śmy za­dać kil­ka py­tań do­ty­czą­cych jed­ne­go z uczest­ni­ków tych spo­tkań? - za­py­ta­łam, po­ka­zu­jąc jed­no­cze­śnie od­zna­kę.

- Do­bry... Law­ren­ce Al­len, miło mi po­znać, ale nie wiem, w czy mogę po­móc. Co się sta­ło? - od­po­wie­dział prze­stra­szo­ny.

- Cho­dzi o Oli­vie­ra Brow­na. Chcie­li­by­śmy usta­lić kil­ka fak­tów z jego ży­cia. Spo­koj­nie, to tyl­ko dla jego do­bra - wy­ja­śnił Edward.

- Okej, okej... Jak wi­dzie­li­ście, dziś go nie ma. Nor­mal­nie przy­cho­dzi na każ­de spo­tka­nie. Jest men­to­rem dla wie­lu osób. Ma ja­kieś kło­po­ty?

- Na ra­zie nie mo­że­my od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie. Mam ro­zu­mieć, że pan Brown w prze­szło­ści był uza­leż­nio­ny od E-x? Mógł­by pan opo­wie­dzieć nam o tym coś wię­cej?

- Jest czy­sty od dwóch lat. Wcze­śniej pra­co­wał na­wet w tym biz­ne­sie, ale nie za wie­le o tym mó­wił. Stwier­dził, że cza­sa­mi nie­któ­rych rze­czy le­piej nie wie­dzieć... Po­ma­ga­łem mu na od­wy­ku.

- Jak coś ta­kie­go wy­glą­da? - za­py­ta­łam, czu­jąc pot ście­ka­ją­cy mi po cie­le. Splo­tłam ręce za ple­ca­mi, żeby nie było wi­dać, jak drżą.

- Ta­kiej oso­by nie na­le­ży zo­sta­wiać sa­mej. Na co dzień pra­cu­ję w kli­ni­ce, któ­ra po­ma­ga lu­dziom bez­piecz­nie scho­dzić z E-x. Po­moc po­le­ga na kon­tro­lo­wa­niu, co pa­cjent robi, ja­kie bra­ki za­czy­na­ją wy­stę­po­wać w or­ga­ni­zmie. Do­bra­nie pod to od­po­wied­nie­go le­cze­nia i po­moc psy­cho­lo­gicz­na na każ­dym eta­pie. Nie­ste­ty to cięż­kie za­da­nie, zwłasz­cza gdy oso­ba jest na eta­pie prze­cho­dze­nia psy­choz, ale w każ­dym sta­dium je­ste­śmy w sta­nie po­móc, żeby po­pra­wić ja­kość ży­cia pa­cjen­tów. Po pro­stu im prę­dzej, tym mniej­sze skut­ki od­czu­wa or­ga­nizm. - Mó­wiąc, pa­trzył bez­po­śred­nio na mnie. Po­czu­łam się eks­tre­mal­nie nie­kom­for­to­wo. - Tak czy ina­czej, każ­dy pa­cjent ma swo­je­go opie­ku­na, któ­ry po­ma­ga mu prze­cho­dzić ten cały pro­ces. Fun­do­wał mu to jego part­ner Josh Ba­ker. Nie­sa­mo­wi­cie wy­ro­zu­mia­ły fa­cet.

- Mie­li do­bry kon­takt? Jak wy­glą­da­ła ich re­la­cja? Czy Oli­vier wspo­mi­nał może o ja­kichś kon­flik­tach? - do­py­ty­wał się Edward.

- Prze­pra­szam za ilość py­tań. Za­cznij­my od re­la­cji z Jo­shem. - Spoj­rza­łam na Edwar­da, chy­ba zro­zu­miał, że za bar­dzo się roz­pę­dził. Zro­bi­łam krok w tył, na­praw­dę po­peł­ni­łam błąd, nie bio­rąc rano ta­ble­tek.

- Na ile mi wia­do­mo, to nie mie­li po­waż­niej­szych pro­ble­mów w związ­ku. Co do kon­flik­tów z in­ny­mi, trud­no stwier­dzić. Mówi się, że cza­sa­mi, jak się wej­dzie w ja­kiś krąg, to cięż­ko z nie­go wyjść. A on zde­cy­do­wa­nie w ta­kim krę­gu był. Nie­raz wspo­mi­nał, że spę­dzał czas głów­nie w miej­scach, gdzie al­ko­hol odej­mu­je ro­zum mło­dym lu­dziom. Mó­wił, że w okre­sie, kie­dy miał naj­więk­sze pro­ble­my, sie­dział w klu­bie i tyl­ko ob­ser­wo­wał, jak lu­dzie na bal­ko­nach się roz­my­wa­ją. Zda­wa­ło mu się, że two­rzą­ce się z nich cie­nie wska­zu­ją w jego stro­nę, a neo­ny na ścia­nach zmie­nia­ją kształ­ty. Opo­wia­dał, że miał mo­ment, gdy po­ło­żył się na be­to­no­wym par­kie­cie, bo chciał, żeby go zdep­ta­no. To był jego po­czą­tek psy­choz i na szczę­ście krót­ko po tym wy­lą­do­wał na od­wy­ku. Wię­cej nie­ste­ty ni­g­dy nie chciał zdra­dzić, a le­cze­nie szło w do­brym kie­run­ku, więc stwier­dzi­li­śmy, że nie ma sen­su na­ci­skać, bo jesz­cze się znie­chę­ci.

- Dzię­ku­je­my bar­dzo za po­moc. Edward, mo­żesz spi­sać dane do kon­tak­tu? Moż­li­we, że bę­dzie­my jesz­cze dzwo­nić. Tak samo, je­śli panu coś się przy­po­mni, pro­szę nas od razu po­wia­do­mić. Ja pój­dę przo­dem - oznaj­mi­łam i po­śpiesz­nie skie­ro­wa­łam się do to­a­le­ty.

Wy­mio­to­wa­łam, klę­cząc nad musz­lą klo­ze­to­wą, trzy­ma­jąc się trzę­są­cy­mi dłoń­mi za de­skę. Gdy cięż­ko ła­pa­łam od­dech mię­dzy ko­lej­ny­mi od­ru­cha­mi, roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi.

- Za­ję­te! - krzyk­nę­łam.

- Ku­pi­łem ci bu­tel­kę wody - usły­sza­łam głos Edwar­da.

- Zo­staw pod drzwia­mi. Coś mi za­szko­dzi­ło. Za­raz wyj­dę.

- Mam gło­śno za­cząć mó­wić, na co mi to wy­glą­da?

Prze­wró­ci­łam ocza­mi i chwiej­nie po­de­szłam do drzwi. Edward wszedł do środ­ka i za­blo­ko­wał za sobą za­mek. Po­dał mi bu­tel­kę. Prze­płu­ka­łam usta i krztu­sząc się, wzię­łam łap­czy­wie łyk. Pa­trzy­łam, jak Edward pod­cho­dzi do ple­ca­ka, któ­ry zo­sta­wi­łam koło musz­li, i szu­ka w nim cze­goś. Nie re­ago­wa­łam. Wie­dzia­łam, że już nie ma sen­su. Na­praw­dę, to był świet­ny po­czą­tek współ­pra­cy. Wy­cią­gnął zna­ne mi opa­ko­wa­nie i mi je po­dał. Wy­cią­gnę­łam jed­ną ta­blet­kę i po­łknę­łam.

- To przy­naj­mniej wy­ja­śnia twój wczo­raj­szy na­pad agre­sji. I bla­dą, prze­su­szo­ną cerę. I trzę­są­ce się ręce. I wy­mio­ty. I pew­nie w naj­bliż­szych dniach wię­cej rze­czy. Al­len to spe­cja­li­sta, do­my­ślił się po jed­nej roz­mo­wie. Gdy za­py­ta­łem go wprost, czy coś in­sy­nu­ował w trak­cie wy­wia­du, to po­wie­dział bez­po­śred­nio, że two­je ob­ja­wy są ty­po­we dla osób, któ­re są w po­cząt­ko­wych eta­pach gło­du. Cała się po­ci­łaś, mu­sia­ła­byś to zo­ba­czyć z na­szej per­spek­ty­wy.

Pró­bo­wa­łam od­czy­tać jego in­ten­cje, lecz szum w gło­wie prze­szka­dzał mi w my­śle­niu. Mó­wił spo­koj­nie, nie śmiał się.

- Co za­mie­rzasz zro­bić z tym fak­tem? - za­py­ta­łam.

- Nie wiem. Czy zgło­sze­nie cię do wła­sne­go ojca coś by dało? Wąt­pię, a nie chcę psuć na­szych ukła­dów. I tak mie­li­śmy nie­naj­lep­szy po­czą­tek. Chcę to na­pra­wić. Za­le­ży mi na tej pra­cy, więc chy­ba będę uda­wał śle­pe­go - od­po­wie­dział spo­koj­nie.

Spoj­rza­łam na nie­go ze zdzi­wie­niem. Zmy­sły po­wo­li wra­ca­ły mi na swo­je miej­sce. Zbli­ży­łam się do Edwar­da, się­ga­jąc po ple­cak. Spoj­rza­łam mu pro­sto w oczy.

- Dzię­ku­ję. Na­wet nie wiesz, ile to dla mnie zna­czy. Ta pra­ca jest dla mnie do­słow­nie wszyst­kim - wy­mam­ro­ta­łam. - Jezu, co za wstyd... Dziś ci tłu­ma­czy­łam, że masz się wy­ka­zy­wać pro­fe­sjo­na­li­zmem. Je­stem ża­ło­sna! - Zła­pa­łam się za gło­wę.

- W ta­kim ra­zie je­ste­śmy kwi­ta. To co, za­czy­na­my od po­cząt­ku? - za­py­tał, wy­cią­ga­jąc do mnie rękę. Zła­pa­łam ją i pew­nie uści­snę­łam.

Prze­ka­za­li­śmy wszyst­kie in­for­ma­cje ze­spo­ło­wi i pró­bo­wa­li­śmy usta­lić, w ja­kich miej­scach mógł prze­by­wać Oli­vier. Zna­leź­li­śmy jego sta­re miej­sce za­miesz­ka­nia. Są­sie­dzi go ko­ja­rzy­li, ale ni­g­dy nie utrzy­my­wa­li z nim bliż­szych kon­tak­tów. Po­zna­li też Jo­sha, ale po­dob­no, gdy tyl­ko za­czę­li się spo­ty­kać, Oli­vier szyb­ko się wy­pro­wa­dził. Nie­ste­ty wciąż nie wie­dzie­li­śmy, gdzie do­kład­nie się po­zna­li ani w ja­kich oko­licz­no­ściach. Za­zna­czy­li­śmy na ma­pie kil­ka stref. Sta­re miesz­ka­nie Oli­vie­ra, dom Jo­sha i jego miej­sce pra­cy. Mu­sie­li się po­znać gdzieś w tych oko­li­cach. Na­nie­śli­śmy na to wszyst­kie bary i klu­by. Pró­bo­wa­li­śmy je na­stęp­nie po­rów­ny­wać z opi­sem, któ­ry usły­sze­li­śmy od Law­ren­ce'a.

Zna­leź­li­śmy jed­no per­fek­cyj­ne do­pa­so­wa­nie. Klub Lol­li­pop. Pla­no­wa­li­śmy tam po­je­chać, gdy do­sta­li­śmy in­for­ma­cję o pły­wa­ją­cych zwło­kach na obrze­żach mia­sta.

- - -

Cia­ło Oli­vie­ra Brow­na zo­sta­ło zna­le­zio­ne dry­fu­ją­ce na ta­fli je­zio­ra przez oso­by, któ­re urzą­dzi­ły w po­bli­żu ogni­sko. Do­kład­nej przy­czy­ny zgo­nu nie dało się okre­ślić na miej­scu, ale go­łym okiem wi­dać było otar­cia od lin na nad­garst­kach i kost­kach. Wciąż sto­jąc nad wodą, za­czę­li­śmy snuć do­my­sły.

- Ze­msta? Może miał ja­kieś dłu­gi? - za­pro­po­no­wał Jo­sef.

- Je­śli dzia­łał wcze­śniej w gru­pie prze­stęp­czej, nie trze­ba dużo, żeby chcie­li go zmieść - do­dał Edward.

- Po­wia­do­mię pa­to­lo­ga i tok­sy­ko­lo­ga, niech się zaj­mą jak naj­szyb­ciej zba­da­niem cia­ła Oli­vie­ra, że­by­śmy mo­gli spraw­nie kon­ty­nu­ować śledz­two. Nie wie­my, kie­dy i jak do­kład­nie zmarł, a woda nie po­ma­ga w usta­le­niu tego - po­wia­do­mi­łam ze­spół.

- Spójrz­cie na rany przy nad­garst­kach. Mu­siał się nie­źle szar­pać przed śmier­cią - do­łą­czył do dys­ku­sji Ste­ve. - My­śli­cie, że za­bi­li go w domu czy wy­wieź­li ży­we­go?

- Ra­czej zmarł poza do­mem. Nie mie­li­by na to cza­su. Nie za­po­mi­naj­my też o moż­li­wo­ści współ­pra­cy Oli­vie­ra z mor­der­cą. Nie wie­my na­dal, jaki był cel. Mo­gło coś po pro­stu pójść nie­zgod­nie z pla­nem. Wróć­my na ra­zie do do­mów. Mu­si­my i tak po­cze­kać na wy­ni­ki, a od­po­czy­nek też jest waż­ny - zde­cy­do­wa­łam.

- Cze­ka­my? A je­śli prze­ga­pi­my naj­waż­niej­szy mo­ment spra­wy i póź­niej bę­dzie tyl­ko go­rzej? - bu­rzył się Ste­ve.

- Pa­mię­taj­cie, że mamy do czy­nie­nia z do­mnie­ma­ną gru­pą prze­stęp­czą. Nie wie­my, czym się do­kład­nie zaj­mu­ją ani ilu mają lu­dzi. Mu­si­my być ostroż­ni, więc każ­da in­for­ma­cja, jaką bę­dzie­my mieć, idąc do klu­bu, może oka­zać się klu­czo­wa. Złe przy­go­to­wa­nie może kosz­to­wać za­wa­le­nie spra­wy lub ży­cie ko­goś z nas. Zle­cę po­li­cji pa­trol w nie­ozna­ko­wa­nych ra­dio­wo­zach wo­kół klu­bu. Będę was na bie­żą­co in­for­mo­wać - po­sta­no­wi­łam, od­wra­ca­jąc się i chcąc ru­szyć w stro­nę sa­mo­cho­du.

- Do kur­wy nę­dzy! So­bie chy­ba żar­tu­jesz! - krzyk­nął Jo­sef. - Da­mian o wie­le le­piej by wszyst­ko roz­pla­no­wał. - Od­wró­ci­łam się w jego stro­nę z sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi. Po chwi­li po­wie­dział: - Okej... Prze­sa­dzi­łem, prze­pra­szam. To, co chcia­łem po­wie...

- Da­mia­na tu nie ma. Ro­zu­miem, że chcesz mieć już to wszyst­ko za sobą, żeby spę­dzić week­end z ro­dzi­ną. Nie­ste­ty przy tej spra­wie na to się nie za­no­si, więc wy­ko­rzy­staj czas, któ­ry masz dzi­siaj. Do­ty­czy to wszyst­kich. - Ro­zej­rza­łam się po ze­spo­le. Nikt już nie miał nic wię­cej do do­da­nia, a Jo­sef od­wró­cił się ode mnie, spusz­cza­jąc gło­wę.

Tym ra­zem uda­ło mi się wsiąść do sa­mo­cho­du. Opar­łam gło­wę o kie­row­ni­cę, li­cząc do dzie­się­ciu. W gło­wie kłę­bi­ło mi się mnó­stwo my­śli. Jo­sef ma ra­cję. Bra­ku­je mi go. Ni­g­dy nie będę w sta­nie go za­stą­pić. Czu­łam się, jak­bym be­cza­ła wnie­bo­gło­sy, ale nie uro­ni­łam żad­nej łzy. Tym ra­zem nie po­peł­ni­łam tego sa­me­go błę­du i wzię­łam przed wy­jaz­dem E-x. Czy by­ło­by mi le­piej, gdy­bym dała upust swo­im emo­cjom? Nie je­stem pew­na. Ni­g­dy nie by­łam w tym do­bra. Od­ru­cho­wo roz­dra­py­wa­łam z ner­wów skó­rę na dło­ni.

Kie­dy uda­ło mi się tro­chę opa­no­wać my­śli, wy­cią­gnę­łam te­le­fon i na­pi­sa­łam do ko­bie­ty z por­ta­lu rand­ko­we­go, py­ta­jąc, czy ma czas spo­tkać się za go­dzi­nę. Sama też nie by­łam go­to­wa spę­dzić tego dnia sa­mot­nie. Cze­ka­jąc na od­po­wiedź, usły­sza­łam pu­ka­nie w szy­bę sa­mo­cho­du. Edward py­tał ge­sta­mi, czy wpusz­czę go do środ­ka. Od­blo­ko­wa­łam za­mek.

- Od­wie­ziesz mnie na ko­mi­sa­riat? Póź­niej dam ci spo­kój.

- Okej - od­po­wie­dzia­łam krót­ko.

Usły­sza­łam sy­gnał wia­do­mo­ści, więc za­nim ru­szy­łam, zer­k­nę­łam na wia­do­mość z po­zy­tyw­ną od­po­wie­dzią. Uśmiech­nę­łam się do sie­bie. Ru­szy­łam.

- Kim jest Da­mian? - za­py­tał Edward. - Re­ak­cja was oboj­­­­ga była dość... spe­cy­ficz­na.

- Do­szli­śmy do po­ro­zu­mie­nia. Nic wię­cej nie po­trze­bu­jesz wie­dzieć - od­po­wie­dzia­łam oschle. - Czy Jo­sef i Ste­ve mó­wi­li ci coś, kie­dy ode­szłam?

- Tak, że­bym dał ci spo­kój.

- Uwiel­biasz wci­skać nos w nie swo­je spra­wy, co?

- Dla­te­go je­stem de­tek­ty­wem - oznaj­mił pew­nie Edward.

- Nie tędy dro­ga - ostrze­głam go po­now­nie.

- Szu­ka­nie uko­je­nia w nar­ko­ty­kach też nie jest dro­gą.

Za­śmia­łam się. Coś w tym jest.

- Nie znasz mo­jej sy­tu­acji.

- Za­wsze mo­żesz mi opo­wie­dzieć. Wie­le rze­czy mnie czy­sto po ludz­ku za­sta­na­wia. Jak już je­steś uza­leż­nio­na, to ra­czej bie­rzesz sta­le. A wczo­raj to za­nie­dba­łaś, i dla­te­go w ogó­le za­uwa­ży­łem, że coś jest nie tak - mó­wił, roz­cią­ga­jąc się na sie­dze­niu.

Na po­cząt­ku nie za­mie­rza­łam od­po­wia­dać, ale do­szłam do wnio­sku, że le­piej udzie­lić mu ja­kich­kol­wiek wy­ja­śnień, żeby po­czuł sa­tys­fak­cję. Mu­siał być po mo­jej stro­nie.

- Ostat­nio zwięk­szy­ła mi się to­le­ran­cja i jesz­cze było mi trud­no do­pa­so­wać daw­ko­wa­nie. Jed­na z wie­lu od­po­wie­dzi.

- Czy­li mogę za­da­wać ko­lej­ne py­ta­nia?

- Wy­czer­pa­łeś li­mit dzien­ny.

- Okej, więc wró­cę do tego ju­tro.

Spoj­rza­łam się na nie­go prze­lot­nie, krę­cąc gło­wą. Na­praw­­­­dę był nie­moż­li­wy. Za­nim do­je­cha­li­śmy na miej­sce, zmie­ni­li­śmy te­mat, roz­ma­wia­jąc o co­dzien­nych spra­wach, żar­tu­jąc so­bie. Gdy już za­wio­złam go na miej­sce, sama za­par­ko­wa­łam w po­bli­żu, we­szłam do ka­wiar­ni i ro­zej­rza­łam się za Joy.

- - -

Po chwi­li cze­ka­nia i kil­ku wy­mie­nio­nych wia­do­mo­ściach zo­ba­czy­łam ją. Uro­czą i drob­ną blon­dyn­kę, któ­rej uśmiech mógł przy­ćmić każ­dą nie­do­god­ność. Przed­sta­wi­ły­śmy się so­bie na­wza­jem i za­mó­wi­ły­śmy kawę.

- Pi­sa­łam już o tym, ale wolę się upew­nić jesz­cze raz. Mam dość nie­re­gu­lar­ną pra­cę, więc jak do­sta­nę te­le­fon, będę mu­sia­ła wyjść.

- Ja­sne, wspo­mi­na­łaś, że je­steś po­li­cjant­ką, tak? - po­wie­dzia­ła Joy, po­chy­la­jąc się lek­ko w moją stro­nę.

- Tak, ale to nic cie­ka­we­go. Chcę cię po­znać, sko­ro mamy tak mało cza­su.

- Co chcesz wie­dzieć w ta­kim ra­zie? - spy­ta­ła Joy, czer­wie­niąc się i roz­glą­da­jąc się wo­kół.

- Wy­da­jesz się bar­dziej nie­śmia­ła, niż bym się spo­dzie­wa­ła. Twój pierw­szy raz? W sen­sie rand­ko­wa­nie z nie­zna­jo­my­mi - spy­ta­łam z za­cie­ka­wie­niem.

- Tak... Chcia­łam spró­bo­wać cze­goś no­we­go - przy­zna­ła, krę­cąc ner­wo­wo ko­smy­kiem wło­sów.

- Pa­mię­taj, że w każ­dej chwi­li mo­żesz po­wie­dzieć stop, nie? Je­śli czu­jesz się nie­kom­for­to­wo, to nie ma z tym pro­ble­mu. Obie mu­si­my się do­brze ba­wić - upew­ni­łam się.

- Ja­sne. Nie ma ta­kiej po­trze­by na ra­zie. Cie­ka­wi mnie jed­nak... Czę­sto zda­rza ci się cho­dzić na ta­kie spo­tka­nia?

- Kie­dyś. Te­raz mia­łam dłuż­szą prze­rwę. Wiesz, jak to jest. Stu­denc­kie cza­sy.

- Za­zdrosz­czę ci pew­no­ści sie­bie. Że ro­bisz coś tak spon­ta­nicz­nie. - Pierw­szy raz zła­pa­ły­śmy dłuż­szy kon­takt wzro­ko­wy, obie się za­ru­mie­ni­ły­śmy, ale nie prze­ry­wa­ły­śmy tego. - Mo­gła­byś okre­ślić mnie jako nud­ną - do­da­ła.

- A je­śli szu­kam odro­bi­ny nudy w swo­im ży­ciu? - Szturch­nę­łam ją nogą za­czep­nie. Za­śmia­ła się de­li­kat­nie.

- Po­do­basz mi się - oznaj­mi­ła na­gle, co spra­wi­ło, że tym ra­zem ja się zmie­sza­łam.

- Hola, po­dob­no mia­łaś być nie­śmia­ła, a tu z ta­kim bez­po­śred­nim wy­zna­niem mi wy­jeż­dżasz? - Po­wo­li się­gnę­łam po jej dłoń. Pa­trzy­łam, czy jest z tym w po­rząd­ku, i jak wszyst­ko na to wska­zy­wa­ło, splo­tłam na­sze pal­ce. - Nie mogę po­wie­dzieć nic mniej niż tyle, że to od­wza­jem­niam.

- Przy­je­cha­łaś au­tem?

- Za­par­ko­wa­łam w po­bli­żu.

Po­ki­wa­ła gło­wą. Po­pro­si­ła kel­ne­ra o ra­chu­nek i za­pła­ci­ła za nas obie. Chcia­łam jej zwró­cić za moją część, ale tyl­ko mach­nę­ła ręką.

- Pi­sa­ły­śmy o czymś in­nym niż roz­mo­wa. Mó­wi­łaś, że nie masz dużo cza­su, praw­da? Jak po­dasz mi swój te­le­fon, to wpi­szę ci mój ad­res.

Dro­ga na szczę­ście była krót­ka, bo na­pię­cie mię­dzy nami było nie do znie­sie­nia. Gdy tyl­ko prze­kro­czy­ły­śmy próg miesz­ka­nia, Joy przy­cią­gnę­ła mnie do sie­bie. De­li­kat­nie po­ca­ło­wa­łam ją w szy­ję, póź­niej w usta. Ona sama, moc­no na­pie­ra­jąc, wsu­nę­ła mi nogę mię­dzy uda. Jej wcze­śniej­sza nie­pew­ność cał­ko­wi­cie znik­nę­ła. Zła­pa­łam ją pod po­ślad­ka­mi i pod­nio­słam. Ro­zej­rza­łam się po miesz­ka­niu, szu­ka­jąc drzwi do sy­pial­ni.

- Dru­gie drzwi - wy­szep­ta­ła Joy, a ja nie po­zwo­li­łam jej wię­cej cze­kać.

- - -

Obu­dził nas sy­gnał mo­je­go te­le­fo­nu. Spoj­rza­łam na ze­ga­rek. Pią­ta. Nie było źle. Tak jak ocze­ki­wa­łam, wy­ni­ki przy­szły szyb­ko. Wciąż naga, wy­szłam do sa­lo­nu, upew­nia­jąc się, że Joy zo­sta­ła w łóż­ku, i za­dzwo­ni­łam do wszyst­kich po ko­lei z in­for­ma­cją, że wi­dzi­my się nie­dłu­go na po­ste­run­ku. Wzię­łam głę­bo­ki od­dech. Czu­łam lek­kie za­wro­ty gło­wy i za­ląż­ki drże­nia rąk. Chcia­łam szyb­ko wziąć E-x. Się­gnę­łam po swój ple­cak i po­szu­ka­łam ła­zien­ki. Zro­bi­łam, co mu­sia­łam, i wró­ci­łam do sa­lo­nu. Ro­zej­rza­łam się. Było to dość spo­re miesz­ka­nie, jak na jed­ną oso­bę. Trzy sy­pial­nie plus ła­zien­­­­ka. Za ple­ca­mi usły­sza­łam otwie­ra­nie drzwi i zie­wa­nie Joy.

- Prze­pra­szam. Nie chcia­łam cię obu­dzić. Mu­szę się za­raz zbie­rać, mogę tyl­ko sko­rzy­stać z prysz­ni­ca?

- Yhm, po­trze­bu­jesz ubrań na zmia­nę? - spy­ta­ła, pod­cho­dząc do mnie od tyłu i obej­mu­jąc mnie. - Póź­niej bę­dziesz mu­sia­ła jesz­cze raz przy­je­chać, żeby je od­dać.

Od­wró­ci­łam się, by spoj­rzeć jej w twarz. Po­gła­ska­łam ją po po­licz­ku i cmok­nę­łam w czo­ło.

- Też po­do­ba mi się ten po­mysł.

- Wy­da­je mi się, że mo­że­my się do­brze do­ga­dać. Chcę cię po­znać bli­żej. - Joy uśmiech­nę­ła się do mnie.

- Joy... Jed­na rzecz, że­by­śmy były na pew­no na jed­nej stro­nie. To był one ni­ght stand. Wia­do­mo, mo­że­my spo­tkać się kil­ka razy, ale nie je­stem od­po­wied­nią oso­bą do two­rze­nia cze­goś wię­cej. Nie chcę po pro­stu zra­nić któ­rejś z nas.

- Je­steś pew­na? Mo­że­my po­dejść do tego na lu­zie. Je­śli się oka­że, że to był zły po­mysł, spę­dzi­my po pro­stu ra­zem kil­ka mi­łych chwil. Cze­mu by nie spró­bo­wać?

- Wie­dzia­łam, że to jed­nak nie two­je kli­ma­ty. - Od­su­nę­łam się de­li­kat­nie, choć na­dal obej­mo­wa­łam jej bio­dra.

- Do­brze się ba­wi­łam. Trud­no mi po pro­stu prze­łknąć fakt, że mia­ła­bym cię tyl­ko na chwi­lę.

Spoj­rza­łam na nią uważ­nie. Coś w tym było i jak mo­gła­bym jej od­mó­wić, gdy tak na mnie pa­trzy­ła? Po­ca­ło­wa­łam ją.

- Wy­gra­łaś. Mu­szę iść pod prysz­nic. Czy moja uro­cza part­ner­ka przy­go­tu­je mi w tym cza­sie ubra­nia? - spy­ta­łam za­dzior­nie.

- Już się robi - od­po­wie­dzia­ła z sze­ro­kim uśmie­chem.

Nie chcia­ło mi się wy­cho­dzić spod go­rą­ce­go stru­mie­nia wody. Trwa­łam te­raz w chwi­li, któ­ra od­dzie­la­ła mnie od co­dzien­nych wy­zwań. Nie­ste­ty, czas był się obu­dzić. Ubra­nia Joy wy­jąt­ko­wo do­brze na mnie le­ża­ły. Coś przy­ku­ło moją uwa­gę. Po­wą­cha­łam koł­nierz. Skro­pi­ła go per­fu­ma­mi, któ­re mia­ła wczo­raj na so­bie. Mą­dra­la, będę o niej te­raz my­śla­ła jesz­cze bar­dziej. Zwią­za­łam gór­ną część wło­sów w kok i wy­szłam z ła­zien­ki. Joy cze­ka­ła, za­zna­cza­jąc coś na kart­kach.

- Spraw­dzasz te­sty tak z sa­me­go rana?

- Co? A, no tak. Pi­sa­łam ci o tym. I tak już nie za­snę - po­wie­dzia­ła za­spa­na.

- Prze­pra­szam za to.

- Spo­koj­nie, nie mu­sisz.

- Mogę sko­rzy­stać z eks­pre­su? Na­pi­ję się kawy i już daję ci spo­kój.

- Roz­gość się. W pierw­szej szaf­ce od le­wej są kub­ki.

Cze­ka­jąc, aż ku­bek się na­peł­ni, ro­zej­rza­łam się jesz­cze raz po po­miesz­cze­niu. Mia­łam ocho­tę za­dać Joy tyle py­tań, żeby do­wie­dzieć się wię­cej. Czu­łam eks­cy­ta­cję, gdy my­śla­łam o nad­cho­dzą­cych chwi­lach z nią. Na­stęp­nie strach, że po­zna mnie za bar­dzo i bę­dzie za­wie­dzio­na, ja­kim czło­wie­kiem je­stem. Od­go­ni­łam te my­śli py­ta­niem:

- Wiesz, jak wy­obra­ża­łam so­bie two­je miesz­ka­nie?

- Hm? - Joy pod­nio­sła gło­wę znad kar­tek.

- Po­le­cę tro­chę ste­reo­ty­po­wo, ale jak się do­wie­dzia­łam, że je­steś na­uczy­ciel­ką bio­lo­gii, to my­śla­łam, że bę­dziesz mia­ła peł­no ro­ślin, po­roz­sta­wia­nych w każ­dym ką­cie.

- Zdra­dzić ci se­kret? Moi ucznio­wie my­ślą tak samo, i jak jest ja­kaś oka­zja, ku­pu­ją mi ro­śli­ny do­nicz­ko­we. Pro­blem w tym, że je­stem se­ryj­nym mor­der­cą kwiat­ków... Nie mam ser­ca im tego po­wie­dzieć.

Tym­cza­sem do­pi­łam kawę i mu­sia­łam po­że­gnać się z Joy. Kil­ka go­dzin spo­ko­ju za­stą­pi­ła go­rą­ca dys­ku­sja mię­dzy mną a resz­tą współ­pra­cow­ni­ków.

- - -

Po zba­da­niu cia­ła Oli­vie­ra przy­czy­ną śmier­ci oka­zał się E-x. Daw­ka tej sub­stan­cji prze­kro­czy­ła wszel­kie nor­my. Oprócz tego w jego krwi zo­sta­ły zna­le­zio­ne ane­ste­ty­ki. Dys­ku­to­wa­li­śmy o kil­ku moż­li­wo­ściach. Ce­lem od po­cząt­ku był on. Mo­ty­wy mo­gły być róż­ne. Od oku­pu po ze­mstę lub dłu­gi. Nie wy­klu­cza­li­śmy, że ce­lem mógł być tak­że Josh. Oli­vier mógł­by wte­dy chcieć uciec, ale coś po­szło nie­zgod­nie z pla­nem i też zo­stał za­mor­do­wa­ny. Lub na od­wrót. To Josh zle­cił za­bój­stwo i chciał za­pew­nić so­bie ali­bi, ale do­szło do nie­po­ro­zu­mie­nia, więc sam też zo­stał ofia­rą. Naj­bar­dziej praw­do­po­dob­na po­zo­sta­ła jed­nak pierw­sza opcja. Krew z kuch­ni oka­za­ła się na­le­żeć do Oli­vie­ra. Mu­siał się zra­nić roz­bi­tym szkłem. Bli­scy Ba­ke­ra uwa­ża­li, że męż­czyź­ni nie mie­li żad­nych pro­ble­mów. Co praw­da, tego ni­g­dy nie da się w peł­ni wy­klu­czyć, ale na ra­zie przy­ję­li­śmy to jako fakt. Wie­my, że mor­der­ca znał się z Oli­vie­rem, ale on po­czuł się nie­pew­nie, wi­dząc go u pro­gu swo­je­go domu. Mimo wszyst­ko z ja­kie­goś po­wo­du wpu­ścił go do środ­ka. Spraw­cą była jed­na oso­ba - naj­praw­do­po­dob­niej. Ewen­tu­al­nie ktoś mógł cze­kać w au­cie. Roz­ma­wia­li w kuch­ni, gdzie spraw­ca mu­siał po­dać ofie­rze sub­stan­cję usy­pia­ją­cą. Za­nim ta w peł­ni za­dzia­ła­ła, Oli­vier pró­bo­wał ucie­kać lub się bro­nić, co tłu­ma­czy­ło­by roz­bi­te na­czy­nia w kuch­ni. Do tego mo­men­tu wszyst­ko było do­brze zor­ga­ni­zo­wa­ne i prze­my­śla­ne. [...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.