Cena przyjaźni - Lucinda Berry

Kup ebooka

52.99 zł
39.74 zł (40,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

Podskakuję w reakcji na głośny huk i mocno poirytowana odwracam się do mojego męża Paula.

- Village znów urządza dziś wieczorem pokaz fajerwerków? - Właśnie zaczęliśmy oglądać najnowszy odcinek serialu Sukcesja i muszę się mocno skupić, bo inaczej się pogubię. Z pewnością nie dam rady, jeśli przez następne trzydzieści minut będę słyszała gwizdy odpalanych sztucznych ogni.

Paul wzrusza ramionami, odgarniając brązowe włosy z czoła i zakładając je za uszy.

- Nie wydaje mi się. Myślałem, że skończyli z tym po feriach wiosennych.

Village to zlokalizowane w samym centrum naszej zżytej, podmiejskiej społeczności centrum handlowe, w którym nieustannie organizowane są imprezy na świeżym powietrzu. Większość z nich kończy się pokazami sztucznych ogni.

- Mam taką nadzieję. - Czekałam na ten wieczór przez cały tydzień. Choć Paul i ja razem pracujemy, upłynęły już prawie trzy tygodnie, odkąd spędziliśmy choć trochę czasu we dwoje. Ogarnia mnie fala pożądania. Trudno uwierzyć, że po ponad dwudziestu latach wspólnego życia on nadal mnie pociąga, ale moim zdaniem jest teraz jeszcze bardziej seksowny niż w czasach licealnych.

- To musi... - Kolejny huk rozdziera powietrze, przerywając jego słowa.

- To naprawdę zabrzmiało jak wystrzał z broni palnej. - Strach sunie po moim kręgosłupie i natychmiast robi mi się sucho w ustach. Podnoszę się z kanapy, ale Paul ściąga mnie z powrotem. - To był wystrzał, prawda?

Kręci głową.

- Nie wydaje mi się, ale uspokój się i zaczekaj chwilę, zanim zaczniesz biegać po całym domu jak opętana.

- Nie powinniśmy ściągnąć z powrotem Reese'a? - Wskazuję palcem sufit. Najmłodszego syna, Reese'a, wysłaliśmy na wieczór do jego pokoju, a Sawyer nocuje dziś u swojego najlepszego przyjaciela, Caleba.

- Nie, daj spokój. Pewnie nic nie słyszał, bo siedzi w słuchawkach na głowie, więc wątpię, żeby się czymkolwiek zaniepokoił. - Obejmuje mnie ramieniem. - Widzisz, właśnie dlatego musimy trzymać się z dala od mediów społecznościowych. Czytanie tych wszystkich bzdur sprawia, że jesteśmy zbyt nerwowi. - Czeka chwilę, po czym wznawia odtwarzanie za pomocą pilota i przytula mnie do siebie na kanapie.

Jesteśmy w połowie podsumowania poprzednich odcinków, kiedy słyszymy narastający dźwięk syren. Tym razem oboje zrywamy się z miejsc.

- Reese! - woła Paul. - Zejdź na dół, proszę! - Brak odpowiedzi. - Idę po niego - oznajmia, odwraca się i wbiega po schodach, pokonując po dwa stopnie naraz.

Przez okna naszego salonu wpadają do środka migające czerwone i niebieskie światła. Pojazdy służb ratowniczych skręcają w lewo i wjeżdżają w ulicę znajdującą się za naszym domem.

Ulica za naszym domem.

Sawyer.

Podbiegam do stołu w jadalni, chwytam telefon i pospiesznie wybieram jego numer z ulubionych. Czekam na sygnał, ale połączenie przechodzi bezpośrednio do poczty głosowej. Dzwonię ponownie.

To samo.

Nad moją głową rozlegają się kroki Reese'a i Paula. Ich stłumione głosy rozchodzą się po domu, a ja czekam, aż skończy się jego nagrana wiadomość, żebym mogła zostawić swoją.

- Sawyer, kochanie, mówi mama. Mam nadzieję, że któryś z was, chłopcy, usłyszał te hałasy na zewnątrz. Myślimy z tatą, że to były strzały, a teraz w waszym kierunku jedzie wiele pojazdów służb ratowniczych. Uważajcie, proszę, na siebie, dobrze? Po prostu bądźcie bezpieczni. Proszę, skarbie. I oddzwoń do mnie.

Naciskam symbol czerwonej słuchawki, gdy zbliżają się kolejne syreny. Paul schodzi z Reese'em na parter. Mój syn rzuca nerwowe spojrzenia dookoła, a zestaw słuchawkowy do gier wideo zwisa mu z szyi.

- Idę tam. Sprawdzę, co u nich - oznajmiam, wymijając ich.

- Dokąd idziesz? O czym ty mówisz? - pyta Paul.

- Sawyer nie odbiera telefonu, a policja cały czas jedzie w stronę ulicy, przy której mieszka Caleb - wyjaśniam, wkładając buty, po czym otwieram drzwi wejściowe. - Chcę się tylko upewnić, że nic im nie jest.

- Nie możesz tam pójść! - woła Paul.

- A jeśli czai się tam jakiś walnięty snajper? - pyta jednocześnie Reese.

Ignoruję ich, wychodzę na zewnątrz i zamykam za sobą drzwi. Trzy radiowozy pędzą właśnie naszą ulicą i skręcają w lewo na skrzyżowaniu, jak wszystkie inne. Zaczynam biec. Ludzie wychodzą z domów i tłoczą się na ulicy, a ja mijam ich wszystkich sprintem.

Boże, proszę, nie pozwól, żeby coś stało się mojemu dziecku.

Za rogiem. Już prawie tam jestem. Płuca palą mnie od wysiłku.

Proszę, Boże.

Pojazdy służb ratowniczych otaczają dom Caleba. Są wszędzie. Cała dzielnica jest rozświetlona. Biegnę, co sił w nogach, przeciskając się przez tłum ludzi zgromadzonych na chodnikach, aż docieram prawie na samo ich podwórko.

- Proszę się nie zbliżać! - woła za mną policjant.

- Mój syn! - Wskazuję na dom Schultzów, podczas gdy funkcjonariusze z napisem SWAT na plecach rozwijają żółtą taśmę, aby go odciąć. - Mój syn jest w środku! - Staram się go ominąć, ale on staje przede mną i rozkłada ręce na boki, tworząc barierę swoim ciałem.

- Przykro mi, ale nie mogę pani przepuścić. - Jego twarz jest ponura, jakby została wyciosana z kamienia.

- Proszę, on jest w tym domu!

Mężczyzna kręci głową.

- Będzie pani musiała zaczekać i porozmawiać z moim dowódcą.

Nie mogę czekać. Nie ma czasu. Adrenalina przepływa przez całe moje ciało. Odwracam się i ruszam w przeciwnym kierunku.

Tylne przejście. Obejdę dom dookoła, dostanę się tam przez posesję Hammondów.

Boże, proszę, niech moje dziecko okaże się bezpieczne.

Dwa policyjne wozy blokują podjazd prowadzący do domu Hammondów. Skradam się za palmami, wzdłuż krzewów, aż docieram na werandę, czując się jak przestępczyni. Wbiegam po schodach i pukam do drzwi. Eloise otwiera je natychmiast. Ma na sobie ciemny szlafrok ściągnięty w talii paskiem.

- Kendra? - Unosi brwi. - Co ty tutaj robisz?

- El, proszę cię, musisz mnie przepuścić przez swój dom do ogrodu - odpowiadam bez tchu, a serce łomocze mi w piersi.

Na jej twarzy maluje się strach.

- Nie możesz wejść do naszego ogrodu. Policja kazała nam zostać w domu i niczego nie robić. Mamy zamknąć drzwi i czekać na dalsze instrukcje.

- Sawyer tam jest. - Każde moje słowo przepełnione jest desperacją. - Został na noc u Caleba.

Eloise przykłada dłoń do ust.

- O mój Boże. Tak mi przykro, Kendro.

- Dlatego muszę tam pójść.

- Nie możesz. To zbyt niebezpieczne. - Kręci głową.

- Muszę. - Popycham ją na framugę drzwi i wchodzę do środka.

Ktoś chwyta mnie od tyłu i zatrzymują mnie w miejscu muskularne ramiona.

- Nie mogę pani na to pozwolić. - Głęboki, szorstki głos. Ten sam policjant, co wcześniej.

- Proszę, mój syn... Muszę zobaczyć się z synem. - Wyrywam się z jego uścisku. Łzy spływają mi po policzkach, a z nosa cieknie mi śluz.

Jego krótkofalówka ożywa.

- Koroner na miejscu za pięć minut. Teren zamknięty. - Słychać trzeszczący głos.

Boże, proszę, niech to nie będzie moje dziecko.

JEDEN

Lindsey

Dwa tygodnie później

Zamykam młynek na odpady i wkładam talerz do zlewu. Jestem zbyt zirytowana, żeby jeść. Moja komórka leży na granitowym blacie, gdzie zostawiłam ją po otrzymaniu wiadomości od Dani. Ekran już dawno zgasł - minęło zbyt dużo czasu, żeby odpowiedzieć - ale co miałam napisać? Uzgodniłyśmy, że nie będzie żadnych prawników. Takie były ustalenia.

Od pogrzebu minął dopiero jeden dzień. Jak mogła to zrobić? Ale zapewne łatwiej jej martwić się o prawników i tym podobne sprawy, kiedy jej syn, Caleb, leży bezpieczny w swoim łóżku w domu.

Pies wbija mi pazury w łydkę.

- Zostaw mnie! - rzucam ostro, a on się cofa, jakbym go uderzyła, kuląc ogon między nogami i układając się obok moich stóp. - Spływaj! - Wskazuję na salon. Jego uszy opadają, gdy wciska się pod kuchenny stół, by się schować. Próbuję wywołać w sobie poczucie winy, ale jestem zbyt zmęczona. Powinnam była zostać w szpitalu z Jacobem, ale mój mąż, Andrew, powiedział, że ważniejsze jest, abym spędziła ten czas z naszymi pozostałymi dziećmi.

Zerkam w kierunku salonu, którego otwarta przestrzeń tworzy idealne przejście z jednego pomieszczenia do drugiego. Wyatt leży na naszej kanapie w kształcie litery "L" i ogląda mecz piłki nożnej na zawieszonym nad kominkiem telewizorze z płaskim ekranem. Rozpalił nawet ogień, choć w Kalifornii jest kwiecień, jakby ciepło miało nas odizolować od tego, co dzieje się wokół. Skupia się na meczu, nie zwracając uwagi na bałagan, jaki robi jego młodsza siostra Sutton, która rozrzuciła na podłodze kolorowanki i kredki. Prawdopodobnie rysuje czerwoną kredką po dywanie pod stolikiem kawowym, skoro tylko pojawiała się taka okazja. To jej ulubiona zabawa, robić to, kiedy nie patrzę. Wzdycham z irytacją. Ma większy tupet niż jej dwaj nastoletni bracia razem wzięci, a dziś nie mogę się z nią kłócić.

W normalnych okolicznościach Jacob byłby tam z nimi, wpatrzony w ekran jak Wyatt, lub rozciągnięty na podłodze obok Sutton, ale go nie ma. Pielęgniarki w szpitalu powinny właśnie przygotowywać się do nowej zmiany i mam nadzieję, że ta nowa pamięta, żeby posmarować jego usta Aquaphorem. Są spierzchnięte i krwawią, tworząc bolesne rany wokół rurki do oddychania. Fala smutku sprawia, że uginają się pode mną kolana i opieram się o blat kuchenny, czekając, aż ta straszna fala odejdzie.

Andrew będzie wściekły, kiedy mu powiem, że Schultz­owie zatrudnili prawnika, chociaż będzie udawał, że wcale tak nie jest. Sam chciał porozmawiać z adwokatem, zanim odezwaliśmy się do kogokolwiek tamtej nocy, ale mu na to nie pozwoliłam. Śmierć Sawyera była strasznym wypadkiem. Tak samo jak to, co przydarzyło się Jacobowi. Nasi chłopcy się wygłupiali. Byli pijani i głupi, trzymali broń. To wszystko. Nikt nie miał zostać ranny. Jeśli zaczniemy angażować w to prawników, przestanie to wyglądać jak wypadek, a jedynie wzbudzi podejrzenia. Chwytam telefon, aby wysłać esemesa do Kendry. Odkąd skończyłam osiem lat, zawsze dzwoniłam do niej w pierwszej kolejności. Mój palec zatrzymuje się w połowie drogi. To wszystko nie ma dla niej znaczenia.

Jej syn odszedł - został jej odebrany w jednej chwili. Ale kiedy w środku nocy zjawiła się tutaj para umundurowanych funkcjonariuszy, aby poinformować nas o tragedii, potrafiłam myśleć wyłącznie o moim własnym synu. Ich słowa płynęły strumieniem, a ja czułam, jak panika rozdziera mi klatkę piersiową.

Wypadek z udziałem trzech chłopców.

Szpital.

Jeden z chłopców nie żyje.

Ale nie Jacob.

Mój syn żył, a czas zdawał się płynąć w zwolnionym tempie, gdy jechaliśmy do szpitala. Chciałam móc tylko go objąć i nigdy nie wypuścić. Andrew stale powtarzał, że Jacob musi nam dokładnie opowiedzieć, co się wydarzyło, zanim porozmawia z kimkolwiek innym, ale wszystko się zmieniło, gdy dotarliśmy do szpitala i go ujrzeliśmy. Funkcjonariusze powiedzieli nam, że został postrzelony w głowę i nie reaguje, ale to nie przygotowało nas na widok, który zobaczyliśmy.

Leżał w zasłoniętej kurtyną części sali pod ostrym światłem oddziału intensywnej terapii. Otaczały nas nieznane dźwięki i brzęczenie, a maszyny utrzymywały go przy życiu. Całą jego głowę otaczały grube bandaże, a oczy miał opuchnięte i zamknięte, jak w dniu narodzin. Rurki wchodziły w jego ciało i z niego wychodziły. Jedna z nich wypełniona była krwią. Pomimo gorączkowej aktywności wokół nas w pomieszczeniu panowała cisza.

Andrew zatrzymał się nagle za mną, nie będąc w stanie podejść bliżej. Pielęgniarka wstukała jakieś cyfry na jednym z monitorów wiszących nad łóżkiem szpitalnym Jacoba. Podeszłam do niej.

- Czy mogę go dotknąć? - zapytałam głosem, który nie brzmiał jak mój.

- Oczywiście. - Skinęła głową, wskazując na jego lewe ramię. - To jest wolne od przewodów i urządzeń.

Przeszłam na lewą stronę łóżka. Moje ręce drżały, gdy gładziłam jego ramię, pragnąc, by się obudził, tak samo jak kiedyś pragnęłam, by zasnął, gdy był jeszcze niemowlęciem. Tak jest od tamtej pory. Nienawidzę go zostawiać, bo co sobie pomyśli, jeśli się obudzi, a mnie tam nie będzie? Dzieci potrzebują swoich mam, kiedy są chore, więc muszę być przy nim, kiedy otworzy oczy, a przecież to zrobi. Nie obchodzi mnie, co mówią lekarze, mam gdzieś ich durne statystyki dotyczące tego, gdzie w jego mózgu utkwiła kula - Jacob się obudzi. Przejdzie przez to.

Jednak Andrew ma rację. Wyatt i Sutton potrzebują mnie tak samo jak on. Poruszam głową na boki, próbując złagodzić napięcie w barkach, ale to tylko pogarsza sprawę. Może dzieci szybko zasną, jeśli włączę film. Lepiej powiem Andrew o prawniku, zanim do nich dołączę. Nie będzie zadowolony, jeżeli dowie się o tym od kogoś innego, a nie ode mnie. Chwytam telefon i szybko piszę do niego esemesa:

Nie uwierzysz, co się stało.

DWA

Dani

Wdycham zapach lawendowych świec i pozwalam otoczyć się bąbelkom, robiąc, co w mojej mocy, żeby ten znajomy rytuał mnie odprężył, ale to jest po prostu niemożliwe. Żołądek mam skręcony w supeł. Tak jest od czasu, gdy ktoś zapukał do moich drzwi w środku nocy. Nie mogę jeść. Nie śpię. Ledwie udaje mi się zachowywać spokój przed dziećmi. Ale to nie jest w tym wszystkim najgorsze. Najgorsze jest poczucie winy, które mnie dręczy, ponieważ bez względu na to, jak strasznie się czuję, nie można tego porównać z tym, przez co przechodzi Kendra.

Wściekłość Lindsey daje się wyczuć w naszej nowo wyremontowanej łazience z odległości ponad trzech kilometrów. Dom Kendry mieści się w ślepej uliczce za nami, ale Lindsey nie chciała się przeprowadzić, kiedy wszyscy inni to zrobili. Powiedziała, że nie musi wymieniać tego, co już ma, na nic innego, żeby nie wyglądało na to, że chodziło o pieniądze, ale dobrze ją znamy. Dziś odległość nie ma żadnego znaczenia. Równie dobrze mogłaby siedzieć na toalecie i spoglądać z gniewem na mnie, siedzącą w wannie.

Co miałam zrobić? Nie miałam przecież żadnego wyboru. Bryan nawet się ze mną nie skonsultował. Ile razy Lindsey i Kendra powtarzały, że muszę mieć coś do powiedzenia w moim małżeństwie? Jestem na niego tak samo zła, jak ona na mnie. Czy nie mógł przynajmniej dać mi prawa głosu w tak ważnej sprawie? Potraktował to tak, jakby nie miało to żadnego znaczenia.

- Ted jedzie jutro z nami - ogłosił, kiedy kończyliśmy zmywać naczynia po kolacji.

Stałam odwrócona do niego plecami, szorując ostatni garnek, więc nie mógł zobaczyć wyrazu zaskoczenia na mojej twarzy. Zanim się odwróciłam, szybko zmieniłam minę.

- Naprawdę?

- Wyleci tuż po północy, a jego samolot wyląduje dopiero o czwartej trzydzieści nad ranem. Prześpi się kilka godzin w jednym z hoteli przy lotnisku i spotka się z nami na posterunku o ósmej. - Wskazał na stos pokrywek do plastikowych pojemników na żywność. - Gdzie mam je położyć?

Zachowuje się, jakbym była idiotką. Jakby lekceważył bombę, którą zrzucił w naszej kuchni, zmieniając temat. Ale nie jestem aż tak głupia, jak mu się wydaje. Ani naiwna. Może kiedyś byłam, ale to już nie te czasy.

Nie musiał mi mówić, którego Teda ma na myśli. Mamy tylko jednego przyjaciela o imieniu Ted, a Bryan korzysta z jego usług we wszystkich kwestiach prawnych, jakby ten specjalizował się we wszystkich dziedzinach prawa, a nie tylko w nieruchomościach komercyjnych. Mieszka na Upper Manhattan w kawalerce, której zdjęciami Bryan zachwyca się na Instagramie za każdym razem, gdy je widzi.

Bycie singlem i nieposiadanie żony są dla niego powodem do dumy. Nigdy nie przegapia okazji, aby wspomnieć o tym w trakcie rozmowy. Żaden z jego związków nie trwał dłużej niż rok, ale i tak uważa, że może udzielać Bryanowi porad małżeńskich. Bardzo mnie to irytuje i już wiele lat temu skończyłam z udawaniem, że go lubię. Wreszcie przestał przychodzić, ale to nie powstrzymało Bryana przed znalezieniem sposobu, aby przynajmniej raz w roku wybrać się do niego w odwiedziny. Później wraca do domu i zachowuje się, jakby żałował, że się ożenił i że ma dzieci. Powrót do rzeczywistości zwykle zajmuje mu kilka dni.

Przynajmniej Ted tu nie mieszka. Jest ostatnią osobą, którą chcę widzieć w mojej przestrzeni.

Na samą myśl o jutrze skręca mi się żołądek. Śledczy chodzili wokół nas na palcach aż do pogrzebu, w milczącym porozumieniu, aby uszanować stratę Mitchellów, ale w końcu przestali się z nami cackać. Pokazali to wyraźnie, kiedy zadzwonili dziś rano do Bryana i powiedzieli mu o broni.

Ile razy mówiliśmy dzieciakom, żeby nie bawiły się bronią?

- Co miałem zrobić? - zapytał Bryan, kiedy się zdenerwowałam, że nie skonsultował się ze mną w sprawie przyjazdu Teda na posterunek. - Odmówiłabyś, nawet gdybym cię o to zapytał. Nie próbuj nawet udawać, że byłoby inaczej. - Spojrzał na mnie z pogardą. - Bardziej zależy ci na tym, co myślą twoje cholerne koleżanki, niż na własnej rodzinie. Chłopcy użyli naszej broni, Dani. Naszej broni. A policja o tym wie.

*

Intensywność żalu zdaje się nas dusić, wypełniając poczekalnię posterunku gęstą, dławiącą energią. Krzesła zostały ustawione wzdłuż każdej ze ścian przed drzwiami, od których nie mogę oderwać wzroku, ponieważ w każdej chwili ktoś przez nie przejdzie i rozpocznie wyczerpujący proces, którego nie damy rady uniknąć. To nie jest poczekalnia, w jakiej dotychczas bywałam. Na ścianach nie ma tanich grafik w ramkach. Nie ma stolików ze starymi czasopismami, które moglibyśmy czytać w trakcie oczekiwania. Nie ma niczego, co mogłoby odwrócić naszą uwagę.

Kendra i Paul siedzą skuleni w kącie. Paul mocno obejmuje żonę, a jej drobna sylwetka jest całkowicie schowana w jego ramionach. Kiedy przechodzili przez drzwi, musiał ją podtrzymywać. Jej spodnie dresowe ciągnęły się po podłodze, a luźna bluzka z długimi rękawami upstrzona była plamami. Próbowałam nawiązać z nią kontakt wzrokowy, ale trzymała głowę spuszczoną, a jej długie blond włosy opadały jej na twarz jak tarcza. Rzuciłam Lindsey zaniepokojone spojrzenie, ale ta szybko odwróciła wzrok, wyraźnie mnie ignorując, ponieważ nadal była zła o tego prawnika. Wysłałam jej wczoraj wieczorem kilka esemesów z przeprosinami, błagając, żeby ze mną porozmawiała, ale nie odpowiedziała na żaden z nich, a nigdy by tego nie zrobiła, gdyby nie była wściekła.

Czuję się, jakbyśmy siedzieli przed gabinetem dyrektora, a ja nie znoszę wpadać w kłopoty. Bryan ściska moją dłoń. Ma spocone ręce. Ted nadal nie przyjechał. Dotarliśmy tu pierwsi i zajęliśmy miejsca w rzędzie krzeseł ustawionych wzdłuż prawej ściany. Lindsey i Andrew zjawili się jako następni i usiedli tuż obok nas, pozostawiając rząd przy drugiej ścianie dla Kendry i Paula, jakby istniała jakaś wyobrażona linia oddzielająca rodziców, którzy stracili dziecko, od tych, którzy tego nie doświadczyli.

Tyle że ta linia może nie być wcale taka wyraźna.

Do oczu napływają mi łzy. Caleb zmoczył łóżko zeszłej nocy, a coś takiego nie zdarzyło mu się od czasów przedszkolnych. Był zbyt wyczerpany, żeby się tym nawet przejąć. Wyprałam jego pościel, a potem położyłam się z nim w łóżku, tuląc go mocno do siebie i gładząc po włosach, podczas gdy on szlochał.

Żadne z nas nie zasnęło ponownie.

Od czterech dni nie przebywa już na oddziale psychiatrycznym, a każda noc przebiega według tego samego schematu. Jego niespokojny sen przerywają koszmary, przez które w całym domu rozlegają się przerażające krzyki. Wywołują u mnie panikę, w związku z czym ja pędzę do jego pokoju, a Bryan do sypialni Luny. Caleb trzęsie się ze strachu w swoim łóżku i przytula się do mnie, jakby chciał się na mnie wczołgać, gdyby tylko mógł. Każdej nocy powtarzam te same prośby, trzymając go przy sobie i robiąc wszystko, co w mojej mocy, aby go pocieszyć.

- Proszę, Caleb, po prostu mi powiedz, co się tam stało - szepczę.

Minęło już siedemnaście dni, a on nadal nie odezwał się ani słowem.

Nie wypowiedział żadnego nawet w noc wypadku, kiedy panna Thelma znalazła go błąkającego się po jej dzielnicy, całego pokrytego krwią. Rozpoznała go natychmiast, gdy dostrzegła go po drugiej stronie ulicy. Wyprowadzała swojego pudla Mitziego, gdy nasz syn bawił się w zadrzewionej okolicy ze swoimi przyjaciółmi. Od przedszkola pukał do jej drzwi z ulotkami dotyczącymi szkolnych zbiórek pieniędzy i niejednokrotnie prawie przejechał ją na rowerze. Zawołała go, ale szedł dalej, jakby jej nie słyszał, więc pobiegła chodnikiem, aby upewnić się, że wszystko z nim w porządku. Wtedy ujrzała jego twarz i wezwała policję. Panna Thelma podążała za nim w milczeniu aż do przybycia funkcjonariuszy. Od tamtej pory nie wyprowadza Mitziego. Jej córka przychodzi codziennie, aby robić to za nią.

Nadal nie mamy pojęcia, co wydarzyło się tamtego wieczoru. Reporterzy nazywają to największą tragedią od czasu pożarów w Lindell. Gazety i media ochrzciły Caleba "milczącym dzieckiem", a niektóre z nich posunęły się nawet do stwierdzenia, że symuluje, aby uniknąć kłopotów, ale nie widziały go tamtej nocy w szpitalu. Został przewieziony na oddział psychiatryczny na szesnastym piętrze na wózku inwalidzkim, ponieważ nie był w stanie samodzielnie chodzić. Bryan i ja praktycznie wnieśliśmy go do jego zamkniętego pokoju. Pielęgniarki pozwoliły mi go umyć, a śledczy zapakowali wszystkie jego ubrania do worków.

Położyłam go w wannie i wykąpałam, jak nie robiłam tego od czasu, gdy był niemowlęciem, raz po raz przecierając mu twarz i resztę ciała myjką. Był całkiem bezwładny. Ręce zwisały mu jak u lalki. Wpatrywał się w sufit, nie skupiając wzroku i nie widząc, jak zmywam krew jego najlepszych przyjaciół od czasów przedszkola.

W końcu otwierają się drzwi wejściowe na posterunek, przerywając moje myśli. Wszyscy odwracamy głowy, gdy do środka wchodzi Ted. Ubrany w trzyczęściowy garnitur, z teczką pod pachą, wygląda jak typowy prawnik. Podchodzi bezpośrednio do Bryana.

- Przepraszam za spóźnienie, stary - mówi, wyciągając chusteczkę z kieszeni i ścierając nią krople potu z czoła, po czym jednym szybkim ruchem chowa ją z powrotem do kieszeni.

Paul puszcza Kendrę i podnosi się z miejsca.

- Zatrudniłeś prawnika? Po co to zrobiłeś?

Bryan robi krok w jego kierunku, wyciągając ręce w pokojowym geście.

- To nie to, co myślisz, Paul. To tylko przyjaciel. Jest...

- Przyjaciel? - Paul mruży oczy. - Wszyscy mamy przyjaciół, którzy są prawnikami. - Macha ręką w kierunku drzwi do pokoju przesłuchań. - Widzisz tu jakichś innych prawników poza twoim?

Ludzie nie zwracają się tak do Bryana, a jego ciało sztywnieje w reakcji na te słowa. Zagryzam wargę, mając nadzieję, że tym razem będzie milczał. Wypuszcza powoli powietrze, jakby uwalniał się w ten sposób od gniewu, a ja wydaję z siebie westchnienie ulgi.

- Pomyśleliśmy, że to dobry pomysł - mówi.

Nie tak to miało wyglądać. Miał powiedzieć, że Ted jest przyjacielem rodziny i zjawił się tutaj, żeby nam wszystkim pomóc, ponieważ jesteśmy zbyt rozemocjonowani, żeby jasno myśleć, zbyt blisko sytuacji, więc potrzebujemy kogoś, kto będzie myślał za nas racjonalnie. Takie miało być nasze wyjaśnienie.

- Uważaliście, że to dobry pomysł? - Paul emanuje gniewem, a jego wściekłość wykrzywia znane mi rysy twarzy, zmieniając go w człowieka, którego nie poznaję.

Lindsey szturcha Andrew, a ten wstaje, aby do nich dołączyć.

- Dajcie spokój, panowie. Nie zapominajmy, dlaczego tu jesteśmy - mówi, wyciągając ręce i chwytając ich za ramiona, aby utworzyć krzywy trójkąt na środku korytarza.

Obrazy ich trzech, skulonych w ten sposób, przelatują mi przez umysł w szybkich fragmentach - wszystkie te rodzinne wakacje, imprezy szkolne, mecze baseballowe i spotkania towarzyskie na przestrzeni lat. Kendra, Lindsey i ja miałyśmy ogromne szczęście. Udało nam się żyć tak, jak o tym marzyłyśmy, kiedy jako małe dziewczynki kuliłyśmy się pod kocami, gdy u siebie nocowałyśmy.

Zawsze rozmawiałyśmy o tym, że zamieszkamy w mieście, w którym dorastałyśmy, poślubimy wspaniałych mężczyzn i razem wychowamy nasze dzieci. Nie mogłyśmy uwierzyć, że nasi trzej najstarsi chłopcy byli tak blisko siebie, jak my same, gdy dorastałyśmy. Wiedziałyśmy, jak dobrze nam się powodziło i jak wielkie szczęście miałyśmy, że nasi mężowie tak świetnie się dogadywali.

Co się stanie z nami wszystkimi?

- Hej, hej, hej - wtrąca Ted, brzmiąc jak prawnik, za co go nienawidzę. Nie waha się ani chwili, stając pomiędzy Bryanem a Paulem. - Cofnijmy się wszyscy o krok i uspokójmy się.

W momencie, gdy Paul zaczyna mówić, otwierają się drzwi i z pokoju wychodzi policjant. Wszyscy zamierają. To detektyw Locke, ten sam, który był wcześniej w szpitalu. Ma na sobie wyprasowaną białą koszulę zapiętą pod szyją, ciemny krawat i dopasowaną marynarkę. Nie pamiętam jego imienia, chociaż jestem prawie pewna, że chodził ze mną na zajęcia z algebry w liceum.

- Wszystko w porządku? - pyta. Nie uśmiecha się do żadnego z nas, gdy rozgląda się po korytarzu.

Mężczyźni wymieniają niezręczne spojrzenia. Próbuję ponownie nawiązać kontakt wzrokowy z Lindsey, ale Bryan zasłania mi widok. Detektyw Locke wskazuje na Paula.

- Zaczniemy od pana i pańskiej żony.

TRZY

Kendra

Detektyw Locke bombarduje nas pytaniami już od ponad godziny, może nawet dłużej. Nie rozumiem jego słów. Wychodzą z jego ust i unoszą się w powietrzu. Nie próbuję ich ścigać. Bo po co?

Mój syn odszedł i nigdy nie wróci.

Nic tego nie zmieni.

Czekam, aż się obudzę, aż Paul potrząśnie moim ramieniem i powie, że znów przespałam budzik. Chcę zetrzeć sen z oczu, odpędzić okropne obrazy z powrotem do krainy sennych marzeń i obudzić się w świecie, w którym Sawyer nadal istnieje.

- Kendra? - Brzmi to tak, jakby detektyw Locke wołał mnie z końca długiego tunelu. - Kendra?

Ile razy mnie już wołał? Unoszę głowę i próbuję się na nim skupić, gdy patrzy na mnie zza biurka. Ma idealnie kwadratową twarz i zielone oczy ze złotymi plamkami wokół źrenic. Są głębokie, niemożliwe do odczytania. Światło wpadające przez okno za jego plecami jest zbyt jasne. Boli mnie od niego głowa.

- Czy Sawyer wspominał, że jest zły na Jacoba lub Caleba? - Patrzy na mnie sokolim spojrzeniem.

- Nie, mnie nic nie mówił. - Xanax sprawia, że mam trudności z mówieniem. Słowa wypowiadam tak, jakbym miała usta pełne szklanych kulek.

- Czy zauważyliście ostatnio jakieś zmiany w jego zachowaniu?

Pokręcenie głową wymaga ode mnie zbyt wiele wysiłku.

Paul odpowiada za mnie:

- Nie zauważyliśmy niczego nietypowego. Miał swoje humory, ale nie bardziej niż inne nastolatki.

Sawyer był prostym w obsłudze dzieckiem. To Reese jest tym problemowym synem. Zawsze tak było.

- Jakieś zmiany ze snem?

- Dużo spał, ale wszyscy nastolatkowie dużo śpią.

Oprócz mojego. On już nigdy nie będzie spał. Strata ściska mi serce, kradnąc każdą cząstkę powietrza z moich płuc. Zaraz zacznę krzyczeć. Tak właśnie było w łazience. Tylko nie znów to samo.

Chwytam kolano Paula tuż obok mojego.

- Paul... - To wszystko, co jestem w stanie z siebie wykrztusić. Mam zbyt sucho w ustach, żeby mówić. Zęby przyklejają się do dziąseł.

Detektyw Locke ponownie przenosi na mnie uwagę. Intensywność jego spojrzenia znika, zastąpiona troską.

- Dobrze się pani czuje? - pyta, wstając zza biurka.

Kręcę głową. Krzyki bulgoczą jak lawa w mojej piersi, wybuchając dźwiękami, które muszą pochodzić ode mnie, ale schowałam się w swojej głowie za grubą szybą, gdzie jest bezpiecznie. Kładę dłonie na chłodnej powierzchni, patrząc, jak Paul bierze mnie w ramiona, jakby to mogło mnie pocieszyć.

CZTERY

Lindsey

Detektyw Locke wygląda dokładnie tak samo jak w liceum - szerokie ramiona, kanciasta szczęka, schludna fryzura - jakby od urodzenia był gotowy do wstąpienia do wojska, co właśnie uczynił zaraz po ukończeniu szkoły. Tydzień po uroczystości jej zakończenia był już na obozie szkoleniowym. Od tamtej pory go nie widziałam i nie miałam pojęcia, że jest głównym detektywem w Norchester, dopóki nie wszedł do pokoju szpitalnego Jacoba pierwszego dnia. Nigdy się nie przyjaźniliśmy, ale nasz rocznik liczył mniej niż dwieście osób, co oznaczało, że wszyscy znali wszystkich. Większość z nas pozostaje w kontakcie, zwłaszcza ci, którzy mieszkają w pobliżu, ale on nigdy nie uczestniczył w żadnym z naszych licealnych zjazdów i nie widziałam go na żadnym ślubie byłych kolegów z klasy.

Tej nocy w szpitalu miał partnera, który za nim podążał, gdy kręcili się pod pokojem Jacoba, ale dzisiaj jest sam. Nadal nic o nim nie wiem. Przeszukałam media społecznościowe, ale niczego nie znalazłam. Nie ma nawet profilu na Facebooku. Który człowiek nie ma przynajmniej takiego konta?

Wskazuje na dwa krzesła, a sam siada na obrotowym fotelu za biurkiem. Siadam po prawej na drewnianym krześle z prostym oparciem, które jest jeszcze ciepłe po osobie siedzącej tu przed chwilą. Czy to była Dani? A może Bryan?

Kendra i Paul weszli i wyszli dość szybko. Ich rozmowę przerwały jęki Kendry. Jej szloch zaczął się cicho, ale stopniowo narastał, aż osiągnął przejmujące crescendo, które niosło się po całym budynku. Nigdy nie słyszałam, żeby ktoś tak płakał. Musiałam się bardzo powstrzymywać, żeby do niej nie podejść. Andrew wyczuł moją odruchową reakcję i gdyby nie obejmował mnie ramieniem, może sama nie byłabym w stanie się powstrzymać. Kiedy Kendra wyszła, wszyscy wstaliśmy, jakbyśmy oddawali cześć pannie młodej na weselu. Następni byli Schultzowie. Ich sesja trwała ponad dwie godziny. Dani wyglądała na poruszoną, kiedy wyszli, ale nie znosi niczego, co mogłoby sugerować kłopoty, a ten pokój wręcz nimi cuchnie. Na brudnych białych ścianach nie ma niczego poza odpryskami farby i zadrapaniami. Biurko detektywa jest zagracone papierami i teczkami. Skrupulatny wygląd najwyraźniej nie przenosi się na papierkową robotę. Na biurku nie zauważam też ani jednej ramki ze zdjęciem.

Czy to oznacza, że ten człowiek nie ma rodziny, czy też woli zachować prywatność swojego życia osobistego? Boże, mam nadzieję, że to drugie, ponieważ bezdzietni ludzie nie mają pojęcia, jak to jest być rodzicem. Wydaje im się, że wiedzą, tak jak ja przed urodzeniem dzieci, ale prawda jest taka, że nie mają o tym pojęcia.

Czy mam nazywać go Martinem? Detektywem Lockiem? Odchrząkuję, nie mogąc się doczekać rozpoczęcia rozmowy. Nie znoszę przebywać tak długo z dala od Jacoba. Ostatnia noc była dla niego okropna. Miał blisko czterdzieści stopni gorączki, co spowodowało, że włączyły się alarmy we wszystkich urządzeniach. Andrew wierci się obok mnie, co nie pomaga mi opanować niepokoju.

- Czy Jacob był przygnębiony? - pyta detektyw Locke, nie tracąc czasu na formalności i pogawędki, jak robił to w szpitalu.

- Absolutnie nie - odpowiadam bez wahania. - Wiem, że wszyscy mówią, że nastoletni chłopcy są najgorszymi rozmówcami i nie można uzyskać od nich niczego poza pomrukami w odpowiedzi na pytania, ale Jacob taki nie jest. Rozmawialiśmy codziennie. Nasze relacje są otwarte i szczere. Zwracał się do mnie ze wszystkim, tak jak wszystkie moje dzieci. Gdyby miał problemy lub był przygnębiony, wiedziałabym o tym.

Patrzy na mnie, jakbym nie potrafiła zrozumieć, do czego zmierza, ale tak nie jest.

Samookaleczenie z użyciem broni palnej.

Tak powiedzieli lekarze z izby przyjęć, kiedy informowali nas o obrażeniach Jacoba. To samo hasło widnieje na jego karcie, ale pomijam je, kiedy przeglądam raporty z najnowszych wyników badań laboratoryjnych i neurologicznych. Może i się postrzelił, ale nigdy nie popełniłby celowego samobójstwa. Nigdy. Jacob był szczęśliwy, a szczęśliwe dzieci nie próbują odebrać sobie życia, zwłaszcza gdy mają wszystko, czego pragną.

- Czasami depresja u nastolatków wygląda inaczej niż u dorosłych. Czy zauważyliście u niego drażliwość? Zmiany apetytu?

Andrew wybucha śmiechem, po którym szybko pojawia się rumieniec zażenowania z powodu złego wyczucia czasu.

- Przepraszam. Po prostu... najwyraźniej nie zna pan Jacoba. - Walczy z emocjami, po czym kontynuuje. - Nasz syn lubi jeść. Nie ma w tym nic dziwnego.

Sięgam po jego dłoń i splatam nasze palce. On ściska moją dłoń. Nigdy nie byłam tak wdzięczna, że mam go przy sobie, jak przez ostatnie kilka tygodni. Jego urlop w praktyce lekarskiej został dzisiaj zatwierdzony, a podczas nieobecności jego pacjentów będzie przyjmował inny reumatolog z Oak Park. W ten sposób jedno z nas może pozostać z Jacobem, podczas gdy drugie zajmie się domem, Wyattem i Sutton. Później, wieczorem, ustalimy harmonogram.

- Czy kiedykolwiek próbował zrobić sobie krzywdę? - Detektyw Locke patrzy na mnie, jakby na mojej twarzy kryła się jakaś wskazówka.

- Absolutnie nie. On nie jest takim dzieckiem. - Pochylam się nad jego biurkiem, odsuwając łokciami stos papierów, aby zrobić sobie miejsce. - Wiem, że wykonuje pan swoją pracę i że to wszystko jest jej częścią, ale nasz syn nigdy nie zrobiłby sobie celowo krzywdy. - Patrzę mu głęboko w oczy.

- Rozumiem, co pani czuje, i współczuję pani. - Pochyla się nad biurkiem w podobny sposób, aby spotkać się ze mną w połowie drogi. - Ale z całym szacunkiem, dowody zebrane na miejscu zdarzenia malują zupełnie inny obraz. Obrażenia Jacoba i ułożenie palców na broni są zgodne z próbą samobójczą.

- Może przyłożył sobie broń do głowy i pociągnął za spust, ale zapewniam pana, że nie wiedział, że broń jest naładowana, bo inaczej nigdy by tego nie zrobił. Jest na tyle rozsądny, żeby tego nie robić. - Czekam chwilę, po czym kontynuuję, upewniając się, że moje słowa mają szansę dotrzeć do słuchacza. - Poza tym nie był jedyną osobą, która dotykała tej broni. Znaleziono na niej odciski palców wszystkich trzech chłopców. Wszystko mogło się zdarzyć. - Rzucam mu tę informację w twarz, jakby to nie on podzielił się z nami raportem po otrzymaniu wyników badań balistycznych.

Andrew kiwa głową, zgadzając się ze mną. Przez długie godziny spędzone przy łóżku Jacoba rozważaliśmy wiele różnych scenariuszy. Pomysły mieliśmy rozmaite - od tych stosunkowo prozaicznych, jak gra w prawdę czy wyzwanie, która skończyła się tragicznie, po te bardziej absurdalne, jak to, że chłopcy byli pod wpływem narkotyków i wierzyli, że znaleźli się w jednej z tych brutalnych gier wideo. Ale żadna z nich nie uwzględniała próby samobójczej Jacoba. Tej nocy wydarzyło się coś innego, ale nie mam czasu, aby to rozgryźć. Teraz muszę opiekować się synem. To zadaniem detektywa Locke'a jest rozwiązywanie zagadek. Chciałabym, żeby pozwolił mi wrócić do moich obowiązków i zaczął lepiej wykonywać swoje własne.