Cesarzowa. Pierwsze lata Sisi na wiedeńskim dworze - Martina Winkelhofer

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (31,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ZA­RĘCZY­NY

Była jak pączek róży roz­wi­ja­jący się pod pro­mie­nia­mi sło­ńca,gdy sie­dzia­ła obok ce­sa­rza[1]

W zbio­rach Mu­zeum Hi­sto­rii Sztu­ki w Wied­niu znaj­du­je się szcze­gól­na suk­nia. Ma po­nad sto sze­śćdzie­si­ąt lat, a wy­ko­na­na zo­sta­ła z bia­łej tka­ni­ny ba­we­łnia­nej z zie­lo­no-zło­ty­mi la­mów­ka­mi przy de­kol­cie, ręka­wach, ta­lii i fal­ba­nach. Po gor­se­cie i spód­ni­cy pną się de­li­kat­ne, wy­ha­fto­wa­ne zie­lo­ną ni­cią je­dwab­ną or­na­men­ty li­ści i kwia­tów. Wśród tych ro­ślin­nych or­na­men­tów umiesz­czo­no arab­ski na­pis: "Och, mój pa­nie, cóż za pi­ęk­ny sen". Fa­son suk­ni zdra­dza, że no­sząca ją oso­ba była bar­dzo szczu­płej, fi­li­gra­no­wej bu­do­wy, o czym świad­czą nad­zwy­czaj wąska ta­lia, wy­mia­ry gor­se­tu i otwo­ry ręka­wów: wy­ko­na­na z naj­wi­ęk­szym kunsz­tem suk­nia zo­sta­ła uszy­ta dla bar­dzo mło­dej dziew­czy­ny.

Le­gen­da gło­si, że cho­dzi tu­taj o suk­nię ba­lo­wą, jaką no­si­ła szes­na­sto­let­nia Elżbie­ta pod­czas jed­ne­go ze swo­ich wiel­kich ofi­cjal­nych wy­stępów - na balu - w Mo­na­chium, wkrót­ce przed od­jaz­dem do Wied­nia wio­sną 1854 roku. Mu­zeum, któ­re otrzy­ma­ło ten odświ­ęt­ny ubiór od po­tom­ków Elżbie­ty, w zwi­ąz­ku z tym okre­śla go jako "suk­nię wie­czo­ru przedślub­ne­go" - co jed­nak nie­co wpro­wa­dza w błąd. "Okrągłe", czy­li cha­rak­te­ry­zu­jące się du­żym de­kol­tem suk­nie wie­czo­ro­we ta­kie jak ta były za­re­zer­wo­wa­ne na zi­mo­wy se­zon ba­lo­wy. Elżbie­ta mu­sia­ła więc - ina­czej, niż chcia­ła­by le­gen­da - wy­stępo­wać w niej jako na­rze­czo­na już kil­ka mie­si­ęcy przed od­jaz­dem do Wied­nia. Dzi­siaj, po­nad pó­łto­ra stu­le­cia pó­źniej, stan tka­ni­ny, szwów i ha­ftu jest kry­tycz­ny i na­su­wa oba­wy, że w ra­zie wy­sta­wie­nia na wi­dok pu­blicz­ny suk­nia mo­gła­by ulec nie­od­wra­cal­ne­mu uszko­dze­niu. Dla­te­go nie po­ja­wia się w sa­lach wy­sta­wo­wych, prze­cho­wy­wa­na w ma­ga­zy­nie w za­pew­nia­jących ochro­nę wa­run­kach. Ale nie­za­le­żnie od de­li­kat­no­ści i po­dat­no­ści na znisz­cze­nia ma­te­riał suk­ni po­zwa­la nam zaj­rzeć w prze­szło­ść. Zwłasz­cza nie­któ­re szcze­gó­ły ubio­ru mó­wią o tym, jak po­wstał. A ta in­for­ma­cja - co cie­ka­we - po­kry­wa się z tym, co za­cho­wa­ło się w źró­dłach o za­ręczy­nach, któ­re prze­szły do hi­sto­rii.

Bie­gli re­stau­ra­to­rzy po­tra­fią z tej suk­ni "Sisi" - jak od za­ręczyn Elżbie­ta co­raz częściej na­zy­wa­na była w li­stach krew­nych - wy­czy­tać nie­jed­no. Wy­ha­fto­wa­ne li­ście wi­no­ro­śli przy­kła­do­wo mó­wią nie­co o po­wsta­niu tego wy­twor­ne­go oka­zu. Po­zwa­la­ją za­uwa­żyć, że za­miast - jak to było przy­jęte - jed­nej haf­ciar­ki nad de­ko­ra­cją tka­ni­ny jed­no­cze­śnie pra­co­wa­ło kil­ka, a ka­żda z nich mia­ła wła­sny styl: przy­kła­do­wo jed­na ha­fto­wa­ła li­ście wi­no­ro­śli kil­ko­ma ni­ćmi, jed­ną na dru­giej, inna wy­ko­ny­wa­ła mniej ście­gów. Ró­żne cha­rak­te­ry wzo­rów haf­cia­rek po­twier­dza­ją jed­nak nie tyl­ko, że do po­wsta­nia kunsz­tow­nych or­na­men­tów przy­czy­ni­ła się wi­ęcej niż jed­na para rąk - wska­zu­ją rów­nież na fakt, że eks­klu­zyw­na suk­nia wy­ko­ny­wa­na była w po­śpie­chu: ewi­dent­nie bra­ko­wa­ło cza­su na ujed­no­li­ce­nie prac haf­ciar­skich nad li­śćmi wi­no­ro­śli. Wy­ni­kiem tego jest haft, któ­ry swo­im bra­kiem per­fek­cji rze­czy­wi­ście ocza­ro­wu­je i nie­sie przy tym w so­bie istot­ną opo­wie­ść o na­głych za­ręczy­nach wraz z or­ga­ni­zo­wa­nym na­pręd­ce wy­po­sa­że­niem pan­ny mło­dej[2]. "Suk­nia wie­czo­ru przedślub­ne­go" w ob­ra­zo­wy spo­sób sym­bo­li­zu­je roz­strzy­ga­jące wy­da­rze­nie w ży­ciu Elżbie­ty: za­ręczy­ny, do któ­rych do­szło bar­dziej nie­spo­dzie­wa­nie, niż mo­gła so­bie to wy­obra­zić jej ro­dzi­na czy też ona sama.

Jak w przy­pad­ku ka­żdej in­nej ko­bie­ty w tam­tych cza­sach, wraz z za­ręczy­na­mi przy­szłe ży­cie Elżbie­ty sta­nęło na no­wych to­rach. Krót­ki okres po­mi­ędzy za­ko­ńcze­niem dzie­ci­ństwa a za­war­ciem ma­łże­ństwa w ide­al­nym przy­pad­ku obej­mo­wał rok, dwa, mak­sy­mal­nie trzy do czte­rech lat, pod­czas któ­rych dziew­czy­na osi­ąga­ła zdol­no­ść do za­mążpó­jścia - co osta­tecz­nie zo­sta­wa­ło przy­pie­częto­wa­ne za­ręczy­na­mi. Były one wy­da­rze­niem, któ­re da­wa­ło po­czątek po­że­gna­niu z do­mem ro­dzin­nym i sta­no­wi­ło wstęp do by­cia ma­łżon­ką oraz mat­ką. Uda­ne za­ręczy­ny i "do­bra par­tia" ucho­dzi­ły za punkt kul­mi­na­cyj­ny w ży­ciu mło­dej ko­bie­ty i sta­no­wi­ły cel wy­cho­wa­nia i ro­dzi­ciel­skich wy­si­łków. Bo od tego, za kogo wy­szła, za­le­ża­ła resz­ta jej ży­cia. Nie ona sama, lecz oso­ba pana mło­de­go de­cy­do­wa­ła o wa­run­kach, w ja­kich mie­li żyć, oraz o wol­no­ści oso­bi­stej, któ­ra mia­ła przy­słu­gi­wać jej w przy­szło­ści.

Pod­czas szy­cia szy­kow­nej suk­ni Elżbie­ta mia­ła pi­ęt­na­ście lat, a za­tem była w wie­ku, w któ­rym dziew­czy­na sta­je się ko­bie­tą. Po­czątek okre­su doj­rze­wa­nia wy­zna­czał wów­czas u dziew­cząt ko­niec dzie­ci­ństwa nie tyl­ko w kwe­stii roz­wo­ju fi­zycz­ne­go; cho­dzi­ło rów­nież o uzy­ska­nie zdol­no­ści do za­mążpó­jścia. Dziew­częta ofi­cjal­nie uzna­wa­no za zdol­ne do za­mążpó­jścia po wy­stąpie­niu u nich pierw­szej men­stru­acji. Bez­po­śred­nio po tym usta­la­no datę bierz­mo­wa­nia. Sa­kra­men­to­wi bierz­mo­wa­nia jako wa­żne­mu ak­to­wi re­li­gij­ne­mu w Ko­ście­le ka­to­lic­kim przy­pi­su­je się zna­cze­nie dru­gie­go, tym ra­zem "świa­do­me­go" chrztu do­ra­sta­jące­go czło­wie­ka, któ­ry w ten spo­sób od­na­wia swo­ją łącz­no­ść z wia­rą ka­to­lic­ką i tym ra­zem świa­do­mie ją po­twier­dza. W cza­sach Elżbie­ty sa­kra­ment ten miał jed­nak dla bierz­mo­wa­nych dziew­cząt jesz­cze jed­no, ra­czej świec­kie zna­cze­nie: po­nie­waż wy­da­rze­nie to na­stępo­wa­ło po pierw­szej mie­si­ącz­ce, ma­ni­fe­sto­wa­ło rów­nież, że dziew­czy­na doj­rza­ła i sta­ła się ko­bie­tą. In­ny­mi sło­wy: jej bierz­mo­wa­nie ozna­cza­ło sy­gnał do star­tu dla wszyst­kich mło­dych mężczyzn, któ­rzy mie­li na nią oko - te­raz mo­gli ofi­cjal­nie się o nią sta­rać. Dziew­czy­na czy też bar­dzo mło­da ko­bie­ta po bierz­mo­wa­niu sta­wa­ła przed naj­wa­żniej­szym za­da­niem swo­je­go ży­cia: mu­sia­ła zdo­być już wspo­mnia­ną, jak naj­lep­szą par­tię, by w ten spo­sób za­bez­pie­czyć swo­ją przy­szło­ść. Bo ani wy­cho­wa­nie czy wy­kszta­łce­nie, ani uzdol­nie­nia czy ta­len­ty nie mo­gły przy­czy­nić się do szczęśli­we­go - czy­li zgod­nie z ów­cze­sny­mi ocze­ki­wa­nia­mi za­bez­pie­czo­ne­go - ży­cia; żad­nej z tych za­let w dzie­wi­ęt­na­stym wie­ku dziew­czy­na z kró­lew­skie­go domu nie mo­gła wy­ko­rzy­stać, żeby się utrzy­mać. Utrzy­ma­nie i sta­tus gwa­ran­to­wa­ło wy­łącz­nie do­bre za­mążpó­jście.

Nie­dłu­go po pi­ęt­na­stych uro­dzi­nach Elżbie­ty, w stycz­niu 1853 roku, zo­sta­li wy­bra­ni jej świad­ko­wie bierz­mo­wa­nia, co po­zwa­la­ło na wnio­sek, że oto ofi­cjal­nie jest go­to­wa do za­mążpó­jścia[3]. Roz­wa­żna mat­ka cze­ka­ła z wy­sła­niem cór­ki do ołta­rza na jej pierw­szą men­stru­ację. Bo je­że­li do za­ręczyn do­cho­dzi­ło, za­nim na­rze­czo­na in spe osi­ągnęła doj­rza­ło­ść fi­zycz­ną ko­niecz­ną do za­war­cia ma­łże­ństwa, mo­gło to spo­wo­do­wać kom­pli­ka­cje - i datę ślu­bu trze­ba było nie­zno­śnie dłu­go prze­su­wać. W ko­ńcu mło­da ko­bie­ta mo­gła wy­jść za mąż do­pie­ro po pierw­szej mie­si­ącz­ce. (Cho­ciaż w przy­pad­ku nie­spo­dzie­wa­nie po­ja­wia­jącej się par­tii stu­le­cia mo­gło się zda­rzyć, że ro­dzi­ce - wbrew wszel­kie­mu roz­sąd­ko­wi - ara­nżo­wa­li za­ręczy­ny cór­ki, za­nim była ona zdol­na do za­mążpó­jścia. Lu­dwi­ka po­pe­łni­ła taki błąd przy młod­szej sio­strze Elżbie­ty, Ma­rii, z ra­cji po­ja­wie­nia się świet­nej par­tii - i w ten spo­sób Ma­ria zo­sta­ła za­ręczo­na z na­stęp­cą tro­nu Kró­le­stwa Oboj­ga Sy­cy­lii jesz­cze przed osi­ągni­ęciem doj­rza­ło­ści płcio­wej. Ta­kże pó­źniej­sza sy­no­wa Elżbie­ty, Ste­fa­nia, zo­sta­ła zbyt wcze­śnie za­ręczo­na przez swo­ich ro­dzi­ców. W obu przy­pad­kach przy­go­to­wa­nia do ślu­bu ci­ągnęły się nie­przy­jem­nie dłu­go. Ale w obu przy­pad­kach mo­żli­wo­ść zdo­by­cia na zi­ęcia przy­szłe­go kró­la czy ce­sa­rza była dla mat­ki zbyt ku­sząca, by po­zwo­lić na po­krzy­żo­wa­nie tych pla­nów przez zbyt mło­dy wiek cór­ki).

19 mar­ca 1853 roku od­by­ło się bierz­mo­wa­nie Elżbie­ty[4]. Bez­po­śred­nio po tym wy­da­rze­niu Lu­dwi­ka roz­po­częła po­szu­ki­wa­nia dla niej męża. Mło­da ko­bie­ta, taka jak "Eli­za", wkra­cza­ła w tym mo­men­cie w naj­wa­żniej­szy okres swo­je­go ży­cia. Jej ro­dzi­nie po­zo­sta­ło od dwóch do trzech lat na "za­ob­rącz­ko­wa­nie" cór­ki, za­nim za­częły­by krążyć plot­ki, a jej war­to­ść na ryn­ku ślub­nym by spa­dła. Pa­no­wa­ła po­wszech­na opi­nia, że im wcze­śniej­sze za­ręczy­ny, tym le­piej.

Za­da­nie po­le­ga­jące na zna­le­zie­niu ma­łżon­ka czy też wy­bra­niu naj­bar­dziej od­po­wied­nich z puli szla­chec­kich kan­dy­da­tów do wzi­ęcia tra­dy­cyj­nie przy­pa­da­ło mat­ce. Oczy­wi­ście mężczy­źni rów­nież tu­taj mie­li ofi­cjal­ną wła­dzę nad ro­dzi­na­mi w za­kre­sie de­cy­do­wa­nia o ta­kich spra­wach i w zwi­ąz­ku z tym jako oj­co­wie roz­strzy­ga­li, kogo po­ślu­bi cór­ka. Ale to ko­bie­ty na­wi­ązy­wa­ły ślub­ne kon­tak­ty, chro­ni­ąc w ten spo­sób ka­pi­tał spo­łecz­ny swo­jej dy­na­stii. W tym uwi­dacz­nia­ło się wiel­kie zna­cze­nie ko­biet dla ro­dzi­ny, po­dej­mu­jących dzia­ła­nia z dala od pu­blicz­nie wi­docz­ne­go za­kre­su wła­dzy. To one za po­mo­cą swo­ich roz­le­głych sie­ci po­wsta­łych w wy­ni­ku nie­usta­jącej ko­re­spon­den­cji z po­wo­dze­niem pro­wa­dzi­ły biz­nes ślub­ny. Tyl­ko dzi­ęki tro­skli­we­mu pie­lęgno­wa­niu zbu­do­wa­nych przez lata i dzie­si­ęcio­le­cia kon­tak­tów li­stow­nych z krew­niacz­ka­mi i przy­ja­ció­łka­mi w eu­ro­pej­skich do­mach kró­lew­skich i ce­sar­skich mat­ki ta­kie jak Lu­dwi­ka były w sta­nie w krót­kim cza­sie po­sta­rać się o naj­lep­sze roz­wi­ąza­nia dla swo­ich do­ra­sta­jących có­rek. Aby do­trzeć do istot­nych in­for­ma­cji, nie wy­star­czy­ło by­naj­mniej spoj­rze­nie do her­ba­rza. Nie wy­star­czy­ła wie­dza, kto spo­śród od­po­wied­nich kan­dy­da­tów jest do­stęp­ny na ślub­nym ryn­ku. Li­czy­ło się rów­nież jak naj­do­kład­niej­sze ich prze­świe­tle­nie. W tym celu wszyst­kie za­ufa­ne part­ner­ki ko­re­spon­den­cyj­nie pro­szo­ne były o do­głęb­ne in­for­ma­cje i zle­ca­no im do­ko­ny­wa­nie usta­leń. Nie­zbęd­ne dla mat­ki go­to­wej do za­mążpó­jścia dziew­czy­ny były in­for­ma­cje o po­zy­cji ro­dzin­nej kan­dy­da­ta, jego ma­jąt­ku i - a jesz­cze le­piej - jego cha­rak­te­ru. Wszyst­kie­go tego mat­ka mo­gła ła­two do­wie­dzieć się dzi­ęki tej ko­bie­cej sie­ci, nie rzu­ca­jąc się przy tym za­nad­to w oczy ani nie spra­wia­jąc wra­że­nia nad­mier­nie za­in­te­re­so­wa­nej. Spraw­dze­nia nie wy­ma­ga­ło je­dy­nie wy­zna­nie kan­dy­da­ta na męża - to było bo­wiem dy­na­stiom zna­ne. Je­śli mło­dy mężczy­zna był "nie­wła­ści­wej" re­li­gii, z re­gu­ły nie bra­ło się go pod uwa­gę - przy czym oczy­wi­ście w przy­pad­ku istot­nych po­li­tycz­nie ko­li­ga­cji ma­łże­ńskich zda­rza­ły się wy­jąt­ki i po­zwa­la­no cór­ce na zmia­nę wy­zna­nia.

Jako kan­dy­da­ci na męża Elżbie­ty w ra­chu­bę wcho­dzi­li wła­ści­wie wy­łącz­nie ka­to­lic­cy ksi­ążęta z ko­ro­no­wa­nych ro­dzin. Po­nie­waż uro­dzi­ła się ona w ba­war­skiej ro­dzi­nie kró­lew­skiej, na­wet naj­bo­gat­szy ksi­ążę nie by­łby do przy­jęcia jako pan mło­dy - chy­ba że z bra­ku od­po­wied­nich ofert za­cho­dzi­ło­by ry­zy­ko zo­sta­nia sta­rą pan­ną. (Tak lata pó­źniej zda­rzy­ło się w przy­pad­ku star­szej sio­stry Elżbie­ty, He­le­ny). Kan­dy­da­ta­mi pierw­sze­go wy­bo­ru za­wsze byli pier­wo­rod­ni sy­no­wie, będący na­stęp­ca­mi tro­nu i na sku­tek su­ro­wych re­gu­la­cji w za­kre­sie pra­wa do dzie­dzi­cze­nia rów­nież dzie­dzi­ca­mi ca­łe­go ma­jąt­ku ro­dzin­ne­go. Oczy­wi­ście pier­wo­rod­ni sy­no­wie sta­nu wol­ne­go z wpły­wo­wych dy­na­stii sta­no­wi­li rzad­kie oka­zy. Po­nad­to ich ro­dzi­ny były rów­nież nie­zwy­kle wy­bred­ne przy oględzi­nach pan­ny mło­dej i za­wsze fa­wo­ry­zo­wa­ły kan­dy­dat­ki z in­nych ko­ro­no­wa­nych dy­na­stii, z któ­ry­mi po pro­stu opła­ca­ło się wcho­dze­nie w ko­ali­cje po­li­tycz­ne lub ich umac­nia­nie po­przez zwi­ąz­ki ma­łże­ńskie. Cór­ki Lu­dwi­ki, po­nie­waż po­cho­dzi­ły z nie­ko­ro­no­wa­nej bocz­nej li­nii Wit­tels­ba­chów, nie mia­ły naj­lep­szych wi­do­ków na za­ręczy­ny z któ­ry­mś z po­żąda­nych pier­wo­rod­nych. Ina­czej spra­wa wy­gląda­ła jed­nak już z ko­lej­ny­mi sy­na­mi ko­ro­no­wa­nych ro­dzin. Oni rów­nież sta­no­wi­li do­bre par­tie i, jak ocze­ki­wa­ła Lu­dwi­ka, wcho­dzi­li w ra­chu­bę jako mężo­wie dla Elżbie­ty i jej sióstr. W przy­pad­ku ta­kich kan­dy­da­tów ist­niał jed­nak pe­wien pro­blem: za­zwy­czaj nie dys­po­no­wa­li oni żad­nym wła­snym ma­jąt­kiem, co mo­gło mieć bar­dzo nie­ko­rzyst­ny wpływ na pó­źniej­szy stan­dard ży­cia wy­da­nej za ta­kie­go kan­dy­da­ta cór­ki.

Dzi­ęki swo­im prężnie dzia­ła­jącym part­ner­kom ko­re­spon­den­cyj­nym Lu­dwi­ka za­mie­rza­ła do­wie­dzieć się tego wszyst­kie­go, co nie było pu­blicz­nie zna­ne lub o czym ro­dzi­ny kan­dy­da­tów nic nie mó­wi­ły. Czy cór­ka mia­ła we­jść do za­mo­żnej ro­dzi­ny, czy też tyl­ko do ta­kiej o wiel­kim na­zwi­sku, ale bez ma­jąt­ku? A może ro­dzi­na była za­dłu­żo­na? Czy ko­lej­ny syn mógł li­czyć na spu­ści­znę po nie­żo­na­tym wuj­ku lub nie­za­mężnej ciot­ce (co osta­tecz­nie zwi­ęk­sza­ło jego szan­se na ryn­ku ślub­nym)? Jaki cha­rak­ter miał kan­dy­dat, któ­ry był ce­lem za­bie­gów? Jaki tryb ży­cia pro­wa­dził? Ofi­cjal­nie ta­kie spra­wy okry­wa­ło mil­cze­nie - ale oczy­wi­ście dla mat­ki istot­ne były in­for­ma­cje, czy ob­lu­bie­niec nie jest ewi­dent­nym ko­bie­cia­rzem, czy nie ma skłon­no­ści do al­ko­ho­lu lub gier ha­zar­do­wych, czy nie jest wy­jąt­ko­wo skąpy lub roz­rzut­ny, czy nie jest nad­mier­nie me­lan­cho­lij­ny lub zbyt lek­ko­my­śl­ny albo czy nie ma in­nych cech cha­rak­te­ru, któ­re spra­wi­ły­by, że gdy­by zo­stał jej zi­ęciem, mu­sia­ła­by się oba­wiać o przy­szło­ść cór­ki. Mat­ka mu­sia­ła rów­nież wie­dzieć, czy kan­dy­dat do ożen­ku nie zo­stał już nie­ofi­cjal­nie ko­muś prze­zna­czo­ny. Być może ja­kaś po­tężniej­sza dy­na­stia daw­no za ku­li­sa­mi wy­ra­zi­ła za­in­te­re­so­wa­nie któ­ry­mś z mło­dzie­ńców, któ­ry był na wi­do­ku - wte­dy na­le­ża­ło się po­wstrzy­mać od zbyt otwar­tych za­py­tań. W ko­ńcu głu­pio by­ło­by się skom­pro­mi­to­wać czy po­nie­ść po­ra­żkę.

W kwe­stii zdo­by­wa­nia in­for­ma­cji ko­bie­ce sie­ci funk­cjo­no­wa­ły nie­zwy­kle wy­daj­nie. Nie mia­ło zna­cze­nia, czy mat­ka szu­ka­ła kan­dy­da­ta na męża dla cór­ki czy już ra­czej chcia­ła prze­świe­tlić wy­bra­ne­go ka­wa­le­ra - jej sio­stry, ciot­ki, ku­zyn­ki i przy­ja­ció­łki nie­stru­dze­nie do­star­cza­ły jej in­for­ma­cji, któ­rych po­trze­bo­wa­ła. To zdu­mie­wa­jące, ja­kich szcze­gó­łów po­tra­fi­ły do­wie­dzieć się ko­bie­ty. Nie­któ­re w swo­ich li­stach pro­jek­to­wa­ły wręcz dro­bia­zgo­we psy­cho­gra­my, któ­re po­zwa­la­ły osza­co­wać, czy wci­ągni­ęty na li­stę po­ten­cjal­nych kan­dy­da­tów mło­dzie­niec ze względu na swój cha­rak­ter będzie har­mo­nij­nie pa­so­wał do ma­jącej wy­jść za nie­go cór­ki. Mąż Lu­dwi­ki na­to­miast, ksi­ążę Maks, iro­nicz­nie okre­ślał dzia­ła­nia ma­tek i żon, któ­re były wdra­ża­ne za­raz po tym, jak jego cór­ki uzy­ski­wa­ły od­po­wied­ni wiek do za­mążpó­jścia, jako "po­dej­rza­ny sze­lest kry­no­lin"[5].

Tym­cza­sem nie­for­mal­ne po­zy­ski­wa­nie in­for­ma­cji po­przez ko­bie­cą sieć, tak jak w przy­pad­ku Lu­dwi­ki, mia­ło taką za­le­tę, z któ­rej ksi­ążę Maks i jemu po­dob­ni ra­czej nie chcie­li­by zre­zy­gno­wać: za­po­bie­ga­ło to mniej czy bar­dziej otwar­tym kon­flik­tom. Kto przy bli­ższym przyj­rze­niu się nie od­po­wia­dał wy­so­kim kry­te­riom lub kto wpraw­dzie po­cho­dził z uzna­nej ro­dzi­ny, ale pó­źniej praw­do­po­dob­nie miał po­zo­stać bez ma­jąt­ku, ten ci­cho i po­ta­jem­nie skre­śla­ny był z li­sty kan­dy­da­tów, na­wet się o tym nie do­wia­du­jąc. Nie trze­ba było rów­nież szy­ko­wać wie­lu wy­mó­wek, by wy­ja­śnić, dla­cze­go po pierw­szym za­py­ta­niu za­in­te­re­so­wa­nie na­gle usta­ło.

Głów­ny­mi in­for­ma­tor­ka­mi w sie­ci ksi­ężnej Lu­dwi­ki były jej sio­stry. Nie­gdyś ka­żda z nich - obiekt wy­szu­ka­nych za­bie­gów ma­łże­ńskich - w jej ro­zu­mie­niu do­sko­na­le wy­szła za mąż i opa­no­wa­ła te­raz de­li­kat­ne rze­mio­sło ini­cjo­wa­nia ma­łże­ństwa. Naj­star­sza przy­rod­nia sio­stra Lu­dwi­ki, Au­gu­sta Ame­lia, na po­cząt­ku 1806 roku na ży­cze­nie ce­sa­rza Na­po­le­ona wy­szła za jego pa­sier­ba Eu­ge­niu­sza de Be­au­har­na­is, od 1805 roku wi­ce­kró­la Włoch. Z punk­tu wi­dze­nia Wit­tels­ba­chów - jako jed­nej z naj­star­szych dy­na­stii nie­miec­kich - ma­łże­ństwo z krew­nym ka­rie­ro­wi­cza Na­po­le­ona sta­no­wi­ło wpraw­dzie me­za­lians, ale Na­po­le­on za­ofe­ro­wał jej ojcu jako so­jusz­ni­ko­wi pre­zent, któ­ry miał przy­pie­częto­wać ten ślub i któ­ry trud­no było od­rzu­cić: ty­tuł kró­lew­ski.

Dru­ga co do wie­ku przy­rod­nia sio­stra Lu­dwi­ki, Ka­ro­li­na Au­gu­sta, była naj­pierw żoną na­stęp­cy tro­nu Wil­hel­ma I Wir­tem­ber­skie­go. Po­nie­waż ma­łże­ństwo to rów­nież zo­sta­ło za­war­te na ży­cze­nie Na­po­le­ona, a w prze­ciw­nym ra­zie ni­g­dy by do nie­go nie do­szło, Wit­tels­ba­cho­wie po upad­ku Na­po­le­ona szyb­ko je anu­lo­wa­li i po­szu­ka­li no­we­go męża dla Ka­ro­li­ny. Oczy­wi­ście i w tym przy­pad­ku cho­dzi­ło o nowe ko­li­ga­cje ma­łże­ńskie, któ­re mia­ły być ko­rzyst­ne w ca­łko­wi­cie zmie­nio­nych oko­licz­no­ściach po­li­tycz­nych - na przy­kład z po­tężny­mi Habs­bur­ga­mi. Tak więc w 1816 roku Ka­ro­li­na zo­sta­ła żoną ce­sa­rza au­striac­kie­go Fran­cisz­ka II Habs­bur­ga. Nie miał naj­mniej­sze­go zna­cze­nia fakt, że ce­sarz był dwa razy star­szy od dwu­dzie­stocz­te­ro­let­niej wów­czas Ka­ro­li­ny, a do tego był trzy­krot­nym wdow­cem i miał dwa­na­ścio­ro dzie­ci.

Ta­kże za­war­te w 1823 roku ma­łże­ństwo sio­stry Lu­dwi­ki, Elżbie­ty, z pro­te­stanc­kim na­stęp­cą tro­nu Fry­de­ry­kiem Wil­hel­mem IV Pru­skim mia­ło tło po­li­tycz­ne. Chcia­no w ten spo­sób umoc­nić przy­ja­źń ba­war­sko-pru­ską. Sio­stry Ma­ria i Ama­lia zo­sta­ły wy­da­ne w la­tach 1822 i 1833 za pier­wo­rod­ne­go i dru­gie­go syna kró­la Sak­so­nii, w wy­ni­ku cze­go obie ko­lej­no zo­sta­wa­ły jej kró­lo­wy­mi. Po­przez ma­łże­ństwo w 1824 roku trzy lata star­szej sio­stry Lu­dwi­ki, Zo­fii, z ar­cy­ksi­ęciem Fran­cisz­kiem Ka­ro­lem, dru­gim sy­nem ce­sa­rza Fran­cisz­ka II Habs­bur­ga, oprócz ko­lej­nej ko­li­ga­cji z Habs­bur­ga­mi do­szło rów­nież do no­wej in­te­re­su­jącej kon­ste­la­cji ro­dzin­nej: od tej pory Zo­fia była przy­bra­ną sy­no­wą swo­jej przy­rod­niej sio­stry Ka­ro­li­ny.

Sieć zło­żo­na z sióstr Au­gu­sty, Ka­ro­li­ny, Elżbie­ty, Ma­rii, Ama­lii oraz Lu­dwi­ki roz­ci­ąga­ła się w ten spo­sób od Prus przez Sak­so­nię i Mo­na­chium aż po Wie­deń. Co­dzien­nie pi­sa­ły one do sie­bie li­sty. Nie­za­le­żnie od dzie­lących ich od­le­gło­ści, po­przez bo­ga­tą w szcze­gó­ły ko­re­spon­den­cję, w któ­rej re­la­cjo­no­wa­ły swo­ją co­dzien­no­ść oraz wy­da­rze­nia na dwo­rach, były o wszyst­kim do­sko­na­le po­in­for­mo­wa­ne. Je­śli któ­raś z nich po­trze­bo­wa­ła szcze­gó­ło­wej wia­do­mo­ści na te­mat kan­dy­da­ta na męża, któ­rej nie mo­żna było zdo­być na miej­scu, z po­mo­cą przy­cho­dzi­ły sio­stry. Kie­dy ich dzie­ci do­ra­sta­ły do wie­ku po­zwa­la­jące­go na za­war­cie ma­łże­ństwa, roz­po­czy­na­ły wspól­ne son­do­wa­nie ryn­ku ślub­ne­go. Ta­kże bez­dziet­ne sio­stry - Ka­ro­li­na, Elżbie­ta oraz Ma­ria - moc­no an­ga­żo­wa­ły się w dzia­ła­nia, dzi­ęki któ­rym za­rów­no ich sio­strze­ni­ce, jak i sio­strze­ńcy mo­gli we­jść w jak naj­ko­rzyst­niej­szy zwi­ązek ma­łże­ński.

Mat­ki ksi­ężni­czek w od­po­wied­nim do za­mążpó­jścia wie­ku roz­gląda­nie się za ewen­tu­al­ną ofer­tą na ryn­ku ślub­nym roz­po­czy­na­ły już wie­le lat wcze­śniej - a ry­nek ten zresz­tą ni­g­dy nie był zbyt ob­fi­ty. W ka­żdym po­ko­le­niu do­stęp­na była ogra­ni­czo­na licz­ba mło­dych mężczyzn, któ­rzy pod względem po­cho­dze­nia, sta­tu­su oraz ma­jąt­ku wcho­dzi­li w ra­chu­bę jako kan­dy­da­ci na ma­łżon­ków. Po­szu­ki­wa­nia za­wsze roz­po­czy­na­ły się w naj­bli­ższym oto­cze­niu, a pó­źniej za­ta­cza­ły co­raz szer­sze kręgi. Je­śli cór­ka wy­cho­dzi­ła za mąż za bli­skie­go krew­ne­go, za­le­tą był brak ry­zy­ka w zwi­ąz­ku z ta­kim przed­si­ęw­zi­ęciem. Po­zo­sta­wa­ło się wśród swo­ich, wia­do­mo więc było, w co się wcho­dzi. Do­pie­ro kie­dy mat­ka nie zna­la­zła od­po­wied­nie­go kan­dy­da­ta w za­ufa­nym kręgu, za­kres dzia­ła­nia się roz­sze­rzał. Wzrok kie­ro­wał się wte­dy ku od­da­lo­nym dwo­rom, a pó­źniej ku kan­dy­da­tom z za­gra­ni­cy. Wy­bór kan­dy­da­tów za­wsze prze­bie­gał zgod­nie z tą samą za­sa­dą wy­klu­cza­nia: mężczy­źni z ko­ro­no­wa­nych dy­na­stii, a zwłasz­cza na­stęp­cy tro­nu byli pre­fe­ro­wa­ni przed tymi z nie­ko­ro­no­wa­nych ro­dzin, za­mo­żni przed nie­ma­jący­mi ma­jąt­ku. A im da­lej miesz­kał ad­o­ra­tor, tym bar­dziej atrak­cyj­na mu­sia­ła być ofer­ta jego ro­dzi­ny.

Kie­dy Elżbie­ta osi­ągnęła wiek po­zwa­la­jący na za­mążpó­jście, wie­le jej to­wa­rzy­szek za­baw z daw­nych lat było już wy­da­nych. Dom ro­dzi­ny Paum­gar­ten pu­sto­szał, naj­star­sze cór­ki po­ślu­bi­ły sy­nów z naj­star­szych i naj­zna­mie­nit­szych do­mów szla­chec­kich - do Elżbie­ty do­cie­ra­ło za­tem, że w pa­ła­cu Mak­sa wkrót­ce na­dej­dzie ko­lej na nią. Póki co jej mat­ka - któ­ra szu­ka­ła zi­ęcia w zu­pe­łnie in­nych kręgach niż wy­so­ka szlach­ta ba­war­ska - mu­sia­ła naj­pierw wy­dać za mąż star­szą sio­strę Sisi, He­le­nę. He­le­na do­bie­ga­ła dzie­wi­ęt­na­stych uro­dzin, co wów­czas dla mło­dej ko­bie­ty, któ­rej jesz­cze nie uda­ło się za­ręczyć, sta­no­wi­ło wiek po­de­szły.

W pierw­szej ko­lej­no­ści Lu­dwi­ka oczy­wi­ście za­si­ęgnęła in­for­ma­cji u swo­ich sióstr i naj­bli­ższych przy­ja­ció­łek z ko­ro­no­wa­nych do­mów - w Mo­na­chium, Wied­niu, Dre­źnie, Ber­li­nie i Stut­t­gar­cie. Mo­na­chij­ski dwór kró­lew­ski od po­cząt­ku nie stwa­rzał żad­nych per­spek­tyw: wszy­scy tam­tej­si sio­strze­ńcy Lu­dwi­ki byli już żo­na­ci, a sy­no­wie jej bra­tan­ka Mak­sy­mi­lia­na II mie­li do­pie­ro pięć i osiem lat. Trzy z sióstr Lu­dwi­ki były bez­dziet­ne, ale po­zo­sta­łe dwie mia­ły sy­nów w od­po­wied­nim wie­ku: Ama­lia w Dre­źnie cie­szy­ła się dwo­ma, a młod­szy z nich nie był jesz­cze za­ręczo­ny. Zo­fia w Wied­niu mia­ła na­to­miast czte­rech, w tym trzech w wie­ku od­po­wied­nim do ożen­ku. W ten spo­sób było pew­ne, że dwo­ra­mi, na któ­rych w pierw­szej ko­lej­no­ści sku­pi­ły swo­ją uwa­gę Lu­dwi­ka i jej sio­stry, były drez­de­ński i wie­de­ński.

Osi­ągni­ęcie przez dzie­ci wie­ku od­po­wied­nie­go do za­war­cia ma­łże­ństwa nada­wa­ło wi­zy­tom u krew­nym - któ­re były prze­cież po­dej­mo­wa­ne od za­wsze - zu­pe­łnie nowe zna­cze­nie. Bo cóż rzu­ca się mniej w oczy niż od­wie­dzi­ny jed­nej czy wi­ęcej sio­strze­nic? I od­wrot­nie: kogo zdzi­wi­ło­by, że sio­strze­niec przy­będzie na dłu­ższy po­byt do swo­jej ciot­ki i jej có­rek? Od tej pory od­wie­dzi­ny te sta­wa­ły się częst­sze - a wszyst­ko to w jed­nym celu: chcia­no dać mło­dym lu­dziom oka­zję do wza­jem­ne­go "ob­wącha­nia się" i bli­ższe­go po­zna­nia w bez­piecz­nym - bo ro­dzin­nym - oto­cze­niu. Pod­czas dłu­ższych po­by­tów na dwo­rze krew­nych, któ­rych uwa­dze nie­wie­le ucho­dzi­ło, mo­żna było po­nad­to wy­son­do­wać, czy mło­da ko­bie­ta lub mło­dy mężczy­zna będą pa­so­wa­li do ro­dzi­ny. Dla osób z ze­wnątrz tego typu spo­tka­nia ro­dzin­ne mo­gły wręcz wy­glądać na przy­pad­ko­we - w rze­czy­wi­sto­ści jed­nak były od daw­na za­pla­no­wa­ne co do mi­nu­ty.

Pierw­szy wy­jazd do krew­nych, któ­ry prze­bie­gał pod zna­kiem mo­żli­wych za­ręczyn, Elżbie­ta od­by­ła w kwiet­niu 1853 roku do Dre­zna. Król Fry­de­ryk Au­gust II Wet­tyn za­pro­sił ją, by spędzi­ła ja­kiś czas u swo­jej ciot­ki Ma­rii. Ma­ria wpraw­dzie nie mia­ła dzie­ci, ale na dwo­rze drez­de­ńskim miesz­ka­ła jesz­cze inna sio­stra jej i Lu­dwi­ki - Ama­lia, za­mężna za młod­szym bra­tem Fry­de­ry­ka Au­gu­sta, Ja­nem. Ich młod­szy syn, jak już po­wie­dzia­no, był wci­ąż sta­nu wol­ne­go, w zwi­ąz­ku z czym Elżbie­ta w mo­men­cie swo­je­go bierz­mo­wa­nia zo­sta­ła za­pro­szo­na do Dre­zna. Sio­stry Lu­dwi­ki wie­dzia­ły, jak bar­dzo trud­ne będzie dla niej ry­chłe, od­po­wied­nie do sta­nu wy­da­nie pi­ęciu có­rek, i jej w tym po­ma­ga­ły, jak mo­gły, ara­nżu­jąc ka­żde mo­żli­we spo­tka­nie mło­dych sio­strze­nic z po­ten­cjal­ny­mi kan­dy­da­ta­mi na męża. Przed wy­jaz­dem Elżbie­ty do Dre­zna Lu­dwi­ka pi­sa­ła do swo­jej sio­stry Ma­rii: "Uwa­ża­ła­bym za wiel­kie szczęście, gdy­by Sisi zna­la­zła się pod wa­szy­mi skrzy­dła­mi [...], ale jest to mało praw­do­po­dob­ne. Nie sądzę, aby je­dy­ny kan­dy­dat, któ­ry wcho­dzi w grę, mógł o niej my­śleć"[6]. Wkrót­ce oka­za­ło się, że Lu­dwi­ka mia­ła ra­cję. Elżbie­ta zro­bi­ła w Dre­źnie na o pięć lat star­szym ksi­ęciu Fry­de­ry­ku Je­rzym tak kiep­skie wra­że­nie, że od dal­szych wi­zyt czy re­wi­zy­ty ksi­ęcia w Mo­na­chium od­stąpio­no bez sło­wa skar­gi. Elżbie­ta bez wąt­pie­nia wie­dzia­ła, z ja­kie­go po­wo­du zo­sta­ła za­pro­szo­na do Dre­zna. Ale jako że ni­g­dy do tej pory nie od­by­wa­ła wi­zyt tego ro­dza­ju, bra­ko­wa­ło jej do­świad­cze­nia. A po­nie­waż po po­wro­cie nie mu­sia­ła pa­trzeć w za­smu­co­ną twarz mat­ki - była wci­ąż jesz­cze zbyt mło­da, aby Lu­dwi­ka mu­sia­ła się mar­twić bra­kiem ofert ślub­nych dla niej - to i do za­ko­ńczo­nych nie­po­wo­dze­niem od­wie­dzin ro­dzin­nych w Sak­so­nii nie przy­wi­ązy­wa­ła zbyt wiel­kiej wagi.

Po po­wro­cie do Mo­na­chium Elżbie­ta wró­ci­ła do do­tych­cza­so­we­go ży­cia - z jed­ną istot­ną zmia­ną: od­kąd była "pan­ną na wy­da­niu", wol­no jej było brać udział w wie­czor­nych ko­la­cjach, na któ­re ro­dzi­na kró­lew­ska re­gu­lar­nie za­pra­sza­ła do mo­na­chij­skiej re­zy­den­cji do­ro­słych człon­ków dy­na­stii Wit­tels­ba­chów. Jej mat­ka po dłu­gim cza­sie rów­nież za­częła wy­da­wać ka­me­ral­ne przy­jęcia wie­czor­ne, któ­re mia­ły słu­żyć przede wszyst­kim temu, by za­po­zna­wać Elżbie­tę i He­le­nę z tego typu spo­tka­nia­mi i przy­zwy­cza­jać je do dwor­skie­go oto­cze­nia. Lu­dwi­ka mia­ła w przy­szło­ści opo­wia­dać, że cie­szy­ła się, mo­gąc przy­go­to­wać swo­je cór­ki w ten spo­sób na "ich pó­źniej­szą po­zy­cję i wy­ni­ka­jące z niej obo­wi­ąz­ki"[7].

Po­ja­wi­ła się rów­nież dru­ga wi­docz­na ozna­ka po­że­gna­nia Elżbie­ty z dzie­ci­ństwem: jej wy­gląd, któ­ry miał te­raz od­po­wia­dać pod względem ubio­ru i fry­zu­ry oso­bie do­ro­słej. Ob­rębek spód­ni­cy prze­su­nął się w dół, a wło­sy do góry. Za­miast krót­kich dziew­częcych su­kie­nek, od­sła­nia­jących kost­ki i ko­zacz­ki, za­częła no­sić dłu­gie aż do zie­mi fa­so­ny dla pań, któ­re były tak skro­jo­ne, aby przy uży­ciu cia­sno sznu­ro­wa­ne­go gor­se­tu uwy­dat­nić wąską ta­lię, ak­cen­tu­jąc pier­si i bio­dra, a więc na­da­jąc no­szącej jej oso­bie szcze­gól­nie "ko­bie­cą" syl­wet­kę. Ta­kże dłu­gie dzie­ci­ęce war­ko­cze czy częścio­wo roz­pusz­czo­ne, prze­wi­ąza­ne tyl­ko wstążką wło­sy prze­szły do hi­sto­rii: kan­dy­dat­ka na żonę no­si­ła wło­sy za­cze­sa­ne do góry i zwi­ąza­ne na kar­ku w kok.

Wła­śnie tak - w dłu­giej ko­bie­cej suk­ni i z od­sła­nia­jący­mi twarz, cia­sno upi­ęty­mi wło­sa­mi - sfo­to­gra­fo­wał ją mo­na­chij­ski fo­to­graf Alo­is Löche­rer w 1853 roku. Zdjęcie praw­do­po­dob­nie zo­sta­ło zro­bio­ne tuż przed wy­jaz­dem Elżbie­ty do Dre­zna. Wi­dać już na nim, że z pi­ęt­na­sto­lat­ki wy­ro­śnie atrak­cyj­na ko­bie­ta - ale nic wi­ęcej. Trud­no na tej fo­to­gra­fii do­szu­kać się wcze­snych oznak jej le­gen­dar­nej pi­ęk­no­ści. Wi­dzi­my na­to­miast bar­dzo mło­dą ko­bie­tę, któ­rej twarz wy­ka­zu­je jesz­cze dzie­ci­ęco-mło­dzie­ńczą pu­co­ło­wa­to­ść. Owo prze­jścio­we sta­dium - tak wy­ra­źne - po­mi­ędzy pod­lot­kiem a ko­bie­tą praw­do­po­dob­nie skło­ni­ło rów­nież Lu­dwi­kę do uska­rża­nia się w jed­nym z li­stów, że jej cór­ka przy swo­jej mło­dzie­ńczej świe­żo­ści "nie mia­ła gra­ma uro­dy"[8]. Dzie­si­ęcio­le­cia pó­źniej ksi­ężna opo­wia­da­ła jesz­cze jed­nej z wnu­czek, że jej cór­ka Elżbie­ta pra­wie aż do za­ręczyn mia­ła "okrągłą, nie­zbyt ład­ną twarz, ni­czym wiej­ska dziew­czy­na", ale że po­tem na­gle "na­stąpi­ła prze­mia­na jej wy­glądu" i Elżbie­ta sta­ła się praw­dzi­wą pi­ęk­no­ścią[9]. Mniej wi­ęcej po pi­ęt­na­stym roku ży­cia, tuż przed za­ręczy­na­mi, z doj­rze­wa­jące­go ka­cząt­ka wy­ró­sł pi­ęk­ny ła­będź.

Na wy­ko­na­nym mie­si­ące wcze­śniej przez Löche­re­ra zdjęciu wi­dzi­my Elżbie­tę o po­wa­żnym wy­ra­zie twa­rzy, z za­ci­śni­ęty­mi usta­mi i cie­nia­mi pod ocza­mi. Czy jej po­wa­żne, pra­wie gniew­ne spoj­rze­nie - nie do ko­ńca pa­su­jące do nie­co­dzien­ne­go wy­da­rze­nia, ja­kim była w pierw­szych la­tach fo­to­gra­fii wi­zy­ta stu­dia fo­to­gra­ficz­ne­go na dwo­rze - mo­żna przy­pi­sać dłu­gie­mu cza­so­wi ko­niecz­ne­mu wów­czas do na­świe­tla­nia kli­szy czy ra­czej ty­po­wej mło­dzie­ńczej nie­chęci? Bądź co bądź po la­tach Lu­dwi­ka po­twier­dza­ła, że jej cór­ka była "szcze­gól­nie miłą isto­tą", ale mia­ła rów­nież w so­bie "du­cha prze­ko­ry", któ­ry skła­niał do mó­wie­nia rze­czy, któ­re ją [Lu­dwi­kę] ra­ni­ły lub przy­naj­mniej bar­dzo zdu­mie­wa­ły"[10]. Dzi­siaj praw­do­po­dob­nie mó­wi­ło­by się o uwa­run­ko­wa­nym okre­sem doj­rze­wa­nia za­cho­wa­niu jako o ele­men­cie pro­ce­su odłącza­nia się od ro­dzi­ców. Mło­dzie­ńcza kon­flik­to­wo­ść ucho­dzi dzi­siaj za na­tu­ral­ny ele­ment roz­wo­ju oso­bo­wo­ści - prze­ja­wia­ła się ona rów­nież w dzie­wi­ęt­na­stym wie­ku. Jed­na­kże ów­cze­sne me­to­dy wy­cho­waw­cze cha­rak­te­ry­zo­wa­ły się znacz­nie wi­ęk­szą su­ro­wo­ścią, a emo­cjo­nal­ne wy­zwo­le­nie się od ro­dzi­ców, ma­ni­fe­stu­jące się "du­chem prze­ko­ry", nie było ak­cep­to­wa­ne ani przez naj­bli­ższych, ani przez spo­łe­cze­ństwo.

To, że ży­cie uczu­cio­we Elżbie­ty w mo­men­cie spo­tka­nia z fo­to­gra­fem Löche­re­rem pod­le­ga­ło sil­nym wa­ha­niom, mogą po­świad­czyć nie­któ­re z jej ów­cze­snych wier­szy, któ­rych ko­pie uda­ło się za­cho­wać. Pod­czas gdy Lu­dwi­ka szu­ka­ła męża dla cór­ki, Elżbie­ta prze­ży­wa­ła utra­tę przy­ja­cie­la z mło­do­ści. Hra­bia Da­vid von Paum­gar­ten, brat jej naj­bli­ższej przy­ja­ció­łki Ire­ne, zma­rł na ty­fus dzień po jej bierz­mo­wa­niu[11]. Sisi po­świ­ęci­ła o mie­si­ąc młod­sze­mu przy­ja­cie­lo­wi wiersz, w któ­rym wy­ra­zi­ła ogrom­ny smu­tek po jego śmier­ci. Jesz­cze przed jego śmier­cią, naj­praw­do­po­dob­niej je­sie­nią przed swo­imi pi­ęt­na­sty­mi uro­dzi­na­mi, o nie­po­kój jej ser­ca przy­pra­wi­ło ją nowe, do­tych­czas nie­zna­ne uczu­cie: po raz pierw­szy się za­ko­cha­ła. Do dzi­siaj nie wia­do­mo, kim był obiekt wes­tchnień mło­dej Elżbie­ty. Mu­siał być to ktoś ma­jący do­stęp do ksi­ążęce­go domu. Mło­da nie­za­mężna ko­bie­ta o po­zy­cji Elżbie­ty nie spo­ty­ka­ła bo­wiem mężczyzn poza kręgiem ro­dzin­nym. Ist­nie­je wiersz mło­dej Sisi za­ty­tu­ło­wa­ny Do nie­go[12], w któ­rym na­zy­wa go Ry­szar­dem i opła­ku­je jego na­głą śmie­rć. Być może na­le­żał on do świ­ty jej ojca, był urzęd­ni­kiem ksi­ążęce­go domu w Mo­na­chium lub ad­iu­tan­tem albo słu­żącym, któ­ry to­wa­rzy­szył jej ro­dzi­nie pod­czas po­by­tu w Po­ssen­ho­fen. Za tym prze­ma­wia w ka­żdym ra­zie na­stępu­jący wer­set: "Łączy­ły nas wi­ęzy mi­ło­ści / Wspól­nie spędza­ne dnie". Bo - za­kła­da­jąc, że nie do­cho­dzą tu­taj do gło­su ma­rze­nia czy ubar­wio­ne wspo­mnie­nia - z ja­kim mło­dym mężczy­zną mo­gła spo­ty­kać się dzień w dzień Elżbie­ta, je­śli nie z kimś, kto na­le­żał do ro­dzin­nej słu­żby? Do krew­nych ani też do ich świ­ty "Ry­szard" nie mógł na­le­żeć, bo tych nie wi­dy­wa­ło się co­dzien­nie. "Przez cały dzień ma­rzy­łam bło­go: / Ju­tro go uj­rzę znów! / Smut­ki po­zba­wić mnie nie mogą / Tam­tych szczęśli­wych snów" - pi­sa­ła za­ko­cha­na z tęsk­no­tą w swo­im ma­łym pa­mi­ęt­ni­ku[13]. Tym nie­mniej to­żsa­mo­ść Ry­szar­da po­zo­sta­je za­gad­ką - w bli­ższym oto­cze­niu Elżbie­ty do­tych­czas nie uda­ło się od­na­le­źć ko­goś o ta­kim imie­niu.

Trud­no dzi­siaj oce­nić, jak po­wa­żne były jej uczu­cia, a na ile jej za­ko­cha­nie mo­żna było spro­wa­dzić do tęsk­nych fan­ta­zji ty­po­wych dla dziew­cząt w tym wie­ku. Jak ma to miej­sce u na­sto­la­tek wszyst­kich cza­sów, rów­nież do­ra­sta­jąca Elżbie­ta mo­gła częściej po­pa­dać w me­lan­cho­lię czy mieć lek­ko de­pre­syj­ne na­stro­je.

Lato 1853 roku - tuż przed tym, gdy się oka­za­ło, że cór­ka ba­war­skie­go ksi­ęcia Elżbie­ta nie znaj­dzie się wśród dzi­siaj nie­zna­nych có­rek kró­lew­skich, lecz wkro­czy na wiel­ką mi­ędzy­na­ro­do­wą sce­nę - za­sta­ło Sisi jako dziew­czy­nę, nad któ­rej kan­dy­da­tem na przy­szłe­go ma­łżon­ka ła­ma­ły so­bie gło­wy jej mat­ka oraz ciot­ki i któ­ra wła­śnie na­gle za­częła roz­kwi­tać jako pi­ęk­no­ść tak nie­zwy­kła, że lu­dzie w jej oto­cze­niu nie do­strze­ga­li jesz­cze tej szyb­kiej prze­mia­ny, w zwi­ąz­ku z czym gdy tyl­ko ją za­uwa­ży­li, byli nią po pro­stu za­sko­cze­ni. Jako dziew­czy­nę, któ­ra wła­śnie po­zna­ła, co zna­czy być za­ko­cha­ną, ale naj­wy­ra­źniej wci­ąż prze­ży­wa­ła gwa­łtow­ne wstrząsy okre­su doj­rze­wa­nia i zwi­ąza­ne z tym hu­śtaw­ki na­stro­jów. Jako dziew­czy­nę, któ­ra jed­no­gło­śnie opi­sy­wa­na była jako nie­zwy­kle miła, uczu­cio­wa, wsty­dli­wa, ci­cha i za­mkni­ęta w so­bie.

Z tą wła­śnie dziew­czy­ną i jej star­szą sio­strą He­le­ną Lu­dwi­ka wy­ru­szy­ła w po­ło­wie sierp­nia do au­striac­kie­go ku­ror­tu Ischl. Za­mie­rza­ła po raz ko­lej­ny od­wie­dzić ro­dzi­nę. Tym ra­zem zo­sta­ły za­pro­szo­ne przez sio­strę Lu­dwi­ki, ar­cy­ksi­ężną Zo­fię, do Au­strii. Jej pier­wo­rod­ny syn, przy­stoj­ny ce­sarz Fran­ci­szek Jó­zef I, miał ob­cho­dzić 18 sierp­nia swo­je dwu­dzie­ste trze­cie uro­dzi­ny - a był już nie tyl­ko wład­cą środ­ko­wo­eu­ro­pej­skie­go mo­car­stwa, ale rów­nież naj­bar­dziej po­żąda­nym ka­wa­le­rem tego dzie­si­ęcio­le­cia. Jego młod­si bra­cia ta­kże bu­dzi­li za­in­te­re­so­wa­nie ko­bie­ty, któ­ra mia­ła do wy­da­nia za mąż kil­ka có­rek. Wśród dziew­cząt z domu Wit­tels­ba­chów au­striac­ki ar­cy­ksi­ążę za­wsze ucho­dził za do­brą par­tię. A je­den z sy­nów Zo­fii da­wał wręcz kon­kret­ny po­wód do na­dziei: Ka­rol Lu­dwik, jej trze­ci syn, przed kil­ko­ma laty pod­czas ostat­nie­go spo­tka­nia ro­dzin­ne­go w Inns­bruc­ku wy­ka­zy­wał istot­ne za­in­te­re­so­wa­nie Elżbie­tą. Wów­czas dzie­si­ęcio­lat­ka zo­sta­ła opi­sa­na przez jej ciot­kę Zo­fię na­stępu­jący­mi sło­wa­mi: "Eli­za, po­mi­mo że nie­zbyt ład­na - jest bły­sko­tli­wym, mi­łym, przy­ja­znym stwo­rze­niem - trud­no się oprzeć jej wier­ne­mu, cie­płe­mu spoj­rze­niu i uśmie­cho­wi; jest tak de­li­kat­nie ko­bie­ca i roz­sąd­na po­nad swój wiek"[14]. Kto wie, być może sym­pa­tia Ka­ro­la Lu­dwi­ka któ­re­goś dnia sta­nie się ja­ki­mś głęb­szym uczu­ciem? Z całą pew­no­ścią Lu­dwi­ka jako mat­ka nie mo­gła po­mi­nąć za­in­te­re­so­wa­nia ar­cy­ksi­ęcia swo­ją cór­ką.

Ta­kże sio­stra Lu­dwi­ki, Zo­fia, nie usta­wa­ła wła­śnie w po­szu­ki­wa­niach do­brej par­tii dla jed­ne­go ze swo­ich sy­nów. Fran­ci­szek Jó­zef spo­ty­kał się wpraw­dzie już w ra­mach zjaz­dów ro­dzin­nych z od­po­wied­ni­mi sta­nem kan­dy­dat­ka­mi, żad­ne jed­nak z tych spo­tkań nie przy­nio­sło do­tych­czas re­zul­ta­tu. Tuż przed świ­ęta­mi Bo­że­go Na­ro­dze­nia 1852 roku mło­dy ce­sarz wraz ze swo­imi bra­ćmi, Mak­sy­mi­lia­nem Fer­dy­nan­dem i Ka­ro­lem Lu­dwi­kiem - jak de­li­kat­nie od­no­to­wa­no w pro­to­ko­łach pod­ró­ży dwo­ru wie­de­ńskie­go - wy­ru­szył "se­pa­rat-tra­in przez Pra­gę i Dre­zno do Ber­li­na", aby tam pod­czas wi­zy­ty u ciot­ki, kró­lo­wej Elżbie­ty Lu­dwi­ki, nie­po­strze­że­nie spo­tkać się z bra­ta­ni­cą jej męża, ksi­ężnicz­ką Anną Pru­ską[15]. Anna była dziew­czy­ną pi­ęk­ną jak z ob­raz­ka, o rok star­szą od Elżbie­ty i zresz­tą do niej bar­dzo po­dob­ną. I nie­zwy­kle po­do­ba­ła się Fran­cisz­ko­wi Jó­ze­fo­wi. Po po­wro­cie do Wied­nia roz­ma­wiał on z mat­ką na te­mat "uczu­cia, któ­re go od po­wro­tu istot­nie zaj­mo­wa­ło"[16]. Wy­bór Fran­cisz­ka Jó­ze­fa pa­dłby na ślicz­ną Annę, jed­nak do za­ręczyn nie do­szło. (Pó­źniej często po­wta­rza­no po­gło­skę, ja­ko­by dwór ber­li­ński z przy­czyn po­li­tycz­nych nie zgo­dził się na ta­kie ko­li­ga­cje - co ra­czej nie jest praw­dą. Nie było wów­czas roz­dźwi­ęków po­li­tycz­nych po­mi­ędzy Pru­sa­mi a Au­strią; idea zjed­no­cze­nia Nie­miec pod pru­skim przy­wódz­twem z wy­klu­cze­niem Au­strii wci­ąż na­le­ża­ła do od­le­głej przy­szło­ści. Bar­dziej praw­do­po­dob­ne wy­da­je się, że ksi­ężnicz­ka Anna w mo­men­cie wi­zy­ty Fran­cisz­ka Jó­ze­fa była już przy­obie­ca­na ko­muś in­ne­mu (pięć mie­si­ęcy pó­źniej wy­szła za na­stęp­cę tro­nu Wiel­kie­go Ksi­ęstwa He­sji).

Ar­cy­ksi­ężna Zo­fia wpraw­dzie jesz­cze pró­bo­wa­ła in­ter­we­nio­wać za ku­li­sa­mi, tak aby coś zmie­nić na ko­rzy­ść syna. Za­kli­na­ła swo­ją sio­strę Elżbie­tę, by ta wsta­wi­ła się za Fran­cisz­kiem Jó­ze­fem. Jej list w tej spra­wie do­wo­dzi rów­nież, jak otwar­cie ko­mu­ni­ko­wa­ły się ze sobą sio­stry: "Znasz go do­brze i wiesz, że nie­ła­two spro­stać jego gu­stom i że nie wy­star­cza mu pierw­sza lep­sza. Musi po­ko­chać isto­tę, któ­ra ma zo­stać jego to­wa­rzysz­ką, a ona musi mu się po­do­bać i być sym­pa­tycz­na. Wy­da­je się, że Wa­sza ko­cha­na mała od­po­wia­da tym wszyst­kim wa­run­kom, oceń sama, jak moc­no pra­gnę jej dla syna, któ­ry tak bar­dzo po­trze­bu­je szczęścia, po tym jak szyb­ko mu­siał zre­zy­gno­wać z bez­tro­ski i ilu­zji mło­do­ści"[17].

Rów­nież ko­lej­na nie­po­zor­na wi­zy­ta u ro­dzi­ny nie do­pro­wa­dzi­ła do za­ręczyn. W pod­ró­ży po­wrot­nej do Wied­nia Fran­ci­szek Jó­zef za­trzy­mał się w Dre­źnie, aby spo­tkać tam swo­ją ku­zyn­kę Ma­rię Si­do­nię. Wi­zy­ta trwa­ła krót­ko. Ce­sarz oce­nił ku­zyn­kę, od dal­szych spo­tkań od­stąpio­no. Dziew­czy­na mu się nie spodo­ba­ła. "Gło­wę ma pi­ęk­ną, ale fi­gu­rę zbyt gru­bą" - na­pi­sa­ła pó­źniej sio­strze­ni­ca Elżbie­ty we wspo­mnie­niach o wra­że­niu, ja­kie mia­ła za sobą zo­sta­wić Si­do­nia[18].

Ofer­ty na ryn­ku ślub­nym rów­nież dla au­striac­kie­go ce­sa­rza po­wo­li się kur­czy­ły. Na ob­sza­rze nie­miec­ko­języcz­nym nie było już zbyt wie­lu ka­to­lic­kich ksi­ężni­czek w od­po­wied­nim wie­ku, któ­re spe­łnia­ły­by es­te­tycz­ne ocze­ki­wa­nia Fran­cisz­ka Jó­ze­fa, a ksi­ężnicz­ki z za­gra­ni­cy nie pa­so­wa­ły do ślub­nych pla­nów dwo­ru wie­de­ńskie­go. Ide­al­nie się więc skła­da­ło, że dwu­dzie­ste trze­cie uro­dzi­ny Fran­cisz­ka Jó­ze­fa da­wa­ły pre­tekst dla ko­lej­ne­go spo­tka­nia ro­dzin­ne­go - i w ten spo­sób jego ob­rot­na mat­ka, ar­cy­ksi­ężna Zo­fia, zor­ga­ni­zo­wa­ła przy tej oka­zji kil­ku­dnio­wy zjazd. Oprócz jej sio­stry Lu­dwi­ki i jej có­rek He­le­ny i Elżbie­ty za­pro­szo­ne zo­sta­ły rów­nież sio­stry Ma­ria z Sak­so­nii, Elżbie­ta z Prus i Ka­ro­li­na, była ce­sa­rzo­wa Au­strii, a po­nad­to przy­rod­ni brat Lu­dwi­ki, ksi­ążę Ka­rol Teo­dor oraz wuj-dzia­dek Fran­cisz­ka Jó­ze­fa, sta­ry ar­cy­ksi­ążę Lu­dwik, jak rów­nież krew­ni z he­skiej ro­dzi­ny pa­nu­jącej.

O tej brze­mien­nej w skut­ki wy­pra­wie do Ischl pó­źniej nie tyl­ko wie­le pi­sa­no, ale rów­nież po­ja­wi­ło się wie­le nad­in­ter­pre­ta­cji, co było bli­ższe spe­ku­la­cjom niż rze­czy­wi­sto­ści. Rze­ko­me za­ara­nżo­wa­nie ślu­bu swo­ich dzie­ci, Fran­cisz­ka Jó­ze­fa i He­le­ny, przez Zo­fię i Lu­dwi­kę jest ni­czym in­nym, jak nie­do­wie­dzio­nym za­ło­że­niem (któ­re z bie­giem cza­su sta­ło się nie­ma­lże nie­pod­wa­żal­nym ele­men­tem opo­wie­ści o tam­tych dniach). Z do­stęp­nych źró­deł nie wy­ni­ka, czy za­war­to od­po­wied­nie umo­wy. Obie mat­ki naj­praw­do­po­dob­niej mia­ły na­dzie­ję, że Fran­ci­szek Jó­zef wy­ka­że za­in­te­re­so­wa­nie He­le­ną; ale do ma­łże­ństwa z roz­sąd­ku we­dług sta­re­go wzor­ca, zgod­nie z któ­rym wy­bo­ru part­ne­ra do­ko­ny­wa­no z po­wo­dów po­li­tycz­nych, dy­plo­ma­tycz­nych czy z woli ro­dzi­ców, ce­sarz nie był skłon­ny. Na­le­ży ta­kże w in­nym świe­tle wi­dzieć rolę ar­cy­ksi­ężnej Zo­fii, któ­ra za­zwy­czaj przed­sta­wia­na jest jako siła prąca do au­striac­ko-ba­war­skie­go pro­jek­tu ma­łże­ńskie­go. Mimo że Fran­ci­szek Jó­zef z całą pew­no­ścią był bar­dzo ule­gły wo­bec mat­ki, to ni­g­dy nie sta­ra­łby się o rękę mło­dej ko­bie­ty, któ­rej nie uwa­ża­łby za atrak­cyj­ną i któ­ra by mu się nie po­do­ba­ła. Jed­no­znacz­nie udo­wod­nił to już w prze­szło­ści. Od­po­wied­nie umo­wy po­mi­ędzy mat­ką i ciot­ką nie zro­bi­ły­by ra­czej na mło­dym ce­sa­rzu żad­ne­go wra­że­nia. A to, że Zo­fia do­kład­nie wie­dzia­ła, że nie będzie w sta­nie we­przeć - ani wy­bić z gło­wy - swo­je­mu sy­no­wi żad­nej ko­bie­ty, po­twier­dza cho­cia­żby fakt, że pró­bo­wa­ła wszel­kich spo­so­bów, by uzy­skać dlań rękę pro­te­stanc­kiej ksi­ężnicz­ki Anny - i to po­mi­mo że sama była or­to­dok­syj­ną ka­to­licz­ką, a Habs­bur­go­wie na ogół nie po­pie­ra­li ma­łże­ństw z pro­te­stan­ta­mi. Je­dy­ne, co Zo­fia mo­gła uczy­nić, to ara­nżo­wać spo­tka­nia ce­sar­skie­go syna z mi­ły­mi mło­dy­mi ko­bie­ta­mi, któ­re z ra­cji swo­jej po­zy­cji li­czy­ły się jako kan­dy­dat­ki na jego żonę. De­cy­zja, któ­ra z nich zo­sta­nie po­ślu­bio­na, na­le­ża­ła jed­nak wy­łącz­nie do Fran­cisz­ka Jó­ze­fa.

Po­nie­waż Zo­fia mo­gła de­cy­do­wać tyl­ko o tym, w ja­kim to­wa­rzy­stwie jej syn spo­ty­kał się z kan­dy­dat­ka­mi na żonę, ale nie o tym, kto zo­sta­nie jej sy­no­wą, to­wa­rzy­stwo to do­bie­ra­no szcze­gól­nie sta­ran­nie. Tyl­ko tę śru­bę mo­gła do­kręcać. Ar­cy­ksi­ężna mo­gła spro­wa­dzać w po­bli­że syna wy­bra­ne przez sie­bie mło­de ko­bie­ty i przed­sta­wiać je w ko­rzyst­nym świe­tle. Mo­gła usta­lać od­po­wied­nie wa­run­ki ra­mo­we - i do­kład­nie to wła­śnie uczy­ni­ła w przy­pad­ku za­pro­sze­nia do Ischl. Spo­tka­nie ro­dzin­ne tego typu, jak to za­ara­nżo­wa­ne przez Zo­fię, na któ­re za­pro­szo­ne zo­sta­ły ksi­ężna Lu­dwi­ka i jej dwie będące w od­po­wied­nim do za­mążpó­jścia wie­ku cór­ki, na któ­re nie za­pro­szo­no jed­nak wi­ęcej mło­dych dam, lecz tyl­ko star­szych człon­ków ro­dzi­ny, po­ka­zu­je, że ar­cy­ksi­ężna świa­do­mie stwo­rzy­ła oto­cze­nie, w któ­rym ce­sarz ca­łko­wi­cie miał się sku­pić na Elżbie­cie i He­le­nie. Po­śród sta­rych wuj­ków i cio­tek (naj­młod­si z nich już daw­no prze­kro­czy­li pi­ęćdzie­si­ąt­kę) mło­de cór­ki Lu­dwi­ki mu­sia­ły być uoso­bie­niem dziew­częco­ści. I tego wła­śnie chcia­ła go­spo­dy­ni im­pre­zy.

Pro­gram ro­dzin­ne­go po­by­tu w ku­ror­cie Ischl ta­kże zo­stał sta­ran­nie przy­go­to­wa­ny przez Zo­fię. Od­po­wia­dał on ca­łko­wi­cie ty­po­we­mu kil­ku­dnio­we­mu spo­tka­niu ro­dzin­ne­mu kręgów dwor­skich: pa­no­wie mie­li udać się na po­lo­wa­nie, pa­nie zaś roz­ko­szo­wać spa­ce­ra­mi lub prze­ja­żdżka­mi brycz­ką po pi­ęk­nej oko­li­cy. Spo­tka­nia mia­ły prze­bie­gać w nie­wy­mu­szo­nej at­mos­fe­rze, przy wspól­nym śnia­da­niu i po­po­łu­dnio­wej her­bat­ce. Pod­czas ko­la­cji at­mos­fe­ra mia­ła być bar­dziej for­mal­na i od­po­wia­dać pro­to­ko­ło­wi usta­la­jące­mu ry­go­ry­stycz­nie zhie­rar­chi­zo­wa­ny po­rządek zaj­mo­wa­nia miejsc przy sto­le. Pa­nie wie­czo­ra­mi mia­ły się pi­ęk­nie pre­zen­to­wać w wiel­kich suk­niach wie­czo­ro­wych i dro­go­cen­nych klej­no­tach. Punkt kul­mi­na­cyj­ny sta­no­wił zaś wiel­ki bal wy­da­ny na cze­ść ce­sa­rza w dniu jego uro­dzin.

Miej­sce spo­tka­nia Zo­fia wy­bra­ła ide­al­nie. Ischl nie był jesz­cze wów­czas prze­lud­nio­nym let­ni­sko­wym ku­ror­tem mo­nar­chii, któ­rym stał się w la­tach pó­źniej­szych. Nie ist­nia­ła wów­czas jesz­cze in­fra­struk­tu­ra tu­ry­stycz­na ani let­nia sie­dzi­ba ce­sa­rza. Zo­fia wy­na­jęła dla swo­jej ro­dzi­ny wil­lę, znacz­na część za­pro­szo­nych go­ści zaś mu­sia­ła no­co­wać w ho­te­lach. Re­kom­pen­sa­tą za re­la­tyw­nie pro­ste wa­run­ki by­to­we było nad­zwy­czaj­ne pi­ęk­no kra­jo­bra­zów oko­li­cy Ischl oraz spo­kój pa­nu­jący w ci­chym ku­ror­cie. Tu­taj ro­dzi­na mo­gła spędzać czas wśród swo­ich, nie będąc pod ostrza­łem wzro­ku dwor­skie­go to­wa­rzy­stwa. Poza tym mło­dy ce­sarz ni­g­dzie in­dziej nie był tak zre­lak­so­wa­ny jak wła­śnie w Ischl, któ­re znał i ko­chał od naj­wcze­śniej­sze­go dzie­ci­ństwa.

Za­rów­no Lu­dwi­ka, jak i jej sio­stry praw­do­po­dob­nie mia­ły na­dzie­ję na to, że Fran­ci­szek Jó­zef za­in­te­re­su­je się jej cór­ka­mi, a zwłasz­cza star­szą He­le­ną. W tym mo­men­cie jed­nak jesz­cze żad­na z kró­lew­skich swa­tek nie my­śla­ła o za­ręczy­nach - po­twier­dza to za­cho­wa­na ko­re­spon­den­cja z tam­tych dni, któ­ra świad­czy o ogrom­nym za­sko­cze­niu, ja­kie prze­ma­wia z pó­źniej­szych li­stów. Dla mat­ki Elżbie­ty ro­dzin­ne spo­tka­nie sta­no­wi­ło w ka­żdym ra­zie zna­czącą oko­licz­no­ść. Nie­za­le­żnie od tego, jak ro­dzin­nie zo­sta­ło ono za­pla­no­wa­ne, Lu­dwi­ka wie­dzia­ła, o co w tym wszyst­kim cho­dzi. Rok wcze­śniej jesz­cze sama po­je­cha­ła z wi­zy­tą do sio­stry Zo­fii, świa­do­mie zo­sta­wia­jąc cór­ki u kró­lo­wej Te­re­sy w Berch­tes­ga­den, "żeby nie wy­gląda­ło tak, jak­bym chcia­ła zwró­cić uwa­gę ce­sa­rza na nie obie"[19].

Przy­pusz­czal­nie sio­stry po­in­for­mo­wa­ły ją wte­dy, że Fran­ci­szek Jó­zef roz­gląda się za pan­ną mło­dą na in­nych dwo­rach. Ale być może in­stynk­tow­nie za­uwa­ży­ła rów­nież, że jesz­cze nie nad­sze­dł czas na to, aby pre­zen­to­wać ce­sar­skie­mu sio­strze­ńco­wi swo­je cór­ki. Pew­ne jest, że te­raz, pięć lat pó­źniej, pod­czas któ­rych Fran­ci­szek Jó­zef nie wi­dy­wał swo­ich ba­war­skich ku­zy­nek, sy­tu­acja była ide­al­na: mo­nar­cha do­stał ko­sza na dwo­rze ber­li­ńskim, a kan­dy­dat­kę na żonę z Dre­zna oce­nił bez en­tu­zja­zmu i od­rzu­cił. Obie cór­ki Lu­dwi­ki były więc la­tem 1853 roku w lep­szej po­zy­cji niż jesz­cze w roku po­przed­nim. He­le­na, któ­ra od dłu­ższe­go cza­su za­bie­ra­na była na ko­la­cje i uro­czy­sto­ści mo­na­chij­skie­go to­wa­rzy­stwa dwor­skie­go, na­uczy­ła się od­po­wied­nie­go za­cho­wa­nia. Po­tra­fi­ła w nie­wy­mu­szo­ny spo­sób kon­wer­so­wać, po­tra­fi­ła po­ru­szać się w to­wa­rzy­stwie i w oczach mat­ki i cio­tek być może mia­ła duże szan­se, by przy­pa­ść do gu­stu ce­sa­rzo­wi. Ale rów­nież w przy­pad­ku Elżbie­ty Lu­dwi­ka mu­sia­ła wy­ko­rzy­stać oka­zję do spo­tka­nia z po­ten­cjal­nym kan­dy­da­tem na męża - w ko­ńcu na przy­kła­dzie He­le­ny oka­za­ło się, że zna­le­zie­nie do­brej par­tii może po­trwać na­praw­dę dłu­go.

Po­zo­sta­je py­ta­nie, jak mo­gły czuć się obie sio­stry, ja­dąc do Ischl. Do­stęp­ne źró­dła wie­le w tej spra­wie nie po­ma­ga­ją. Jak się czu­ła pi­ęt­na­sto­let­nia Elżbie­ta, a jak osiem­na­sto­let­nia He­le­na, ma­jąc w per­spek­ty­wie spo­tka­nie z tłu­mem rów­nie do­stoj­nych, co - być może - prze­ra­ża­jących krew­nych? Ko­niec ko­ńców ce­sarz, na­wet je­że­li w po­sta­ci ku­zy­na, po­zo­sta­wał wci­ąż oso­bą, przed któ­rą czu­ło się re­spekt, poza tym był dla có­rek Lu­dwi­ki prak­tycz­nie ob­cym czło­wie­kiem. Do tego mia­ły spo­tkać wie­le in­nych osób, któ­rych kom­plet­nie nie zna­ły. Je­śli do ro­dzi­ny na­le­że­li człon­ko­wie ko­ro­no­wa­nych ro­dzin, tego typu spo­tka­nia ro­dzin­ne ni­g­dy nie od­by­wa­ły się w wąskim gro­nie. Do Ischl ka­żda z kró­lew­skich sióstr pod­ró­żo­wa­ła ze świ­tą zło­żo­ną z co naj­mniej dzie­si­ęciu osób. Kró­lo­wym i ar­cy­ksi­ężnej Zo­fii to­wa­rzy­szy­ły ich damy dwo­ru, dwo­rza­nie, słu­żba po­ko­jo­wa oraz słu­żący. Czas spędza­no nie tyl­ko w kręgu naj­bli­ższej ro­dzi­ny, ale za­wsze rów­nież w asy­ście świ­ty. Oczy­wi­ście świ­ta rów­nież była świa­do­ma na­dziei zwi­ąza­nej ze spo­tka­niem ro­dzin­nym. Po­dob­nie jak Elżbie­ta i He­le­na z góry wie­dzia­ły, że są ob­ser­wo­wa­ne i tak­so­wa­ne wzro­kiem, a ka­żda ich uwa­ga zo­sta­nie zin­ter­pre­to­wa­na. Dzi­siaj trud­no so­bie wy­obra­zić, co ozna­cza­ło dla mło­dej ko­bie­ty zna­le­zie­nie się na ryn­ku ślub­nym i rzu­ce­nie na pa­stwę oce­ny in­nych. Wszyst­ko to mo­gło na­pa­wać stra­chem mło­de, często wci­ąż do­ra­sta­jące ko­bie­ty, nie­ma­jące żad­nych do­świad­czeń ży­cio­wych, a tym bar­dziej z mężczy­zna­mi. O mło­dej Elżbie­cie wia­do­mo po­nad­to, że na ogół oba­wia­ła się nie­zna­nych so­bie lu­dzi. Ale rów­nież dla He­le­ny to spo­tka­nie mia­ło oka­zać się trud­ne. Oczy­wi­ście wszy­scy jego uczest­ni­cy byli świa­do­mi tego, że zo­sta­ną za­pre­zen­to­wa­ne dwie kan­dy­dat­ki na ma­łżon­kę ce­sa­rza, z któ­rych star­sza już osi­ągnęła kło­po­tli­wy wiek i w na­stęp­nym se­zo­nie zo­sta­ła­by bez wi­do­ków na za­ręczy­ny.

Nie­za­le­żnie od tego, jak mo­gły czuć się sio­stry, nie wol­no im było od­mó­wić udzia­łu w spo­tka­niu, mu­sia­ły za­tem podążać za ocze­ki­wa­nia­mi ro­dzi­ców. W po­ło­wie dzie­wi­ęt­na­ste­go wie­ku mło­de ko­bie­ty nie bun­to­wa­ły się prze­ciw­ko pró­bom swa­ta­nia przez mat­ki, bo do­kład­nie było wia­do­mo, że al­ter­na­ty­wa - czy­li sta­ro­pa­nie­ństwo - ozna­cza­ła­by śmie­rć spo­łecz­ną. W tym rów­nież za­ko­rze­nio­ne są prze­sad­ne z dzi­siej­sze­go punk­tu wi­dze­nia sta­ra­nia ów­cze­snych ma­tek, by wy­dać cór­ki za mąż. Bo dla nie­za­mężnych ko­biet nie było po pro­stu wte­dy miej­sca w spo­łe­cze­ństwie. Ko­bie­ta bez męża była uoso­bie­niem nie­uda­ne­go ko­bie­ce­go ży­cia. Po­zo­sta­nie w sta­nie wol­nym ska­zy­wa­ło dziew­czy­nę na kon­kret­ny los. Ko­bie­ta, któ­ra nie zna­la­zła męża, mu­sia­ła po­zo­stać w ro­dzi­nie swo­je­go po­cho­dze­nia i żyć z jej wspar­cia fi­nan­so­we­go. W ten spo­sób zaj­mo­wa­ła po­zy­cję ubo­giej krew­nej. Na­wet je­śli w ro­dzi­nach nie­chęt­nie o tym roz­ma­wia­no - nie­za­mężna cór­ka za­wsze była źró­dłem pro­ble­mów. Nie mo­żna się było jej po pro­stu po­zbyć. Na­le­ża­ło za­pew­nić miesz­ka­nie i apa­na­że. Była cały czas obec­na w domu, po­mi­mo że nie prze­wi­dzia­no tam dla niej żad­nej roli. To, co jesz­cze w ja­ki­mś stop­niu funk­cjo­no­wa­ło u ro­dzi­ców - nie­za­mężne cór­ki za­zwy­czaj były to­wa­rzysz­ka­mi mat­ki i ojca na sta­ro­ść - w ko­lej­nym po­ko­le­niu często sta­wa­ło się pro­ble­mem. Bo od­po­wie­dzial­no­ść za taką oso­bę po śmier­ci ojca spa­da­ła na jego naj­star­sze­go syna lub sio­strze­ńca czy bra­tan­ka, od któ­re­go od tej pory ko­bie­ta sta­wa­ła się za­le­żna. Na­wet w naj­wy­ższych sfe­rach lub ewen­tu­al­nie ta­kich, gdzie utrzy­ma­nie nie­za­mężnej cór­ki nie sta­no­wi­ło wi­ęk­sze­go pro­ble­mu fi­nan­so­we­go, at­mos­fe­ra mo­gła stać się dla niej nie­go­ścin­na, bo nikt nie chciał mieć w domu sta­rej pan­ny. Wszędzie była pi­ątym ko­łem u wozu - i wy­star­cza­jąco często jed­no­znacz­nie da­wa­no jej to od­czuć.

Nie­za­mężne ko­bie­ty prak­tycz­nie nie mia­ły mo­żli­wo­ści wy­do­sta­nia się z tej nie­ko­rzyst­nej i znie­wa­ża­jącej sy­tu­acji, jaką po­ci­ągał za sobą ich sta­tus - to­le­ro­wa­no je­dy­nie wstąpie­nie do klasz­to­ru. Co ozna­cza­ło ży­cie bez ślu­bu, Elżbie­ta zo­ba­czy­ła pó­źniej na przy­kła­dzie swo­jej naj­bli­ższej przy­ja­ció­łki z lat mło­do­ści - Ire­ne Paum­gar­ten. Ire­ne jako je­dy­na z sied­miu sióstr nie zna­la­zła męża, a po­nie­waż jej brat Da­vid, je­dy­ny syn i dzie­dzic, zma­rł już w mło­do­ści, po śmier­ci ojca owdo­wia­ła mat­ka nie mo­gła za­trzy­mać wła­sno­ści ro­dzi­ny. Ma­jątek i po­sia­dło­ść - po­ło­żo­ny na po­łu­dnio­wy za­chód od Pa­sa­wy za­mek Ering - tra­fi­ły, jak to się w ta­kich przy­pad­kach zda­rza­ło, do da­le­kie­go krew­ne­go płci męskiej. Ire­ne nie po­zo­sta­ło nic poza skrom­ną do­ży­wot­nią ren­tą i re­pu­ta­cją zdzi­wa­cza­łej sta­rej pan­ny[20].

Ksi­ężna Lu­dwi­ka ab­so­lut­nie nie bra­ła pod uwa­gę mo­żli­wo­ści, że jej cór­ki nie wyj­dą za mąż, w zwi­ąz­ku z czym 15 sierp­nia 1853 roku za­bra­ła je obie w pod­róż do Ischl. Trzy dy­li­żan­se mia­ły je do­wie­źć wraz ze świ­tą do zna­ne­go ku­ror­tu w Salz­kam­mer­gut. To­wa­rzy­szy­ły im mi­ędzy in­ny­mi głów­na och­mi­strzy­ni Lu­dwi­ki, jej gar­de­ro­bia­na oraz rad­ca dwo­ru dok­tor He­in­rich von Fi­scher, oso­bi­sty le­karz ro­dzi­ny ksi­ążęcej[21]. Ta nie­wiel­ka grup­ka lu­dzi mia­ła przed sobą uci­ążli­wą pod­róż. Dro­gi były wów­czas pe­łne pyłu i nie­rów­no­ści, a na­wet je­śli lep­szej ja­ko­ści wozy, na któ­re mo­gli so­bie po­zwo­lić za­mo­żni lu­dzie, wy­po­sa­żo­no w amor­ty­za­to­ry, to i tak, chcąc nie chcąc, po wie­lu go­dzi­nach jaz­dy po wiej­skich dro­gach było się po­rząd­nie wy­trzęsio­nym. W tam­tych cza­sach nie dało się jesz­cze wy­god­nie do­je­chać do Ischl ko­le­ją. W sierp­niu do­cho­dzi­ły do tego let­nie upa­ły, od któ­rych na­grze­wa­ło się wnętrze wozu. Lu­dwi­ka i jej cór­ki w żad­nym wy­pad­ku nie mo­gły­by do­je­chać trze­ma wy­pa­ko­wa­ny­mi po brze­gi i za­jęty­mi przez lu­dzi ka­re­ta­mi bez­po­śred­nio z Mo­na­chium do Ischl - od­by­cie ta­kiej pod­ró­ży bez zmia­ny koni i po­sto­ju nie było mo­żli­we. Dla­te­go po pierw­szym dniu jaz­dy prze­no­co­wa­no w ba­war­skim Traun­ste­in.

Na­stęp­ne­go po­ran­ka, 16 sierp­nia, wy­jazd opó­źnił się w zwi­ąz­ku z na­pa­dem mi­gre­ny u ksi­ężnej. Za­miast o siód­mej to­wa­rzy­stwo wy­je­cha­ło z Traun­ste­in do­pie­ro o dzie­wi­ątej, co za­bu­rzy­ło za­pla­no­wa­ny co do mi­nu­ty roz­kład dnia. Wszy­scy mie­li przed sobą męczący dzień. Po dro­dze do Bad Ischl Lu­dwi­ka mu­sia­ła jesz­cze za­trzy­mać się w Sal­zbur­gu. Na­le­ża­ło zło­żyć wi­zy­tę obec­ne­mu tam ro­dze­ństwu ksi­ężnej, by­łej ce­sa­rzo­wej Au­strii Ka­ro­li­nie i by­łe­mu kró­lo­wi Lu­dwi­ko­wi I oraz jego ma­łżon­ce Te­re­sie. Po­nie­waż dwa ty­go­dnie wcze­śniej zma­rł je­den z bra­ci Te­re­sy, pod­czas tej wi­zy­ty na­le­ża­ło no­sić ża­łob­ny strój. Tego wy­ma­gał ce­re­mo­niał. Lu­dwi­ka i jej cór­ki wsia­dły więc do ka­re­ty tego cie­płe­go let­nie­go dnia w za­pi­ętych pod samą szy­ję suk­niach ża­łob­nych z gęstej tka­ni­ny we­łnia­nej, aby wcze­snym po­po­łud­niem móc spe­łnić obo­wi­ązek od­wie­dzin w od­po­wied­nim ubio­rze. Lu­dwi­ka już wcze­śniej uprze­dzi­ła swo­ją sio­strę Zo­fię, że jak za­pla­no­wa­no, do­trą 16 sierp­nia, ale jesz­cze nie na po­po­łu­dnio­wą her­bat­kę, lecz do­pie­ro do­łączą do krew­nych pod­czas uro­czy­stej ko­la­cji. Dzi­ęki temu zo­sta­nie im wy­star­cza­jąco cza­su, by odświe­żyć się po dłu­giej pod­ró­ży, zdjąć ża­łob­ne ubio­ry i wsko­czyć w ja­sne suk­nie.

Ar­cy­ksi­ężna Zo­fia zgod­nie z usta­le­nia­mi ocze­ki­wa­ła po po­łud­niu 16 sierp­nia na sio­strę i jej cór­ki, jak pi­sa­ła, "w po­bli­żu pi­ęk­ne­go go­spo­dar­stwa rol­ne­go w Strobl, lu­dzi z któ­re­go bar­dzo lu­bi­łam"[22]. Po­zo­sta­li go­ście uro­dzi­no­wi wy­bra­li się na spa­cer wzdłuż rze­ki Traun. Zo­fia naj­wy­ra­źniej chcia­ła jako pierw­sza do­ko­nać oce­ny obu sio­strze­nic, na któ­rych sku­pia­ła się szcze­gól­na uwa­ga tego ro­dzin­ne­go spo­tka­nia, i jesz­cze raz po­roz­ma­wiać w czte­ry oczy z sio­strą[23]. Mu­sia­ła jed­nak cze­kać aż pó­łto­rej go­dzi­ny. Mo­na­chij­skie to­wa­rzy­stwo nie wy­je­cha­ło o po­ran­ku punk­tu­al­nie, skut­kiem cze­go istot­nie się spó­źni­ło.

Gdy w ko­ńcu do­ta­rły na miej­sce, Zo­fia na­mó­wi­ła sio­stry do wzi­ęcia udzia­łu w pod­wie­czor­ku. Ksi­ążęce wozy ba­ga­żo­we i gar­de­ro­bia­na Lu­dwi­ki jed­nak jesz­cze nie do­ta­rły do Ischl, co ozna­cza­ło, że trzy przy­by­łe nie będą mo­gły zmie­nić suk­ni przed spo­tka­niem przy her­ba­cie. Zo­fia od razu za­bra­ła sio­strę i sio­strze­ni­ce do ho­te­lu Ta­la­chi­ni i na­ka­za­ła za­wo­łać wła­sną gar­de­ro­bia­ną, któ­ra szczot­ką oczy­ści­ła z ku­rzu czar­ne suk­nie mło­dych ko­biet oraz ucze­sa­ła He­le­nę. Elżbie­ta sama po­pra­wi­ła so­bie wło­sy. "Z głębo­ką przy­jem­no­ścią przy­gląda­łam się Sisi, jak z wdzi­ękiem i gra­cją sama po­rząd­ko­wa­ła swo­je pi­ęk­ne wło­sy" - opi­sy­wa­ła pó­źniej ar­cy­ksi­ężna tę in­tym­ną sce­nę[24]. Źró­dła nie po­da­ją jed­nak, dla­cze­go ko­niecz­nie chcia­ła przed­sta­wić He­le­nę i Sisi w ciem­nych suk­niach ża­łob­nych zgro­ma­dzo­nym w Ischl krew­nym - w tym rów­nież ce­sa­rzo­wi - za­miast dać im czas na od­po­czy­nek, odświe­że­nie się po pod­ró­ży, ucze­sa­nie przez wła­sną gar­de­ro­bia­ną oraz na­ło­że­nie ja­snych, prze­wiew­nych suk­ni. Zo­fia nie wi­dzia­ła sio­strze­nic od lat i te­raz, jak pó­źniej na­pi­sa­ła, była za­sko­czo­na, na ja­kie pi­ęk­no­ści wy­ro­sły, zwłasz­cza Elżbie­ta - i jak za­chwy­ca­jąco wy­gląda­ła na­wet w ża­łob­nej suk­ni. W ro­dzi­nie Elżbie­ty jesz­cze po­ko­le­nie pó­źniej mó­wio­no o tym, ja­kim "nie­zwy­kle pi­ęk­nym zja­wi­skiem mu­sia­ła być wte­dy Sisi"[25]. Tego let­nie­go sierp­nio­we­go dnia pi­ęt­na­sto­lat­ka, któ­rej świe­żo­ść i za­czer­wie­nio­ne od upa­łu po­licz­ki naj­cza­row­niej pod­kre­ślał kon­trast z pro­stą czar­ną suk­nią, mu­sia­ła wy­wo­łać znacz­ne po­ru­sze­nie.

Po tym pręd­kim odświe­że­niu Elżbie­ta, He­le­na i ich mat­ka wraz z go­spo­dy­nią uda­ły się w dro­gę do wy­na­jętej wil­li "Se­eau­er Haus": "Wkrót­ce ru­szy­ły za mną [...] do na­sze­go domu, gdzie całe to­wa­rzy­stwo [...] sie­dzia­ło nad her­ba­tą i ko­la­cją" - opo­wia­da­ła pó­źniej ar­cy­ksi­ężna[26]. To tu­taj na nowo przy­by­łe ocze­ki­wa­li krew­ni wraz ze swy­mi świ­ta­mi. Aby unik­nąć sy­tu­acji, w któ­rej Sisi i He­le­na mu­sia­ły­by wtar­gnąć do zgro­ma­dzo­ne­go to­wa­rzy­stwa, Zo­fia na­ka­za­ła za­pro­wa­dze­nie ca­łej trój­ki do jej bu­du­aru. Tu­taj mo­gły po­wi­tać swo­je ciot­ki i wu­jów, ale rów­nież ku­zy­na Fran­cisz­ka Jó­ze­fa ca­łko­wi­cie en fa­mil­le i bez świ­ty. Rów­nież tu­taj ce­sarz zo­ba­czył swo­ją ku­zyn­kę Elżbie­tę po raz pierw­szy od pi­ęciu lat - i za­ko­chał się w niej po uszy od pierw­sze­go wej­rze­nia. Był to punkt zwrot­ny w ży­ciu ba­war­skiej cór­ki ksi­ążęcej i jed­no­cze­śnie chwi­la na­ro­dzin mitu.

Co mu­sia­ła po­czuć Elżbie­ta, co mu­sia­ła do­strzec, na­po­ty­ka­jąc - naj­praw­do­po­dob­niej zmęczo­na, w we­łnia­nej ża­łob­nej suk­ni, po uci­ążli­wej pod­ró­ży, w bu­du­arze swo­jej ciot­ki wśród za­pro­szo­nych krew­nych - star­sze­go o sie­dem lat ce­sa­rza? Oczy­wi­ste było dla wszyst­kich zgro­ma­dzo­nych, że ten od pierw­szej se­kun­dy sku­piał wzrok tyl­ko na swo­jej mło­dej ku­zyn­ce. Kil­ka dni pó­źniej Zo­fia cy­to­wa­ła w li­ście do nie­przy­by­łej do Ischl sio­stry Ma­rii sło­wa swo­je­go młod­sze­go syna, ar­cy­ksi­ęcia Ka­ro­la Lu­dwi­ka (być może jako przy­ja­ciel Sisi z dzie­ci­ństwa sam miał na nią oko i tym su­ro­wiej oce­niał kon­ku­ren­ta), któ­ry stwier­dził, że "w chwi­li, gdy ce­sarz zo­ba­czył Sisi, na jego twa­rzy po­ja­wił się wy­raz tak ogrom­ne­go za­do­wo­le­nia, że nie było wąt­pli­wo­ści, na kogo pad­nie jego wy­bór"[27]. Być może Elżbie­cie jako je­dy­nej w tym po­miesz­cze­niu uszło, jak nie­sły­cha­nie za­dzia­ła­ła na ce­sa­rza. Albo mó­wi­ąc sło­wa­mi ar­cy­ksi­ężnej: "Dro­ga mała nie mia­ła po­jęcia o ogrom­nym wra­że­niu, ja­kie zro­bi­ła na Fran­cisz­ku"[28]. Elżbie­ta była za­jęta czy­mś in­nym. Czu­ła się nie­pew­nie, oba­wia­ła się, że jej za­cho­wa­nie nie jest wy­star­cza­jąco do­ro­słe, i mia­ła na­dzie­ję, że nie wy­pad­nie dużo go­rzej od star­szej i bar­dziej oby­tej w świe­cie He­le­ny. Wie­czo­rem uska­rża­ła się gar­de­ro­bia­nej na swo­je cier­pie­nie: "Néné [He­le­na] ma le­piej, by­wa­ła dużo wśród lu­dzi, a ja nie. Tak bar­dzo się boję, że wca­le nie mogę jeść"[29]. Elżbie­ta nie mia­ła ni­ko­go, kogo mo­gła­by się chwy­cić. Jej mat­kę roz­ło­ży­ła mi­gre­na, a sio­stra sta­ła pod pre­sją uka­za­nia się od jak naj­lep­szej stro­ny i mo­żli­wie jak naj­bar­dziej nie­wy­mu­szo­ne­go kon­wer­so­wa­nia. Na­to­miast przed star­szy­mi krew­ny­mi mia­ło się re­spekt, nie mo­żna ich było tak po pro­stu wta­jem­ni­czać w swo­je spra­wy. Do ko­ńca tego brze­mien­ne­go w skut­ki dnia Elżbie­ta była nie­świa­do­ma wra­że­nia, ja­kie wy­wa­rła na Fran­cisz­ku Jó­ze­fie.

To, co dzia­ło się po pierw­szym spo­tka­niu Fran­cisz­ka Jó­ze­fa i Sisi, zo­sta­ło opi­sa­ne w ró­żnych li­stach przez Habs­bur­gów i Wit­tels­ba­chów i przed­sta­wio­ne w naj­pi­ęk­niej­szych bar­wach krew­nym, któ­rzy nie byli bez­po­śred­ni­mi świad­ka­mi wy­da­rzeń. Je­śli wy­do­być z tych li­stow­nych opi­sów ró­żni­ce w po­strze­ga­niu cza­su i zró­żni­co­wa­nie in­dy­wi­du­al­nych per­spek­tyw, po­zo­sta­je nam tyle: Fran­ci­szek Jó­zef był tak za­ab­sor­bo­wa­ny po­sta­cią Elżbie­ty, że wszy­scy zgro­ma­dze­ni w bu­du­arze po­jęli, że oto wła­śnie sta­li się świad­ka­mi coup de fo­udre, mi­ło­ści od pierw­sze­go wej­rze­nia. Mat­ka ce­sa­rza, Zo­fia, za­re­ago­wa­ła bły­ska­wicz­nie. Za­or­dy­no­wa­ła, aby ocze­ku­jącą w du­żym sa­lo­nie na nią i na jej go­ści świ­tę prze­pro­wa­dzić do sa­lo­nu na ty­łach, tak że her­bat­kę pito już tyl­ko w naj­węższym kręgu krew­nych. Przy­pły­wu sil­nej na­mi­ęt­no­ści jej syna nie po­win­na za­kłó­cać żad­na ety­kie­ta. Być może świ­ta też nie po­win­na wi­dzieć ce­sa­rza do tego stop­nia wzbu­rzo­ne­go, póki nie było pew­no­ści, co się z tego da­lej roz­wi­nie. Fran­ci­szek Jó­zef w ka­żdym ra­zie na­tych­miast za­pa­łał mi­ło­ścią do swo­jej młod­szej ku­zyn­ki.

Przed wil­lą mu­zy­ko­wa­ła nie­wiel­ka or­kie­stra, ale to w jej wnętrzu po po­łud­niu ro­bi­ło się co­raz bar­dziej in­te­re­su­jąco. Pod­czas gdy krew­ni po­zor­nie w nie­wy­mu­szo­ny spo­sób dys­ku­to­wa­li przy her­bat­ce, Zo­fia do­kład­nie re­je­stro­wa­ła, jaka zmia­na za­cho­dzi we Fran­cisz­ku Jó­ze­fie. Ce­sarz nie­ustan­nie ob­ser­wo­wał swo­ją młod­szą ku­zyn­kę, chwi­la­mi wga­pia­jąc się w nią bez ogró­dek, a jego twarz pro­mie­nia­ła. Do roz­mo­wy tych dwoj­ga jed­nak wła­ści­wie tego po­po­łud­nia nie do­szło, po­nie­waż uprzej­mo­ść i ce­re­mo­niał wy­ma­ga­ły, by w pierw­szej ko­lej­no­ści po­świ­ęcił uwa­gę swo­im zaj­mu­jącym wy­ższą po­zy­cję niż Sisi ciot­kom. Bli­sko wie­czo­ru to pierw­sze spo­tka­nie ro­dzin­ne prze­szło w ko­la­cję, pod­czas któ­rej Fran­ci­szek Jó­zef i Elżbie­ta sie­dzie­li po prze­ciw­le­głych kra­ńcach sto­łu. Ar­cy­ksi­ężna po­sa­dzi­ła He­le­nę po­dej­rza­nie bli­sko Fran­cisz­ka Jó­ze­fa, ale ten i tak przez cały czas sku­piał wzrok tyl­ko na jej młod­szej sio­strze. Te­raz rów­nież Elżbie­ta za­uwa­ży­ła, że ce­sarz zaj­mo­wał się głów­nie nią i rzu­cał jej pło­mien­ne spoj­rze­nia[30].

Na­stęp­ne­go dnia, 17 sierp­nia, z sa­me­go rana wkro­czył do sy­pial­ni mat­ki - "Tyl­ko co wsta­łam", pi­sa­ła ona - i za­chwy­cał się Elżbie­tą. Mat­ka po­pro­si­ła, by "nie dzia­łał po­chop­nie" i dał so­bie czas na lep­sze po­zna­nie ku­zyn­ki, w od­po­wie­dzi usły­sza­ła jed­nak, że "nie wol­no tego zbyt prze­ci­ągać"[31]. Fran­ci­szek Jó­zef spo­tkał Elżbie­tę le­d­wie po­przed­nie­go dnia i do tej pory wła­ści­wie nie za­mie­nił z nią ani sło­wa. Po od­wie­dzi­nach u mat­ki pró­bo­wał spo­tkać Elżbie­tę jesz­cze przed po­łud­niem, co się jed­nak nie uda­ło, po­nie­waż w go­dzi­nach przed­po­łu­dnio­wych nie opu­ści­ła ona ho­te­lu. Fran­ci­szek Jó­zef zo­ba­czył więc Sisi do­pie­ro pod­czas wspól­ne­go obia­du, pod­czas któ­re­go po­wtó­rzy­ła się sy­tu­acja z dnia po­przed­nie­go. Ce­sarz sie­dział przy sto­le na­prze­ciw­ko swo­jej mło­dej ku­zyn­ki, rzu­ca­jąc jej tęsk­ne spoj­rze­nia. Elżbie­ta wci­ąż była za­wsty­dzo­na i z ner­wów pra­wie nic nie zja­dła.

Tego po­po­łud­nia pro­jekt ślu­bu ce­sa­rza zo­stał ze stro­ny Fran­cisz­ka Jó­ze­fa za­mkni­ęty. Nie mi­nęła na­wet doba od spo­tka­nia Elżbie­ty, a już po­in­for­mo­wał on swo­ją mat­kę, że na wie­czor­nym balu wręczy ku­zyn­ce bu­kiet kwia­tów pod­czas ko­ty­lio­na, swa­wol­ne­go ka­dry­la o pó­łno­cy, co w kręgach dwor­skich ozna­cza­ło ewi­dent­ną nie­wer­bal­ną obiet­ni­cę ślu­bu. Ce­sarz do­ko­nał wy­bo­ru. Elżbie­ta oczy­wi­ście jesz­cze nie przy­pusz­cza­ła, że wy­bór ten padł na nią. Rów­nież Lu­dwi­ka, po­dob­nie jak resz­ta ro­dzi­ny, mia­ła za­uwa­żyć, że ce­sar­ski sio­strze­niec był za­uro­czo­ny Sisi, ale nie prze­wi­dy­wa­ła jego po­wa­żnych za­mia­rów. Samo za­ło­że­nie, że po­żąda­ny ka­wa­ler rze­czy­wi­ście mógł za­in­te­re­so­wać się jed­ną z jej có­rek, prze­kra­cza­ło naj­bar­dziej wy­gó­ro­wa­ne ocze­ki­wa­nia nie­pew­nej sie­bie ksi­ężnej.

Tego sa­me­go wie­czo­ru - przed uro­dzi­na­mi Fran­cisz­ka Jó­ze­fa - zo­stał wy­da­ny na jego cze­ść bal, któ­ry miał uko­ro­no­wać kil­ku­dnio­we wy­śmie­ni­te spo­tka­nie ro­dzin­ne. Wszy­scy zgro­ma­dze­ni z naj­wi­ęk­szym na­pi­ęciem ocze­ki­wa­li po­ja­wie­nia się Elżbie­ty. Nie tyl­ko ro­dzi­na wraz ze świ­ta­mi, ale rów­nież osiem­dzie­si­ęcio­ro za­pro­szo­nych na bal go­ści wie­dzia­ło już o wiel­kim za­in­te­re­so­wa­niu ce­sa­rza pi­ęk­ną ksi­ążęcą cór­ką. Elżbie­ta wy­stąpi­ła w naj­wspa­nial­szej suk­ni, jaką ze sobą przy­wio­zła, ró­żo­wo-bia­łej z mu­śli­nu, w sty­lu tar­la­ta­nu, z kil­ko­ma rzęda­mi fal­ban - wszyst­ko w zgo­dzie z ak­tu­al­ną modą dam­ską. Przy­ozdo­bio­ny dia­men­ta­mi grze­bień pod­trzy­my­wał wło­sy tak, aby nie za­sła­nia­ły twa­rzy, a były one za­ple­cio­ne w war­ko­cze i zwi­ąza­ne w kok na kar­ku. Sisi mia­ła być "uro­cza ni­czym roz­kwi­ta­jący pączek róży", pi­sa­ła na­stęp­ne­go dnia ar­cy­ksi­ężna w swo­im pa­mi­ęt­ni­ku[32]. Fran­ci­szek Jó­zef za­pro­sił tak pi­ęk­nie wy­gląda­jącą pi­ęt­na­sto­lat­kę do ko­ty­lio­na i wręczył jej bu­kiet kwia­tów. Zda­niem Zo­fii był to wła­śnie ten mo­ment, "któ­ry wy­ja­śnił ca­łe­mu świa­tu za­mia­ry ce­sa­rza wo­bec niej"[33]. Elżbie­ta na­to­miast była do tego stop­nia nie­do­świad­czo­na w kwe­stiach niu­an­sów dwor­skich form to­wa­rzy­skich, że nie zro­zu­mia­ła, co ozna­cza gest wręcze­nia jej bu­kie­tu. Na­le­ża­ło ją w tej kwe­stii naj­pierw oświe­cić. Gdy dwa dni po balu zo­sta­ła za­py­ta­na, czy "na­praw­dę nie za­uwa­ży­ła tej uprzej­mo­ści", za­prze­czy­ła. By­cie w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia oka­za­ło się dla niej nie­przy­jem­ne[34].

Ko­lej­ne­go dnia, czy­li w dniu swo­ich uro­dzin, Fran­ci­szek Jó­zef po­pro­sił ją o rękę. Wszyst­ko już zwia­sto­wa­ło za­ręczy­ny: pod­czas obia­du Elżbie­ta sie­dzia­ła już obok ce­sa­rza, a jej po­przed­nie miej­sce po prze­ciw­le­głym kra­ńcu sto­łu mu­sia­ła te­raz za­jąć He­le­na. Po po­si­łku Fran­ci­szek Jó­zef, jego mat­ka, Elżbie­ta i He­le­na wy­bra­li się za­mkni­ętą ka­re­tą na prze­ja­żdżkę po oko­li­cy Ischl. Dla dziew­cząt mu­sia­ła to być wy­ciecz­ka pe­łna wra­żeń. Od przy­jaz­du do ku­ror­tu He­le­na do­świad­cza­ła wy­łącz­nie bra­ku za­in­te­re­so­wa­nia ze stro­ny ce­sa­rza. Cały czas po­zo­sta­wa­ła w cie­niu młod­szej sio­stry, któ­rą Fran­ci­szek Jó­zef był nie­zwy­kle za­ab­sor­bo­wa­ny, a te­raz mu­sia­ła na­wet ustąpić jego fa­wo­ryt­ce miej­sca przy sto­le - na dwo­rze nie­wer­bal­ne oka­za­nie względów jed­nym mo­gło być okrop­no­ścią dla in­nych. Elżbie­ta na­to­miast wi­dzia­ła i od­czu­wa­ła już uwa­gę oto­cze­nia wy­ra­źnie skie­ro­wa­ną na sie­bie w ta­kim stop­niu, ja­kie­go jesz­cze nie do­świad­czy­ła. Do tej pory ni­g­dy nie sta­ła w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia, a wy­da­rze­nia ostat­nich trzy­dzie­stu sze­ściu go­dzin dzia­ła­ły na nią onie­śmie­la­jąco i spra­wia­ły, że czu­ła się nie­zręcz­nie. Plot­ki po­wta­rza­ne przez świ­tę oraz fakt, że na­gle ka­żdy jej ruch był ob­ser­wo­wa­ny ar­gu­so­wym okiem, mu­sia­ły sta­no­wić ob­ci­ąże­nie dla wsty­dli­wej pi­ęt­na­sto­lat­ki, któ­ra od cza­sów dzie­ci­ństwa opi­sy­wa­na była jako nad­zwy­czaj pło­chli­wa. A te­raz wraz z He­le­ną bez to­wa­rzy­stwa Lu­dwi­ki czy ja­kiej­kol­wiek in­nej za­ufa­nej oso­by sie­dzia­ła w cia­snej ka­re­cie na­prze­ciw­ko ce­sa­rza i jego mat­ki i mo­gły je­dy­nie cze­kać na roz­wój sy­tu­acji. Pew­ne było jed­no: nie żad­na z sióstr, lecz wy­łącz­nie Fran­ci­szek Jó­zef za­de­cy­du­je, co się da­lej wy­da­rzy. Ko­bie­ty w tam­tych cza­sach cze­ka­ły na de­cy­zje po­dej­mo­wa­ne przez mężczyzn.

Po tym wy­je­ździe Fran­ci­szek Jó­zef po­pro­sił mat­kę, by za­py­ta­ła Lu­dwi­kę, czy Sisi chcia­ła­by wy­jść za nie­go za mąż. Po po­obied­niej her­bat­ce Elżbie­ta do­wie­dzia­ła się w ten spo­sób od wła­snej mat­ki o pra­gnie­niu Fran­cisz­ka Jó­ze­fa. Pod­czas tej roz­mo­wy pła­ka­ła, praw­do­po­dob­nie rów­nież z nad­mia­ru wra­żeń. Ce­sarz po­le­cił swo­jej mat­ce po­in­stru­owa­nie Lu­dwi­ki, w jaki spo­sób ma po­pro­wa­dzić roz­mo­wę: Elżbie­ty nie wol­no na­ma­wiać, nie wol­no jej rów­nież na­ci­skać. De­cy­zja musi zo­stać pod­jęta wy­łącz­nie przez nią. Lu­dwi­ka mia­ła za­py­tać, czy "będzie mia­ła od­wa­gę dzie­lić z nim jego ci­ężki los". Elżbie­ta po usły­sze­niu za­po­wie­dzi oświad­czyn była po­noć "za­sko­czo­na i bar­dzo prze­jęta", jak na­tych­miast po­in­for­mo­wa­ła Lu­dwi­ka w li­ście ba­war­ską krew­ną[35].

Ce­sarz usły­szał od­po­wie­dź do­pie­ro na­stęp­ne­go po­ran­ka, 19 sierp­nia. Wcze­śnie rano Lu­dwi­ka za­wa­rła w krót­kim li­ści­ku zgo­dę Elżbie­ty na za­ręczy­ny i mu go prze­ka­za­ła. Za­le­d­wie kwa­drans po uzy­ska­niu zgo­dy Elżbie­ty Fran­ci­szek Jó­zef rów­nież przy­je­chał przed jej ho­tel, na­ka­zał za­mel­do­wa­nie swo­je­go przy­by­cia ciot­ce i po­pro­sił o po­zwo­le­nie na roz­mo­wę w czte­ry oczy z Elżbie­tą. Lu­dwi­ka oczy­wi­ście przy­sta­ła na to. Bo te­raz, po uda­nych za­ręczy­nach, Fran­cisz­ko­wi Jó­ze­fo­wi wol­no było prze­by­wać ze swo­ją ku­zyn­ką sam na sam w po­ko­ju - wcze­śniej ze względu na przy­zwo­ito­ść nie było to mo­żli­we. Te­raz tych dwo­je mło­dych lu­dzi, któ­rzy wkrót­ce mie­li zo­stać ma­łże­ństwem, mo­gło po raz pierw­szy ze sobą nor­mal­nie po­roz­ma­wiać. Po roz­mo­wie za­ręcze­ni uda­li się do mat­ki na­rze­czo­nej. "Zo­sta­wi­łam ich sa­mych, gdyż chciał oso­bi­ście po­roz­ma­wiać z Sisi, a kie­dy wró­cił do mnie, był bar­dzo za­do­wo­lo­ny, we­so­ły i ona też - jak przy­sta­ło na szczęśli­wą na­rze­czo­ną" - za­chwy­ca­ła się Lu­dwi­ka[36].

Po tak na­głym ogło­sze­niu za­ręczyn szyb­ko ro­ze­szły się te­le­gra­my. Lu­dwi­ka mu­sia­ła uzy­skać zgo­dę na za­ręczy­ny - naj­pierw od swo­je­go męża, a po­tem od kró­la Mak­sy­mi­lia­na, któ­ry jako gło­wa rodu Wit­tels­ba­chów rów­nież mu­siał udzie­lić po­zwo­le­nia. "Wszy­scy je­ste­śmy tacy szczęśli­wi" - na­ka­za­ła za­te­le­gra­fo­wać do Mo­na­chium, skąd jej mar­sza­łek dwo­ru prze­ka­zał tre­ść te­le­gra­mu ksi­ęciu Mak­so­wi, któ­ry jak zwy­kle spędzał czas w po­je­dyn­kę w Unter­wit­tels­bach[37]. Kró­la Ba­wa­rii Lu­dwi­ka po­in­for­mo­wa­ła o oświad­czy­nach au­striac­kie­go ce­sa­rza w oso­bi­stym li­ście. Ksi­ężna nie wąt­pi­ła, że Mak­sy­mi­lian zgo­dzi się na za­ręczy­ny: "Z całą pew­no­ścią, dro­gi Mak­sie, wy­ra­zisz swo­ją zgo­dę na to wszyst­kich nas uszczęśli­wia­jące zjed­no­cze­nie"[38]. Nie ina­czej też się sta­ło.

Dni po za­ręczy­nach spra­wi­ły je­den wiel­ki za­wrót gło­wy. Z Ischl sła­no list za li­stem ze szcze­gó­ło­wy­mi re­la­cja­mi o roz­wo­ju sy­tu­acji w ostat­nich dniach, aby ka­żdy nie­obec­ny krew­ny rów­nież mógł do­wie­dzieć się wszyst­kie­go o ce­sa­rzu i Elżbie­cie. Ga­ze­ty pi­sa­ły o za­ręczy­nach mo­nar­chy i pu­bli­ko­wa­ły pierw­sze hym­nicz­ne opi­sy na­rze­czo­nej. Oczy­wi­ście po­in­for­mo­wa­ni zo­sta­li rów­nież naj­wy­żsi urzęd­ni­cy dwor­scy w Wied­niu. A świad­ko­wie, tacy jak ad­iu­tan­ci i damy dwo­ru, któ­rzy wi­dzie­li wszyst­ko na wła­sne oczy, in­for­mo­wa­li swo­ich krew­nych i przy­ja­ciół. Krót­ko mó­wi­ąc, na wszyst­kie stro­ny ro­ze­szła się wia­do­mo­ść, że ce­sarz Au­strii do­ko­nał wy­bo­ru. Za­cie­ka­wie­nie ko­bie­tą, któ­rą miał po­ślu­bić, było prze­ogrom­ne - i nie zo­sta­ło za­spo­ko­jo­ne na­wet po jej śmier­ci.

A jak ten czas prze­ży­ła sama przy­szła pan­na mło­da? Co do jed­ne­go wszyst­kie re­la­cje i wspo­mnie­nia świad­ków za­ręczyn w Ischl są zgod­ne: Elżbie­ta mia­ła być nad­zwy­czaj za­wsty­dzo­na, spra­wia­ła wra­że­nie nie­ma­lże za­lęk­nio­nej i cały czas pła­ka­ła. "Ci­ągle pe­łna go­rących łez na swo­jej słod­kiej twa­rzy" - pi­sa­ła Zo­fia o przy­szłej sy­no­wej pod­czas tych dni[39]. Pó­źniej­sze bio­gra­fie, któ­re po­dej­mo­wa­ły ana­li­zy do­pie­ro w dwu­dzie­stym wie­ku, in­ter­pre­to­wa­ły wsty­dli­wo­ść Elżbie­ty jako wy­ra­źną ozna­kę tego, że nie była ona jesz­cze wy­star­cza­jąco doj­rza­ła do pod­jęcia się przy­szłej roli. Tego typu in­ter­pre­ta­cje na­le­ży jed­nak trak­to­wać z ostro­żno­ścią. Pó­źniej­sze po­ko­le­nia mogą ła­two wy­ci­ągać wnio­ski nie­zgod­ne z kon­wen­cja­mi mi­nio­nych cza­sów. Bo to, co w przy­pad­ku Elżbie­ty zo­sta­ło po­mi­ni­ęte, to fakt, że w po­ło­wie dzie­wi­ęt­na­ste­go wie­ku wsty­dli­wo­ść u ko­biet i dziew­cząt po­strze­ga­na była za nie­zwy­kle uro­czą i po­ci­ąga­jącą. W tak zwa­nym miesz­cza­ńskim stu­le­ciu wręcz ocze­ki­wa­no, że roz­kwi­ta­jąca ko­bie­co­ść będzie spra­wia­ła dla szorst­kie­go męskie­go świa­ta wra­że­nie prze­stra­szo­nej i zbyt de­li­kat­nej na­tu­ry. Cza­sy, w któ­rych ko­bie­ty wy­stępo­wa­ły na dwo­rze jako sil­ne i do­mi­nu­jące czy pew­ną ręką spra­wo­wa­ły wła­dzę po­li­tycz­ną - jak w sie­dem­na­stym i osiem­na­stym wie­ku - daw­no mi­nęły. Te­raz wsty­dli­wa dziew­czy­na, któ­ra za­gad­ni­ęta przez mężczy­znę na­tych­miast się ru­mie­ni­ła, wci­ąż przy­tło­czo­na emo­cja­mi, od­po­wia­da­ła ide­al­ne­mu ty­po­wi dzie­wi­czej na­rze­czo­nej. Zgro­ma­dzo­nym w Ischl nie przy­szło na myśl, że de­li­kat­na, wy­co­fa­na oso­bo­wo­ść Elżbie­ty w zwi­ąz­ku z przy­szłą jej rolą ma­łżon­ki mo­nar­chy będzie mo­gła sta­no­wić pro­blem. Elżbie­ta była jesz­cze wpraw­dzie bar­dzo mło­da i wszy­scy wie­dzie­li, że mo­gła jesz­cze nie do­ro­snąć do swo­jej roli, ale uro­cza wsty­dli­wo­ść, któ­ra ją cha­rak­te­ry­zo­wa­ła i wszyst­kich za­chwy­ca­ła, nie była po­strze­ga­na jako prze­szko­da, lecz jako uoso­bie­nie dziew­częco­ści i po­ko­ry.

Ko­lej­na spra­wa to wpływ mat­ki, któ­ry rze­czy­wi­ście miał jej utrud­niać do­ro­śni­ęcie do roli au­striac­kiej ce­sa­rzo­wej. Elżbie­ta zo­sta­ła wy­cho­wa­na przez mat­kę, któ­ra bar­dzo źle zno­si­ła pre­sję ze­wnętrz­ną. W co­dzien­nym ży­ciu Lu­dwi­ka była - jak wspo­mi­na­ła pó­źniej w swo­ich za­pi­skach jej wnucz­ka Ame­lia, bra­ta­ni­ca Elżbie­ty - prag­ma­tycz­nie dzia­ła­jącą ko­bie­tą. Ko­niecz­ne jed­nak w po­zy­cji ksi­ężnej wy­stępy na wiel­kim dwor­skim par­kie­cie spra­wia­ły jej trud­no­ść. Ka­żdy udział w wy­da­rze­niu or­ga­ni­zo­wa­nym na dwo­rze ze względu na jej dużą ner­wo­wo­ść sta­no­wił ob­ci­ąże­nie psy­chicz­ne. Ame­lia opi­sy­wa­ła bab­kę jako ko­bie­tę zner­wi­co­wa­ną, dla któ­rej ka­żde pu­blicz­ne wy­stąpie­nie, a na­wet ka­żde spo­tka­nie z oso­ba­mi nie­na­le­żący­mi do naj­bli­ższe­go kręgu za­ufa­nych było męczar­nią[40]. Zna­mien­ne jest rów­nież, że Lu­dwi­ka wła­śnie w dniu przy­by­cia do Ischl, na za­le­d­wie kil­ka go­dzin przed udzia­łem w wa­żnym dla sie­bie i swo­ich có­rek spo­tka­niu ro­dzin­nym, do­zna­ła sil­ne­go ata­ku mi­gre­ny.

Z za­cho­wa­nej ob­fi­tej ko­re­spon­den­cji wy­ni­ka, że wie­le ko­biet, w tym przy­szła te­ścio­wa Elżbie­ty, Zo­fia, re­gu­lar­nie zma­ga­ły się z sil­ny­mi bó­la­mi gło­wy i na­pa­da­mi mi­gre­ny. Mimo to wi­ęk­szo­ść z nich wy­pe­łnia­ła swo­je spo­łecz­ne obo­wi­ąz­ki. Lu­dwi­ce przy­cho­dzi­ło to z tru­dem, dla­te­go skła­nia­ła się do ich uni­ka­nia. Pew­ne sie­bie za­cho­wa­nie na dwo­rze, su­we­ren­ne dzia­ła­nie w trud­nych sy­tu­acjach - Elżbie­ta nie wi­dzia­ła swo­jej mat­ki w ta­kim wy­da­niu. Jej mat­ka ni­g­dy nie opra­co­wa­ła na­wet stra­te­gii ra­dze­nia so­bie z lękiem przed wy­stąpie­nia­mi pu­blicz­ny­mi (któ­ry dzi­siaj być może okre­śli­ło­by się mia­nem fo­bii spo­łecz­nej). Nie tyl­ko Elżbie­ta, ale rów­nież jej ro­dze­ństwo, za­rów­no ko­bie­ty, jak i mężczy­źni, mie­li - we­dług dwo­rzan domu ksi­ążęce­go - pó­źniej te same pro­ble­my z pu­blicz­ny­mi wy­stąpie­nia­mi, jak ich mat­ka. Rów­nież jej oj­ciec nie­zbyt się nada­wał - w kwe­stii wy­pe­łnia­nia obo­wi­ąz­ków pu­blicz­nych - na wzo­rzec dla przy­szłej ce­sa­rzo­wej Au­strii[41].

Po­śród ogól­nej ra­do­ści, jaką wy­wo­ła­ły na­głe za­ręczy­ny ce­sa­rza, Lu­dwi­ka mar­twi­ła się o cór­kę. Dzi­ęki swo­je­mu za­an­ga­żo­wa­niu wpraw­dzie zna­la­zła Elżbie­cie naj­wy­śmie­nit­szą par­tię i we­dług ów­cze­snych kry­te­riów od­nio­sła w ten spo­sób naj­wi­ęk­szy mo­żli­wy suk­ces jako mat­ka, z dru­giej stro­ny roz­my­śla­ła jed­nak nad no­wym, tak bar­dzo in­nym ży­ciem, ja­kie będzie mu­sia­ła wie­ść w przy­szło­ści Elżbie­ta. W wy­ni­ku ma­łże­ństwa z wład­cą Au­strii jej Sisi mia­ła stać się cen­tral­ną po­sta­cią ol­brzy­mie­go dwo­ru. Spo­koj­ne ży­cie, któ­re wio­dła w Mo­na­chium jako po­tom­ki­ni nie­ko­ro­no­wa­nej bocz­nej li­nii Wit­tels­ba­chów, prze­szło w tym mo­men­cie do hi­sto­rii. Lu­dwi­ka nie była wła­ści­wie w sta­nie wy­obra­zić so­bie swo­je­go dziec­ka w no­wych oko­licz­no­ściach. Dla niej sa­mej na­wet spo­tka­nie ro­dzin­ne w Ischl - jak na wie­de­ńskie wa­run­ki skrom­ne - to było już za wie­le. W li­stach wy­sy­ła­nych do Ba­wa­rii po­iry­to­wa­na re­la­cjo­no­wa­ła nie­zwy­kle po­spiesz­ną co­dzien­no­ść w Ischl, pi­sa­ła rów­nież o tym, że Elżbie­ta w ogó­le nie jest przy­zwy­cza­jo­na do tu­tej­sze­go pó­źne­go cho­dze­nia spać. Ale jej cór­ka na po­cząt­ku zu­pe­łnie do­brze so­bie ra­dzi­ła: "Je­stem mile za­sko­czo­na tym, że tak świet­nie so­bie ra­dzi, roz­ma­wia­jąc z ty­lo­ma ob­cy­mi lu­dźmi i mimo to za­cho­wu­jąc spo­kój"[42]. Lu­dwi­kę jed­nak dręczył przede wszyst­kim ból roz­sta­nia. Już dwa dni po za­ręczy­nach Elżbie­ty mó­wi­ła o "ostat­nich mie­si­ącach, któ­re spędzi z nami"[43]. Do­pie­ro w mo­men­cie swo­je­go naj­wi­ęk­sze­go trium­fu do­ta­rło do niej, że ceną za tę nad­zwy­czaj­ną par­tię dla cór­ki będzie utra­ta przez nią samą dziec­ka. Po­cie­sze­nie znaj­do­wa­ła Lu­dwi­ka w świa­do­mo­ści, że Fran­ci­szek Jó­zef od­czu­wał wo­bec jej cór­ki praw­dzi­wą mi­ło­ść. Mimo to mar­twi­ła się, czy Elżbie­ta spe­łni ocze­ki­wa­nia przy­szłe­go ma­łżon­ka. "Oby tyl­ko Sisi po­tra­fi­ła spro­stać jego wszyst­kim wy­ma­ga­niom, jego mi­ło­ść do niej uszczęśli­wia mnie, zda­je się, że na­praw­dę szcze­rze ją ko­cha"[44].

Owa bia­ła, zwiew­na su­kien­ka w wie­de­ńskim Mu­zeum Hi­sto­rii Sztu­ki, któ­ra do dzi­siaj opo­wia­da swo­imi wy­ko­ny­wa­ny­mi na­pręd­ce ha­fta­mi w tak cza­ru­jący spo­sób o bły­ska­wicz­nych za­ręczy­nach ce­sa­rza w sierp­niu 1853 roku, mia­ła czte­ry mie­si­ące pó­źniej swo­ją wiel­ką pre­mie­rę. 28 grud­nia 1853 roku ksi­ążę Maks i ksi­ężna Lu­dwi­ka otwo­rzy­li jesz­cze raz - jak w pierw­szych la­tach ma­łże­ństwa - ba­jecz­ne apar­ta­men­ty re­pre­zen­ta­cyj­ne swo­je­go pa­ła­cu na wspa­nia­łe świ­ęto. Z Wied­nia przy­był Fran­ci­szek Jó­zef, by spędzić świ­ęta Bo­że­go Na­ro­dze­nia z na­rze­czo­ną. Na cze­ść przy­szłe­go zi­ęcia ksi­ążęca para wy­da­ła wiel­ki, hucz­ny i nie­ma­lże ca­ło­noc­ny bal, o któ­rym wszy­scy obec­ni jesz­cze dłu­go mie­li mó­wić. Ro­dzi­na kró­lew­ska i mo­na­chij­ski dwór do trze­ciej nad ra­nem wi­wa­to­wa­li na cze­ść pary mło­dej[45]. Tego szcze­gól­ne­go wie­czo­ru Elżbie­ta mia­ła na so­bie ową bia­łą, ob­rębio­ną zie­lo­no-zło­to suk­nię ba­lo­wą, na któ­rej pi­ęły się ha­fto­wa­ne je­dwab­ną ni­cią or­na­men­ty kwia­tów i li­ści. Wszy­scy byli zgod­ni co do tego, że wy­gląda­ła w niej cza­ru­jąco. Wia­do­mo­ść o jej zja­wi­sko­wym wy­stępie do­ta­rła rów­nież na dwór wie­de­ński. "Na tym ostat­nim balu Sisi mia­ła wy­glądać szcze­gól­nie przy­jem­nie w bar­dzo lek­kiej, świe­żej, bia­łej suk­ni" - re­la­cjo­no­wa­no jej przy­szłej te­ścio­wej[46]. Czte­ry mie­si­ące pó­źniej po­dzi­wia­na przez wszyst­kich, dziew­częco de­li­kat­na i pi­ęk­na jak z ob­raz­ka na­rze­czo­na mia­ła sama udać się w pod­róż do Wied­nia, by tam po­ślu­bić ce­sa­rza Au­strii.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki

PRZY­PI­SY

ZA­RĘCZY­NY

[1] BSB, NL R. Se­xau, Ana 346, B.I. 5.e. Ksi­ężna Lu­dwi­ka do Ma­rii, kró­lo­wej Sak­so­nii, 19.8.1853.
[2] Uprzej­ma wska­zów­ka Mi­cha­eli Mo­rel­li, dy­plo­mo­wa­nej re­stau­ra­tor­ki, Wa­gen­burg/Mu­zeum Hi­sto­rii Sztu­ki, Wie­deń.
[3] BSB, NL R. Se­xau, Ana 346, B.I. 5.a. Li­sty ksi­ężnej Elżbie­ty do hra­bi­ny Lu­ise von Hundt, list ze stycz­nia 1853 ze wzmian­ką o zbli­ża­jącym się bierz­mo­wa­niu.
[4] BSB, NL R. Se­xau, Ana 346, B.I. 5.e. Ksi­ężna Lu­dwi­ka do Ma­rii, kró­lo­wej Sak­so­nii, 19.3.1853.
[5] BSB, NL R. Se­xau, Ana 346, B. I. 5.a. Ksi­ążę Maks do ba­ro­na Car­la von Wulf­fe­na, 23.6.1861.
[6] BSB, NL R. Se­xau, Ana 346, B.I. 5.e. Ksi­ężna Lu­dwi­ka do Ma­rii, kró­lo­wej Sak­so­nii, 7.4.1853. Za: B. Ha­mann, Ce­sa­rzo­wa Elżbie­ta, przeł. Jan Ko­źbiał, War­sza­wa 1999, 2008, 2015, s. 17.
[7] BSB, NL R. Se­xau, Ana 346. B.I. 6.b. Za­pi­ski Urach.
[8] BSB, NL R. Se­xau, Ana 346, B.I. 5.e. Ksi­ężna Lu­dwi­ka do Ma­rii, kró­lo­wej Sak­so­nii, 7.4.1853.
[9] BSB, NL R. Se­xau, Ana 346. B.I. 6.b. Za­pi­ski Urach.
[10] Ta­mże.
[11] Pa­ra­fia Stu­ben­berg w Ba­wa­rii, ksi­ęga me­try­kal­na 002_03, f. 9. Zgon Da­vid von Paum­gar­ten, 20.3.1853.
[12] B. Ha­mann, Ce­sa­rzo­wa Elżbie­ta, s. 70.
[13] HHStA, NL Con­te Cor­ti, kar­ton 14. Wiersz nr 10 ksi­ężnej Elżbie­ty, 1852/53.
[14] Ar­cy­ksi­ężna Zo­fia do ksi­ężnicz­ki Ama­lii Szwedz­kiej, 27.6.1848, prze­dru­ko­wa­ny bez po­da­nia ar­chi­wum i zbio­ru, w: G. Pra­schl-Bi­chler, Unse­re lie­be Sisi. Die Wahr­he­it über Erz­he­rzo­gin So­phie und Ka­ise­rin Eli­sa­beth. Aus bi­sher unve­röf­fen­tlich­ten Brie­fen, Wien 2008, s. 72.
[15] HHStA, OMeA, ZA-Pro­to­koll 64 ex 1852, wpis z 15.12.1852
[16] HHStA, NL Ar­cy­ksi­ężna Zo­fia, kar­ton 26. Pa­mi­ęt­nik, wpis z 30.12.1852.
[17] E.C. Con­te Cor­ti, Mensch und Her­r­scher. Wege und Schick­sa­le Ka­iser Franz Jo­se­phs I. zwi­schen Thron­be­ste­igung und Ber­li­ner Kon­gress, Graz i Wien 1952, s. 102. Za: B. Ha­mann, Ce­sa­rzo­wa Elżbie­ta, s. 24.
[18] BSB, NL R. Se­xau, Ana 346. B.I. 6.b. Za­pi­ski Urach.
[19] Ta­mże.
[20] StA­La, Schlos­sar­chiv Ering (Rep. 161/Eri) A 180, ar­chi­wa­lia na te­mat hra­bio­stwa Paum­gar­ten z Ering. Patrz: "ren­ta" dla Ire­ne Paum­gar­ten z 1875.
[21] Na te­mat dok­to­ra He­in­ri­cha von Fi­sche­ra: Ksi­ęga me­try­kal­na mo­na­chij­skiej pa­ra­fii St. Pe­ter, sygn. CB288, M9064, s. 120; Am­tli­ches Ve­rze­ich­nis der Leh­rer, Be­am­ten und Stu­die­ren­den an der Köni­glich-Bay­eri­schen Lu­dwig-Ma­xi­mi­lians-Uni­ver­si­tät zu Mün­chen 1868, s. 13.
[22] Ar­cy­ksi­ężna Zo­fia do Ma­rii, kró­lo­wej Sak­so­nii, po 19.8.1853, prze­dru­ko­wa­ne w "Wie­ner Re­ich­spost" z 22.4.1934. (Ar­cy­ksi­ężna Zo­fia na­ka­za­ła swo­jej da­mie dwo­ru Pau­li König­segg sko­pio­wa­nie li­stu, w któ­rym opi­sy­wa­ła wy­da­rze­nia z 18.8.1853, w celu wy­sła­nia ko­pii do hra­bi­ny Schön­born. Fak­sy­mi­le tej ko­pii tra­fi­ło do re­dak­cji "Wie­ner Re­ich­spost" w 1934 roku).
[23] Ar­cy­ksi­ężna Zo­fia do Ma­rii, kró­lo­wej Sak­so­nii, po 19.8.1853, "Wie­ner Re­ich­spost".
[24] Ar­cy­ksi­ężna Zo­fia do ksi­ężnicz­ki Ama­lii Szwedz­kiej, 17.8.1853, w: G. Pra­schl-Bi­chler, Unse­re lie­be Sisi..., s. 76.
[25] BSB, NL R. Se­xau, Ana 346. B.I. 6.b. Za­pi­ski Urach.
[26] Ar­cy­ksi­ężna Zo­fia do ksi­ężnicz­ki Ama­lii Szwedz­kiej, 17.8.1853, w: G. Pra­schl-Bi­chler, Unse­re lie­be Sisi..., s. 77.
[27] Ar­cy­ksi­ężna Zo­fia do Ma­rii, kró­lo­wej Sak­so­nii, po 19.8.1853, "Wie­ner Re­ich­spost".
[28] Ta­mże.
[29] Ta­mże. Za: B. Ha­mann, Ce­sa­rzo­wa Elżbie­ta, s. 28.
[30] Po­ni­ższe li­sty są źró­dłem szcze­gó­łów na te­mat za­ręczyn ce­sa­rza Fran­cisz­ka Jó­ze­fa: BSB, NL R. Se­xau, Ana 346, B.I. 5.e. Dwa li­sty ar­cy­ksi­ężnej Lu­dwi­ki do ksi­ężnicz­ki Au­gu­sty Fer­dy­nan­dy z 19.8. i 26.8.1853 oraz list ar­cy­ksi­ężnej Zo­fii do ksi­ężnicz­ki Ama­lii Szwedz­kiej, 16-17.8.1853, a ta­kże li­sty ar­cy­ksi­ężnej Zo­fii do ar­cy­ksi­ęcia Fer­dy­nan­da Mak­sy­mi­lia­na, 6.9.1853, wszyst­kie w: G. Pra­schl-Bi­chler, Unse­re lie­be Sisi...
[31] Ar­cy­ksi­ężna Zo­fia do Ma­rii, kró­lo­wej Sak­so­ni, po 19.8.1853, "Wie­ner Re­ich­spost".
[32] HHStA, NL Ar­cy­ksi­ężna Zo­fia, kar­ton 26. Pa­mi­ęt­nik, wpis 17.8.1853.
[33] Ar­cy­ksi­ężna Zo­fia do Ma­rii, kró­lo­wej Sak­so­nii, po 19.8.1853, "Wie­ner Re­ich­spost".
[34] Ta­mże.
[35] BSB, NL R. Se­xau, Ana 346, B. I. 5.e. Ksi­ężna Lu­dwi­ka do ksi­ężnicz­ki Au­gu­sty Fer­dy­nan­dy, 19.8.1853.
[36] Ta­mże. Za: B. Ha­mann, Ce­sa­rzo­wa Elżbie­ta, s. 32.
[37] Te­le­gram ksi­ężnej Lu­dwi­ki do ksi­ęcia Lu­dwi­ka oraz te­le­gram mar­sza­łka dwo­ru ba­ro­na Mak­si­mi­lia­na von Frey­ber­ga-Eisen­ber­ga, w: E. von Sza­lay (red.), In­dex des Köni­gin Eli­sa­beth Ge­denk­mu­seum, Ob­jekt 53 und Ob­jekt 54.
[38] BSB, NL R. Se­xau, Ana 346, B.I. 5.e. Ksi­ężna Lu­dwi­ka do kró­la Mak­sy­mi­lia­na, 19.8.1853.
[39] Ar­cy­ksi­ężna Zo­fia do ksi­ężnicz­ki Ama­lii Szwedz­kiej, 19.8.1853, w: G. Pra­schl-Bi­chler, Unse­re lie­be Sisi..., s. 78.
[40] BSB, NL R. Se­xau, Ana 346. B.I. 6.b. Za­pi­ski Urach.
[41] M.F. von Re­dwitz, Hof­chro­nik..., s. 21.
[42] BSB, NL R. Se­xau, Ana 346, B. I. 5.e. Ksi­ężna Lu­dwi­ka do ksi­ężnicz­ki Au­gu­sty Fer­dy­nan­dy, 26.8.1853. Za: B. Ha­mann, Ce­sa­rzo­wa Elżbie­ta, s. 35.
[43] Ta­mże.
[44] BSB, NL R. Se­xau, Ana 346, B.I. 5.e. Ksi­ężna Lu­dwi­ka do kró­lo­wej Ma­rii z Sak­so­nii, 19.8.1853. Za: B. Ha­mann, Ce­sa­rzo­wa Elżbie­ta, s. 44.
[45] "Al­l­ge­me­ine Ze­itung" 30.12.1853.
[46] Ar­cy­ksi­ężna Zo­fia do ar­cy­ksi­ęcia Ka­ro­la Lu­dwi­ka, 3.1.1854, w: G. Pra­schl-Bi­chler, Unse­re lie­be Sisi..., s. 87.