Rozdział 1 Kraj szubienic
Na widoku - Pamiętne - Spektakl przemocy - 264 073 razy - Byle się bali - Jak dzikus - Przemysł okrucieństwa - Szubienice stawiają - Polskie prawo
Na widoku
Nie wiemy, kim był człowiek, który chcąc się przypodobać Marcinowi Mikołajowi Radziwiłłowi, nie odstępował go ani na krok. Tłumaczył, że to dla wygody księcia. Że chce być zawsze na jego widoku, nieustannie pod ręką i do usług. Radziwiłł postanowił mu to ułatwić. Chwilę przed tym, jak mężczyznę powieszono na szubienicy, miał on usłyszeć: "Teraz waćpan będziesz mi zawsze na widoku"37.
Namolność podwładnego wywołała u magnata irytację, choć wcale nie była nadmierna. Bycie na pańskim widoku należało w czasach pańszczyźnianych do rutynowych obowiązków służby. "Gdy staniesz przed panem, gdziekolwiek to będzie" - czytamy w wierszyku krążącym po dworach jeszcze na początku XIX wieku - "I piędzią nie odstępuj, lecz stój przy nim wszędzie, / Czekaj tego, co twój pan rozkazywać będzie. / Oka z niego nie spuszczaj, nie poglądaj za się, / Ale miej pilne oko na pana i na się"38.
Z jednej strony - nie odstępuj pana na krok, bądź na każde skinienie. Odgadnij, czego potrzebuje, zanim zdąży otworzyć usta. Z drugiej - zachowuj się godnie, bo inaczej twoja służalczość będzie uwłaczać i panu. Rób, co do ciebie należy, ale tak, jakbyś w ogóle nie istniał, nie istniała.
Spełnienie naraz obu przykazań musiało być karkołomną sztuką. Podwładny Radziwiłła za swoją natarczywość zapłacił najwyższą cenę. Dla księcia była to pewnie błahostka - ot, taka sobie okazja, by zabłysnąć dowcipem. Sama się napatoczyła i magnat nie mógł sobie darować. Pojawiła się bowiem możliwość nie tylko popisania się wisielczym - dosłownie - humorem, ale też powiedzenia czegoś. Myśl, którą Radziwiłł wyraził za pomocą trupa zawieszonego na publicznym widoku, brzmiała tak: jeśli pan włada życiem swoich ludzi, to dysponuje również ich śmiercią.
Nie byłoby oczywiście żartu, gdyby Radziwiłł nie miał pod ręką szubienicy. Skąd brały się one na polskich dworach?
Odpowiedź znajdziemy w książce Gospodarstwo z 1588 roku. Jej autor, Anzelm Gostomski, nie był ani literatem, ani publicystą, tylko człowiekiem czynu, który za namową znajomych spisał osobiste doświadczenia związane z prowadzeniem gospodarstwa rolnego. Jego podręcznik stał się bestsellerem, gdyż polska szlachta w XVI wieku dopiero uczyła się rolnictwa. Wcześniej rolą zajmowali się chłopi, a możnowładztwo żyło z danin. Dzięki temu, że Gostomski musiał swoim czytelnikom tłumaczyć wszystko od podstaw, możemy jego książkę uznać za swoisty katechizm ustroju folwarczno-pańszczyźnianego.
Moment, w którym żył Gostomski, był szczególny. Na całym świecie raczkowały wówczas systemy podobne do tego, jaki wykluwał się w Polszcze. Wszystkie opierały się na przymusowej pracy. Książka Gostomskiego była prekursorska, gdyż zapowiadała te nowe czasy. Ich reguły próbowały potem objaśnić różnego rodzaju poradniki, w tym ekonomiczne. Jednym z najsłynniejszych stała się Droga do bogactwa Benjamina Franklina z 1758 roku. Książka Gostomskiego nie zrobiła tak globalnej kariery, ale zawarte w niej rady są zaskakująco uniwersalne i można je równie dobrze odnieść do innych wcieleń nowożytnej niewoli39.
Za podstawową regułę współczesnej gospodarki często się uznaje, spopularyzowaną właśnie przez Franklina, zasadę "czas to pieniądz"40. Purytański ideał oszczędności nie był obcy i Gostomskiemu, który radził dwa stulecia wcześniej: "Kto chce być sprawnym, folguj czasowi, darmo go nie puszczaj"41. Ale to inna maksyma z Gostomskiego oddaje sedno nowożytnej niewoli, w tym ustroju folwarczno-pańszczyźnianego. Droga do bogactwa nie prowadziła tylko poprzez umiejętne zarządzanie czasem, ale przede wszystkim poprzez umiejętne zarządzanie ludzkim życiem: "A to jest najwiętszy fundament, aby chłopi wszyscy wychadzali na robotę, o co napierwsza a napotrzebniejsza kaźń [bezlitosna kara] ma być na chłopa"42.
Innymi słowy, fundamentem dobrej gospodarki jest pańszczyzna, a najlepszym sposobem na jej wyegzekwowanie - naga przemoc.
Czerpiąc z własnej praktyki, Gostomski opisywał całą hierarchię kaźni, od najlżejszych do tej najcięższej: "Chłop, gdy mu nakaże włodarz [nadzorca] albo też urzędnik [dworski] robotę, a nie posłucha [...], chłosta cztery plagi przez gołe ciało i [pańszczyznę] odrobić"43. Gdy ktoś spóźniał się do pracy, to dostawał połowę kary: dwie plagi oraz dodatkowe pół dnia do odrobienia. "Włodarz, który zełże, tego karać, a którego trzykroć skarawszy o łeż [kłamstwo], czwarty raz na szubienicę"44.
Szubienica była królową kaźni.
Roztropny gospodarz, rzecz jasna, nie szafował nią tak pochopnie jak Radziwiłł. Szubienica była kaźnią ostateczną, nieodwracalną i wymierzaną za przewinienia kardynalne - trwałe nieposłuszeństwo, kłamstwo czy zdradę. Na co dzień dyscyplinowano za pomocą bicia. Było ono tak rozpowszechnione, że wręcz przestano je zauważać. W jednym z pierwszych syntetycznych opracowań historii polskiej wsi czytamy: "Bicie poddanych nie było nawet karą, a było zwyczajnym sposobem wymuszania posłuszeństwa przy odbywaniu powinności. Nikt nie był w stanie w Polsce tego zabronić"45.
Pamiętne
Pomiędzy publikacją książki Gostomskiego a ostatecznym końcem pańszczyzny na ziemiach polskich w 1864 roku (czy niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych rok później) świat zmienił się nie do poznania. Ale pomimo różnic - zarówno geograficznych, jak i historycznych - nowożytna niewola opierała się na jednej uniwersalnej praktyce. Na biciu.
Nawet krytycy kar cielesnych uważali je za przykrą konieczność - bo przecież poddani są, podobnie jak zwierzęta, z natury leniwi. "A wszakoż jeślibyś je [chłopów] też nalazł śpiące, jako apostoły w ogrodcu, tedy też nie wadzi ich maczużką [kijem] przebudzić, aby na nie pokusy nie przychodziły"46, pisał Mikołaj Rej. W 1862 roku, niemal trzy stulecia po jego śmierci, na świat przyszedł Tomasz Nocznicki. We wspomnieniach z dzieciństwa opisał człowieka o imieniu Filip, który "był starym dworskim sługą. [...] Miał przeszło lat siedemdziesiąt, duży był i tęgi. Kiedyś pił tęgo, w starości odumarła go żona i dzieci, został sam i dożywał życia. W lesie pasał bydło, zimą robił, co mógł, u gospodarzy"47. "Toż on historię pańszczyzny pisał na skórze chłopskiej, a inni ludzie pisali ją na jego skórze. Był ogromnym znawcą kar, jakie we dworach odbierali chłopi. Opowiadał ten starzec, że nie było na wsi człowieka od lat czternastu do siwych włosów, ani mężczyzny, ani kobiety, którzy nie byli bici na dworze, i to bardzo często"48.
Bicie to basso continuo trzystu lat pańszczyzny.
Na rutynowość przemocy wskazywała notatka prasowa z 1817 roku, zatytułowana Machina do bicia chłopów: "Ktokolwiek miał do czynienia z chłopami, ktokolwiek pragnął ich uczynić pożytecznymi samym sobie, musiał prócz doświadczonej przykrości przekonać się jeszcze o stracie drogiego czasu na ich bicie potrzebnego, który z większą nierównie korzyścią mógłby się użyć na dobro dworu". I jeszcze: "Bić go potrzeba, żeby uczuł, bić do półśmierci, żeby naprowadzić na drogę kierującej nim woli; bić ustawicznie, żeby mieć zeń cokolwiek użytecznego; bić, bić i bić bez końca, ażeby pamiętał o sobie, o żonie, o dzieciach"49.
Daj "chłostę i pamiętne dobre", radził już Gostomski50.
Temat bicia powraca w niemal każdej opowieści o pańszczyźnie. Nawet w czasach, gdy ze starego świata pozostał już tylko blady cień. W pamiętniku z okresu międzywojennego czytamy: "Do dziś pamiętam, jak opowiadali, jak to dawniej bywało. Opowiadali o czasach pańszczyźnianych, jak to czasem dziedzicowi coś na nos wlazło, to bili, względnie ich służba biła [...], nawet nie mówili za co. [...] Mówili, że mojego pradziada to tak obito we dworze, że ten jak przyszedł do chałupy i legł, to leżał dwa miesiące i już nie wstał. Obito go za to, że nie chciał dać swej żony za mamkę dla dziecka dziedzica. Ta jego żona, a moja prababka, podobno była młoda i ładna i dziedzic się ucinał do niej, a widocznie i pradziad ją kochał, i przypłacił to chłop życiem"51.
Bicie było tak znormalizowane, że nawet sami pańszczyźniacy przechodzili nad nim do porządku dziennego. Pisał szlachcic Józef Pawlikowski w 1788 roku: "Widziałem nielitościwego pana jednego, że niesprawiedliwym jego ukazom wymawiał się poddany, ze zwierzęcą zajadłością bijącego; on ciężkie odebrawszy razy, prosto szedł do karczmy, okazując przed innemi [poddanymi] krwią zaszłe smagi, i razem wszyscy zalewali się trunkiem"52.
To właśnie na plecach, garbowanych na co dzień plagami, wypisano historię pańszczyzny. Każde plecy były nośnikiem unikalnej opowieści. Inaczej zarastały skorupą strupów, twardą i pobrużdżoną jak kora drzewa. A kiedy rany się zagoiły, a ból ustał, można było zapomnieć. Dlatego potrzebni byli ludzie bliscy - bliźni, jak kiedyś mawiano53. Ludzie połączeni doświadczeniem bicia. By przypominali, by dawali świadectwo.
Bo nikt przecież sam własnych pleców nie rozczyta.
Spektakl przemocy
Jednym z zadań powierzanych dworskim urzędnikom było dbanie o to, aby panu niczego nie brakowało. Gostomski: "Ma mieć statków [przedmiotów] potrzebnych w domu dostatek i to opatrzyć, czego dom dostateczny potrzebuje: stoły, ławki, konwie, kufle, sklenice, lichtarze, niecki, koryta, faski, kubki, łańcuchy żelazne, łoża, około wrot żelaza i inne statki domowi potrzebne"54.
Łańcuchy żelazne, w domu. Po co?
Gostomski wyjaśnia: "Urzędnik ma to opatrzyć, aby miał w dworze instrumenta gotowe, w które by naprędce więźnia albo winnego wsadzić mógł: to jest łańcuch albo kabat, albo gąsiora i kunę"55.
Kabatem nazywano wówczas więzienie, pręgierz lub inne narzędzia tortur. Gąsior to żelazne dyby, a kuna - obręcz na szyję, którą przykuwano do ściany lub słupa. "We wsi Kombornia - wspominał urodzony w 1885 roku Stanisław Pigoń - jeszcze w okresie międzywojennym chłopi ze zgrozą wspominają kaźń w dworskim lamusie [budynek gospodarczy] w pewnego rodzaju dybach [tj. w gąsiorze], gdzie skazany godzinami musiał stać z rękami związanymi z tyłu, a z szyją zamkniętą w otworze wyrąbanym w dwu zestosowanych z sobą i spiętych deskach. Takich ponurych pańszczyźnianych wspominków dałoby się zebrać więcej"56. Oto kolejne: notatka Ulryka Werduma o odbytej w 1671 roku podróży. "Potem przez dobre ziemie do Goszczyna, dwie mile. Jest to wielka wieś z kościołem i kaplicą położoną nieco opodal. Należy do pana [Jana] Żelęckiego, którego w Polsce zwą łowczym koronnym. Dwór szlachecki niedawno się spalił. Chłop, nie wiem, za jaką zbrodnię, leżał tutaj na śniegu tuż przy ziemi, przykuty za szyję do pala jak pies"57.
Wiadomo, za jaki czyn ukarany został człowiek o imieniu Fedko: "Na tym gwałtownym przymuszaniu do robocizny słowo jakieś o wolności swej przemówił", a wtedy urzędnicy dworscy "kijami i czym kto mógł niemiłosiernie" go bili, a następnie "wziąwszy do dworu, tam przywiązawszy (go) do działa, łańcuch mu na szyję włożywszy, na srogim dżdżu i słocie, i niepogodzie wielkiej dwie noce trzymał [dziedzic] (Kamocki), aż go ledwie trzeciego dnia gromada [chłopska] wyręczyła już schorzałego"58.
W Polszcze od zawsze stosowano tortury wobec tych, którzy naruszali prawo, zauważył Jan Tadeusz Lubomirski, "ale dopiero w wieku XVII poczęto używać [ich] z nader wielką skwapliwością". Wtedy przestają one być jedynie narzędziem dla sądów - jak w średniowieczu, gdy w ten sposób wymuszano zeznania. "Tortury pozasądowe, wykonywane z polecenia dziedzica albo urzędnika ekonomicznego, bez uroczystych form sądowych, były to proste męczarnie: bicie rózgami, wkręcanie palców do kurków rusznicy, powieszenie na belce stodoły za pięście lub nogami do góry z potrącaniem powrozu; okurzanie dymem, kładzenie rozżarzonych węgli w zanadrze", czyli pod ubranie59.
Wraz z ekspansją folwarków tego rodzaju okrucieństwo się nasiliło. Do tego stopnia, że jeden z pierwszych historyków polskiej wsi pisał o "pańszczyźnianych saturnaliach" - spektaklach przemocy i bestialstwa60. Bić, ażeby czuł. By zapamiętał. Bić do półśmierci.
Weźmy historię Grzegorza Draba. W 1699 roku apogeum osiągnął spór między administratorem folwarku Jakubem Gołuchowskim a poddanymi. Chłopi poskarżyli się na nadużycia, po czym Gołuchowski zaprosił ich do siebie, zapewniając, że chce tylko zamienić słowo. Grzegorz Drab, jeden z przywódców oporu, stawił się na spotkanie. W skardze złożonej przez poddanych kilka dni później czytamy, że Gołuchowski "Draba na ziemi rozciągnąć rozkazawszy, sam okrutnie i niemiłosiernie zbił, potłukł, poranił [...]. Potem ledwie dychającego do gąsiora za szyję gwałtem wsadzić i umieścić rozkazał, w gąsiorze na wszystkich niepogodach i deszczach przez całe odwieczerze trzymał, więził, aż przed samym wieczorem [...] opak ręce jako złoczyńcy jakiemu załomawszy, i mocno stryczkami, powrozami [ściągnął], aż krwią pozaciekał".
Następnie dworski urzędnik zarządził, by Draba przywiązać za ręce do konia, i tak "po kałużach, po błocie do wsi Zawady zaprowadzić rozkazał". Wtedy Drab wpadł w ręce kolejnego sługi, niejakiego Osińskiego. Ten "respektu żadnego i litości nad bliźnim nie mając, strudzonego i bardzo drogą zmordowanego [Draba] na powrozie przywiódł", wsadził za szyję do żelaznej kuny i postawił przy nim chłopską straż. Zmuszono Draba, by stał w tej kunie trzy dni i trzy noce bez przerwy, "głodem, pragnieniem i inszymi niewczasami [...] męczono, spać żadną miarą nie dopuszczono, tak dalece, że tyraństwa znosić dalej nie mogąc [...], od okrutnych ran i potłuczenia na zimnie i mrozie zbolawszy ciężko, upadał, na kunie jako na szubienicy jakiej na pół umarły, władzy, pamięci i rozumu nie mając, wisiał".
Pan Gołuchowski - czytamy dalej w skardze chłopów - litując się nad swoją ofiarą "czy też będąc inszych ludzi płaczem i prośbą, i samym wstydem wzruszony, rzeczonego Draba ledwie z kuny żelaznej już prawie martwego zdjąć i tamże do spichlerza opuchłego, ociekłego czeladzi swojej zanieść rozkazał". Ociekającego krwią Draba zamknięto na cztery spusty. "Już niemal dwie niedziele [pan Gołuchowski] więzi, znowu głodem [Draba] morzy, w wielkich ciemnościach trzyma, ludzi jego jako więźnia chorego nawiedzających gwałtownie od spichlerza odganiać każe i tak niezwyczajnie ciemięży, że ten człowiek bardzo chory, w wielkich boleściach zostając i ratunku od nikogo mieć nie mogąc, nic pewniejszego, że wprędce z tym światem pożegnać się musi"61.
Podobne przykłady można mnożyć. "Niemiłosiernie się obchodzą z poddanymi swymi", pisał w 1611 roku Krzysztof Kraiński. "Do ciężkiego więzienia o lada co sadzają. Biją, katują, żyły podrzynają [...], piętnują [...]; krew a pot ich piją. Tak ich ciężko drą, iż gdyby szatę u drugiego i u żony, i dziewki [służącej] jego ścisnął, wyszłaby podobno krew"62. Pisząc o piciu chłopskiego potu i krwi, Kraiński używał metafory - dziś funkcjonującej jako słowo "krwawica" - by powiedzieć coś innego: że panowie żyją z ciężkiej pracy swoich poddanych. O piętnie pańszczyzny pisał natomiast dosłownie.
Hubert Vautrin, który przyjechał do Polszczy w 1777 roku, zauważał: "Najpospolitszą karą, wymierzaną niezależnie od płci i wieku, jest chłosta kańczugiem [skórzanym biczem], którego razy mierzy się bez litości. Istnieją jeszcze sroższe kary, w zależności od przewinienia lub od humoru dziedzica. Widziałem, jak przykładano rozgrzane do czerwoności żelazo do pleców krnąbrnych chłopów"63. Krzysztof Opaliński w 1650 roku: "Znajdzie się drugi, co piątnuje, / Co bije do umoru, co w tarasie [więzieniu] zgnoi, / Co rózgami siec każe, jako dzieci w szkole, / Sędziwych i poczciwych starców bez przyczyny!"64.
Trwałe znakowanie ciał jest jedną z najstarszych praktyk, jaka towarzyszy instytucji niewolnictwa. Z piętnowaniem spotkamy się w Egipcie czy Chinach tysiące lat temu, w piętnastowiecznej Toskanii czy dziewiętnastowiecznej Ameryce. Na karaibskich targach wypalanie żelazem znaku na skórze afrykańskich niewolników służyło jako przypieczętowanie faktu własności65. W innych przypadkach wynikało z konieczności widocznego wyodrębnienia ludzi zniewolonych - zwłaszcza gdy nie odróżniał ich od panów ani kolor skóry, ani kształt nosa czy warg66.
Nie wiadomo, jak bardzo praktyka piętnowania rozpowszechniona była w Polszcze. Gostomski radził znaczyć tylko bydło. Być może niektórzy dziedzice znakowali najkrnąbrniejszych, aby ci porzucili myśli o ucieczce. Zapewne bywało też piętnowanie karą za naruszenie własności. Zmarły w 1605 roku Bartłomiej Groicki: "Te złodzieje, którzy we dnie kradną, mieszki, wacki, kalety kryjomie rzeżą, tak znaczą: za pierwszym kradziectwem je na twarzy cechują, za wtórym obiedwie uszy urzynają, za trzecim krzyż na czele [czole] żelazem wypalają, a za każdym razem je miotłami u prągi biją"67. W 1622 roku chłopski syn o nazwisku Kędzierski został napiętnowany za przywłaszczenie pańskiego mienia: "Kazał go pan wybić katom u pręgierza i znak na nim wypiątnować"68.
Piętnowanie służyło też jako ostrzeżenie przed kaźnią ostateczną: "Zbiegłemu i złapanemu później chłopu obcinano uszy i wypalano szubienicę na czole lub litery. Ten ostatni zwyczaj był dość upowszechniony"69. Mikołaj Beyda, poddany Jana Kuczyńskiego, został w 1747 roku oskarżony o kradzież oraz zorganizowanie ucieczki swojej i swojego brata Jana. Jan zeznawał przed sądem: "Mikołaj, brat mój, to mi powiedział: "Bracie, każą mi się żenić, a ja nie chcę" [...]; był tu kiedyś u ojca naszego niejakiś Walenty i chwalił no Żmojdź, że tam kraj dobry, i znioszy się na jedno, ja zabrawszy statki [narzędzia] ciesielskie, którem miał od pana za stodołą bratnią [...], zastołem Mikołaja brata już z saniami gotowemi i stąd pojechaliśmy". Uznano, że "za wyżej wyrażone excessa [będzie] miał uszy oberznięte, szubienicę na czole wypaloną i nos wpół oberznięty". W razie ponownej próby ucieczki "każdy podlegać będzie szubienicy"70.
264 073 razy
Jakim człowiekiem był Fedko, co słowem o swojej wolności panu zawinił? Kim był Grzegorz Drab, który wiarę w prawdziwość pańskiego słowa przypłacił półśmiercią, a może nawet i życiem? Jak wyglądał ów Beyda, zanim pozbawiono go twarzy?
Podobnie jak miliony innych bitych i poniżanych pozostają oni ludźmi bez właściwości. Nie wiemy, czy byli wysocy czy niscy, grubi czy szczupli, weseli czy ponurzy, towarzyscy czy wycofani. Nie wiemy, co lubili robić, z czego się śmiali, co ich denerwowało, a co rozczulało. Pańszczyźniacy pojawiają się w przekazach zwykle w kontekście przemocy, której doświadczyli.
Jeśli zestawimy obok siebie świadectwa kaźni z różnych okresów i z różnych zakątków Polszczy, to widać niezbicie, że powtarzają się metody - to nie tylko wymierzanie razów, ale też bardziej wyszukane tortury. Wzmianki o nich zwykle pojawiają się osobno: tutaj jeden chłop powieszony, tam inny przykuty na mrozie do słupa, a tam jeszcze inny wbity na pal albo poćwiartowany. Łatwo uznać, że były to odizolowane wypadki. Ale w pamięci ludowej pojedyncze ofiary, poszczególne akty przemocy piętrzyły się, kumulowały. Tak jak nawarstwiały się jednostkowe razy, które spadały na pańszczyźniane plecy.
Tylko czasami trafiają się informacje, które pozwalają uchwycić masową skalę okrucieństwa. Na przykład w 1702 roku wybuchło w Polszcze powstanie ludowe pod dowództwem Semena Paleja. Nie był to odizolowany bunt, ale rzeczywiste powstanie zbrojne, w którym brały udział dziesiątki tysięcy poddanych, kobiet i mężczyzn. Gdy ostatecznie, wskutek skoordynowanej akcji Potockich i Lubomirskich, zostało rozbite, urządzono akcję odwetową. "Nabrano tam w niewolą wiele tysięcy chłopstwa, ale ich nie wycinano, nie chcąc sobie wsiów pustoszyć panowie, tylko ich kazano znakować: urzynano każdemu lewe ucho; poznakowano ich tak na siedemdziesiąt tysięcy"71, czytamy w pewnej relacji.
Poznakowano, aby zapamiętali. Aby ich kalectwo pozostało na publicznym widoku.
Rutynowość pańskiego bestialstwa najlepiej ilustrują dane, które zebrała administracja austriacka po tym, jak zaczęto ograniczać wolność panów do tyranii. Na początku XIX wieku rządy w całej Europie wprowadzały tego typu ograniczenia albo ze względu na interes własny, chcąc zwiększyć bazę podatkową dla skarbu, albo ze strachu, jak w przypadku Prus, gdzie poddaństwo osobiste zniesiono w 1807 w reakcji na rewolucję francuską oraz w obawie przed kolejnymi wystąpieniami chłopów, między innymi na Śląsku72.
Jednym z efektów reform w zaborze austriackim było to, że pańszczyźniacy mogli występować o odszkodowanie za niesłusznie wymierzone kary. W samym 1829 roku w Galicji zasądzono reparacji na łączną sumę 264 073 reńskich. Historyk: "Cyfra [ta] będzie przerażająca, jeśli zważymy, że w wielu wypadkach chłop w ogóle nie zanosił skarg i że praktyka administracyjna szacowała odszkodowanie za jedną plagę przeważnie tylko na jeden reński waluty wiedeńskiej"73.
Byle się bali
Skąd ten ocean przemocy? Z odpowiedzią znów przychodzi Gostomski: "Robota kmiotków to dochód albo intrata nawiętsza w Polszcze"74. Pańszczyzna była podstawą gospodarki, źródłem wszelkiego bogactwa.
Naturalnie intraty należało strzec jak największego skarbu. Gostomski: "Podniata [przyczyna] wszego złego panu, kędy urzędnik albo włodarz przedaje robotę, albo nie dojźrzy włodarza, gdzie kmiotkowie nie wszyscy robią jednako; to początek dworom upadku, jako skra, od której dom, wieś albo miasto zgore"75. Iskrę buntu, iskrę nieróbstwa, iskrę odmowy posłuszeństwa trzeba było zdusić w zarodku. Jakub Haur w 1693 roku: "Zuchwałego chłopa trzeba mieć w groźbie i częstym napominaniu"76.
Bić zapamiętale, by nie zapomnieli, kim są, gdzie ich miejsce.
"Jak odrobił tę pańscyznę - przytaczał Marcin Tamborski wspomnienie zachowane w kieleckim Głuchowie - to pracował dwa dni dla siebie, a jak zapad [zachorował], coś mu nie podesło, to wezwany był do karności, [...] dwadzieścia pięć rózg bito przez gołe ciało, do pięćdziesiątu. Kazdom rózgom osobno było bito, raz palnięto i rzucono na drugom kupke, na drugom stronę, pan stał na ganku i patrzał sie na to"77.
Bić zapamiętale, ale jednocześnie na zimno, rachując każde uderzenie, patrząc, jak rośnie stos rózg. By razy zapadły głęboko w pamięć każdego ciała. "Byle się bali, nic to, niech mię nienawidzą"78, streścił rozumowanie szlachty Wacław Potocki. Bo nie ma bogactwa bez pańszczyzny, a pańszczyzny bez szubienicy i bicia. Dlatego, jak zauważył Hubert Vautrin, "nieposłuszeństwo [w Polszcze] surowiej karane jest aniżeli przestępstwo"79.
Próbowano u schyłku Polszczy różnego rodzaju reform, ale żadna z nich nie naruszała wolności pana do katowania poddanych. W 1768 roku ustalono, że chłop zagrożony karą śmierci ma być przekazywany do sądu grodzkiego albo miejskiego. Jednakże, pisze historyk, "skuteczność owej ustawy była niewielka [...], toteż do końca XVIII wieku chłopi byli praktycznie zdani na łaskę i niełaskę feudałów"80. Gdy w 1780 roku złożono propozycję niewielkiego rozluźnienia aparatu pańskiej grozy, w trakcie obrad powstał krzyk "tak okropny, jak gdyby jaki potwór zjawił się w sali sejmowej"81. Już pierwszy w dyskusji poseł Kamieński jednoznacznie się domagał, by prawa te "tak zostały umorzone, iżby się i wspomnienie o nich o uszy nasze ani potomków naszych nie obiło"82. Wojciech Suchodolski zachęcał do szybkiego oddalenia sprawy, "a tak zamkniemy usta tym wszystkim, którzy mówią, iż u nas w Polszcze na wolnym sejmie nic jednomyślnie udziałać nie można"83. Ustawa przepadła, nawet jej nie przeczytano.
W uzasadnieniu odrzucenia projektu przywołano słowa Kamieńskiego, że taki zbiór praw "na zawsze uchylamy i na żadnym sejmie, aby nie był wskrzeszany, mieć chcemy"84. Wrócili do tej kwestii jednak zaborcy. W liście do austriackiego cesarza hrabia Wielhorski przedstawiał nieugięte stanowisko polskich panów: "Poglądy waszej cesarskiej mości, pełne dobroci i humanizmu, można jedynie podziwiać. Oczywiście wbrew naturze jest sama idea okładania razami bliźnich, na których [pracy] się opieramy i którzy zapewniają nam byt. Wskazuję jednak, że poddaństwa, które w gospodarce ważniejsze jest niźli w armii, nie sposób utrzymać w Galicji bez kar cielesnych"85.
Kaźń nie tylko dla bitych, ale również i dla panów była sprawą życia i śmierci.
Jak dzikus
Johann Joseph Kausch w 1793 roku: "Kańczug to jedyny sposób rządzenia tymi ludźmi [poddanymi], ale i tym nie szafuje się nigdzie tak surowo - nie, to wyrażenie za słabe - tak barbarzyńsko, jak w królestwie polskim. Dwadzieścia razów kańczuga jest karą straszną, ale w Polsce wymierza się sto i więcej batów za najmniejszą drobnostkę"86.
Nietrudno znaleźć szczegółowe informacje o arytmetyce pańszczyźnianego okrucieństwa. W tym samym wierszyku, w którym opisywano standardy wymagane od dworskiej służby, podano też wysokość kar. Za spuszczenie z oka pana i zejście z jego widoku radzono dawać pięć plag. Za nazbyt powolne załatwienie pańskiego interesu - osiem. Za podanie nieumytego noża - siedemnaście. Za nadmierną służalczość - dwadzieścia. Gdyby podczas podróży zgubił się jakiś pański rekwizyt - czterdzieści. Sto plag sugerowano dawać za kłamstwo87.
Oczywiście jaki pan, taki wymiar sprawiedliwości. Radziwiłł za nadgorliwość skazał sługę na gardło, a Gostomski na szubienicę wysyłał tych, co skłamali czterokrotnie. Tak właśnie trzymano poddanych w groźbie: nigdy nie było wiadomo, jakiej kary można się spodziewać. Należało pamiętać, że nawet błahostkę można przypłacić życiem.
Rację miał zatem Kausch, gdy zwracał uwagę na arbitralność polskiego systemu kar. Ale Polszcza nie wyróżniała się pod tym względem na tle innych krajów. Autor książki o przemocy na Rusi Czerwonej w wieku XVII twierdził, że w Niemczech czy we Francji było jeszcze gorzej. Wojny chłopskie w Niemczech przyniosły "całe piekło mordów, okrucieństw i pożogi, i pełne [były] takich niewymownie potwornych aktów obopólnej nienawiści i zemsty, o jakich się w Polsce nikomu i nigdy nie śniło. Bunty chłopskie z roku 1648 na naszym Pokuciu są niewinną ruchawką wobec zbydlęcenia i krwawego szału niemieckiego chłopstwa, a odwet, jaki spotkał buntowników ze strony warstwy panującej w Polsce, jest tylko igraszką wobec straszliwej, niemiłosiernej zemsty, jaką szlachta niemiecka wywarła na swych pokonanych niewolnikach"88.
Festiwal bestialstwa odbywał się w całej Europie. Wystarczy na chwilę spojrzeć tuż za granicę Polszczy. Na przykład na Śląsk: w 1766 roku wybuchło powstanie chłopów, które objęło powiaty rybnicki, raciborski, bytomski, pszczyński, nyski i gliwicko-toszecki. Po tym, jak zostało stłamszone, rozpoczął się odwet panów. Historyk: "Wszelkie znane nam przekazy tych wydarzeń zgodnie podkreślają okrucieństwo wszystkich bez wyjątku szlachciców. Landrat toszecki von Sack, wkraczając na czele oddziału kawalerii do swego powiatu, jak dzikus strzelał na oślep do tłumu. Pan Ziemiecki obalał powstańców na ziemię, deptał butami po ich karkach i wyliczał im po sto pięćdziesiąt batów. [...] Rotmistrz Paczkowski na Dobrodzieniu torturował swego zagrodnika Pacha tak okropnie, że ten miał ręce i nogi zdarte aż do żywego mięsa, a pośladki krwią zalane. [...] Przeszło stu poddanych Paczkowskiego zbiegło do Polski"89.
Głosy takie jak ten Kauscha pochodzą z końca XVIII wieku, gdy intelektualiści z Europy Zachodniej zaczęli tworzyć obraz swych oświeconych krajów w opozycji do rzekomo zacofanej Europy Wschodniej90. Kausch pisał też w momencie, gdy Polszcza znikała z map i tego rodzaju opowieści służyły do uzasadnienia konieczności rozbiorów. W roku 1800 mniej więcej trzy czwarte światowej populacji żyło w kieracie niewolnej pracy91. Przymus był więc regułą, a nie wyjątkiem. Nic też nie zapowiadało nadejścia czasów, w których to wolna, najemna praca stanie się normą. W tym sensie Polszcza nie odbiegała od innych krajów - również i tych, które przejęły kontrolę nad jej populacją.
Sukcesy jednych państw czy porażki drugich nie wiązały się bezpośrednio z tym, czy ich gospodarki opierały się na wolnej, czy na przymusowej pracy. "Wielkie imperia Austrii i Rosji - pisze historyk - rozwijały się szybciej i skuteczniej, a w 1789 roku rozpościerały się już na całym obszarze Europy Środkowej i Wschodniej, od Wiednia do Uralu", dzięki przymusowej pracy chłopów92. System ten stopniowo porzucano w wieku XIX - za koniec ustroju pańszczyźnianego można uznać dekrety uwłaszczeniowe, które umożliwiały chłopom posiadanie ziemi. W Prusach zmierzch pańszczyzny był rozciągnięty w czasie od roku 1807 do 1872, w Austrii nastąpił w 1848, a w Rosji w 1861 roku (i trzy lata później w Królestwie Polskim). Dlatego w Polszcze, gdyby ta istniała w wieku XIX jako odrębne państwo, pańszczyzna też pewnie zostałaby ostatecznie zakończona. Albo tak zmodyfikowana, by lepiej odpowiadać wyzwaniom społeczeństwa wkraczającego na ścieżkę uprzemysłowienia. Istnieją zresztą ślady takich prób: na Kielecczyźnie w połowie XIX wieku eksperymentowano z zastosowaniem pańszczyzny w kopalniach93.
Zarówno w czasach Kauscha, jak i Gostomskiego ciała ludzi biednych kaleczono na całym świecie. Włóczęgom w Anglii obcinano uszy, poddawano ich chłoście lub zwyczajnie wieszano. Szacuje się, że tylko podczas rządów Henryka VIII (1509-1547) powieszono siedemdziesiąt pięć tysięcy osób. Podczas rządów Edwarda VI (1547-1553) piętnowano włóczęgów, wypalając im na piersi literę V (od słowa vagabond), oraz skazywano ich na dwa lata niewoli, podobnie jak za panowania Elżbiety I (1558-1603), gdy zsyłano ich na galery94. Żeglarzy na angielskich łodziach, którzy po raz trzeci zasnęli na wachcie, przywiązywano do głównego masztu, a ich ramiona obciążano workami z ołowianymi kulami. Jeśli to nie poskutkowało i przyłapano ich na spaniu jeszcze raz, to tym razem przywiązywano ich z nożem oraz kawałkiem chleba. Już w ich gestii pozostawał wybór - czy woleli umrzeć z głodu i pragnienia czy odciąć się i utonąć. Osoba, którą posądzono o próbę kradzieży lub uprowadzenia statku, wisiała za burtą przywiązana za nogi, aż jej mózg rozbryzgał się w rytmie fal95.
Kontrast między cywilizowanym Zachodem a barbarzyńskim Wschodem był jaskrawy jedynie w publicystycznych pamfletach.
Przemysł okrucieństwa
Utarło się przekonanie, że współczesny świat, świat wzrostu ekonomicznego i maszyn, narodził się wraz z brytyjską rewolucją przemysłową, która kiełkowała już od XVII wieku.
Jednakże niewątpliwy skok produktywności w całej Eurazji w latach 1600-1800 uzyskano dzięki prostej mobilizacji siły roboczej, a nie dzięki nowej technologii. Stąd rozkwit różnego rodzaju form przymusu w tym okresie, od Karaibów przez Polszczę po Japonię. Badacze nazywają to zjawisko rewolucją pracowitości (industrious revolution), by zastąpić nim mało przydatne pojęcie rewolucji przemysłowej (industrial revolution)96. Ale idea rewolucji pracowitości jest również myląca, bo sugeruje łagodny charakter tej transformacji. Tymczasem opierała się ona na ustawicznym biciu i terrorze. Ludzie nie pracowali więcej z własnej woli. Dlatego była to bardziej rewolucja w technikach okrucieństwa, rewolucja dyscypliny, rewolucja nadzoru i kaźni.
Historia przymusowej pracy to wcale nie historia zacofania, ale innowacji97. Na przykład mechanizacji bicia. Przytaczana wcześniej gazetowa notatka z 1817 roku nie opisywała faktycznego wynalazku. "Machina do bicia chłopów" była wymysłem satyryka, który miał na celu, jak tłumaczono w komentarzu odredakcyjnym, "w nienawiść podać obrzydły przemysł okrucieństwa i pastwienia się nad podobnym sobie człowiekiem"98. Jednak w momencie, gdy artykuł ukazał się w polskojęzycznej prasie, tysiące kilometrów dalej, na amerykańskim Południu, rzeczywiście wdrażano nowinkę, która wprowadzała nowy rodzaj tortur. Dzięki ulepszonemu kańczugowi niewolnicy pracowali, z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, z roku na rok, coraz szybciej99. W efekcie w połowie XIX wieku, pisze historyk, "zniewoleni Afroamerykanie stali się najwydajniejszymi zbieraczami bawełny na świecie"100.
To nie rewolucja przemysłowa, lecz przemysł okrucieństwa stanowi prolog do współczesności. Nie tylko fabryki tekstyliów w Manchesterze, również plantacje niewolnicze na Karaibach zorganizowane były w nowoczesny, fabryczny sposób101. Przemysłowość ta nie wynikała z obecności maszyn w procesie produkcji, ale z masowej skali oraz beznamiętnego charakteru przemocy. Marsz takich państw jak Stany Zjednoczone na szczyty globalnej gospodarki rozpoczął się dzięki zintensyfikowaniu nakładów pracy, głównie niewolnych afroamerykańskich ciał. Towarzyszyła temu zmiana technologiczna, ale to nie ona była motorem rozwoju.
Choć często patrzymy na XIX wiek przez pryzmat pojawienia się miast przemysłowych i dymiących kominów, to stanowiły one przez długi czas wyjątek, a nie regułę. Nawet brytyjska industrializacja dokonywała się wciąż tradycyjnymi metodami - to nie pracownik fabryczny, lecz woziwoda czy tragarz byli aż do drugiej połowy XIX wieku typowymi przedstawicielami brytyjskiego proletariatu102. Funkcjonowanie samych fabryk wymagało ogromnych nakładów zupełnie niewykwalifikowanej, intensywnej i niezmechanizowanej pracy. W przededniu wojny secesyjnej widmo kryzysu już wisiało nad Stanami Zjednoczonymi, a niewolniczy model dostał zadyszki103. Wiele wskazywało na to, że brytyjsko-amerykańska rewolucja ekonomiczna zakończy się regresem, jak to bywało na świecie wielokrotnie wcześniej104. Tym razem jednak udało się wzrost gospodarczy utrzymać. Siła ludzkich rąk - główne źródło bogactwa i fundament gospodarek - zaczęła być wspomagana pracą maszyn i energią z paliw kopalnych. Była to innowacja tak rewolucyjna, że zmieniła w zasadzie wszystko. Gospodarki na całym świecie zaczęły odchodzić od przymusowych form zarządzania pracą.
Wtedy to - za symboliczną cezurę możemy uznać rok 1870 - okrucieństwo i przemysł rozeszły się osobnymi drogami105.
Szubienice stawiają
"Ta groza pańszczyzny tak weszła w krew ludu, że się to po dziś dzień odbija na nim w rażący sposób, a to nie tylko na prostym ludzie, ale nawet na tych jego synach, którzy zajęli, dzięki szkołom, i wysokie stanowiska nawet"106, pisał Jakub Bojko w 1904 roku. Dreszcze wciąż przechodziły po plecach, nawet jeśli było już to tylko mrowienie wywoływane przez ponure wspominki.
Od końca pańszczyzny i przekroczenia przez świat progu współczesności dzieli nas jakieś sto pięćdziesiąt lat. To wystarczająco dużo, by pamięć o spektaklach okrucieństwa się zatarła. Historia mówiona sięga zwykle około stulecia - czyli trzy, cztery pokolenia wstecz. Nocznicki jako dziecko słyszał opowieści od starca Filipa, który mógł być jego dziadkiem. Ten mówił o sobie, względnie o życiu swoich rodziców, mógł też wspominać jakąś historię, którą zasłyszał od swoich dziadków. Ale ta ostatnia opowieść byłaby już mocno mglista, pozbawiona wyrazistych szczegółów.
Bliźnim można pokazać rany. Kolejnym pokoleniom można jedynie przekazać słowa. Niezwykle trudno dobrać takie, które oddadzą, czym jest doświadczenie przemocy. Bo ta zapisuje się głównie w ciele. Człowiek zgnojony, upodlony, upokorzony tak, jakby był psem, doświadczający półśmierci - takie graniczne przeżycia wymykają się językowi. Być może dlatego w opisach kaźni używano słów pozornie sprzecznych, mówiąc, że pańska przemoc była jednocześnie dzika i wyrachowana, ekstremalna i zupełnie zwyczajna.
Taka zbiorowa niepamięć nie jest tylko polską specyfiką. Utarło się przekonanie, że niewolnictwo w Europie skończyło się wraz ze starożytnością. Ale to nieprawda. Było trwałym elementem krajobrazu Zachodu i Wschodu do schyłku XIX wieku.
W nowożytnej Rosji, a także w Anglii, Niderlandach, Francji czy Hiszpanii wykształciła się jego szczególna odmiana - niewola penitencjarna. W Rosji wysyłano na katorgę, w Anglii czy Francji skazańców zamieniano w galerników bądź wykorzystywano przy robotach publicznych. Jak pisze socjolog, "było to niewolnictwo w pełnym tego słowa znaczeniu. Pojawiło się jako zamiennik kary śmierci w czasach, gdy nie istniał w Europie system więziennictwa, który poradziłby sobie z rosnącą liczbą skazanych. Co więcej, wzrastająca liczba wyroków śmierci stanowiła wyłącznie efekt zaostrzania prawa. Coraz to surowsze traktowanie wykroczeń, a co za tym idzie, wzrost liczby czynów karanych wyrokiem śmierci, który następnie zamieniano na przymusową pracę - wszystko to wynikało z rosnącego zapotrzebowania na siłę roboczą"107.
Zaostrzanie kar było tajemnicą sukcesu wzrostu nakładów pracy, rewolucji dyscypliny i kaźni.
W Rosji niewolnictwo penitencjarne istniało obok instytucji pańszczyzny. Łagry zapewniały darmową pracę oraz pełniły funkcję dyscyplinującą - życie chłopa pańszczyźnianego było niewątpliwie bardziej znośne niż los katorżnika. Groźba zsyłki i niewoli penitencjarnej rozpościerała się nad rosyjską wsią. W Polszcze jeszcze w XVI wieku zamieniano karę śmierci na niewolę. Na przykład "golarz starosty Koniecpolskiego popełnił przestępstwo gardłowe, a pragnąc zachować życie, oddał mu się w niewolę wraz z dziećmi". Inny przypadek: "Kmieć Zeń Jana Koli okradł swego pana. Schwytany i stawiony przed sąd, oddał Zeń córkę swą Katarzynę panu jako niewolnicę i uciął jej kawałek nosa na znak niewoli"108.
Przez pierwsze pięćset lat istnienia Polszczy funkcjonowało w niej niewolnictwo przypominające systemy antyczne. To właśnie na eksporcie niewolnych ciał do metropolii świata islamu, ówczesnego gospodarczego serca Eurazji, karierę zrobiła rodzina Piastów109. Przez kolejne stulecia ludzie majętni w Polszcze byli właścicielami niewolników. Niewolnicy stanowili odrębną grupę społeczną, która podlegała wyłącznej władzy pańskiej. "Jeśli Bolesław II [Szczodry] nadawał swym klasztorom całe setki niewolnych z rodzinami, to sam miał ich bez wątpienia tysiące", twierdził historyk110. Polszcza bywała też krajem tranzytowym, przez który kupcy, między innymi włoscy, prowadzili niewolników. Jak pisał inny historyk, "przejście karawan niewolniczych przez Lwów nie należało w drugiej połowie XV wieku do rzadkości"111.
Lecz już sto lat później coraz trudniej było spotkać niewolników w ścisłym tego słowa znaczeniu. W dokumencie z 1565 roku czytamy, że właścicielka folwarczku na Podolu sama zajmowała się gospodarstwem, zapewne przy pomocy najemnej czeladzi. Narzekano, że pani Zgierska "pracy i pilności przykładać musi, chceli [jeśli chce] chleb jeść, bo w tym kraju ludzie małą pomoc robotami panom swoim czynią, a snadź jako i sąsiedzi z nimi mieszkają"112. Osoby takie jak ona stanowiły gros czytelników podręcznika Gostomskiego, wprowadzającego przedstawicieli i przedstawicielki klasy panów w arkana sztuki rolniczej.
Nowoczesna niewola w Polszcze opierała się na wciągnięciu tych, którzy wcześniej byli wolnymi chłopami - sąsiadami szlachty - do kieratu niewolnej pracy. Od 1520 roku ustalono, że mają oni pomagać swoim panom, za darmo, co najmniej przez jeden dzień w tygodniu. Przez kolejne stulecia zwiększano wymiar pańszczyzny; sięgała ona w niektórych miejscach nawet i sześciu dni darmowej pracy w tygodniu. Od połowy XVI wieku rozwija się więc w Polszcze pańszczyzna, a jednocześnie zanika niewolnictwo. Już w dokumencie królewskim z 1519 roku czytamy, że "ani nie był, ani jest takowy zwyczaj w Królestwie niewolnych sług w niewolej [niewoli] chowania"113. Zwyczaju trzymania niewolnej służby nie dało się znieść jednym dekretem i praktykowany był dalej. Ale można faktycznie uznać, że mniej więcej w połowie XVI wieku dochodzi do fundamentalnej transformacji instytucji niewoli w Polszcze - przemiany niewoli antycznej w niewolę nowożytną.
W innych krajach niewolnictwo starożytne przeszło równoległą metamorfozę, choć podążyła ona w innym kierunku. W Europie Zachodniej oraz w Rosji dawne niewolnictwo przerodziło się w niewolę penitencjarną - skazywanie ludzi na darmową pracę na galerach, w łagrach czy w koloniach. Ich beznadziejny los stanowił ostrzeżenie, straszak, który pozwalał całe społeczeństwo, w tym ludzi wolnych, trzymać w ryzach. W Polszcze nie można było łaskawie zamienić kary śmierci, jak robiono to w Anglii, na niewolę plantacyjną na Karaibach. Nie było łagrów, nie było galer. Było za to piętnowanie i garbowanie pleców. I były szubienice. To one miały służyć za narzędzie nadzoru i kary, ostateczny argument, który przekonywał do posłuszeństwa i gonił do roboty. "Zwyczajnie dla przykładu na takich złoczyńców / Szubienice niedaleko stawiają gościńców"114, pisał Wacław Potocki.
Choć kolejne pokolenia, jak zauważył Bojko, żyją w cieniu szubienicy, to stopniowo tracą świadomość dlaczego. Coraz gorzej rozumieją, czym jest to, co dziś nazywamy piętnem pańszczyzny. Wraz z upływem czasu piętno to staje się metaforą: nie ma już ciał, które byłyby świadectwem jego realności. Nikt tego znaku na własne oczy już nie zobaczy. Pamięć o grozie pańszczyzny zatarła się do tego stopnia, że dziś pokutuje przekonanie, iż dawna wieś była spokojna i wesoła, a Polszcza, kraj bez stosów, stanowiła oazę wolności i tolerancji. Faktycznie, szał palenia czarownic nie dotarł tu z Europy Zachodniej. Była za to Polszcza - nie ma co do tego wątpliwości - krajem szubienic. Cudzoziemcy "w kraju naszym częściej postrzegają murowaną szubienicę niż most porządny"115, twierdził pewien osiemnastowieczny komentator.
Nie oznacza to bynajmniej, że tyraństwo polskiej władzy przewyższało tyraństwo władzy angielskiej czy rosyjskiej. Oznacza to tyle, że przemysł okrucieństwa był tutaj inaczej zorganizowany. Charakterystyczny rys polskiej władzy nadawało to, co stanowiło kaźń ostateczną - karę, która była najmocniejszym argumentem utrzymującym dyscyplinę pracy i która wyróżniała się pośród innych środków nadzoru do tego stopnia, by uznać ją za polityczny, ekonomiczny i społeczny fundament. Innymi słowy, jaki ustrój, taka kaźń ostateczna.
Wśród ukraińskich Kozaków, pisze historyk, "najpopularniejszym sposobem wykonania wyroku śmierci było zatłuczenie kijami przestępcy przywiązanego do słupa. Karę tę stosowano za kradzież innemu Kozakowi przedmiotów o większej wartości, za ich przechowywanie lub paserstwo, za zboczenia seksualne oraz gwałty i dezercję"116. W wiecowej demokracji na Ukrainie wszystkie istotne decyzje podejmowało zgromadzenie Kozaków; czuwało ono również nad tym, jak wykonywano karę śmierci na ludziach, którzy się tej demokracji sprzeniewierzyli.
Kaźnią ostateczną na Ukrainie był ludowy kij. W Rosji - katorga, w Europie Zachodniej - galery czy niewola penitencjarna w koloniach. W Polszczy za podstawę porządku społecznego służyła szubienica.
Polskie prawo
Kluczową rolę, jaką odgrywały szubienice w Polszczy, ilustruje pewna historia z Mazowsza z czasów powstania styczniowego. Gdy wypędzono na chwilę wojska carskie, wróciły tam dawne porządki. Ze zgrozą opisywał to Nocznicki: "Zdarzyło się, że dwaj ludzie, gospodarze pańszczyźniani ze wsi Wola Pogroszewska, młodzi, żonaci i dzietni, w nocy w 1863 roku wzięli po kilka snopków zboża z pola dworskiego i przenieśli do swoich stodół. To się wydało, dziedzic zwołał gromadę i tak oskarżonym powiedział: "Teraz polskie prawo, a ono jest takie: kto ukradł i został złapany, będzie wisiał, skazuję was obu na szubienicę, karbowy, daj postronki".
Gromada struchlała, osądzeni, ich żony z małymi dziećmi rzucili się z lamentem na ziemię, zaczęli prosić, błagać o zmiłowanie. Pan nie ustępował. Wtedy najstarsi ludzie - gospodarze dwóch wiosek, pomiędzy nimi mój wychowawca [przybrany ojciec] - Karol Jóźwik, już wtedy powszechnie szanowani, uklękli przed dziedzicem na kolanach, poczołgali się do stóp jego i te stopy całując, błagali: "Wielmożny panie! Dla ich żon, dla dzieci małych, co sierotami zostaną, daruj im panie życie!".
To pomogło. Obwinieni zostali obnażeni do pasa, musieli wziąć na plecy po snopie zboża i wobec całej gromady prowadzeni na postronkach, którymi powiązano im ręce; następnie byli kładzeni pod każdym z trzech krzyżów, które stały na drodze pomiędzy wsiami Wolą Pogroszewską a Głudną, i dostali na gołe ciało pod każdym krzyżem po pięćdziesiąt razów - razem po sto pięćdziesiąt. Dwóch karbowych biło, a pan pilnował i wołał: "Lepiej bijcie, bo wy będziecie bici". Toteż pod trzecim krzyżem całe ciała tych ludzi były od nóg poprzez pośladki tak zbite, że krew została na ziemi, a bici już sami wstać nie mogli. Podniesiono ich i musieli na klęczkach ucałować pańskie nogi w podzięce za darowanie im kary śmierci.
Rozumie się, że takie zaprezentowanie "polskiej sprawiedliwości" przez "polską władzę" uczyniło nawet na tych zwyczajnych [przyzwyczajonych do] bicia ludziach piorunujące wrażenie"117.
Szubienice stawiano nie po to, by ich używać, ale po to, by można było karę śmierci odwołać. Właśnie na tej możliwości, zupełnie arbitralnej, zasadzała się władza panów. Nie wysyłali do łagrów, nie zamieniali wyroku śmierci na galery, po prostu wskazywali na szubienicę, a następnie wielkodusznie bili. By dać pamiętne. By darując karę śmierci, przejąć na własność czyjeś życie.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.