ROZDZIAŁ III
Koński Gaj
Koński Gaj to nazwa stadniny, w której Wojtek i Karola jeżdżą konno. Znajduje się niedaleko Szczecina, w Tanowie, na samym końcu wsi, tuż pod lasem. Nie ma tam krytej ujeżdżalni, jest otwarta, czyli na świeżym powietrzu, jest też kilka padoków, na których konie wypoczywają, oraz budynki stajni, w których mieszkają, kiedy jest brzydka pogoda. Jest też siodlarnia i suszarnia czapraków i popręgów oraz kilka innych pomieszczeń niezbędnych, by wszystko działało jak należy. Właścicielką stadniny jest pani Lila, jej dom też znajduje się na terenie ośrodka. Pani Lila sama jeździ konno, co jest chyba oczywiste, skoro uczy tego innych. Kocha konie i poświęciła im życie, a zna się na nich jak mało kto. Oprócz koni należących do pani Lili w Końskim Gaju przebywają również wierzchowce innych miłośników jazdy. Są tam otoczone troskliwą opieką - wyprowadzane, utrzymywane w czystości, pod okiem weterynarza, mają dobrą paszę i towarzystwo. Właściciele przyjeżdżają do nich często, żeby na nich pojeździć albo z nimi poprzebywać. Wojtek nie marzy jeszcze o własnym koniu, na razie wystarcza mu to, że może pojeździć na Szansie, Irytku albo nawet na Anagramie - olbrzymim karym koniu rasy śląskiej. Karym, czyli czarnym, bo w świecie koniarzy obowiązują specjalne określenia maści końskiej sierści. Jest ich tyle, że aż ciężko spamiętać, a niektóre bardzo zabawne, jak na przykład maść jabłkowita, hreczkowata czy, uwaga, srokata.
W stadninie pani Lili jest wiele koni, ale oprócz nich są też inne zwierzęta. Najwięcej jest jaskółek, które lepią sobie gniazda pod okapem dachu albo pod stropem wewnątrz budynków stajni. Drzwi są przeważnie otwarte, więc ptaki nie mają problemu z dostaniem się do środka. Wiosną i latem wszędzie rozlega się pisk młodych i ćwierkanie ich rodziców, a jaskółki śmigają wte i wewte jak maleńkie skrzydlate drony. Na szczęście dla ptaków w Końskim Gaju nie ma kotów. W przeciwieństwie do saren, lisów czy zajęcy, podchodzących czasem do ogrodzenia, koty jakoś omijają to miejsce. Być może dlatego, że nad spokojem jaskółek czuwa Ruda. Ruda jest psem, a w zasadzie suką, i możecie się sami domyślić, jakiego koloru jest jej sierść. Nie jest psem rasowym jak Chaos, tylko mieszańcem, czyli - jak niektórzy mawiają - wielorasowcem. W jej żyłach płynie krew owczarka niemieckiego, co widać na pierwszy rzut oka. Ras pozostałych przodków w zasadzie nie da się określić, ale nic nie szkodzi, bo nie zmienia to faktu, że Ruda jest przesympatyczną psiną, choć w razie potrzeby potrafi pokazać lwi pazur, czyli na przykład obszczekać przejeżdżające samochody.
Wojtek uprosił mamę i tatę, żeby zapisali go na tygodniowy turnus ferii w siodle w Końskim Gaju. Karola spędzała ten czas w taki sposób już od kilku lat, woląc konie nawet od nart. Teraz mieli się spotkać. Karola była już na miejscu, napisała nawet do Wojtka, że śnieg nie przeszkodzi w jeździe. Czasem bywało tak, że pod pokrywą śniegu był lód, a to dla koni niebezpieczne. Na szczęście padający wieczorem deszczyk, który w nocy zmienił się w śnieg, nie zdążył zamarznąć i nic nie stało na przeszkodzie, żeby dziś wszyscy mogli pojechać w teren, do lasu. To głównie dlatego Wojtek już nie mógł się doczekać, żeby dotrzeć do Tarnowa.
Cała trójka, Wojtek, Chaos i mama, po śniadaniu, na które były naleśniki z dżemem truskawkowym, wyszli na zewnątrz. Mama, widząc bieluteńki świat, wydała z siebie dziwny odgłos, coś pomiędzy jękiem a westchnięciem. Po drodze do samochodu Wojtek pokazał jej chaosana, ale ona była jakby nieobecna. Mruknęła jakąś pochwałę pod adresem twórcy i modela i stawiając zamaszyste kroki, ruszyła w kierunku osiedlowego parkingu. Najpierw trzeba było zlokalizować auto, bo wszystkie bez wyjątku pokrywała gruba poducha ze śniegu. Wojtek z mamą mieli kłopot, żeby znaleźć swoje między identycznie wyglądającymi bałwanami w kształcie samochodów. Pomógł im Chaos, bezbłędnie prowadząc ich na właściwe miejsce. Kiedy jeden z bałwanów dzięki użyciu szczotki zmienił się wreszcie w ich samochód, można było jechać.
Auto było w wersji kombi i zostało przystosowane do przewożenia Chaosa. Tata Wojtka zamówił specjalną klatkę, podobną do tych, w jakich psy policyjne wożone są na akcje. Jeśli w tym momencie zakłuło was w sercu, to wiedzcie, że psy nie mają z tym absolutnie żadnego problemu. Są do klatek przyzwyczajone od szczeniaka i mają tam wygodne leże. A przede wszystkim zarówno one, jak i pasażerowie mają zapewnione bezpieczeństwo.
Wojtek otworzył klapę bagażnika i drzwi klatki, a potem zawołał: "Chaos, do wozu!", i pies wskoczył na swoje miejsce, uwalając się od razu na miękkiej poduszce. Kiedy Wojtek zajął swoje miejsce z tyłu, poprosił:
- Pośpieszmy się, mamo, Karola czeka!
Mama próbowała ruszyć, co nie było łatwe, ale w końcu się udało.
- Robię, co mogę, synku - powiedziała, krzywiąc się lekko. - Robię, co mogę, uwierz mi...
Koła zabuksowały na śniegu i auto obróciło się lekko, prawie zahaczając o samochód stojący obok.
- Psiakrew - wymsknęło się mamie.
Żeby ją trochę usprawiedliwić, powiem wam, że nie ma wprawy w prowadzeniu auta, zwłaszcza w takich warunkach pogodowych, bo zwykle wozi ich tata Wojtka. Dziś jednak ma służbę i nie było go w domu już od szóstej.
- Mamo! - zawołał Wojtek z oburzeniem.
- No co? - Mama obejrzała się za siebie na sekundę.
- Chaos słucha! - odparł Wojtek z wyrzutem. - Byłoby ci miło, gdyby ktoś zaklął przy tobie "ludzkakrew"?
- Przecież on nie rozumie!
- Nieprawda, to bardzo mądry pies! - obruszył się Wojtek.
Wciąż pamiętał burę, którą dostał od Karoli w wakacje, kiedy sam zaklął w ten sposób.
- Ja nie twierdzę, że on nie jest mądry, ale to tylko pies - powiedziała mama. - Jest mu wszystko jedno, zapewniam cię. Wystarczy, że mówi się do niego miłym tonem i nieważne co, a on jest zadowolony.
- To nie jest "tylko" pies, tylko "aż" pies, mamo - powiedział Wojtek poważnym tonem. - Nie doceniasz go.
- Doceniam, doceniam. - Mama zerknęła we wsteczne lusterko.
Wojtek się obejrzał. Przez metalową kratkę uchwycił spojrzenie Chaosa i puścił do niego oko. Chaos szczeknął króciutko w odpowiedzi.
Jakieś pół godziny później byli już w Końskim Gaju. Główne drogi były odśnieżone, ale tę wąską, prowadzącą bezpośrednio do stadniny, wciąż pokrywał lekko tylko rozjeżdżonym śnieg. Mama przez ostatni odcinek prowadziła auto maksymalnie skupiona, aż wreszcie dotarli na miejsce i mogła odetchnąć z ulgą, choć chwilę później uświadomiła sobie, że czeka ją droga powrotna. A potem, za kilka godzin, będzie musiała znów tu przyjechać, żeby odebrać Wojtka i Chaosa.
Las za stadniną wyglądał pięknie i magicznie, jak w bajce. Pnie drzew przyprószone były śniegiem, który oblepiał je z jednej strony; tej, od której w nocy zawiewał wiatr. Korony sosen uginały się pod ciężarem mokrego śniegu, a gałęzie bezlistnych buków sterczały sztywno, jakby próbowały dosięgnąć zachmurzonego nieba. Po południu znów miało sypać.
Mama zostawiła Wojtka i Chaosa w stadninie. Chaos miał wyjątkowe prawa, bo konie łatwo płoszą się na widok hasających i głośnych psów, ale tutejsze po pierwsze, były przyzwyczajone do Rudej, a po drugie, Chaos był bardzo ułożonym psem i absolutnie nie zachowywał się głośno. Pani Lila po kilku wizytach zgodziła się, żeby mógł zostawać z Wojtkiem. Kiedy szli w teren, Chaos szedł z nimi, a kiedy jeździli w ujeżdżalni na miejscu, siedział i się przyglądał albo bawił się z Rudą.
Pani Lili nie było tego dnia w stadninie. Nie wróciła jeszcze z zawodów, na których była sędzią. Miała przyjechać następnego dnia nad ranem. Po przygotowaniu koni do jazdy i rozstępowaniu, czyli krótkiej rozgrzewce, cała grupa ruszyła w las pod przewodnictwem pani Malwiny, prawej ręki pani Lili. Jechali stępa, spokojnie, ciesząc się widokami. Na leśnych duktach widać było tropy saren i dzików. Chaos węszył z zainteresowaniem, czasem zostawał gdzieś z tyłu albo brykał w bok, ale nigdy zbyt daleko. Psom nie wolno chodzić samodzielnie po lesie - płoszą dzikie zwierzęta i zdarza się, że mogą natknąć się na myśliwych, którzy czasem mylą je ze zwierzyną łowną. Ale Chaos był karny, uważał na siebie i starał się być zawsze w pobliżu grupy.
Dwie godziny później wszyscy wrócili do stadniny i zaczęło się oporządzanie koni. Kiedy dzieciaki szły z nimi w kierunku stajni, Karola prowadząca Ironię, na której tego dnia jeździła, zatrzymała się na chwilę. Za nią Wojtek zrobił to samo.
- Popatrz. - Karola wskazała gdzieś w bok.
Wojtek spojrzał w tamtym kierunku, ściągając wodze Iliady. Na padoku pod lasem stał Espresso. Espresso był ogierem rasy folblut, czyli pełnej krwi angielskiej, i jeszcze do niedawna startował w prestiżowych zawodach w skokach przez przeszkody. Był trochę narowisty, potrafił skubnąć osobę, która mu się nie spodobała, więc zwykle spędzał wolny czas na osobnym padoku, żeby nie zaczepiał innych, spokojniejszych koni. Tak już miał, ale to pewnie między innymi dlatego odnosił spore sukcesy. Musicie też wiedzieć, że Espresso nie należał do pani Lili, był własnością pana Labudy, sympatycznego lekarza, który często przyjeżdżał do Końskiego Gaju.
- Ależ on jest piękny. - Karola westchnęła. - Mam nadzieję, że kiedyś będę miała podobnego.
- A wy co, ferajna? - Pani Malwina wyjrzała ze stajni. - Zagadani jak zwykle? Do roboty!
- Już idziemy - mruknęła Karola.
Pogłaskała Ironię po chrapach, cmoknęła i ruszyła przed siebie. Wojtek delikatnie pociągnął wodze i Iliada poszła za swoją mamą i Karolą. Pewnie się dziwicie, że tyle koni w Końskim Gaju nosi imiona rozpoczynające się na literę I i w związku z tym łatwo je pomylić, ale tak to już w tym światku jest. Bardzo często źrebakom nadaje się imiona na tę samą literę, od której zaczyna się imię matki, a sporo takich rodzin przebywało w stadninie pani Lili.
Boksy Ironii i Iliady sąsiadowały ze sobą, więc Wojtek i Karola mogli swobodnie rozmawiać, zdejmując uprzęże, siodła i czapraki, a potem czyszcząc sierść swoich podopiecznych. Chaos usiadł w kącie boksu razem z Wojtkiem.
- Dawno nie prowadziliśmy żadnej sprawy. - Karola westchnęła nagle. - Mówię o naszym biurze detektywistycznym. A przydałoby się, bo zapomnimy, jak to się robi.
- To jak z jazdą na rowerze. - Wojtek się roześmiał. - Tego się nie zapomina.
- Powiedz to mojej babci. - Karola mocniej nacisnęła zgrzebło. - W zeszłe wakacje przyjechała do nas i wsiadła na rower taty.
- I co? - zapytał Chaos z zainteresowaniem.
- Straciła nad nim panowanie, wjechała w krzaki i podrapała sobie twarz o gałęzie. A przy tym zgubiła kolczyk z perłą, który miała jeszcze po prababci. To znaczy mojej prababci, czyli swojej mamie.
- To jednak da się zapomnieć? - Wojtek posmutniał.
- Nie wiem, czy to dotyczy wszystkich, czy tylko mojej babci - pocieszyła go Karola.
I siebie trochę też.
- Nigdy nie pojmę, jak można nosić na sobie tak małe i tak wartościowe rzeczy - wtrącił Chaos. - Przecież strasznie łatwo je zgubić!
- Wy, psy, tego nie zrozumiecie. - Karola pokręciła głową. - Ludzie lubią się ozdabiać cennymi rzeczami. Złotem, drogimi kamieniami albo nawet ubraniami drogich marek...
- Ale po co?
- Nie wiem. - Karola wzruszyła ramionami. - Może myślą wtedy, że są piękniejsi? Albo chcą pokazać innym, że ich na to stać? A tak w ogóle, jeśli chciałbyś wiedzieć, to niektórzy bardzo bogaci ludzie kupują swoim psom obroże wysadzane prawdziwymi diamentami!
- Fuj. - Chaos się skrzywił.
- Gdybym miał kupę kasy, to też bym ci kupił taką obrożę, Chaos - stwierdził Wojtek. - Jesteś tego wart!
- Dziękuję, ale wolałbym coś bardziej praktycznego. - Chaos spuścił skromnie wzrok. - Na przykład wielką kość, ale taką, żeby było na niej jeszcze troszeczkę mięska.
Nie wiem jak wy, ale ja właśnie to uwielbiam w zwierzętach. Są bezproblemowe i nie wymagają zbyt wiele - jedynie opieki, miłości i jedzenia. Choć czasem niekoniecznie w tej kolejności.
- No cóż, co kto lubi - westchnął Wojtek, otrzepując zgrzebło z sierści.
Karola utkwiła niewidzący wzrok w otwartych na oścież drzwiach stajni.
- Halo, jesteś z nami? - zapytał Wojtek z rozbawieniem.
- Tak... - Otrząsnęła się z zamyślenia.
- Nad czym tak się zastanawiasz?
- Nad czym? Wciąż nad tym samym: że dawno nic się nie działo. - Puściła do Wojtka oko.
- Co masz na myśli?
- Jak to: co mam na myśli, chłopie! A o czym rozmawiamy?
- Noo... - Wojtek opuścił na chwilę zgrzebło i zastanowił się. - O rowerze, twojej babci, noszeniu biżuterii, diamentach. Praktycznie o wszystkim.
- Ale zaczęło się od naszego biura!
- Ach, to...
- No, to, to! Naprawdę szkoda, że nic się nie dzieje.
- Cóż, nie mamy na to wpływu, prawda? - zauważył nie bez racji Chaos.
- Niby tak... Ale mogłoby się wreszcie coś wydarzyć. - Karola się rozmarzyła. - Jakaś akcja, w której moglibyśmy się znów wykazać, jak wtedy w Świeradowie...
Wojtek tylko westchnął cicho, bo jemu też czasem chodziło to po głowie, choć może nie tak uparcie jak Karoli. Jeszcze przez chwilę czyścili końskie grzbiety, a potem do stajni weszła pani Malwina i musieli zmienić temat.
Kiedy zakładali koniom derki, czyli ubrania chroniące je przed zimnem, na dworze było już prawie ciemno. Powoli kończył się pierwszy dzień ferii zimowych. Dzieciaki były trochę zziębnięte i spocone, ale na pewno szczęśliwe. Chaos też. Zamiast siedzieć cały dzień w domu, jak to zwykle bywało, kiedy Wojtek był w szkole, a rodzice w pracy, mógł wreszcie wyhasać się do woli z Rudą. Nic nie zapowiadało zdarzeń, które miały wkrótce nastąpić, i gdybyśmy jeszcze na chwilę wrócili do życzenia Karoli, to moglibyśmy pomyśleć, że doświadczeni życiem ludzie mawiają czasem: ostrożnie z życzeniami, bo jeszcze się spełnią.
Nie mam pojęcia, czy Karola ma jakieś magiczne zdolności, na przykład umie przewidywać przyszłość, albo ktoś spełnia jej marzenia, a ona nie jest tego świadoma. W każdym razie ani ona, ani Wojtek, ani Chaos nie mogli wiedzieć, że już wkrótce jej życzenie się spełni.