Charles Dickens na tropie. Wigilijna opowieść o morderstwie - Heather Redmond

Kup ebooka

52.90 zł
42.32 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Hat­field, Hert­ford­shire, An­glia, 1 grud­nia 1835 roku

Jesz­cze nie zna­leźli ciała. Stary Sal zde­cy­do­wa­nie nie żył. Pióra opa­dły na świece i za­jęły się ogniem. Może ja­zgo­czący pies miał swój udział w tej ogni­stej ka­ta­stro­fie. Na pewno ja­kąś rolę ode­grał też za­awan­so­wany wiek mar­kizy. Kiedy mar­kiz, jej syn, pod­jął da­remną próbę ura­to­wa­nia matki, nie­mal sam po­stra­dał ży­cie.

Ka­szel zmu­sił Char­lesa Dic­kensa do odło­że­nia pióra. Atra­ment ska­py­wał ze sta­lówki i za­ma­zał kilka ostat­nich słów. Dic­kens miał trud­no­ści z za­cho­wa­niem po­zy­cji sie­dzą­cej, wplótł więc palce w zmierz­wione ciemne włosy, tak jakby uci­śnię­cie po­kry­tej sa­dzą skóry głowy mo­gło mu po­móc utrzy­mać się na ławce w pu­bie. Zdo­łał prze­spać le­d­wie trzy go­dziny, za­nim zo­stał wy­cią­gnięty bla­dym świ­tem z łóżka w swo­ich lon­dyń­skich po­ko­jach w Fur­ni­val's Inn, by od­być dwu­dzie­sto­trzy­mi­lową po­dróż. Pió­rem po­ru­szał już wy­łącz­nie na­pę­dzany ener­gią na­pię­cia ner­wo­wego.

Po­tarł oczy, za­le­pione bru­dem i dy­mem z ognia, za­równo tego wiel­kiego, od­po­wie­dzial­nego za znisz­cze­nie za­chod­niego skrzy­dła Hat­field Ho­use, które wciąż się tliły, jak też tego o wiele mniej­szego w głów­nej sali pubu Eight Bells. Przez drzwi wpa­dało nieco świa­tła rzu­ca­nego przez sierp księ­życa, ale okna były małe.

Po­pro­sił o świeczkę i pra­co­wał da­lej.

Od­su­nął za­bru­dzoną kartkę na bok i umo­czył pióro w ka­ła­ma­rzu. Za­czął od nowa, przy­wo­łu­jąc z pa­mięci kra­jo­braz znisz­cze­nia, nie­gdyś wspa­niałe apar­ta­menty, po któ­rych te­raz zo­stały tylko gruz i po­piół. Za­peł­niał kartkę za kartką opi­sami sce­ne­rii, ar­chi­tek­tury, hi­po­tez.

Kiedy skoń­czyły mu się słowa, po­zwo­lił od­pły­nąć wspo­mnie­niom na wpół wy­pa­lo­nych po­tęż­nych dę­bo­wych be­lek pa­mię­ta­ją­cych czasy Tu­do­rów, stert ce­gieł, bez­kształt­nych brył me­talu, wia­der wody, lu­dzi o czar­nych twa­rzach, nie­skoń­czo­nych ilo­ści dła­wią­cej sa­dzy - wspo­mnie­niom wszyst­kiego, co po­zo­stało z czter­dzie­stu pię­ciu po­ko­jów le­gen­dar­nej ary­sto­kra­tycz­nej re­zy­den­cji.

Dźwięk wy­słu­żo­nych dzwo­nów w ko­ściele Świę­tej Edel­trudy wy­rwał go z za­my­śle­nia. Czy to moż­liwe, żeby była już ósma wie­czo­rem? Na wą­skiej uliczce przed pu­bem za­stu­kały koń­skie ko­pyta i koła wozu. Obok prze­szło kilku męż­czyzn oma­wia­ją­cych po­żar. Drzwi do lo­kalu otwo­rzyły się i za­mknęły, dzięki czemu przez chwilę ciemną salę roz­świe­tlił blask la­tarni.

Char­les od­no­to­wał próby ude­ko­ro­wa­nia po­miesz­cze­nia z oka­zji nad­cho­dzą­cych świąt. Do po­czer­nia­łych be­lek i obu­dowy ko­minka przy­cze­piono zie­lone ga­łązki. We wnęce na lewo od du­żego pa­le­ni­ska wi­dział chyba za­wie­szoną pod­stęp­nie je­miołę.

Obok niej ja­kiś męż­czy­zna osu­nął się bez­wład­nie w fo­telu. Miał na so­bie po­prze­cie­rany i po­pla­miony sur­dut oraz kra­cia­ste spodnie ze śla­dem po na­pra­wie roz­dar­cia na ko­la­nie. Przy nim stał pu­sty sto­łek go­towy przy­jąć ko­cha­jącą żonę lub małe dziecko.

Char­les uło­żył za­pi­sane kartki w równy stos na bla­cie pod­nisz­czo­nego stołu i wziął ko­lejną czy­stą. Czuł, jak pa­tos tego pu­stego stołka sztur­cha jego my­śli. Za­czął pi­sać coś no­wego, wy­obra­ża­jąc so­bie, że o tej sa­mej po­rze rok temu na tym miej­scu sie­działa słodka dziew­czynka i spo­glą­dała na wy­czer­pa­nego star­szego męż­czy­znę. Jakże ina­czej mógł się wtedy za­cho­wy­wać!

Dic­kens od­kre­ślił swoje roz­my­śla­nia od dol­nej czę­ści strony. Pióro po­now­nie po­fru­nęło nad pa­pie­rem i do­pi­sało uwagę: "Do­dać nieco me­lan­cho­lii do mo­jego szkicu o ob­cho­dze­niu Bo­żego Na­ro­dze­nia".

Po­słu­gaczka przy­nio­sła mu, nie­pro­szona, ko­lejną szklankę grza­nego rumu z wodą. Dziew­czyna, może czter­na­sto­let­nia, o sze­ro­kich po­licz­kach barwy doj­rza­łych ja­błek i cof­nię­tej bro­dzie, spoj­rzała na niego po­dejrz­li­wie z ukosa.

Uśmiech­nął się do niej i wska­zał swoją twarz.

- Sa­dza z po­żaru. Prze­sy­łam spra­woz­da­nie do Lon­dynu. - Mu­snął dło­nią ra­mię i po­słał chmurkę sa­dzy z fraka pro­sto so­bie w oczy.

Dziew­czyna za­ci­snęła wargi i od­ma­sze­ro­wała. Całe drobne ciało miała na­pięte ze wzbu­rze­nia. Cóż, nie ro­zu­miała, że spra­woz­da­nie mu­siał wy­słać na­stęp­nym dy­li­żan­sem pocz­to­wym. Nie zo­sta­wiało mu to wiele czasu na sen­ty­menty czy ką­piel.

Kiedy skoń­czył spi­sy­wać no­tatki, ka­szel wciąż się opie­rał ko­lej­nym por­cjom wle­wa­nych w gar­dło pły­nów. Char­les wie­dział, że je­śli się po­łoży, bę­dzie tylko go­rzej, otwo­rzył więc swój po­dróżny se­kre­ta­rzyk i wy­jął z niego ar­kusz pa­pieru li­sto­wego.

Naj­droż­sza Fanny, zwró­cił się do sio­stry. Od czego mam za­cząć? Tego ranka na­pi­sa­łem do mo­jej na­rze­czo­nej, uzna­łem więc, że nowe wie­ści po­wi­nie­nem prze­słać ko­muś in­nemu. Czy kto­kol­wiek przede mną by­wał tak za­jęty? Re­da­guję swoją książkę. Czy wspo­mi­na­łem, że bę­dzie no­siła ty­tuł Szkice Boza? Do końca roku mu­szę prze­ka­zać po­prawki do pierw­szych dwóch to­mów, jako że pierw­szy z nich wy­cho­dzi dru­kiem już ósmego lu­tego. Pra­cuję też nad ope­retką, dzięki roz­mo­wie z Twoim zna­jo­mym Joh­nem Hul­la­hem. A przy­naj­mniej pra­cuję w gło­wie. Mam na­dzieję za­cząć ją pi­sać, jak tylko skoń­czę z po­praw­kami książki.

Wciąż pa­mię­tam te wszyst­kie ra­do­sne chwile ze świąt Bo­żego Na­ro­dze­nia, kiedy by­li­śmy jesz­cze ma­łymi dziećmi i miesz­ka­li­śmy w Por­ts­mouth, te gry i pio­senki, te opo­wie­ści o du­chach. Mam na­dzieję od­two­rzyć to w przy­szłym roku w moim wła­snym przy­tul­nym domu. Jakże bę­dzie wspa­niale spę­dzić Boże Na­ro­dze­nie wspól­nie z Ho­gar­thami! Po­my­śleć, że Ty, Le­ti­tio, i ja wkrótce za­wrzemy związki mał­żeń­skie z to­wa­rzy­szami na­szego ży­cia. Wkrótce sami po­znamy śmiech szczę­śli­wych dzieci przy na­szych ko­min­kach i bę­dziemy świę­to­wać wszyst­kie ra­do­ści, które ten okres w roku po­wi­nien przy­no­sić, w na­szych pry­wat­nych po­ko­jach.

Odło­żył pióro bez pod­pi­sy­wa­nia li­stu. Moż­liwe, że przed po­wro­tem do Lon­dynu znaj­dzie jesz­cze coś do do­da­nia. Nie miał po­ję­cia, ile czasu upły­nie, za­nim od­kryją zwłoki mar­kizy Sa­lis­bury, je­śli w ogóle coś po niej po­zo­stało. Kiedy wy­rów­ny­wał stos kar­tek, roz­wa­żał w gło­wie kwe­stię jej klej­no­tów. Czy stra­wił je ogień? Przy­naj­mniej bez­cenne tomy w bi­blio­tece prze­trwały wszyst­kie, choć ściany po­miesz­cze­nia zo­stały uszko­dzone.

Jako że jego umysł wciąż do­brze funk­cjo­no­wał, wy­cią­gnął swój eg­zem­plarz Szki­ców Boza. Miał za­miar za­jąć się tro­chę ko­rektą, po czym udać się na spo­czy­nek do swo­jego po­koju w Sa­lis­bury Arms. Kiedy jest praca do wy­ko­na­nia, nie ma czasu na sen.

Obu­dziło go ło­mo­ta­nie do drzwi. Świa­tło dnia le­d­wie się prze­bi­jało do po­koju przy po­strzę­pio­nych brze­gach za­słony w za­jeź­dzie. Char­les za­kasz­lał. Wciąż czuł w gar­dle draż­niący po­smak sa­dzy. W za­sa­dzie to sa­dza na­dal po­kry­wała jego ję­zyk.

Osoba pod drzwiami znów w nie za­ło­mo­tała. Dic­kens po­dra­pał się po nie­ogo­lo­nej bro­dzie. Czyżby "Mor­ning Chro­nicle" po­słało ko­goś po niego? Pierw­szą de­pe­szę na te­mat po­żaru wy­słał dy­li­żan­sem pocz­to­wym. Wło­żył frak na po­pla­mioną ko­szulę i ru­szył w pod­sko­kach przez po­kój, wcią­ga­jąc po dro­dze brudne spodnie. Przy każ­dym od­bi­ciu się od pod­łogi w po­wie­trze wzbi­jała się nowa chmura sa­dzy.

- Już idę, już idę! - za­wo­łał.

Kiedy otwie­rał drzwi, za­wiasy za­skrzy­piały prze­raź­li­wie. Za pro­giem stała słu­żąca w bia­łym czepku, z ciemną pe­le­ryną na­rzu­coną na su­kienkę. Na zło­żo­nych rę­kach spo­czy­wało ja­kieś za­wi­niątko. Czyżby ko­pała w drzwi?

- W czym mogę po­móc? - spy­tał, dość uprzej­mie jak na tę porę. Zer­k­nął w prawo i za­uwa­żył, że nie ma jego bu­tów. Zo­sta­wił je do wy­po­le­ro­wa­nia.

Dziew­czyna unio­sła trzy­mane za­wi­niątko. Wę­zeł z ubrań się po­ru­szył.

Char­les zmarsz­czył brwi i na­chy­lił się nad pa­kun­kiem. Na­po­tkał spoj­rze­nie ma­lut­kich oczu osa­dzo­nych w pulch­nej buzi pod czarną czu­pryną. Nie­mowlę. Czy dziew­czyna cho­dziła z prośbą o jał­mużnę?

- Jak się na­zy­wasz?

- Madge, psze pana. Madge Por­ter.

- Cóż, Madge Por­ter, je­śli chwilę za­cze­kasz, mogę ci dać kilka mo­net na dziecko. Trudne czasy?

Spoj­rzała na niego z de­ter­mi­na­cją. Zo­rien­to­wał się, że stoi przed nim drobna po­słu­gaczka z Eight Bells.

- To dziecko mo­jej sio­stry.

- Ro­zu­miem. Jest te­raz w pracy? - Stłu­mił śmiech. - Nie ma jej tu ze mną, je­śli to wła­śnie my­śla­łaś.

Wpa­try­wała się w niego przez chwilę z otwar­tymi ustami.

- Nie, psze pana, nie my­śla­łam tak.

- To o co za­tem cho­dzi? - Ro­zej­rzał się w po­szu­ki­wa­niu płasz­cza, w któ­rego kie­szeni miał tro­chę drob­nych. - Jak się na­zywa dziecko?

- Ti­mo­thy, psze pana. - Cof­nęła głowę i za­ci­snęła szczękę, aż blada skóra na bro­dzie sama się na sie­bie za­wi­nęła. - Ti­mo­thy Dic­kens? - za­szcze­bio­tała.

- Dic­kens? - Po­now­nie przyj­rzał się nie­mow­la­kowi. Wy­dęte wargi o bar­wie wi­śni i nieco spłasz­czony no­sek. Nie wi­dział żad­nego po­do­bień­stwa do swo­ich krew­nych. - Wiel­kie nieba, Madge, co za zbieg oko­licz­no­ści - do­dał ostrzej­szym już to­nem.

- Nie wy­daje mi się, psze pana - po­wie­działa sta­now­czo.

Zmarsz­czył czoło. Po­słu­gaczka zda­wała się nie ro­zu­mieć jego sar­ka­zmu.

- Ni­gdy do­tąd nie by­łem w Hat­field. Moja ro­dzina po­cho­dzi z Por­ts­mouth. Nie wiem, czy ten Ti­mo­thy Dic­kens jest moim da­le­kim krew­nym czy też nie. Kto jest oj­cem?

- Zgi­nęła w po­ża­rze.

Prze­krzy­wił lekko głowę na tak oczy­wi­ste non se­qu­itur.

- Kto?

- Moja sio­stra. Zgi­nęła w po­ża­rze. Była słu­żącą sta­rej Sa­rey.

Char­les za­kasz­lał i przy­trzy­mał się ościeży drzwi, by utrzy­mać pion. To była nowa wia­do­mość.

- To straszna tra­ge­dia. Nie sły­sza­łem, że zgi­nęła też słu­żąca.

- Nie zna­leźli zwłok.

- To wiem. Pi­szę do prasy na te­mat po­żaru, ale też już ci to mó­wi­łem. Dzię­kuję za in­for­ma­cję. Za­płacę ci za nią, je­śli za­cze­kasz chwilę, aż znajdę mój port­fel.

Wy­su­nęła ręce z za­wi­niąt­kiem w jego stronę.

- Ti­mo­thy jest pana sy­nem, psze pana. Musi pan go za­brać.

Dic­kens cof­nął się o krok i za­ma­chał rę­kami.

- Nie, nie jest.

- Ma cztery mie­siące. To mu­siało się zda­rzyć w ze­szłym roku, koło Wszyst­kich Świę­tych. Pa­mięta pan ogni­sko? Jest ład­niej­sza ode mnie, moja Liz­zie. Ma ja­śniej­sze włosy, nie jak pana czy moje.

- Do­prawdy, ni­gdy do­tąd nie by­łem w Hat­field - od­parł ła­god­nym to­nem. - Pra­cuję głów­nie w Lon­dy­nie.

Za­łkała ci­cho. Wy­czu­wał, że za­raz doj­dzie do cre­scendo, jak pełny dra­ma­tur­gii utwór mu­zyczny, który zdaje się z po­czątku siel­ski, lecz po­tem eks­plo­duje fe­erią dźwię­ków.

- Wiem, że pan jest jego tatą, psze pana. Ja nie mogę go wziąć. Moi ro­dzice nie żyją.

Po­now­nie za­kasz­lał. Prze­klęta sa­dza.

- Przy­kro mi. To strasz­liwa tra­ge­dia. Je­steś za młoda, by zo­stać sama z dziec­kiem.

Za­częła drżeć na ca­łym ciele, po czym, na po­do­bień­stwo ata­ku­ją­cej ko­bry, wci­snęła mu wi­jący się pa­ku­nek w dło­nie i rzu­ciła się do ucieczki.

Przez chwilę ręce Char­lesa wy­da­wały się jak z ga­la­rety, tak jakby ko­ści ucie­kły z nich, prze­ra­żone na­głym po­ja­wie­niem się osie­ro­co­nego dziecka, lecz kiedy tylko otwo­rzyło ono ma­leńką bu­zię, Dic­kens od­zy­skał wła­dzę w człon­kach.

W na­stęp­nej chwili zo­rien­to­wał się, że koc jest wil­gotny. Mały, po­zba­wiony ojca i matki, Ti­mo­thy bez na­zwi­ska za­bru­dził im­pro­wi­zo­waną pie­lu­chę. Nie­mowlę za­nio­sło się pła­czem z obu­rze­nia, ale jego ciotka już nie wró­ciła.

Char­les do­peł­nił obo­wiąz­ków dzien­ni­kar­skich jedną ręką, a na dru­giej trzy­mał dziecko, te­raz ubrane w naj­czyst­szą chustkę, jaką zna­lazł, oraz jego za­pa­sową ko­szulę. Po­wi­jaki do­su­szały się przy ogniu. Kiedy Dic­kens do­szedł już do sie­bie pod wzglę­dem za­równo fi­zycz­nym, jak i du­cho­wym na tyle, by po­biec za drobną Madge Por­ter, wła­ści­ciel Eight Bells po­in­for­mo­wał go, że dziew­czyna wróci do­piero wie­czo­rem.

Dzien­ni­karz bła­gał go o po­da­nie na­zwisk ja­kichś krew­nych Por­te­rów, ale męż­czy­zna oka­zał się cał­ko­wi­cie nie­po­mocny. Na­stęp­nie Char­les udał się do Świę­tej Edel­trudy, wciąż czu­jąc w po­wie­trzu za­pach dymu, po­mimo ciek­ną­cego od zimna nosa. Ka­no­nik rów­nież nie był po­mocny, a do tego pach­niał ra­czej gi­nem niż ka­dzi­dłem. Po­tem Dic­kens po­szedł do bal­wie­rza i trzy­mał dziecko na ręku pod­czas go­le­nia, ale tam też nie uzy­skał żad­nych in­for­ma­cji.

Kiedy nie­mowlę za­częło znowu pła­kać, za­brał je do stajni i za­py­tał per­so­nel, czy mają może krowę. Sto­icki sta­jenny zli­to­wał się i po­kie­ro­wał go do swo­jej ma­ło­mów­nej żony, która sama nie­dawno uro­dziła. Zgo­dziła się na­kar­mić dziecko, w cza­sie gdy Char­les uda się do Hat­field Ho­use, by spraw­dzić, czy zna­le­ziono już może mar­kizę.

Spró­bo­wał po­roz­ma­wiać z mar­ki­zem, który cały czas kie­ro­wał pra­cami ra­tun­ko­wymi. Kiedy cze­kał na od­po­wiedź, za­su­ge­ro­wał, że po­winni wy­bu­rzyć po­zo­stałe ściany, które spra­wiały wra­że­nie, jakby mo­gły za­bić wię­cej ra­tow­ni­ków o wiele sku­tecz­niej niż co­kol­wiek in­nego na roz­le­głym gru­zo­wi­sku. Wszy­scy za­no­sili się kasz­lem, byli wy­czer­pani i pra­co­wali kie­ro­wani ra­czej ru­tyną niż po­my­ślun­kiem.

Po pew­nym cza­sie dał so­bie spo­kój z mar­ki­zem. Prze­py­tał osoby pra­cu­jące przy ru­inach, by móc na­pi­sać coś no­wego do "Chro­nicle", po czym skie­ro­wał kroki do wciąż sto­ją­cego wschod­niego skrzy­dła domu, by zo­ba­czyć się z go­spo­dy­nią. Ta wpu­ściła go do swo­jego sa­lo­niku w za­mian za pół­ko­ronę. Ściany po­miesz­cze­nia były świeżo po­ma­lo­wane, co świad­czyło o dba­ło­ści na­wet o po­koje zaj­mo­wane przez służbę. Na wol­nym ka­wałku ściany mię­dzy kre­den­sami wi­siał duży pro­sty krzyż.

Ko­bieta no­siła swe si­wie­jące włosy wy­soko upięte, usztyw­nione ja­kimś tłusz­czem i uło­żone nad czo­łem w szpic. Czarna suk­nia i biały far­tuch wy­glą­dały na nie­tknięte ogniem. Kiedy mó­wiła, w jej gło­sie dało się wy­czuć zmę­cze­nie i smu­tek.

- Służę tej ro­dzi­nie od trzy­dzie­stu sied­miu lat - jęk­nęła. - Co za tra­ge­dia.

Char­les wy­słu­chał uważ­nie dłu­giej wy­li­czanki wielu skar­bów znisz­czo­nego domu, od­no­to­wu­jąc w pa­mięci rze­czy, o któ­rych mógłby na­pi­sać w ga­ze­cie, po czym po­zwo­lił ko­bie­cie opo­wie­dzieć swoją ulu­bioną hi­sto­rię zwią­zaną z pra­co­daw­cami. Wie­dział jed­nak, że wkrótce musi wró­cić do żony sta­jen­nego, by ode­brać dziecko.

- Czy pra­cuje tu może nie­jaka Liz­zie Por­ter?

- Tak, pro­szę pana. - Go­spo­dyni chlip­nęła ci­cho i za­sło­niła usta. - W za­chod­nim skrzy­dle, pro­szę pana. Nie wi­dzia­łam jej od po­żaru.

Dzien­ni­ka­rza za­świerz­biły palce.

- Są­dzi pani, że zgi­nęła?

- Nie wiem, pro­szę pana. To nie byle trzpiotka. Wąt­pię, by ucie­kła, gdyby prze­żyła.

- Nie jest trzpiotką. - Zmarsz­czył brwi. - Ale ma małe dziecko. - Był zdu­miony, że po­zwo­lono jej za­cho­wać pracę.

Ko­bieta po­krę­ciła głową.

- Lubi so­bie po­jeść, pro­szę pana, ale w jej brzu­chu ni­gdy nie było dziecka.

Hi­sto­ria z każdą chwilą sta­wała się bar­dziej po­dej­rzana.

- Czy brała wolne, mniej wię­cej przed czte­rema mie­sią­cami? W lipcu albo sierp­niu?

Go­spo­dyni wzięła fi­li­żankę i wpa­trzyła się w po­zo­stałe na dnie fusy.

- W le­cie wśród służby sza­lała zim­nica. Czy ja­kaś inna drżączka. Cho­ro­wała jak każdy inny. Do­cho­dziła do sie­bie u swo­jej sio­stry.

- Madge?

Po­ki­wała głową z nie­obec­nym wy­ra­zem twa­rzy.

- Tak, u tej Madge. Taka chu­dzina. Nie przy­szła tu do pracy, tylko zo­stała we wsi.

- Po­zna­łem ją. Jak długo Liz­zie u niej prze­by­wała?

- Och, całe ty­go­dnie. Wró­ciła blada i wy­chu­dzona, ale tak samo było z pa­roma in­nymi dziew­czę­tami. Jedna z pod­ku­chen­nych na­wet zmarła. To było straszne. - Go­spo­dyni za­częła się mi­mo­wol­nie ba­wić cien­kim łań­cusz­kiem na szyi.

Było ra­czej mało praw­do­po­dobne, by grupa słu­żą­cych zmy­śliła cho­robę, by po­móc Liz­zie w ukry­ciu ciąży, ale zim­nica wy­pa­dła w do­sko­na­łym okre­sie, by ukryć po­wi­cie ma­łego Ti­mo­thy'ego. Kto był jego mamką?

- Wie pani może, gdzie mieszka Madge?

- Nad Eight Bells, pro­szę pana. W po­ko­jach służby. - Ko­bieta od­sta­wiła fi­li­żankę i wstała, co sta­no­wiło sy­gnał, że roz­mowa do­bie­gła końca.

Kiedy Char­les wró­cił do mia­steczka, które od wspa­nia­łej, choć obec­nie tra­gicz­nie pod­upa­dłej, po­sia­dło­ści dzie­lił tylko krótki spa­cer, po­now­nie ro­zej­rzał się w pu­bie. Po­koje służby stały pu­ste. Wszystko wska­zy­wało na to, że Madge się gdzieś ukryła. Jak mo­gła tak lek­ko­myśl­nie po­rzu­cić swego sio­strzeńca, tego nie wie­dział, ale być może była zbyt zroz­pa­czona śmier­cią sio­stry, by my­śleć ra­cjo­nal­nie.

Na­stęp­nego dnia Char­les wraz dziec­kiem do­tarli do Lon­dynu po dłu­giej, nie­by­wale wy­czer­pu­ją­cej po­dróży. Na ostat­nim jej eta­pie po­wóz za­trzy­mał się przed ka­mien­nym bu­dyn­kiem. Stał na­prze­ciwko ko­ścioła St. Mary-le-Bow na Che­ap­side i na par­te­rze miał rząd skle­pów, a nad nimi trzy kon­dy­gna­cje miesz­kań i za­go­spo­da­ro­wane pod­da­sze. Dic­kens mu­siał wy­na­jąć do­rożkę z za­jazdu pocz­to­wego na obrze­żach mia­sta, gdzie koń­czyła się trasa dy­li­żansu. Choć on sam po­tra­fił bez trudu przejść wiele mil na pie­chotę, nie­sie­nie za­równo wa­lizki, jak i nie­mow­lę­cia było jed­nak po­nad jego siły. Do tego w ten spo­sób obu im było cie­pło.

Nie­zdar­nie wy­siadł z po­jazdu, za­no­sząc się kasz­lem, kiedy tylko za­dy­mione miej­skie po­wie­trze tra­fiło do jego zmę­czo­nych płuc. Uło­żone w zgię­ciu ręki dziecko spało spo­koj­nie, choć przez część dłu­giej po­dróży dy­li­żan­sem pła­kało z głodu.

W bu­dynku, przed któ­rym wła­śnie stał, przy­ja­ciele Char­lesa, Wil­liam i Ju­lie Aga, wy­naj­mo­wali po­koje nad gar­kuch­nią, z któ­rej do­la­ty­wał za­pach pie­czo­nego mięsa. Kiedy wcho­dził po scho­dach, za­bur­czało mu gło­śno w brzu­chu. Wil­liam był, po­dob­nie jak Char­les, dzien­ni­ka­rzem, choć bar­dziej kon­cen­tro­wał się na prze­stęp­stwach niż na po­li­tyce.

Kiedy Dic­kens do­tarł na pię­tro, zgiął się wpół i za­niósł kasz­lem. Po­dej­rze­wał, że gdyby miał wolną rękę, by za­kryć usta chu­s­teczką, znów by­łaby czarna.

Drzwi do po­ko­jów jego przy­ja­ciół otwo­rzyły się, za­nim jesz­cze zdą­żył za­pu­kać.

- Char­les! - wy­krzyk­nął jego ko­lega po fa­chu. - Do­bry Boże, czło­wieku, cóż to za od­głos, któ­rym tor­tu­ru­jesz moje uszy?

Nowo przy­były wy­pro­sto­wał się i zdo­łał ski­nąć głową przy­ja­cie­lowi. Wil­liam roz­ta­czał wo­kół sie­bie aurę do­brze pro­spe­ru­ją­cego, mod­nie ubra­nego by­walca sa­lo­nów. Na­wet w czwart­kowy wie­czór we wła­snym miesz­ka­niu. Miał na so­bie weł­nianą ka­mi­zelkę w ko­lo­rowe prążki, a na nią za­rzu­cony stary czarny frak, który pa­so­wał na niego tak, jakby zo­stał uszyty od razu na jego sze­ro­kich bar­kach. Obaj szczy­cili się tym, że ubie­rali się ze sma­kiem. Ozło­cone w le­cie włosy star­szego dzien­ni­ka­rza te­raz po­ciem­niały z braku słońca. Wy­glą­dał jak wspa­niały jeź­dziec, choć Char­les wie­dział, że Wil­liam - po­dob­nie jak i on sam - spę­dza więk­szość czasu przy­gar­biony nad pa­pie­rem, pió­rem i ka­ła­ma­rzem.

- Po­doba mi się ten ma­te­riał - za­uwa­żył Dic­kens. - Czy to Ju­lie uszyła ci tę ka­mi­zelkę?

- Char­les. - Wil­liam roz­rzu­cił ra­miona. - Co ty wła­ści­wie nie­siesz na ręku?

Za­py­tany od­sta­wił wa­lizkę na pod­łogę. Nie­stety ro­giem ude­rzył się w stopę. Krzyk­nął z bólu i za­czął pod­ska­ki­wać na dru­giej no­dze.

- Wciór­no­ści! Mój pa­lec!

Aga po­chy­lił się i wy­jął za­wi­niątko z rąk ko­legi. Z głowy ma­łego Ti­mo­thy'ego zsu­nął się rą­bek ma­te­riału i od­sło­nił bu­zię śpią­cego dziecka.

- W za­jeź­dzie za­bra­kło po­ko­jów?

- Bar­dzo za­bawne - od­burk­nął Dic­kens, po­cie­ra­jąc stopą o tył łydki. - Mą­drala.

- Czyje to dziecko?

- Mar­twej słu­żą­cej. Pa­mię­tam, jak wspo­mi­na­łeś, że na­prze­ciwko cie­bie mieszka ko­bieta z wrzesz­czą­cym nie­mow­la­kiem. Czy są­dzisz, że da­łaby się prze­ko­nać, by kar­miła też to? Ma około czte­rech mie­sięcy.

Wil­liam prze­je­chał ję­zy­kiem po dzią­słach, wo­dząc wzro­kiem od Ti­mo­thy'ego do Char­lesa i z po­wro­tem.

- Musi zjeść. Nie chciał­bym go gło­dzić. Do tego są­dzę, że jest nieco zbyt cie­pły. - Dic­kens spoj­rzał z nie­po­ko­jem na nie­mow­laka.

- Miejmy na­dzieję, że to nie po­czą­tek ja­kiejś cho­roby. - Aga wy­szedł na ko­ry­tarz i wes­tchnął ciężko. Po­tem pod­szedł do drzwi na­prze­ciw swo­ich i za­stu­kał w nie łok­ciem. - Pani Her­ring?

Z we­wnątrz do­biegł gło­śny krzyk, stłu­mione zło­rze­cze­nie, po­tem pi­skliwy głos dziecka. Po chwili drzwi otwo­rzyła dziew­czynka w wieku zbli­żo­nym do naj­młod­szego brata Char­lesa, Boza.

- Co? - po­wie­działa nie­wy­raź­nie, jako że bra­ko­wało jej kilku zę­bów.

- Po­trzebna mi jest twoja matka - po­wie­dział Wil­liam i uśmiech­nął się do niej.

Dziew­czyna ob­ró­ciła czę­ściowo głowę i gło­śnym krzy­kiem za­wo­łała matkę. Po kilku mi­nu­tach po­ja­wiła się pani domu z be­ka­ją­cym tłu­ściut­kim nie­mow­la­kiem na ra­mie­niu. Ona sama spra­wiała wra­że­nie rów­nie do­brze od­ży­wio­nej co on; z rę­ka­wów ba­weł­nia­nej su­kienki wy­sta­wały jej za­okrą­glone nad­garstki zwę­ża­jące się w grube palce.

- Pan Aga! - po­wi­tała są­siada z uśmie­chem.

Char­les mo­men­tal­nie za­ufał słod­kiemu uśmie­chowi pani Her­ring. Dło­nią po­gła­dziła córkę po gło­wie. Spra­wiała wra­że­nie ko­biety, która au­ten­tycz­nie lu­bił swoje dzieci.

- Do­bra pani - za­czął Dic­kens. - Pod moją opiekę prze­ka­zano to oto osie­ro­cone w dość dra­ma­tycz­nych oko­licz­no­ściach dziecko. Czy zgo­dzi­łaby się pani zo­stać jego mamką?

Pani Her­ring po­de­szła do Wil­liama. Rzu­ciła okiem na śpią­cego Ti­mo­thy'ego i wy­krzyk­nęła:

- Naj­święt­szy Pa­nie!

Od­dała swoje więk­sze nie­mowlę córce, po czym wy­cią­gnęła ręce do Agi, który szybko po­wie­rzył jej za­wi­niątko.

Ti­mo­thy za­czął się wier­cić.

- Jest głodny - po­wie­dział Char­les. - Nie jadł od rana.

- Biedne ma­leń­stwo - za­gru­chała ko­bieta. - Jak pan mógł do tego do­pu­ścić? Trzeba je re­gu­lar­nie kar­mić.

- Nie umiem zaj­mo­wać się nie­mow­lę­ciem - przy­znał dzien­ni­karz. - Przy­po­mnia­łem so­bie jed­nak, że moi przy­ja­ciele mają pa­nią za są­siadkę. Czy mo­głaby pani mu po­móc?

- Nie mamy miej­sca na tego ma­lu­cha - od­parła sta­now­czo pani Her­ring, po czym na­kło­niła córkę, by wró­ciła do miesz­ka­nia.

- Mogę pani pła­cić za jego utrzy­ma­nie - od­parł Dic­kens.

Ko­bieta się nie ode­zwała, unio­sła tylko brwi.

- Na po­czą­tek tylko na je­den dzień - pod­su­nął Wil­liam z przy­ja­znym uśmie­chem. - Wi­dzi pani, że sy­tu­acja jest trudna.

Char­les się­gnął do kie­szeni i wy­jął szy­linga.

- Je­stem go­tów tyle za­pła­cić. Na­prawdę. To by po­kryło kilka dni opieki mamki do wy­na­ję­cia. Dziecko ma ciotkę, która nie­stety znik­nęła. Nie zdo­ła­łem jej od­na­leźć przed po­wro­tem do Lon­dynu.

- Wró­cimy do pani rano po­now­nie omó­wić sprawę - wtrą­cił Aga. - Nie opusz­czę bu­dynku, do­póki z pa­nią nie po­mó­wię.

- Gdzie ja mam go trzy­mać? - za­py­tała ko­bieta, wpa­tru­jąc się dość upo­rczy­wie w mo­netę. - Łóżko jest pełne, a nie mamy ko­ły­ski.

Wil­liam po­ki­wał głową z mą­drą miną, tak jakby już o tym po­my­ślał.

- Ra­zem z pa­nem Dic­ken­sem skon­sul­tu­jemy się z moją mał­żonką i przy­nie­siemy coś od­po­wied­niego. Czy mo­głaby pani go na­kar­mić, pod­czas gdy bę­dziemy cze­kać?

Pani Her­ring wy­cią­gnęła wolną rękę. Char­les od­no­to­wał, że ma czy­ste pa­znok­cie. Wy­da­wała się do­brym wy­bo­rem na mamkę. Po­ło­żył szy­linga na otwar­tej dłoni i po­mo­dlił się w du­chu, by w przy­padku usta­leń dłu­go­ter­mi­no­wych przy­stała na roz­sąd­niej­szą kwotę.

Ti­mo­thy za­kwi­lił cien­kim gło­si­kiem.

- Chyba jest osła­biony - za­uwa­żył Dic­kens gło­sem za­bar­wio­nym po­czu­ciem winy.

- Zro­bię, co będę mo­gła. - Ko­bieta spoj­rzała na trzy­mane nie­mowlę, po czym za­mknęła za sobą drzwi.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Dra­ma­tis Per­so­nae

Char­les Dic­kens*

23

nasz de­tek­tyw

Kate Ho­garth*

20

jego na­rze­czona

Geo­rge Ho­garth*

52

oj­ciec Kate, kry­tyk mu­zyczny, re­dak­tor ga­zety

Geo­r­gina Ho­garth*

42

matka Kate

Fre­de­rick Dic­kens*

15

młod­szy brat Char­lesa, miesz­ka­jący wraz z nim

Mary Ho­garth*

16

sio­stra Kate

Wil­liam Aga

28

dzien­ni­karz, ko­lega Char­lesa

pani Ju­lie Aga

17

ak­torka za­trud­niona po­ni­żej swo­ich moż­li­wo­ści i ta­lentu

Em­ma­nuel Screws

67

wła­ści­ciel kan­toru

Ja­cob Har­ley

67

przed­się­biorca

Pri­mus Har­ley

30

czło­nek ro­dziny Har­leyów

Edward Pet­tin­gill

28

czło­nek ro­dziny Screw­sów

Betsy Pet­tin­gill

22

żona Edwarda

Po­wha­tan Flet­cher

32

pra­cow­nik kan­toru

Ame­lia Osborne

25

na­rze­czona pana Flet­chera

pani Dor­set

58

go­spo­sia pana Screwsa

Hugh Ap­ple­ton

45

pro­du­cent łań­cu­chów

sir Si­las Lau­rie

37

ko­ro­ner

Bre­ese Gad­fly

23

kom­po­zy­tor pio­se­nek

Aaron Vail*

39

ame­ry­kań­ski am­ba­sa­dor

Śliczna Lucy

13

przy­wód­czyni dzieci spod Black­friars Bridge

Ti­mo­thy "Dic­kens"

0

nie­mowlę

* po­stać hi­sto­ryczna

Ty­tuł ory­gi­nału CHRI­ST­MAS CA­ROL MUR­DER
Re­dak­cja Mo­nika Or­łow­ska
Tłu­ma­cze­nie Ja­kub Ra­dzi­miń­ski
Ko­rekta Ja­nusz Si­gi­smund
Pro­jekt gra­ficzny okładki Ma­riusz Ba­na­cho­wicz
Skład i ła­ma­nie Mar­cin La­bus
Co­py­ri­ght ? 2020 by He­ather Red­mond First pu­bli­shed by Ken­sing­ton Pu­bli­shing Corp. All Ri­ghts re­se­rved
Po­lish edi­tion co­py­ri­ght ? 2025 Agen­cja Wy­daw­ni­czo-Re­kla­mowa Skarpa War­szaw­ska Sp. z o. o. Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght ? 2025 Ja­kub Ra­dzi­miń­ski
Ze­zwa­lamy na udo­stęp­nia­nie okładki książki w in­ter­ne­cie.
Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-83297-28-6
Wy­dawca Agen­cja Wy­daw­ni­czo-Re­kla­mowa Skarpa War­szaw­ska Sp. z o.o. ul. K. K. Ba­czyń­skiego 1 lok. 2 00-036 War­szawa tel. 22 416 15 81 re­dak­cja@skar­pa­war­szaw­ska.pl www.skar­pa­war­szaw­ska.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.