Charlie McGuffin był śledzony.
Obserwował go z ukrycia jakiś złowrogi, mroczny cień. Czekał na niego.
Coś snuło się za nim po korytarzach szkoły. Jakaś ciemna zjawa, groźna, nieuchwytna i mglista...
- Daj spokój, Dylan, wiem, że za mną łazisz. Widzę cię - powiedział Charlie, opierając dłonie na biodrach. - Mógłbyś już wreszcie odpuścić? Wyglądasz jak nienormalny, kiedy to robisz. Poważnie, Dylan... Wyjdź zza tej kolumny.
Dylan wyszedł zza kolumny.
- I zdejmij ten głupkowaty kapelusz - dodał Charlie.
Dylan zdjął głupkowaty, plażowy kapelusz z miękkiego materiału, który pożyczył od swojej mamy.
- I jeszcze okulary przeciwsłoneczne. Też je zdejmij.
Dylan zdjął okulary przeciwsłoneczne.
- A teraz proszę, przestań za mną łazić.
Dylan zrobił krok do przodu i wypiął pierś.
- Wiesz, że możesz przede mną uciekać, McGuffin, ale się nie ukryjesz. To. Się. Nie. Uda. - Na jego usta wypełzł uśmiech oślizgły niczym ślad zostawiony przez ślimaka. - Jestem twoim cieniem. Twoją mroczną połową. Gdziekolwiek pójdziesz, ja już tam będę. Jak łowca. Rzucę się na ciebie jak... jak... żaba.
- Jak żaba? Rzucisz się na mnie jak żaba? Żaby się na nikogo nie rzucają.
- Ależ tak. Rzucają się na muchy. A ty jesteś moją muchą. Wpadłeś w moją sieć.
- W... żabią sieć? - Charlie wyglądał na trochę pogubionego.
- Uważasz się za mądralę, McGuffin, co? No to wiedz, że nim nie jesteś. Twoi mali, przygłupi przyjaciele mogą sobie myśleć, że jesteś geniuszem...
- Właściwie to chyba tak nie myślą. Prawdę mówiąc, jestem pewien, że Flora ma o mnie zupełnie inne zdanie. Wczoraj sama mi to powiedziała. To jej słowa: "Charlie, jesteś totalnym przeciwieństwem geniusza".
- Dosyć gadania! - Dylan uniósł zaciśniętą pięść. - Po prostu wiedz, że pewnego dnia cię dopadnę. - Otworzył dłoń. Trzymał w niej pudełko zapałek. Potrząsnął nim. Było puste. - Poczekam tylko, aż się zmienisz w zwierzę. Wtedy cię uwiężę. Nie będzie ci do śmiechu. A nawet jeśli będzie, to i tak nikt cię nie usłyszy, bo będziesz zamknięty w pudełku po zapałkach. W tekturowej celi!
Dylan zaśmiał się do siebie, a potem odszedł, wciąż zanosząc się dzikim śmiechem. Charlie został sam na pustym korytarzu.
Zachowanie Dylana działało Charliemu na nerwy - nie mógł nic na to poradzić. Czuł, że poziom jego stresu wzrasta, a przez ciało przebiegają drobne impulsy elektryczne. To był pierwszy sygnał ostrzegający przed przemianą. Charlie zamknął powieki i parę razy głęboko odetchnął, koncentrując się na strumieniu powietrza. Po chwili otworzył szeroko oczy.
- Hej, Dylan! - krzyknął do coraz mniejszej postaci na końcu długiego korytarza. - Dylan! Wydaje mi się, że się zmieniam! Szybko!
Dylan zrobił w tył zwrot i zaczął biec z powrotem, ile sił w nogach.
- Szybko, Dylan! To naprawdę się dzieje!
Dylan pędził sprintem. Zdyszany w końcu dobiegł do Charliego.
- Och, sorry - powiedział Charlie. - Fałszywy alarm.
Dylan groźnie popatrzył na niego.
- CO???
- No, sorry - powtórzył Charlie. - Mógłbym przysiąc, że naprawdę to poczułem. Cóż, ten cały interes z przemianami jest taki nieprzewidywalny... Powodzenia następnym razem. A właściwie nie. Nie będzie następnego razu. Tracisz czas. Nauczyłem się to kontrolować, więc mogę ci dać stuprocentową gwarancję, że Charlie już nigdy w nic się nie zmieni.
Charlie puścił oko do Dylana, a potem oddalił się z szaleńczym śmiechem, zostawiając Dylana samego na pustym korytarzu.