Przedmowa
Są książki, które od pierwszej strony wiadomo, jak należy czytać. Jedne domagają się pośpiechu. Inne proszą o dystans. Jeszcze inne ustawiają czytelnika w wygodnej pozycji obserwatora. Ta książka robi coś zupełnie innego. Sadza nas przy stole. Nie pozwala wyjść do końca posiłku. Każe patrzeć na ręce, słuchać zdań wypowiadanych mimochodem i śledzić ten osobliwy taniec, jaki od lat wykonują ze sobą dwoje ludzi zamkniętych w przestronnym domu pod Bydgoszczą. Taniec codzienny, kuchenny, domowy. A przecież pełen napięcia, ironii, dyscypliny i zaskakującej czułości.
To nie jest zwykła opowieść o gotowaniu. To nie jest również klasyczna historia małżeńska, choć małżeństwo stanowi tu oś świata. Nie jest to też jedynie psychologiczny portret dwojga ludzi, choć psychologia rozlana jest w tej książce jak aromat masła na gorącej patelni. To rzecz rzadka: literacko gęsta, a zarazem konkretna; zmysłowa, a jednocześnie analityczna; miejscami gorzka, ale podszyta humorem tak subtelnym, że czytelnik orientuje się dopiero po chwili, iż uśmiecha się nad czymś, co przed momentem kłuło go pod żebrami.
Największą siłą tej książki jest to, że traktuje domowe gotowanie z powagą należną wielkim sprawom, nie odbierając mu przy tym codzienności. W kuchni Jolanty nie ma fajerwerków dla samego efektu. Jest praca. Jest wysiłek. Jest pamięć rąk. Jest kolejność czynności, temperatura, konsystencja, czas odpoczynku ciasta, wilgoć kapusty, opór ziemniaka pod nożem, gładkość twarogu, chrupnięcie karmelu, cierpliwość przy lodach i niebezpieczna, niemal metafizyczna cienkość granicy między tym, co właściwe, a tym, co tylko prawie dobre. Autor tej historii znakomicie rozumie, że kuchnia nie jest tu dekoracją. Jest językiem. Jest polem sił. Jest laboratorium uczuć, hierarchii i drobnych zwycięstw.
Jolanta została sprokurowana z ogromnym wyczuciem. To bohaterka, którą rozumiemy niemal odruchowo, bo znamy jej typ z życia: kobieta praktyczna, odpowiedzialna, stale w ruchu, stale potrzebna, rozdarta między szkołą, domem, ogrodem, spiżarnią i piekarnikiem. Ale tutaj nie staje się ani pomnikiem poświęcenia, ani prostą ofiarą. Jest uważna, inteligentna, odporna na swój sposób. Uczy się. Pamięta. Modyfikuje własne odruchy. Coraz więcej widzi. Coraz więcej słyszy. Coraz więcej wie nie dlatego, że ktoś jej to podpowiada, lecz dlatego, że długie współistnienie z drugim człowiekiem zmienia strukturę myślenia. W tym sensie jest to także książka o przyswajaniu porządku. O tym, jak cudza surowość potrafi stać się wewnętrznym głosem. I jak niepostrzeżenie zewnętrzna dyscyplina przemienia się w osobisty warsztat.
Marek natomiast jest jedną z ciekawszych postaci, jakie można dziś spotkać w prozie obyczajowej o ambicjach psychologicznych. Łatwo byłoby zrobić z niego karykaturę pedanta. Autor na szczęście idzie drogą znacznie trudniejszą i ciekawszą. Marek jest pryncypialny, bywa bezlitosny, ma talent do rozbierania rzeczy najprostszych na drobne elementy i wskazywania tego jednego, nieuchwytnego błędu, który większość ludzi przeoczyłaby bez wahania. A jednak nie jest postacią jednowymiarową. Jego rygor nie wynika wyłącznie z potrzeby dominacji. Wyrasta także z głębokiej wiary w sens formy, w sens staranności, w sens wiedzy. To człowiek, który czyta nie po to, by błyszczeć, lecz po to, by uporządkować świat. Człowiek, który wierzy, że istnieje właściwa temperatura masła, właściwy kąt noża, właściwy stopień chrupkości i właściwa proporcja między lekkością a ciężarem. Ktoś powie: tyran kuchenny. Ktoś inny: esteta. Jeszcze ktoś: organista przenoszący myślenie o muzyce na jedzenie. Wszystkie te odpowiedzi będą prawdziwe jednocześnie.
W tej książce szczególnie cenne jest to, że autor nie wydaje prostych wyroków. Nie podsuwa czytelnikowi gotowej moralnej etykiety dla żadnej z postaci. Zamiast tego pozwala nam wejść w rytm ich wspólnego życia i samodzielnie poczuć jego ciężar, jego logikę i jego dziwne piękno. Bo to jest książka o relacji skomplikowanej, ale niepłaskiej. O relacji, w której krytyka może być zarazem formą uwagi, a uwaga formą bliskości. O relacji, w której czułość nie zawsze przychodzi pod postacią ciepłych słów. Czasem przychodzi jako poprawiony kołnierz, jako dotknięcie nadgarstka, jako trzy kolejne słowa aprobaty, jako milczenie pozbawione zastrzeżeń, jako jedno zdanie wypowiedziane po latach z ostrożnością większą niż przy każdej ocenie potrawy.
Czytając tę książkę, trudno nie zauważyć, jak znakomicie działa w niej przestrzeń. Wieś pod Bydgoszczą nie jest tu tłem przypadkowym. Dom, taras, ogród, jabłonie, rozmaryn w donicy, piwnica, kurnik, śnieg na podwórku, sierpniowa wisteria, listopadowa ciemność, lutowy deszcz, marcowe krokusy, lipcowy upał - wszystko to buduje nie tylko atmosferę, lecz także rytm opowieści. Pory roku są tu niemal współbohaterami. Zmienia się światło, zmieniają się warzywa, owoce, temperatury, napoje w kieliszku Marka i nastrój posiłku. Raz pachnie smażoną szałwią, innym razem kiszoną kapustą, później wanilią Bourbon, porterem, śliwką, prażonym kokosem albo rozmarynem nagrzanym letnim słońcem. To proza niezwykle zmysłowa. Można ją czytać nosem, językiem i opuszkami palców.
Nie sposób też nie docenić warsztatu kulinarnego. Autor doskonale wie, że opis jedzenia bywa w literaturze czymś więcej niż ornamentem. Tutaj każdy szczegół pracuje. Temperatura oleju nie jest jedynie techniczną informacją. Jest próbą charakteru. Karmelizowanie, suszenie, fermentowanie, ubijanie i wygrzewanie stają się czynnościami niemal egzystencjalnymi. To wielka zaleta tej książki, że z jednej strony czerpie ona z najlepszych tradycji pisania o kuchni, a z drugiej nie zamienia się w instruktaż. Nawet kiedy czytelnik dowiaduje się czegoś bardzo konkretnego o strukturze bezy, gęstości ganache czy naturze powideł, pozostaje przede wszystkim w opowieści. Wiedza nie zatrzymuje fabuły. Wiedza ją napędza.
Jest w tej książce także coś, co nazwałbym reportażową uczciwością wobec pracy domowej. Niewidzialna, powtarzalna, często lekceważona praca kobiet zostaje tu pokazana z pełną fizycznością. Szorowanie, wyrabianie, czekanie, przenoszenie, kontrolowanie, doglądanie, pamiętanie o czasie, kolejności, kolejnej partii, kolejnym etapie. To wszystko nie znika pod warstwą literackiej stylizacji. Autor nie udaje, że domowe gotowanie jest nieustannym świętem. Pokazuje zmęczenie ręki od trzepaczki, ciężar garnka, ból nadgarstka, pot na karku, niechęć do mandoliny, bieg między tarasem a zamrażarką. A jednocześnie potrafi z tego samego materiału wydobyć niemal metafizykę codzienności. I to jest sztuka.
Pozytywna opinia o tej książce nie wynika więc z łatwej przyjemności lektury, choć przyjemność jest tu niemała. Wynika z czegoś cenniejszego: z poczucia, że obcuje się z dziełem spójnym, przemyślanym i potrzebnym. Potrzebnym dlatego, że przypomina, jak wiele można jeszcze powiedzieć o małżeństwie, jeśli tylko przestaniemy mówić o nim wyłącznie językiem wielkich deklaracji. Czasem prawda o wspólnym życiu mieści się w sposobie krojenia pomidora, w różnicy między gorącą a zimną wodą, w jednym niedosuszonym spodzie ciasta, w krzywym brzegu tarty albo w trzecim od lewej klusek. To właśnie tutaj, w tych drobnych, niemal śmiesznie małych przestrzeniach, rozgrywa się coś istotnego. Kto tego nie widzi, przegapi tę książkę. Kto to zobaczy, będzie pamiętał ją długo.
To także książka o czasie. O czasie, który fermentuje, dojrzewa, chłodzi, napowietrza, osiada i stabilizuje. O czasie, który nie zawsze jest wrogiem. Czasem jest jedynym współpracownikiem, na którego można liczyć. W tym sensie opowieść o kolejnych daniach staje się opowieścią o wspólnym życiu rozciągniętym na lata. O cierpliwości, która bywa trudniejsza niż talent. O dyscyplinie, która potrafi być formą miłości. O pamięci, która odkłada się warstwami jak smak w dobrze dopracowanym cieście.
Czytelnik znajdzie tu ironię, smak, precyzję, napięcie i psychologiczną przenikliwość. Znajdzie także coś rzadszego: zgodę autora na to, że człowiek jest jednocześnie śmieszny i poważny, czuły i okrutny, mądry i nieznośny. Ta zgoda czyni książkę wiarygodną. Nie ma tu łatwych wzruszeń. Nie ma też taniej sensacji. Jest za to uważność. A uważność w literaturze jest cnotą coraz rzadszą.
Jeśli więc biorą Państwo do ręki tę książkę z myślą, że będzie to po prostu opowieść o gotowaniu, czeka Państwa niespodzianka. Jeśli spodziewają się Państwo tylko studium małżeńskiej zależności, także będą Państwo zaskoczeni. A jeśli szukają Państwo prozy, która potrafi z kuchennego blatu uczynić scenę najważniejszych ludzkich spraw, trafili Państwo znakomicie.
To książka piękna właśnie dlatego, że nie boi się rzeczy małych. A przecież to z rzeczy małych składa się wszystko, co naprawdę wielkie.