ZAPACHY DZIECIŃSTWA, CZYLI DLACZEGO POKOCHAŁAM CZECHOWA
Moje dzieciństwo pachniało chlebem opiekanym na rozgrzanej płycie dużego pieca w domu babci Izabeli. Piec stał w rogu ogromnej - jak mi się wówczas wydawało - kuchni i był jej sercem, bijącym czerwienią rozgrzanych fajerek. Wszystko kręciło się wokół niego. Codziennie rano, bez względu na porę roku, pierwszą czynnością dziadka Krzyśka było rozpalenie ognia pod tym kuchennym królem. Dziadek to lubił. Lubił patrzeć i czuć, jak pachnące żywicą drobne szczapki świerkowego drewna zajmują się ogniem i oddają ciepło - najpierw jego dłoniom, potem większym kawałkom drewna. Gdy po dłuższej chwili zaczynała się rozgrzewać płyta pieca, dziadek stawiał na niej wielki ocynkowany garnek z wodą przyniesioną ze studni. Odpowiednio podgrzaną odstawiało się na brzeg pieca i przez cały dzień służyła ona domownikom nie tylko do mycia się, ale też do sprzątania, mycia naczyń czy innych przedmiotów.
Babcia Izabela, która wstawała zazwyczaj niewiele później niż dziadek, nabierała tej gorącej wody do wiadra, mieszała ją z zimną wodą przy studni i szła do obory, by obmyć nabrzmiałe, gotowe do dojenia wymiona krów. Potem siadała na drewnianym stołeczku przy łaciatej krasuli, brała między nogi wiadro i zaczynał się jeden z najbardziej zmysłowych spektakli mojego dzieciństwa. Dojenie krów. Połączenie brawurowej zwinności babcinych rąk z metalicznymi odgłosami uderzania strzyków ciepłego mleka o dno wiadra. I do tego zapach, a właściwie mieszanka zapachów, złożona z ostrej woni krowiego łajna, siana, trawy, krowiej skóry i słodkawego zapachu mleka, wypompowywanego z krowich wymion wprawnymi ruchami silnych kobiecych dłoni. Jeden z najbardziej zapamiętanych przeze mnie zapachów, który potrafię przywołać w głowie do dziś na samo brzmienie słów "mleko prosto od krowy". Gdy babcia kończyła dojenie krów, a zawsze było ich w oborze co najmniej trzy lub cztery, przykrywała wyparzone wiadro płachtą tetry i przelewała przez nią jeszcze parujące mleko. Potem, czasem, nabierała trochę mleka do garnka i szła do domu, by ugotować na nim zacierki, kaszę mannę lub lane ciasto. W tym czasie dziadek zazwyczaj kończył poranny obrządek: każdego dnia czekały na niego nie tylko krowy, ale też świnie, kury, kaczki, gęsi oraz dwa piękne kare konie.
Gdy wszystkie zwierzęta w gospodarstwie zostały już porządnie oporządzone, dziadkowie siadali do śniadania. Nie było one wystawne czy szczególnie urozmaicone, a jednak dziś prawie nieosiągalne, jeśli chodzi o smaki i zapachy. Zupy mleczne, chleb własnego wypieku, masło własnej roboty, tak jak wędliny, dżemy czy konfitury. Ser z mleka prosto od krowy, warzywa z własnego ogrodu i owoce ze swojego sadu.
Dojenie krów. Poranny obowiązek wielu gospodyń wiejskich w czasach PRL-u.
Odnośnie do tego babcinego sadu tak sobie myślę, że już wtedy, na zupełnie nieświadomym poziomie, musiał odegrać on jakąś istotną rolę w mojej późniejszej, dorosłej fascynacji twórczością Czechowa i jego "Wiśniowym sadem". Oczywiście związek jest raczej czysto językowy, ale samo brzmienie tytułu tej pięknej sztuki od razu przywodzi mi na myśl widok kwitnących wiśniowych drzew w sadzie mojego dzieciństwa, a tuż za nim pojawia się wspomnienie smaku, koloru i zapachu kompotu z wiśni, który babcia w wielkich kanach zawoziła wozem zaprzężonym w konie na pole w trakcie żniw. Obok kompotu na wozie jechały też kany z kwaśnym mlekiem, bo nic tak nie gasiło pragnienia zmęczonych ciężką pracą żniwiarzy, jak zimne zsiadłe mleko. Nic też nie dodawało takiej energii jak słodki, pachnący letnim słońcem wiśniowy kompot mojej babci.
Gdy próbuję sięgać pamięcią do kolejnych smaków i zapachów z czasów wczesnego dzieciństwa, to niezmiennie pojawia mi się w głowie jeszcze jeden obraz. Nieduże pomieszczenie na strychu domu dziadków ze strasznie skrzypiącą drewnianą podłogą. Leży na niej wielka, kolorowa płachta materiału, a na niej góra suszących się jasnobrązowych makówek. Żeby zdobyć kilka takich makówek, trzeba się poruszać bardzo wolno i delikatnie, bo przeraźliwie skrzypiąca przy każdym mocniejszym stąpnięciu podłoga może natychmiast zaalarmować babcię. A babcia nie lubi, gdy podkrada się makówki. Skradam się więc najciszej, jak mogę, wybieram kilka najdorodniejszych egzemplarzy i równie niepostrzeżenie staram się wymknąć ze strychu. Gdy mi się to udaje, biegnę za wielką ceglaną stodołę, przykucam na ziemi i wsypuję pyszną, pachnącą sinobłękitną zawartość rozbitych makówek do buzi. Jedną po drugiej. Bo tak właśnie należało żuć mak z babcinego pola, by poczuć jego cudowny smak - z wypchanymi do granic możliwości policzkami.
Kiedyś opowiedziałam tę historię moim dzieciom. Śmiały się i trochę nie dowierzały: "Mamo, przecież dziś już nikt nie uprawia maku. Trzeba mieć na to specjalne pozwolenie". Hmmm... jestem zatem prawdziwą szczęściarą: było mi dane spróbować smaków dziś nieosiągalnych i powoli zapominanych. Byłam dzieckiem epoki, w której wytwarzanie jedzenia własnymi rękoma we własnym gospodarstwie z własnych produktów było czymś tak normalnym, jak dziś normalnym jest kupowanie go w marketach. Byłam szczęściarą, dla której dziadek opiekał chleb na płycie wielkiego pieca w kuchni. I to jest właśnie jedno z najbardziej odległych i najmilszych wspomnień z mojego dzieciństwa.
Mam jakieś sześć lat i stoję obok tego ciepłego olbrzyma. Na wysokości moich oczu przypieka się kromka chleba, którą dziadek co jakiś czas przewraca widelcem. Widzę, jak z każdą minutą chleb brązowieje, a w powietrzu unosi się jeden z najpiękniejszych zapachów na świecie. Zapach opiekanego przez dziadka chleba.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki