Przedmowa
Pomieszczenie dla osób zatrzymanych przez służby imigracyjne raczej nie
jest przestrzenią inspirującą do pracy twórczej, jednak tamtej
październikowej nocy 2019 roku, na lotnisku w Pekinie, miałam głowę
pełną pomysłów. Zastanawiałam się, co ze sobą pocznę przez najbliższe
miesiące, jeśli nie uzyskam pozwolenia na ponowne przekroczenie granicy
kontynentalnych Chin i nie będę mogła wrócić do swojego mieszkania
niedaleko pekińskiego parku Chaoyang1. Znalazłabym się wówczas
w sytuacji, w której musiałabym opisywać Chiny, przebywając poza ich
granicami.
Przez kilka ostatnich miesięcy byłam w ciągłym ruchu, przemieszczając
się między Pekinem i Hongkongiem, by na bieżąco zdawać relację z odbywających się tam protestów antyrządowych. Ilekroć przechodziłam
kontrolę na największym pekińskim lotnisku, zatrzymywano mnie na
dodatkowe przesłuchanie. W drodze powrotnej robiło się jeszcze bardziej
nerwowo: zazwyczaj czekające mnie przesłuchanie trwało dwie do trzech
godzin, podczas których urzędników interesowało, czym zajmuję się w Pekinie i co porabiałam w Hongkongu. Każdorazowo przeszukiwano też
cyfrową zawartość mojego telefonu i laptopa. Tamtej nocy funkcjonariusz
lotniskowej policji poinformował mnie, że jeśli nie zgodzę się na
kontrolę sprzętu elektronicznego, zostanę deportowana. Jak wyznał, moja
dziennikarska profesja sprawia, że służby będą się mną interesować, a przez fakt, iż posługuję się amerykańskim paszportem, system
automatycznie oznacza mnie do kontroli za każdym razem, gdy przekraczam
chińską granicę.
Bez telefonu, siedząc na niewygodnej metalowej ławce w pokoju kontroli,
rozważałam sytuację, w której się znalazłam. Ostatnie trzy miesiące dały
mi w kość: cykl życia informacji ma w mediach swoje nieubłagane prawa,
którym musiałam się podporządkować, poza tym coraz więcej zdrowia
kosztowały mnie nieustanne ataki na mnie i moją działalność reporterską.
Miejscowe władze dały mi jasno do zrozumienia, że mimo iż urodziłam się
i wychowałam za granicą, to tak naprawdę jestem Chinką i w związku z tym
powinnam jako dziennikarka pisząca dla zagranicznej publiki
"przedstawiać swoją ojczyznę w korzystnym świetle". W kolejnych latach
media państwowe nadały mi etykietę zdrajczyni rasy i oskarżały, że
działam w zmowie z "wrogimi obcymi siłami". Zaliczono mnie w poczet tzw.
bananów - białych w środku, a żółtych jedynie z wierzchu - i jako taka
miałam rzekomo wykorzystywać moje chińskie pochodzenie jako kamuflaż do
zbierania informacji, które potem posłużą mi do produkowania moich
pisanych w złej wierze relacji. Ataki na mnie, prowadzone zarówno w reżimowej prasie, jak i mediach społecznościowych, przybrały na sile w 2020 roku, gdy Chiny zamknęły granice w związku z wybuchem pandemii
koronawirusa. Ale nawet wtedy odczuwałam wielkie pragnienie, by pozostać
w Państwie Środka i kontynuować swoją pracę, nawet jeśli miałoby się to
wiązać z ciągłymi opóźnieniami na lotnisku i inwigilacją ze strony
służb. Co sprawiało, że ten kraj oddziaływał na moje dziennikarskie
instynkty z taką nieodpartą siłą? I dlaczego, pomimo wszelkich
trudności, uwielbiałam w nim mieszkać?
Udzielenie odpowiedzi na to i mnóstwo innych pytań zasadniczo wymagało
zastanowienia się nad kwestiami tożsamości - nie tylko mojej, lecz
rozumianej szerzej: jak Chińczycy postrzegają siebie samych i co tak
naprawdę znaczy dla nich bycie Chińczykiem. Pomysł na tę książkę zrodził
się właśnie tamtej nocy spędzonej na lotnisku. Ostatecznie pozwolono mi
przekroczyć granicę i wrócić do Pekinu, skąd mogłam nadal prowadzić
działalność reporterską. Trzy lata później, w 2022 roku, nie miałam już
tyle szczęścia i władze odmówiły mi prawa powrotu do ojczyzny. I to
właśnie wtedy zasiadłam do pisania.
W sercu niniejszej książki znajduje się tożsamość - to, jak państwo
kontroluje jej przejawy oraz decyduje o tym, kto ma prawo uważać się za
Chińczyka. Dwunastoletnia kadencja Xi Jinpinga na stanowisku sekretarza
generalnego Komunistycznej Partii Chin upływa pod znakiem realizacji
projektu chińskiego odrodzenia, a przy okazji na nowo wyznacza granice
chińskiej tożsamości. Xi przedstawił znacznie węższą definicję
modelowego chińskiego obywatela: to ktoś należący do narodu Han (to
znaczy niebędący przedstawicielem żadnej z pięćdziesięciu pięciu innych
grup etnicznych zamieszkujących na terenie Chin), władający językiem
mandaryńskim (a nie którymś z setek miejscowych chińskich dialektów i języków mniejszości), jest heteroseksualny i zachowuje lojalność w stosunku do Partii. W ujęciu Xi wzmocnienie państwa wymaga udziału
obywateli, a wykształcenie w nich spójnej, jednolitej tożsamości stało
się przewodnim celem władz w czasie, gdy pracowałam nad moim reportażem.
Czytelnicy niebędący Chińczykami, tacy, którzy nigdy w Chinach nie
mieszkali ani nie należą do wąskiego kręgu "ludzi na bieżąco śledzących
wydarzenia w Chinach", być może zadają sobie teraz pytanie: "A co mnie
właściwie obchodzi problem tożsamości w Chinach?". Oto moja odpowiedź:
uważam, że zrozumienie, w jaki sposób państwo chińskie postrzega siebie
i jak chce formować swoich obywateli, jest niezbędne do zrozumienia
prowadzonej przez Pekin polityki, która z kolei ma coraz większy wpływ
na kształtowanie globalnej polityki gospodarczej, szczególnie w przypadku Stanów Zjednoczonych. Książka, którą trzymacie w rękach, nie
jest jednak dziełem historycznym: w swoich rozważaniach skupiam się na
ludziach żyjących współcześnie. W sytuacji, gdy obcokrajowcy mają coraz
trudniejszy dostęp do Chińskiej Republiki Ludowej i coraz trudniej o zrozumienie, jak wygląda codzienne życie Chińczyków, moją ambicją było
skupienie się na zwyczajnych ludziach, którzy z jednej strony tworzą
tożsamość, z drugiej podlegają tożsamościowej polityce władz chińskich.
Pragnienie pielęgnowania wspólnej tożsamości i promowania jedności
narodowej jest naturalnym odruchem każdego państwa narodowego i Chiny
nie stanowią tu wyjątku. Tym, co wydaje mi się uderzające w przypadku
tego kraju, jest fakt, że odgórne wysiłki kształtowania tożsamości przez
władze nie ograniczają się do sfery wartości, lecz przenikają do tkanki
życia codziennego i odciskają się na jego najdrobniejszych szczegółach.
Wynika to z obawy, że komunistyczny projekt realizowany przez
współczesne Chiny mógłby ostatecznie podzielić los Związku Radzieckiego:
długi okres wewnętrznych podziałów, rozwarstwienia społecznego,
zwieńczony nagłym upadkiem. W wystąpieniu w 2012 roku Xi stwierdził:
"Załamanie się Partii wydarzyło się z dnia na dzień. Komunistyczna
Partia Związku Radzieckiego była proporcjonalnie liczniejsza od naszej,
jednak kadrom zabrakło odwagi, by w porę zareagować"2.
Xi nie zamierza popełnić błędu swoich poprzedników w ZSRR. Już w pierwszych latach jego kariery na stanowisku przywódcy Komunistycznej
Partii Chin sformułował swoją odpowiedź na te obawy w postaci tzw.
Dokumentu nr 9. Kiedy treść Dokumentu wyciekła i dowiedziała się o nim
opinia publiczna, byłam jeszcze na studiach. Wcześniej informacje na
temat Chin, jakie przenikały do mediów, niezbyt mnie interesowały, ta
jednak sprawiła, że po raz pierwszy zrodziła się we mnie myśl:
"Współczesne Chiny to fascynujący temat dla dziennikarki". Dokument nr 9
zwiastował otworzenie nowego frontu w walce o kontrolę państwa nad
obywatelami: teraz walka przenosiła się na poziom kultury, tożsamości i myślenia. Z notatki tej jasno wynikało, że ów nowy front jest oczkiem w głowie dla Xi i dla aparatu państwowego, który powołał do stoczenia
epickiej batalii o serca i umysły 1,3 miliarda obywateli.
Przez kilkadziesiąt lat - grzmiała notatka - Chińczycy byli mamieni
przez zachodnie wartości, promujące prawa wyborcze i odpowiedzialność
rządu przed wyborcami. Na skutek działań zastępów chińskich pismaków i prężnie rozwijających się platform internetowych opinia publiczna
została zainfekowana radykalnymi ideami, niedającymi się pogodzić z ideologią komunistyczną. Xi stwierdza w dokumencie, że jego zadaniem
jest "stworzenie sytuacji, w której tego typu niepoprawne myślenie i dysydenckie punkty widzenia stracą prawo bytu". Negując uniwersalność
takich idei jak wolna prasa czy prawa człowieka, autorzy Dokumentu nr 9
szli jeszcze dalej: stwierdzali, że istnieje jeden, "chiński" model
rządzenia państwem, taki, którego jedynym dysponentem jest Partia.
Wartości promowane w Dokumencie nr 9 nijak się miały do moich
doświadczeń pierwszych lat pobytu w Chinach, do których przeniosłam się
po ukończeniu studiów. To właśnie wtedy zakochałam się w kraju, którego
wielkość i wewnętrzne zróżnicowanie daleko przewyższały wszystko, czego
się spodziewałam. Chiny nie są monolitem. Prosty przykład: mieszkając w Pekinie, stale ćwiczyłam swój mandaryński - częściowo sztuczny twór
złożony z organicznych dialektów i akcentów, nauczany w Chinach jako
język narodowy. Tymczasem język, którym moi rodzice porozumiewali się z naszymi krewnymi z południa kraju, należący do grupy chińskich języków
Wu, był dla mnie i moich północnych sąsiadów w Pekinie całkowicie
niezrozumiały. Krótka podróż na południe koleją dużych prędkości i nagle
przenosimy się do krainy, gdzie dominują warianty kantońskiego, których
z kolei nie zrozumie ktoś władający dialektem Wu.
Na studiach, na zajęciach z historii, czytałam o kampanii Mao Zedonga, w której nawoływał "Niechaj rozkwita sto kwiatów, niechaj współzawodniczy
sto szkół myśli". W późniejszym czasie wielu z tych, którzy posłuchali
apelu Mao i stali się niezależnymi myślicielami, padło ofiarą represji
ze strony systemu. Ale bezpośrednio po zamieszkaniu w Pekinie miałam
jeszcze okazję doświadczyć małej próbki tego, na co stać chińskie
społeczeństwo, gdy pozwoli mu się na intelektualną wolność. Poznałam
wówczas chińskich beatników, pisarzy, aktywistów i modeli. Większość z nich urodziła się i wychowała poza Pekinem. To od tych ludzi uczyłam się
o rytmach życia i poznawałam lokalne historie poszczególnych prowincji.
Dzięki nim trafiłam na wydarzenia poświęcone takim zagadnieniom jak
queer, rządy prawa czy związki zawodowe. Po raz pierwszy w życiu
stykałam się z ideami i czytałam pisane w języku chińskim eseje, które
burzyły moje dotychczasowe wzorce myślenia.
Był to dla mnie zarazem czas nieustannych podróży. Przemierzałam kraj z jednego końca na drugi, odwiedzając społeczności górnicze, miasta
fabryczne, sekty i święte miejsca komunizmu. W weekendy robiłam krótkie
wypady nad ocean, w góry lub nad potężne rzeki, których sieć przecina
terytorium Chin. Mam szczególną słabość do krajobrazów na północnym
zachodzie kraju: w prowincjach takich jak Gansu, Ningxia czy Qinghai,
które bardziej przypominają pejzaże z powierzchni Marsa niż idylliczne
akwarele ze strumieniami i wierzbami, z jakimi stykałam się w dzieciństwie.
Niechętnie musiałam przyznać, że chińskie władze mogą mieć rację: mimo
że urodziłam się i wychowałam w USA, nosiłam w sobie częściowo również
chińską tożsamość. Kiedy przeglądałam się w całym ogromie tego kraju,
czułam, jak porusza on we mnie najczulsze struny i dotyka tego, kim
jestem naprawdę, i stąd właśnie brało się moje pragnienie życia w Chinach. Nie byłam jednak Chinką w takim wąskim znaczeniu, jakie
nadawały temu pojęciu władze. Zakochanie się w kraju pociągało bowiem za
sobą poznanie go w całym jego bogactwie i szybko się zorientowałam, że
owa różnorodność pod rządami Xi Jinpinga jest postrzegana jako problem.
Na moich oczach kurczyła się przestrzeń, w której mogła się toczyć wolna
debata w Internecie. Państwo poddawało swoich krytyków coraz większemu
nadzorowi, stopniowo poszerzając definicję dysydenta. Nasilały się
prześladowania mniejszości religijnych i etnicznych. Parafrazując slogan
z epoki Mao, jeden z moich rozmówców stwierdził przy jakiejś okazji, że
obecnie aparat państwowy pozwala, by "zakwitały wyłącznie czerwone
kwiaty".
Ja jednak zawsze wolałam chiński idiom baihuiqianpa, ????, oznaczający
niezliczoną mnogość roślin i kwiatów, mający wskazywać niepowstrzymanie
rozwijającą się różnorodność. To wyrażenie lepiej tłumaczyło, skąd brała
się moja potrzeba pisania na temat Chin: była to dla mnie z jednej
strony sposobność, by na krótki czas wkroczyć do życia ludzi
teoretycznie egzystujących w państwie narodowym, którzy jednakże w praktyce diametralnie różnią się między sobą w tym, jak jedzą, myślą,
mówią i się zachowują; z drugiej fascynowała mnie ich niesamowita
odporność i umiejętność dochowywania wierności temu, kim naprawdę są, i to nawet w obliczu zastraszania i nacisków, by się podporządkowali. To
właśnie te zagadnienia znalazły się w sercu mojej pracy dziennikarskiej,
a historie ludzi, których wtedy poznałam, pozostały ze mną długo po moim
wyjeździe z Chin.
Książka, którą oddaję do rąk Czytelników, jest zbiorem właśnie takich
historii. Najpierw przyglądam się w nich ludziom żyjącym w kontynentalnych Chinach, którzy symbolizują różne polityczne wizje
przyszłości kraju. W dalszej części książki przenoszę się do regionów
przygranicznych, w przeszłości uznawanych za rubieże cesarstwa
chińskiego, to znaczy regionu Sinciang, prowincji Mongolii Wewnętrznej,
Ningxia i Gansu, gdzie język, narodowość i religia stanowią kość
niezgody w ramach narzucanego przez Pekin projektu chińskiej tożsamości.
Następnie porzucimy Chiny kontynentalne i wybierzemy się do Hongkongu,
miejsca będącego areną cyklicznych protestów, w których na sztandarach
niesione są kwestie tożsamości oraz tego, w jakim kierunku
państwo-miasto może się rozwijać w łonie szerszego chińskiego projektu.
Po powrocie do Stanów Zjednoczonych odkryłam, w jaki sposób pytanie o to, co znaczy być Chińczykiem, odcisnęło się na społecznościach
imigranckich, w których się wychowałam. Książkę kończy właśnie
spojrzenie na te zagadnienia w kontekście amerykańskim.
Większość tekstu powstała na Tajwanie - czyli w samorządnym wyspiarskim
państwie rządzonym demokratycznie, do którego Chiny roszczą sobie
pretensje i grożą jego zajęciem - tam również książka została
zredagowana. Przeniosłam się do Tajwanu na początku 2023 roku, po tym
jak władze w Pekinie nie przedłużyły mi zezwolenia na pobyt i cofnęły
akredytację dziennikarską. Nieoczekiwanie, z dnia na dzień, zostałam
odcięta od życia, jakie sobie stworzyłam w Chinach, i znalazłam się w egzystencjalnej próżni. Pociechy szukałam w zapoznawaniu się z dziejami
około miliona obywateli chińskich, którzy ponad siedem dekad wcześniej
porzucili rozdartą wojną ojczyznę i uciekli na Tajwan. Niemal wszyscy z tych uchodźców byli przekonani, że ich emigracja jest tylko tymczasowa,
i tęsknili za utraconymi domami w Chinach. Większość z nich nigdy jednak
nie wróciła do ojczyzny. Nie chciałam podzielić losu tamtej generacji
uchodźców, zanurzonych w nieuleczalnej nostalgii i ślepych na piękno
Tajwanu. W ciągu kolejnych dwóch lat znalazłam nowy dom, a przy okazji
doświadczyłam na własnej skórze, w jaki sposób tożsamość może istnieć
poza granicami państwa narodowego i niezależnie od politycznego reżimu.
I to właśnie takie myśli kłębiły mi się w głowie, gdy w grudniu 2023
roku udało mi się namówić do rozmowy tajwańskiego polityka Ma Ying-jeou.
Nasze spotkanie miało miejsce zaledwie na kilka tygodni przed kluczowymi
dla przyszłości kraju tajwańskimi wyborami prezydenckimi. Podobnie jak
ja, Ma urodził się w chińskiej rodzinie. Jego rodzice porzucili ojczyznę
niedługo po chińskiej wojnie domowej i wraz z synem przenieśli się do
Tajwanu. Ma został prezydentem demokratycznego Tajwanu, i to mimo
wpojonej mu przez ojca wiary, że nigdy nie powinien zapominać o swoich
chińskich korzeniach. Nieco wcześniej, w 2023 roku Ma odbył swoją
pierwszą podróż do Chin, dlatego nie omieszkałam skorzystać z okazji,
żeby go o nią spytać. Mój rozmówca wprost nie posiadał się z ekscytacji.
Tam, gdzie ja dostrzegałam zamykanie się kraju pod rządami Xi Jinpinga,
Ma widział zgoła inny obraz: w jego oczach tłumy entuzjastycznie
witających go rodaków świadczyły o liberalizacji, jaka dokonała się w kontynentalnych Chinach. "Kiedy porównasz współczesne Chiny z tymi
sprzed trzydziestu lat, w oczy rzuci ci się wiele różnic. Chińczycy
dzisiaj doceniają wartość demokracji, mimo że samo pojęcie jest im
obce". Na mojej twarzy odmalowało się niedowierzanie, a mężczyzna w odpowiedzi nieznacznie się uśmiechnął. Wszystko wskazywało na to, że
zupełnie się nie rozumieliśmy. Miałam wrażenie, jakbyśmy mówili o dwóch
całkowicie różnych krajach.
Teraz, z perspektywy czasu, kiedy myślę o tamtej rozmowie, skłonna
jestem z większą wyrozumiałością potraktować słowa Ma. W końcu ja też
pragnęłam być uważana za Chinkę i również tęskniłam za Chinami.
Uświadomiłam sobie jednak, podobnie zresztą jak wielu bohaterów tej
książki, że każdy z nas tęskni za innymi Chinami i ścigamy miraże
ojczyzny, które od dawna nie mają już nic wspólnego z rzeczywistością, a może nawet nigdy nie miały.
Rozdział 1. Prawniczka
Rozdział 1
Prawniczka
Yang Bin już od najmłodszych lat była ambitna. Rodzice wymarzyli sobie,
że córka pójdzie w ich ślady. Sami byli robotnikami fabrycznymi - tego
typu praca dawała stałe źródło dochodu, gwarantowała emeryturę i mieszkanie z państwowego przydziału. Oboje pracowali w wytwórni części
samochodowych. Przedsiębiorstwo było państwowe i mimo że praktycznie
nigdy nie przynosiło dochodu, nie bankrutowało. Ale Yang to nie
wystarczyło. Dziewczynę dręczyło poczucie, że jej życie ma jakiś większy
cel.
Przy naszym pierwszym spotkaniu od razu zauważyłam, że jest istnym
wulkanem energii: towarzyska, o radosnym spojrzeniu, ilekroć się
uśmiecha albo wybucha śmiechem (czyli często), w policzkach robią się
jej urocze dołeczki, jednak to sposób bycia, którego się nauczyła. Jako
młoda dziewczyna była nieśmiała i z byle powodu oblewała się rumieńcem.
Urodziła się w samym środku rewolucji kulturalnej - dekady politycznej
przemocy, która zaczęła się w latach 60. i pochłonęła życie co najmniej
pół miliona ludzi. Yang, dorastając w tak burzliwym okresie, podskórnie
chłonęła wartość posłuszeństwa. W późniejszym czasie nieraz słyszała,
jak rodzice w ponurym tonie napomykają o innych czystkach prowadzonych
przez przewodniczącego Mao Zedonga, który kierował Komunistyczną Partią
Chin aż do swojej śmierci w 1976 roku. Z tych opowieści dziewczynka
wyniosła prostą lekcję: jeśli się wyróżniasz, możesz mieć pewność, że
staniesz się celem podczas następnej politycznej kampanii. Na
uniwersytecie wybrała kierunek, który uznała za najmniej ryzykowny:
nieistniejące już obecnie studia o nazwie "Budowanie chińskiego
socjalizmu", czyli dyscyplinę naukową mającą zgłębiać implikacje
słynnego określenia Deng Xiaopinga o budowaniu socjalizmu "o chińskiej
specyfice".
Yang dopisało szczęście - w dorosłość wchodziła akurat wtedy, gdy Chiny
szukały sposobu na zdefiniowanie siebie na nowo po epoce Mao. Za sprawą
gospodarczych i politycznych reform zainicjowanych przez Denga,
wysokiego dygnitarza partii, który przeżył dwie czystki za rządów Mao,
obywatele - o ile się na to odważyli - mogli teraz próbować swoich sił,
zatrudniając się w garstce nowo powstałych prywatnych przedsiębiorstw. I to właśnie takimi, a nie innymi okolicznościami debiutowania na rynku
pracy należy tłumaczyć odwagę Yang. Gdy w 1990 roku ukończyła studia,
dostała propozycję dołączenia do rodziców w fabryce danwei, czyli
partyjnym zakładzie pracy, jednak odrzuciła tę ofertę. Dwadzieścia lat
wcześniej takie zachowanie byłoby czymś nie do pomyślenia, ale Yang
należała do młodego pokolenia. Jak wyznała w rozmowie ze mną: "Nie
chciałam życia, w którym wszystko było zaplanowane od początku do
końca". Co prawda nie wiedziała, na jakim życiu jej zależy, ale jedno
nie ulegało dla niej wątpliwości: na pewno nie czeka ono na nią w prowincjonalnym państwowym zakładzie pracy w Hunan, gdzie - jak
opisywała - "całe życie człowieka, od kołyski po grób, może upłynąć w objęciach zatrudniającej dziesięć tysięcy pracowników fabryki (model
tzw. żelaznej miski ryżu, czyli system gwarantowanego przez państwo
socjalistyczne zatrudnienia).
Głód przygód zaprowadził ją do nadbrzeżnej prowincji Guangdong, gdzie
jakiś czas wcześniej zamieszkał jej brat. Był to brzemienny w skutki
wybór. Yang szybko znalazła pracę w nowo powstałej prywatnej fabryce
produkującej pestycydy. W latach 90. XX wieku, gdy po blisko czterech
dekadach rozwoju w warunkach państwowego zamordyzmu gospodarczego Chiny
przeprowadzały liberalne reformy i otwierały się na świat, istniały
niesamowite możliwości szybkiego wzbogacenia się. Guangdong, z racji
swojego położenia nieopodal Hongkongu, wówczas jeszcze będącego kolonią
brytyjską, gdzie prężnie rozwijał się biznes i zbijano kokosy, był
wyjątkowo predystynowany, by skorzystać na tej rewolucji. Fakt, że
prowincja posiadała olbrzymi port, czynił ją idealnym miejscem do
utworzenia jednej z pierwszych chińskich stref pilotażowych, czyli
obszarów, gdzie zezwalano na zakładanie prywatnych interesów i prowadzenie handlu zagranicznego, co przyspieszało gospodarcze
otwieranie się Chin na świat.
W końcu Yang została wylana z fabryki, a tym samym utraciła prawo do
pobytu w prowincji Guangdong. Nie mogła jednak znieść myśli o powrocie
do domu. Z pomocą pospieszył jej wówczas jeden z jej przełożonych w fabryce - mężczyzna, którego nadal nazywa swoim aniołem stróżem -
wystarał się dla niej o inną pracę, w charakterze kopistki w biurze
prokuratora okręgowego. Nie była to dobrze płatna posada, ale teraz Yang
przynajmniej pracowała w administracji państwowej, a to oznaczało
różnorakie przywileje i stabilność.
Praca kopistki pozwoliła jej na świeży start. W biurze prokuratora nie
miało znaczenia, że była córką robotników fabrycznych i że zaledwie parę
lat wcześniej kroczyła tą samą ścieżką kariery. W Guangdong nadarzyła
się okazja, by się nauczyła, co znaczy pracować w służbie prawa. Na
tamtym etapie nie miała pojęcia, z jakimi wyzwaniami przyjdzie jej się
mierzyć na przestrzeni następnych czterech dekad. Ale nawet gdyby
wiedziała, co ją czeka, i tak nie zmieniłaby swojej decyzji. Kariera,
którą właśnie rozpoczynała, miała zaprowadzić ją na pierwszą linię walki
o tworzący się chiński system prawny, o to, czyim interesom będzie
sprzyjał i jaki rodzaj państwowości będzie faworyzował. Tak, to był
szczytny cel, któremu mogła poświęcić życie.
Kiedy Yang stawiała pierwsze kroki na ścieżce kariery w administracji
publicznej, chiński system gospodarczy i partyjny, łącznie z wymiarem
sprawiedliwości, dojrzał do zasadniczych reform. Chinom zależało na
stworzeniu bardziej kosmopolitycznego systemu prawnego - takiego
respektującego rządy prawa. W tym duchu znoszono regulacje tłamszące
prywatną przedsiębiorczość, a po trzydziestu latach tłumionego popytu
nareszcie odnotowano wielki wzrost gospodarczy. Decydenci rozumieli, że
eksperyment może się powieść, tylko gdy oprze się na sprawiedliwych
sądach i przejrzystych prawach, które będą czuwać nad jego przebiegiem i zapewniać mu niezbędne ramy. Pekin pragnął też w oczach zagranicznych
partnerów uchodzić za nowoczesne państwo, w którym można bezpiecznie
inwestować. W tym celu musiał powołać do istnienia zbiór przepisów
prawnych, mających rozstrzygać ewentualne spory, oraz przeszkolić
pracowników administracji pokroju Yang, którzy będą wprowadzać je w życie.
Partia Komunistyczna rozpoczęła ściąganie zagranicznych ekspertów i utalentowanych ludzi, będących źródłem cennej wiedzy specjalistycznej.
Jak stwierdził Xiao Yang, prezes chińskiego Sądu Najwyższego:
"Osiągnięcia ostatnich czterdziestu lat na polu tworzenia rządów prawa w dużej mierze są owocem przyswojenia sobie doświadczeń lepiej
rozwiniętych na tym polu partnerów zagranicznych"3. Xiao
posłał ponad dwustu świeżo upieczonych sędziów do Hongkongu, gdzie
funkcjonował już całkiem nieźle rozwinięty system prawa precedensowego
wzorowany na brytyjskim, aby studiowali prawo międzynarodowe. Niektórzy
po powrocie do Chin wyróżniali się w swojej profesji. Największy podziw
w chińskich kręgach prawniczych budził jednak amerykański system prawa
konstytucyjnego. W pierwszej dekadzie XXI wieku Partia każdego roku
wysyłała kilkudziesięciu członków kadr średniego szczebla na Harvard i Duke University, gdzie uczestniczyli w wykładach najwybitniejszych
amerykańskich ekspertów w dziedzinie ekonomii politycznej i prawa
konstytucyjnego. Zgłębiali zawiłości działających w USA mechanizmów
kontroli i równowagi oraz poznawali sposób działania Sądu Najwyższego.
Sędzia jednego z wiodących chińskich sądów, He Fan, posunął się wręcz do
napisania emocjonalnego wspomnienia po śmierci wybitnego sędziego
amerykańskiego Sądu Najwyższego Antonina Scalii4.
Celem chińskich reform sądowniczych było zademonstrowanie światu, że
Pekin jest gotowy do przystąpienia do globalnego ładu gospodarczego. W 2001 roku Chiny zostały członkiem Światowej Organizacji Handlu, co było
zwieńczeniem wieloletnich wysiłków na drodze do wykazania, że Państwo
Środka jest zdolne przestrzegać w handlu międzynarodowym zasad uczciwej
konkurencji - i będzie to robić, przynajmniej przez jakiś czas. Tak było
na papierze, bo rzeczywistość wyglądała mniej różowo: Chiny zmagały się
z plagą kradzieży własności intelektualnej i fałszerstw towarów, co było
szczególnie widoczne w prowincji Guangdong, gdzie w tysiącach chińskich
fabryk wytwarzana jest większość dóbr konsumpcyjnych trafiających na
światowe rynki. Procesy o naruszenie prawa do znaku towarowego wytaczane
przez biuro prokuratora, w którym pracowała Yang, stanowiły kroplę w morzu potrzeb.
Prokurator skupiał się na zwalczaniu przestępczości zorganizowanej.
Chiński cud gospodarczy miał swoją mroczniejszą stronę:
bezprawie5. W latach 90. XX wieku, kiedy masy ludzkie
przeniosły się ze wsi do miast, przestępczość wzrosła wykładniczo. W trakcie swojej pracy dla prokuratury Yang zetknęła się ze sprawami,
które jeżyły włosy na głowie. W zastraszającym tempie rosła aktywność
niestroniących od przemocy gangów. Szerokim echem odbiła się sprawa z nadmorskiej prowincji Fujian, gdzie dwunastu młodych piratów,
uzbrojonych w ładunki wybuchowe i noże, napadało na kutry rybackie do
momentu, w którym zostali ujęci i straceni6. Władze wpadły na
trop syndykatu przestępczego, który przez trzy lata przeszmuglował do
Chin ropę i samochody o wartości około 10 miliardów dolarów. Zastępcą
sekretarza Partii w tej prowincji był wówczas młody działacz Xi Jinping,
który trzynaście lat później miał zostać wybrany na sekretarza
generalnego Komunistycznej Partii Chin i stanąć na jej czele. Yang
uważała, że jedyną receptą na czasy chaosu i niepewności jest surowe
egzekwowanie prawa. Do swojej pracy podchodziła z zapałem neofitki,
który u jej kolegów biurokratów budził niechęć.
Nie mogła się doczekać, aż zostanie rzucona na głęboką wodę, jednak
pierwsze zadania, jakie przydzielono jej w biurze prokuratora, były dość
prozaiczne: wypełnianie ton sądowej dokumentacji i sporządzanie zapisów
z rozpraw. Ludziom, którzy otaczali ją w pracy, brakowało motywacji.
Zdarzało się, że popołudnia upływały im na grze w madżonga7. W 1996 roku sfrustrowana Yang rzuciła pracę i przez krótki czas poświęcała
się swojemu wymarzonemu zajęciu, to znaczy dziennikarstwu. Pisywała dla
niewielkiej, miejscowej, wydawanej prywatnie gazety. Szybko jednak
zrozumiała, że właściciel bardziej dba o dochody z reklam niż rzetelne
dziennikarstwo, i pokornie wróciła do biura prokuratora, gdzie wkrótce
dała się poznać jako ambitna pracowniczka.
Wkrótce zwrócili na nią uwagę właściwi ludzie. W 1997 roku Yang dostała
awans na stanowisko młodszej prokuratorki, a niedługo później została
oddelegowana do prokuratury prowincji, gdzie miała się zająć poważnymi
przestępstwami i przestępstwami z użyciem przemocy. Wystąpienia
publiczne nigdy nie były jej mocną stroną i na pierwszej rozprawie Yang
zżerała trema; ręce trzęsły jej się tak bardzo, że nie potrafiła prosto
utrzymać kartki, z której czytała. Mimo to satysfakcję sprawiało jej
wszczynanie i prowadzenie postępowania, z czasem nauczyła się też
doceniać uniesienie, w jakie wprawiało ją występowanie na sali rozpraw.
Wykonywana przez Yang praca dawała poczucie sprawczości: mogła odmienić
- albo skończyć - czyjeś życie. Nie opuściła żadnej egzekucji skazanych
w sprawach, którymi się zajmowała. Po pięciu latach pracy na stanowisku
młodszego prokuratora posłała pierwszego skazanego na śmierć. Była to
sprawa o morderstwo: mężczyzna zadźgał drugiego przy pomocy noża do
owoców. Yang nakłaniała pozwanego, by okazał skruchę za swój czyn i prosił o wybaczenie.
Niechętnie opowiada o okolicznościach, w których przyjęła wiarę
chrześcijańską, jednak nie ulega wątpliwości, że religia była dla niej
ważna na przestrzeni całej kariery. Nauczanie Kościoła na temat
odkupienia i wybaczenia pomagało jej na co dzień oswajać bezmyślną
przemoc, z którą stykała się z racji wykonywanego zawodu. Ale religia
wpłynęła na nią również w inny sposób - pod jej wpływem zmieniała się w pozbawioną skrupułów przedstawicielkę prawa. W jednej z prowadzonych
przez nią spraw oskarżony nie wykazywał skruchy. Mężczyzna padł na
ziemię, objął jej nogi i błagał o złagodzenie kary. Jak wyznała mi Yang,
w tamtym momencie jej serce zalała nienawiść w czystej postaci. Jęki
oskarżonego napawały ją obrzydzeniem. "Przez tego człowieka przemawiał
strach przed śmiercią. Gardzę takimi ludźmi. Jego skrucha była tylko na
pokaz". Kiedy sędzia uznał go za winnego morderstwa, Yang domagała się
maksymalnego wymiaru kary - śmierci. Była jedynym świadkiem obecnym na
jego egzekucji. Skazany wbił w nią spojrzenie, z którego wyzierały furia
i nienawiść. "Zapamiętam cię nawet w piekle", wycedził w jej kierunku.
"Ja ciebie też będę pamiętać", odparła Yang, spoglądając mu prosto w oczy.
Jakiś czas później sąd przysłał jej zdjęcie zwłok mężczyzny, które miało
zostać dołączone do jego akt. Kiedy przypatrywała się fotografii, w uszach dźwięczały jej echem jego ostatnie słowa. Potem przez kilka dni
kiepsko spała. W trakcie lektury Nędzników Victora Hugo zafascynowała
ją postać biskupa Myriela, który przebacza głównemu bohaterowi kradzież
srebrnych świeczników. Powieściowy biskup, podobnie jak Yang, towarzyszy
skazanemu w trakcie egzekucji, tyle że Myriel odkrywa w sobie zdolność
do współczucia dla złoczyńcy. Powieść ta zrobiła na niej kolosalne
wrażenie. Pod jej wpływem zaczęła żałować bezduszności, jaką okazała
tamtemu skazańcowi. Mężczyzna, którego posłała na śmierć, był
niekochanym dzieckiem, ale zasługiwał na jej współczucie. Sama jako
młoda osoba nie umiała się wysłowić i mamrotała pod nosem niezrozumiale,
jednak ciężka praca nad sobą uczyniła ją lepszym człowiekiem. Doszła
teraz do wniosku, że ludzie, których sprawy prowadziła, zasługiwali na
taką samą szansę.
Otwieranie się Chin na świat i reformy, które odcisnęły się na życiu
Yang, przynosiły też realne zmiany w rytmie życia mieszkańców terenów
wiejskich, którym wolno było teraz żyć i pracować w innych miejscach niż
ich hukou, czyli adres zameldowania. W latach 90. co roku około 90
milionów robotników przenosiło się z wiosek i małych miejscowości do
znacznie większych ośrodków miejskich, takich jak Pekin, Szanghaj czy
Kanton. Ludzie ci przemieszczali się między miastami w zależności od
tego, gdzie aktualnie czekała na nich praca8. Wielu z nich
harowało w wyjątkowo trudnych warunkach, na długie tury, które wymuszały
przebywanie z dala od rodziny i przyjaciół. Robotnicy tacy pracowali na
olbrzymi chiński sukces gospodarczy, jednak nagła kumulacja takich mas
ludzkich w zaledwie paru wielkich miastach stanowiła gigantyczne
obciążenie dla działającego w nich systemu opieki społecznej.
I to właśnie jedna z osób należących do tej olbrzymiej fali emigracji
zarobkowej, Zhou Moying, miała wkrótce wystawić na próbę zdolność Yang
do współczucia i wybaczania. Zhou pracowała w Kantonie, daleko od
swojego miasta rodzinnego. Jej życie nie należało do łatwych. Zhou i jej
mąż ledwo wiązali koniec z końcem - utrzymanie pięcioosobowej rodziny,
do której należała między innymi chorowita ośmiomiesięczna córeczka,
graniczyło z cudem. Mąż Zhou, będący rzadkim gościem w domu, niechętnie
angażował się w prace domowe, pomimo apeli kobiety. Pewnego dusznego
lipcowego dnia Zhou wstała rano i nakarmiła córkę kleikiem ryżowym, ale
dziecko nie przestawało marudzić. Śpiący mąż nie reagował na płacz
córki. W poczuciu braku jakiegokolwiek wsparcia, pod wpływem nagłego
impulsu kobieta zaniosła dziecko nad rzekę nieopodal i wrzuciła je do
wody. Planowała, że sama też się utopi. Powstrzymała ją myśl o tym, co
stanie się z dwojgiem starszych dzieci. Dlatego koniec końców zgłosiła
się tylko na policję i przyznała do utopienia córki.
Sprawa Zhou trafiła na biurko Yang. Na spotkanie z dzieciobójczynią szła
z duszą na ramieniu, jednak przygnębiona kobieta, którą ujrzała w kantońskim areszcie, w niczym nie przypominała potwora w ludzkiej
skórze, jakiego spodziewała się spotkać. Łkając, błagała Yang, by
skazała ją na śmierć. Zawiodła jako matka, nie zdołała odebrać sobie
życia, a teraz oczekiwała od młodej prokuratorki, że ją wyręczy w tym
niewdzięcznym zadaniu. Tyle że Yang w pamięci miała skazanego na śmierć
mężczyznę, pamiętała bezsensowną nienawiść, jaką w niej budził. Jakiś
czas potem napisała, że wprawdzie nigdy nie zdołała zrozumieć czynu
Zhou, jednak pojmowała bardziej ogólne, systemowe siły stojące za
ubóstwem, które popchnęły nieszczęśliwą matkę do tego czynu.
Postanowiła, że tę sprawę potraktuje inaczej. W udzielonym w tamtym
czasie wywiadzie Yang stwierdziła: "Nie wolno nam zapominać o ludziach
na samym dole drabiny społecznej, którzy ledwo wiążą koniec z końcem.
Wymiar sprawiedliwości powinien kierować się nakazami
sumienia"9.
Ostatecznie w swoim oświadczeniu prokuratora Yang zawarła bardzo zwięzłą
i bezlitosną diagnozę sprawy Zhou: "Impulsywny i głupi akt Zhou Moying
był owocem ignorancji, ale przede wszystkim trudności, z jakimi borykała
się w życiu, obojętności męża, choroby, problemów finansowych. Nie bez
znaczenia był również fakt, że kobieta żyła z dala od domu rodzinnego i krewnych, czuła się samotna i przygnębiona". Yang domagała się dla
dzieciobójczyni złagodzenia kary do pięciu lat pozbawienia wolności.
Jej koledzy po fachu byli przeciwni takiej interpretacji. W miarę jak
sprawa Zhou stopniowo nabierała rozgłosu, sąd w Kantonie znalazł się pod
presją polityczną, by uznać kobietę winną zarzucanego czynu i skazać ją
na dłuższą karę więzienia. Bezpośredni przełożony Yang kilkakrotnie
wzywał ją na dywanik i rugał za "niewieści sentymentalizm". Ostatecznie
sąd skazał Zhou za zabójstwo na jedenaście lat pozbawienia wolności.
Tyle że Yang, zamiast zaakceptować wyrok, postanowiła walczyć. Złożyła
apelację, w której dowodziła, że co prawda Zhou rzeczywiście dopuściła
się odrażającego moralnie czynu, jednak popchnęły ją do niego trudne
okoliczności zewnętrzne, pozostające poza jej kontrolą. Wymiar
sprawiedliwości, przekonywała, winien traktować ludzi nie tylko w zgodzie z literą prawa, ale również w sposób humanitarny. W swojej
apelacji napisała, że modernizujący się chiński system prawny powinien
wyznaczać sobie ambitniejsze cele od samego wymierzania kary.
Argumenty, jakimi się posłużyła, spotkały się z wielkim odzewem opinii
publicznej. Taksówkarze i pracownicy biurowi wsłuchiwali się w doniesienia radiowe i zażarcie między sobą dyskutowali. Yang poparła też
grupa ambitnych prawników o podobnych poglądach. Wydarzenia te wpisywały
się w weiquan, ruch obrony praw człowieka, który na początku pierwszej
dekady XXI wieku był już prężnie rozwijającym się zjawiskiem. Stali za
nim odważni prawnicy i idealistycznie nastawieni profesorowie prawa,
którzy uważali, że prawo może być narzędziem służącym do rozliczania
rządu, a nawet zainicjować odśrodkowe reformy systemu komunistycznego.
Wielu adwokatów związanych z ruchem weiquan specjalizowało się w prawie spółek, jednak brali też mniejsze sprawy i reprezentowali
podmioty, których głos często ginął w dynamicznie rozwijających się
Chinach: ludzi wysiedlonych z terenów pod stale rozrastające się
miejskie molochy, matki niezgadzające się z narzucanymi odgórnie
ograniczeniami dzietności. Wspólnym mianownikiem wielu spraw była
również walka o prawa pracownicze robotników z emigracji zarobkowej.
Między Yang a tymi prawnikami istniało niepisane porozumienie, że obie
strony pracują na rzecz tego samego celu: stworzenia bezstronnego
systemu prawnego, który będzie bronił praw jednostki. W debacie
telewizyjnej, w której starli się prawnicy, Yang tłumaczyła, że:
"Egzekwowanie prawa ma w sobie coś bezdusznego, jednak sama istota prawa
jest życzliwa. Potrzeba miłości, by poruszyć czyjąś duszę".
Ostatecznie karę Zhou skrócono i kobieta spędziła za kratami tylko sześć
lat. Wbrew obawom Yang, że sprawa Zhou Moying pogrąży jej karierę, stało
się coś zgoła innego: zapewniła jej ona rozpoznawalność. Dla
przeciętnego Chińczyka Yang stała się twarzą kojarzoną z profesją
prawniczą. Jakiś czas później telewizja państwowa pokazała ceremonię
uhonorowania jej medalem przyznawanym wybitnym pracownikom wymiaru
sprawiedliwości. W wywiadzie udzielonym chińskiej gazecie Yang
powiedziała: "Kiedy się zestarzeję, będę pamiętać nie o tym, ilu ludzi
posłałam na śmierć, ale ilu ocaliłam"10.
Sprawa Zhou Moying okazała się dla Yang wyzwalająca. Przestała obawiać
się działania na przekór obowiązującym zasadom. Od tej pory zawsze już
dążyła wyłącznie do tego, by sprawiedliwości stało się zadość, nie
zważając na polityczne koszty. W 2010 roku, niedługo przed Bożym
Narodzeniem, Zhou wyszła z więzienia. Yang była jedną z pierwszych osób,
które odwiedziła na wolności. Fotograf uchwycił moment, gdy obie kobiety
padają sobie w objęcia i wybuchają płaczem11.
Sprawa Zhou mogła stać się dla Yang początkiem długiej i znakomitej
kariery i uczynić ją jednym z najwybitniejszych prokuratorów w kraju.
Zamiast tego bardzo szybko zaczęła odczuwać pierwsze ukłucia
rozczarowania. Rządy prawa w Chinach nadal pozostawały jedynie w domenie
myślenia życzeniowego. Korupcja była wszechobecna, o czym Yang mogła się
przekonać już od pierwszego dnia pracy w prokuraturze. Potrafiła jednak
trafnie oceniać sędziów, rozpoznawała, jaką mają osobowość, a potem, gdy
przygotowywała swoje wystąpienie na sali rozpraw, kształtowała argumenty
pod nich. Po blisko dwudziestu latach takiej akrobatyki czuła, że z wolna traci zapał do pracy. Nadzieje na rychłe reformy, żywe w kręgach
prawniczych po sprawie Zhou, z wolna blakły.
Pod koniec 2012 roku stanowisko sekretarza generalnego Komunistycznej
Partii Chin objął Xi Jinping i stał się de facto przywódcą kraju.
Niespełna 60-letni Xi, będący synem legendarnego działacza
rewolucyjnego, stał się ulubieńcem w kręgach komunistycznych, jednak
pozostawał praktycznie nieznany poza granicami Chin. Zaledwie rok
wcześniej ściągnął na siebie uwagę jako czołowy kandydat do najwyższego
urzędu w Partii, następnie sprawnie poradził sobie ze swoim głównym
rywalem, Bo Xilaiem, byłym członkiem Biura Politycznego Partii i pupilem
partyjnych elit, po tym jak okazało się, że żona tego ostatniego jest
zamieszana w zamordowanie brytyjskiego biznesmena (w 2013 roku Bo wraz z małżonką zostali uznani za winnych korupcji i skazani na karę
dożywotniego więzienia).
Pomimo znakomitego pochodzenia Xi i jego rodzina bardzo ucierpieli w epoce czystek rewolucji kulturalnej. Xi musiał uciekać z Pekinu i na
siedem lat przeniósł się do prowincji Shaanxi, gdzie pomieszkiwał m.in.
w jaskini w żółtej lessowej skale. Dobitnie zrozumiał, że władza
absolutna prowadzi społeczeństwo do paraliżu, niszczy rodziny i tłumi
potencjał młodych pokoleń. Analitycy spodziewali się zatem, że Xi da się
poznać jako liberalny reformator. Yang oczekiwała, że pod jego rządami
Chiny będą przynajmniej kontynuować kierunek zmian wytyczony przez jego
poprzednika.
Tymczasem dojście do władzy Xi okazało się momentem zwrotnym,
przynoszącym Chinom rewizję wcześniejszych 40 lat, które upłynęły pod
znakiem liberalizmu gospodarczego i politycznego otwarcia się na świat.
Nowego przywódcę Państwa Środka zajmowały przyczyny, które doprowadziły
do upadku ZSRR, i zamierzał za wszelką cenę nie dopuścić do powtórzenia
tamtych błędów. Związek Radziecki istniał 69 lat, nim ostatecznie się
rozpadł. Komunistyczna Partia Chin wkrótce miała osiągnąć podobny staż.
W 2009 roku, jako dyrektor największej szkoły kształcącej partyjne
kadry, Xi zlecił przygotowanie analizy historycznej, która przyniosłaby
odpowiedź na pytanie, dlaczego ZSRR upadło. Winą obarczył przejawiany
przez Sowietów brak kręgosłupa moralnego, który pozwoliłby zdusić głosy
partyjnych zdrajców. "Załamanie się Partii wydarzyło się z dnia na
dzień. Komunistyczna Partia Związku Radzieckiego była proporcjonalnie
liczniejsza od naszej, jednak kadrom zabrakło odwagi, by w porę
zareagować"12.
Pod koniec roku Xi ogłosił rozpoczęcie agresywnej kampanii walki z korupcją. Wielu jego poprzedników postąpiło tak samo, jednak akcja
zainicjowana przez Xi wyróżniała się na ich tle szczególną zajadłością:
przy okazji rozprawy z wszechobecną korupcją nowy przywódca Chin
pozbywał się urzędników powiązanych z jego politycznymi rywalami.
Dojście Xi do władzy miało również bezpośredni wpływ na Yang i stronników reform zmierzających w kierunku rządów prawa. Przykładowo aż
do początku pierwszej dekady XXI wieku Yang i jej koledzy z "frakcji
reform" mogli swobodnie rozwijać koncepty niezawisłości sądowniczej,
które przeniknęły do Chin dzięki kontaktom z amerykańskim i brytyjskim
systemem prawa. Członkowie frakcji komunikowali się ze sobą na
wewnętrznej platformie biura prokuratora o nazwie BBS, stanowiącej coś
pomiędzy blogiem a czatem, która cieszyła się popularnością u zarania
ery Internetu. Do 2015 roku wszystkie fora prawnicze zostały zamknięte.
Yang traciła satysfakcję z wykonywania zawodu. Jej ambicją było
działanie wewnątrz systemu, by zmieniać go od środka i nadawać mu
bardziej ludzką twarz. Praktyka ta przysporzyła jej wrogów. W 2011 roku,
w tym samym, w którym zdobyła laur najlepszego urzędnika wymiaru
sprawiedliwości, przydzielono ją do pracy biurowej, z dala od sali
rozpraw. Teoretycznie był to awans, ale tylko na papierze. Yang miała
świadomość, że tak naprawdę to ostrzeżenie, by zaniechała swoich
działań. Ludzie związani z wymiarem sprawiedliwości zazdrościli jej
poparcia i równocześnie obawiali się, że Yang może ją wykorzystać do
ujawnienia różnych niewygodnych tematów. Koniec końców, powtarzając swój
buntowniczy ruch z lat młodości, postanowiła, że nie przyjmie nowej
posady, i porzuciła pracę w służbie cywilnej. Była wówczas u szczytu
kariery i popularności. W wywiadzie dla chińskiej gazety tłumaczyła:
"Ponieważ odsunięto mnie od sali rozpraw, dalsza praca w prokuraturze
straciła dla mnie sens".
W 2015 roku przeszła na drugą stronę barykady. Oznajmiła, że całkowicie
rozstaje się z państwowym wymiarem sprawiedliwości i odtąd będzie
działać jako adwokatka praw człowieka. Zamiast występować przeciwko tym,
którym zarzucane są czyny przestępcze, będzie teraz ich bronić. Miała 45
lat i gotowa była kolejny raz zacząć od nowa. Zdawała sobie sprawę, że
ruch weiquan, skupiający prawników-aktywistów oraz obrońców praw
człowieka, znajduje się pod coraz silniejszym politycznym ostrzałem.
Liczyła jednak, że w przeciwieństwie do prokuratury nadal jest
przynajmniej nieuwikłany w politykierstwo i nie podlega odgórnym
dyrektywom.
Ta zmiana stron wewnątrz prawniczej profesji umożliwiła jej ponowne
odkrycie starej wersji siebie, którą na przestrzeni lat zostawiła z tyłu. Walce o prawa człowieka bliżej było do pierwotnej misji, z którą
Yang rozpoczynała swoją karierę w prokuraturze. Nadal mogła walczyć o mądrzejszy wymiar sprawiedliwości, który z kolei prowadził do
wykształcenia lepszego, bardziej skorego do ludzkich uczuć
społeczeństwa. Utworzyła organizację pomocową i zaczęła świadczyć
bezpłatną pomoc prawną politycznym dysydentom i innym potrzebującym,
których sprawy dotąd, jako prokuratorka, oceniała zupełnie inaczej. Nowa
praca była wyzwalająca, lecz zarazem niebezpieczna. Kiedy Yang
opowiadała mi o sprawach, którymi się wtedy zajmowała, w jej głosie
słyszałam autentyczną ekscytację.
Jak wyznała, nie obawiała się politycznej zemsty. Spędziła długie lata
wewnątrz tego aparatu bezpieczeństwa, który teraz starał się zastraszyć
oraz poddać obserwacji zarówno ją, jak i jej klientów. To doświadczenie
dawało jej pełną świadomość reperkusji, jakie mogą ją spotkać za zbyt
otwartą krytykę tych instytucji. Ale nowa praca, jak sama twierdzi,
warta była tego ryzyka. Raz spytała mnie: "Dlaczego ryba pływa? Czy
decyduje tu tylko wola przetrwania? Robi to, bo potrzebuje większej
przestrzeni. Jeśli zamkniesz ptaka w klatce i dasz mu dużo jedzenia, on
i tak skorzysta z pierwszej okazji, by uciec. Ludzie też potrzebują żyć
w świecie, który ich nie ogranicza i zapewnia im wolność". Wkrótce życie
miało poddać próbie jej przywiązanie do ruchu obrony praw człowieka.
Kiedy na skrzynkę mailową oraz komunikator WeChat prawnika Rena Quanniu
zaczęły lawinowo docierać wiadomości, w pierwszym odruchu je zignorował.
Jeden z kolegów radził mu: "Natychmiast wyjedź za granicę". Ale Ren
niespecjalnie się przejął. Jako adwokat stale żył ze świadomością, że
każdego dnia może zostać aresztowany. Był 9 czerwca 2015 roku, a społeczność niezależnych prawników mówiła tylko o jednym: rankiem nagle
przepadła bez wieści ich koleżanka po fachu Wang Yu. Po odwiezieniu męża
i nastoletniego syna na lotnisko wróciła do swojego mieszkania w Pekinie
i odkryła, że nie działa światło: pod jej nieobecność ktoś odłączył prąd
i Internet. Niedługo potem jej znajomi zaczęli dostawać od niej
wiadomości, z których wynikało, że jacyś nieznani jej mężczyźni próbują
wyważyć drzwi i dostać się do mieszkania. Od tamtej pory słuch o niej
zaginął.
Jej koledzy, łącznie z Renem, martwili się, ale zarazem mieli
świadomość, że Wang liczyła się z tym, iż prędzej czy później może dojść
do takiej sytuacji. Społeczność niezależnych prawników walczących o prawa człowieka w Chinach swoim modus operandi uczyniła testowanie, co
jest politycznie dopuszczalne, a co nie. Adwokaci skupieni w tej grupie
celowo brali na warsztat demonstracyjnie problematyczne sprawy, w których reprezentowali interesy kobiet, przedstawicieli mniejszości
etnicznych, religijnych oraz innych grup traktowanych przez rząd chiński
po macoszemu. W tę pracę niejako z założenia wpisane było ogromne
ryzyko.
Poza tym akurat w dniu zniknięcia Wang Ren myślami był zupełnie gdzie
indziej. Przygotowywał się do wystąpienia w obronie dziewięciorga
praktyków Falun Gong. Osoby te zostały aresztowane w Cangzhou, mieście w prowincji Hebei na północy kraju. Istniało podejrzenie, że były
torturowane. Zarzucano im członkostwo w parareligijnej szkole medytacji,
którą władze w Pekinie uznają za groźną sektę. Sąd okręgowy leżącego na
wschodzie prowincji Cangzhou od ponad roku zwlekał z procesem, tłumacząc
to koniecznością gruntownej weryfikacji życiorysu każdego z dziesięciu
adwokatów występujących w sprawie, łącznie z Renem. W lipcu tego roku
sąd w końcu zgodził się rozpatrzyć sprawę i wyznaczył datę rozprawy. Ren
przygotowywał się mentalnie do zadania: czekały go regularne podróże
między Zhengzhou w centralnych Chinach, gdzie mieszkał, a prowincją
Hebei.
Ale planowana podróż nigdy nie doszła do skutku. Nazajutrz, około
godziny dwudziestej drugiej, Rena obudził telefon. Dzwoniący
przedstawiciel urzędu bezpieczeństwa w Zhengzhou zażądał, by Ren
niezwłocznie stawił się na rozmowę. Adwokat odpowiedział z wyuczoną
nonszalancją: "Czy wam w tych urzędach obce są ludzkie odruchy? Czy nie
sypiacie w nocy? Czy ta sprawa naprawdę nie może zaczekać do rana?".
Uznał, że skoro ma zostać aresztowany, wolałby się najpierw porządnie
wyspać. Ale pracownik urzędu był nieugięty. Po wstaniu z łóżka adwokat
sprawdził, czy ktoś jeszcze nie próbował się z nim skontaktować. Ze
zdziwieniem odkrył wtedy, że jego komunikator WeChat, cieszący się
wielką popularnością w Chinach, dosłownie pęka w szwach od
nieodczytanych wiadomości: tej nocy w całym kraju setki adwokatów
walczących o prawa człowieka przepadło bez wieści. Służby zatrzymywały
jego kolegów po fachu na lotniskach, gdy zamierzali wsiąść do samolotu,
wyciągały z pokojów hotelowych, zwabiały na spotkania w kawiarni, gdzie
niczego niepodejrzewającemu prawnikowi zarzucano na głowę worek i wywożono w nieznane miejsce. Była to szeroko zakrojona, skoordynowana
akcja.
Przesłuchanie Rena na posterunku policji trwało całą noc. Urzędnicy z prowincjonalnego wydziału Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwa na
przemian krzykiem oskarżali go o zdradę Chińskiej Republiki Ludowej i szpiegowanie dla obcych mocarstw. W pewnym momencie jeden z policjantów
rzucił się na Rena z pięściami. Tłukł go i wrzeszczał, że ten zdradził
Chiny, dopóki nie powstrzymał go kolega.
Przez cały ten czas Ren zachowywał spokój. Karierę prawniczą zawdzięczał
nieustępliwości, a pozycję w społeczności weiquan zapewniło mu właśnie
opanowanie, z którego słynął. Jego rodzice, rolnicy, spodziewali się, że
zostanie na wsi i całe życie będzie uprawiał ziemię, podobnie jak jego
brat. Ale Ren miał buntowniczą naturę. Na początku próbował swoich sił
jako śpiewak operowy, ten drobny mężczyzna dysponował bowiem donośnym
basem. Zrezygnował z kariery operowej, gdy odkrył, że występy sceniczne
budzą w nim przerażenie. W wieku dwudziestu paru lat całkiem przypadkiem
zainteresował się prawem: pewnego dnia na chodniku znalazł gazetę z reklamą szkoły prawniczej i pod wpływem impulsu zapisał się na zajęcia.
Ponieważ musiał imać się dorywczych prac, żeby mieć z czego opłacić
czesne, niewiele czasu zostawało mu na naukę. W rezultacie do egzaminu
adwokackiego podchodził trzy razy, ale w końcu się udało. W rozmowie ze
mną stwierdził: "Dążę do wolności, a nie wygody". Nie miał złudzeń co do
wpływu, jaki na system może wywrzeć działalność weiquan: "Jesteśmy
bandą idealistów. Będziemy ciężko pracować na rzecz zbudowania rządów
prawa i demokracji. Nawet jeśli nasz wkład będzie niewielki, i tak
warto".
Kiedy nazajutrz został zwolniony, zrozumiał skalę tego, co się
wydarzyło. Od 9 lipca zatrzymano lub aresztowano ponad trzystu
adwokatów, asystentów prawnych oraz członków rodzin prawników. I tak z dnia na dzień ruch obrony praw człowieka, pozbawiony swoich
najważniejszych działaczy, de facto przestał istnieć. Adwokaci
weiquan zdawali sobie sprawę, że prawo jest bronią, i zależało im na
tym, by przedstawiciele najbardziej marginalizowanych grup w chińskim
społeczeństwie mogli skutecznie władać tym orężem i domagać się
respektowania praw gwarantowanych przez konstytucję. Ostatecznie jednak
właśnie to prawo okazało się ich końcem. Rząd w Pekinie skierował ostrze
tej samej broni, którą dotychczas tak sprawnie władali, przeciwko nim.
Zarzuty, jakie im stawiano, były poważne: między innymi działalność
wywrotowa.
Fala aresztowań była pierwszym tak jednoznacznym sygnałem, że nowy
przywódca Chin nie jest reformistą. Wydarzenia te, które do historii
przeszły pod nazwą Pogromu 709 (w nawiązaniu do daty akcji), oznaczały
również, że era, gdy garstka zdeterminowanych naukowców, dziennikarzy,
prawników i działaczy walczących o prawa obywatelskie mogła domagać się
rządów prawa i odpowiedzialności socjalistycznego rządu chińskiego za
wprowadzane przez niego regulacje, dobiegła końca. Tolerancja władz
wobec ludzi pokroju Rena, Wang Yu czy Yang Bin się wyczerpała. Wszyscy
oni postulowali alternatywną wizję przyszłości dla Chin - taką, która
nie kwestionowała przewodniej roli Partii, lecz oczekiwała, że
przestrzegać ona będzie zapisów konstytucji i dopuszczać odmienne punkty
widzenia i różnorodne tożsamości.
Dopiero teraz Ren w pełni pojął, jak naiwne były te nadzieje. "W tym
kraju wszelka niezależność traktowana jest jak przestępstwo. To
straszne", powiedział, gdy sześć lat po rozbiciu ruchu weiquan
spotkaliśmy się na lunchu. Wybraliśmy bar niedaleko jego kancelarii
adwokackiej w Zhengzhou i zamówiliśmy zupę z makaronem. "Rozumie to
wielu ludzi w Chinach, ale wolą się nad tym nie zastanawiać, bo na
bieżąco stale muszą radzić sobie z wyzwaniami, jakie stawia przed nimi
życie. W efekcie nie mają odwagi, albo im się nie chce, zajmować
bardziej skomplikowanymi kwestiami". Nawet tym, którzy pracowali w państwowych instytucjach wymiaru sprawiedliwości, jak chociażby Yang
Bin, niełatwo było ogarnąć rozumem skalę i znaczenie Pogromu 709.
W tym nowym świecie, po Pogromie, druga kariera Yang Bin, jako adwokatki
walczącej o prawa człowieka, nie trwała długo. Minister sprawiedliwości
nagle stracił cierpliwość dla jej nieszablonowego stylu pracy. W 2019
roku Yang przyjęła sprawę, w której reprezentować miała mieszkańców
wioski w południowo-zachodniej prowincji Yunnan, domagających się od
państwa rekompensaty za zajęcie ich ziemi. Ministerstwo sprawiedliwości
ostrzegało Yang, by nie zabierała publicznie głosu w tej sprawie. Ona
jednak nic sobie z tego nie zrobiła i opublikowała w Internecie tekst w obronie praw własności jej klientów. Zatrudniająca ją kancelaria
adwokacka z dnia na dzień rozwiązała z nią umowę. Władze zawiesiły jej
prawo do wykonywania zawodu, dopóki nie znajdzie nowego pracodawcy.
Po jakimś czasie angaż zaproponowała jej kancelaria w Pekinie, ale wtedy
ministerstwo sprawiedliwości odmówiło spotkania z Yang i odrzuciło jej
podanie o przywrócenie prawa do wykonywania zawodu. Drzwi adwokatury
pozostały już dla niej na zawsze zamknięte, ale to jej nie powstrzymało.
Kiedy spotkałam się z nią po raz pierwszy, była świeżo po wyczerpującej
podróży do Kuejczou, prowincji w południowo-zachodnich Chinach, gdzie
zabiegała o spotkanie z trojgiem dzieci Wang Zanga, poety
przetrzymywanego za publikację niepoprawnych politycznie wierszy. Na
spotkanie ze mną przyszła obolała po przesłuchaniu na posterunku
policji, gdzie przez siedem godzin siedziała z rękami skutymi na
plecach.
Siłę do działania czerpała z nieustępliwości innych prawników walczących
o prawa człowieka. Jednym z nich był Xu Zhiyong. Poznali się na
bankiecie zorganizowanym w jednej z ambasad na terenie Pekinu. O Xu,
wojowniczo nastawionym działaczu politycznym, zrobiło się głośno na
całym świecie, gdy w 2010 roku powołał do istnienia luźną koalicję grup
aktywistów, której później nadał nazwę Nowy Ruch Obywatelski (New
Citizens' Movement). Wśród współzałożycieli byli konstytucjonaliści i prawnicy walczący o prawa człowieka, a w szeregi organizacji wchodzili
zarówno aktywiści środowiskowi działający oddolnie na terenach
wiejskich, jak i siwowłosi naukowcy. Łączyło ich przekonanie, że każdy
obywatel powinien mieć prawo i środki, by domagać się transparentności i sprawiedliwości ze strony rządu.
Yang podziwiała odwagę i nieustępliwość Xu - zwłaszcza w sytuacji, gdy
kluczowi członkowie Nowego Ruchu Obywatelskiego byli po kolei wyłapywani
przez policję. Wiedziała, ile wysiłku kosztuje buntowanie się rok za
rokiem. Jak się okazało, para miała wspólnych znajomych. Xu pracował
kiedyś jako obrońca dla Sun Dawu, przedsiębiorcy-idealisty, twórcy
wartego miliard dolarów konglomeratu rolniczego13. Sun
otwarcie przyznawał się do fascynacji Platonem, szczególnie jego ideą
króla-filozofa, a sam siebie uważał za myśliciela, który za dnia zajmuje
się uprawą roli, w nocy zaś oddaje się dysputom na temat reform
politycznych i wykorzystania obszarów wiejskich. Na początku pierwszej
dekady XXI wieku Xu i Yang należeli do grona gości, których Sun
zapraszał na mające służyć wymianie myśli spotkania, organizowane od
czasu do czasu w jego posiadłości w rolniczej prowincji Hebei, na
rogatkach Pekinu.
W 2018 roku Xu kończył 4-letnią odsiadkę za "zakłócanie porządku
publicznego". Po wyjściu na wolność momentalnie przystąpił z powrotem do
działalności pisarskiej, tym razem za cel biorąc Xi Jinpinga. Wybuch
epidemii nieznanego wcześniej koronawirusa, który miał miejsce dwa lata
później, dostarczył mu dodatkowego materiału do jadowitej krytyki
chińskich elit politycznych. W jednym ze swoich wpisów w Internecie,
opublikowanym 4 lutego 2020 roku, Xu skrytykował sposób, w jaki władze
reagują na wybuch epidemii, i wezwał przywódcę Chin do ustąpienia: "W czasach kryzysu politycy powinni działać w sposób opanowany, jednak ty
swoimi działaniami dowodzisz tylko bezradności. Dokąd zmierzają Chiny
pod twoim przewodnictwem? W stronę demokracji czy dyktatury?
Modernizacji czy rewolucji kulturalnej?"14.
Xu jako liberalny aktywista zawsze dążył do prowokacji - był impulsywny,
wygadany i bezkompromisowy. Yang natomiast cechowały opanowanie,
skłonność do działania według długoterminowego planu i cierpliwość,
którą wykształciły w niej lata pracy z biurokratami. Krótko mówiąc, było
mało prawdopodobne, żeby tych dwoje się zaprzyjaźniło. I właśnie
dlatego, gdy policja znów zaczęła deptać Xu po piętach, ten postanowił
ukryć się w ostatnim miejscu, w jakim władzom przyjdzie na myśl go
szukać: w domu Yang.
Problemy Xu zaczęły się dzień po Bożym Narodzeniu w 2019 roku. Tego dnia
on i kilkoro jego towarzyszy ze starej gwardii, ocalałych po rozbiciu
przez władze Nowego Ruchu Obywatelskiego, jak wiele razy wcześniej
spotkali się na obiedzie w domu przyjaciela z dawnych czasów w portowym
mieście Xiamen15. Wznosili toasty za nadchodzący nowy rok i dzielili się opowieściami o trudnościach, z jakimi przyszło im się
mierzyć w ostatnich dwunastu miesiącach. Wywiązała się też nieformalna
dyskusja na temat przyszłości działalności na rzecz praw człowieka w Chinach. Wnioski nie napawały optymizmem: wszystko wskazywało na to, że
szanse na powodzenie takich wysiłków są nikłe. Ale najgorsze miało
dopiero nadejść. Parę dni po spotkaniu czworo z jego uczestników zostało
aresztowanych: władze potraktowały spotkanie i wspólny posiłek jako
naradę, na której aktywiści omawiali strategię działania. Xu siedział w pociągu wiozącym go z powrotem do Pekinu, gdy jego telefon zalały
wiadomości o aresztowaniu przyjaciół. Bez wahania wysiadł na najbliższej
stacji i rzucił się do ucieczki.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki