Za kwadrans pierwsza, w pełnej napięcia chwili,
kiedy długie oczekiwanie uwieńczone zostało wreszcie sukcesem
i w bezbarwnym dotąd płomieniu palnika Bunsena rozbłysła nagle
przepiękna, szmaragdowa smuga - na podwórku sąsiedniej kamienicy
rozległy się dźwięki katarynki. W tym samym momencie, za piętnaście
pierwsza, runęła w proch i pył cała powaga triumfu naukowego
eksperymentu, który miał udowodnić, i rzeczywiście udowodnił,
iż odczyn chemiczny jest w stanie zabarwić ogień. Był ciepły,
marcowy dzień i przez szeroko otwarte okno, wraz z powiewem wiatru,
napłynęły do klasy radosne tony. Jakiś kataryniarz zagrał bowiem
skoczną, węgierską melodię w tak marszowym rytmie, że uczniowie
z trudem powstrzymali śmiech. Kilku chłopców nie opanowało zresztą
wesołości. W palniku Bunsena nadal figlarnie migotał zielony wężyk,
ale teraz wpatrywało się w niego zaledwie kilku chłopców z pierwszych
ławek. Pozostali skupili uwagę na dachach sąsiednich domów i na
błyszczącej w oddali, oświetlonej słońcem wieży kościelnej. Duża
wskazówka kościelnego zegara radośnie zbliżała się do cyfry
dwanaście. Prysło zatem skupienie i wraz z melodią katarynki zaczęły
docierać do klasy również inne dźwięki. Trąbiły i turkotały
tramwaje konne, a na jednym z podwórek jakaś dziewczyna, zapewne
służąca, nuciła zupełnie inną melodię niż ta, którą wygrywał
kataryniarz. Cała klasa zaczęła się wiercić i kręcić. Część
uczniów porządkowała w ławkach książki, inni starannie wycierali
stalówki. Boka zakręcił malutki, obciągnięty pokrowcem z czerwonej
skórki kałamarz kieszonkowy, tak sprytnie skonstruowany, że atrament
wylewał się natychmiast po schowaniu kałamarza do kieszeni. Czele
zbierał porozrzucane kartki, które zastępowały mu książki, bo
przecież elegantowi - za jakiego się uważał - nie wypadało nosić
ze sobą całej biblioteki. Zabierał więc do szkoły tylko luźne,
powyrywane z książek kartki potrzebne na daną lekcję. Rozkładał
starannie te kartki po różnych kieszeniach, aby żadnej nie wypychać
ponad miarę. Czonakosz w ostatniej ławce ziewał potężnie, niczym
zaspany hipopotam, a Weiss wysypywał z kieszeni okruchy po rogalu, który
po kawałeczku łamał i zajadał od dziesiątej aż do dwunastej. Gereb
zaczął szurać nogami, jakby lada chwila miał wstać, Barabasz zaś,
bez żenady rozłożył na kolanach ceratową płachtę i układał
w niej książki podług wielkości, po czym z taką siłą ściągnął
je paskiem, że aż ławka skrzypnęła, a on sam poczerwieniał. Jednym
słowem wszyscy gorączkowo przygotowywali się do opuszczenia szkoły
i tylko nauczyciel nie zdawał sobie sprawy, że już za pięć minut
kończy się lekcja. Uniósł głowę, łagodnym spojrzeniem zlustrował
klasę i zapytał:
- Co się stało?
Zapadła martwa cisza. Barabasz zmuszony był
poluzować pasek, Gereb przestał szurać nogami, Weiss wepchnął
wywrócone na lewą stronę kieszenie, Czonakosz zakrył dłonią
rozdziawione usta, Czele przestał układać karteluszki, Boka zaś
schował do kieszeni kałamarz, z którego natychmiast zaczął się
sączyć i plamić spodnie piękny, niebieski atrament.
- Co się stało? - powtórzył nauczyciel, ale
wszyscy już tkwili nieruchomo na swoich miejscach. Profesor spojrzał
w okno, przez które figlarnie wdzierały się do klasy dźwięki katarynki,
i powiedział surowym tonem:
- Czengey, zamknij okno!
Mały Czengey, który był pierwszym z najpierwszych
prymusów i siedział w pierwszej ławce, podniósł się i z poważną,
jak zawsze, miną ruszył w stronę okna, żeby je zamknąć.
W tej samej chwili siedzący na skraju Czonakosz
wychylił się z ławki i szepnął do małego jasnowłosego
chłopca:
- Uwaga, Nemeczek!
Nemeczek spojrzał ukradkiem do tyłu, po czym
natychmiast przeniósł wzrok na podłogę. Po podłodze toczyła
się właśnie zwinięta kulka papieru. Nemeczek podniósł ją,
rozprostował. Po jednej stronie karteczki było napisane: "Podaj
dalej do Boki".
Nemeczek wiedział, że właściwa wiadomość
znajduje się na drugiej stronie kartki, ale jako człowiek honoru nie
zamierzał czytać cudzego listu. Dlatego ponownie zwinął kartkę
w kulkę, poczekał na właściwy moment i wychyliwszy się z rzędu,
szepnął:
- Uwaga, Boka!
Teraz Boka spojrzał na podłogę, która jak zawsze
pełniła rolę szlaku komunikacyjnego podczas lekcji. Papierowa kulka
potoczyła się dalej. Na drugiej stronie kartki, na tej, której Nemeczek
jako człowiek honoru nie przeczytał, było napisane: "Dziś o trzeciej
zbiórka na Placu. Wybieramy przewodniczącego. Ogłosić".
Boka schował karteczkę do kieszeni i jeszcze raz
ściągnął paskiem spakowane książki. Była pierwsza. Elektryczny
zegar zaczął brzęczeć i teraz również nauczyciel zdał sobie
sprawę, że oto lekcja dobiegła końca. Zgasił palnik Bunsena, zadał
pracę do domu i udał się do pracowni przyrodniczej. Zza uchylonych
drzwi gabinetu przyrodniczego wyzierały wypchane zwierzęta, z półek
gapiły się swymi nieruchomymi, szklanymi oczyma rzędy wypchanego
ptactwa, a w kącie cicho i dostojnie stał pożółkły, wiecznie
tajemniczy i groźny kościotrup.
Klasa opustoszała niemal natychmiast. Przestronna,
zdobiona kolumnami klatka schodowa zadudniła od dzikiego galopu,
który słabł tylko wówczas, gdy wśród młodzieży pojawiała
się nagle wysoka, górująca nad tłumem sylwetka któregoś
z nauczycieli. Pędzący na złamanie karku chłopcy hamowali wtedy
w biegu, na sekundę zapadała cisza, a gdy profesor znikał za zakrętem,
szaleńczy wyścig rozpoczynał się od nowa.
Tłum chłopców niczym rwący potok wylewał się
przez bramę i tu dopiero rozdzielał się na dwa nurty. Jedni szli
w prawo, drudzy w lewo. Uczniowie kłaniali się wychodzącym wraz z nimi
nauczycielom, zmęczeni i głodni kroczyli powoli zalanymi słońcem
ulicami. Byli jeszcze trochę oszołomieni, ale pod wpływem radośnie
ożywionej ulicy stopniowo otrząsali się z otępienia. Pławili się
w słońcu jak wypuszczeni na wolność mali więźniowie, zanurzali
w głąb ruchliwego i hałaśliwego miasta, które nie było dla nich
niczym innym jak tylko labiryntem ulic, sklepów, powozów i torowisk
tramwajów konnych, wśród których należało wybrać ścieżki wiodące
do domów.
W bramie sąsiadującego ze szkołą domu Czele
targował się zawzięcie ze sprzedawcą wschodnich łakoci, który ni
stąd, ni zowąd w bezczelny wprost sposób podniósł nagle ceny. Jak
świat światem wiadomo było, że kawałek chałwy kosztował do tej
pory jednego grajcara. Był to mały kawałek, akurat taki, jaki jednym
uderzeniem tasaka można było odrąbać z dużego, porowatego bloku
nadzianej orzechami białej chałwy. I taki właśnie kawałek kosztował
jednego grajcara; jeden grajcar stanowił w zasadzie podstawową
cenę wszystkiego, co było do kupienia na straganie pod bramą. Za
grajcara można było więc dostać trzy zanurzone w syropie śliwki
nadziane na drewniany patyczek, trzy figi albo trzy orzechy. Grajcara
kosztowała również porcja pańskiej skórki, laseczek lukrecji lub
sezamek. Ba, za grajcara kupowało się porcję zapakowanej w małą,
papierową torebeczkę przepysznej mieszanki zwanej "uczniowskim
obrokiem". Były tam orzeszki laskowe, rodzynki koryntki, migdały,
kawałeczki cukru, okruchy chleba świętojańskiego, a także sporo
śmieci i muszek. Na "uczniowski obrok" składał się więc pełny
zestaw wyrobów cukierniczych, a także elementy świata roślinnego
i zwierzęcego. I to wszystko za grajcara! Czele targował się zaciekle
ze sprzedawcą bakalii, co niechybnie oznaczało, że kupiec podniósł
dziś ceny. Kto zna prawa rządzące handlem, ten dobrze wie, że ceny
rosną również i wtedy, gdy transakcje połączone są z ryzykiem.
I tak na przykład najdroższa jest herbata, którą sprowadza się z Azji
karawanami ciągnącymi przez tereny pełne zbójców. Za to właśnie
niebezpieczeństwo muszą później płacić mieszkańcy zachodniej
Europy. Sprzedawca bakalii, zgodnie z powyższą regułą, wykazał
duży zmysł handlowy i podniósł ceny, ponieważ dowiedział się,
że chcą go przepędzić z bramy w pobliżu szkoły. Wiedział też
doskonale, że jeśli już postanowiono go przepędzić, to nie pomogą
najsłodsze nawet uśmiechy kierowane do przechodzących obok panów
profesorów. Tak czy owak przepędzą go, bo widzą w nim wroga.
"Dzieci tracą wszystkie pieniądze na straganie
tego Włocha" - mówili nauczyciele. Wiedział biedak, że dni jego
kramu w pobliżu szkoły są policzone. A więc podniósł ceny. Jeśli
już musi stąd odejść, to przynajmniej niech sobie odbije straty. Co
też szczerze powiedział:
- Do tej pory wszystko kosztowało grajcara. Ale
od dziś będzie dwa grajcary!
A że był Włochem, przeto wystękał te
słowa łamaną węgierszczyzną, dziko przy tym wymachując swym
toporkiem. Wtedy Gereb podszepnął Czelemu:
- Rąbnij kapeluszem w ten kram!
Czele był zachwycony pomysłem. W to mu
graj! Łakocie pofrunęłyby na lewo i prawo! Chłopcy by się cieszyli!
A Gereb kusił jak zły duch:
- Walnij no kapeluszem! A to chytrus! Żeby tak
z nas zdzierać!
Czele zdjął kapelusz z głowy.
- Takim ładnym kapeluszem? - zawahał
się.
Nie udało się. Gereb skierował swoją propozycję
pod zły adres. Czele był przecież elegantem.
- Kapelusza ci żal? Kapelusza? - nacierał
Gereb.
- A żebyś wiedział - odpowiedział Czele. -
Ale nie myśl, że tchórzę. Wcale się nie boję, kapelusza mi szkoda.
I mogę ci to udowodnić. Jak chcesz, to rąbnę twoim!
Dla Gereba była to propozycja nie do
przyjęcia. Poczuł się urażony i warknął ze złością:
- Sam potrafię rzucić swoim kapeluszem. Toż to
zdzierus. A ty, jak się boisz, to uciekaj.
I zdecydowanym, wojowniczym gestem zdjął kapelusz,
żeby uderzyć nim w zastawiony słodyczami, oparty na krzyżakach
stół.
Ale w tej samej chwili ktoś złapał go z tyłu za
rękę i poważnym, niemal męskim głosem zapytał:
- Co ty robisz?
Gereb obejrzał się. Za nim stał Boka.
- Co robisz? - powtórzył Boka, spokojnie
i łagodnie patrząc na Gereba.
Gereb mruknął niczym lew, gdy poskromiciel
spoglądał mu w oczy. Opanował się jednak, wzruszył ramionami
i włożył kapelusz na głowę. Boka odezwał się cicho:
- Daj mu spokój. Lubię odważnych, ale
to, co chciałeś zrobić, nie miało przecież najmniejszego
sensu. Chodź!
I podał mu rękę. Całą zaplamioną atramentem.
Z kałamarza bowiem sączył się obficie ciemnoniebieski atrament, a Boka,
niczego nie podejrzewając, trzymał rękę w kieszeni. Nie przejęli się
tym jednak zbytnio. Boka wytarł rękę o mur, w wyniku czego na ścianie
powstała wprawdzie ciemna smuga, ale ręka Boki wcale nie zyskała na
czystości. Niemniej cała ta sprawa została zakończona. Boka ujął
Gereba pod ramię i ruszyli przed siebie. Zostawili małego Czelego
przy straganie i usłyszeli jeszcze, jak zdławionym głosem pokonanego
buntownika zwrócił się do Włocha:
- Jak już od tej pory wszystko ma być za dwa
grajcary, to poproszę chałwy za te dwa grajcary.
I sięgnął po swoją portmonetkę z delikatnej
zielonej skórki. Sprzedawca uśmiechnął się i zaczął myśleć
o tym, co by się stało, gdyby od jutra wszystko sprzedawać po trzy
grajcary... Ale były to tylko mrzonki. Ot, takie marzenie, że nagle
każdy forint wart jest sto forintów! Włoch energicznie ciachnął
tasakiem blok chałwy i położył odcięty kawałek na papierze.
Czele spojrzał z goryczą:
- Ależ dał mi pan mniejszy kawałek niż przedtem
za jednego grajcara!
Handlowy sukces uczynił Włocha bezczelnym.
Z uśmiechem odpowiedział:
- Teraz jest drożej, to daję mniej.
I już zwrócił się do następnego klienta,
który nauczony doświadczeniem poprzednika trzymał w ręku dwa
grajcary. Włoch ciachnął małym tasakiem słodką masę, a zrobił
to w sposób przypominający jakiegoś średniowiecznego kata, który
po kawałeczku odcina karzełkowi orzechową głowę. Włoch wyraźnie
mścił się na chałwie.
- Tfu! - powiedział ze złością Czele do
kolejnego nabywcy. - Nie kupuj u niego, bo to paskarz.
I włożył do ust cały kawał chałwy, razem
z przylepionym mocno papierem, którego zupełnie nie dało się
oderwać.
- Zaczekajcie! - krzyknął i pędem ruszył za
Boką i Gerebem.
Dogonił ich na rogu i już razem skręcali w stronę
ulicy Soroksari. Wszyscy trzej wzięli się pod ręce. W środku szedł
Boka i coś im tłumaczył, jak zwykle - spokojnie i rozważnie. Boka
skończył czternaście lat i miał jeszcze chłopięcą twarz. Dopiero
kiedy się go słuchało, wydawał się starszy.
Miał głęboki, spokojny i łagodny głos. A to, co
mówił, było równie spokojne i rozważne. Boka ważył bowiem słowa
i nigdy nie okazywał chęci do rozmów o byle czym. Nie wtrącał
się w drobne kłótnie, unikał ich nawet wtedy, gdy proszono go
o rozsądzenie sporu. Dobrze wiedział, że po rozstrzygnięciu kłótni
jedna ze stron i tak będzie czuła żal, i to właśnie do rozjemcy. Ale
gdy spór zaostrzał się, zamieniał w awanturę i groził interwencją
nauczycieli, wówczas Boka włączał się natychmiast, aby pogodzić
zwaśnione strony ku ogólnemu, zresztą, zadowoleniu. Jednym słowem Boka
był mądrym chłopcem i zapowiadał się na wartościowego i prawego
człowieka, który jeśli nawet daleko nie zajdzie, to przecież nigdy
nie zawiedzie zaufania.
Z ulicy Soroksari chłopcy skręcili w spokojną
uliczkę Kóztelek. Przyjemnie grzało wiosenne słońce i tylko
ciche posapywanie maszyn fabryki tytoniu, ciągnącej się wzdłuż
chodnika, mąciło panującą tu ciszę. W dali ujrzeli sylwetki dwóch
chłopców. Stali na środku jezdni i wyraźnie na nich czekali. Jednym
z nich był wysoki i silny Czonakosz, drugim - mały, jasnowłosy
Nemeczek.
Kiedy Czonakosz spostrzegł zbliżającą się
trójkę chłopców, gwizdnął z radości na palcach przenikliwie
niczym lokomotywa. Było to zresztą jego specjalnością. Nikt
w czwartej klasie nie potrafił tak gwizdać, ba, w całej szkole
znalazłoby się zaledwie kilku chłopców, którzy choć trochę umieli
naśladować takie furmańskie gwizdanie. Jedynie przewodniczący kółka
samokształceniowego, Cynder, potrafił tak wspaniale gwizdnąć, ale
kiedy wybrano go na przewodniczącego, zaniechał tej sztuki. Od chwili
wyboru Cynder nie wkładał już dwóch palców do ust. Przewodniczącemu
kółka, który co środę po południu zajmował na katedrze miejsce
obok profesora języka węgierskiego, nie wypadało przecież tak się
zachowywać.
Czonakosz gwizdnął więc, a kiedy koledzy
podeszli bliżej i zatrzymali się na środku ulicy, zwrócił się do
jasnowłosego Nemeczka:
- Już im mówiłeś?
- Nie - odparł Nemeczek.
- A co się stało? - zapytała chórem cała
trójka. Zamiast małego blondynka odpowiedział Czonakosz:
- Wczoraj w ogrodeum znów zrobili
einstand!
- Kto?
- A któż by, jak nie bracia Pastorowie!
Zapadło głuche milczenie.
Żeby to zrozumieć, trzeba wiedzieć, co znaczyło
owo słówko einstand w mowie budapeszteńskich
dzieci. Otóż, kiedy w czasie gry w szklane kulki, stalówki lub pestki
jakiś silniejszy chłopiec dostrzegł słabszego od siebie i chciał mu
zabrać zabawki, to po prostu mówił: einstand! To
obrzydliwe niemieckie słowo oznaczało, że silniejszy chłopiec uznaje
kulkę czy stalówkę za łup wojenny, a w wypadku sprzeciwu zastosuje
przemoc fizyczną. Było więc także wypowiedzeniem wojny. Słowo
einstand krótko i zwięźle wyrażało przemoc,
prawo pięści, rozbój, stan wojenny.
Pierwszy odezwał się Czele. Głos drżał mu
z przejęcia:
- Zrobili einstand!
- Tak - odpowiedział już znacznie śmielej mały
Nemeczek, widząc, jak wielkie wrażenie wywarła ta wiadomość.
- Tak dłużej być nie może! - wybuchnął
Gereb. - Od dawna już mówię, że musimy działać, ale Boka krzywi
się tylko i nic nie robi. Jeżeli tak dalej pójdzie, to wreszcie
i nas pobiją!
Czonakosz już wkładał dwa palce do ust, żeby
gwizdnąć z radości, bo zawsze był gotów do wszczęcia bijatyki,
ale Boka powstrzymał go.
- Nie ogłuszaj nas - powiedział. I z powagą
zwrócił się do małego blondynka.
- Jak to było?
- Ten einstand?
- Tak. Kiedy to się stało?
- Wczoraj po południu.
- Gdzie?
- W ogrodeum.
Tak nazywano przylegający do muzeum ogród.
- Opowiedz, jak to było, dokładnie, po kolei,
bo żeby przeciw nim wystąpić, musimy znać fakty...
Mały Nemeczek uświadomił sobie, że oto skupia się
na nim cała uwaga kolegów. Była to dla niego rzadka okazja i dlatego
zdenerwował się. Chłopcy traktowali go zwykle jak powietrze. Był za
hetkę-pętelkę, nie liczył się, jak jedynka w matematyce, która ani
mnoży, ani dzieli. Nikt się nie przejmował tym szczupłym, wątłym
chłopcem, jakby stworzonym na kozła ofiarnego. Nemeczek zaczął
mówić i koledzy otoczyli go ciasnym kołem.
- To było tak... Po obiedzie poszliśmy
do ogrodeum, Weiss i ja, byli z nami jeszcze Rychter, Kolnay
i Barabasz. Najpierw chcieliśmy grać w palanta na ulicy Eszterhazy,
ale piłkę mieli chłopcy ze szkoły realnej, a oni nie chcieli
z nami grać. Wtedy Barabasz powiedział, żebyśmy poszli do ogrodeum
i zagrali pod murem w kulki. I tak zrobiliśmy. Każdy z nas rzucał
kulką, a ten któremu udało się trafić w drugą kulkę, zabierał
wszystkie. Rzucaliśmy kolejno i pod murem leżało już z piętnaście
kulek, wśród nich dwie szklane, kiedy nagle Rychter krzyknął: "No,
to koniec, idą Pastorowie!". Rzeczywiście zza rogu wyłonili się
Pastorowie z rękami w kieszeniach. Szli z pochylonymi głowami,
tak wolno, że wszyscy bardzo się przestraszyliśmy. Było nas
wprawdzie pięciu, ale oni są tacy silni, że w dwójkę załatwiliby
nawet dziesięciu. Zresztą nie można było zakładać, że jest
nas pięciu, bo jak się coś dzieje, to Kolnay zaraz ucieka,
Barabasz także, no więc zostałoby nas tylko trzech. Pewnie
ja też bym uciekł, więc trzeba liczyć, że zostałoby tylko
dwóch. Gdyby cała piątka próbowała uciec, to też nic z tego, bo
Pastorowie są najlepszymi biegaczami w całym ogrodeum i dogoniliby
nas. Pastorowie podchodzili coraz bliżej i przypatrywali się
naszym kulkom. Szepnąłem wtedy do Kolnaya: "Słuchaj, im się
podobają nasze kulki". Najmądrzejszy był Weiss, który od razu
powiedział: "Idą sobie jakby nigdy nic, ale mówię wam, że
z tego będzie tylko jeden wielki einstand!". Ale
ja myślałem, że nie zrobią nam żadnej krzywdy, bo przecież my
im nigdy nic złego nie zrobiliśmy. Najpierw stanęli tylko obok,
wcale nas nie zaczepiali i patrzyli, jak gramy. Kolnay szepnął:
"Nemeczek, dajmy spokój, przerwijmy grę". A ja mu na to:
"Co? Akurat teraz, kiedy ty nie trafiłeś! Zaraz mój rzut. Jak
wygram, to możemy przerwać". W tym momencie rzucał Rychter,
ale jednym okiem łypał na Pastorów, i trzęsła mu się ręka ze
strachu, więc nic dziwnego, że nie trafił. Pastorowie ani drgnęli,
wciąż stali z rękami w kieszeniach. Wtedy przyszła na mnie kolej,
rzuciłem i trafiłem. Wygrałem wszystkie kulki! Chciałem podejść,
żeby je zebrać, a było już ze trzydzieści kulek, ale wtedy
jeden z Pastorów, ten młodszy, zagrodził mi drogę i krzyknął:
einstand! Obejrzałem się do tyłu i zobaczyłem,
że Kolnay i Barabasz uciekają, Weiss stoi pod ścianą blady, a Rychter
zastanawia się właśnie, czy wiać, czy jeszcze zaczekać. Próbowałem
sprzeciwić się i powiedziałem: "Przepraszam, nie macie prawa tego
robić!". Ale starszy Pastor już zbierał kulki i chował je do
kieszeni, a młodszy chwycił mnie za kurtkę i krzyknął: "Czyś
nie słyszał, że zawołaliśmy einstand?". No
to wtedy i ja też zamilkłem. Weiss stojący pod ścianą zaczął
się mazać. Kolnay i Barabasz patrzyli zza rogu, co się dzieje
w ogrodeum. Pastorowie pozbierali kulki i odeszli bez słowa. To chyba
wszystko.
- Niesłychane! - oburzył się Gereb.
- To po prostu granda! - powiedział Czele.
Czonakosz gwizdnął na znak, że w powietrzu wisi
wojna. Boka namyślał się w milczeniu. Wszyscy chłopcy patrzyli na
niego, byli ciekawi, jak tym razem zareaguje. Od miesięcy bowiem nie
traktował poważnie podobnych incydentów. Jednak to wydarzenie było
tak wołającą o pomstę do nieba niesprawiedliwością, że poruszyło
nawet jego.
- Chodźmy na razie na obiad - powiedział
cichym głosem. - Po południu spotkamy się na Placu i wszystko
omówimy. Teraz i ja uważam, że tego już nie można darować!
Z aprobatą przyjęli decyzję Boki. Patrzyli na
niego z uznaniem i podziwem, a czarne oczy Boki iskrzyły gniewem. Mało
brakowało, aby go ucałowali za to, że wreszcie i jego oburzyło to
bezprawie.
Ruszyli do domów. Gdzieś w oddali, w dzielnicy
Józsefváros, odezwał się wesoły dźwięk dzwonu, świeciło
słońce i wszystko wokół wydawało się piękne i radosne. Chłopcy
czuli jednak, że stoją przed doniosłymi wydarzeniami. Ogarnęło
ich podniecenie i żądza czynu. Jeżeli Boka powiedział, że trzeba
działać, to na pewno jest to zapowiedź czegoś niezwykłego.
Zaczęli się rozchodzić. Czonakosz z Nemeczkiem
zostali nieco z tyłu. Boka obejrzał się. Obaj chłopcy zatrzymali się
przy jednym z piwnicznych okienek fabryki tytoniu. Było ono oblepione
grubą warstwą tytoniowego pyłu.
- Tabaka! - zawołał wesoło Czonakosz, jeszcze
raz gwizdnął i napchał sobie żółtego pyłu do nosa.
Ciąg dalszy w wersji pełnej