Jeden
Poznałam Jamiego zaraz po ukończeniu studiów, podczas stażu w dużym
banku. Nie marzyła mi się praca w bankowości - wręcz przeciwnie - ale
chciałam zarabiać przyzwoite pieniądze i na początek gdzieś się
zatrudnić. Spędzanie czasu w towarzystwie profesjonalistów wydawało się
kolejnym rozsądnym krokiem w stronę dorosłości. Właśnie kończyłam
poprzedni związek i tak naprawdę nie szukałam nowego. Odkąd pamiętam,
zawsze miałam jakiegoś chłopaka, więc po raz pierwszy w życiu mogłam
robić to, co chciałam i kiedy chciałam. Spędziłam lato, pracując na
dwóch etatach i dobrze bawiąc się z przyjaciółmi. Wtedy poznałam
Jamiego. Był pięć lat ode mnie starszy i jak dla mnie wydawał się
zdecydowanie zbyt poważny. Pracował nad awansem z urzędnika bankowego na
kierownika oddziału i nie miał dla mnie czasu. Wiele lat później
przyznał mi się, że nazywał mnie wtedy "falbaniastą stażystką w minispódniczce" i doniósł na mnie naszemu szefowi dlatego, że strasznie
przeciągałam przerwy na lunch. Byliśmy na różnych etapach życia,
przynajmniej tak mi się wydawało. Ale w połowie lata spotkaliśmy się na
turnieju softballowym. Okazało się, że reszta naszych współpracowników w ostatniej chwili odwołała spotkanie. Postanowiliśmy jak najlepiej
spędzić ten czas i zamówiliśmy dzbanek piwa na barowym patio.
Mówił o swoich planach na przyszłość. Marzył o małym domku i łodzi
rybackiej oraz o bliskich relacjach z rodziną. Kiedy po chwili wstał,
żeby zagrać dla swojej drużyny softballowej, straciłam dla niego głowę i przepadłam z kretesem. Nie wiem, czy była to kwestia białych obcisłych
spodni bejsbolowych, czy
tego, że Jamie był naprawdę dorosłym mężczyzną, innym niż wszyscy, z którymi się wcześniej spotykałam. Być może zadziałało połączenie obu
tych czynników. Kolejną noc spędziłam na marzeniach o przyszłości z Jamiem. Rok później, w piękną jesienną noc, Jamie uklęknął na kolano i mi się oświadczył. Powiedziałam "tak", zanim zdążył dokończyć pytanie,
czy za niego wyjdę. Kolejny rok minął jak z bicza strzelił. Kupiliśmy
dom z dwiema sypialniami w Two Harbors w Minnesocie, małym miasteczku
nad Jeziorem Górnym, gdzie średnia temperatura latem oscylowała wokół
15°C. Żadne z nas nikogo tam nie znało, ale Jamie awansował na
stanowisko kierownika dwóch małych banków na North Shore, więc
postanowiliśmy stworzyć sobie tam dom. Pożegnałam się z karierą w bankowości, kiedy się przekonałam, jak wymagająca jest praca w sprzedaży
bezpośredniej, i objęłam stanowisko koordynatora do spraw marketingu w domu opieki. Spędzaliśmy czas, prowadząc zwyczajne życie. Dopiero
zaczynaliśmy nasze kariery, żadne z nas tak naprawdę dużo nie zarabiało,
ale wchodziliśmy w prawdziwe życie i nie mieliśmy żadnego doświadczenia.
Kupiliśmy starą łódź rybacką, o której Jamie opowiadał mi na naszej
pierwszej randce, i spędzaliśmy większość czasu na świeżym powietrzu,
remontując nasz stary dom, i oczywiście planowaliśmy ślub. Z tamtego
okresu bardzo wyraźnie pamiętam, jak uczestniczyliśmy w weekendowym
poradnictwie przedmałżeńskim w kościele, który sobie wybraliśmy. Zajęcia
koncentrowały się wokół problemów, z którymi para może się spotkać w trakcie małżeństwa. Zajęcia prowadzili dwaj pastorzy: mąż i żona.
Prelekcje te wydawały nam się zupełnie niepotrzebne - byliśmy przecież w sobie szaleńczo zakochani. Nasz związek miał przetrwać wszystkie
zawieruchy i na pewno nie potrzebowaliśmy pomocy terapeuty. Siedzieliśmy
przy stole, zajadając się ciasteczkami i pijąc poncz, podczas gdy
pastorzy przedstawiali nam różne scenariusze. Jak poradziłbyś sobie z partnerem uzależnionym? Albo z partnerem, który kłamie. Albo z partnerem, który uprawia hazard. Opowiadali historie, które wydawały się
niedorzeczne. Jedna z nich mówiła o żonie, która w tajemnicy zadłużyła
się na setki tysięcy dolarów na karcie kredytowej. W innej mąż wypijał
skrzynkę piwa każdego wieczoru w drodze do domu z pracy tylko po to, by
wmawiać żonie, że jest zupełnie trzeźwy. Podśmiewaliśmy się z niektórych
opowieści, a inne traktowaliśmy z przymrużeniem oka. Zamiast robić
notatki bazgraliśmy coś na kartkach i planowaliśmy miesiąc miodowy. Nie
chodziło o brak dobrych manier z naszej strony. Po prostu nie mogliśmy
uwierzyć, że kiedykolwiek tak skończymy. Byliśmy najlepszymi
przyjaciółmi, do tego młodzi i zakochani. Miałam dwadzieścia cztery
lata, Jamie - dwadzieścia dziewięć. Zaplanowaliśmy nasze wspólne życie i mieliśmy dokładnie te same cele. Dom pełen dzieci, życie na wsi, udaną
karierę zawodową i w końcu domek nad jeziorem na emeryturze. Wszystko
wydawało się proste. Zostało przez nas zaplanowane, więc musiało się
udać. Ach, ta arogancja dwudziestoparolatków. Ów dzień ciągnął się w nieskończoność. Ostatnie pytanie pod koniec sesji brzmiało: "Jak
poradzilibyście sobie z dzieckiem ze specjalnymi potrzebami?". Wciąż
pamiętam, jak jeden z prowadzących zadał to pytanie. Mam ten obraz przed
oczami - pamiętam, w co był ubrany, i że wypowiedział te słowa rzeczowo
i swobodnie. Jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Sytuacja
ta wyryła mi się w pamięci. Zapowiedź przyszłości, która nie uszła mojej
uwagi.
Pamiętam, że pomyślałam: "Co za głupie pytanie". Przecież nam się to nie
przytrafi. Pastor nadmienił o stresie związanym z posiadaniem dzieci i o tym, jak dziecko ze specjalnymi potrzebami go potęguje. Pamiętam też, że
to pytanie ani trochę mnie nie zaniepokoiło. Byliśmy zdrowi i niezwyciężeni. W naszych rodzinach nie było dzieci ze specjalnymi
potrzebami. Co więcej, nawet nie znałam takiej osoby. Oczywiście nie
planowałam też brać narkotyków ani pić alkoholu w czasie ciąży, więc z góry założyliśmy, że nasze dzieci będą zdrowe. Idealne.
Z tego, co pamiętam, zapisaliśmy na kartce, że będziemy kochać takie
dziecko jak każde inne, bo tak właśnie powinno się mówić. Prawda? Oboje
byliśmy dobrymi ludźmi o wielkich sercach. I to by było na tyle. Zajęcia
się skończyły, a my wróciliśmy do pędu naszego bajkowego życia. Myśl o specjalnych potrzebach nie pojawiła się w naszych głowach aż do momentu,
który nadszedł znacznie później. Jamie i ja pobraliśmy się 13 września
2008 roku i był to z pewnością najbardziej deszczowy dzień, jaki North
Shore kiedykolwiek widziało. Ceremonia odbyła się w maleńkim kościółku
nad rzeką. O szóstej rano jeszcze świeciło słońce i zewsząd dobiegały
dźwięki orkiestry marszowej. Ani ulewy, ani takiej oprawy muzycznej nie
mieliśmy w planach. Tak się jednak złożyło, że tego poranka odbywał się
coroczny maraton na rolkach, więc w rytmie The Ants Go Marching
tanecznym krokiem dotarliśmy na śniadanie i udawaliśmy, że to wszystko
dzieje się specjalnie dla nas. Kilka godzin później lunął deszcz. Woda
lała się strumieniami, istne oberwanie chmury. Może pomyślicie, że gdy
patrzyłam przez okno kościoła na naszych gości wbiegających do środka z gigantycznymi parasolami, byłam zdruzgotana. Nie byłam. W ogóle się tym
nie przejmowałam. Skupianie się na drobiazgach, na które nie mamy
wpływu, nie leżało w moim charakterze. Nie przejęłam się również tym, że
ktoś z rodziny ukradł pieniądze z koszyka na koperty albo że ktoś z naszego orszaku weselnego zemdlał przed końcem ceremonii, albo że pan
młody wpadł na skunksa w drodze do kościoła i trochę dziwnie pachniał.
Zależało mi jedynie na tym, żeby wyjść za mąż za mojego najlepszego
przyjaciela, mężczyznę, który rozśmieszał mnie jak nikt inny i masował
mi stopy, gdy namiętnie oglądaliśmy kolejne sezony serialu "24 godziny",
popijając 7&7, koktajl na bazie whisky i napoju 7up. Chociaż Jamie i ja bardzo się od siebie różniliśmy, co potwierdzają wyniki psychotestów,
mieliśmy jedną wspólną cechę - kochaliśmy radość i prostotę. Nasze
wesele okazało się ogromnym sukcesem. Podobał mi się każdy moment. Wraz
z przyjaciółmi i rodziną tańczyliśmy do drugiej w nocy, a potem
poszliśmy spać szczęśliwi, już jako mąż i żona. Lecz następnego ranka,
gdy goście wyszli, a my zostaliśmy sami w salonie, otoczeni prezentami,
rozpłakałam się. Mój świeżo poślubiony mąż nie wiedział, co robić.
Zamiast czuć się szczęśliwa, poczułam przygnębienie. Tyle przygotowań,
tyle spotkań i przyjęć, ciągłe planowanie, a teraz nagle wszystko się
skończyło. Jakby zakończył się jakiś etap mojego życia. Przypomniałam
sobie wtedy święta i moją mamę. To, jak zawsze płakała, kiedy się
kończyły, i to, że nigdy nie rozumiałam dlaczego. W tamtej chwili
wszystko stało się dla mnie jasne. Uwielbiała oczekiwanie, planowanie i przygotowania. Tak jak ja.
Po ślubie przekierowałam swoją ekscytację na plany macierzyńskie.
Miesiąc wcześniej zrezygnowaliśmy z antykoncepcji. Żadne z nas nie
spodziewało się, że sprawy potoczą się tak szybko. Zaszłam w ciążę od
razu, przy pierwszej próbie, krótko po ślubie. Byliśmy zaskoczeni, jak
łatwo to poszło. Zobaczyliśmy bicie serca. To był ósmy tydzień.
Delikatne migotanie na ekranie. Powiadomiliśmy wszystkich znajomych i natychmiast ogłosiliśmy nowiny na Facebooku. W trzynastym tygodniu ciąży
zaczęłam czuć, że coś jest nie tak. Było Boże Narodzenie. Niedzielę,
dzień przed rutynową wizytą u lekarza i kolejnym badaniem USG,
spędziliśmy w domu mojego ojca. Byłam wrakiem człowieka, miałam złe
przeczucia. Nie potrafiłam wskazać niczego konkretnego, tylko to, że nie
czuję się już w ciąży. Przyjaciółka powiedziała mi, że tak bywa i że
objawy powinny ustąpić w drugim trymestrze. Wyszukiwarka Google
podpowiedziała mi jednak, że to nie do końca normalne. Pojawiło się
słowo "poronienie". Termin, który wcześniej nie przyszedł mi do głowy.
Tego wieczoru poszliśmy z Jamiem na spacer do lasu z naszymi psami, co
było normalną wieczorną rozrywką naszej małej rodziny. W połowie spaceru
załamałam się i rozpłakałam. Powiedziałam mężowi o swoich obawach. Byłam
prawie pewna, że z dzieckiem jest coś nie tak. Odpowiedział mi, że
wszystko będzie dobrze. Ale dla Jamiego wszystko zawsze było w porządku.
Był wyjątkowo opanowany. Następnego ranka tłoczyliśmy się w maleńkim
gabinecie położnej na rutynowym badaniu USG, które powinno odbyć się w dwunastym tygodniu ciąży. Ja miałam tygodniowe opóźnienie. To była ważna
wizyta i Jamie pierwszy raz był w gabinecie USG. Miałam na sobie
pogniecioną koszulę zabiegową, nogi w strzemionach fotela
ginekologicznego, a Jamie stał obok i trzymał mnie za rękę. Technik
najpierw nałożyła lepki żel na mój brzuch i powoli, okrężnymi ruchami
przesuwała urządzenie. Po chwili odwróciła ekran, przeprosiła i wyszła z gabinetu. Pod jej nieobecność Jamie i ja czekaliśmy w milczeniu. Wróciła
kilka minut później i powiedziała, że zrobi USG przezpochwowe. Kiedy
wyciągnęła wielką głowicę i nakładała na nią prezerwatywę, Jamie
wybuchnął śmiechem.
- Dokąd TO zmierza?
Byłam mu wdzięczna za poczucie humoru. Po chwili znowu wyszła z gabinetu. Wtedy już wiedziałam. Poprzedniego wieczoru naczytałam się
wystarczająco dużo historii rodem z horrorów i wiedziałam, co mnie
czeka. Wydawało mi się, że mija wieczność. W końcu przyszedł lekarz i powiedział, że bicie serca ustało. Straciłam dziecko. Tak po prostu.
Żadnych uprzejmości. Żadnego wprowadzenia. Bez owijania w bawełnę. Moje
obawy się potwierdziły. Miałam swoją odpowiedź. Lekarz również użył
słowa "poronienie". Powiedział, że w taki sposób organizm odrzuca
nieprawidłową ciążę, i próbował mnie pocieszyć, mówiąc, że z naszym
dzieckiem było coś nie w porządku i że organizm radzi sobie w taki a nie
inny sposób.
- Nie jesteś sama. Dziesięć do dwudziestu procent ciąż kończy się
poronieniem. To dość powszechne.
Być może jego słowa miały sprawić, że poczuję się lepiej, ale tak się
nie stało. Lekarz zaczął coś szkicować na bloczku recept. Po chwili
pokazał nam rysunek, ale bardziej przypominał bazgroły niż coś
konkretnego. Przedstawiał dwa duże okręgi położone obok siebie. W środku
każdego z nich znajdowało się mniejsze koło, ale były one różnej
wielkości. Jedno małe, a drugie wyraźnie większe. Do dziś rozmawiamy z Jamiem o tym rysunku.
- Popatrz. - Lekarz wskazał obrazek. - Twoje dziecko wygląda tak, ale w dwunastym tygodniu powinno wyglądać w ten sposób.
Patrzyłam na rysunek przez łzy. Nie rozumiałam go. Od razu przypomniał
mi się odcinek "Przyjaciół", w którym Jennifer Aniston nie widzi swojego
dziecka na USG, ale udaje, że tak, i kiwa głową. Lekarz poklepał mnie po
ramieniu jak trener klepie swojego zawodnika i powiedział, że możemy
spróbować ponownie za kilka miesięcy.
Powiedział nam również, że możemy zatrzymać rysunek. Ale to jeszcze nie
jest najgorsze wspomnienie z tego dnia. Jamie musiał wyjść, by
sfinalizować jakąś umowę kredytową w jednym z banków, którymi zarządzał.
Nie mógł tego przełożyć, i chociaż to nie była jego wina, byłam
zdruzgotana. Zostałam sama i musiałam umówić się na usunięcie dziecka z mojego ciała. Dziecka, którego tak bardzo pragnęłam. Kiedy omawiałam z rejestratorką szczegóły dotyczące zabiegu łyżeczkowania i jego
przebiegu, łzy napłynęły mi do oczu. Pielęgniarka powiedziała, że muszę
zgłosić się do kliniki chirurgicznej następnego dnia o piątej rano i że
od północy nie mogę nic jeść. Podniosłam gwałtownie głowę.
- Jak to? Co? Jutro rano? Nie powinniśmy chwilę poczekać i zobaczyć, czy
nie zaszła jakaś pomyłka?
Wszystko działo się za szybko. Czy nie powinnam zasięgnąć drugiej
opinii? A jeśli komuś pomyliły się daty? Nic nie odpowiedziała, tylko
westchnęła smutno. Następnie podała mi wizytówkę z datą i godziną
wizyty. Wyraz jej twarzy mówił wszystko. Musiałam sama wrócić do domu.
Szlochając, zostawiłam wiadomość szefowej oraz mojej mamie, a potem
wyłączyłam telefon. Nie chciałam słuchać o tym, że poronienia często się
zdarzają. Nie chciałam słuchać o tym, że możemy spróbować ponownie za
kilka miesięcy. Chciałam być smutna. Resztę dnia spędziłam,
zastanawiając się, jak przekazać znajomym, że nie jestem już w ciąży,
zła na siebie za to, że powiedziałam o tym tak wcześnie. Każdy
scenariusz wydawał się ponury i pozbawiony sensu. Kiedy Jamie wrócił
wieczorem z pracy, zastał mnie skuloną na kanapie. Powtórzył to, co
powiedział lekarz.
- Możemy spróbować jeszcze raz. To dobrze. Coś musiało być nie tak z naszym dzieckiem. Następnym razem wszystko będzie w porządku.
Następnego dnia rano przybyliśmy do szpitala. Sam zabieg przebiegł
szybko. Kiedy obudziłam się wciąż oszołomiona po znieczuleniu, zapytałam
pielęgniarkę, czy nie ma już mojego dziecka. Zanim zdążyła odpowiedzieć,
znów popadłam w otępienie, ale pamiętam, jak powiedziała, być może do
innej pielęgniarki, że to jedno z najsmutniejszych pytań, jakie
kiedykolwiek słyszała. Po stracie dziecka płakałam tygodniami. Po raz
pierwszy czułam tak ogromną utratę kontroli nad własnym życiem. Zajęłam
się dietą, ćwiczeniami, bieganiem oraz próbą zrozumienia, dlaczego moje
ciało mnie zawiodło. Poświęcałam czas na poszukiwanie informacji i czytanie o kobietach, które poroniły. Musiałam się dokształcić, ale
przede wszystkim potrzebowałam kontaktu z osobami, które rozumiały,
przez co przechodzę. Kobiety, z którymi wtedy nawiązałam znajomość
online, zostały moimi przyjaciółkami na całe życie. Strata nas
połączyła. Znalezienie grupy ludzi, którzy mnie rozumieli, odmieniło
moje życie. Jamie nie przeżywał żałoby tak jak ja. Po rozmowach z innymi
kobietami doszłam do wniosku, że u większości mężów jest podobnie. Moje
ciało przeszło przez coś bardzo trudnego i chciałam o tym rozmawiać.
Jamie nie miał takiej potrzeby. Byłam zła, bo, według mnie,
niewystarczająco smucił się z powodu straty naszego dziecka.
Przypuszczam, że powiedziałby, iż mój smutek wystarczył. W pierwszym
roku małżeństwa żyliśmy w miarę zgodnie, a największym źródłem naszych
konfliktów była żałoba. Zaczęłam się nadmiernie koncentrować na ponownym
zajściu w ciążę, jakby to było jakieś zadanie do wykonania. Seks był
planowany i przestał sprawiać przyjemność. Siusiałam na patyczki
owulacyjne w służbowej toalecie i płakałam, gdy nie pojawiały się
uśmiechnięte buźki. Koleżanka z pracy powiedziała mi: "Zacznijcie
podróżować, cieszcie się wspólnie spędzanym czasem. Zanim się obejrzysz,
będziesz miała dzieci". Pewnie miała rację, ale jej nazbyt bezpośrednie
podejście uraziło mnie. Jakiś czas później, po tym, jak przepełniona
rozpaczą, przekonywałam siebie, że już nigdy nie będziemy mieli dzieci,
wynik testu ciążowego wyszedł pozytywny. Lecz wtedy zamiast radości
poczułam strach. Bałam się, że pokocham kolejne dziecko i znów je
stracę. Zostawiłam test na umywalce w łazience i zeszłam do piwnicy,
żeby pobiegać na bieżni. Chwilę później Jamie wrócił do domu i poprosiłam go, żeby przyniósł mi gumkę do włosów z łazienki. Zszedł na
dół z testem w dłoni, z szerokim uśmiechem na twarzy.
- To się dzieje naprawdę? - Był bardzo podekscytowany.
Aż do dwudziestego tygodnia ciąży z nikim nie podzieliliśmy się tą
nowiną. Nawet z naszymi rodzicami. Mniej więcej w szóstym miesiącu w końcu się uspokoiłam i zaczęłam cieszyć ciążą. Odkryłam wtedy, że wręcz
uwielbiam być w ciąży. Jamie też się cieszył. Kupił nawet kij bejsbolowy
i rękawicę dla swojego pierwszego syna. Kiedy przyszły pocztą,
rozpłakałam się. Relacja Jamiego z jego ojcem była zupełnie inna niż
wszystkie, jakie dotychczas znałam. Byli najlepszymi przyjaciółmi,
codziennie rozmawiali przez telefon. Jego tata przez wiele lat go
trenował i jednocześnie był jego największym fanem. Nie miałam
wątpliwości, że Jamie będzie miał taką samą relację z naszym synem.
Cooper urodził się 6 grudnia. Wydawało mi się, że ciąża trwała wieki.
Kiedy ma się dziecko z niepełnosprawnością, trzeba przygotować się na
wiele pytań o ciążę i poród. Każdy ośrodek terapeutyczny, każda szkoła,
a nawet lokalne urzędy będą chciały znać szczegółowy przebieg tych
dziewięciu miesięcy. Zawsze uważałam, że te procedury są inwazyjne -
ciągłe wypełnianie rubryk w kolejnym szkolnym formularzu. Odpowiedzi
jednak zawsze były takie same. Poza tym, że za dużo przytyłam, moja
ciąża przebiegała idealnie. Żadnych problemów. Początek porodu również
przebiegał bez problemów, choć powoli. Byłam tak podekscytowana
spotkaniem z Cooperem i zostaniem mamą, że oczekiwanie było dla mnie
niemal nie do zniesienia. Z powodu wielkości dziecka i braku ruchów pod
koniec czterdziestego tygodnia lekarz zalecił indukcję porodu. Jamie i ja przyjechaliśmy do szpitala w niedzielę wieczorem i założono mi
Cervidil, żeby wywołać poród. Nic się nie wydarzyło. Następnego ranka
podano mi oksytocynę. Nadal nic. Po kilku godzinach chodzenia po
korytarzach w końcu nastąpił niewielki postęp. Niestety
niewystarczający. Chociaż my byliśmy już gotowi na spotkanie z naszym
dzieckiem, ono nie było gotowe na spotkanie z nami. Od samego początku
musieliśmy działać według jego harmonogramu, co według mnie było
znamienną zapowiedzią tego, co nas czeka w przyszłości. Nie zamierzał
ustąpić. W końcu, po dwudziestu czterech godzinach w szpitalu, pojawiło
się parcie. Poczułam falę ekscytacji, gdy pielęgniarka przestawiła
łóżko, przyciemniła światła i pokazała Jamiemu, jak ma przytrzymać moje
nogi. Jego twarz pobladła, gdy spojrzał w dół. Gdyby mógł wtedy uciec,
pewnie by to zrobił. Nie sądzę, żeby był przygotowany na tak
bezpośrednie doświadczenie. Podczas zajęć w szkole rodzenia naiwnie
założyłam, że parcie jest dla kobiety czymś naturalnym. Nawet podczas
pierwszego porodu. Jakby instynktowne. Dla mnie nie było. Czułam wstyd i brak komfortu. A po nieprzyjemnej sytuacji z wypróżnieniem ogarnęło mnie
zniechęcenie. Mój mąż zapewniał mnie, że to nic takiego, a i tak potem
żartował z tego przez lata. Dwie godziny później nastąpił postęp.
Pojawiła się główka, ale niestety dziecko znów utknęło. Byłam wyczerpana
i nie wiedziałam, ile jeszcze wytrzymam. Bałam się, że lekarz wspomni o cesarskim cięciu, ale zamiast tego użył słów: nacięcie krocza. Pomogło i poczułam natychmiastową ulgę. Cooper urodził się kilka sekund później.
Byłam pewna, że lekarz od razu położy dziecko na mojej piersi i że będę
mogła natychmiast nawiązać z nim więź. Tak jak na filmach. Ale on podał
je pielęgniarce, nikt nawet na mnie nie spojrzał. W kilka sekund wokół
Coopera zgromadziło się wiele osób. Czekałam, aż zacznie płakać. Wszyscy
wspominają o pierwszym krzyku, który przeszywa salę. Ale w naszej
panowała cisza, przerywana jedynie szeptami personelu, który otaczał
Coopera.
Lekarz powtarzał: "Nic mu nie jest". Ale ja zastanawiałam się, skąd on
to może wiedzieć? Przecież zajmował się mną, zakładał szwy. Nawet nie
spojrzał na dziecko leżące na stole za jego plecami. Przypomniałam sobie
historyjkę o samolocie i personelu pokładowym. Kiedy samolot wpada w turbulencje, nie ma powodu do paniki, dopóki obsługa jest opanowana.
Jeśli siada i zapina pasy, no cóż, zachowaj spokój. Lekarz był moim
stewardem. Nie panikował.
Ciągle kręciłam się, próbując zobaczyć, co robią pielęgniarki. Lekarz
zabronił mi się ruszać, ale trudno mi się było powstrzymać. W końcu
usłyszałam słowa:
- Intubować. Nie oddycha prawidłowo. No dalej, maleństwo. Oddychaj.
Wydawało mi się, że mija wieczność. W rzeczywistości upłynęło pewnie
parę minut.
- Dajcie mi moje dziecko. Chcę do mamy. Jamie, zawołaj moją mamę.
A potem przenikliwy, gniewny krzyk wypełnił pomieszczenie. To był
Cooper. Był z nami. Tylko trochę spóźnił się na imprezkę. Opadłam z powrotem na łóżko, ręce miałam wyczerpane od podtrzymywania się i prób
przedostania się do mojego dziecka. Wypuściłam powietrze, które jak się
okazało, od dłuższego czasu wstrzymywałam.
Pielęgniarka włożyła mi w ramiona zawiniątko i powiedziała:
- Gratulacje, mamo. Jest piękny. I duży! Waży cztery kilogramy.
Spojrzałam w dół i w końcu zobaczyłam swoje dziecko. Po tych wszystkich
trudach i strachu miałam go w ramionach i nie zamierzałam puścić. Jedna
z przyjaciółek powiedziała mi, że w chwili, gdy trzymasz dziecko w ramionach, ból porodowy znika. Opowiedziała mi piękne historie o narodzinach swoich córek, twierdząc, że nie czuła później ani odrobiny
bólu. Byłam jej przeciwieństwem. W chwili, gdy urodziłam Coopera, czułam
bólu dosłownie wszędzie. Wycisnął ze mnie siódme poty. Ale teraz już
mnie to nie obchodziło. To już nie miało znaczenia. Nigdy nie czułam
większej miłości.
Pielęgniarka poinformowała nas, że wynik Coopera w skali Apgar jest
wyjątkowo niski, ale sam Cooper wydawał się coraz bardziej ożywiony.
Miałam nadzieję, że po prostu lekarze będą go uważnie obserwować i nie
trzeba będzie przenosić go na oddział intensywnej terapii noworodków.
Wyglądał, jakby przeszedł przez piekło. Jego głowa miała kształt stożka
i była posiniaczona, a blond włosy - posklejane krwią. Jednak
najbardziej zapamiętałam jego oczy. Zawsze myślałam, że niemowlęta są po
porodzie bardzo śpiące. Nie nasz Cooper. Był rozbudzony i rozglądał się
po pokoju szeroko otwartymi oczami. Wydawały się rozbiegane, jakby
próbował zrozumieć, co się właśnie stało. Wyglądał na zdezorientowanego.
Zagubionego. W końcu sala opustoszała i kiedy pielęgniarka zamknęła za
sobą drzwi, usłyszałam, jak moja mama pyta:
- Wszystko w porządku?
- Tak, dajmy im chwilę dla siebie - odpowiedziała pielęgniarka.
Miała rację. Potrzebowaliśmy czasu. Cisza wypełniła pokój. Jamie i ja w końcu spojrzeliśmy na siebie.
- Bałeś się? - zapytałam. - O mój Boże, ja byłam przerażona.
- Nie, wiedziałem, że wszystko będzie dobrze - odparł.
Po raz kolejny zadziwił mnie jego spokój. Wydawał się zupełnie
niewzruszony tym, co się właśnie wydarzyło. Ja natomiast wciąż się
trzęsłam. Odwinęłam kocyk i spojrzałam ponownie na dziecko, które
trzymałam w ramionach. Liczyliśmy jego palce u rąk i nóg. Uśmiechnęłam
się, czując miękkość jego skóry. Jamie uklęknął przy łóżku i włożył
palec w rączkę naszego syna.
- Cześć, Cooper, to twoja mama i tata!
Nagle poczułam spokój. Miałam swoje wymarzone dziecko. Zakochałam się w nim od razu. Byłam przepełniona miłością. Przed oczami przemknęły mi
obrazy meczów bejsbolowych i małego chłopca łowiącego swoją pierwszą
rybę. Ludzie często mnie pytają, kiedy zauważyłam, że coś jest nie tak.
Zazwyczaj pytają o to matki maluchów, które martwią się o rozwój swojego
dziecka i chcą mieć pewność, że wszystko jest w porządku. Że to nie
autyzm. Przypominam im, że każda historia jest jedyna w swoim rodzaju,
że nie ma dwóch takich samych przypadków.
Niektórzy rodzice opowiadają o idealnie rozwijającym się dziecku, a potem w dwunastym miesiącu życia nagle coś się przełącza i jakby światło
nagle przygasło. Albo o tym, że ich maluch mówił pełnymi zdaniami i pewnej nocy przestał. Udostępniono mi wiele takich filmów... Maluchy mówią
"mama", "ciężarówka", "piłka", a potem rodzicom pęka serce i opłakują
to, czego już nie ma. Niektórzy rodzice twierdzą, że rozpoznali autyzm
pierwszego dnia, podczas gdy inni w ogóle się go nie spodziewali. Ja nie
pamiętam czasów przed autyzmem. Mogłam jeszcze nie znać definicji tego
słowa, może nie rozumiałam powagi diagnozy. Lecz wracając do chwili,
kiedy pierwszy raz trzymałam swoje dziecko w ramionach, wiedziałam, że
ma autyzm. Po prostu był z Cooperem spleciony, owijał go niczym misterna
kołdra, której nie dało się od niego oddzielić, chociaż przez kolejne
lata rozpaczliwie się o to modliłam. Próbowałam ustalić, które części
mojego synka są autystyczne, a które nie, aż w końcu zdałam sobie
sprawę, że nie da się tego określić. Pozbycie się diagnozy oznaczałoby
pozbycie się jego w całości. Zaakceptowanie tego faktu zajęło mi lata.
Kiedyś, w przeszłości, uważaliśmy z Jamiem, że sama perspektywa
wychowywania dziecka ze specjalnymi potrzebami jest surrealistyczna -
wręcz absurdalna. A jednak życie postawiło przed nami wyzwanie, na które
oboje nie byliśmy gotowi. Wyzwanie, które odmieniło naszą relację i nasze podejście do rodzicielstwa. Brązowe spodnie i dżinsowa koszula.
Tak był ubrany pastor prowadzący nauki przedmałżeńskie.
Dwa
Chociaż większość rodziców zazwyczaj modli się o zdrowe dziecko, na
mojej drodze stanęła wspaniała kobieta i matka, która powiedziała mi, że
wraz z mężem modlili się o to, żeby ich syn miał zespół Downa. Poznałam
ją wiele lat po diagnozie Coopera, którą wtedy jeszcze nie do końca
akceptowałam. Promieniała radością, a jej energia była wręcz
magnetyczna. Opowiedziałam jej historię Coopera, a ona opowiedziała mi o swoim synu. Podczas wizyty u ginekologa w trzydziestym czwartym tygodniu
ciąży lekarz zauważył, że jej brzuch jest zdecydowanie za duży, i natychmiast zlecił USG. Powiedziała, że gdy ma się czterdzieści lat,
badanie USG ma słodko-gorzki wymiar. Z jednej strony można zobaczyć
długo oczekiwane dziecko, z drugiej - rośnie niepokój związany z zaawansowanym wiekiem matki. Lekarz potwierdził, że to chłopiec, a następnie wyjaśnił, że widzi pewne nieprawidłowości. Bardziej
zaawansowane USG potwierdziło deformację mózgu dziecka. Zachodziło duże
prawdopodobieństwo, że jeśli się urodzi, nie będzie mogło chodzić,
mówić, poruszać się, a nawet oddychać. Ale była też inna możliwość.
Lekarz powiedział im, że dziecko może urodzić się z zespołem Downa.
Nagle diagnoza, w której dziecko mimo wszystko przeżyje, stała się
czymś, czego pragnęli najbardziej na świecie. Chłopiec urodził się
tydzień później z burzą rudych włosów. Miał zespół Downa i kilka innych
powikłań, ale poza tym był zdrowy. Byli szczęśliwi. Powiedziała, że
natychmiast otrzymali wsparcie od przyjaciół, rodziny, a nawet
środowiska medycznego. A ponieważ wiedzieli o zespole Downa w czasie
ciąży, byli na to przygotowani i nie mieli złudzeń. W naszym przypadku
było zupełnie inaczej. Poszukiwanie odpowiedzi zajęło nam trzy lata, a rzeczywistość przynosiła w zasadzie kolejne pytania. Świat początkowo
nie dostrzegał opóźnień i odmienności Coopera. Czasami zastanawiam się,
jak potoczyłoby się nasze życie, gdybyśmy od samego początku wiedzieli,
że nasz syn ma autyzm. Gdyby wszystko od razu było czarno-białe.
Ostateczne. Może, gdyby na USG w dwudziestym tygodniu postawiono
właściwą diagnozę i znalibyśmy ją, kiedy pielęgniarka po raz pierwszy
położyła mi Coopera w ramionach, rozumielibyśmy, dlaczego od razu po
narodzinach nie rozumiał świata, w którym przyszło mu żyć. Ale
zdiagnozowanie autyzmu nie jest takie proste. Nie ma badań krwi. Nie ma
jednoznacznych cech fizycznych. Objawy różnią się u poszczególnych osób,
manifestują się w odmienny sposób. Diagnoza może zająć lata, a potem
upływa jeszcze więcej czasu, zanim rodzice i reszta rodziny ją
zaakceptują. Jeśli zaś chodzi o wsparcie, o którym wspomniała... cóż, nie
otrzymaliśmy go przez wiele kolejnych lat. Mieliśmy dziewięć miesięcy,
żeby przygotować się na Coopera - nawet dłużej, jeśli wziąć pod uwagę,
że planowałam bycie matką od dzieciństwa. Nic jednak nie przygotowało
mnie na chaos, który zapanował w pierwszym tygodniu. Miesiące
poprzedzające jego narodziny były pełne ekscytacji. Oboje nie mogliśmy
się doczekać, aż zostaniemy rodzicami, i spędziliśmy wiele nocy,
wyobrażając sobie, kim będzie. Może stanie się kreatywny jak ja? Może
będzie wysportowany jak Jamie? Przychodziło nam do głowy tak wiele
rzeczy, których chcieliśmy go nauczyć. Łowienie ryb, gra w bejsbol i jazda na rowerze - to tylko kilka przykładów. Jamie nawet odszukał
zdjęcia ze swojego dzieciństwa i promieniejąc, pokazał mi fotografię
wysportowanego, blondwłosego chłopca jadącego na rowerze. Miałam
wrażenie, że patrzę na mojego przyszłego syna.
- To mój Schwinn Predator, rower kultowej marki w latach
osiemdziesiątych. Boże, uwielbiałem ten rower. Był taki fajny.
Rozmawiałem już z tatą o odnowieniu go dla Coopera.
Kiedy zaczął się trzeci trymestr ciąży, wydrukowałam listę ze strony
internetowej What to Expect When You're Expecting (Czego się
spodziewać, gdy spodziewasz się dziecka) i upewniłam się, że wypełniam
wszystkie pola. Udekorowałam pokój dziecięcy niebieskimi żaglówkami i zaopatrzyłam przewijak w pieluchy i pajacyki. Przeprowadziliśmy wiele
rozmów z pediatrami. Odwiedziliśmy liczne żłobki. Kupiliśmy nawet lalkę,
żeby pomóc naszym dwóm szczeniakom zaaklimatyzować się z nowym członkiem
rodziny. Mieliśmy nie jeden, a trzy piękne imprezy baby shower. I chodziliśmy do szkoły rodzenia w szpitalu, w którym miał odbyć się
poród. Zajęcia składały się z czterech godzinnych sesji raz w tygodniu
oraz zwiedzania szpitala. Dowiedzieliśmy się wielu szczegółów o przebiegu porodu, o różnicy między cesarskim cięciem a porodem siłami
natury, o możliwych interwencjach medycznych, o tym, jak trudne może być
karmienie piersią i jak ważne jest spanie, kiedy dziecko śpi.
Najbardziej martwiłam się bólem w czasie porodu. Poza tym wcale się nie
bałam. Wiele moich przyjaciółek niedawno urodziło dzieci i żadna z nich
nie miała większych problemów z macierzyństwem. Byłam więc pewna, że i u mnie wszystko będzie w porządku. Po ukończeniu kursu wręczono nam
certyfikat, a Jamie nadał sobie oficjalny tytuł Certyfikowanego Trenera
do spraw Porodu. Żartował, że chce koszulkę z takim napisem i włoży ją
na czas porodu. Albo czapkę. Powiedziałam mu, żeby nie dodawał tego do
swojego CV. Zbliżał się grudzień, a my byliśmy gotowi. Spełniliśmy
wszystkie warunki. Wierzę, że większość noworodków przychodzi na świat z czymś w rodzaju instynktownej wiedzy. Wiem, bo po Cooperze mam jeszcze
trójkę dzieci, które bez trudu weszły w życie, jakby doskonale
wiedziały, jak jeść, spać i rosnąć. A mój piękny Cooper wydawał się w tym wszystkim nieco zagubiony. Krótko mówiąc, bycie noworodkiem nie
przychodziło mu naturalnie. Kilka godzin po narodzinach spróbowaliśmy
karmienia piersią. Miła starsza pielęgniarka pokazała mi, jak układać
Coopera na różne sposoby, jak trzymać bez garbienia się, jak ułożyć
pierś w kształt litery C i jak delikatnie odciągnąć jego dolną wargę,
żeby pomóc mu przyssać się do piersi. Tyle, że nic nie działało tak, jak
powinno. Jego usta nie współpracowały. Moje dziecko nie umiało się
przyssać. Dziesiątki razy naciskałam przycisk wzywający pomoc.
Frustracja narastała zarówno we mnie, jak i w nim. W trakcie pierwszych
kilku dni wypłakałam ocean łez, próbując dowiedzieć się, jak karmić
piersią moje dziecko. Stanowczo odmawiałam poddania się. Nie byłam
przecież osobą, która kapituluje. Po trzech wizytach u konsultantki
laktacyjnej i odkryciu, że Cooper schudł ponad pół kilograma, zaczęłam
odciągać pokarm. Poczułam natychmiastową ulgę, patrząc, jak wypija całą
butelkę mleka. Wiedziałam, że podjęłam właściwą decyzję. Sen również nie
przychodził Cooperowi naturalnie. Noworodki powinny spać osiemnaście
godzin na dobę. Tak podpowiedział mi Google. Moja teściowa to
potwierdziła, ale mój noworodek spał tylko osiem godzin w ciągu doby.
Zdawało się, że w szpitalu odespał sobie za wszystkie czasy i postanowił, że po powrocie do domu skończy z tymi bzdurami. Przez
większość doby był rozbudzony, rozglądał się dookoła szeroko otwartymi
oczami albo płakał. Próbowaliśmy kangurowania, czyli przytulania "skóra
do skóry". Próbowaliśmy razem brać ciepłe kąpiele. Wtedy zupełnie nie
mogłam zrozumieć, dlaczego mój dotyk nie przynosił mu ukojenia.
Noworodki, z którymi miałam wcześniej do czynienia, uwielbiały wtulać
się w zgięcie mojej szyi i cicho postękiwać. Moje dziecko musiało być
wyprostowane i zwrócone twarzą do świata. Uwielbiało światła i ruch w telewizji. Większość ludzi ma zdjęcia śpiących bobasów... Ja mam zdjęcia
Jamiego śpiącego w fotelu z głową przechyloną na bok i otwartą buzią
oraz niemowlaka z otwartymi oczami, w pełni rozbudzonego, uważnie
wpatrującego się w wentylator sufitowy. Pod koniec pierwszego tygodnia
powiedziałam mężowi, że w szpitalu podmienili nam dziecko. Musiało dojść
do pomyłki, bo mama powiedziała, że jako niemowlę spałam bez przerwy.
Mama Jamiego mówiła to samo o nim. Żartowaliśmy, że pójdziemy do
specjalnego sklepu i poprosimy o wymianę. W pierwszych dniach czułam
ogromną presję, by udawać, że życie jest idealne. Presja wywierana na
młode mamy to poważna sprawa, niezależnie od tego, czy towarzyszy temu
autyzm, czy nie. Przed Cooperem zasłony w moim domu były zawsze
odsłonięte. Uwielbiałam słońce i światło. Uwielbiałam też, jak otaczały
mnie różne dźwięki. Uwielbiałam nasz osobliwy stary dom z huczącym
piecem i skrzypiącą podłogą. W tle zawsze grało radio z muzyką country
albo leciał kanał HGTV w telewizji. Mój mąż może potwierdzić, że byłam
gadatliwa. Mieliśmy też często gości. A to znajomi wpadali na drinka, a to rodzina przyjechała spoza miasta. Nasz dom tętnił życiem. Wszystko
drastycznie się zmieniło już w pierwszym tygodniu po narodzinach
Coopera. Zdaliśmy sobie sprawę, jak cenny jest sen, i naszym jednym
jedynym celem stało się uśpienie naszego dziecka. Przeorganizowaliśmy
szyki. Zasłoniliśmy zasłony w salonie, tworząc w nim całkowitą ciemność,
nawet w ciągu dnia. Muzykę zastąpiło urządzenie generująca biały szum.
Podświetlony telewizor został wyciszony. Dzwonki w naszych telefonach
zamilkły. Komunikowaliśmy się szeptem. Życie straciło naturalny rytm i nie potrafiłam odróżnić dnia od nocy. Czułam się jak zombie. Jamie
radził sobie z tym wszystkim o wiele lepiej niż ja. Było to zaskakujące,
bo nie miał żadnego doświadczenia z dziećmi. Może dlatego, że
potrzebował tylko sześciu godzin snu na dobę, podczas gdy ja solidnych
dziewięciu. Nie musiał też co trzy godziny przypinać się do laktatora i nie miał popękanych sutków. Szybko opanował spowijanie czy ciasne
owijanie noworodka, zmianę pieluchy, podgrzewanie butelki i uspokajanie
nadmiernie emocjonalnej Kate. Na zmianę ze mną chodził po pokoju lub
bujał się w starym, niebieskim fotelu. Przykleił nawet taśmę malarską na
podłodze, żeby było wiadomo, gdzie skrzypi. Również gotował i sprzątał.
Wiele lat później powiedział mi, że jedynym wspomnieniem z tych
pierwszych kilku tygodni był czas spędzony w piwnicy i maszerowanie w tę
i we w tę po zimnej betonowej podłodze z Cooperem zawodzącym w jego
ramionach. Po to tylko, żebym mogła zaznać paru chwil cennego snu. Bez
niego byłabym zgubiona. Opieka nad Cooperem to było zajęcie dla dwóch
osób, a Jamie miał właśnie wrócić do pracy. Jego urlop ojcowski dobiegał
końca. Byłam przerażona. W noc przed planowanym powrotem Jamiego do
pracy siedziałam w kuchni z rozpiętym podkoszulkiem do karmienia i jedno
za drugim wpychałam do ust świąteczne ciasteczka. Łzy spływały mi po
twarzy, jakby ktoś włączył jakiś przycisk. Nagle pojawił się Jamie,
spojrzał na mnie i powiedział:
- Myślę, że powinnaś zadzwonić do swojej mamy. Albo do mojej.
To sprawiło, że zaczęłam płakać jeszcze bardziej. Nie mogłam przestać,
co było dziwne, bo przed macierzyństwem nie byłam specjalnie płaczliwa.
Aby stłumić rozpacz, maniakalnie śmiałam się z siebie, że płaczę bez
powodu.
- Nie jestem smutna, Jamie. Jestem po prostu zmęczona i przytłoczona. To
różnica.
Nigdy nie łudziłam się, że początek macierzyństwa będzie łatwy, ale nie
spodziewałam się, że będzie aż tak trudno. Czułam, że poniosłam porażkę
na całej linii. Nie wiedziałam, jak pomóc własnemu dziecku. Nie tak to
sobie wyobrażałam. Jamie wybrał numer i podał mi telefon. Słyszałam
zmartwienie w głosie mamy, kiedy opowiadałam jej o wnuku. Podczas tej
rozmowy po raz pierwszy wypowiedziałam słowa:
- Chyba coś jest nie tak. - Ale zamiast mówić o moim synu, powiedziałam
o sobie. - Nie daję sobie z tym rady, mamo. On prawie w ogóle nie śpi.
Odparła, że nic mi nie jest, że to łagodny poporodowy spadek nastroju.
Kazała mi oddać dziecko Jamiemu i wziąć ciepłą kąpiel. Odpocząć i wyluzować się. W głębi serca wiedziałam, że ma rację. Tej nocy
urządziłam sobie małą pogadankę motywacyjną. Przypomniałam sobie, że to,
co czuję, jest całkowicie normalne. Że bycie po raz pierwszy mamą jest
trudne, ale nie będzie trwało wiecznie. Przetrwam to. Przetrwamy to.
Następnego dnia podzieliłam się swoimi obawami z pediatrą Coopera. Gdy
opowiadałam jej jak mi ciężko, czułam się jak zdrajczyni. Mówiłam niemal
szeptem. Wyjaśniłam, że Cooper w ogóle nie chce spać. Ale lekarka
upierała się, że to normalne.
- Niektóre noworodki nie śpią, Kate. Niektóre są po prostu bardziej
wymagające niż inne. Złoszczą się i denerwują, i to jest normalne. Nie
da się przewidzieć tego, jak będzie, a tobie, kochanie, trafił się
trudny przypadek. Nie bądź dla siebie zbyt surowa. Jesteś mamą po raz
pierwszy. Dasz sobie radę.
- Ale dlaczego on tyle płacze? Po prostu ciągle się wścieka - wyznałam.
Powiedziała mi, że to może być kolka i żebym spróbowała wyeliminować z mojej diety pewne produkty. Jest szansa, że to pomoże. Kawę, nabiał,
pikantne potrawy i wszystko na bazie pomidorów. Albo mogłabym przestawić
Coopera na mleko modyfikowane. Spytała mnie, czy mam wsparcie i czy mam
myśli samobójcze. Odpowiedziałam, że tak, mam wsparcie i nie, nie mam
myśli samobójczych, ale że czuję się zdruzgotana. Zupełnie nie mogłam
się odnaleźć.
- Jest po prostu zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałam... -
wymamrotałam.
Kiedy ja mówiłam, ona starannie obejrzała Coopera od stóp do głów i stwierdziła, że jest wręcz idealny. Potem przytuliła mnie i szepnęła:
- Świetnie sobie radzisz, mamusiu. Trzymaj się. - Na odchodnym dorzuciła
jeszcze: - Zabierajcie go na przejażdżki samochodem. To działało na
każde z trójki moich dzieci.
Tydzień później moja przyjaciółka zaprosiła mnie na zajęcia dla mam z dziećmi w księgarni w Duluth. Znajdowała się ona jakieś trzydzieści
minut jazdy samochodem od naszego domu. Przypomniałam sobie, co
powiedziała lekarka: "Zabierz go na przejażdżkę, to pomogło moim
dzieciom". Szybko więc się zgodziłam. Poza tym rozpaczliwie wręcz
potrzebowałam kontaktu z ludźmi. Gdy tylko zapięłam Coopera w foteliku
samochodowym, zaczął przeraźliwie krzyczeć i nie przestał, dopóki pół
godziny później nie wjechałam na parking przy centrum handlowym. Byłam
wyczerpana i zestresowana, prowadząc w takich warunkach, a moje palce
zaciskały się na kierownicy tak mocno, że aż zbielały mi kostki. Jego
krzyki tak mnie zaniepokoiły, że w połowie drogi zjechałam na pobocze i wgramoliłam się na tylne siedzenie samochodu, żeby zobaczyć, co się
dzieje. Pędzące ciężarówki mijały z gwizdem moje auto, a ja sprawdzałam,
czy Cooper nie jest gdzieś przyszczypnięty lub coś go nie przygniata.
Może było mu za zimno albo za ciepło. Wydawało się, że wszystko jest w porządku, ale mimo to nie dawał się uspokoić. Próbowałam podać mu
butelkę, a potem smoczek. Nie chciał ani jednego, ani drugiego. Ponieważ
byłam w połowie drogi między domem a centrum handlowym, miałam jeszcze
wybór. Mogłam zawrócić, ale chciałam jechać dalej. Cieszyłam się na moje
pierwsze wyjście, nawet gdyby miało mnie ono zabić. Kiedy weszłam do
księgarni, poczułam się bardzo dobrze. Cooper, wyczerpany płaczem, spał
w wózku, a ja zobaczyłam tyle przyjaznych twarzy. Instruktorka poleciła
nam zająć miejsce na dywanie i usiąść z naszymi dziećmi. Niektóre
maluchy były niemowlętami, takimi jak Cooper, a niektóre już raczkowały
i wierciły się. Instruktorka puściła spokojną muzykę i poradziła nam,
żebyśmy zamknęły oczy i kołysały się razem z naszymi dziećmi w rytm
muzyki. Wahałam się, czy obudzić śpiącego synka, ale zdecydowałam się
wykonać polecenie. Delikatnie wyciągnęłam Coopera z nosidełka, usiadłam
i zaczęłam się kołysać. Jego oczy otworzyły się gwałtownie, był
niezadowolony, poirytowany i rozbudzony. Wiedziałam, że nie zapadnie
znów w sen, jak zrobiłaby to większość noworodków. Cooper zaczął się
miotać. Kołysałam się mocniej, więc on miotał się jeszcze bardziej.
Poczułam, jak pot zaczyna spływać mi po plecach i karku.
"No dalej, mały, dasz radę", pomyślałam.
Kiedy Cooper i ja byliśmy jeszcze w fazie "miesiąca miodowego",
dowiedziałam się o nim wystarczająco dużo, by mieć pewność, że za chwilę
zacznie naprawdę krzyczeć. Zaczęła mnie ogarniać panika. Nie chodziło o to, że któraś z kobiet przejmie się faktem, że mam płaczące dziecko. Po
prostu czułam się jak nieudacznik, bo nie umiałam rozgryźć własnego
syna. Poza tym żadne inne dziecko nie płakało. Potem kołysanie przeszło
w masaż niemowlęcy, a Cooper zaczął płakać tak bardzo, że musiałam wstać
i obejść z nim całą salę. Próbowałam go bujać, karmić, odbijać - robić
wszystko, co powinnam. Ale on i tak nie przestawał. Pozostałe matki
próbowały mi pomóc, podsuwały pomysły, jak go uspokoić, ale nic nie
działało. W końcu wyszłam. Nie podobało mi się, że tak bardzo tracę
kontrolę nad własnym dzieckiem. Ale jeszcze bardziej nie podobało mi się
to uczucie, że inni ludzie myślą, że coś jest z nim nie tak. Gdy
włożyłam Coopera do fotelika samochodowego, natychmiast usnął wyczerpany
naszą przygodą w wielkim świecie. Zapięłam pasy bezpieczeństwa i w ciszy
pozwoliłam łzom płynąć po policzkach. W drodze do domu próbowałam
przekonać siebie, że to, co czuję, to smutek poporodowy i że nie jestem
najgorszą matką na świecie. Cooper kończył prawie dwanaście tygodni i zbliżał się czas mojego powrotu do pracy. W pewnym sensie czułam ulgę.
Urlop macierzyński wyglądał inaczej, niż go sobie początkowo
wyobrażałam. Miałam nadzieję, że uda mi się zrealizować kilka projektów
a la Pinterest, odwiedzić Jamiego w biurze w przerwie na lunch lub
pojechać do rodziców czy przyjaciół w Wisconsin. Ale nic z tego nie
wyszło. Cieszyłam się, że przetrwałam dzień, że udało mi się wziąć
prysznic i przygotować obiad przed godziną osiemnastą. Cooper i ja nigdy
nie wypracowaliśmy żadnej rutyny związanej ze snem. Większość dzieci w wieku trzech miesięcy ma już ustabilizowany harmonogram drzemek, Cooper
niestety nie miał. Nadal spędzałam dużo czasu, próbując go uśpić i zdrzemnąć się dłużej niż czterdzieści pięć minut jednym ciągiem. Przed
powrotem do pracy miałam zaplanowaną kontrolę poporodową u ginekologa.
Celem wizyty jest upewnienie się, że matka fizycznie i emocjonalnie
oswaja się z obecnością dziecka w jej życiu. Lekarz zadawał mi pytania
związane z moim ciałem. Czy odczuwam ból? Pytał o moje emocje. Czy czuję
smutek? Jak przebiega karmienie piersią? Na każde pytanie odpowiadałam
szczerze i uczciwie. Kiedy zapytał mnie, jaką metodę antykoncepcji
stosujemy, wybuchnęłam śmiechem. "Czy ludzie naprawdę w tym okresie już
uprawiają seks?" Byłam w szoku. Nie dość, że nadal nie chciałam być
dotykana, to jeszcze nie mogłam sobie przypomnieć ani jednego razu,
kiedy w ciągu ostatnich trzech miesięcy Jamie i ja moglibyśmy się w ogóle do siebie zbliżyć. Intymność wymagałaby dziecka, które czasem śpi.
Po tym, jak lekarz odhaczył wszystkie rubryki w formularzu, powiedział:
- Wszystko w porządku. Widzimy się na kolejnym przeglądzie.
Chciałam, żeby miał rację, ale ja wcale tego nie czułam. Chociaż
wszystko w moim ciele fizycznie się zagoiło, nic nie przygotowało mnie
na to, jak wyczerpujące będą dla mnie początki macierzyństwa. Czułam, że
już nie wiem, kim jestem. Rano w dniu, kiedy po macierzyńskim musiałam
iść do pracy, ze zdziwieniem odkryłam, iż moje spodnie do pracy sprzed
ciąży są tak duże, że dosłownie ze mnie spadają. Wyjęłam wagę.
Wskazywała 61 kilogramów. Nic dziwnego, że sama siebie nie poznawałam.
Nie ważyłam tyle od czasów nastoletnich. Spojrzałam w lustro, co
ostatnio rzadko robiłam, i zobaczyłam, że mam zapadnięte policzki i ciemne worki pod oczami. Wyglądałam jak duch. Byłam nie do poznania.
Odwoziłam Coopera pierwszy raz do żłobka i byłam, delikatnie mówiąc,
podenerwowana. Wybraliśmy małą placówkę prowadzoną przez miłą panią,
która miała córkę. Cooper był najmłodszy z małej grupki dzieci i martwiłam się, jak wychowawczyni poradzi sobie z jego szczególnymi
potrzebami i szóstką innych dzieci. Nie przejęła się tym ani trochę i machnęła ręką, bym wyszła, zapewniając mnie, że ciągle ma do czynienia z marudnymi maluchami. W drodze do pracy zadzwoniłam do mamy
zaniepokojona. "Żłobek jest świetny dla niemowląt, Kate. Wprowadza im
harmonogram. To dobre rozwiązanie". Nie spałam od trzeciej, więc wizja
harmonogramu brzmiała bosko. Bez trudu wróciłam do życia zawodowego.
Uwielbiałam swoją pracę i byłam dumna ze stanowiska, jakie zajmowałam w dużej organizacji non-profit specjalizującej się w pomocy rodzinom i dzieciom. Lubiłam chodzić do biura i czuć się jak dorosły człowiek.
Lubiłam prowadzić spotkania i rozwiązywać problemy. Po pierwszym dniu
byłam trochę zmęczona, ale jednocześnie zrelaksowana. Przez cały czas
przychodziły do mnie SMS-y z informacjami o szczęśliwym Cooperze
cieszącym się pierwszym dniem w żłobku. Czułam lekką dezorientację, ale
też dużą ulgę. Kiedy przyjechałam go odebrać, praktycznie wbiegłam, żeby
go przytulić. Bycie z dala przez cały dzień sprawiło, że czułam się
wybrakowana. Wychowawczyni powiedziała mi, że Cooper niewiele śpi, co
mnie rozbawiło, ale widać było, że jest zadowolony i że obserwuje
bawiące się dzieci. Cieszyła go ta stymulacja. Latem złapaliśmy w końcu
z Jamiem jakiś rodzicielski rytm. Nie powiedziałabym, że Cooper stał się
łatwiejszy. Raczej to my się do niego przyzwyczailiśmy. Spaliśmy na
zmiany. Byliśmy w ciągłym ruchu, żonglowaliśmy obowiązkami, zmienialiśmy
się. Widzieliśmy, że nasze życie z Cooperem różni się od życia naszych
znajomych, ale byliśmy przekonani też, że nie będzie ono wiecznie takie
trudne. Spędzaliśmy dużo czasu, spacerując po okolicy, wożąc go w wózku.
Dopóki się przemieszczaliśmy, był szczęśliwy. Była tylko jedna zasada:
nie mogliśmy przestać chodzić. Pod wpływem impulsu postanowiliśmy
wystawić nasz dom na sprzedaż i poszukać działki w Duluth. Kiedy
planowaliśmy z Jamiem naszą przyszłość, rozmowa zawsze kręciła się wokół
dzieci biegających po lesie, wspinających się na drzewa i budujących
forty. My tak dorastaliśmy i chcieliśmy tego samego dla naszych dzieci.
Poza tym zamierzaliśmy być bliżej miasta, w którym pracowałam.
Przeprowadziliśmy się cztery tygodnie później. Nasz dom sprzedał się
bardzo szybko, a jeszcze nie znaleźliśmy działki do kupienia, więc
byliśmy zmuszeni przenieść się do wynajmowanego domu mieszczącego się
kilka kilometrów od starego. Jednocześnie szukaliśmy idealnego miejsca
dla naszej rodziny. Kiedy wspominam tamten czas, nazywam go mrocznym
okresem mojego życia. Wynajmowany dom miał 180 metrów kwadratowych i czułam się w nim samotna. Robiłam, co mogłam, ale nie potrafiłam się w nim odnaleźć. Jamie pod kątem przyszłej przeprowadzki właśnie przeniósł
swoje banki do Duluth, co oznaczało dłuższe godziny pracy i dłuższe
dojazdy. Ponieważ był głównym żywicielem rodziny i pracował o wiele
więcej niż ja, większość opieki nad Cooperem spadła na mnie. Nie znałam
zbyt wielu osób w miejscu, do którego się przeprowadziliśmy. Znajomi z pracy znajdowali się daleko, a dorastałam jeszcze gdzie indziej.
Spędzaliśmy więc większość weekendów z Cooperem sami, tylko we dwoje.
Bardzo chciałam gdzieś pojechać, jak to robili moi znajomi ze swoimi
dziećmi - do ogrodów zoologicznych, parków - ale nigdy nam się to nie
udawało. Każda wycieczka wydawała się zbyt przytłaczająca dla Coopera i kończyła się tym, że szybko wracaliśmy, często oboje płacząc. Więc
większość czasu spędzaliśmy blisko domu, chodząc po okolicy, na brzeg
Jeziora Górnego. Zabierałam koc i przekąski i siadaliśmy razem,
obserwując fale. Siedzieliśmy tam w ciszy, a fakt, że Cooper w ogóle nie
gaworzy, zupełnie uszedł mojej uwagi. Był zahipnotyzowany jaskrawymi
kamieniami pokrywającymi plażę. Zawsze, po dokładnym obejrzeniu,
wybierał dwa, po jednym do każdej dłoni, i trzymał je w mocno
zaciśniętych piąstkach. Przyglądałam się, jak wpatruje się w swoje
dłonie, i zastanawiałam, o czym myśli. Nic nie było w stanie wytrącić go
ze skupienia. Często zdarzało się, że inne dzieci podbiegały z łopatkami
do piasku i wiaderkami w dłoniach, nachylały się nad nim i zapraszały do
zabawy. Jednak on nawet nie spoglądał w ich stronę. Po prostu otwierał i zamykał dłonie i wpatrywał się w wodę. Często inne rodziny rozkładały
koce obok naszego, a ich maluchy były na tyle blisko, że mogłam je
obserwować. Nigdy nie zapomnę pierwszych myśli, że z Cooperem coś jest
nie tak. Jak się podstępnie wkradały do mojej świadomości, sprawiając,
że wielokrotnie analizowałam wszystkie różnice. Porównywałam Coopera do
innych dzieci, co przecież robi większość rodziców. Obserwowałam, jak
maluchy wrzucają piasek do wiaderka albo rozjeżdżają ciężarówkami babki
z piasku. Mój umysł to widział, a serce temu zaprzeczało. Czasem
zbierałam się do domu wcześniej, z ulgą, że mogę uciec od tych różnic i zostawić je na plaży. Niektóre matki mówią, że zakochują się w swoich
dzieciach w chwili, gdy pierwszy raz trzymają je w ramionach. Inne
mówią, że dzieje się to wtedy, gdy widzą pozytywny wynik testu
ciążowego. Ale jeszcze inne twierdzą, że potrzeba czasu, żeby oswoić się
z miłością. Jak w przypadku dwojga ludzi, którzy się poznają. Ja
zakochałam się w Cooperze od razu, gdy go zobaczyłam, ale moja miłość
zwiększyła się o milion razy w ciągu tych pierwszych, samotnych, pełnych
refleksji dni tylko we dwoje. Wiedziałam, że jest trudny. Wiedziałam, że
nie jest jak inne dzieci w jego wieku. Nie byłam ślepa, ale też nie
byłam gotowa, żeby przyznać to na głos. Ale dzięki temu, że tak trudno
było mi nawiązać z nim kontakt, stałam się dla niego lepszą mamą.
Rozumiałam dźwięki, które wydawał, jego mimikę i jego płacz. Nie mówił
słów i chociaż rozpaczliwie za nimi tęskniłam, to właśnie brak
komunikacji werbalnej zbliżył nas do siebie. Stałam się "jego
człowiekiem", a on stał się moim. Po raz pierwszy usłyszałam słowo
"autyzm", gdy byłam w pracy. Trwała przerwa na lunch, podczas której
odbywała się prezentacja. Jadłam kanapkę z szynką i serem. Cooper miał
jedenaście miesięcy. Prelegentka mówiła o najczęstszych objawach tego
zaburzenia. Opóźniona komunikacja. Brak uśmiechu. Powtarzające się
zachowania. Sztywność. Brak kontaktu wzrokowego i zabawy symbolicznej.
Kiedy tak mówiła, poczułam, że zaczynam opuszczać swoje ciało.
Pomyślałam: "Autyzm?". Chłopiec, którym się opiekowałam na studiach,
miał wszystkie wymienione objawy. Ale jego rodzice nigdy nie wspominali
o autyzmie, więc musiał być wtedy niezdiagnozowany. Spędzałam czas,
ciągle go ganiając i próbując powstrzymać przed zabiciem ich psa. Tego
lata schudłam prawie 4 kilogramy i o mało nie osiwiałam. Odetchnęłam z ulgą, kiedy lato się skończyło. Ale tamten chłopiec w niczym nie
przypominał mojego Coopera. Kiedy prelegentka mówiła o agresywnych
zachowaniach, nagle poczułam, że się duszę, że ściany zaczynają się
kurczyć. Autyzm, który opisywała, brzmiał przerażająco i mrocznie. Czy
ludzie się na mnie gapili? Czy się domyślali? Wstałam, ale zrobiłam to
zbyt gwałtownie i moje krzesło uderzyło o ścianę. Wszystkie osoby
zgromadzone w sali spojrzały na mnie. Po wyjściu z sali konferencyjnej
oparłam się o chłodną ścianę, żeby się uspokoić. Wzięłam kilka głębokich
oddechów i poszłam do swojego gabinetu. Zamknęłam drzwi i wpisałam w Google słowo "autyzm". Resztę popołudnia spędziłam, czytając wszystko,
co mogłam znaleźć na temat tego zaburzenia. Wszędzie było napisane, że
do drugiego roku życia nie ma się czym martwić, bo diagnoza nie jest
stawiana często nawet przed trzecim rokiem życia. Na kartce nabazgrałam
różne znaki, a następnie obok każdego z nich napisałam "tak" lub "nie".
Przed końcem pracy byłam już przekonana, że to nie autyzm. Mój syn nie
gaworzył, owszem, nie dało się temu zaprzeczyć, ale że od razu autyzm -
nie ma mowy. Kiedy jechałam do żłobka, żeby odebrać Coopera, byłam
pewna, że wszystko będzie dobrze. Wjeżdżając na podjazd, zobaczyłam
gromadkę dzieci skaczących po stercie śniegu. Uśmiechnęłam się, wiedząc,
jak bardzo Cooper kochał śnieg. Tylko że nie dostrzegłam w tej grupie
jego blond włosów ani jaskrawoczerwonej czapeczki. Rozejrzałam się po
podwórku, szukając mojego synka. Serce mi zamarło, gdy zobaczyłam go w odległym kącie podwórka, przy płocie, wpatrującego się w przestrzeń.
Wyglądał jak mały więzień próbujący uciec, z twarzą przyciśniętą do
metalowego ogrodzenia. Przedszkolanka szybko podeszła i powiedziała mi,
że Cooper ma dziś ciężki dzień i nie chce się bawić. Widziałam, że jest
jej przykro. Może nawet denerwuje się, że mogę być zła. Próbowałam
zwrócić na siebie jego uwagę, krzycząc jego imię. Ledwo się obejrzał.
Tymczasem przybyli rodzice innych dzieci, małe dziewczynki i chłopcy z wołaniem "mamo" i "tato" biegli z otwartymi ramionami do swoich
rodziców. Przeszłam na tył podwórka, podniosłam Coopera i zakładając
moją aż nazbyt dobrze znaną zbroję, osłaniałam nasze różnice przed
ludźmi. W drodze do domu zadzwoniłam do mamy.
- Mamo, Cooper powinien już wiedzieć, że jestem jego mamą, prawda? Mam
wrażenie, że czasami nie wie, kim jestem...
- To niedorzeczne, Kate. On wie, że jesteś jego mamą. Wszystkie dzieci
znają swoje matki.
Zmieniłam temat, niemal zawstydzona swoją niepewnością.
"Miała rację", pomyślałam. Musiała mieć rację. Ale co, jeśli nie miała?
W pewnym sensie wydawało mi się, że Cooper jest jak mały duszek.
Wiedziałam, że jest, oczywiście, ale ani mnie nie szukał, ani nie
wydawał się specjalnie przejmować tym, czy jestem w pobliżu. Zamiast
tego biegał z pokoju do pokoju, niby bezcelowo, a jednak poruszając się
po sobie tylko znanej trajektorii. Widziałam go i słyszałam. Ale rzadko
mogłam do niego dotrzeć. Szłam za nim, próbując zwrócić jego uwagę,
kradłam mu uściski i pocałunki, kiedy tylko mogłam. Rozpaczliwie
chciałam się z nim bawić. Rozpaczliwie pragnęłam poczuć jego miłość. Ale
on był bardziej zadowolony, gdy zostawiałam go w spokoju. Podczas wizyty
kontrolnej, gdy Cooper skończył dwanaście miesięcy, miałam wypełnić
standardowy formularz oceny. Trzeba było napisać, czy w domu są alarmy
przeciwpożarowe i broń, czy jest wystarczająco dużo jedzenia i czy coś
martwi rodziców w rozwoju ich dziecka. Wcześniej wypełniałam rubryki
pobieżnie, ponieważ Cooper bez problemu osiągał wszystkie etapy rozwoju
fizycznego. Przewracał się na bok, siadał, raczkował i zaczął chodzić
zgodnie z planem. Ale teraz miałam obawy. Tyle, że tym razem mój synek
nie pozwalał mi wypełniać formularza.
W poczekalni przeistaczał się w diabła tasmańskiego. Biegał w kółko po
sali, rzucał kredkami i wspinał się na krzesła. Chodziłam za nim, a moim
jedynym celem było powstrzymanie go przed wejściem za recepcję oraz
przed ucieczką na zewnątrz, co, jak na ironię, wydawało się jego głównym
celem. Nie przestawał się przemieszczać, nawet na sekundę i był po
prostu niesamowicie szybki. Mimo że panowała wtedy w Minnesocie sroga
zima, nie włożyłam płaszcza, najczęściej wystarczał mi T-shirt. Zawsze
byłam spocona od tych pościgów. Włosy miałam zwinięte w kok - klasyczna
fryzura zapracowanej mamy. Gdy w końcu dotarliśmy do gabinetu
zabiegowego, byłam wyczerpana i zdenerwowana. Ale i tak powiedziałam
pielęgniarce o swoich obawach, jednocześnie starając się trzymać Coopera
z dala od kosza na śmieci i powstrzymać go przed zerwaniem ręcznika
papierowego z łóżka zabiegowego. Kiedy maniakalnie włączał i wyłączał
światło, wyjaśniałam, że nie grucha, nie gaworzy, nie wskazuje palcem
ani nie macha. Nie naśladował nas i nie interesowały go zabawki. Gdy się
zbliżałam do końca mojej listy, szykowałam się na najgorsze. Ale
pielęgniarka w ogóle nie przejęła się tym, co powiedziałam.
- On świetnie nawiązuje kontakt wzrokowy, Kate. Zobaczysz, w końcu
zacznie mówić. Chłopcy są leniwi. Poczekajmy, aż skończy dwa lata, wtedy
zaczniemy się martwić.
Byłam w szoku, ale w pewnym sensie poczułam ulgę. Dała mi przyzwolenie,
żeby się nie martwić. Jednak ciągle nie mogłam przestać myśleć o lunchu
i prezentacji o autyzmie. Musiałam dopytać.
- Myśli pani, że jest z nim coś nie w porządku?
Jej odpowiedź wcale nie była taka, jakiej się spodziewałam, i potem
prześladowała mnie przez lata.
- W tym wieku raczej skupiłabym się na oznakach upośledzenia umysłowego.
Zatoczyłam się, jakby ktoś wymierzył mi policzek. Wiedziałam, że
mieszkamy na wsi i prawdopodobnie jesteśmy nieco zacofani, jeśli chodzi
o poprawność polityczną, ale słowa "upośledzenie umysłowe" zabrzmiały
dla mnie niezwykle negatywnie. Zaniemówiłam. Nie zadawałam już więcej
pytań. Zanim wyszłam, pielęgniarka dała mi listę rzeczy, które
dwunastomiesięczne dziecko "powinno" robić. Przejrzałam ją i poczułam
ulgę. Mój syn nie miał aż takich opóźnień, a nad większością tych spraw
mogłam z nim popracować. Poczułam się zmotywowana. Krótko po wizycie
podjęłam decyzję o skróceniu godzin pracy, żeby mieć więcej czasu dla
Coopera. Była to decyzja, nad którą długo się zastanawiałam. Chciałam
być najlepsza na obu polach: odnieść sukces zawodowy i zostać matką
roku. Jednak moja matczyna intuicja podpowiadała mi, że Cooper bardziej
mnie potrzebuje. To nie była łatwa decyzja. Moje dochody były ważną
częścią naszego budżetu, ale ostatecznie doszliśmy do wniosku, że jeśli
zmienimy nasz styl życia, to sobie poradzimy. To było najlepsze, co
mogłam zrobić, żeby pomóc naszemu synowi robić dalsze postępy. Różnie w życiu bywa, ale moja tożsamość była ściśle związana z pracą i rezygnacja
z części etatu, nawet jeśli była to kwestia tylko kilku godzin,
sprawiła, że poczułam się trochę niekomfortowo. Może nawet byłam nieco
rozżalona. W tamtym wczesnym okresie, zanim poznaliśmy właściwe
odpowiedzi, nieustannie diagnozowałam Coopera w myślach. Obsesyjnie
przeczesywałam strony internetowe w wyszukiwarce Google i godzinami
zgłębiałam wiedzę na temat opóźnień mowy, opóźnień rozwojowych i autyzmu. Analizowałam objawy i różnice. W pewnym sensie podliczałam
punkty i przekonywałam siebie, co się zgadza, a co nie. Byłam
wyczerpana, ale jednocześnie zmotywowana. Nasze życie było ciągłym
poszukiwaniem odpowiedzi, ale przez wiele lat zdawało się, że one po
prostu nie istnieją. Były tylko znaki, które przeważały szalę to w jedną, to drugą stronę, czy to autyzm, czy jednak nie. Jedną z najbardziej znaczących wskazówek był fioletowy dinozaur Barney. Wciąż
mam przed oczami Coopera, który odkrył telewizję. Był niesamowicie
wczesny sobotni poranek, dużo przed szóstą, słońce dopiero wstawało.
Mieszkaliśmy w tym okropnym wynajętym domu, czekając na sfinalizowanie
transakcji, bo właśnie kupiliśmy farmę hobbystyczną. Cooper miał na
sobie białą, mięciutką piżamę w jaskrawe gwiazdki. Jego włosy były
długie, znacznie dłuższe niż byśmy chcieli. Ale odmawiał strzyżenia, a my nie mieliśmy siły, żeby go do tego zmusić.
Oglądałam lokalną prognozę pogody i popijałam kawę - kofeina była mi
wtedy niezbędna do życia. Gdy wybiła szósta, telewizor nagle ożył
głośnym, zabawnym dźwiękiem, a potem na ekranie zatańczył fioletowy
dinozaur. Często mówimy o przełomowych momentach w życiu. To był jeden z nich. Cooper gwałtownie podniósł głowę i widać było, że zaszła w nim
jakaś nagła przemiana. Jakby życie nagle nabrało dla niego sensu.
Powolny uśmiech rozpromieniał się na jego twarzy, gdy szedł w stronę
źródła rozrywki. Próbował podciągnąć się do góry, żeby być jeszcze
bliżej. Odwrócił się nawet, by sprawdzić, czy widzę to samo, co on.
Stałam z otwartymi ustami, obserwując, jak chłonie to wszystko. Pisnął z zachwytu, a nawet klasnął w dłonie. To był pierwszy raz, kiedy widziałam
mojego syna naprawdę szczęśliwego. W pierwszym okresie życia Coopera
jego przyjaciele z kreskówek zrobili dla niego dużo wspaniałych rzeczy.
Nauczyli go machać, wskazywać palcem i klaskać. Tańczył do ich piosenek
i nauczył się rozpoznawać ciężarówki, traktory i pociągi. Dawali nam też
cenne chwile wytchnienia. W końcu Cooper miał jakieś zajęcie i przestawał nerwowo krążyć po domu, nie wiedząc, co ze sobą zrobić.
Początkowo byliśmy wdzięczni za jego nowe hobby, dopóki nie przerodziło
się w obsesję. Szybko zdaliśmy sobie sprawę, że jego fiksacja na punkcie
seriali to pułapka i że stąpamy po kruchym lodzie. Kreskówki, które
lubił, nie były nadawane jedna po drugiej i któreś z nas musiało
siedzieć przy telewizorze, przewijając jego ulubione programy do przodu
i do tyłu. Jeśli go odciągaliśmy sprzed ekranu lub wyłączaliśmy
telewizor, wpadał w niekontrolowany szał. Próbowaliśmy chować piloty,
odłączać telewizor od gniazdka, a nawet wynosiliśmy go z pokoju. Choć
technologia ożywiła Coopera, zdawała się jednocześnie odseparowywać go
od reszty świata. Przyznam, że trochę wstydziliśmy się kontroli, jaką
telewizor nad nim sprawował. Przyjaciele i dziadkowie, pełni dobrych
intencji, doradzali nam po prostu wyłączanie telewizora. Sugerowali, że
przecież jesteśmy rodzicami i że dziecko nie musi spędzać tyle czasu
przed ekranem. I choć to rozumieliśmy, a nawet się z tym zgadzaliśmy, to
nie mieliśmy w tej kwestii zbytniego wyboru. Wyjścia na dwór kończyły
się krzykami i wybuchami złości. Zachęcaliśmy go do pieszych wędrówek,
pływania łódką, a nawet pikników - do wszystkich aktywności, które oboje
uwielbialiśmy. Ale Cooper rzucał się i odmawiał współpracy. Jego
sztywność - typowy objaw autyzmu - była widoczna z daleka, chociaż wtedy
po prostu zakładaliśmy, że jest trudnym dzieckiem. Wszystkie sygnały
były widoczne jak na dłoni, ale nikt nie połączył ich w całość i nie dał
nam jednoznacznej odpowiedzi. U większości dzieci autyzm diagnozuje się
około trzeciego roku życia. Ale u niektórych, jak u Coopera, diagnozę
można by postawić znacznie wcześniej. Gdy patrzę wstecz, to widzę, że
nasza sytuacja była wręcz czarno-biała. Ale jak to bywa w wielu
historiach, które słyszę od innych rodziców, upływają lata na
wypieraniu, a nawet ignorowaniu oczywistych symptomów. Aż nadchodzi
moment, kiedy nie da się ich już dłużej bagatelizować. Droga do diagnozy
to komplikowany taniec, robi się parę kroków do przodu, potem kilka do
tyłu. Ostatecznie zajęło nam to prawie cztery lata i moim zdaniem
straciliśmy dużo cennego czasu. Chociaż wiele osób zapewne uważa, że
świadomość bywa bolesna, ja czułam coś przeciwnego. Wiedza i właściwe
odpowiedzi przyniosły mi spokój. Kiedy już znasz prawdę, możesz zacząć
skutecznie działać i realnie pomóc. Możesz rozpocząć proces akceptacji.
Niewiedza, stan zawieszenia, obawa, że nie robisz wystarczająco dużo lub
nie robisz tego, co trzeba, są zdecydowanie bardziej destrukcyjne. Dziś
próbuję przekonać rodziców, żeby starali się jak najszybciej uzyskać
właściwie odpowiedzi, niezależnie od tego, czy chodzi o autyzm,
opóźnienie rozwojowe, czy nawet opóźnienie mowy. Pierwszą odruchową
reakcją będzie chęć ochrony swojego dziecka przed czymś tak
kategorycznym i naznaczającym całe życie, ale trzeba przezwyciężyć to
uczucie, ponieważ diagnoza oznacza pomoc. Oznacza dostęp do usług i programów wsparcia. To elitarna przepustka. Ciągle słyszę o ludziach
uciekających przed diagnozą, nieodbierających telefonów, a nawet
kłamiących na badaniach okresowych. Dziadkowie, ciocie i wujkowie, a nawet przyjaciele kontaktowali się ze mną w trosce o dziecko, które nie
otrzymuje właściwej pomocy. Osoba, która się do mnie zwraca, chce
wiedzieć, czy powinna coś powiedzieć. Za każdym razem mam trudności z odpowiedzią na to pytanie, ponieważ bardzo dobrze pamiętam swój ból, gdy
tkwiłam w stanie zaprzeczenia. I co czułam, gdy ludzie wspominali o odmienności mojego syna. Drodzy rodzice, jeśli wasze dziecko ma autyzm,
to on nigdy nie zniknie. Niezależnie od tego, co zaznaczycie w formularzach. Nie da się tego uniknąć i nie da się tego ukryć. Autyzm
jest wpleciony w wasze dzieci, jest ich częścią. Udawanie, kłamanie,
unikanie prawdy, przyniesie ból nie tylko wam, ale też waszym pociechom.
Pamiętajcie, diagnoza nie zmieni waszego dziecka ani miłości, którą do
niego czujecie. Wręcz przeciwnie, w moim przypadku ją wzmocniła. W ramach swojej strony internetowej przeprowadziłam wywiad z dorosłą
kobietą, u której autyzm zdiagnozowano dopiero po dwudziestce, zaledwie
kilka dni przed tym, kiedy planowała odebrać sobie życie. Mówiła, że
nigdy nie została zaakceptowana przez rodziców ani rówieśników i przez
większość życia czuła się wybrakowana i nienawidziła siebie za to, że
jest inna.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki