Chopin - Tadeusz Mayzner

Kup ebooka

15.90 zł
13.20 zł (13,04 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

CHOPIN

Zupełnie było ciemno w pokoju dziecinnym u państwa Chopinów. Chociaż śnieg, pokrywa­jący grubą warstwą ulice Warszawy, rzucał blaski w okna mieszkania, okna pokoju, w którym dzieci spały, matka przysłoniła sta­rannie, jak co wieczór, kiedy do snu układała całą swoją gromadkę: Frycka i jego siostry.

Zwłaszcza o malca trzeba się było troszczyć. Był wątły, blady, przeziębiał się łatwo. Z usy­pianiem go sporo było biedy, zwłaszcza jeżeli się za dnia muzyki nasłuchał.

Pani Justyna grać dziś musiała długo do tańca wychowankom męża, uczniom liceum, którzy stali na stancji w domu Chopinów. Był to nie­zawodny środek na uspokojenie żywych chło­paków, którzy po wyhasaniu się mniej rozrabiali. Dlatego więc namozoliła się, zanim jej Frycek zasnął dzisiejszego wieczoru. Uśpiła go wreszcie kołysanką o kaczorze, "co ma srebrne pióra", i o "kaczuszce-złotonóżce"... Już i przy usypianiu Ludwisi, starszej córuchny, kiedy to jeszcze w Żelazowej Woli mieszkała, ta koły­sanka mazurska nieraz się przysłużyła. Spał teraz Frycek cichutko, a i matka, znużona tru­dem dnia, zasnęła mocno.

Przelękła się pani Justyna, kiedy ją wśród nocy zbudzono wiadomością, że się chyba Fryckowi coś złego przytrafiło, bo w koszulinie, na bosaka przeszedł przez pokoje i gra...

Z bawialnego dochodziły dźwięki fortepianu. Pani Justyna rozpoznała melodię mazura, któ­rym kończyła każdą tańcówkę chłopców. Zdu­miała się. Nie przypuszczała, że jej mały, trzyletni Frycuś, stale towarzyszący przy mu­zykowaniu, nie patrzył na tańczących, lecz oparty o jej kolana, podpatrywał bieganinę palców po klawiaturze fortepianu i uczył się słuchając i patrząc...

Zdumiała się, że ta okruszyna zapamiętała za­wiłą melodię, że maleńkie paluszki, choć się błąkają, odnajdują drogę...

I że ten mazur wiejski z Żelazowej Woli, gdzie się Frycek urodził, odnalazł się jakby w nim samym, w jego czułym serduszku. A jeszcze ją bardzo i to zastanowiło, że prosta melodia do tańcowania – pod palcami dzie­cka – tęskność ma w sobie i rzewność wielką, której dotychczas nie rozpoznała, a teraz słyszy wyraźnie.

Przypomina sobie, stojąc tak za swym ma­leństwem w zasłuchaniu, że kiedy Frycek na świat przychodził, tego właśnie mazura pod oknami oficyny w Żelazowej Woli rżnęła od ucha wiejska kapela.

Rodzice Chopina (wg portretu A. Mieroszewskiego)

Dom rodzinny Chopina w Żelazowej Woli (przed renowacją)

Był wieczór i zima mroźna, jak tegoroczna. Pamięta dokładnie, był to 22 luty, rok 1810. Muzykanci rzępolili, a drużbowie do drzwi ko­łatali i prosili męża jej, Mikołaja, i ją samą na wesele we wsi. Gdzież im to wtedy było w gło­wie...

Frycka swego w jego pierwszej godzinie ży­cia tuliła. I myślała wtedy: "Kimże ty będziesz, synusiu..." Ale dziś już wiedziała. Mówiło jej matczyne serce. Mówiło jej to granie maleństwa po nocy... W pokoju bawialnym chłodno... Zamyślenie odleciało. Matka bierze malca w ra­miona, całuje, nazywa "muzykancikiem cudow­nym", potem do łóżka kładzie, pierzynką otula i usiłuje uśpić. Frycek cichutko zwierza się matce, że chcę się nauczyć grać, żeby ją zastą­pić, kiedy się znów, jak dzisiaj, zmęczy przy tym graniu do tańca. Malec szepce cichutko do ucha matce, a słowa głęboko jej w serce zapa­dają. I długo jeszcze zasnąć nie mogą oboje.

Matka myśli myślami miłującymi, jak to ten Frycuś od pierwszych miesięcy rzewnie płakał kiedy granie usłyszał... Mówiono jej, że dziecko nie znosi muzyki, ale ona wie przecież, że tak nie było, bo skoro go tylko odnosiła dalej od grającego, dziecko wyciągało rączki do fortepianu i wyraźnie domagało się muzyki. Albo i to: jak tylko nauczył się maszerować na czworakach, wędrował pod fortepian i nasłuchiwał... Dla nikogo fortepian nie był słyszalny, nikt na nim w tej chwili nie grał, ale malec słyszał, jak się struny echem odzywają, kiedy ktoś w pokoju głośniej zagada, stuknie albo odkaszlnie.

Może mu się te echa fortepianu w cudowne melodie układały, bo go wyciągnąć spod instrumentu było nie sposób, chyba obietnicą gry...

Mówiono wtedy o małym Frycku, że jest kapryśny i fantasta. Gdy płakał przy muzyce, mówiono, że dziecko jest nerwowe. Matka wiedziała, że nerwowe, ale domyślała się od dawna czegoś jeszcze, a od dzisiejszej nocy wie już na pewno, że Frycek będzie wielkim muzykiem. Będzie pięknie, najpiękniej grał na fortepianie, a może tworzyć będzie wspaniałe dzieła muzyczne, będzie znakomitym kompozytorem...

Frycek też nie śpi i także po swojemu myśli: "Mama dobra. Frycek niegrzeczny, bo wstał i chodził na bosaka i grał, a wszyscy śpią. Papa śpi i Ludwisia śpi, i malutka Izabela śpi, a Frycek grał po nocy... Jak przycisnąć dwa białe bliziutko siebie, od razu dwoma paluszkami, to brzydko gra, to aż boli od słuchania... A jak przycisnąć jeden biały jednym paluszkiem, drugiego nie przycisnąć, tylko zaraz drugi od drugiego – to ładnie gra, miło... A Frycek grał to, co mama grała. Mama najśliczniej na świecie gra i mama dobra, nie gniewa się. Mama jest taka, jak te dwa białe, co najładniej grają..." I malec zasnął radosny.

A matka powtarzając słowa małego Frycka, jego postanowienie wyręczenia jej w trudzie, myśli sobie: "Mój dobry synku, mój ty wielki muzyku..." I matka zasypia radosna.

Ileż to razy powtarzały się nocne wędrówki małego Frycka do fortepianu...

Od czasu kiedy przybyła mu trzecia siostrzyczka Emilka, Frycek sypiał w pokoju bawialnym, gdzie stał fortepian. Parę kroków zaledwie od łóżka do lśniącego wielkiego pudła o dziwacznym, pogiętym kształcie.

Zawsze, kiedy się chłopiec w nocy budził, wydawało mu się, że fortepian woła niby żywa jakaś istota. Nie wołał go przecież po imieniu: "Frycku!" czy "Fryderyku!" Zdawało się chło­pcu, że się odzywa jękliwie, po swojemu, jak dawniej, kiedy pod niego na czworakach wcho­dził.

Z każdym miesiącem, z każdym dniem chyba, od chwili pierwszego grania, kiedy to matkę ze snu zbudził, coraz lepiej się poznawał z mową instrumentu. Z początku nawet nazwa "for­tepian" trudniejsza była dla chłopca od gry samej.

Bywało, Frycek podnosi pokrywę klawiatury, spojrzy na klawisze i wie bez grania, które się ze sobą pokłócą, jeśli uderzy razem dwa lub więcej, a które znowu dadzą zgodne, miłe brzmienie.

W miarę jak wzrastał, już nie potrzebował patrzeć na klawiaturę, bo już na pamięć wie­dział, jak pokłócić klawisze i jak zażegnać te kłótnie. Wygrywał nie tylko to, co mama grywała do tańca, ale co sam sobie zawczasu wymyślił.