Chrapiący ptak. Rodzinna podróż przez stulecie biologii - Bernd Heinrich

Kup ebooka

38.00 zł
29.26 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa

Kiedy w 1951 roku przyjechaliśmy do tego wielkiego kraju, mój ojciec Gerd był dojrzałym mężczyzną i uznanym przyrodnikiem. Większą część życia miał już za sobą, ale przeszłość była stale obecna. Ojciec i matka Hildegarda - "mamusia", jak się do niej zwracaliśmy - często rozmawiali o życiu, które przed II wojną światową i po niej wiedli w Polsce i w Niemczech. Mieli o czym opowiadać.

Podczas pierwszej zimy spędzonej w Maine w domu nie było telewizji, radia ani elektryczności. Żeby zaoszczędzić na nafcie, lampę zazwyczaj gasiliśmy wcześnie. Po zapadnięciu nocy ja i moja siostra Marianne tuliliśmy się do siebie w łóżku, w którego nogach rodzice umieszczali cegły rozgrzane na piecu w kuchni, a papa snuł opowieści. Byliśmy już wystarczająco duzi, żeby zachować żywe wspomnienie o baśniowym życiu w lesie w północnych Niemczech, gdzie mieszkaliśmy jako uchodźcy, a zarazem wystarczająco mali, by ekscytować się perspektywą nowego początku w kraju kolibrów, grzechotników, Indian i drapaczy chmur.

Ale i tak byliśmy oczarowani opowieściami papy o Starym Świecie, o Polsce, gdzie mieszkaliśmy, a także o dalekich krajach tropikalnych, dokąd papa wyprawiał się w młodości i gdzie żyją cudowne ptaki i motyle. Mój ojciec był przyrodnikiem i najbardziej magiczną ze wszystkich jego opowieści wydała mi się ta o "chrapiącym ptaku", czyli pewnym gatunku naziemnego chruściela z indonezyjskiej dżungli, który uważano za wymarły. Tytuł tej książki nawiązuje wprost do tytułu dzieła mojego ojca Der Vogel Schnarch, ogłoszonej w 1932 roku relacji z podjętej na poruczenie doktora Leonarda Sanforda z Amerykańskiego Muzeum Historii Naturalnej w Nowym Jorku wyprawy na Celebes, której celem było odszukanie chrapiącego ptaka. Ze smutkiem muszę stwierdzić, że książka papy popadła w zapomnienie. Niemniej jej tytuł nadal mnie urzeka, podobnie jak dedykacja, którą papa umieścił w darowanym mi egzemplarzu. Napisał wtedy: "­Berndowi Heinrichowi, ku pamięci pionierskich czasów odkrywania różnorodności gatunkowej fauny świata i ku pamięci Jego ojca, który w tym uczestniczył, 24 grudnia 1972". Tę dedykację pragnę potraktować jako zadanie do wypełnienia. Papa przez dwa lata usilnie tropił na Celebesie chrapiącego ptaka i jednocześnie polował na swoje ukochane gąsieniczniki, dziwne i egzotyczne stworzenia, które stały się swego rodzaju herbem naszej rodziny i wielorako wpływały na bieg naszego życia, albowiem ojciec, nie szczędząc środków, gonił za nimi przez kilka kontynentów.

Mój Chrapiący ptak będzie właśnie opowieścią o losach naszej rodziny, o przetrwaniu dwóch wojen światowych, ucieczce z Polski, potem z Niemiec i osiedleniu się w Ameryce. To, że ja również zostałem naukowcem i pisarzem, w pewnej mierze zawdzięczam ojcu, a historię naszej rodziny ukształtowały nie tylko wojny, lecz także przeżycia i poglądy pasjonatów, którzy pragnęli zrozumieć sposoby działania przyrody w czasach, gdy biologia jako nauka przechodziła ogromną przemianę.

Wszystko, co opisałem, zdarzyło się naprawdę. Odczuwam potrzebę zaznaczenia tego na wstępie, ponieważ niektóre fragmenty tej książki czytelnik mógłby uznać za fikcję. Ale nic w niej nie jest zmyślone, a wszystko możliwie najściślej odpowiada faktom. Początkowo chciałem napisać swego rodzaju historię rodzinną dla moich dzieci, które nie wiedziały nic o dziadkach i bardzo mało o swoich losach. Zacząłem kilkadziesiąt lat temu, żeby wspomnienia nie przepadły, a potem zauważyłem, że układają się w coraz ciekawszą opowieść. Okruchy i fragmenty zapisków zawarłem w niektórych wcześniejszych książkach, ale dopiero teraz połączyłem je w całość i ukazałem związki, które dostrzegłem znacznie później, kiedy zainteresowałem się przeszłością i zdumiewającym, a czasami zatrważającym wpływem, jaki wywiera na przyszłość. Tak oto książka ta przez dziesiątki lat była w sensie dosłownym dziełem w toku.

Początkowo inspirowały mnie opowieści, które usłyszałem od bliskich - najpierw od ojca, potem od matki, ale także od pierwszej żony ojca Anneliese i od jej córki Ursuli, mojej siostry przyrodniej, którą nazywamy Ullą. Pragnę zaznaczyć, że rozmowy cytowane w tym pamiętniku nie zostały nagrane. Odtwarzam je z pamięci, chociaż często po fakcie robiłem notatki, a potwierdzenie wielu najważniejszych informacji, które przekazano mi ustnie, można znaleźć w korespondencji rodzinnej. Heinrichowie zawsze bowiem korespondowali za pomocą odręcznie pisanych listów. Nawet teraz, w epoce poczty elektronicznej, nadal tak postępujemy. Na szczęście nie niszczymy korespondencji, dzięki czemu mogłem obficie z niej czerpać przy pisaniu tej książki. Korzystałem również z niepublikowanego pamiętnika ojca, który zaczął go pisać w wieku osiemdziesięciu kilku lat, niedługo przed śmiercią, a także z pism matki i przyjaciół rodziny. Przejrzałem tysiące stron korespondencji. Lwią część tego materiału epistolarnego stanowi korespondencja mojego ojca z jego dozgonnym przyjacielem i mentorem w sprawach ornitologicznych, nieżyjącym już profesorem Erwinem Stresemannem z Museum für Naturkunde w Berlinie. Jako że częściej przebywałem z dala od papy niż przy nim, również nasza korespondencja jest obszerna.

Starałem się możliwie najwierniej odczytać pismo odręczne i przetłumaczyć niemiecki na angielski. Mam nadzieję, że oddałem sprawiedliwość niemczyźnie papy, Stresemanna i innych. Nie próbowałem tłumaczyć dosłownie, lecz dbałem o zgodność z faktami i zamierzone znaczenia. Oprócz Die Vogel Schnarch czerpałem z dwóch innych książek ojca, a mianowicie z Von den Fronten des Krieges und der Wissenschaft [Z frontów wojen i nauki], Berlin 1937, i In Burmas Bergwäldern [W górskich lasach Birmy], Berlin 1940.

1 Odwiedziny w domu

Jeżeli do Itaki wybierasz się w podróż,

niech będzie to podróż długa,

pełna przygód i nauk.

Lestrygonów, Cyklopów, gniewnego Posejdona

nie musisz się obawiać.

Jeżeli będziesz myślą szybował wysoko,

a umysł twój i ciało będą ciągle zdolne

do wzruszeń nieprzeciętnych,

nikt z nich ci nie zagrozi[1].

KONSTANDINOS KAWAFIS, Itaka

Kiedy wszedłem, mamusia właśnie usadowiła się na łóżku, żeby obejrzeć wieczorne wiadomości. Na stoliku obok stoją otwarte za pomocą szpica nożyc dwie puszki piwa Coors i pudełko niemieckich czekoladek. Kiedyś mamusia robiła swoje piwo, ale teraz, w połowie dziewiątego krzyżyka, lubi puszkowe Coors, a sękate ręce ma już tak słabe, że nie jest w stanie otworzyć puszki za uszko. U jej stóp leży Duke, wielki pies pasterski, którego wzięła ze schroniska, a na kolanach umościła się jednonoga kura. Mamusia jest trochę zła na mnie, że przyjechałem bez uprzedzenia - niestety mam brzydki zwyczaj wpadania niezapowiedziany albo zjawiania się godzinę później, niż obiecałem, co tak samo złości ma­musię - ale szybko ją udobruchałem i poczęstowała mnie piwem.

"Mamusia" to polskie słowo. Matka urodziła się i wychowała na terenach, które należą dzisiaj do Polski, a chociaż bardzo polubiła piwo Coors, to jej pamięć i sposób bycia czynią ją nadal mieszkanką Starego Świata. Odwiedziny u niej zazwyczaj upływają mi na słuchaniu opowieści z dawnych lat. Siedzimy w niskim ceglanym pokoju, który dziesiątki lat temu papa zbudował w celu zabezpieczenia drogocennego zbioru gąsieniczników przed pożarem. Reszta domu niech idzie z dymem, ale gąsieniczniki muszą być bezpieczne. Kiedy w 1951 roku sprowadziliśmy się do tego domu opodal Wilton w stanie Maine, był typowym sześciopokojowym farmerskim budynkiem o asymetrycznym dachu, obniżonym na tyłach. Od śmierci papy mamusia fantazyjnie go rozbudowywała, zamieniając w kolaż trzynastu pomieszczeń. Ściany ozdabiała kupowanymi obrazami przedstawiającymi kwiaty, z tym że na jednej pyszni się portret George'a i Laury ­Bushów, który za darmo przysłano pocztą. Główną siedzibą mamusi jest właśnie ten mały niski pokój z cegły, który dzieli z psem i domowymi kurami. W korytarzu przywitały mnie trzy z nich, usadowione na komodzie. W pokoju dziennym jedna z szuflad jest na wpół wysunięta, ponieważ zalęgła się w niej kura wysiadująca jaja.

- Kury znowu mnie przechytrzyły - powiada mamusia. - Wczoraj znalazłam jedną na górze, w kącie sypialni. Za dużo ich. Następnym razem przywieź śrutówkę i w końcu pomóż mi zrobić porządek z paroma kogutami. Są takie ładne, brązowe, czarne, nakrapiane, niektóre mają piórka na palcach, a inne nie. Nie mogę się zdecydować, których się pozbyć.

Mamusia ma kury w stodole i w kurniku, a do domu bierze zwykle te, które chorują. Od czasu do czasu nowo wyklute pisklęta nie wiedzieć czemu mają niewładne nóżki. Kuleją, ledwie potrafią stać, a co dopiero chodzić. Mamusia odkryła, że jeżeli poniańczy kurczę tydzień lub dwa w ramionach i pośpi z nim przytulonym do niej w łóżku, ptaszkowi w końcu poprawia się zdrowie i staje się pełnokrwistym zwierzątkiem domowym. Ciepło wytwarzane przez piecyk na drewno i ziarno rozsypane na podłodze stwarzają kurom doskonałe warunki. Ot, autorska wariacja mamusi na temat "przetrwania najlepiej przystosowanych". Najbardziej schorowane kurczaki otacza najczulszą opieką, w cieple piecyka kury rozmnażają się przez cały rok i wysiadują kolejne pokolenia niepełnosprawnych piskląt, dzięki czemu mamusia zawsze ma się czym opiekować. Mamusia przechwala się, że jaja tych kur są najlepsze na świecie. Muszę przyznać, że żółtka są w istocie przepysznie wybarwione.

Kurzy bajzel mamusi nieco mnie brzydził, póki moja żona ­Rachel nie napomniała mnie, że opieka nad zwierzętami sprzyja zdrowiu psychicznemu. Rzeczywiście, mamusia przynajmniej nie łyka niczego na depresję ani na uspokojenie. Nigdy nie nauczyła się prowadzić samochodu, więc bardzo rzadko opuszcza dom. No i w końcu to przecież nie ja mam stale na głowie te gdaczące stworzenia! Cały mój udział w tym interesie sprowadza się do tego, że od czasu do czasu przywożę z sobą śrutówkę.

Papa nie mógłby tak żyć. Był maniakiem porządku. Chował każdy świstek papieru, każdy kwitek, prowadził ­księgę rachunkową, w której zapisywał wszystko co do centa. Po jego śmierci w 1984 roku mamusia przez lata utrzymywała, że porządkuje jego papiery, ale nigdy nie spostrzegłem ani śladu postępu. Oczywiście nie moją sprawą było to, co zatrzyma, a co wyrzuci. Matka od dziesiątek lat wytykała mi, że nie zgadzam się z ojcem bardziej, niż przystoi synowi. W rodzinie uważano to za świadectwo braku szacunku. Wiedziałem, że lepiej nie prosić mamusi o jakikolwiek świstek i nie przetrząsać domowych graciarni.

Stodoła, gdzie pośród stosów rzeczy nagromadzonych przez dziesięciolecia mieszkała reszta kur, w czasach mojego dzieciństwa służyła również jako gołębnik. Zaczęło się od jednego ptaka, który uciekł Murrayowi Fossowi. Murray był synem Dota Fossa, właściciela Dot's Place, stacji benzynowej i sklepiku z papierosami i cukierkami na skrzyżowaniu półtora kilometra od naszego domu. Murray zwiał do Los Angeles, a przed wyjazdem zebrał wszystkie swoje ukochane gołębie pocztowe i kolejno skręcił im karki. Jeden wszakże mu uciekł i przyfrunął na szczyt naszej stodoły. Mamusia wysypała garść ziarna, które gołąb w końcu zjadł. Niedługo potem pojawił się drugi, oczywiście płci przeciwnej, i ptaki zaczęły się mnożyć jak szalone. Ziarno sypane gołębiom zwabiało i żywiło również myszy, pręgowce, wróble i szczury - wszystko to osiedlało się w stodole i opływało w dostatki. Pamiętam, że pewnej nocy za pomocą beczki na ziarno złowiłem dwadzieścia szczurów. Następnie zameldowały się łasice, a potem i para jastrzębi zachwyciła się tym terenem łowieckim. Jastrzębie siadywały na pobliskim drzewie i czekały w ukryciu, a jeżeli w tym czasie ze stodoły wyfruwał gołąb, miał tylko cień szansy na to, żeby nie stać się żerem dla młodych jastrzębi, stłoczonych w gnieździe z patyków wysoko na sośnie na Picker Hill. Mamusia pragnęła chronić swoje gołębie i postulowała zastrzelenie jastrzębi, ale papa stanowczo się sprzeciwił. Pisał do mnie: "Jastrząb trzebi stado gołębi, codziennie porywa jednego, ale rzadko go widujemy. Nie będziemy się wtrącać. Niechże porwie nawet wszystkie".

Pogadawszy z mamusią przy piwie, poszedłem do stodoły, gdzie po stromych schodkach wdrapałem się na strych do składowania siana. Siana od dawna tam już nie składowano, natomiast walały się nędzne resztki moich uli sprzed co najmniej czterdziestu lat. Bodaj jakiś urson, być może jeszcze ten, którego sam hodowałem, poobgryzał niektóre z nich, podobnie jak krawędzie schodków wiodących na strych. Kiedy przybyliśmy tutaj w 1951 roku, szyby w oknach w obydwu szczytach stodoły były wybite, i tak już zostało. Pamiętałem, że dymówki i drozdy korzystały z tych dziurawych okien i zakładały gniazda na belkach w stodole. Wnętrze budynku pokrywała gruba warstwa kurzu i ptasich odchodów, które się gromadziły przez czterdzieści lat, a na strychu stało trochę pudeł z ruchomościami papy, papierami i rzeczami osobistymi. Kury najwyraźniej gospodarzyły w tych papierach, bo znajdowałem w nich skorupki, dawno zgniłe jaja, z których czasem wyciekła zawartość. O tak, tutaj mogłem sobie szperać, nie narażając się na utyskiwania mamusi. Z pewnego pudła wyzierał stary garnitur papy. Bardzo mgliście przypominałem sobie papę w tym ubraniu. Najżywiej wrył mi się w pamięć w białych szortach i spłowiałej zielonej baseballówce.

W pudle tym znalazłem stare pułapki papy na owady. Było tam też kilka ze szczurzych pułapek, któreśmy mieli z sobą w trakcie ucieczki przed Armią Czerwoną, i tych zabieranych przez papę na wyprawy na Celebes, do Persji, Birmy, na Borneo i w inne egzotyczne krainy. Pamiętałem, jak pod koniec lat czterdziestych, kiedy byłem małym chłopakiem, zastawiał te pułapki w lesie Hahnheide w Niemczech. Inne pudło zawierało odbitki rozpraw naukowych ojca, wiele kartek, pożółkłych już i pokrytych kurzem. Te rozprawy były ukoronowaniem jego kariery, a właściwie sensem całego życia, owocem wielkiej żarliwości i poświęcenia. Zaiste smutne sprawiały wrażenie, niechciane i niszczejące na strychu w stodole. Żadna z tych rozpraw zapewne nie miała więcej niż kilkunastu czytelników. Większość ludzi nigdy nie słyszała o gąsienicznikach, a wielu tych, którzy o nich słyszeli, uważało je pewnie za jakieś przebrzydłe "muchy".

Gąsieniczniki (Ichneumonidae) to tajemnicze i egzotyczne błonkówki, które są koneserami parazytyzmu. Każdy gatunek specjalizuje się w pasożytowaniu na pewnym innym gatunku owadów lub bardzo niewielu innych gatunkach. Gąsieniczniki odznaczają się wielką delikatnością ukształtowania oraz niesłychanym zróżnicowaniem i subtelnością ubarwienia. Jest ich dziesiątki tysięcy gatunków i niełatwo je rozróżnić. Samce i samice jednego gatunku często różnią się kształtem i wielkością, wymiarami wyrostków i ubarwieniem (od żółci i brązu po opalizujący metaliczny błękit z kontrastowymi czarnymi i białymi deseniami). Samica ma pokładełko wystające z zakończenia odwłoka. W zależności od gatunku pokładełko może być tak krótkie, że ledwo widoczne, albo tak długie jak reszta ciała owada, a nawet dłuższe. Pokładełko spełnia również funkcję żądła, ale przede wszystkim służy do składania jaja w ciele ofiary.

Papa przez całe życie opisał przeszło tysiąc nowych gatunków, z tym że wiele z nich na podstawie okazów muzealnych, a każdy członek naszej rodziny, który trzymał w ręku siatkę do połowu owadów, został uwieczniony w nazwie schwytanego przez siebie gąsienicznika. W nazwach czterech gatunków, których przedstawicieli złowiłem kolejno na Nowej Gwinei, w Afryce, Los Angeles i opodal naszego gospodarstwa w Maine, papa zawarł epitet gatunkowy berndi. O ile wiem, nikt przedtem nie znalazł, a w każdym razie nie opisał żadnego z tych gatunków, chociaż każdy z nich najprawdopodobniej uprawia swój proceder na znacznym obszarze odpowiedniego kontynentu. Dotyczy to wielu innych gatunków, które zostaną odkryte na całej ziemi. Z powodu wielkiej różnorodności i nienarzucającego się sposobu życia tych wspaniałych, delikatnych, cudownych owadów ludzie w zasadzie nic o nich nie wiedzą i ich nie zauważają - prócz papy. Ujmował on świat w kategoriach siedlisk gąsieniczników. Potrafił wskazać setki szczególików odróżniających jeden gatunek od drugiego. W odniesieniu do każdego okazu w swoim zbiorze umiał podać dokładny czas i miejsce jego schwytania. Jak nikt przed nim bądź po nim poznawał, czy na danym terenie znajdzie się gąsienicznika.

Prawdę mówiąc, w dzieciństwie gąsieniczniki mało mnie interesowały. Co więcej, czasami się buntowałem, kiedy ojciec ciągnął mnie zimą w las, żeby rozłupywać butwiejące pnie w poszukiwaniu hibernujących gąsieniczników, a latem, żeby wypatrywać ich na liściach, od czego naprawdę bolały oczy. O wiele bardziej wolałem tropić łasicę albo polować na kuropatwy lub króliki, a więc oddawać się zajęciom, które papa odrzucał, zapewne dlatego, że pochłaniały dużo czasu i bardzo rzadko dawały namacalne wyniki. Najgorsze były letnie wyprawy, kiedy papa pakował mnie do samochodu i jechaliśmy długo na zapadłe bagno, gdzie pożerani żywcem przez meszki i komary poszukiwaliśmy jakiegoś szczególnego gatunku faworytów papy. Gąsieniczniki były jego pasją, nie moją. Muszę jednak przyznać, że kiedy udało mi się złowić "jedynkę" - czyli okaz, który zajął poczesne miejsce w kolekcji papy, a mnie zapewnił smaczną nagrodę - wtedy, jakkolwiek bardzo się sta­rałem, żeby nic nie dać po sobie poznać, rzeczywiście czułem dumę i radość.

Po łowach wracaliśmy do domu i papa udawał się do pracowni, gdzie rozpinał okazy. Za pomocą cieniutkich igieł pieczołowicie eksponował skrzydełka i każdy z kilkunastu - nie inaczej, kilkunastu - wyrostków. Uwielbiał te swoje cudeńka, niczego im nie żałował. Rozpięte w równiutkich rządkach i opisane drobniutkim pismem, umieszczał je w specjalnych hermetycznych przeszklonych gablotkach, które sprowadzał z Niemiec, i tak zabezpieczone przechowywał w ogniotrwałym pomieszczeniu, na którego budowę wydał ostatniego centa. Nie znalazł ani dolara na to, żeby wysłać na studia którekolwiek z pięciorga potomstwa (w mojej opowieści występuje tylko czworo, ponieważ jednego potomka papy nigdy nie poznaliśmy), ale stać go było na ów ceglany sejf na gąsieniczniki. Widząc go zajętego tą żmudną i wymagającą pracą, nieraz zadawałem sobie pytanie: po co? Jaki to ma sens? Po co zadawać sobie tyle trudu?

Kiedy wieczorami pracował przy lampie i mikroskopie, czasem siadałem na wprost niego, a on próbował zainteresować mnie historią rodziny, wyciągając stare fotografie i wskazując obce twarze. Słuchałem grzecznie, ale nic więcej. To była jego historia, a ja pragnąłem należeć do świata przyszłości. Moimi bohaterami byli chłopcy z sąsiednich farm, którzy grali w baseball, biegali po bieżni, wiosną chodzili na ryby, jesienią polowali na jelenie, w nocy wyprawiali się na szopy, a w zimie łowili ryby spod lodu i zakładali wnyki. W porównaniu z nimi papa był tylko beznadziejnym kolekcjonerem robaków, którego czasami się wstydziłem. W gablotce zawieszonej na ścianie trzymał kilka odznaczeń wojennych i nie omieszkał ich pokazywać sąsiadom, podobnie jak zoologicznych osobliwości z Afryki i Meksyku. Przede wszystkim jednak demonstrował naszym gościom swój zbiór owadów, czy byli to uczniowie, farmerzy, robotnicy miejscowych zakładów wełniarskich, czy wykładowcy uniwersytetu w pobliskim Farmington. Niektórzy z gości zachowywali się tak, jak gdyby te eksponaty ich ciekawiły. Ja jednak wiedziałem swoje i wewnętrznie cierpiałem. Czy on nie rozumie, że te robaki nic a nic nikogo nie obchodzą? Jednocześnie gąsieniczniki papy były głównym spoiwem naszego życia, czynnikiem, który trzymał nas razem, a już na pewno mnie i jego. Podejrzewam, że gdyby nie moje bystre oczy i uleg­łe pomaganie mu w łowach, nieczęsto miałbym kontakt z papą. Nie taił, że liczy na to, iż w przyszłości przejmę jego kolekcję, ale ja nie miałem ani chęci, ani zamiaru spełnienia tego oczekiwania. W miarę dorastania oddalałem się zarówno od papy, jak i od jego gąsieniczników. Miałem co innego do roboty. Później rzeczywiście studiowałem biologię, ale innego rodzaju. Myślę, że bardzo zawiodłem ojca, byłem jednak zbyt młody i zanadto pochłonięty swoimi sprawami, żeby to zauważyć.

Wtedy na strychu stodoły mamusi, patrząc na pudła pełne starych, nieczytelnych druków, poczułem żal. Myszkując w rupieciach, spostrzegłem książkę w zielonej oprawie. Szpeciły ją zacieki od śniegu, który przez dziesiątki lat wpadał do stodoły przez dziurawe okna. Były na niej też zaschnięte ślady ptasich kup, a pod nimi widniał wybity złotymi literami napis: Burmesische Ichneumoninae, Part 1, Gerd H. Heinrich, Dryden, Maine, U.S.A. "Dryden" oznaczało jednoizbowy urząd pocztowy opodal Wilton. Na drugim tomie widniało jedynie: Part 2.

W oczach laika te dwie książki mają nie większe znaczenie niż w oczach kur, które grzebały między ich kartkami. Ja wszakże wiedziałem, ile znaczyły dla papy. Ojciec walczył w dwóch wojnach. Aż za dobrze rozumiał ulotność życia. Ale wbrew wszelkim oczekiwaniom nie tylko raz, drugi i trzeci uchodził cało i zaczynał wszystko od nowa, lecz także zdołał w końcu stworzyć dzieło, które zostanie po nim na wieki. I oto miałem je w ręku, uwalane kurzym łajnem, utytłane w pyle i nieczytane. Zastanawiałem się, w jakim sensie "nieśmiertelne" jest dzieło życia, jeżeli traktuje o sprawach tak ezoterycznych, że obchodzących mało kogo. Pasja do badania tych błonkówek była jedną jedyną nicią osnowy, podczas gdy wszystko inne - dom, rodzinę, miłości mojego ojca - oplatały wokół niej wydarzenia światowe, nad którymi papa nie miał władzy. Gąsieniczniki zakotwiczały go w świecie i dzięki nim przetrwał wszystkie burze życia. Czy nie dlatego tak cenił porządek, opanowanie i równomierny postęp, że właśnie tego żądały od niego te owady?

Ojca pamiętam głównie jako mężczyznę w podeszłym wieku. Kiedy w 1951 roku przyjechaliśmy do Stanów Zjednoczonych, miał już pięćdziesiąt pięć lat. Strawił tysiące godzin zgarbiony nad swoimi zbiorami i oczy go już zawodziły. Wkrótce jęły słabnąć władze umysłowe. Dopiero gdy sam miałem tyle lat co ojciec wtedy, zacząłem rozumieć długą drogę, którą przeszedł. Przecież nie urodził się jako dość ekscentryczny, zgorzkniały starszy mężczyzna. Tak oto dopiero poniewczasie dostrzegłem niezwykłą siłę, wytrwałość i pasję, które sprawiły, że życie papy, chociaż pełne wielkich strat, obfitowało w przygody i osiągnięcia.

Jeszcze w latach osiemdziesiątych papa nadal pracował nad swoim zasadniczym studium, tym na temat gąsieniczników orientalnych. Właśnie perspektywa opublikowania tego studium skłoniła go do wyjazdu do Ameryki w obliczu niekończących się i najwyraźniej niemożliwych do przezwyciężenia trudności, które piętrzyły się przed nim w Europie. Ale i w Ameryce nie było łatwo. Podczas gdy zwyrodnienie plamki żółtej odbierało mu wzrok, papa ścigał się z czasem, żeby ukończyć zarówno studium główne, jak i uzupełniające studia na temat gąsieniczników afrykańskich, północnoamerykańskich i rosyjskich. W końcu zrezygnował z publikacji całościowego opracowania na temat gąsieniczników orientalnych i, żeby ocalić chociaż część zdobyczy, postanowił ogłosić tylko swoje najnowsze ustalenia na temat gąsieniczników birmańskich. W tamtym czasie w Stanach Zjednoczonych taksonomia wychodziła z mody, na fali były ekologia, fizjologia i biologia molekularna, więc prasa naukowa niechętnie przyjmowała rozprawy taksonomiczne. Ostatecznie papa był zmuszony szukać wydawców znów w Europie i właśnie tam zaczął ogłaszać studium zasadnicze. Pierwsze siedem części ukazało się po niemiecku na łamach szwedzkiego pisma naukowego, a kiedy jego redaktorzy uznali, że nie mogą zrobić nic więcej, papa zwrócił się do periodyku polskiego, w którym ogłosił pozostałe cztery części studium liczącego w sumie tysiąc dwieście pięćdziesiąt osiem stron.

W pudłach na strychu znalazłem również księgi rachunkowe papy. Namawiał mnie do równie skrupulatnego księgowania wydatków, ale nigdy nie zdołałem się zmusić do zapisywania czegokolwiek związanego z pieniędzmi. W rzeczy samej założyłem księgę, która mogłaby być księgą rachunkową, ale zapisywałem w niej zupełnie inne dane, a mianowicie informacje o tym, gdzie znajdowałem gniazda rozmaitych ptaków i co zawierały, albo informacje o tym, jakie gatunki pszczół zauważałem na różnego rodzaju kwiatach. W tamtym czasie papa miał bardzo mało pieniędzy. Każdy cent się liczył. Kiedy przyjechaliśmy do Stanów Zjednoczonych, papa miał nadzieję, że dostanie posadę akademicką i będzie zarabiał, wykonując pracę, do której był najlepiej przygotowany, a więc polegającą na badaniu jego ukochanych gąsieniczników i zbieraniu okazów na użytek muzeów. Ponieważ jednak nie miał stopnia naukowego, spotykał się ze sceptycyzmem i niechęcią. Zanim zdobył sobie pozycję "zbieracza" i zaczął zarabiać głównie jako badacz terenowy gromadzący okazy małych ptaków i ssaków do kolekcji muzealnych, nie tylko on, ale i mamusia byli zmuszeni podejmować się wszelkiego rodzaju prac, żeby zarobić na nasze utrzymanie.

Myszkując w stodole, znalazłem jeszcze stare siatki do łowienia owadów i pudełka nabojów do śrutówki, niezużytych podczas wyprawy do Afryki, w której i ja uczestniczyłem przez okres obejmujący dwa sezony letnie. Żeby dołączyć do rodziców, przerwałem studia licencjackie, a za udział w tej ekspedycji oczywiście nie otrzymywałem wynagrodzenia. Na strychu znalazłem dwie wzmocnione skrzynie drewniane, które służyły w trakcie wyprawy do Tanzanii. Zostały zbudowane zgodnie z instrukcjami papy w taki sposób, żeby pasowały do ekwipunku. Pomalowano je na ciemnozielono i opatrzono białym napisem: "Yale University", oraz inicjałami papy: "G.H.".

Tak oto niby w śmietniku grzebałem w stertach niszczejących rzeczy, które były w istocie świadectwami historii naszej rodziny, i nagle poczułem, że jeżeli chcę zrozumieć tę historię i zarówno na użytek własny, jak i moich dzieci złożyć ją w całość, to muszę działać, i to szybko, zanim będzie za późno. Dwadzieścia lat wcześniej w In a Patch of Fireweed [W łanie kiprzycy] pobieżnie opisałem naszą ucieczkę z Polski, ale mamusia po przeczytaniu tej książki zarzuciła mi "kłamstwa".

Ten werdykt mnie zaintrygował.

- Jakie kłamstwa? - zapytałem.

Mamusia długo milczała, a w końcu rzekła:

- To nie ty zerwałeś kwiaty forsycji, zanim zeszliśmy do schronu, lecz Marianne.

Rzeczywiście nie pamiętałem wyraźnie, które z nas zerwało gałązkę forsycji. Ale pamiętałem, że wzięliśmy kwiatki z sobą i że napisałem, iż nabrałem obrzydzenia do tej rośliny. Następnej wiosny mamusia, która nigdy przedtem nie hodowała forsycji, posadziła przy domu jej wielki krzak. Odniosłem wrażenie, że to bezpośredni przytyk pod moim adresem, chociaż mamusia powiedziała tylko, że "naszła ją ochota", żeby posadzić forsycję. Kiedy wróciwszy ze stodoły, powiedziałem mamusi, że chcę spisać dzieje rodziny Heinrichów, rzuciła sucho:

- Nie możesz.

Zamarłem, chociaż nie byłem całkiem zaskoczony. Mimo wszystko myślałem, iż matka się ucieszy, że chcę tak głęboko zająć się przeszłością, o której i ona, i papa stale opowiadali i którą zawsze pragnęli mnie zainteresować.

- Dlaczego? - zapytałem, chociaż dobrze wiedziałem, co odpowie.

- Bo nie napiszesz jej po mojej myśli.

Święta prawda. Mamusia nie wierzyła w moją pisarską rzetelność.

- Możesz mi opowiedzieć wszystko, co wiesz, i możesz mnie poprawiać - próbowałem ją przekonać, przyznając w duchu, że upraszczałem, wielu rzeczy nie dopowiadałem, opierałem się na pogłoskach. - A najlepiej sama wszystko opisz i przyślij mnie - dodałem.

Miałem nadzieję, że mamusia pozwoli mi zajrzeć do księgi gości, którą zabrała z Borówek, naszej posiadłości w Polsce, kiedy uciekaliśmy przed nadciągającą Armią Czerwoną. W trakcie trzymiesięcznego exodusu księga ta służyła jako swoisty dziennik.

- Gdybym wszystko opisała, to sama napisałabym tę książkę - zauważyła mamusia i dodała: - Jestem taka zajęta, nie mam czasu.

Jeżeli nie ma czasu w połowie dziewiątego krzyżyka, to kiedy będzie go mieć, pomyślałem.

- Tak czy owak - rzuciła jeszcze - nie podoba mi się twoje pisanie.

Kiedy jeszcze raz poszedłem do stodoły, wpadła mi w oko strasznie zaplamiona i obszarpana teczka z niebieskiego kartonu, która się nie rozleciała tylko dlatego, że obwiązano ją sznurkiem. Widniała na niej etykieta, na której papa napisał: "Erinnerungs-Correspondenz, 1945-1950", czyli: "­Listy pamiątkowe, 1945-1950". Z nabożeństwem podniosłem wystrzępioną i wybrudzoną teczkę. Miałem wrażenie, że to adresowana do mnie wiadomość, prosto od ojca. Otwarłem teczkę i na wierzchu ujrzałem list, który wyszedł spod mojej ręki, kiedy miałem jakieś siedem lat. Na krzywych liniach, które wykreśliłem na kartce czystego papieru, widniały nieporadne bazgroły, po niemiecku, co drugie słowo z błędem. Pisałem: "Kochany Papo, czy przywieziesz orzesznicę, a weź ją z sobą żywą i trzymaj, a ja mam też nietoperza i on jest też żywy w klatce na gąsienice i karmię go, a złapałem też dla ciebie kokoszkę taką jak przedtem i ona jest już obdarta i pozdrawiam Papę i Mamusię".

Przypomniałem sobie nawet, jak schwytałem tę kokoszkę. Próbowała się ukryć pod okapem wysokiego brzegu stawu. Ów list, który napisałem do ojca, gdy z matką przebywał na wyprawie zbierackiej w Alpach na południu Niemiec - podczas gdy my zostaliśmy w leśnej chacie na północy kraju pod opieką żony papy Anneliese, którą mamusia nazywała "przeklętą wiedźmą" - wywołał lawinę wspomnień i wzbudził we mnie osobliwą pewność, że ojciec celowo zebrał te listy po to, żebym wiele lat po jego śmierci je znalazł.

Później przekartkowałem liczne listy zebrane w niebieskiej teczce. Chociaż przez przeszło pół wieku mało używałem niemczyzny, pamiętałem wystarczająco wiele, żeby o tyle o ile je rozumieć. Rodzice rozmawiali z sobą zwykle po niemiecku, wyjąwszy chwile, gdy nie chcieli, abyśmy ja i Marianne rozumieli, o czym mówią, i wtedy przechodzili na polski. Jeden z listów napisał Ernst Schäfer. Znałem to nazwisko. Wydało mi się, że ojciec o nim wspomniał, ale nie pamiętałem, w jakim kontekście. Schäfer należał nie tylko do NSDAP, lecz również do SS i był jednym z najokrutniejszych zbirów Hitlera. Dlaczego papa z nim korespondował?

Kilka dni później dostałem list od niejakiej Evy Ziesche, mieszkanki Berlina, która przeczytawszy moją książkę Ravens in Winter [Kruki w zimie], podobnie jak wielu innych czytelników postanowiła podzielić się ze mną obserwacjami dotyczącymi kruka, którego hodowała jako zwierzątko domowe. Kiedy przeczytałem, że Eva pracuje w Handschriftenabteilung, czyli Dziale Rękopisów, Staatsbibliothek w Berlinie, bardzo mnie to zelektryzowało. Nigdy przedtem nie słyszałem o tego rodzaju placówce, czy to w bibliotece, czy gdziekolwiek indziej, ale jeżeli stare rękopiśmienne listy, które znalazłem w niebieskiej teczce, były miarodajne, to przydatność takich ośrodków stawała się oczywista. Natychmiast skontaktowałem się z Evą Ziesche, pytając, czy nie pomog­łaby mi odczytać kilku listów. Mniej więcej po tygodniu dostałem odpowiedź:

Mam dla Pana niespodziankę. W naszej bibliotece przechowujemy bogatą spuściznę Erwina Stresemanna. W jej skład wchodzą dwa grube tomy listów od Gerda Heinricha, z okresu od lutego 1926 do listopada 1963! Zapewne Pański zbiór obejmuje drugą część tej korespondencji. Przyjrzałam się odręcznemu pismu Stresemanna i nie sądzę, żeby jego odczytanie nastręczało trudności.

Od razu umówiliśmy się na wymianę materiałów. "Oniemiałam, jak Pan przez mojego kruka dotarł do tak ciekawego zbioru korespondencji. Po prostu bajeczne!", pisała Eva. ­Zaiste bajeczne, niewiarygodne, pomyślałem.

Skopiowałem listy Stresemanna, a oryginały wysłałem do berlińskiego archiwum, gdzie było ich miejsce. Wkrótce dosta­łem ciężką paczkę zawierającą jakieś półtora tysiąca stron listów papy. Oto bezcenne źródło, gdzie znajdę bezpośredni wyraz wielu przeżyć papy i jego odczuć, którymi się dzielił z najbardziej zaufanym kolegą, przyjacielem i towarzyszem broni, oficerem Luftwaffe w czasach II wojny światowej. W listach tych znajdę żywe opisy wypraw ojca do dalekich krajów, opisy jego ukochanych Borówek i zwierzenia na temat walki nie tylko o to, żeby przetrwać, lecz również o to, by móc kontynuować badania pomimo wojny, a potem wygnania.

Nieprawdopodobne zrządzenie losu, które sprawiło, że to przebogate źródło myśli ojca wpadło mi w ręce, uznałem za znak, którego nie wolno zlekceważyć. Liczne opowieści ojca o jego życiu obfitowały w tyle niesamowitych zbiegów okoliczności, że trudno było w nie wierzyć. A teraz i mnie niewiarygodny uśmiech losu otwarł możliwość poznania prawdy o nim. W ten sposób zacząłem zbierać w całość rozrzucone elementy układanki.

2 Borówki

O Borówkach, czyli posiadłości ziemskiej w Polsce, w której dorastał i spędził wielką część życia, ojciec mawiał czasem: "dom duszy mojej". Pisał o nich: "ukochana ojczyzna, z którą jestem zrośnięty wszystkimi włóknami serca". Z Borówek wygnała go wojna, co porównywał do morderstwa. Z dzieciństwa Borówki pamiętam tylko z owego śnieżnego dnia, gdyśmy z nich uciekli przed Rosjanami. Miałem wtedy niespełna pięć lat. Ale opowieści o życiu tam słuchałem, odkąd pamiętam. Jeszcze jako starzec na naszej farmie w Maine papa z nabożeństwem i tęsknotą wspominał to, co przeżył w Borówkach. Jeżeli wierzyć opowieściom jego i tych, którzy w nich bawili, Borówki najbardziej ze wszystkich miejsc na świecie przypominały utopię. Każdy, kto je znał, opowiadał o nich niczym o swoim Shangri-La.

Wyobrażenie o Borówkach zawdzięczam po części ilustrowanej mapie tego siedliska, którą ma moja przyrodnia siostra Ursula, zwana Ullą. Odmalowano na niej lasy i pola, mokradła i wzgórza, ukazano lisy i bociany. Wyrysowano również stodoły i zabudowania gospodarskie, dwór oraz domy, w których mieszkali liczni pracownicy majątku. W niektórych miejscach tego pejzażu widać ludzi zajętych, dajmy na to, żęciem kosami zboża, wiązaniem go w snopy i ładowaniem na wozy zaprzężone w konie. W sumie ukazano jedenaście koni. "Konie - mówiła Ulla - były miłością mojego życia. Papa powtarzał, że tylko kretyn może się tak interesować końmi. Skoro moje skłonności nie były tajemnicą, jasne, co miał na myśli. Das Glück dieser Erde liegt auf dem Rücken der Pferde, mówi poeta[2]. Nigdy nie czułam się bardziej szczęśliwa, niż gdy galopowałam przez pola i łąki albo konno ścigałam się z burzą, która jednak mnie dopadła. Kocham wszystkie zwierzęta, ale konie są koroną stworzenia".

W rogu mapy Ulli widać dwie osoby jadące ramię w ramię na koniach. "To Ruth i ja", powiedziała Ulla.

Właśnie jej przyjaciółka Ruth Michelly, teraz Gilbert, która odwiedziła ją w Borówkach, zrobiła tę ilustrowaną mapę. Opowieść tę zaczynam od samych Borówek, ponieważ są źródłem wielkiej części tego, o czym będę mówił.

Majątek ten znalazł się w rękach naszej rodziny dzięki temu, że moja babka, którą z niemiecka nazywaliśmy Omą, czyli "babcią", urodziła się jako dziewczynka, a nie chłopiec. Jej przodkowie przybyli z Niemiec do Polski w 1697 roku, gdy królem został August II Mocny, o którym opowiadano, że gołymi rękoma łamał podkowy i że spłodził trzysta sześćdziesięcioro pięcioro lub nawet trzysta osiemdziesięcioro dwoje dzieci. Nowy król przyjechał z Saksonii ze świtą urzędników, w tym ministrem finansów nazwiskiem von Tepper. Król nadał swojemu ministrowi wielką posiadłość ziemską Trzeboń w północno-zachodniej Polsce. Ziemia nadal należała do króla, ale rodzina, której ją nadano, miała niczym nieograniczone prawo jej użytkowania. Von Tepperowie dziedziczyli ten majątek, jednak tylko po mieczu.

Jeden z von Tepperów władających Trzeboniem nie miał syna, więc adoptował przybysza ze Szkocji, niejakiego Fergusona, który przyjął nazwisko von Tepper-Ferguson. Jego syn Adolf Trzebon von Tepper-Ferguson poślubił Żydówkę Valerię Schlesinger, z którą miał córkę. Ich córka Margarethe von Tepper-Ferguson, urodzona 9 kwietnia 1868 roku, była matką mojego ojca, a więc moją babcią. Skoro nie mogła dziedziczyć ziemi, rodzice kupili jej Borówki, majątek o powierzchni tysiąca sześciuset mórg (mniej więcej dziewięciuset hektarów). Margarethe bardzo kochała swoją posiadłość i chociaż studiowała w szkole artystycznej w Paryżu, po studiach wróciła do Borówek i nigdy z nich nie wyjechała. W 1889 roku wyszła za Stabartza (lekarza wojskowego) Hermanna Heinricha, mojego dziadka, którego z niemiecka nazywaliśmy Opem.

Opa był tęgim i surowym mężczyzną, ale znakomitym lekarzem. Miał praktykę w Berlinie, gdzie przyjmował pacjentów z całej Europy. Jego ojciec służył jako pastor luterański i oprócz Hermanna wykarmił czterech synów. Hermann zrobił karierę dzięki armii, która zapłaciła za jego studia medyczne. Druga żona papy Anneliese w pewnym liście pisała, że był to "oryginał, ale z tych raczej niemiłych". "Wyniosły Prusak skłonny do moralizowania. Ze względu na różnicę pokoleń wydawał się nam staroświecki. Był entsetzlich [przeraźliwie] uparty i rechthaberisch [apodyktyczny]. Niech spoczywa w spokoju".

Margarethe i Hermann spędzali wiele czasu razem w Borówkach, gdzie najpierw, 3 listopada 1890 roku, urodziła się im córka Charlotte, zwana Lotte, a następnie, 7 listopada 1896 roku, syn Gerd, mój ojciec. Do wieku około dziesięciu lat dzieci miały nauczycieli domowych, po czym wysłano je do szkoły w Berlinie. W Berlinie Lotte jako dziewiętnastoletnia panienka zakochała się w Ernście Redlichu, studencie prawa pochodzącym z Rygi. Ernst przedstawił się Margarethe i Hermannowi, poprosił o rękę Lotte i został przyjęty. Ogłoszono zaręczyny, lecz wkrótce potem Ernst zapadł na tyfus. Hermann oczywiście wiedział, jak bardzo zaraźliwa jest ta choroba, i zakazał Lotte odwiedzin u narzeczonego, ale Margarethe zachęcała córkę do działania zgodnie z głosem serca, w następstwie czego Lotte codziennie odwiedzała Ernsta. Zaraziwszy się tyfusem, zmarła, podczas gdy Ernst wyzdrowiał. Lotte pochowano w Borówkach, a Margarethe postawiła na jej grobie replikę Nike z Samotraki, skrzydlatej bogini zwycięstwa. Kiedy byłem dzieckiem, ojciec często opowiadał mi o tym nagrobku, co wydawało się wtedy mało istotne, ale nieoczekiwanie nabrało znaczenia, gdy dorosłem.

Obydwoje rodzice strasznie rozpaczali po śmierci córki, lecz Hermann wściekł się na żonę, że zachęcała Lotte do odwiedzania chorego narzeczonego. Oddalili się od siebie nieodwracalnie i w końcu rozstali. Margarethe wróciła do nazwiska panieńskiego i resztę życia spędziła w Borówkach w letnim domku nad stawem w cieniu starych kasztanowców, w którym urządziła pracownię malarską. Większość czasu ­poświęcała malowaniu i niekiedy nie pojawiała się w dworze nawet na posiłki, które kazała przynosić sobie do pracowni. Hermann przebywał głównie w mieszkaniu i gabinecie w Berlinie.

Życie w Borówkach toczyło się dalej, a nawet rozkwitało. Codziennie rano Franka, zwana Karlicą, schodziła na dół i rozpalała w wielkim piecu kaflowym w kuchni. Potem kucharka Helena szykowała śniadanie, podczas gdy pokojówka Erna nakrywała do stołu i podawała poranny posiłek złożony z chleba z masłem i parówek. Te trzy kobiety mieszkały we dworze. Taką służbę właściciele majątku traktowali jak uboższych krewnych i odpowiadali za jej utrzymanie. Dwanaście rodzin robotników rolnych mieszkało w "wiosce" złożonej z sześciu podwójnych domów. Każda rodzina miała dla siebie pewien areał, hodowała swoje krowy mleczne, świnie, kury, gęsi i uprawiała własny ogród. Cieślę i kowala zatrudniano w pełnym wymiarze godzin i opłacano zgodnie z obowiązującymi stawkami. Robotnicy rolni dostawali skromne wynagrodzenie pieniężne, ale nie płacili za mieszkanie ani ziemię, mieli swoją żywność, nie płacili podatków ani za opiekę medyczną. Kiedy ktoś zachorował, posyłano do miasteczka po "Debu", jak nazywano doktora Debushewitza. Debu przyjeżdżał, badał pacjenta, rozgrywał kilka partyjek ping-ponga, zostawał na obiedzie lub kolacji, po czym odjeżdżał, zabierając jako honorarium szynkę lub worek ziemniaków.

Codziennie gong obwieszczał pobudkę, wzywał na obiad i na kolację. Mamusia, która w Borówkach spędziła kilka lat, mówiła, że tamtejszy porządek dnia był "od zawsze taki sam". "Nie było powodu go zmieniać, bo nie zmieniały się zajęcia ludzi". Na polach zbierano siano, uprawiano ziemniaki, żyto, buraki cukrowe i konopie. Hodowano od pięćdziesięciu do sześćdziesięciu krów, dwieście owiec, do tego świnie, kury i gęsi. Trzymano czterdzieści koni roboczych, a oprócz nich dwa araby pod wierzch, ukochane przez Ullę, i dwa konie do powozu, którymi zajmował się stangret. Pola obrabiano końmi oraz ręcznie. Buraki i ziemniaki sadzono pojedynczo, żyto i siano żęto kosami. Siano za pomocą grabi zbierano w kopki, żyto wiązano w snopy, a jedne i drugie ładowano potem widłami na wozy i zwożono do stodół. Żyto młócono w młocarni napędzanej przez konia w kieracie. Nie używano paliw do napędzania maszyn, a na polach nie stosowano pestycydów, ponieważ w Borówkach od dziesięcioleci, a może stuleci, przestrzegano sumiennie zasad płodozmianu. Buraki i ziemniaki wykopywano ręcznie i zbierano w worki, które wozami transportowano do domu i na targ. Po jesiennych żniwach na pola wyganiano gęsi, aby się utuczyły tym, co zostało. Później gęsi zarzynano, a z ich puchu robiono kołdry i poduszki. Kobiety pracujące pod kierunkiem Anneliese przerabiały świnie na szynki i kiełbasy, przy czym jako osłonki do kiełbas wykorzystywano wyczyszczone jelita. Wszystkie wyroby masarskie wędzono, a następnie przechowywano w dworskiej spiżarni na poddaszu.

Ale były też luksusy. Na deser, także w lecie, często jedliśmy lody robione przy użyciu lodu zebranego zimą ze stawu i przechowywanego w kopcu pod grubą warstwą trocin. Wodę czerpano z płytkiej studni wiadrem zawieszonym na sznurze na końcu żurawia. Studnię wykopano na środku podwórza, aby służyła zarówno dworowi, jak i folwarkowi. Z pobliskiego mokradła, gdzie co roku gnieździły się żurawie, wydobywano torf, który pocięty na brykiety i wysuszony służył w zimie jako opał. Posiłki jadano przy wielkim okrągłym stole, którego skraj Oma ozdobiła pięknym malowanym ornamentem z różowych i purpurowych kwiatów. "Zawsze mieliśmy gości - wspominała mamusia. - Często przyjeżdżali artyści, przyrodnicy, zoologowie z zagranicy i wieczorami urządzaliśmy tańce. Sąsiedzi zaglądali na pół dnia, a goście zagraniczni bawili przez tydzień albo miesiąc. Każdy miał swój pokój i robił, co chciał. Spotykaliśmy się przy posiłkach, kawie, na tańcach, polowaniach... nie to co teraz, kiedy gości ma się stale na głowie i ciągle trzeba się nimi zajmować".

Borówki były spokojne, urocze, piękne. Żyło się w nich wygodnie, w starym stylu, który w Europie kultywowano od stuleci, a którego smaku ja wszakże nie poznałem.

Wkrótce po tym, jak zacząłem pisać tę książkę, odebrałem telefon od kobiety, która przedstawiła się jako Christiane Marks. Czekając na wizytę w gabinecie dentystycznym w Marylandzie, przeglądała miesięcznik "Smithsonian" i przeczytała omówienie moich badań nad krukami. Widząc nazwisko "Heinrich", zaciekawiła się, czy ów badacz ma coś wspólnego z Heinrichami, o których opowiadała jej babka Erna Starke. "Moja babka przyjaźniła się z Margarethe von Tepper-­Ferguson, żoną Heinricha z Borówek", powiedziała mi Christiane i ofiarowała egzemplarz wspomnień o życiu w Borówkach spisanych przez jej ciotkę Beate ­Richter-Starke. Beate opisała pokoje dworu, które Margarethe kazała pomalować w niezwykłe barwy. Opisała owcze skóry i krzesła o aksamitnej tapicerce wokół trzaskającego wonnego kominka, przy którym wieczorami zbierało się towarzystwo. Pisała o tym, że całe wyposażenie dworu wykonano z darów okolicznych lasów i pól. Opisała wielki stół w jadalni, którego część środkową zrobiono z surowego heblowanego drewna i który od czasu do czasu polerowano wos­kiem, a jego gładki skraj pomalowano na jasnoszaro. Owe motywy kwiatowe Margarethe namalowała na granicy między częścią środkową a szarym brzegiem. "Nie były to słodkie malutkie dekoracje, lecz namalowane nasyconymi, niemal ciemnymi barwami kwitnące róże z pączkami i liść­mi. Na tle prostoty wszystkiego w Borówkach sprawiały niezwykłe wrażenie". Nic nie zostało z tego stołu, ale jedna z róż przetrwała! Margarethe dała swojej przyjaciółce Beate obrazek ukazujący różę podobną do tych, które namalowała na stole. Beate zmarła w 1947 roku, ale wcześniej podarowała ten obraz swojej siostrze Ingrid, która jeszcze przed wojną wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych. Wyjechała z mężem i dwiema córkami, w tym Christiane, która odziedziczyła obraz i potem ofiarowała go mnie. Z kolei ja dałem go swojej córce Erice, która teraz, czyli w czasie gdy piszę tę książkę, przebywa na stypendium naukowym z hematologii w szpitalu uniwersyteckim w Ann Arbor.

Beate wspominała Margarethe, która w czasie ich zażyłości musiała mieć około sześćdziesiątki, jako:

niską odważną kobietę o szczupłej twarzy i gęstych, kręconych siwych włosach. Tak samo jak wieśniaczki chodziła w drewniakach i wełnianej chuście, ale w majątku nikt nie zwracał się do niej inaczej niż: gnädige Frau [wielmożna pani]. W ręku zawsze miała sękatą laskę, a na palcu spod chusty opadającej z ramion błyskał wielki pierścień z oczkiem z czarnego onyksu. Mówiła cichym i melodyjnym głosem, ale każde jej polecenie natychmiast wykonywano. Wychodziła z domu wcześnie rano i był to codzienny rytuał. Najpierw szła do "parku", będącego w istocie niemal dzikim lasem. Za parkiem rozciągały się mokradła i pasmo porośniętych lasem wzgórz. Na pierwszym z tych niskich wzgórz znajdował się otoczony drzewami cmentarz, miejsce słoneczne, gdzie stał tylko jeden grób, a mianowicie grobowiec Lotte, jej córki. Właśnie cmentarz był celem pierwszego codziennego spaceru Margarethe.

Beate Starke opisała w swoich wspomnieniach również mojego ojca, który wtedy musiał być młody.

W swojej pracowni miał wiele zbiorów owadów, motyli i ptasich jaj, wszystko w najlepszym porządku. Z jaj oczywiście robiono wydmuszki. Z ich zawartości Paulina [czyli ówczesna kucharka] smażyła jajecznicę, więc jedliśmy jaja sójki, bekasa, nawet sowy, nie mówiąc o jajach czajki, które są słynnym przysmakiem. Gerd był domorosłym ornitologiem, ale wkrótce zaczął uczestniczyć w wyprawach badawczych. W swoim czasie na zlecenie pewnego amerykańskiego kolekcjonera pojechał polować na jakiegoś leśnego chruściela, którego od stu lat uważano za wymarłego. Spędził dwa lata w dzikich okolicach Celebesu, ale to było znacznie później, kiedy już dorosłyśmy.

Jako dzieci mówiłyśmy o nim "wujek Gerd". Kiedy stałyśmy się dziewczętami, które nazywano wtedy Backfischen [podlotkami], nie chciał, żebyśmy nadal go nazywały wujkiem, bo wciąż był młody. Nasza siostra Hermen, która nie była jeszcze podlotkiem, ale już robiła się dowcipna, stwierdziła, że Gerd "się odwujkował".

Później zaczęłyśmy podziwiać zdolności taneczne odwujkowanego Gerda. Nie potrzebował partnerki, ponieważ szybki i ekspresyjny kozak wystarczy sam w sobie, a tancerz wypełnia cały parkiet. Kroki i figury tego tańca są tak szybkie i zamaszyste, że tancerz sprawia wrażenie ruchomego obrazu. Dzisiaj powiedziałabym, że ten taniec ma w sobie coś kubistycznego.

Niezapomniany był strój Gerda, który często nosił w domu, a który szczególnie dobrze prezentował się w tym tańcu. Strój ten składał się z białej lnianej koszuli, bardzo szykownej, bez krawata, ale suto zdobionej czerwonymi haftami. Do tego spodnie, pumpy w stylu angielskim, w których nie było nic niezwykłego prócz tego, że wiązano je po bokach czerwonymi tasiemkami. Pasowało to do białej koszuli. No i buty! Nie byle jakie, lecz owe wyjątkowo zgrabne buty do jazdy konnej, które na miarę szyli polscy szewcy.

Pomimo okazjonalnych napadów żywiołowości - na przykład zdarzało się, co sama widziałam, że stawał na rękach na stole nakrytym do śniadania, podczas gdy schodzący się goście witali się z nim - Gerd nie był hałaśliwy. Wprost przeciwnie, na ogół zachowywał się bardzo cicho, sprawiał wrażenie dziecka lasu, urodzonego myśliwego. Był przystojny. Miał bardzo ciemne włosy i niezwykle jasne skupione oczy - oczy strzelca wyborowego. Pasję łowiecką z czasem w coraz większym stopniu skupiał na owadach. Nazywano to "misternym polowaniem". Ale Gerd był również świetny w tak zwanej humanistyce. Pamiętam, jak kiedyś odwiedził nas w mieście, a ja biedziłam się nad zadanym tłumaczeniem czytanki łacińskiej. Gerd zajrzał mi przez ramię i tak płynnie tłumaczył ex tempore całą stronicę, że ledwo nadążałam z notowaniem. W ten sposób błyskawicznie uporałam się z zadaniem domowym. Gdyby nie okropności II wojny światowej i czasów Hitlera, które wszystko zniszczyły, Gerd zostałby panem na Borówkach.

Wtedy, w Borówkach, ojciec musiał być właściwie innym człowiekiem niż potem. Trudno mi sobie go wyobrazić, jak staje na rękach na stole albo tańczy kozaka. Tak samo trudno mi wyobrazić sobie Omę kąpiącą się o północy na golasa z hiszpańskim malarzem Casteluciem, o czym w swoim czasie plotkowano. Portrety dzieci namalowane przez Castelucia wisiały w Borówkach. Przez całe swoje długie życie papa wszakże powtarzał, że umiłowanie przyrody zawdzięcza swojej matce, którą nazywał "prawdziwą artystką natury".

Po osiągnięciu dorosłości papa przejmował coraz więcej obowiązków dotyczących zarządzania Borówkami. Był dziedzicem tego majątku. Mimo to nadal miał czas na wycieczki w okolicę. Potem opowiadał mi o urodzie mokradła, które w mojej wyobraźni nabrało szczególnego znaczenia, bo właśnie tam każdej wiosny zakładała gniazdo para żurawi, a także, o czym opowiem później, papa się ukrył przed wrogami. Opowiadał o "moczarach", wielkich podmokłych łąkach pełnych motyli, prymulek i innych dzikich kwiatów, gdzie śpiewały ptaki i roiło się od niezliczonych gatunków owadów. Na wycieczki papa wyruszał z klasą, w powozie, zazwyczaj w damskim towarzystwie, zabierając świeże lody malinowe, które popijano słodką śmietanką, domowy chleb z masłem, salami i wystawne ciasto na deser. Podobnie jak wszyscy inni wokół papa był pewny, że życie będzie się toczyć w ten sposób zawsze.

Ale system ziemiański już w czasach młodości mojego ojca podlegał zmianom. W tamtym okresie Borówki znajdowały się w Prusach Zachodnich, prowincji Królestwa Prus, które wchodziło w skład cesarstwa niemieckiego. Po I wojnie światowej Prusy Zachodnie na mocy traktatu wersalskiego przypadły Polsce, a II wojna światowa zaczęła się od najazdu Hitlera na Polskę pod pretekstem odzyskania Prus Zachodnich dla Niemiec. Po tej wojnie Prusy Zachodnie znowu przypadły Polsce. Bolszewicy uważali system ziemiański za formę wyzysku klas niższych. Postanowili to zmienić, ustanawiając "kolektywy", śmiałą utopię, w której nikt niczego nie posiada na własność, a wszyscy pracują dla wspólnego dobra. Ale ich wielki i tragiczny eksperyment dowiódł jedynie tego, że najszczytniejsze ideały nie przystają do rzeczywistości. Chłopstwo europejskie "uwolniono" po to tylko, żeby stało się jeszcze biedniejsze niż przedtem. Dwadzieścia milionów chłopów rosyjskich zginęło w trakcie tych zmian, a sam Związek Sowiecki, gdzie kolektywizację narzucono siłą na masową skalę, w końcu upadł.

Oczywiście nie mnie sądzić, czy robotnicy w Borówkach czuli się wyzyskiwani, ale na podstawie wszelkich opisów, jakie czytałem, zarówno oni, jak i wszyscy inni, którzy tam przebywali, żywili silne poczucie wspólnoty, a i dumy z tego, że potrafili zaspokajać wszystkie potrzeby dzięki swojej pracy i darom ziemi. Chętnie pracowali w majątku, przy żniwach rywalizowali o miano najlepszego kosiarza, a potem świętowali wraz z właścicielami, nawet jeżeli nie mogli marzyć o tym, że kiedykolwiek staną się ziemianami. Po żniwach urządzali tańce, do których w sąsieku stodoły przygrywała kapela skrzypków. Przypuszczam, że tak samo jak papa odczuwali wzniosłe wzruszenie, słysząc żurawie pokrzykujące na błotach i skowronki śpiewające na niebie nad wonnymi łąkami. Kiedy trudzili się przy sianiu żyta, skowronki dzwoniące wysoko nad głowami z pewnością umilały im pracę. Przychodzi mi na myśl odmawiana przez amerykańskich Jokutów modlitwa o pomyślność: "Moje życie jest złączone w jedno z wielkimi górami, wielkimi skałami, wielkimi drzewami, które są złączone w jedno z moim ciałem i sercem".

Ludzie eksperymentowali z różnymi systemami społecznymi, niektóre przetrwały, inne nie. Jestem jednak przeświadczony, że nasza pomyślność zależy nie tyle od struktury społecznej i określającej ją polityki, ile od zdolności dotrzymywania umowy z przyrodą, poczucia, że jesteśmy częścią porządku naturalnego i że umiemy się w nim utrzymać.

3 Młodociany wojownik

Patriotyzm psuje historię.

JOHANN WOLFGANG GOETHE

Ojciec urodził się w Berlinie, ale dorastał w Borówkach, gdzie żył właściwie pod kloszem. Zabawiał się wędrówkami po okolicy i obserwowaniem bogactwa otaczającej go przyrody. Zbierał owady, zwłaszcza barwne motyle i chrząszcze. Jego wymarzonymi prezentami na urodziny i Gwiazdkę były okazy egzotycznych chrząszczy tropikalnych, zwłaszcza wielkich "rogatych" jelonków i mieniących się olśniewającymi barwami kruszczyc, które żywią się kwiatami i owocami. Rodzice w istocie kupowali mu te prezenty, płacąc od dziesięciu do dwudziestu złotych marek, czyli od stu pięćdziesięciu do trzystu dzisiejszych dolarów za sztukę. Chrząszcz goliat, którego papa szczególnie pragnął włączyć do swojego zbioru, kosztował więcej. Papa uczył się grać na skrzypcach i opowiadał mi, że kiedy miał dziesięć lat, wpadł na pomysł zorganizowania koncertu, który obwieści na afiszach i na który wstęp będzie płatny. Nie powiedział, kto przyszedł ani ile zarobił, ale na afiszu, który niedawno oglądałem, podano datę, 30 sierpnia 1905 roku, i ceny biletów, miejsca pierwszej klasy po trzy marki, miejsca drugiej klasy po marce i miejsca stojące po dwadzieścia pięć fenigów. O ile wiem, był to jedyny popis muzyczny papy.

W dzieciństwie, kiedy po wojnie mieszkaliśmy w lesie, ja też kolekcjonowałem owady, z tym że z powodu niemożliwości kupowania egzotycznych chrząszczy tropikalnych zbierałem tylko okazy miejscowe. Pamiętam zwłaszcza wielką rozmaitość biegaczowatych. Do dzisiaj przechowuję rysunek przedstawiający jelonka rogacza, który zrobiłem dla papy, kiedy miałem siedem czy osiem lat. Jak papa śnił o chrząszczach tropikalnych, tak ja marzyłem właśnie o jelonku rogaczu, ponieważ nigdy go nie widziałem w naturze. Zapragnąłem go mieć zapewne wtedy, gdy ujrzałem jego wizerunek w książce o chrząszczach, którą podarował mi ojciec.

W swoich młodych latach papa założył jeszcze zielnik i zbierał preparowane okazy małych ptaków i ssaków. Kolekcjonował nawet muchy i tasiemce, które fascynowały go z powodu złożonej biologii. Ojciec papy Hermann, który był lekarzem, umożliwił mu zebranie kilku rzadkich okazów. Niepewny, dokąd go zaprowadzi pasja zbieracka, papa w wieku lat piętnastu zapukał do drzwi profesora Heymonsa, kustosza oddziału entomologicznego Museum für Naturkunde w Berlinie. Zapytał go, która grupa owadów jest najmniej zbadana, a Heymons zasugerował błonkoskrzydłe (rośliniarki i trzonkówki). Gąsieniczniki, czyli słabo podówczas znana - a i dzisiaj kryjąca wiele tajemnic - rodzina trzonkówek, zauroczyły papę. Jak pisał w niepublikowanym pamiętniku: "odtąd już zawsze rozporządzały moim czasem i siłami, wyjąwszy okresy wojen, rewolucji, inwazji, wygnania, głodu i emigracji". Wprowadziłbym tylko jedną poprawkę do tego oświadczenia, a mianowicie wyrażenie "wyjąwszy okresy" zastąpiłbym wyrażeniem "nawet w okresach". Papa sprzedał cały zbiór ptaków i myszy, a rodzice kupili mu szafę kolekcjonerską o siedemdziesięciu pięciu szufladach, która, pełna gąsieniczników zebranych przez papę, nadal jest używana w Muzeum i Instytucie Zoologii PAN w Warszawie. Z "szerszym światem" papa zetknął się pierwszy raz w 1906 roku, gdy wyjechał z Borówek do Berlina, żeby się uczyć w Askanisches Gymnasium. Był chłopcem o rozbudzonym talencie do badań biologicznych, który posiadł już niemałą wiedzę w tej dziedzinie, ale przekonał się, że niewielu kolegów szkolnych podzielało tę pasję. W pamiętniku pisał, że "ich oblicza nie zdradzały żądzy wiedzy ani nawet chęci do nauki". Program zawierał zaledwie podstawy przyrodoznawstwa, a ogniskował się wokół nauki greki i łaciny, a także literatury niemieckiej, francuskiej, angielskiej i rosyjskiej. W szkole obowiązywały surowe zasady konkurencji i nawet w klasach miejsca były ponumerowane, tak żeby uczniowie zajmowali je zgodnie z pozycją w klasyfikacji. Jako nowicjusz papa zaczął od miejsca osiemdziesiątego dziewiątego, ostatniego w swoim roczniku. Po dwóch semestrach był już trzeci, a po następnym semestrze został prymusem.

Przypuszczam, że ze względu na swoją namiętność do badań przyrodniczych papa czuł się wyobcowany wśród kolegów. Zapewne uzmysławiał sobie boleśnie, że jest w pewnym sensie jednowymiarowy i zanadto pochłonięty pracą umysłową. Został wprawdzie prymusem, ale w sporcie, który bardzo się liczył w szkole, zajmował ostatnie miejsce, piastował tytuł "najgorszego gimnastyka w klasie". Był gruby, rozlazły i to musiało się zmienić. Z samozaparciem, które nazwał "istnym fanatyzmem", pracował nad sobą, by w końcu zostać najlepszym gimnastykiem i niezrównanym biegaczem. Papa powiedział mi, że tę przemianę uważa za jedno z osiągnięć, z których jest najbardziej dumny, i że bez niej bodajby nie przetrwał prób, którym los poddał go później.

W pamiętniku papa pisał, że spośród profesorów, uczonych i badaczy, z którymi się zetknął w szkole, tylko jednego mógłby uznać za uosobienie idealnego mężczyzny czy też za wzór do naśladowania. Opowiedział mi o pewnym incydencie, który wydarzył się w szkole i ukonstytuował go pod względem moralnym. Otóż jeden z uczniów wysmarował fotel nauczyciela kredą, wskutek czego gdy profesor wstał i odwrócił się, żeby zacząć pisać na tablicy, zaświecił białym tyłkiem. Klasa ryknęła śmiechem. Nauczyciel uznał ten figiel za wcale nie zabawny i zażądał, żeby dowcipniś się ujawnił. Nikt się nie odezwał. Nauczyciel zwrócił się do papy i zapytał:

- Wiesz, kto to zrobił?

Papa niestety wiedział, więc odpowiedź nie mogła być inna niż:

- Tak, wiem.

- A zatem kto?

- Solidarność uczniowska zabrania mi donoszenia na kolegów - odparł papa. - Winowajca powinien odpowiadać za siebie.

Nauczyciel miał inną opinię w tej sprawie i nakazał papie stawienie się następnego dnia w gabinecie dyrektora. Papa opowiedział o wszystkim matce, która towarzyszyła mu i broniła go podczas rozmowy z dyrektorem. Dyrektor również uznał racje papy. Po tym incydencie sprawca figla, Martin Ernst Karl Dammholz, zwany Mekiem, został dozgonnym przyjacielem papy.

Owym nauczycielem, który wywarł wpływ moralny na papę, był profesor Dahms, według opisu papy podówczas osiemdziesięcioletni malutki garbus o śnieżnobiałych włosach, który ledwie wystawał zza biurka, gdy przy nim stał. Kiedy Dahms odchodził na emeryturę, pięciuset uczniów szkoły zebrało się w audytorium, żeby wysłuchać jego pożegnalnego przemówienia, które zakończył następująco: "W tym dniu pozwolę sobie dać wam ostatnią radę. Pamiętajcie, że najistotniejsze nie jest to, jaki zawód obierzecie. Żaden nie jest zły, jeżeli człowiek wykonuje go sumiennie i w sposób prawy. Naprawdę ważne jest tylko to, abyście dali z siebie wszystko najlepsze, na co was stać".

Papa wyznał mi, że obraz tego staruszka, brzmienie łamiącego się głosu i owo doniosłe przesłanie wryły mu się w pamięć. Wracały potem często w trudnych momentach późniejszego życia, poczynając od 1914 roku, kiedy papa nawet nie ukończył jeszcze gimnazjum.

Wydarzenia owego roku wspominał ze szczegółami. Jadąc berlińskim metrem do dzielnicy Dahlem na trening hokejowy, spotkał kolegę z drużyny, nazwiskiem von Wickede, który spojrzał na niego znad czytanej gazety i rzekł:

- Wojna!

- Jak to? - zdziwił się papa.

- Następca tronu Austrii arcyksiążę Ferdynand został zamordowany.

Papa nie pojął związku, który tak przenikliwie uchwycił von Wickede. Nazajutrz wyjechał do Borówek, gdzie dni upływały mu na zbieraniu owadów i uczestnictwie w zawodach kosiarzy, które rokrocznie urządzano podczas zbiorów żyta. Pomimo treningów lekkoatletycznych papa nadal uważał koszenie zboża od świtu do zmierzchu za "najbardziej wymagający sport na świecie".

Pewnego sierpniowego dnia, gdy papa i inni utrudzeni i głodni żniwiarze wracali z pól, na ścianie stodoły zobaczyli czerwony plakat, który obwieszczał, że wypowiedziano wojnę Rosji i wszyscy zdolni do służby Niemcy mają natychmiast się stawić na posterunkach poborowych.

Mając siedemnaście lat, papa nie był pewny, czy należy do kategorii "zdolnych do służby", więc został, podczas gdy inni wyruszyli spełnić obowiązek. Ale już nazajutrz stało się jasne, że jego dzieciństwo dobiegło końca. Listonosz, który przychodził pieszo z odległego o pięć kilometrów Przepałkowa, przyniósł telegram adresowany do papy. Uczniowie, którzy chcą wstąpić do wojska, mogą zdać przyspieszony egzamin maturalny. Papa wiedział, że nocny pociąg dojedzie do Berlina tuż przed rozpoczęciem tego egzaminu. Niewykluczone, że zdąży. Zawrócił konie, przebrał się i pojechał na stację kolejową.

Pisemną część egzaminu papa zdał cum laude, wobec czego nie musiał podchodzić do egzaminu ustnego i mógł skrócić zdawanie o dzień. Dzięki temu zyskał czas na odwiedzenie ojca w Berlinie i powrót na chwilę do Borówek, żeby pożegnać się z matką przed wyjazdem do wojska. Pragnął zaciągnąć się do kawalerii, ułanów, elitarnej konnicy, która uzbrojona w szable i lance jawiła się jako ostatni spadkobierca średniowiecznych rycerzy. Obowiązek walki za ojczyznę uważano wtedy za święty, więc wszyscy koledzy z rocznika papy pragnęli wstąpić do wojska, a ze względu na wielką liczbę chętnych nie zawsze trafiało się do upatrzonej jednostki. Na szczęście ojciec papy, który karierę medyczną zaczynał jako lekarz wojskowy, miał wśród pacjentów pewnego oficera wysokiej rangi, który pomógł umieścić papę w doborowym oddziale sześćdziesięciu kawalerzystów w 4 Pułku Ułanów imienia von Schmidta w Toruniu.

Nazajutrz papa pojechał pociągiem do Torunia, gdzie udał się do koszar i zaczął żywot żołnierza. Przydzielono mu konia, mundur, Tschapkę, jak nazywano czarne nakrycie głowy ułanów pruskich będące połączeniem pikielhauby z rogatywką, siodło i uzdę, sakwę na prowiant, przybory do gotowania, żelazne racje żywności, ciężką derkę na konia, szablę, lancę i karabin z amunicją.

Od razu zaczęła się musztra. Od rekrutów, których większość tak jak papa pochodziła ze wsi i nawykła do koni, wymagano pokonania na oklep "wyciągniętym galopem" toru przeszkód, na którym należało przeskakiwać przez żywopłoty, rowy i pryzmy kamieni. Przy jednej z przeszkód stanął wachmistrz, który w chwili, gdy rekrut szybował nad przeszkodą, wykrzykiwał takie lub inne pytanie, a jeździec miał odpowiedzieć, zanim koń wyląduje na ziemi. Większość chłopaków ze wsi bez trudu zaliczała tę próbę, ale jeden poborowy, chłopak nazwiskiem Bayer, nigdy przedtem nie jeździł konno. Nie dano mu taryfy ulgowej, oczywiście spadł z konia i trzeba go było umieścić w szpitalu. Do kolegów dołączył dopiero po kilku miesiącach, kiedy pułk walczył z piechotą rosyjską w opuszczonej posiadłości wiejskiej. Papa, gdy mi o tym opowiadał, rzekł: "Zobaczyłem, że Bayer biegnie przez podwórze ku okopom naszych, i w chwili, kiedy go rozpoznałem, zaraz za nim wybuchł granat. Mały Bayer zginął na miejscu".

Na początku wojny obroną wschodniej granicy Prus dowodził generał Maximilian von Prittwitz, zwany Dicke, czyli Grubym. Starł się z armią rosyjską dowodzoną przez ­Pawła von Rennenkampfa (Niemca, który w wieku osiemnastu lat wstąpił do armii carskiej, a potem odmówił przejścia do Armii Czerwonej i został zgładzony przez bolszewików). Von Prittwitz wkrótce poniósł klęskę i zarządził odwrót. Cesarz Wilhelm II natychmiast go zdymisjonował, powołując na jego miejsce generała Paula von Hindenburga. Pod jego dowództwem wojska niemieckie natarły na Rosjan z wielką siłą, a żołnierze bili się dzielnie, ponieważ wiedzieli, że teraz już walczą w istocie o rodziny, domy i życie. Doszło do bitwy pod Tannenbergiem, która rozegrała się od 26 do 30 sierpnia 1914 roku. Kiedy papę po krótkim przeszkoleniu posłano na front, bitwa już trwała.

Pod koniec sierpnia w obozie szkoleniowym 4 Pułku Ułanów w asyście dwóch kawalerzystów zjawił się porucznik przybyły z misją zebrania posiłków, ponieważ pułk poniósł znaczne straty. Papa pisał: "Patrzyłem z trwogą na lancę jednego z tych ułanów, na której było widać dwa zadrapania od kul". Szkolenie rekrutów nadzorował starszy wachmistrz Mantheu, "zwalisty mężczyzna o czerwonych policzkach, okrągłym brzuchu i starannie przyciętym wąsie". Zarządził zbiórkę i stanąwszy przed ustawionymi w trzech rzędach rekrutami, powiedział:

- Pułk potrzebuje uzupełnień. Sześciu ochotników wyruszy pojutrze na front. Chętni wystąp!

Na sekundę lub dwie zaległa cisza, po czym rozległo się głośne szast, gdy wszyscy rekruci uczynili krok w przód. Według papy wszyscy wystąpili mężnie, ale kto wie, czy niektórymi nie powodował strach, że przypną im łatkę tchórza.

- Doskonale, wobec tego sam muszę wybrać - stwierdził starszy wachmistrz Mantheu i wyliczył wybrańców: - Udo Roth, Otto Roth, Hans Wiebe, Georg Feld, Szczyglowski, Gerd Heinrich.

Nazajutrz rano papa wraz z pięcioma pozostałymi wybrańcami, wyprostowany w siodle jak struna niczym stary ułan, pojechał na stację kolejową. Dziewczęta rzucały kwiaty, gdy przyszli bohaterowie wsiadali do pociągu. Parowóz zagwizdał, wypuścił kłąb czarnego dymu i ruszył. Papa zapamiętał piękne słońce i błękitne niebo, po którym płynęły białe cumulusy. Jak wspomniałem, miał siedemnaście lat.

Kiedy pociąg się zatrzymał i żołnierze wysiedli, usłyszeli niosący się od wschodu "nieprzerwany, złowrogi odgłos przypominający przetaczające się w oddali gromy". Tak grała artyleria w bitwie pod Tannenbergiem. Ułani dosiedli koni i pojechali w stronę tego dudnienia. Jedno za drugim mijali opuszczone miasta, wszystkie zniszczone. "Ani jeden dom nie ostał się nieuszkodzony. Na ulicach walały się truchła zwierząt, pogruchotane meble i sprzęty, pozostałości po bezładnej i niszczycielskiej ucieczce przerażonego i rozbestwionego tłumu", pisał papa. "W rowie po prawej stronie drogi zobaczyłem pierwszego trupa, niemieckiego żołnierza. Miał rudą brodę, otwarte usta, a oczy i czoło zmiażdżone przez szrapnel".

Pod wieczór dotarli do opuszczonego gospodarstwa, gdzie zatrzymali się na noc. Koledzy ulokowali się w domu i stodole, a papa, uwiązawszy konia do płotu, postanowił przespać się w stogu siana. Wyczerpany zapadł w głęboki sen.

Kiedy się obudził i wygrzebał z siana, słońce dawno już wzeszło. Był sam, nikogo jak okiem sięgnąć. Koń zniknął. Skradziono "racje żelazne". Zniknął też karabin, zamiast którego zostawiono jakiś śmieć. Wygłodniały papa ruszył przed siebie i w końcu spotkał ułanów z innego pułku, którzy zawieźli go na zaplecze frontu, gdzie dołączył do kolegów. Właśnie oni zabrali jego konia i sprzęt, sądząc, że zdezerterował, skoro rano nigdzie go nie mogli znaleźć.

Wkrótce potem wygłodniały papa zobaczył oficera, który ukradkiem odkroił kawał salami, zjadł, po czym ukrył resztę. Papa nie miał niczego w ustach od czterdziestu godzin i kiedy mi o tym opowiadał, rzekł: "W ciągu tych kilku dni zrozumiałem, że przepadnę, jeżeli nie nauczę się dbać tylko o siebie tak samo jak inni, a przecież oficer nie powinien jeść, póki jego ludzie są głodni". Przypomniał sobie słowa Goethego: Allen Gewalten zum Trotz sich erhalten, czyli: "Wbrew wszystkiemu zachowuj siebie"[3]. Pokrzepiony tą racjonalizacją papa z czystym sumieniem ukradł i pożarł resztę salami. Wyobrażał sobie, że wstąpił do heroicznej formacji przenikniętej duchem braterstwa. "Jakże inna okazała się rzeczywistość", zanotował. Tymczasem armia von Rennenkampfa poniosła klęskę pod Tannenbergiem i uciekała do Rosji. Ułani ścigali Rosjan, pokonując osiemdziesiąt kilometrów dziennie. Nie napotykali większego oporu, ale gdy wycofujący się Rosjanie stawiali czoło, ułani zwierali szyk, padał rozkaz: "Do ataku, szykuj lance, ruszaj!", po czym szarżowali w pełnym galopie. Wszelki opór ustał. Armia niemiecka parła niepowstrzymanie. Prawie sto czterdzieści tysięcy rosyjskich żołnierzy było zabitych bądź rannych. Walka zamieniła się w rzeź. Hindenburg został bohaterem ludowym, a rosyjski generał Samsonow po przegranej bitwie popełnił samobójstwo. Ale pamięć o tej masakrze będzie jątrzącą się raną w duszy zarówno Niemców, jak i Rosjan i dziesiątki lat później ściągnie straszliwą pomstę na Niemców.

Nadeszła jesień, potem zima 1915 roku, a ułani nadal podążali w głąb Rosji. Chłopi rosyjscy zapraszali ich do domów i gościli, bo wojna nie miała dla tych ludzi znaczenia. Ale w końcu, forsując jakąś rzekę, ułani zetknęli się z siłą o wiele potężniejszą od jeźdźców uzbrojonych w lance. Z zarośli wierzbowych na brzegu bluznął zmasowany ogień nowo wynalezionych karabinów maszynowych i na oczach papy w krótkim czasie skosił połowę oddziału.

Ułani przestali być niezwyciężeni, oddziały uzbrojonej w lance kawalerii nie mogły już odgrywać roli strategicznej w bitwach i jesienią 1916 roku zostały wycofane. Wojna, która ułanom wydawała się kwestią jednej lub dwóch zwycięskich bitew, ciągnęła się drugi rok. Papa, często wysyłany na rozpoznanie jako samotny zwiadowca, awansował do stopnia kaprala i został odznaczony za odwagę Krzyżem Żelaznym. Na jego kurtce pojawiło się jeszcze inne odznaczenie, a mianowicie biegnące przez całą pierś poziome rozdarcie od kuli.

Dowodził teraz ośmioma żołnierzami i odkomenderowano go na posterunek obserwacyjny na brzegu Bałtyku, opodal łotewskiej wioski rybackiej Kilzeem nad Zatoką Ryską. Wewnątrz wydmy zbudowali ciepły schron z małym oknem wychodzącym na morze. Ściany zrobili z sosnowych bali, które przywlekli z lasu okalającego pobliskie jezioro Engure. Wkrótce przysypał ich śnieg, a morze przy brzegu skuł lód. Jeden żołnierz trzymał wartę, a reszta siedziała w ciepłym schronie.

Życie we wnętrzu nadmorskiej wydmy okazało się wygodne, ale niemal nieznośnie nudne, zwłaszcza dla papy, który nigdy w życiu nie grał w karty. W sennym pejzażu zimowym nie działo się nic, tylko na morzu dryfowały kry, i papa żartował, że powinni iść popływać. Jednemu z kolegów, wachmistrzowi Spikermannowi, zaproponował zakład o pięć marek, że pobiegnie goły do morza i na całą minutę zanurzy się wśród brył lodu. Spikermann uznał, że chce to zobaczyć. Papa rozebrał się i wskoczył do wody. Spikermann uśmiechał się pewny swego, ale papa wytrzymał, po czym wachmistrz wręczył mu pięć marek.

Kilka dni później pojawiły się jakieś morskie ptaki, a Spikermann, który był w ich gronie najlepszym snajperem, ustrzelił jednego. Ptak spadł do morza. Papa, który łaknął świeżego mięsa, postanowił po niego popłynąć. Zdumiał się, jak szybko ciało w lodowatej wodzie robiło się jak gdyby ołowiane, i ledwo zdołał wrócić. Prawie że utonął, a koledzy musieli się napracować, by jakoś go rozgrzać.

Pewnego dnia wartownik zameldował, że w dali dostrzegł coś dziwnego na krze. Za pomocą lornetki ustalono, że to foka. Uczta! Wachmistrz Spikermann znowu popisał się celnym okiem, trafiona foka zsunęła się kry i pływała bezwładnie wśród brył lodu. Papę zwierzę interesowało nie tylko z powodu mięsa, lecz również jako kolekcjonera ssaków. Zapragnął zdobyć jej skórę.

- Powiedzcie, Spikermann, jeżeli ściągnę tę fokę, będzie moja?

- Jasne! - bez namysłu odparł wachmistrz.

Papa miał plan. W wiosce kupił drewnianą balię, do której z dwóch stron przybił długie sosnowe żerdzie jako pływaki. Tym razem się nie rozebrał, co okazało się mądrym posunięciem, ponieważ wkrótce po wypłynięciu fale wypełniły wodą prowizoryczną łódź, tak że gdyby papa w niej został, byłaby całkiem niesterowna. Musiał więc płynąć, ale dzięki ubraniu wychładzał się wolniej i zdołał dotrzeć do foki, załadować ją i wrócić. Pisał potem: "Ostatnia iskierka energii zgasła, gdy wypełzłem na brzeg w końskie derki, które przygotowali moi żołnierze. Zanieśli mnie do bunkra, po czym nacierali tak długo, aż wróciłem do życia. Zaiste o włos uniknąłem śmierci, ale mogłem wysłać do domu wymarzoną foczą skórę, pamiątkę ze służby wartowniczej nad Zatoką Ryską".

W Wigilię przy schronie zjawiło się dwóch jeźdźców. Przybyli z rozkazem, że papa ma się natychmiast zameldować w kwaterze dowództwa w Balgale, około trzydziestu kilometrów stamtąd. Słońce już zaszło, ale księżyc rozjaśniał śnieżny pejzaż i papa postanowił pojechać na skróty przez jezioro Engure. Zamarznięta powierzchnia była ciemna i błyszcząca. Koń i jeździec wkroczyli na lód i wszystko wydawało się w porządku, lecz gdy oddalili się od brzegu "czarnego, bezkresnego i widmowego" jeziora, lód jął wydawać trzaski niczym wystrzały karabinowe i pod stopami otwierały się pęknięcia. Papa skierował konia w stronę światełka na drugim brzegu i dotarli do tego miejsca. Stała tam samotna chata, a gdy papa zajrzał przez okno do wnętrza, zobaczył dwoje staruszków pijących piwo. Zapukał do drzwi i zapytał o drogę do Balgale. Staruszkowie najpierw zaprosili papę na piwo, a gdy odmówił, bo, jak mi opowiadał, nigdy nie pił alkoholu, powiedzieli, którędy ma jechać dalej.

Papa dotarł do kwatery dowództwa o zmierzchu, nakarmił i zostawił w stajni konia, po czym zameldował się u adiutanta. Polecono mu: "Najpierw idźcie na górę młyna, gdzie przygotowano dla was pokój. Wyśpijcie się po długiej jeździe".

Kiedy papa wszedł do pokoju we młynie, zastał tam, o dziwo, matkę, Margarethe! Rzecz absolutnie nieoczekiwana, niewiarygodna! Cud!

Matka długo opowiadała synowi, jak jej się udało sprawić taką niespodziankę. Otóż papa podał jej adres poczty, przez którą mogła wysłać mu życzenia świąteczne, i napisał, że odbierze je wachmistrz Knoll. Margarethe pod wpływem szalonego porywu serca postanowiła jednak osobiście złożyć życzenia synowi. Spotkała się z wachmistrzem Knollem, który pojechał na granicę niemiecką po wóz siana dla koni. Knoll urządził w sianie kryjówkę, którą zaopatrzył w prowiant i napoje na kilka dni, tak aby Margarethe mogła pojechać z nim na front. Przez dwie doby skutecznie ukrywała się w sianie, ale potem, mniej więcej w połowie drogi, Knoll zrobił postój, a ona wyszła z kryjówki, żeby pospacerować po pewnym mieście. Wkrótce zatrzymali ją żandarmi patrolujący ulice i poprosili o okazanie przepustki. Oczywiście jej nie miała, więc zabrano ją na posterunek. W nocy zjawił się tam Knoll, szeptem powiedział, żeby się zbierała, po czym przekradli się pod nosem śpiących albo udających sen żandarmów. Udało im się odjechać i po następnych dwóch dniach podróży przybyli do kwatery dowództwa szwadronu w Balgale. Opowieść o podróży Margarethe wywarła wielkie wrażenie na żołnierzach frontowych, którzy ugościli ją chlebem i salami.

Zanim wyruszyła w drogę powrotną do domu w Borówkach, nawet dowództwo włączyło się w tę awanturę, polecając papie odwiezienie matki do granicy niemieckiej. Oficjalnie papa wyjeżdżał, "aby kupić szpicrutę". Przebycie odkrytym wozem zaprzężonym w konie trzystu kilometrów do granicy zajęło tydzień. Papa, Margarethe i Knoll nocowali w chłopskich chatach, śpiąc na górze wielkiego kamiennego pieca, który zajmował środek izby.

Na granicy Knoll ruszył na wybrzeże Bałtyku, a papa miał odwieźć matkę do domu pociągiem. Na dworcu kolejowym każdy musiał przejść przez posterunek, na którym sprawdzano przepustki. Margarethe nie miała żadnych dokumentów i pierwszy raz w trakcie tej eskapady straciła wiarę, załamała się i rozpłakała. Papa wziął na stronę żandarma sprawdzającego papiery.

- Kolego, ta kobieta jest moją matką. Odwiedziła mnie na froncie i oczywiście miała przepustkę z dowództwa, ale rosyjska artyleria zbombardowała nasze koszary, które zostały zniszczone. Wiozę teraz matkę do Tylży, bądź łaskaw ją przepuścić!

- Jeżeli to zrobię, to i tak nie przejdzie jeszcze bardziej sumiennej kontroli w Kłajpedzie, gdzie na pewno ją zatrzymają.

- Kommt Zeit, kommt Rat - rzekł papa, czyli: "Jak przyjdzie pora, znajdzie się rada". - Przepuśćcie nas!

Pozwolono im wsiąść do pociągu, a w nocy podczas postoju w Kłajpedzie wsiadł żandarm, który przemierzał wagon, sprawdzając przepustki. Kiedy wszakże wszedł do przedziału, w którym siedział papa z matką, nagle nie wiedzieć czemu zgasło światło i żandarm ich pominął.

Z dzieciństwa pamiętam, że papa mawiał nieraz: "Der Mensch muss Glück haben" ("W życiu trzeba mieć szczęście"), jak gdyby szczęście można przywołać. Oczywiście nie da się tego zrobić, ale ci, co nigdy nie potrzebowali szczęścia, nie mają o nim pojęcia. A ci, co szczęścia nie mieli, przepadli i nic nie mogą o nim powiedzieć.

Wróciwszy nad Zatokę Ryską, papa stacjonował tam ze swoim pułkiem do marca 1916 roku. Potem odesłano go do 28 Pułku Rezerwy Piechoty, który okopał się na mokradłach Tirelu na południe od Rygi. Rosjanie zajęli pozycje w lasach i zabezpieczyli je zasiekami z drutu kolczastego, a piechota niemiecka zbudowała umocnienia na otwartym terenie podmokłym. Fortyfikacje te wzniesiono w ciągu jednej nocy, korzystając z wcześniej przygotowanych dróg z bali, które ściągnięto końmi i ułożono na grząskim gruncie. Papa pisał: "Po skończonej budowie mieszkaliśmy w wygodnych ziemiankach za solidnymi wałami ziemi, jakieś pół kilometra od pozycji Rosjan w lesie".

Dla obydwu stron informacje były na wagę złota. Rosjanie się wycofali, przez co postawili Niemców w trudnej sytuacji, ci bowiem tam ugrzęźli, dosłownie zakopani w błocie. Na tyłach nękali ich partyzanci. Kim byli ci ludzie? Co zrobią jutro i gdzie uderzą? Nie wiadomo, bo byli wręcz niewidzialni, kryli się w podziemnych schronach w lesie i wśród ludności cywilnej. Nieraz rekrutowali się spośród miejscowych, którzy początkowo byli nastawieni przychylnie do Niemców, ale z czasem narastała w nich wrogość. Siłą rzeczy wzajemne oskarżenia i ataki ze strony ludzi, którzy nie nosili mundurów, żeby ukryć swoją tożsamość, sprawiały, że każdy wydawał się wrogiem, i pogłębiały podejrzliwość i nienawiść. W ten sposób narastała wzajemna niechęć Niemców i Rosjan.

Pewnego dnia dowództwo przysłało do oddziału papy dwóch "szpiegów", nakazując ich rozstrzelanie. Ciągnięto losy i papa, podówczas dziewiętnastoletni, wylosował krótką zapałkę, czyli feralny los. W opublikowanej w 1937 roku książce von den Fronten des Krieges und der Wissenschaft pisał:

Kiedy musiałem zabijać w walce, nie czułem najmniejszych wyrzutów sumienia, ponieważ ja i wróg mieliśmy równe szanse. Ale zabijanie bezbronnych ludzi, nawet jeżeli zasłużyli na śmierć, napawało mnie wstrętem. Wszystko w środku się buntowało... lecz dyscyplina wojskowa nie zna litości. Wiedziałem, że muszę się podporządkować i że mam obowiązek wypełnić rozkaz. Zostawało tylko uczynić to szybko i skutecznie.

W tym samym miejscu papa opisał skazańców. Jeden był barczystym brunetem, drugi młodzieńcem w jasnej czapce. Kiedy odczytano im wyrok, uścisnęli się i rosyjskim zwyczajem pocałowali w usta na pożegnanie, a gdy jak jeden strzał gruchnęła salwa z szesnastu karabinów plutonu egzekucyjnego, który sformował papa, młodzieniec podrzucił czapkę do góry. Papa pisał potem: "Ów pokaz niezwykłej siły woli, która okiełznała przyrodzony strach przed śmiercią i pozwoliła tym ludziom bez zmrużenia oka przyjąć tragiczny los, był jedynym promieniem światła w tym ponurym dniu".

Nie wiem, co bym zrobił jako nastolatek, gdyby mi rozkazano zabić z bliska dwóch bezbronnych ludzi. Papa był wszakże wytworem kontekstu historycznego, w którym posłuszeństwo wobec autorytetu stawiano na samym szczycie hierarchii cnót. Jak zauważył choćby Bertrand Russell, Niemcy w epoce przed Hitlerem "wyjątkowo poważnie traktowali obowiązki publiczne [...], a służbę państwu uważali za oczywisty ideał moralny"[4]. Niemniej opowieść papy o tej egzekucji przeraziła mnie. Czułem, że chce mi pokazać, jak stłumił w sobie wtedy słabość, aby stać się lepszym człowiekiem. Po cóż by opowiadał o tym publicznie, gdyby nie sądził, że przynosi mu to chlubę? Dopiero długo po jego śmierci zacząłem podejrzewać, że być może w rzeczywistości chodziło mu o ukazanie bestialstwa i okropności wojny. Najnowsze wynalazki techniczne umożliwiają nam zabijanie wielkiej liczby ludzi na odległość, bez oglądania wprost tego, co czynimy. Zastanawiam się jednak, czy ktokolwiek użyłby tych przemysłowych narzędzi mordu, gdyby ofiary stały przed nami w rzędzie i musielibyśmy patrzeć im w oczy. Byłoby to możliwe tylko za sprawą mechanizmu nienawiści - nienawiści i danej nam nadzwyczajnej zdolności do oszukiwania się. Te zdolności są częścią dziedzictwa biologicznego, które ułatwia nam usprawiedliwianie naszych czynów i ocalanie tym samym zdrowia psychicznego, chociaż niekiedy popycha nawet do wniosku, że za straszne czyny, których się dopuszczamy, należą się nam medale.

Wkrótce po straceniu dwóch Rosjan papa poprosił o miesięczny urlop, który otrzymał. Jadąc do Borówek przez Berlin, odnalazł Meka, przyjaciela z gimnazjum, który wracał w domu do zdrowia, po tym jak odłamek pocisku artyleryjskiego zgruchotał mu ramię. Natychmiast urządzono przyjęcie, gdzie papa spotkał Elly Below, koleżankę szkolną, w której się durzył. Pisał potem:

Stara miłość odżyła, skoro tylko się ujrzeliśmy. Przetańczyłem z nią całą noc i zaprosiłem do Borówek, abyśmy spędzili z sobą czas mojego urlopu. Zgodziła się i nazajutrz rano razem wyjechaliśmy z Berlina. Matka przyjęła ją bardzo serdecznie. Pokazałem Elly mój raj, lasy, pola i łąki. Chodziliśmy na długie spacery po okolicy. Był maj i piękno Borówek zapierało dech w piersi. Kwitły drzewa owocowe, pysznie zieleniły się rozległe pola zbóż, ponad którymi na niebie tańczyły skowronki, śpiewając swój nieprzerwany hymn radości.

Pod koniec miesiąca Elly towarzyszyła papie w podróży do Berlina, gdzie wsiadł do pociągu wojskowego, który codziennie z dworca Zoologischer Garten wyruszał na front rosyjski. Znalazłszy się w wagonie, papa otworzył okno. Kiedy pociąg ruszył, Elly szła równo z nim po peronie, coraz szybciej, aż zaczęła biec, żeby nie zostać z tyłu. W końcu wskoczyła na stopień, a papa otwarł drzwi i wciągnął ją do wagonu. Wysiedli w Królewcu i dorożką pojechali nad Bałtyk, gdzie wynajęli domek blisko plaży. "Właśnie tam pierwszy raz w młodym życiu doświadczyłem słodyczy i głębi ostatecznej kapitulacji dwojga kochanków", pisał papa, po czym dodawał: "Urodziłem się w XIX wieku i zostałem wychowany w poszanowaniu surowych zasad moralnych tamtej epoki. Uważałem za oczywiste, że... muszę poślubić Elly".

Wróciwszy w okopy na błotach Tirelu, papa napisał do Elly list, w którym prosił ją o rękę. Odpowiedziała odmownie, wyjaśniając, że ma narzeczonego, który stacjonuje w okopach pod Verdun, i że gdyby przyznała się, że go zdradziła, z rozpaczy mógłby pójść na pewną śmierć. Papa również był zrozpaczony. Być może przeczuwał rzeź, która na polach Francji pochłonie pół miliona ofiar po każdej ze stron, a może sam też pragnął umrzeć. Tak czy inaczej, wystąpił o przeniesienie w szeregi Luftstreitkräfte, czyli nowo tworzonego lotnictwa bojowego. Samoloty, które dotychczas wykorzystywano do obserwacji rozlokowania i ruchów wojsk, zamieniały się w broń. Wyposażano je w karabiny maszynowe, chociaż nie w spadochrony.

Papę skierowano do szkoły pilotów przy fabryce junkersów w Koszalinie, gdzie został jednym z trzydziestu adeptów. Instruktor papy, nazwiskiem Stockhausen, używał samo­lotu szkoleniowego wyposażonego w dwa drążki sterownicze. ­Jeden drążek służył do prowadzenia samolotu, a drugi przeznaczony był dla adepta, który naśladował ruchy instruktora, aż w końcu sam potrafił sterować samolotem. W tamtym czasie junkersy to były dygoczące ustrojstwa do latania, które szyderczo nazywano Kisten, czyli "gruchotami". Miały opinię "ciężkogłowych", to znaczy przejawiały tendencję do spadania dziobem w dół, w związku z czym mówiono o nich również: "latające trumny".

Po zaliczeniu próby terenowej - w trakcie której pilot musiał utrzymać maszynę w powietrzu przez co najmniej pół godziny, wznieść się na wysokość dwóch kilometrów i na koniec miękko wylądować - papę wysłano do jednostki wspierającej wojska walczące z Włochami w bitwie nad Soczą. Papa zameldował się w bazie lotniczej, gdzie kojarzono tak zwane Fligerehe, czyli latające małżeństwa. Załoga samolotu bojowego składała się z pilota, zwanego Emilem, i ze strzelca-nawigatora, zwanego Franzem. Emil mógł strzelać na wprost, "przez" śmigło, z karabinu zsynchronizowanego w taki sposób, że pociski omijały łopatki. Franz siedział za Emilem i był oczyma załogi, wypatrywał jednomiejscowych myśliwców wroga i obsługiwał karabin, który mógł kierować na boki lub do tyłu. Właściwy dobór "latającego małżonka" był więc sprawą życia i śmierci.

Papa przyjrzał się potencjalnym partnerom podczas przyjęcia dla pilotów i nawigatorów, na którym zadzierzgały się "latające małżeństwa", i wykluczył "wszystkich, którzy ochoczo się zajmowali piciem alkoholu". W ten sposób wypatrzył tylko jednego kandydata. Ostatni etap tworzenia załóg polegał na tym, że piloci demonstrowali przed nawigatorami swoje umiejętności. Kiedy papa wykonał swój lot, podszedł do niego właśnie ów abstynent, Walter Grotrian, i zapytał:

- Chcesz ze mną latać?

- Abgemacht! - zawołał papa, "załatwione". - Sam chciałem ciebie o to prosić.

To "małżeństwo" trwało znacznie dłużej niż pierwsze prawdziwe małżeństwo papy, które zawarł nieco wcześniej. W okresie nauki w szkole pilotów papa chadzał do teatru, gdzie spotkał młodą kobietę, a skoro tylko spojrzeli sobie w oczy, papa zakochał się "od pierwszego wejrzenia". Drugi raz. Tym samym wyleczył się z miłości do Elly, której wszakże nigdy nie zapomniał. Ale wszelkie świadectwa, a także zapiski w jego pamiętniku wskazują, że papa wkrótce doszedł do przekonania, że jego wybranka jest kobietą "zepsutą" z powodu niezależnych poglądów. Szybko się rozwiedli. Papa zanotował: "Wojna i jej skutki zaszczepiły mi nienasycony głód wolności, który czynił ze mnie osobę absolutnie niezdatną do "jarzma małżeńskiego"".

Wkrótce po znacznie szczęśliwszych "zaślubinach" z Walterem Grotrianem załoga Heinrich-Grotrian została odkomenderowana na lotnisko polowe w Istrago, dokąd poleciała nad doliną Padu. Papa pisał: "Podczas tego lotu wzdłuż linii frontu pierwszy raz widzieliśmy walkę powietrzną. Niemiecki myśliwiec zestrzelił dwa duże samoloty włoskie, które w płomieniach runęły na ziemię. Dało nam to pewne wyobrażenie o tym, czego możemy się spodziewać".

Na lotnisku w Istrago sprężystym krokiem podszedł do nich drobny, dziarski oficer z Krzyżem Żelaznym na piersi, który przedstawił się jako "porucznik Hirsch, adiutant dowódcy Feldflieger Abteilung 17", czyli eskadry liniowej numer 17, do której zostali przydzieleni. Potem poznali dowódcę jednostki, kapitana Grauerta.

W chwili przybycia papy w skład eskadry numer 17 wchodziło dwóch pilotów, a mianowicie sierżanci Noeding i Ricker, oraz trzech nawigatorów: podporucznicy Briese, Moesnew i Hemprich. Wszyscy potem zostali zestrzeleni i zginęli we Francji. Brüggendiek, który dołączył później, stracił ramię w kraksie, a Walter Grotrian dostał postrzał w płuco, ale przeżył, żeby znowu dołączyć do papy. Papa jako jedyny lotnik tej jednostki nigdy nie został ranny, chociaż dwukrotnie go zestrzelono.

Pewnego razu, gdy papa sprawdzał silnik przed startem, jego nawigator, którego nazwiska już nie pamiętał, kiedy opisywał to zdarzenie, wykrzyknął:

- Gerd, na pewno wygramy tę wojnę!

- Skąd ta pewność? - zapytał papa.

- Bo walczymy w słusznej sprawie. Walczymy o dobro i sprawiedliwość, a nie o ziemię i pieniądze, jak większość naszych wrogów.

- W tym świecie jest tylko jedno dobro i jedna sprawiedliwość, a mianowicie "przetrwanie najlepiej przystosowanych" - rzekł papa, na pozór bez związku.

Kiedy pierwszy raz opowiedział mi tę historię, owa sentencja wydała mi się głęboka. Nie rozumiałem jej. Ale gdy powtórzył ją kilkadziesiąt lat później, a byłem już zawodowym biologiem, zabrzmiała fałszywie i pusto. Przejmowała też zgrozą, ponieważ kojarzyła się z tego rodzaju darwinizmem społecznym, jaki szerzyła propaganda narodowych socjalistów.

Niemcy krok po kroku przesuwali linię frontu w dół pogórza alpejskiego na niziny północnych Włoch, docierając pod ufortyfikowaną Monte Grappa, której broniła piechota włoska. Niemiecki sztab generalny nakazał szturmowanie fortecy, a eskadra siedemnasta miała wspierać atak z powietrza. Po latach papa pierwszy rajd nad Monte Grappa wspominał następująco:

Byłem zdumiony urwistością tej góry. [...] Tam i sam widziałem oddziały piechoty niemieckiej, które usiłowały wspinać się po zabójczych ścianach pod ogniem włoskich dział i karabinów maszynowych rozlokowanych na szczycie. Gardło miałem ściśnięte współczuciem dla chłopaków, którym wyznaczono to beznadziejne zadanie. [...] Wzbiłem się nad szczyt i zaatakowałem, strzelając z naszych karabinów maszynowych, ale jeden z ich strzelców wziął nas na cel i bluznął serią w sam środek samolotu. Kilka kul podziurawiło bak, który znajdował się za moimi plecami. W ciągu paru sekund mój kombinezon przesiąkł benzyną. W każdej chwili mogliśmy eksplodować i runąć w płomieniach na ziemię.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.