Christianitas - od rozkwitu do kryzysu - Prof. Grzegorz Kucharczyk

Kup ebooka

24.90 zł
20.67 zł (21,17 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Wstęp Część I Chri­stia­ni­tas - chwa­ła, atak i obro­na Ha­gia So­phia i Clu­ny - chrze­ści­jań­ska cy­wi­li­za­cja i bar­ba­rzyń­cy Sa­int-De­nis: wiel­kość i dra­mat kró­lew­skie­go opac­twa 1700 lat edyk­tu me­dio­lań­skie­go Za­ka­za­na en­cy­kli­ka Re­wo­lu­cja i re­li­gia Miłe sło­wa i twar­da rze­czy­wi­stość "Ogło­szo­na re­pu­bli­ka. Pro­szę po­wie­dzieć, co mamy zro­bić z księ­dzem?" Nowa, świec­ka tra­dy­cja Część II Obroń­cy wia­ry Hen­ryk V (hra­bia Cham­bord) - wier­ność do koń­ca Die­trich von Hil­de­brand - prze­ciw mi­tom i bun­tom O he­re­zji bra­ku for­my i pięk­na C.S. Le­wis (1898-1963). Pi­sarz chrze­ści­jań­stwa Tho­mas Mol­nar (1921-2010) - R.I.P. "Czło­wiek nie­po­stę­po­wy", któ­ry miał "za­szczyt by­cia ka­to­li­kiem"323. Kil­ka my­śli o Nor­wi­dzie Część III Świę­ci i kan­dy­da­ci na oł­ta­rze "Pro­rok", "nie­to­le­rant", "po­li­tycz­ny re­ali­sta". Ignis ar­dens - w stu­le­cie śmier­ci św. Piu­sa X "Do­bry pa­pież Jan" i "sta­ry za­co­fa­ny Ko­ściół" "Świat za­chwia­ny w swo­ich fun­da­men­tach"412. Zyta - ostat­nia ce­sa­rzo­wa i kró­lo­wa Część IV An­ty­ka­to­lic­ka pro­pa­gan­da Źli, okrut­ni i za­co­fa­ni ka­to­li­cy. III Re­pu­bli­ka psy­chia­trycz­na, czy­li jak ze świę­te­go zro­bić wa­ria­ta Saga o Crom­wel­lu i pod­pa­la­czach an­giel­skie­go domu Przypisy

Wstęp

Ni­niej­sza książ­ka jest o kry­zy­sie. Tym naj­po­waż­niej­szym, bo do­ty­ka­ją­cym sfe­ry du­cha, kry­zy­sie na­sze­go krę­gu cy­wi­li­za­cyj­ne­go ukształ­to­wa­ne­go przez chrze­ści­jań­stwo prze­ka­za­ne lu­dom Eu­ro­py przez Ko­ściół rzym­ski. Na­sze cza­sy są świad­kiem znacz­ne­go przy­spie­sze­nia i po­głę­bie­nia zja­wisk kry­zy­so­wych. Zmie­nia się po­stać tego świa­ta - co­raz szyb­ciej i w co­raz gor­szym kie­run­ku.

Świę­ty Jan Pa­weł II już w 1982 roku mó­wił: "Duch tego świa­ta pra­gnął­by, by­śmy ska­pi­tu­lo­wa­li w naj­bar­dziej pod­sta­wo­wych za­sa­dach ży­cia chrze­ści­jań­skie­go. Dziś, jak ni­g­dy przed­tem, pod­sta­wo­we praw­dy wia­ry są kwe­stio­no­wa­ne, a war­to­ści ety­ki chrze­ści­jań­skiej ata­ko­wa­ne i ośmie­sza­ne. Rze­czy, któ­re bu­dzi­ły obu­rze­nie po­przed­niej ge­ne­ra­cji, te­raz za­pi­sa­ne są w księ­gach usta­wo­daw­czych spo­łe­czeń­stwa! Te pro­ce­sy na­le­żą do zja­wisk naj­więk­szej wagi i nie moż­na ich nie do­strze­gać, nie udzie­la­jąc na nie od­po­wie­dzi, ani też nie wy­star­czy tu ba­nal­na od­po­wiedź. Spra­wy o tak wiel­kiej do­nio­sło­ści wy­ma­ga­ją peł­nej uwa­gi na­sze­go chrze­ści­jań­skie­go su­mie­nia".

Od cza­su, gdy pa­pież z Pol­ski wy­po­wia­dał te sło­wa, mi­nę­ło po­nad trzy­dzie­ści lat, wy­ro­sło cał­kiem nowe po­ko­le­nie Eu­ro­pej­czy­ków, czy sze­rzej - lu­dzi Za­cho­du, któ­re mie­rzy się nie tyl­ko z "kul­tu­rą abor­cji" i "kul­tu­rą an­ty­kon­cep­cji", ale z co­raz sil­niej­szy­mi wy­sił­ka­mi w kie­run­ku ra­dy­kal­nej "de­kon­struk­cji" ro­dzi­ny, płci oraz isto­ty ludz­kiej. Któż by się spo­dzie­wał jesz­cze parę lat temu, że na sy­no­dzie bi­sku­pów w Wa­ty­ka­nie z du­żym tru­dem uda się od­rzu­cić po­my­sły do­war­to­ścio­wu­ją­ce de­wia­cje i cu­dzo­łó­stwo. Jak po­ka­zał sy­nod z paź­dzier­ni­ka 2014 roku, więk­szość bi­sku­pów uwa­ża, że trze­ba iść w tym no­wym "kie­run­ku dusz­pa­ster­skiej wraż­li­wo­ści". Za­bra­kło je­dy­nie więk­szo­ści kwa­li­fi­ko­wa­nej.

Świę­ty pa­pież wie­lo­krot­nie zwra­cał uwa­gę - o czym pi­sze­my w książ­ce - na wszech­stron­ność kry­zy­su współ­cze­sne­go Za­cho­du, a tym sa­mym i za­gro­żeń, wo­bec któ­rych stoi Ko­ściół prze­ło­mu dru­gie­go i trze­cie­go ty­siąc­le­cia. Dzi­siaj je­den z na­stęp­ców św. Jana Paw­ła II ab­dy­ku­je, bo "osła­bły siły du­cha" (Be­ne­dykt XVI], a dru­gi twier­dzi, że naj­po­waż­niej­szym pro­ble­mem Ko­ścio­ła w dwu­dzie­stym pierw­szym wie­ku jest... "bez­ro­bo­cie mło­dych" i ab­dy­ku­je ze spra­wo­wa­nia Urzę­du Na­uczy­ciel­skie­go, mó­wiąc: "Kim je­stem, by ich są­dzić".

Tak wy­glą­da ka­pi­tu­la­cja wo­bec praw­dzi­we­go pro­ble­mu (kry­zy­su cy­wi­li­za­cji chrze­ści­jań­skiej] przy­kry­wa­na te­ma­ta­mi za­stęp­czy­mi z ro­dza­ju po­ka­zo­wej "wal­ki z ubó­stwem". Któ­ryż to z Apo­sto­łów tak bar­dzo trosz­czył się o los bied­nych, że prze­li­czał war­tość dro­go­cen­ne­go olej­ku wy­la­ne­go na sto­py Pana na war­tość fun­du­szu po­mo­co­we­go dla ubo­gich? A Pan mówi: "Ubo­gich za­wsze mieć bę­dzie­cie".

Jaka jest przy­czy­na tego kry­zy­su, alias kto lub co za tym stoi? Ni­niej­sza książ­ka nie ro­ści so­bie naj­mniej­szych na­wet pre­ten­sji do wy­czer­pa­nia tego te­ma­tu. Au­tor stoi jed­nak na sta­no­wi­sku, że w hi­sto­rii nic nie jest dane raz na za­wsze i nic nie jest zde­ter­mi­no­wa­ne. Nie rzą­dzą nami ja­kieś bez­oso­bo­we siły z ka­te­go­rii "obiek­tyw­nych praw dzie­jo­wych" lub du­chy o nie­okre­ślo­nej pro­we­nien­cji ("duch po­stę­pu", "duch so­bo­ru").

Kry­zys, o któ­rym mowa, do­ty­czy lu­dzi i zo­stał przez lu­dzi wy­wo­ła­ny. Przez kon­kret­ne de­cy­zje po­li­tycz­ne (for­su­ją­ce np. la­icy­za­cję lub prą­ce do re­wo­lu­cji], przez kon­kret­ne idee po­li­tycz­ne i pro­pa­gan­do­we nar­ra­cje, któ­re nie wzię­ły się zni­kąd, wresz­cie przez za­ku­li­so­we dzia­ła­nie zor­ga­ni­zo­wa­nych grup na­ci­sku (np. ma­so­ne­ria]. Nie cho­dzi tu by­naj­mniej o ja­kąś zwul­ga­ry­zo­wa­ną teo­rię spi­sku, choć ta ostat­nia - wska­zu­jąc na dzia­ła­nia kon­kret­nych lu­dzi lub grup - jest o wie­le mniej uwła­cza­ją­ca dla ro­zu­mu ludz­kie­go, ani­że­li po­gląd wska­zu­ją­cy, że świa­tem rzą­dzą ja­kieś bez­oso­bo­we moce.

Praw­dą jest rów­nież mak­sy­ma imć pana Za­gło­by, że "nie masz ta­ko­wych ter­mi­nów, z któ­rych by vi­ri­bus uni­tis przy Bo­skich au­xi­liach pod­nieść nie moż­na". Dla­te­go w cza­sach kry­zy­su spo­ty­ka­my wiel­kich obroń­ców chri­stia­ni­tas jako ładu cy­wi­li­za­cyj­ne­go - ty­ta­nów du­cha i in­te­lek­tu. Tak­że o nich jest ta książ­ka.

W książ­ce znaj­du­je się rów­nież blok tek­stów od­no­szą­cych się (tak­że w cha­rak­te­rze po­le­mik) do hi­sto­rii Pol­ski. Jed­nak w więk­szo­ści wy­pad­ków mó­wi­my tu­taj rów­nież o za­gad­nie­niach z na­szych dzie­jów, od­no­szą­cych się do kon­fron­ta­cji z prze­ja­wa­mi kry­zy­su za­chod­niej cy­wi­li­za­cji. Za­rów­no ko­mu­nizm, jak i na­ro­do­wy so­cja­lizm były re­zul­ta­ta­mi du­cho­we­go tąp­nię­cia, któ­re za­ist­nia­ło na Za­cho­dzie na dłu­go przed 1914 ro­kiem, a któ­re pa­pież Pius XII na­zwał "zbrod­nia­mi Ma­je­sta­tu wo­bec Chry­stu­sa Kró­la".

Tek­sty, któ­re zło­ży­ły się na ni­niej­szą książ­kę, uka­zy­wa­ły się (choć nie wszyst­kie) w cią­gu kil­ku­na­stu lat na ła­mach pra­sy kon­ser­wa­tyw­nej w Pol­sce oraz na por­ta­lu PCh24. Nie jest to jed­nak ze­staw "od­grze­wa­nych ko­tle­tów". Prze­wa­ża­ją­ca więk­szość tek­stów zo­sta­ła roz­bu­do­wa­na o nowe tre­ści. Nie­któ­re są zu­peł­nie nowe.

Grze­gorz Ku­char­czyk

 

Ha­gia So­phia i Clu­ny - chrze­ści­jań­ska cy­wi­li­za­cja i bar­ba­rzyń­cy

 

 

Ko­cham ten ko­ściół i jego świę­te cho­rą­gwie,

Jego srebr­ne na­czy­nia i jego kan­de­la­bry,

Świa­tła, iko­ny, am­bo­nę.

 

Ile­kroć tam za­cho­dzę, do tego ko­ścio­ła Gre­ków,

Gdzie za­wsze czuć woń ka­dzi­dła,

Brzmią li­tur­gicz­ne śpie­wy,

A ka­pła­ni w or­na­tach lśnią­cych zło­ci­stym bla­skiem,

Kro­czą­cy uro­czy­ście, peł­ni są do­sto­jeń­stwa -

Po­wra­cam za­raz my­ślą do na­szej daw­nej świet­no­ści:

Do po­tę­gi Bi­zan­cjum.1

 

Przed nie­mal stu laty w ten spo­sób opi­sy­wał Ha­gię So­phię - nie­gdyś naj­więk­szą ba­zy­li­kę chrze­ści­jań­skie­go świa­ta, a od 1453 roku za­mie­nio­ną w me­czet - Grek z Alek­san­drii Kon­stan­di­nos Ka­wa­fis. Ten je­den z pięk­niej­szych wier­szy au­to­ra Ita­ki jest świa­dec­twem nie tyl­ko me­lan­cho­lii ogar­nia­ją­cej na wi­dok naj­wspa­nial­szej nie­gdyś świą­ty­ni ca­łe­go ka­to­lic­kie­go świa­ta zde­gra­do­wa­nej do roli me­cze­tu (a już nie­dłu­go, w 1934 r. - z woli Ke­ma­la Ata­tür­ka - do mu­zeum). To tak­że do­wód na to, że men­tal­ność współ­cze­snych - a z pew­no­ścią dwu­dzie­sto­wiecz­nych Gre­ków - zo­sta­ła ukształ­to­wa­na przez du­cho­we i kul­tu­ro­we dzie­dzic­two Bi­zan­cjum, a nie sta­ro­żyt­nej Hel­la­dy; po­wsta­ła ona nie tyle w cie­niu Par­te­no­nu ile ra­czej pod ko­pu­ła­mi Ha­gii So­phii.

Wspa­nial­sza niż świą­ty­nia Sa­lo­mo­na

Świą­ty­nia Mą­dro­ści Bo­żej - wy­bu­do­wa­na w la­tach 532-537 za pa­no­wa­nia naj­więk­sze­go ce­sa­rza bi­zan­tyj­skie­go Ju­sty­nia­na I Wiel­kie­go - była ka­te­drą pa­triar­chy Kon­stan­ty­no­po­la (do 1054 r. ka­to­lic­kie­go) i tra­dy­cyj­nym miej­scem ko­ro­na­cji bi­zan­tyj­skich ce­sa­rzy. Je­śli wie­rzyć re­la­cji Eu­ze­biu­sza z Ce­za­rei, ce­sarz Ju­sty­nian oso­bi­ście brał udział w pro­jek­to­wa­niu wspa­nia­łej ba­zy­li­ki, a do­kład­ne wska­zów­ki otrzy­my­wał z aniel­skim po­śred­nic­twem z nie­ba. Do hi­sto­rii prze­szły też sło­wa Ju­sty­nia­na, któ­ry po wej­ściu do ukoń­czo­nej ba­zy­li­ki miał wy­krzyk­nąć: "Sa­lo­mo­nie, prze­ści­gną­łem cię!".

Ma­te­riał po­trzeb­ny do bu­do­wy pa­triar­szej i ce­sar­skiej ba­zy­li­ki ścią­ga­no z ca­łe­go ob­sza­ru wschod­nie­go ce­sar­stwa (cho­ciaż za Ju­sty­nia­na ce­sar­stwo było po­now­nie tyl­ko jed­no - ce­sarz od­zy­skał prze­cież nie tyl­ko Afry­kę Pół­noc­ną, ale rów­nież Ita­lię z Rzy­mem). Szla­chet­ny bu­du­lec pły­nął też z Egip­tu i Sy­rii. Wy­ko­rzy­sta­no rów­nież ko­lum­ny ze słyn­nej efe­skiej świą­ty­ni Ar­te­mi­dy (jed­ne­go z sied­miu cu­dów sta­ro­żyt­ne­go świa­ta).

Wspa­nia­łość Ha­gii So­phii była le­gen­dar­na: "Ogrom­na ko­pu­ła spo­czy­wa na nie­wy­so­kim tam­bu­rze (pod­bu­do­wie), nad któ­rym bie­gnie do­oko­ła zwar­ty ciąg okien, tak więc wnę­trze ko­ścio­ła jest peł­ne świa­tła, któ­re­go źró­dło i kie­ru­nek są w pierw­szej chwi­li nie­uchwyt­ne. Nocą oświe­tlał je ze­spół ży­ran­do­li za­wie­szo­nych na łań­cu­chach [...]. Zwie­dza­ją­cy ma wra­że­nie, jak­by zgu­bił się w ol­brzy­miej pod­wod­nej gro­cie, ja­rzą­cej się świa­tłem, któ­re pły­nie z nie­wi­do­me­go źró­dła, i wy­ło­żo­nej lśnią­cy­mi ka­mie­nia­mi szla­chet­ny­mi"2. Do­kład­ny opis głów­ne­go oł­ta­rza, przy któ­rym Naj­święt­szą Ofia­rę spra­wo­wał tyl­ko pa­triar­cha, wspa­nia­łych mo­zaik oraz naj­więk­szych uro­czy­sto­ści ko­ściel­nych i pań­stwo­wych spra­wo­wa­nych w mu­rach tej świą­ty­ni od­naj­du­je­my w dzie­le ce­sa­rza Kon­stan­ty­na VII Por­fi­ro­ge­ne­ty De ca­ere­mo­niis, po­cho­dzą­cym z X wie­ku.

Ha­gia So­phia do­świad­cza­ła wszyst­kich dra­ma­tycz­nych wy­da­rzeń, któ­re były udzia­łem Kon­stan­ty­no­po­la - cho­dzi tu­taj by­naj­mniej nie tyl­ko o na­wie­dza­ją­ce mia­sto nad Bos­fo­rem sil­ne trzę­sie­nia zie­mi (jed­no z nich, już w 558 r. spo­wo­do­wa­ło za­wa­le­nie się cen­tral­nej ko­pu­ły ba­zy­li­ki Mą­dro­ści Bo­żej). Tak­że o sza­le­ją­cy w Bi­zan­cjum na prze­ło­mie VIII i IX wie­ku iko­no­klazm, któ­ry nie omi­nął rów­nież ba­zy­li­ki. Jego ofia­rą pa­dły wspa­nia­łe zło­ci­ste mo­zai­ki przed­sta­wia­ją­ce Chry­stu­sa, Mat­kę Bożą oraz świę­tych.

Wraz z ca­łym mia­stem ba­zy­li­ka do­świad­cza wiel­kich ob­lę­żeń mu­zuł­mań­skich - wiel­kie­go, trwa­ją­ce­go czte­ry lata mię­dzy 674 a 678 ro­kiem, oraz krót­sze­go w la­tach 717-718 (wspo­mnieć na­le­ży, że w 626 r. Kon­stan­ty­no­pol wy­trzy­mał ob­lę­że­nie przez Per­sów). Trud­no prze­ce­nić rolę tej pierw­szej obro­ny mia­sta przed Ara­ba­mi. To prze­cież pod mu­ra­mi Mia­sta Kon­stan­ty­na kro­czą­cy do­tąd od zwy­cię­stwa do zwy­cię­stwa is­lam po­niósł do­tkli­wą po­raż­kę, na dłu­go wcze­śniej za­nim pod Po­itiers marsz Ara­bów na in­nym krań­cu świa­ta chrze­ści­jań­skie­go po­wstrzy­ma­li Fran­ko­wie (732 r.).

Gdy na mu­rach trwa­ła wal­ka obroń­ców z na­cie­ra­ją­cy­mi mu­zuł­ma­na­mi, w "ko­ście­le Gre­ków" trwa­ły nie­usta­ją­ce mo­dły. Ta sy­tu­acja - nie­ste­ty bez szczę­śli­we­go za­koń­cze­nia - po­wtó­rzy się rów­nież w 1453 roku pod­czas ostat­nie­go ob­lę­że­nia Kon­stan­ty­no­po­la przez mu­zuł­ma­nów. W 1204 roku po zdo­by­ciu mia­sta przez uczest­ni­ków IV kru­cja­ty Ha­gia So­phia aż do 1261 roku na nowo sta­ła się ba­zy­li­ką ka­to­lic­ką (od 1054 r. trwa­ła schi­zma wschod­nia). Tam też ko­ro­no­wa­ni byli ła­ciń­scy wład­cy Kon­stan­ty­no­po­la. Zdo­by­ciu mia­sta przez ła­cin­ni­ków to­wa­rzy­szy­ło plą­dro­wa­nie nie tyl­ko pa­ła­ców ce­sar­skich, ale i świą­tyń Kon­stan­ty­no­po­la - nie wy­łą­cza­jąc ba­zy­li­ki Mą­dro­ści Bo­żej. Fakt ten zo­stał od razu sta­now­czo po­tę­pio­ny przez pa­pie­ża In­no­cen­te­go III.

Ostat­nie ob­lę­że­nie

W grud­niu 1452 roku w ba­zy­li­ce Mą­dro­ści Bo­żej zo­stał uro­czy­ście od­czy­ta­ny akt za­war­tej w 1439 roku pod­czas so­bo­ru flo­renc­kie­go unii mię­dzy Ko­ścio­łem wschod­nim i za­chod­nim. W uro­czy­sto­ści uczest­ni­czył ce­sarz Kon­stan­tyn XI wraz ze swo­im dwo­rem. Czy­tel­nym zna­kiem do­ko­na­ne­go zjed­no­cze­nia było włą­cze­nie do mo­dlitw mszal­nych imie­nia bi­sku­pa Rzy­mu. Nie­speł­na pół roku póź­niej, na po­cząt­ku kwiet­nia 1453 roku, roz­po­czę­ło się dru­gie ob­lę­że­nie Kon­stan­ty­no­po­la przez Tur­ków (pierw­sze w 1422 r. mia­sto zwy­cię­sko od­par­ło).

Po­dob­nie jak pod­czas wcze­śniej­szych ob­lę­żeń mia­sta przez mu­zuł­ma­nów, rów­nież w 1453 roku - od 5 kwiet­nia (po­czą­tek ob­lę­że­nia) do 29 maja (osta­tecz­ny szturm Tur­ków) - trwa­ły w Kon­stan­ty­no­po­lu nie­ustan­ne mo­dli­twy. Na mury wy­cho­dzi­ły pro­ce­sje z re­li­kwia­mi świę­tych oraz iko­ną Mat­ki Bo­skiej (Ho­de­ge­tria) - pa­tron­ki mia­sta. Cen­tral­nym miej­scem mo­dlitw była po­now­nie Ha­gia So­phia. Tu­taj też osta­tecz­nie, ale jak­że za póź­no, do­peł­ni­ła się unia flo­renc­ka. W ba­zy­li­ce mo­dli­li się za­rów­no ka­to­li­cy rzym­scy (wśród obroń­ców dużo było We­ne­cjan i Ge­nu­eń­czy­ków), grec­cy i ci, któ­rzy do tej pory trwa­li w opo­rze przed przy­ję­ciem unii. Ale na­wet ci ostat­ni uczest­ni­czy­li w na­bo­żeń­stwach i sa­kra­men­tach bez wzglę­du na to, czy od­pra­wia­li je w świą­ty­ni ła­cin­ni­cy czy Gre­cy.

Ty­sią­ce lu­dzi szu­ka­ło schro­nie­nia w ol­brzy­miej ba­zy­li­ce. We­dług daw­nej le­gen­dy, na­wet gdy­by nie­wier­ni mie­li sfor­so­wać mury, świe­tli­sty anioł z nie­ba miał ich prze­go­nić sprzed wrót do ba­zy­li­ki i z ca­łe­go mia­sta. W wie­czór po­prze­dza­ją­cy osta­tecz­ny szturm Tur­ków na mia­sto do ba­zy­li­ki Mą­dro­ści Bo­żej przy­był rów­nież ostat­ni ce­sarz bi­zan­tyj­ski (a wła­ści­wie ostat­ni ba­si­le­os Ro­ma­ioi - ce­sarz Rzy­mian) Kon­stan­tyn XI, by po­jed­nać się z Bo­giem.

29 maja 1453 roku Kon­stan­ty­no­pol zo­stał zdo­by­ty przez Tur­ków. Jak pi­sał Ste­ven Run­ci­man, data ta "sta­no­wi punkt zwrot­ny w hi­sto­rii. Ozna­cza ko­niec sta­rej opo­wie­ści, opo­wie­ści o bi­zan­tyj­skiej cy­wi­li­za­cji. Przez je­de­na­ście se­tek lat sta­ło nad Bos­fo­rem mia­sto, gdzie uwiel­bia­no in­te­lekt, a na­ukę i li­te­ra­tu­rę kla­sycz­nej prze­szło­ści prze­cho­wy­wa­no i stu­dio­wa­no [...]. Było to rów­nież wiel­kie mia­sto ko­smo­po­li­tycz­ne, gdzie rów­no­le­gle z to­wa­ra­mi swo­bod­nie wy­mie­nia­no idee, i któ­re­go oby­wa­te­le wi­dzie­li sie­bie jako spad­ko­bier­ców Gre­cji i Rzy­mu uświę­co­nych przez wia­rę chrze­ści­jań­ską"3.

To był rów­nież ko­niec naj­wspa­nial­szej ba­zy­li­ki świa­ta chrze­ści­jań­skie­go. Tur­cy po zdo­by­ciu mia­sta za­bi­li albo za­bra­li w ja­syr ty­sią­ce chrze­ści­jan, któ­rzy schro­ni­li się w ba­zy­li­ce. Do ostat­niej chwi­li jed­nak trwa­ły mo­dli­twy, tak­że przy głów­nym oł­ta­rzu. Nie­któ­rzy po­dob­no wi­dzie­li, jak ka­pła­ni, sto­ją­cy do koń­ca przy oł­ta­rzu, wzię­li ze sobą świę­te na­czy­nia li­tur­gicz­ne i ucie­kli przed Tur­ka­mi przez po­łu­dnio­wą ścia­nę świą­ty­ni, któ­ra w cu­dow­ny spo­sób roz­stą­pi­ła się przed nimi. Mają wró­cić, gdy świą­ty­nia na nowo zo­sta­nie od­da­na chrze­ści­ja­nom.

Jed­ną z pierw­szych de­cy­zji zwy­cię­skie­go suł­ta­na Meh­me­da (Zdo­byw­cy) było bo­wiem za­mie­nie­nie Ha­gii So­phii w me­czet. Suł­tan wje­chał do Kon­stan­ty­no­po­la po trzech dniach ra­bo­wa­nia mia­sta, na co ze­zwo­lił swo­im żoł­nie­rzom. Pierw­sze kro­ki skie­ro­wał wła­śnie do świą­ty­ni Mą­dro­ści Bo­żej. Tam je­den z ule­mów od­czy­tał z am­bo­ny mu­zuł­mań­skie wy­zna­nie wia­ry. Chwi­lę po­tem suł­tan sta­nął na pły­cie głów­ne­go oł­ta­rza ba­zy­li­ki - we­dług nie­któ­rych świa­dectw wje­chał na nią kon­no - i stam­tąd od­dał po­kłon Al­la­ho­wi.

"Słoń­ce Clu­ny"

Po­czą­tek X wie­ku po Chry­stu­sie był po­cząt­kiem ko­lej­ne­go "ciem­ne­go stu­le­cia" w dzie­jach Ko­ścio­ła za­chod­nie­go. Pa­pie­stwo od kil­ku­dzie­się­ciu lat było igrasz­ką w ręku kil­ku moż­nych ro­dów rzym­skich; wie­lu bi­sku­pów to przede wszyst­kim wiel­cy pa­no­wie feu­dal­ni, otrzy­mu­ją­cy in­we­sty­tu­rę od lo­kal­nych se­nio­rów (ksią­żąt, kró­lów), lo­jal­ni przede wszyst­kim wo­bec nich; na­stą­pił upa­dek dys­cy­pli­ny ko­ściel­nej, sze­rzy się sy­mo­nia, a i mał­żeń­stwa du­chow­nych nie sprzy­ja­ją od­da­niu się bez resz­ty i bez­in­te­re­sow­nie obo­wiąz­kom dusz­pa­ster­skim. Nie ma wiel­kich ka­tedr - za­rów­no funk­cjo­nu­ją­cych jako Domy Boże, jak i miej­sca na­uko­wej re­flek­sji.

Do­kład­nie w tym cza­sie, w bur­gundz­kim Clu­ny w 910 roku, do­szło do prze­ło­mo­we­go wy­da­rze­nia w dzie­jach nie tyl­ko Ko­ścio­ła za­chod­nie­go, ale ca­łej za­chod­niej Eu­ro­py. Dzię­ki fun­da­cji księ­cia Wil­hel­ma Akwi­tań­skie­go po­wstał w Clu­ny be­ne­dyk­tyń­ski klasz­tor. Akt fun­da­cyj­ny prze­wi­dy­wał nie tyl­ko sto­sow­ne upo­sa­że­nie ma­te­rial­ne dla sy­nów św. Be­ne­dyk­ta, ale rów­nież za­wie­rał eg­zemp­cję (wy­łą­cze­nie) klasz­to­ru spod wpły­wów lo­kal­nej wła­dzy świec­kiej i du­chow­nej. Clu­ny od po­cząt­ku pod­le­ga­ło bez­po­śred­nio i wy­łącz­nie Sto­li­cy Apo­stol­skiej. Tak roz­po­czę­ła się hi­sto­ria opac­twa, któ­re w krót­kim cza­sie roz­ro­sło się do po­tęż­nej kon­gre­ga­cji klasz­to­rów be­ne­dyk­tyń­skich i bez któ­re­go nie moż­na zro­zu­mieć nie tyl­ko hi­sto­rii Ko­ścio­ła, ale i ca­łej za­chod­niej chri­stia­ni­tas w X, XI i XII wie­ku. Te trzy stu­le­cia były świad­kiem dy­na­micz­ne­go roz­ro­stu klu­niac­kiej kon­gre­ga­cji i rów­nie da­le­ko­sięż­nych wpły­wów mni­chów z Clu­ny na naj­waż­niej­sze wy­da­rze­nia tam­tej epo­ki - od­no­wę Ko­ścio­ła (tzw. re­for­my gre­go­riań­skie), ruch kru­cja­to­wy oraz od­no­wie­nie ży­cia ar­ty­stycz­ne­go i na­uko­we­go (tzw. re­ne­sans XII w.).

W zgod­nej opi­nii ba­da­czy dzie­jów Ko­ścio­ła za­ło­że­nie klasz­to­ru w Clu­ny było po­cząt­kiem dłu­gie­go pro­ce­su od­no­wy Ko­ścio­ła - in ca­pi­ta et in mem­bra. Pro­ces był dłu­gi, ale przez to sys­te­ma­tycz­ny, do­brze przy­go­to­wa­ny, or­ga­nicz­ny. Ha­słem Clu­ny nie było "otwie­ra­nie się na świat", ale od­dzie­le­nie się od nie­go, aby tym le­piej otwo­rzyć się na su­ro­wość, ale i pięk­no pier­wot­nej re­gu­ły św. Be­ne­dyk­ta. Re­for­ma­to­rzy z Clu­ny za­czy­na­li przede wszyst­kim od sie­bie. Ale to z ich gro­na wy­szli pa­pie­że: św. Grze­gorz VII, bł. Urban II oraz Pas­cha­lis II, któ­rzy na prze­ło­mie XI i XII wie­ku przy­pie­czę­tu­ją dzie­ło od­no­wy Ko­ścio­ła po­wszech­ne­go, w tym jego eman­cy­pa­cję spod do­mi­na­cji wła­dzy świec­kiej. To w mu­rach klu­niac­kie­go opac­twa schro­nie­nie przed ce­sa­rzem Hen­ry­kiem V zna­lazł w 1119 roku pa­pież Ge­la­zy II, któ­ry tam też umarł. Kon­kla­we, któ­re od­by­ło się w Clu­ny, wy­nio­sło na Tron Pio­tro­wy Ka­lik­sta II, któ­re­go jed­ną z pierw­szych de­cy­zji było po­sta­no­wie­nie o łą­cze­niu od­tąd god­no­ści opa­ta Clu­ny z god­no­ścią Księ­cia Ko­ścio­ła (kar­dy­na­ła).

Daw­ny mnich klu­niac­ki bł. Urban II mó­wił o Clu­ny, że "świe­ci po­nad zie­mią na po­do­bień­stwo dru­gie­go słoń­ca. Do nie­go moż­na od­nieść sło­wa na­sze­go Pana: Je­ste­ście świa­tło­ścią świa­ta". "Słoń­ce Clu­ny" w X-XII wie­ku naj­moc­niej świe­ci­ło świę­to­ścią swo­ich człon­ków. Je­den po dru­gim na­stę­po­wa­li po so­bie wiel­cy i świę­ci opa­ci: Odon (927-942), Ma­jol (948-994), Od­ilon (994-1049), Hugo (1049-1109). W la­tach 1122-1156 Clu­ny rzą­dził opat Piotr z Mont­ba­isier. Nie do­cze­kał się wy­nie­sie­nia na oł­ta­rze, ale do hi­sto­rii prze­szedł jako Piotr Ve­ne­ra­bi­lis (Czci­god­ny). Jak ma­wiał Grze­gorz VII, inny świą­to­bli­wy pa­pież wy­wo­dzą­cy się z bur­gundz­kie­go opac­twa: "Ża­den klasz­tor nie rów­na się z nim, po­nie­waż nie było w Clu­ny opa­ta, któ­ry nie był­by świę­tym".

Clu­ny było więc atrak­cyj­ne swo­ją świę­to­ścią. Na po­cząt­ku XII wie­ku ist­nie­je już po­tęż­na, li­czą­ca nie­mal 1200 klasz­to­rów, kon­gre­ga­cja klu­niac­ka - sieć do­mów za­kon­nych pod­po­rząd­ko­wa­nych opac­twu- -mat­ce. Naj­wię­cej (883) było ich wte­dy we Fran­cji, nie­mal 100 w Niem­czech i Szwaj­ca­rii, po­nad 50 w pół­noc­nych Wło­szech, po­nad 40 w An­glii oraz 31 w kró­le­stwach hisz­pań­skich.

Jak wi­dzi­my, Clu­ny da­wa­ło Ko­ścio­ło­wi pa­pie­ży i nie­jed­no­krot­nie go­ści­ło ich w swo­ich mu­rach. Przy­by­wa­li do opac­twa nie tyl­ko szu­kać schro­nie­nia, ale rów­nież - o czym bę­dzie jesz­cze mowa - by kon­se­kro­wać po­wsta­ją­cą tam wspa­nia­łą ba­zy­li­kę. W 1245 roku, po za­koń­cze­niu ob­rad I so­bo­ru po­wszech­ne­go w Lyonie, opac­two było świad­kiem od­wie­dzin pa­pie­ża In­no­cen­te­go IV, kró­la Fran­cji św. Lu­dwi­ka IX oraz wie­lu oj­ców so­bo­ro­wych (m.in. ła­ciń­skich pa­triar­chów Kon­stan­ty­no­po­la oraz An­tio­chii).

Clu­ny w wy­dat­ny spo­sób współ­dzia­ła­ło w na­ro­dzi­nach i roz­sze­rza­niu idei kru­cja­to­wej. Już w pierw­szej po­ło­wie XI wie­ku po­ja­wi­ła się w krę­gu Clu­ny myśl o ko­niecz­no­ści wspar­cia - nie tyl­ko mo­dli­twą, ale i mie­czem - chrze­ści­jan wal­czą­cych za Pi­re­ne­ja­mi o od­zy­ska­nie ziem daw­ne­go ka­to­lic­kie­go kró­le­stwa Wi­zy­go­tów spod wła­dzy Ara­bów. Mni­si klu­niac­cy - przede wszyst­kim ci, któ­rzy na fali ru­chu od­no­wy w Ko­ście­le ob­ję­li sto­li­ce bi­sku­pie, w tym rów­nież sto­li­cę bi­sku­pa Rzy­mu (św. Grze­gorz VII, bł. Urban II) - uczy­ni­li wie­le za­rów­no dla roz­sze­rze­nia idei kru­cja­to­wej na po­moc dla wschod­nich chrze­ści­jan, jak i dla wy­kształ­ce­nia się na Za­cho­dzie eto­su ry­ce­rza chrze­ści­jań­skie­go, mi­les Chri­sti.

Tra­dy­cja i pięk­no li­tur­gii - na­rzę­dzia od­no­wy

Za­pro­po­no­wa­na przez Clu­ny re­cep­ta na od­no­wie­nie Ko­ścio­ła to po­wrót do tra­dy­cji (pier­wot­na re­gu­ła św. Be­ne­dyk­ta), dys­cy­pli­ny i mo­dli­twy. Z ini­cja­ty­wy opa­ta św. Od­ilo­na wpro­wa­dzo­no w Ko­ście­le po­wszech­nym Dzień Za­dusz­ny, a Clu­ny wie­le uczy­ni­ło dla od­no­wy pa­mię­ci o Ko­ście­le cier­pią­cym w czyść­cu. Ale mo­dli­twa mia­ła być pięk­na i w pięk­nej opra­wie. Stąd pie­czo­ło­wi­tość mni­chów klu­niac­kich w od­nie­sie­niu do li­tur­gii. Wła­ści­wą at­mos­fe­rę dla Sa­kra­men­tu Oł­ta­rza mia­ła two­rzyć wspa­nia­ła świą­ty­nia. Dzie­ło bu­do­wy ba­zy­li­ki w Clu­ny pod we­zwa­niem św.św. Pio­tra i Paw­ła, pa­tro­nów opac­twa, jest zwią­za­ne z po­sta­cią św. Hu­go­na opa­ta (1049-1109). We­dle współ­cze­snej mu klasz­tor­nej kro­ni­ki "za­chę­co­ny przez po­le­ce­nie z wy­so­ka, zbu­do­wał on ba­zy­li­kę jako na­miot na chwa­łę Bożą [...] o ta­kim splen­do­rze, że gdy­by miesz­kań­cy nie­ba mie­li się kon­ten­to­wać na­szy­mi ziem­ski­mi wa­run­ka­mi, moż­na by było o niej mó­wić, że jest przed­sion­kiem anio­łów".

Pierw­szy ka­mień pod nowy ko­ściół klasz­tor­ny (tzw. Clu­ny III) zo­stał po­ło­żo­ny w 1088 roku. W 1095 roku kon­se­kra­cji głów­ne­go oł­ta­rza w po­wsta­ją­cej ba­zy­li­ce do­ko­nał pa­pież Urban II pod­czas swo­jej pa­mięt­nej po­dró­ży do Fran­cji, pod­czas któ­rej ogło­sił I wy­pra­wę krzy­żo­wą. Świę­ty opat nie do­cze­kał koń­ca bu­do­wy "na­mio­tu Bo­że­go" o nie­biań­skim splen­do­rze. Kon­se­kra­cja ca­łej ba­zy­li­ki zo­sta­ła do­ko­na­na w 1130 roku przez pa­pie­ża In­no­cen­te­go II, czter­dzie­ści dwa lata po roz­po­czę­ciu bu­do­wy świą­ty­ni.

Przez nie­mal czte­ry na­stęp­ne wie­ki ro­mań­ska ba­zy­li­ka św. Pio­tra w Clu­ny była naj­więk­szą świą­ty­nią chrze­ści­jań­stwa, prym ten utra­ci­ła do­pie­ro na rzecz od­no­wio­nej na po­cząt­ku XVI wie­ku Ba­zy­li­ki św. Pio­tra w Rzy­mie. Roz­mia­ry klu­niac­kiej ba­zy­li­ki były im­po­nu­ją­ce. Zgod­nie z za­my­słem św. Hu­go­na w jej mu­rach mie­li się zmie­ścić na­raz wszy­scy mni­si z ca­łej klu­niac­kiej kon­gre­ga­cji - od Hisz­pa­nii po Niem­cy, od An­glii po Ita­lię.

W cen­trum peł­nej splen­do­ru klu­niac­kiej li­tur­gii była ad­o­ra­cja Naj­święt­sze­go Sa­kra­men­tu. Dla ka­to­li­ków zmu­sza­nych dzi­siaj do ob­ser­wo­wa­nia skan­da­licz­nej ko­mu­nii świę­tej udzie­la­nej na rękę, pie­tyzm mni­chów od­no­szą­cy się do Eu­cha­ry­stii musi wy­glą­dać jak ze­tknię­cie się z in­nym, nie­biań­skim świa­tem. Za­cy­tuj­my jed­ne­go z hi­sto­ry­ków zaj­mu­ją­cych się dzie­ja­mi w Clu­ny: "Słu­ga, któ­re­go po­win­no­ścią było za­nieść wo­rek do mły­na, nie mógł być "roz­wią­zły". Za­czy­nał od umy­cia ka­mie­nia młyń­skie­go, chro­nio­ne­go przez za­sło­ny, na­stęp­nie ubie­rał się na bia­ło, gło­wę na­kry­wał hu­me­ra­łem w ten spo­sób, że tyl­ko oczy było wi­dać. Do­pie­ro wów­czas mógł ze­mleć ziar­no na mąkę, prze­siać ją i umyć. Po od­śpie­wa­niu mo­dlitw dal­sze czyn­no­ści przej­mo­wa­li trzej bra­cia, rów­nież ubra­ni na bia­ło. Wy­sy­py­wa­li mąkę na nie­ska­zi­tel­nej czy­sto­ści stół i mie­sza­li ją z wodą na­le­wa­ną z na­czy­nia uży­wa­ne­go w cza­sie Mszy. Za­le­ca­no wy­ko­naw­com, aby pod­czas wy­pie­ku nie za­nie­czysz­cza­li "Eu­cha­ry­stii prze­naj­święt­szej ta­jem­ni­cy" nie tyl­ko śli­ną, ale i od­de­chem. Ze swo­jej stro­ny, ka­płan we­zwa­ny do spra­wo­wa­nia Eu­cha­ry­stii, nie­za­leż­nie czy cho­dzi­ło o jed­ną z dwóch co­dzien­nych Mszy kon­wen­tu­al­nych, czy o Msze pry­wat­ne, mył dwa razy ręce na znak oczysz­cze­nia; pierw­szy raz, jak na­ka­zu­je tra­dy­cja, przed za­ło­że­niem szat li­tur­gicz­nych, dru­gi, tuż przed kon­se­kra­cją. [...] Ta wia­ra w re­al­ną Obec­ność była tak moc­na, że Ber­nard usta­lił pro­ce­du­rę za­cho­wa­nia się na wy­pa­dek, gdy­by pod­czas Ofia­ry Eu­cha­ry­stycz­nej kro­pla "Krwi Pań­skiej" [cu­dzy­słów w ory­gi­na­le - G.K.] spa­dła na ob­rus oł­ta­rza, kor­po­rał lub or­nat. Na­le­ży wy­ciąć ka­wa­łek ma­te­ria­łu w ten spo­sób uświę­co­ne­go i prze­cho­wy­wać go od tej pory mię­dzy re­li­kwia­mi"4.

Clu­ny - opac­two pa­pie­ży, miej­sce naj­świet­niej­szej świą­ty­ni za­chod­nie­go chrze­ści­jań­stwa, prze­cho­wy­wa­ło w swo­ich mu­rach i za mu­ra­mi klasz­to­ru praw­dzi­wy skar­biec re­li­kwii. Klasz­tor­ne in­wen­ta­rze z XVI wie­ku in­for­mu­ją m.in. o prze­cho­wy­wa­niu tam re­li­kwii Krzy­ża Świę­te­go, gąb­ki, któ­rą po­jo­no Chry­stu­sa na Kal­wa­rii, ka­wał­ka ska­ły, z któ­rej Zba­wi­ciel na­uczał Mo­dli­twy Pań­skiej. Oprócz re­li­kwii prze­cho­wy­wa­no w Clu­ny Księ­gę Ge­ne­sis z no­tat­ka­mi św. Au­gu­sty­na, psał­terz św. Jana Chry­zo­sto­ma, bo­ga­te zbio­ry ma­nu­skryp­tów - re­zul­tat pra­cy ogrom­ne­go przy­klasz­tor­ne­go skryp­to­rium.

Więk­szość tych re­li­kwii oraz dóbr kul­tu­ry zo­sta­ła bez­pow­rot­nie znisz­czo­na pod­czas fran­cu­skich wo­jen re­li­gij­nych w XVI i XVII wie­ku, któ­re nie omi­nę­ły rów­nież słyn­ne­go opac­twa. A kon­kret­nie nie ustrze­gło się ono naj­ścia od­dzia­łów hu­ge­noc­kich, któ­re w ty­po­wy dla sie­bie spo­sób za­zna­czy­ły swo­ją obec­ność da­le­ko po­su­nię­tym wan­da­li­zmem, któ­re­go ofia­rą pa­da­ły wy­żej wy­mie­nio­ne oraz inne "przy­kła­dy pa­pi­stow­skich za­bo­bo­nów"5.

"Uli­ca łaj­dac­ka", czy­li Clu­ny jako "do­bro na­ro­do­we"

Śmier­tel­ny cios wy­mie­rzy­ła opac­twu do­pie­ro re­wo­lu­cja fran­cu­ska. W 1789 roku wszy­scy mni­si zo­sta­li wy­gna­ni z jego mu­rów, a opac­two zo­sta­ło okre­ślo­ne jako "do­bro na­ro­do­we". Re­wo­lu­cja po­trak­to­wa­ła je w spo­sób taki sam, jak wszyst­kie inne po­mni­ki daw­nej Fran­cji - "pier­wo­rod­nej córy Ko­ścio­ła". W tym sa­mym cza­sie, gdy mo­tłoch bez­cze­ścił ba­zy­li­kę i gro­by kró­lów Fran­cji w Sa­int-De­nis, od­dział ar­mii re­pu­bli­kań­skiej (w 1792 r.) bez­cze­ścił ba­zy­li­kę w Clu­ny. W 1798 roku całe opac­two wraz z jego wspa­nia­łą świą­ty­nią zo­sta­ło sprze­da­ne (jako "do­bro na­ro­do­we") za nie­wie­le po­nad dwa mi­lio­ny fran­ków trzem "uczci­wym oby­wa­te­lom" z nie­da­le­kie­go Mâcon. Je­den z nich - nie­ja­ki pan Ge­mil­lon, udo­wod­nił w oczach Re­pu­bli­ki swo­ją "uczci­wość", zrzu­ca­jąc su­tan­nę. Inny zaś z na­byw­ców słyn­nej ba­zy­li­ki - pan Ba­to­nard, ku­piec win­ny - skło­nił lo­kal­ne wła­dze do zgo­dy na taką cenę sprze­da­ży, ofe­ru­jąc ła­pów­kę w po­sta­ci wina war­te­go sie­dem ty­się­cy fran­ków.

"Uczci­wi oby­wa­te­le" po­trak­to­wa­li wspa­nia­łą ba­zy­li­kę jako do­cho­do­wy ka­mie­nio­łom, miej­sce po­zy­ski­wa­nia so­lid­ne­go ma­te­ria­łu bu­dow­la­ne­go sprze­da­wa­ne­go z zy­skiem (przede wszyst­kim lo­kal­nym od­bior­com). W cią­gu kil­ku lat nie­gdyś naj­więk­sza ba­zy­li­ka za­chod­nie­go świa­ta zo­sta­ła ro­ze­bra­na do fun­da­men­tów. Dzwo­ny z ba­zy­li­ki, po­cho­dzą­ce z XII wie­ku, dar ce­sa­rzo­wej Ma­tyl­dy (żony ce­sa­rza Hen­ry­ka V, a na­stęp­nie hra­bi­ny An­de­ga­we­nii) zo­sta­ły prze­to­pio­ne na ar­ma­ty. Tak za­koń­czy­ła się nie­mal dzie­więć­set­let­nia hi­sto­ria opac­twa.

Trud­no zna­leźć w no­wo­żyt­nej Eu­ro­pie rów­nie dra­ma­tycz­ny przy­kład kul­tu­ro­we­go wan­da­li­zmu, ja­kim było znisz­cze­nie ba­zy­li­ki w Clu­ny. Po­dob­no Na­po­le­on Bo­na­par­te już jako ce­sarz Fran­cu­zów, prze­jeż­dża­jąc przez Bur­gun­dię, od­ma­wiał od­wie­dzin w Clu­ny, nie chcąc spo­ty­kać się z "bar­ba­rzyń­ca­mi", któ­rzy do­zwo­li­li na taką de­wa­sta­cję. Ale to tyl­ko le­gen­da. Do Pa­ry­ża już w 1800 roku do­cho­dzi­ły wie­ści o do­ko­nu­ją­cych się w Clu­ny znisz­cze­niach (ra­por­to­wał o tym pa­ry­ski hi­sto­ryk sztu­ki A. Le­no­ir, któ­ry udał się do Bur­gun­dii), ale za­rów­no Pierw­szy Kon­sul, jak i póź­niej ce­sarz Fran­cu­zów nie uczy­nił nic, by po­wstrzy­mać wan­da­lizm. Za­koń­czył się on do­pie­ro w 1820 roku, ale już wów­czas z ba­zy­li­ki nie po­zo­stał nie­mal ślad.

Dzi­siaj, prze­cha­dza­jąc się uli­ca­mi kil­ku­ty­sięcz­ne­go mia­stecz­ka Clu­ny, nie­jed­no­krot­nie na ścia­nach do­mów moż­na od­na­leźć mo­ty­wy her­bo­we lub re­lie­fy ro­ślin­ne. Nie­chyb­ny do­wód na to, że dom zo­stał zbu­do­wa­ny z ma­te­ria­łu po­zy­ska­ne­go z lo­kal­ne­go "ka­mie­nio­ło­mu". Nie­przy­pad­ko­wo głów­na uli­ca w mie­ście, w któ­rym co rusz wi­dać tego typu świa­dec­twa, na­zy­wa­na jest rów­nież la rue sce­le­ra­te - uli­cą łaj­dac­ką. Obec­nie Clu­ny - jak na­pi­sał je­den z bry­tyj­skich au­to­rów - to "pu­sta musz­la wy­peł­nia­na przez wiatr i na­szą cie­ka­wość, co tu­taj kie­dyś ist­nia­ło" (E. Mul­lins).

Od wspa­nia­ło­ści naj­więk­szych świą­tyń chrze­ści­jań­stwa po nę­dzę ruin i przy­gnę­bia­ją­cy sta­tus mu­zeum - oto wspól­na dro­ga, któ­rą prze­szły Ha­gia So­phia i Clu­ny, Wschód i Za­chód. Za­ata­ko­wa­ne zo­sta­ły w róż­nym cza­sie przez dwie fale bar­ba­rzyń­ców - mu­zuł­ma­nów i re­wo­lu­cjo­ni­stów. A po­nie­waż dla wie­lu - na Wscho­dzie i na Za­cho­dzie - "lu­dzie ci byli ja­kimś roz­wią­za­niem" (by raz jesz­cze za­cy­to­wać tu Ka­wa­fi­sa), Clu­ny to cią­gle ru­iny, a Ha­gia So­phia jest wiel­kim mu­zeum. Los tych wspa­nia­łych świą­tyń przy­po­mi­na rów­nież o tym, że nic nie jest dane raz na za­wsze, albo, jak mówi św. Pa­weł: "Niech ten, któ­ry stoi, ba­czy, by nie upadł". Ale prze­cież pa­mięć o wiel­kiej prze­szło­ści nie wy­ga­sła zu­peł­nie. Nie sły­chać co praw­da gło­sów na Za­cho­dzie, do­ma­ga­ją­cych się re­kon­struk­cji wiel­kiej ba­zy­li­ki klu­niac­kiej, zwłasz­cza w cza­sie, gdy ist­nie­ją­cym do tej pory wiel­kim świą­ty­niom gro­zi za­mia­na w klu­by noc­ne (vide Ho­lan­dia). Jed­nak już w wy­pad­ku Ha­gii So­phii, co rusz - i to nie tyl­ko wśród pra­wo­sław­nych Gre­ków - po­ja­wia­ją się gło­sy do­ma­ga­ją­ce się od­da­nia ba­zy­li­ki chrze­ści­ja­nom (ostat­nio do gło­sów tych do­łą­czył pro­fe­sor Do­nald He­inz z uni­wer­sy­te­tu w Chi­ca­go). Rząd w An­ka­rze jed­nak może być spo­koj­ny. Zwrot ba­zy­li­ki wy­znaw­com Chry­stu­sa z pew­no­ścią nie bę­dzie wy­zna­czo­ny przez Ko­mi­sję Eu­ro­pej­ską jako je­den z wa­run­ków ak­ce­sji Tur­cji do UE.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.

Sprze­daż książ­ki w In­ter­ne­cie: