1
Orest Lenczyk
Uwielbiałem Stalina
Jak się przywitać? Kto powinien wyciągnąć rękę na powitanie jako
pierwszy? Ja - jako kobieta czy on - jako człowiek znacznie starszy ode
mnie? Wiedziałam, że nestor wśród trenerów Orest Lenczyk do zasad
savoir-vivre przykłada ogromną wagę, dlatego w trakcie podróży na
umówiony wywiad intensywnie rozmyślałam, jak się powinnam zachować. Nie
ma miejsca na błąd. Jest postrachem młodych dziennikarzy, lubuje się w wyciąganiu na wierzch ich niewiedzy, jednym pytaniem potrafi całkowicie
wybić z rytmu. Rzuca insynuacje, przerywa, pozostawia niedopowiedzenia.
Można się czuć jak podczas testów na inteligencję, gdzie w rolę surowego
profesora wciela się trener z trzema tytułami mistrza Polski na koncie.
Z taką świadomością pojechałam do Krakowa na pierwszy wywiad z cyklu
"Chwila z". Orest Lenczyk zdawał się idealnym gościem: intrygującym,
niedostępnym, wymagającym. To ostatnie przede wszystkim, dlatego w trakcie podróży intensywnie rozmyślałam, jak się zachować na
przywitanie. Spotykamy się w Brasserie w Hotelu Francuskim, który od
1912 roku wpisuje się w historię Krakowa. Miejsce o ponad stuletniej
tradycji, w którym historia bije z każdego detalu, idealnie wpasowuje
się w styl bycia 73-letniego wówczas szkoleniowca. Po kilkunastu
sekundach stres całkowicie mija. Orest Lenczyk przytula mnie na
powitanie. Zaskakuje po raz pierwszy. Nie ostatni. Choć o takiej formie
przywitania też słyszałam. Podobno sprawdzał w ten sposób piłkarzy,
orientował się, czy na porannych treningach nie czuć od nich alkoholu.
Jest lipiec 2015, od ponad roku pozostaje bez pracy. Prowadzi spokojne
życie w Krakowie, ma czas, by spotkać się z wnukami, choć przyznaje, że
czuje już chęć powrotu do zawodu. Kiedy spokojnym tonem opowiada kolejne
historie ze swojego życia, czuję się właśnie jak jedna z jego wnuczek.
Zupełnie zapominam, że w środowisku piłkarskim miał opinię ekscentryka,
o legendach dotyczących jego treningów z piłkami lekarskimi na sali
gimnastycznej, o strachu, jaki wywoływał we mnie przed wywiadem.
Jakie ma pan pierwsze obrazy z dzieciństwa?
Jak przez mgłę pamiętam powrót z zachodu żołnierzy radzieckich, którzy
zatrzymali się u nas na podwórzu. Jakieś pojazdy, konie... Sanok był
malutkim miastem, więc o wszystko było trudno, tym bardziej że tylko
ojciec pracował, a nas była czwórka rodzeństwa. Często chodziło się
boso, ale to było normalne. Najważniejsze, że nigdy nie chodziłem
głodny. Po wojnie przyjechał do nas repatriant ze Związku Radzieckiego.
Wsadzono go do naszego "majątku". Został nam pokój z kuchnią, on zajął
resztę. Nie ukrywam, że wychowywany byłem przez ludzi, którzy utrwalali
władzę ludową. Uwielbiałem Józefa Stalina. O jego śmierci dowiedziałem
się z głośnika. Byłem sam w domu, kiedy usłyszałem, że zmarł. Popłakałem
się. Następnego dnia w szkole był apel, po nim poszliśmy do klasy.
Wszyscy stanęli na baczność, wychowawczyni zaczęła mówić o tym
wydarzeniu, kiedy jeden z kolegów zaśmiał się. Pobiła go. Nie
rozumiałem, o co chodzi, byłem jednak bardzo krytyczny wobec
wszystkiego, co związane z Hitlerem.
Jak w rzeczywistości radzieckiej funkcjonował pana brat o imieniu Adolf?
Mój brat ma na imię Aleksander Adrian.
Na Wikipedii jest informacja, że urodził się w 1941 roku i nadano mu
imię Adolf (z czasem, już po tym wywiadzie, została usunięta).
Jeśli to przypadek, wybaczam autorowi. Ale jeśli ktoś zrobił to
specjalnie, jest to zwykłe chamstwo.
Jeden z trudniejszych momentów z dzieciństwa to pobyt w szpitalu w Krakowie, gdy miał pan sześć lat?
Mocno to przeżywałem, bo wylądowałem w tym szpitalu sam, a byłem
maminsynkiem. Byłem przyczepiony do jej spódnicy, do trzeciej klasy
odprowadzała mnie do szkoły. Gdy w 1969 roku rozpaczałem po śmierci
ojca, kolega mi powiedział: "Jak ci matka umrze, to dopiero wtedy
zobaczysz, co to znaczy". Miał rację.
Śmierć mamy w 1994 roku zmieniła pana?
Świat mi się zawalił. Pamiętam, jak brat zadzwonił o szóstej rano z informacją, że właśnie zostawił mamę w szpitalu. Przeszła wylew. Miała
80 lat, ale serce działało sprawnie. Gdyby przez 11 dni nie nastąpił
ponowny wylew, to istniała szansa, że będzie sparaliżowana, ale umysłowo
pozostanie sprawna. Niestety, w jedenastym dniu nastąpił. Wiadomo, że
każdy kiedyś skończy swój żywot, ale gdy dotyczy to bliskiej osoby, to
myśli się: czemu nie później... To straszny moment, jakby zapadła czarna
kotara. Już nie mogę się do niej przytulić, poprosić o radę. Była mądrym
człowiekiem, idealistką. Gdy zwolniono mnie z klubu, powiedziała:
"Jakbyś się trochę lepiej uczył, to nie byłbyś trenerem". Piła do tego,
że brat i siostra są lekarzami, a ja jakimś tam nauczycielem gimnastyki,
jak to określała moja ciocia ze Lwowa. Jakiś czas później usłyszałem
jednak od mamy: "Dobrze, że jesteś trenerem, bo jak twój brat wraca do
domu, to śmierdzi szpitalem". Trochę mnie tymi słowami pogłaskała. Byłem
blisko niej, nie chciałem pracować z dala od Sanoka. Miałem propozycję z klubów z Gdańska, ze Szczecina, ale odmawiałem, zdecydowałem się dopiero
po jej śmierci.
Ma pan trójkę rodzeństwa. W dzieciństwie trzeba było walczyć o swoje?
Rodzicom najbardziej zależało, żebyśmy skończyli szkołę. W młodości
kolegowałem się z różnymi ludźmi. Byłem bardzo młody, gdy zacząłem grać
w seniorach Stali Sanok. Często pół autobusu wracało "po lufie". Ale
trener zawsze sadzał mnie obok siebie, obiecał moim rodzicom, że będzie
mnie pilnował.
Nie kusiło pana, by wkupić się w starsze towarzystwo?
Od kiedy spróbowałem alkoholu i papierosów, to stanowiły dla mnie coś
obrzydliwego. Pamiętam, jak w 1956 roku przyjechali do Sanoka
repatrianci. Zmęczeni, z tobołami, cały czas paląc. Wracając ze szkoły,
przechodziliśmy obok nich, dawali nam całe paczki papierosów. Miały
piękne opakowania: z pilotem, czołgiem, fajną folią. Poszliśmy do parku,
koledzy zaczęli palić. Pociągnąłem i zwymiotowałem. To był mój jedyny
raz w życiu.
Papieros przez wiele lat wydawał się atrybutem trenerów.
Trudna sytuacja. Na początku mojej pracy przychodził kapitan czy
kierownik drużyny i pytał, czy możemy zatrzymać autokar, bo zespół chce
zapalić. Ale chyba miałem rację, czując taką awersję, ponieważ w ostatnim klubie, w którym pracowałem (Zagłębie Lubin), paliło tylko
dwóch graczy.
Aleksander Kłak, którego prowadził pan w Igloopolu, stwierdził, że
spotkał w Dębicy dwie osoby, które nie piły: pana i Marka Zuba. Dodał
jednak, że w tamtych czasach abstynencja w piłce oznaczała brak
akceptacji.
Zgadza się. Dlatego miałem wiele kłopotów.
Stracił pan coś?
Raczej nie zyskałem. Sytuacja bardzo częsta: ktoś polewa alkohol, jeden
z trenerów, który pił całe życie, patrząc w moją stronę, mówi po
chamsku: "K... jemu nie lej, bo i tak nie wypije". Reszta od razu miała
wyrobione zdanie, w myśl zasady: nie pije, to donosi. A ten, o którym
mówię, obsunął się w końcu pod stół, co wcale człowieka nie
dyskwalifikowało, raczej stawało się anegdotą.
Czy to się zmieniło?
Mam takie poczucie. Wtedy był duży problem z alkoholem, dziś istnieje,
ale z piwem, którego smak zupełnie mi nie odpowiada. To niby słaby
trunek, ale wciąga.
Jest pan od czegoś uzależniony?
Od biegania. Od 40 lat dwa-trzy razy w tygodniu przebiegam pięć
kilometrów.
Czym jest dla pana muzyka?
Współczesnej zupełnie nie rozumiem, wychowałem się na innych dźwiękach.
Przed wyjazdem z rodziną na wakacje nagrywałem na kasetę muzykę poważną,
by wjeżdżając do Wiednia, puścić walca Straussa. To mnie poruszało.
Podobno byłem bardzo delikatnym człowiekiem. Przyjaciel powiedział mi,
że przez piłkę nożną schamiałem. Ma rację.
W jakim klubie zraniono pana najbardziej?
W Bełchatowie. Dyrekcja kopalni postawiła ultimatum prezesowi GKS.
Wiedział, że jeśli mnie nie zwolni, sam zostanie wyrzucony. Pomówiono
mnie o rasizm w stosunku do zawodnika z Peru. Pozbyto się mnie, prezesa
Ożoga w końcu też zwolniono. Bardzo porządny facet. Życie mnie jednak
nauczyło, że jak ktoś jest porządny, ma problem. Zdania, które radca
prawny GKS napisał o mnie w dokumencie uzasadniającym moje zwolnienie,
bardzo mnie zabolały. Wicemistrzostwo w mieście, gdzie nie ma rynku,
dworca kolejowego, nie zostało w najmniejszym stopniu docenione.
Na jakim etapie życia jest pan jako trener?
Nie uważam się za głupszego od wielu byłych trenerów reprezentacji ani
też od szkoleniowców w ekstraklasie. Rozumiem jednak sytuację, że
następuje gwałtowna wymiana pokoleń, chociaż Giovanni Trapattoni jeszcze
pracuje i daje sobie radę. Być może gdybym zjadł tyle makaronu co on też
bym pracował. Ale mimo że fanem pasty nie jestem, myślę sobie: "Proszę
bardzo, do roboty, panie Lenczyk!".
* Wywiad ukazał się w lipcu 2015 roku. Orest Lenczyk do pracy
trenerskiej już nie wrócił.
BIOGRAM
urodzony: 28 grudnia 1942 roku w Sanoku; kariera trenerska: Karpaty Krosno (1970-1971), Stal
Rzeszów (asystent, 1972), Siarka Tarnobrzeg (1972-1974), Stal Mielec
(asystent, 1974- -1975), Wisła Kraków (asystent, 1975-1977), Wisła
Kraków (1977-1979), Śląsk Wrocław (1979--1980), Ruch Chorzów
(1982-1984), Wisła Kraków (1984-1985), Stal Sanok (koordynator, 1985),
Igloopol Dębica (1985-1986), Widzew Łódź (1987-1988), GKS Katowice
(1990-1991), Wisła Kraków (1994), Pogoń Szczecin (1995), GKS Katowice
(1995-1996), Ruch Chorzów (1996-1999), GKS Bełchatów (koordynator,
1999), Widzew Łódź (1999-2000), Wisła Kraków (2000-2001), Ruch Chorzów
(2002), GKS Bełchatów (2005-2008), Zagłębie Lubin (2009), Cracovia
(2009-2010), Śląsk Wrocław (2010-2012), Zagłębie Lubin (2013-2014)
2
ROBERT LEWANDOWSKI
Nie chcę się zatrzymywać. Gdy to zrobię, trudno mi będzie znów wystartować
Kilka dobrych miesięcy trzeba się starać, by spotkać się z Robertem
Lewandowskim. Zanim dojdzie do rozmowy w cztery oczy, najpierw należy
przekonać do tego pomysłu sztab jego zaufanych ludzi, którzy
skrupulatnie rozdzielają czas gwiazdy Bayernu na różne media - z każdym
rokiem więcej jest wśród nich tych zagranicznych. To oznacza, że stał
się piłkarzem globalnym, nie jest już "własnością" Polaków. Wszystko
jest dopięte na ostatni guzik: wyznaczają datę, konkretne miejsce
spotkania - hotel Kempinski w Monachium, w którym Lewandowski udziela
większości wywiadów. Siadamy w oddalonej od recepcji sali, w której nie
ma nikogo oprócz nas i jego agenta, odpowiadającego za kwestie medialne.
Mały, okrągły stolik, skórzane fotele, przyciemnione światła. Tam czuje
się komfortowo, nikt go nie zaczepia, nie wzbudza sensacji. Wszystko
jest zaplanowane. Nie ma miejsca na spontaniczne akcje. Minęły czasy,
kiedy Robert po treningu przychodził na kawę z dziennikarzem i bez
wcześniejszych ustaleń udzielał wywiadu. Jeden z najlepszych piłkarzy na
świecie wie, że musi dbać o każdy detal. Omawianie szczegółów wywołuje
więc sporo nerwów, napięcie. To jednak mija, gdy dochodzi do rozmowy.
Kiedy koło południa siadamy przy okrągłym stoliku, pokazuje, jak będąc
tak wysoko, można pozostać normalnym człowiekiem. Nie ma pytania, na
które nie chce odpowiadać, nie rzuca wyuczonymi formułkami. W tym, co i jak mówi, czuć szczerość: na jego twarzy pojawia się łobuzerski uśmiech,
gdy wspomina dzieciństwo w podwarszawskim Lesznie, nieco zmienia tembr
głosu, spowalnia mówienie, gdy opowiada o swojej przemianie, wspomnienia
o zmarłym ojcu wciąż poruszają w nim strunę smutku.
Agent Roberta na karteczce pisze, że czas mija. Przesuwa ją w moim
kierunku po stoliku. Po chwili mówi wprost, że kończymy. Godzina i 45
minut muszą mi wystarczyć. I choć wydaje mi się, że Lewandowski mógłby
siedzieć jeszcze wiele godzin i opowiadać o swoim życiu i przemyśleniach, to agent jest bezwzględny. Taka jego rola. Dzięki temu
Robert może pozostać normalnym gościem z podwarszawskiego Leszna, co
jakiś czas pokazać, powiedzieć nieco więcej. Jest świadomie szczery -
autoryzacja okazuje się formalnością. Tak jak wie, co chce robić na
boisku, tak i doskonale wie, co chce powiedzieć.
Warto rozmawiać?
Wcześniej byłem bardzo zamknięty, trudno było cokolwiek ze mnie wydobyć.
Teraz staram się o tym mówić, bo dzięki temu czuję się lżej.
Duża w tym zasługa Jürgena Kloppa, pana pierwszego trenera w Niemczech?
Jürgen zbudował mnie przede wszystkim jako człowieka. Na początku nasze
relacje nie były łatwe, bo co innego mówił, a co innego się działo.
Przez pierwsze miesiące w Borussii byłem zawiedziony, czułem się
przemęczony jego treningami. Dopiero w listopadzie 2010 wróciłem do
swojej świeżości. Doskonale pamiętam moment, kiedy na treningu poczułem
się tak, jak w okresie przygotowawczym. Wszyscy to zauważyli, zaczęli
powtarzać, że "Lewy" wrócił. Ale ja jeszcze przez dwa miesiące musiałem
czekać na szansę, na dodatek zacząłem grać nie na swojej pozycji. Czułem
dużą frustrację, ale dziś wiem, że to była dla mnie nauka na następne
lata, aż do końca kariery. To doświadczenie zbudowało mnie na te trudne
momenty, których w przyszłości nie brakowało.
A Klopp stał się dla pana jedną z najważniejszych osób w karierze.
Nasza relacja zmieniła się w jednym momencie, po jednej rozmowie.
Takiej, jakiej przez wiele lat mi brakowało, która była jak rozmowa ojca
z synem. Poszedłem do niego po wyjazdowym meczu z Olympique Marsylia w Lidze Mistrzów, bo nie rozumiałem, czego właściwie ode mnie oczekuje.
Przegraliśmy, coś we mnie pękło. Wiedziałem, że jeśli nie zareaguję, nic
się nie zmieni. To był pierwszy moment, w którym uświadomiłem sobie, że
zmiana w postępowaniu może dać mi dużo korzyści. Pogadałem z nim jak z ojcem, czego po śmierci taty nie potrafiłem robić. Nie będę zdradzał
szczegółów tej rozmowy, po prostu wyjaśniliśmy sobie wiele spraw. W tamtym momencie coś we mnie eksplodowało. Trzy dni później graliśmy z Augsburgiem w Bundeslidze, strzeliłem trzy gole, miałem asystę. Wszystko
ruszyło. Ta sytuacja pokazała mi, jak ważne jest to, co się dzieje w głowie, jaka w rozmowie może kryć się siła. Bo jeśli chodzi o same
umiejętności, to nigdy nie czułem się słabszy. Choć mogłem, bo przecież
nie było w moich czasach piłkarza, który wyznaczał szlak, grał w czołowym klubie Europy, pokazywał, że można zajść naprawdę daleko.
Klopp zbudował pana jako człowieka, Pep Guardiola rozwinął piłkarsko,
ale to Niko Kovač, trener Bayernu w latach 2018-2019, dostrzegł w panu
przywódcę - jako pierwszy mianował pana wicekapitanem Bayernu. Jakie to
miało dla pana znaczenie?
Gdy wiem, że ktoś we mnie wierzy, potrafię oddać to zaufanie z dużo
większą siłą.
Jest pan prawdziwym przywódcą, ale tylko wówczas, gdy jest to
sformalizowane?
Coś w tym jest. Nigdy nie byłem osobą, która chciała wyjść przed szereg,
by coś komuś pokazać, udowodnić. Czułem, że nie muszę tego robić. Ale
wiedziałem też, że gdy ktoś dostrzeże we mnie to coś, wtedy postaram
się, czasem nieświadomie, oddać to z nawiązką. Tak to u mnie
funkcjonuje.
Opaska daje panu głos?
To dobre określenie. Daje mi mocny głos, który dociera do innych.
Wywołuje u mnie większe skupienie. Gdy po raz pierwszy wyszedłem na
boisko jako kapitan Bayernu, czułem coś wyjątkowego, większą adrenalinę.
Byłem dumny, że ja, chłopak z Polski, z małego Leszna wychodzę z opaską
i wyprowadzam wielki Bayern. Wielka mobilizacja i wielka duma.
Myśli pan czasem tak o sobie: chłopak z małego miasteczka?
Urodziłem się w Warszawie, ale wychowałem w Lesznie. W domu są jeszcze
moje stare koszulki, mama zbiera pamiątki, gazety. Teraz nie zwracam na
nie uwagi, choć pewnie kiedyś będę je przeglądał. Rzeczy, które teraz
nie mają większego znaczenia, w przyszłości będą mocno sentymentalne. I wtedy docenię to, czego dziś nie dostrzegam.
Bo gdy się biegnie, trudno dostrzec to, co mija się po drodze?
Staram się rozglądać na boki, ale czasem można przez ten bieg zranić
bliskie osoby. Często wydawało mi się, że mam tak wiele własnych spraw,
że brakowało mi czasu na myślenie o innych. Nie umiałem uporać się ze
swoimi problemami, więc nie potrafiłem wczuwać się w kłopoty bliskich.
Pracowałem nad tym, by nie być skupionym tylko na sobie. Na boisku
zawsze będę egoistą, to normalne u napastnika, ale poza nim staram się
dostrzegać inne rzeczy, których wcześniej nie widziałem. Starałem się
rozwinąć, choć z dnia na dzień nie da się tego zmienić. Dziś już od tego
nie uciekam. Wiele się też zmieniło, odkąd zostałem ojcem. Wcześniej
myślałem o jakichś problemach, dziś wiem, że nie miały racji bytu.
Jak reaguje pan na zmiany?
Sportowcy ich nie lubią, myślą, że droga, która doprowadziła do sukcesu,
jest jedyną właściwą. Boją się zaryzykować. Mają swoje rytuały,
zabobony. Myślą: muszę założyć te same skarpetki, bokserki, bo kiedy
miałem je na sobie, wygraliśmy. Tak działałem. Ale w pewnym momencie
uznałem, że jest tego zbyt wiele. Zrozumiałem, że te rytuały działają
tylko w mojej głowie, że wynik nie jest uzależniony od tego, czy przed
meczem poszedłem w lewo czy prawo.
Zrozumiał pan, że zmiany mogą rozwijać?
Przychodząc do Bayernu, całkowicie zmieniłem swój trening, choć wcale
nie byłem do tego przekonany. Sądziłem, że w wieku 25 lat już za późno
na takie modyfikacje. Miałem dwie opcje: albo pozostać przy tym, co
znałem, albo zaryzykować, co nie było łatwe. Ryzyko się opłaciło. Już
wcześniej zacząłem spoglądać na siebie z boku, analizować swoją
sytuację. Patrzyłem na Roberta Lewandowskiego w Lechu, w Borussii. Gdy
byłem w środku, wydawało mi się, że robię coś dużego. Ale kiedy
spojrzałem na to globalnie, zrozumiałem, że to wcale nie musi być takie
wielkie. Nauczyłem się wymagać od siebie więcej. Nie chcę się
zatrzymywać, bo wiem, że gdy to zrobię, trudno mi będzie znów
wystartować.
Szczególnie że pan cały czas biegnie.
Biegnę przez życie. Jestem młody. Fakt, że gram w jednym z najlepszych
klubów na świecie, że zarabiam dobre pieniądze, nie może spowodować, iż
pomyślę, że to mi wystarczy.
Powiedział pan, że próbował patrzeć na siebie z boku. Gdy dziś spojrzy
pan na Roberta Lewandowskiego z dystansu, to co zobaczy?
Widzę osobę, która mimo tego, co osiągnęła, może jeszcze iść do przodu,
która nie powiedziała w piłce ostatniego słowa. Człowieka, w karierze
którego wiek nie gra większej roli. Wiem, jak się czuję, jak się czuje
moje ciało.
Jak?
Zacząłem grać na wysokim poziomie trochę później niż większość piłkarzy,
może dzięki temu dłużej na nim pozostanę. Nie ma zawodników, którzy
weszli na szczyt jako 18-latkowie i w wieku 34 czy 35 lat nadal na nim
są. Funkcjonowanie na topie naprawdę nie jest łatwe. Codziennie stykasz
się z oczekiwaniami, presją, trudno jest przygotować się do tego
mentalnie. Im łatwiej ci coś przychodzi w młodym wieku, tym później
trudniej zareagować na ciężką sytuację. Masz 18 lat, dostajesz dobry
kontrakt. Kiedy po kilku latach przyjdzie pierwszy kryzys, czy potrafisz
z niego wyjść? Czy jesteś przygotowany, by sobie z nim poradzić? Coś już
osiągnąłeś, jesteś trochę zaspokojony. Czy wewnętrzna siła pozwoli ci z tym walczyć? Czy jednak będziesz trochę odpuszczał, bo wcześniej nie
miałeś czasu, by zbudować siłę do walki z przeciwnościami losu? To są
kluczowe kwestie.
Co dla pana oznacza kryzys?
Na pewno nie sytuację, gdy w dwóch, trzech meczach nie zdobędę bramki,
nie będę miał asysty. To tylko momenty. Dla mnie kryzys byłby wtedy,
jeśli fizycznie nie mógłbym walczyć z przeciwnikami.
Przeżył pan już zdefiniowany przez siebie kryzys?
Taki stan musiałby potrwać naprawdę długo, dwa-trzy miesiące. Kilka
rzeczy musiałoby wydarzyć się w tym samym czasie: słaba forma fizyczna,
mentalna, brak siły, by wydostać się z tego dołka. Oczywiście bywają
trudniejsze chwile, ale one szybko mijają.
A mistrzostwa świata w 2018 roku?
Czy można nazwać kryzysem fakt, że nie zdobyłem bramki w Rosji? Nie, bo
ta sytuacja trwała dwa tygodnie. Potem oczywiście siedziała w głowie,
minęły dwa, trzy miesiące, może nawet trochę więcej czasu, zanim to
przegryzłem. Ale dzięki temu wiele się nauczyłem. Zobaczyłem, jak kibic
stoi za nami, za mną, po raz pierwszy poczułem aż takie wsparcie ze
strony fanów.
W piłce słowo "kryzys" jest używane bardzo często. W Bayernie mówi się o nim, gdy nie strzeli pan goli w kilku meczach z rzędu.
Często jest tak, że ludzie patrzą tylko na wynik, na to, czy trafiłem do
siatki. Ale w tym sezonie pełnię trochę inną rolę w zespole niż w poprzednich latach i to, czy strzelę cztery czy pięć bramek więcej czy
mniej, nie ma większego znaczenia. Indywidualne dokonania musiałem
podporządkować innym celom, moje liczby nie są najważniejsze. To, jak
się poruszam, jak gram dla drużyny może sprawić, że będę miał na koncie
kilka bramek mniej, ale wcale nie będzie to oznaczało, że rozegrałem
słabszy sezon.
Jak się zmieniła pana rola w klubie?
Wzrosła moja odpowiedzialność za drużynę. Stałem się osobą, która
obserwuje, co dzieje się dookoła: w szatni, poza nią. Nie mówię o taktyce, ale o relacjach w drużynie, o sytuacjach, które może ktoś źle
zinterpretował. Staram się je wyjaśniać. Czasami bardzo pomaga zwykła
rozmowa. Otwiera oczy, oczyszcza. Wiem to po sobie. Gdy pogadam o tym,
co mnie trapi, uświadamiam sobie, jakie są przyczyny tego stanu. Często
czuję, że coś mi nie pasuje, ale nie umiem zdiagnozować, co dokładnie.
Dopiero potem odkrywam, co tak naprawdę mnie denerwuje.
Mam wrażenie, że rozmawiam z człowiekiem, który bardzo mocno siebie
przeanalizował. I zmienił.
Zacząłem się zmieniać, jeszcze zanim pojawiła się nasza córka Klara.
Życie topowego piłkarza nie jest łatwe, są ogromne oczekiwania, z którymi nie każdy jest w stanie sobie poradzić. Trzeba się tego nauczyć.
Wiem, że jeśli będę ćwiczył nad mięśniem, stanie się on większy. W ten
sam sposób zacząłem traktować mózg. Kilka lat temu dotarło do mnie, że
nasza wewnętrzna moc jest ogromna. I cały czas uczę się z niej
korzystać.
Kiedy ostatnio spał pan na podłodze?
Raczej dawno, nie lubię spać na twardym. Może z pięć minut zdrzemnąłem
się na dywanie.
Na pewno spał pan na podłodze na Mazurach, zaraz po transferze do
Borussii Dortmund, która w 2010 roku zapłaciła za pana transfer Lechowi
Poznań 4,75 mln euro. Pojechaliście z Anią do znajomych, okazało się, że
zabrakło dla was łóżka. Rozłożyliście więc karimaty i na nich
spędziliście noc. Potem znajomi się śmiali, że w kuchni śpią cztery
miliony euro.
Tej historii nawet nie pamiętam, ale bardzo możliwe, że tak było. Typowy
mazurski klimat: najważniejsze to, z kim spędza się czas, a nie w jakich
warunkach. Dla nas rzeczy materialne nie są najważniejsze, staramy się
podchodzić do życia według zasady: nie jest istotne to, co masz, ale to,
kim jesteś. W dzisiejszym świecie wielu ludzi o tym zapomina, nam też
się zdarza, ale nauczyliśmy się stopować. I pamiętać o początkach.
Zaczynaliśmy wspólne życie, zarabiając po 1200 zł. Ja jeździłem fiatem
bravo, Ania matizem. Czasem wspominamy czas, gdy mieszkaliśmy w lokalu
komunalnym. Pamiętamy, jacy byliśmy szczęśliwi, mimo że po kuchni czasem
biegały karaluchy. Jaką przemierzyliśmy drogę, ile wyrzeczeń, pracy nas
kosztowało, by dziś być w tym miejscu.
Były siatkarz Łukasz Kadziewicz, który był z wami na Mazurach,
opowiadał, że podczas tej nocy uderzyła go wasza normalność. Kiedy pan
poczuł, że ludzie nie traktują już pana normalnie?
Ze strony osób, którymi się otaczam, nigdy tego nie poczułem. Wiem
jednak, że obcy ludzie często wyrabiają sobie o nas zdanie na podstawie
różnych artykułów. Wydaje im się, że wiedzą o nas wszystko, że moje
życie toczy się od zdjęcia do zdjęcia na Instagramie, a pomiędzy nimi
nie ma nic innego. Musieliby ze mną zamieszkać, by dowiedzieć się, jaki
naprawdę jestem. Nikt nie jest w stanie ocenić tego na podstawie
godzinnego wywiadu czy spotkania.
Obraz w mediach to jedno, ale druga kwestia to traktowanie na co dzień.
Jak zachować normalność w świecie, w którym niewiele osób traktuje pana
zwyczajnie?
U mnie wszystko działo się krok po kroku. Kiedy zacząłem grać w Poznaniu, na mój widok reagowali kibice Lecha. Kolejny klub, kolejne
osiągnięcia, skala tych reakcji się zmieniała. Umiem się w tym odnaleźć,
lubię to, nawet gdy tego nie pokazuję. Najfajniejsze są spontaniczne
zachowania, których ludzie nie potrafią kontrolować. Niektórzy zaczynali
płakać, inni nie mogli utrzymać telefonu w dłoni, ktoś z nerwów uciekał.
Czasem też ludzie nie dowierzają, że to naprawdę ja, szczególnie gdy
jestem w prywatnych ciuchach.
I wtedy bywa, że spontanicznie zaczepi pan kogoś na chodniku, ten ktoś
się odwraca, a tu niespodzianka: Lewandowski.
Zdarzają się i takie "odpały", ale nigdy, gdy gramy co trzy dni, bo
wtedy jest stres, skupienie, trudno o wewnętrzną swobodę. Wiem, że jeśli
przez dwa dni się rozluźnię, trzeciego dnia trudno mi będzie wejść na
najwyższe obroty. Słyszałem i widziałem, jak wielu piłkarzy zmienia się
po zakończeniu kariery. Wtedy pokazują prawdziwą twarz, bo schodzi
stres, emocje, oczekiwania. Przychodzi luz, o który trudno podczas
kariery, kiedy każdego dnia trzeba pracować, nie tylko na treningach,
ale też nad sferą mentalną. Dla mnie jest ona bardzo ważna, chcę
wyciągać wnioski z błędów, które popełniłem, by to, co mnie spotkało,
pomogło w przyszłości.
Najwięcej uczą nas porażki?
Oczywiście, że porażki uczą, bo gdy człowiek zderza się ze ścianą, to
nie ma już innej opcji niż przeanalizowanie tego, co się wydarzyło.
Jednak najtrudniejsze jest wyciąganie wniosków z sukcesów. Bo jeśli
wszystko dobrze idzie, wtedy mało kto analizuje, co podczas tej drogi
było niewłaściwe.
Pan umie wyciągać wnioski z sukcesów?
Staram się. Gdybym nie potrafił, nie byłbym w tym miejscu. Sukcesy,
które przychodzą od wielu lat, nie sprawiły, że się nimi zachłysnąłem.
Kiedy odczuwa pan największy stres?
Najtrudniejszy jest pierwszy dzień po porażce. Bezpośrednio po
przegranym meczu zastanawiam się nad sytuacjami, rozkładam je na
czynniki pierwsze. Dopiero kolejnego dnia po kilku godzinach snu dociera
do mnie, co się stało.
Wróćmy do normalności. Umiałby pan wymienić uszczelkę w kranie?
Nie twierdzę, że potrafię zreperować wszystko, ale często gdy w domu coś
się zepsuje, sam próbuję to naprawić. Dzwonię po specjalistę, kiedy
naprawdę nie mam czasu albo okazuje się to za trudne. Lubię to. Jako
dzieciak bardzo dużo czasu spędzałem w garażu, potrafiłem rozkręcić
silnik w motorynce. Byłem chłopakiem, którego to interesowało.
Czyli po karierze nie grozi panu, że stanie się życiowym inwalidą?
Wiem, że dzieje się tak z wieloma zawodnikami, którzy kończą grać, ale
mnie to raczej nie dotyczy. Mam możliwości, żeby codzienne obowiązki
wykonywali za mnie inni, ale głupio bym się czuł, gdybym czegoś nie
potrafił. Wiele umiejętności nabyłem, bo musiałem. Mieszkałem sam od 16.
roku życia. Nauczyłem się prać, gotować, mimo że mam w domu
superkucharkę. Ale chciałem mieć świadomość, że gdy Ani akurat nie
będzie, to będę umiał sam o siebie zadbać. Niewiedza powoduje we mnie
strach, że z czymś mógłbym sobie nie poradzić. Tak samo było z Klarą.
Gdybym nie potrafił się nią zająć, spowodowałoby to u mnie dużą
frustrację, złość. Mówi się, że głupota nie boli, ale u mnie niewiedza
powoduje właśnie ból, a nawet strach. Kiedy czegoś nie umiem, mocno mnie
to wkurza. Kiedyś wkurzało jeszcze mocniej, teraz uczę się odpuszczać.
Dowód?
Kiedy Ania kupiła kuchenkę dla Klary, w sklepie powiedzieli jej, że
bardzo łatwo się ją składa. Zobaczyłem te wszystkie śrubki, nie
wyglądało to wcale prosto, ale stwierdziłem, że spróbuję. Zacząłem o 20,
składałem ją dwie godziny, ale okazało się, że potrzebne są kolejne
trzy. Wtedy powiedziałem: stop. Zrezygnowałem, zadzwoniłem po znajomego,
następnego dnia mi pomógł. Wiedziałem, że priorytetem jest, bym
wypoczął.
Poprosił pan o pomoc - to u pana nowość.
Nauczyłem się tego. Wcześniej siedziałbym pięć godzin, za wszelką cenę
sam to zrobił. Teraz wiem, że są priorytety.
Co pan czuł w przeszłości, gdy musiał prosić o pomoc?
Słabość, dlatego wszystko starałem się zrobić sam. W końcu zacząłem to
postrzegać w inny sposób. Zrozumiałem, że moją słabością jest fakt, że
nie umiem prosić, działać z kimś innym. I gdy w ten sposób do tego
podszedłem, zacząłem z tym walczyć.
Zaśnie pan, jeśli w zlewie zostaną nieumyte szklanki?
Już tak. Wcześniej byłem bardziej pedantyczny. Wkurzałem się sam na
siebie, że nie potrafię odłożyć czegoś na później. Pracowałem nad tym,
chociaż do końca nie umiem tego wyeliminować. Gdy kończymy bawić się z Klarą i widzę porozrzucane klocki, to mimo iż wiem, że zaraz będziemy je
składać dalej, mam ochotę je posprzątać. Ale staram się tego nie robić.
Jakie jest pana pierwsze wspomnienie z dzieciństwa?
Widzę zdjęcie, które było zrobione w Grudziądzu, u babci. Miałem trzy,
cztery lata, w ręku czarno-białą piłkę, która była prawie większa ode
mnie. Dzieciństwo kojarzy mi się z kolorem zielonym, trawą, parkiem,
przestrzenią. Jako dzieciak miałem swobodę.
Pana mama opowiadała mi, że jeszcze w przedszkolu poprosił pan, by
napisała panu na karteczce zgodę, by mógł pan wracać do domu sam.
Mogłem robić bardzo wiele. Ale właśnie ta swoboda sprawiała, że nie
chciałem zawieść mamy i taty, nadszarpnąć ich zaufania. Działałem
podświadomie, dopiero w starszym wieku, zacząłem się zastanawiać, skąd
było we mnie aż tyle rozsądku. Przecież mogłem iść na imprezę, ale
wolałem się wyspać i rano stawić na treningu. Wybierałem drugą opcję,
ale zupełnie nie myśląc o tym, że w przyszłości będę profesjonalnym
piłkarzem. Może działałem tak, bo na co dzień widziałem poświęcenie
rodziców, którzy inwestowali w sprzęt, każdego dnia dowozili mnie na
treningi. Robili to dla mnie, ale nigdy nie kazali mi grać w piłkę.
Dawali wolność i chyba ta wolność spowodowała, że sam naprawdę tego
chciałem. Ode mnie zależało, jak chcę spędzać czas. Dzięki temu
nauczyłem się podejmować decyzje, które są właściwe dla mnie, a nie dla
kolegów. Nigdy nie robiłem niczego pod presją grupy. Gdy wszyscy szli w lewo, umiałem pójść w prawo. Wielokrotnie zastanawiałem się, skąd to się
u mnie wzięło. Bo świadomość tego, jak postępowałem, przyszła późno.
Później niż u rówieśników?
Wydaje mi się, że dojrzałem później niż moi koledzy. Dopiero gdy miałem
dwadzieścia parę lat, zacząłem mieć pełną świadomość tego, jak działam.
Ania pomagała mi znaleźć odpowiedzi na wiele pytań, zacząłem analizować
siebie, swoje decyzje. Wcześniej miałem praktykę, ale brakowało teorii.
Teraz umiem połączyć jedno z drugim, w większości przypadków już wiem,
dlaczego postąpiłem w dany sposób.
Ania pojawiła się w pana życiu na początku studiów. Wcześniej świat
wyjaśniała panu siostra?
Milena jest ode mnie trzy i pół roku starsza, widziałem, że jest dużo
dojrzalsza, patrzyłem, jak dorośle się zachowuje i myśli. Obserwowałem,
to było u mnie typowe zachowanie. Mocno się różnimy: ona szybciej się
denerwuje, ja potrafię utrzymać emocje na wodzy.
W młodości siostra była przyjaciółką, przewodnikiem po życiu czy
sparingpartnerem?
Do pewnego momentu wiedziała, że jestem mniejszy, fizycznie dawała sobie
ze mną radę. Ale gdy miałem jakieś 12-13, może 14 lat i po raz pierwszy
zrobiłem na niej taki chwyt judo, który mocno poczuła, wtedy jej
podejście do mnie się zmieniło, nabrała respektu. Tak samo było z tatą.
Często ćwiczyliśmy w domu, ale kiedy pewnego dnia podczas treningu w salonie nagle położyłem go na ziemię, zrozumiał, że mam już trochę siły.
Dużo wspomnień związanych z tatą zostało panu w pamięci?
Bardzo dużo. Przede wszystkim pamiętam te wszystkie lata, które mi
poświęcił, które spędziliśmy razem. Tata nie zdążył zobaczyć mojego
występu w Delcie, pierwszym seniorskim klubie, do którego trafiłem.
Uczestniczył jednak w moich przygotowaniach do sezonu, które myślę, że
tak naprawdę były przygotowaniami do mojej kariery. Może gdy zobaczył,
że jestem już gotowy, uznał, że czas na niego...
Miał pan 16 lat, gdy na zawsze zniknął z pana życia.
Gdy zmarł, żyliśmy już z Mileną w Warszawie, w mieszkaniu komunalnym,
które miało nieco ponad 40 metrów. Rodzice zostali w Lesznie. Dopóki
tata uprawiał sport, wyglądał i czuł się super. Choroba mocno go
zdołowała, przestał o siebie dbać. Miał problemy z nadciśnieniem, musiał
regularnie przyjmować leki. Bardzo bał się operacji, ale w końcu się na
nią zdecydował. Gdy wszystko się udało, był tak szczęśliwy, że przeżył,
że chyba za bardzo się rozluźnił. Lubił napić się alkoholu, wtedy wypił
za dużo. Zapomniał wziąć tabletki. Zasnął, już się nie obudził. Mam
nadzieję, że przynajmniej nie cierpiał...
W pierwszym odruchu był pan na niego zły?
Chyba nie, zła mogła być Milena, bo była starsza, więcej wiedziała i widziała. Mnie mama pewnie chroniła, aby nie wszystko do mnie docierało.
Ja mogłem być jedynie zły na to, że nie potrafiłem mu pomóc. Okres, w którym walczył z chorobą, był dla niego bardzo trudny. Ale ja byłem zbyt
młody, by mieć tę świadomość. Gdybym był starszy, może byłbym w stanie
podbudować go na tyle, by aż tak bardzo się tym nie przejmował. Nie
przejmował w środku, bo na zewnątrz nigdy nam tego nie pokazywał. Zawsze
był duszą towarzystwa, choroba spowodowała jednak, że wewnętrznie
podupadał. Wydaje mi się, że przejąłem po nim tę cechę: nigdy nie
mówiłem o tym, co czuję. Byłem bardzo zamknięty.
Zamknięty na emocje, na pustkę, która pozostała?
Często chciałem pogadać jak facet z facetem, dowiedzieć się, co
powinienem zrobić, zapytać, czy dobrze postępuje, ale nie miałem kogo.
Była mama, Milena, ale kobiety inaczej patrzą na pewne sprawy. Brakowało
mi ojca, do którego mógłbym się zgłosić. Przez wiele lat musiałem więc
radzić sobie sam.
Radził pan sobie, nie mówiąc o tym, co czuje?
Myślę, że te kilka lat spowodowało, że stałem się osobą, która nie mówi
o swoich emocjach, nie potrafi rozmawiać, która próbuje załatwić
wszystko we własnym zakresie. To był dla mnie naprawdę trudny czas.
Byliśmy w Lesznie sami, rodzina mieszkała daleko, mieliśmy z nią kontakt
od święta. Dopiero wchodziłem w dorosłe życie. Nie byłem jeszcze na tyle
dojrzały, by zachowywać się jak prawdziwy mężczyzna, a w jednej chwili
musiałem się nim stać, bo byłem jedynym facetem w rodzinie. Mimo że
byłem najmłodszy, mały, niski, nieprzygotowany do tej roli ani
fizycznie, ani psychicznie, musiałem temu sprostać. Wiedziałem, że nie
mogę się poddać, załamać, bo moja mama i Milena będą potrzebowały mojej
pomocy. Także jako mężczyzny.
Zdążył pan poznać swojego ojca?
Byłem za młody, by porozmawiać o pewnych rzeczach na poważnie. Dziś
inaczej myślę, inaczej mówię. W wieku 16 lat nie ma się takich problemów
jak w dorosłym życiu. Bardzo mi go brakuje. Czasem chciałbym po prostu
posiedzieć z nim przy stole, pogadać. Tak wiele mu pokazać, zabrać na
mecz, by mógł mnie zobaczyć, zrobić coś dla niego. Wierzył we mnie,
pomagał, robił wszystko, abym się spełniał, pragnął, żebym grał na
wielkich stadionach, a teraz, kiedy się udało, brakuje go w tych
najważniejszych momentach. To bardzo boli, ale muszę się z tym pogodzić.
Wiem jednak, że on cały czas spogląda na mnie z góry. Rozmawiam z nim,
czuję jego obecność. Czuwa. I to się nie zmieni.
* Wywiad został przeprowadzony w marcu 2019 roku. Od tamtej pory Robert
Lewandowski wygrał z Bayernem Monachium Ligę Mistrzów, po raz drugi
został ojcem, dwukrotnie został wybrany Piłkarzem Roku FIFA, na gali
Złotej Piłki w 2021 roku odebrał nagrodę dla najlepszego napastnika. W styczniu 2022 po raz trzeci zwyciężył w Plebiscycie "Przeglądu
Sportowego" na Najlepszego Sportowca Polski. W maju 2022 roku został po
raz 10. mistrzem Niemiec. Wygląda na to, że na razie po raz ostatni. 30
maja podczas konferencji prasowej reprezentacji Polski oficjalnie
powiedział, że chce zmienić klub. - Moja historia w Bayernie dobiegła
końca. Po ostatnich miesiącach wierzę, że transfer będzie najlepszym
rozwiązaniem - oznajmił polski napastnik.
BIOGRAM
urodzony: 21 sierpnia 1988 roku w Warszawie;
pozycja na boisku: napastnik; kariera piłkarska: Varsovia (juniorzy, 1997-2004),
Delta Warszawa (2005), Legia II Warszawa (2005-2006), Znicz Pruszków
(2006-2008), Lech Poznań (2008-2010), Borussia Dortmund (Niemcy,
2010-2014), Bayern Monachium (Niemcy, od 2014); reprezentacja: 130 meczów, 75 goli (stan na 2 czerwca
2022)