Z nowych badań coraz wyraźniej wynika, że nasi przodkowie zamieszkiwali
nad Wisłą nawet nie od setek, ale od tysięcy lat. To jeszcze jednak nie
oznacza, że byli oni Słowianami. W wielkiej dyskusji, która od prawie
wieku wstrząsa polską nauką, wciąż padają błędne pytania.
Pierwsze pisemne wiadomości o Słowianach
pochodzą dopiero z VI wieku, z czasów panowania sławnego Justyniana
Wielkiego - cesarza Bizancjum i ostatniego władcy, który podjął próbę
zjednoczenia ziem imperium rzymskiego. Konstantynopolitański biurokrata
Jordanes wspomniał około 550 roku o "Sklawenach", wywodzą się z ludów,
które "rozsiadły się, poczynając od źródeł rzeki Wiskla, na
niezmierzonych obszarach". Tej samej nazwy użył też tworzący w zbliżonym
czasie Prokopiusz z Cezarei. On jednak nie opowiadał o dalekim i mało
znanym ludzie, ale o masowym napływie Słowian na Bałkany, który stanowił
coraz większy problem dla cesarstwa.
Prokopiusz z pogardą stwierdzał, że Słowianie są brutalni, podstępni,
żyją w nędznych chatynkach i pławią się w brudzie. Przypisał im też rudy
kolor włosów, trudno jednak przywiązywać do tego szczegółu większą wagę.
Greccy i rzymscy autorzy z rozmiłowaniem uznawali za rudzielców
przedstawicieli wszelkich szczególnie obcych i "barbarzyńskich" (w ich
ocenie) ludów.
Wspomina się niekiedy o starszych źródłach, które mogłyby mieć
odniesienie do Słowian. Profesor Michał Parczewski - archeolog z Rzeszowa - podkreśla jednak, że są one "zbyt wątpliwe", by traktować je
poważnie. Żaden tekst z czasów antycznego cesarstwa rzymskiego nie
wymienił wprost "Sklawenów". Różnie próbowano wyjaśniać to tajemnicze
milczenie.
Badacze tematu stopniowo zaczęli zajmować miejsca w dwóch wielkich
obozach. Tak zwani autochtoniści doszli do przekonania, że Słowianie
zamieszkiwali na ziemiach obecnej Polski od najbardziej zamierzchłych
czasów. Bytowali nad Wisłą już w epoce brązu, nawet tysiące lat przed
naszą erą. Oni też byli gospodarzami regionu w epoce rzymskiej i wchodzili w kontakt z kupcami z imperium, ceniącymi wartość bałtyckiego
bursztynu. Ich obecność nie stanowiła tajemnicy. Słowianie mogli
natomiast być określani przez przybyszy z rejonu śródziemnomorskiego
innym mianem niż to później przyjęte.
Druga grupa zaproponowała wyjaśnienie radykalnie sprzeczne z pierwszym.
Zdaniem allochtonistów Słowianie wywodzili się z niewielkiej kolebki,
położonej niemal na pewno poza granicami Polski. Dopiero w wiekach V i VI ich społeczność doznała ogromnego przyrostu demograficznego i zaczęła
rozlewać się na sąsiednie ziemie. Późne przybycie Słowian nad Wisłę i jeszcze późniejsze ich zetknięcie się z Bizantyńczykami miałyby
tłumaczyć, dlaczego istnienie ludu umykało uwadze autorów ze świata
grecko-rzymskiego.
Rekonstrukcja osady słowiańskiej w Torgelow na obszarze obecnych
Niemiec.
Dyskusja od początku budziła olbrzymie emocje. Odnosiła się do kwestii
pochodzenia, tak fundamentalnej dla tożsamości narodów, kultur, ale też
jednostek. Nie chodziło jednak tylko o to, by raz, a dobrze odpowiedzieć
"skąd nasz ród". Temat etnogenezy Słowian stał się problemem
politycznym. Następnie zaś - posłużył za uzasadnienie niemieckich
zbrodni w Polsce podczas II wojny światowej. Hitlerowski reżim ochoczo
przyjął interpretację, w myśl której Słowianie byli tylko późnymi i niechcianymi intruzami na pierwotnie germańskich ziemiach nad Wisłą. To
rzekomo dawało niemieckim zbrodniarzom prawo do eksterminowania Polaków,
zawłaszczania dorobku miejscowej cywilizacji, ale też planowania
wielkich czystek i przesiedleń po tym, jak wojna dobiegnie końca.
Po upadku III Rzeszy wielu naukowców uważało obronę teorii o odwiecznej
obecności Słowian na ziemiach polskich wręcz za swój patriotyczny
obowiązek. Wydawano nie tylko specjalistyczne prace, ale też iście
propagandowe broszurki dla szerokiego odbiorcy. Jedna z nich wyszła w 1947 roku spod ręki Józefa Kostrzewskiego - ojca całej koncepcji
autochtonicznej, szeroko znanego zwłaszcza z udziału w badaniach
wykopaliskowych w Biskupinie. W publikacji Słowianie i Germanie w pradziejach Polski poznański archeolog wprost pisał o "niemieckich
bredniach". Podkreślał też odległe korzenie Słowiańszczyzny i wyjątkową
pozycję Polaków:
My Polacy jesteśmy w dosłownym znaczeniu bezpośrednimi potomkami i dziedzicami znacznej części ludności prasłowiańskiej, mieszkającej tu od
32 wieków, i to tej części, która najsilniej związana była z ziemią i nie dała się porwać w okresie wędrówek ludów owemu pędowi w dal, co
spowodował rozejście się (...) przodków późniejszych Słowian zachodnich,
południowych i wschodnich.
Polityczne uwikłanie tematu nie przecięło rozważań. Przeciwnie: dyskusja
trwała nadal, a jej temperatura tylko rosła. Fakt, że autochtoniści nie
wahali się wysuwać skrajnych tez, podkreślać naczelnej roli Polaków we
wspólnocie słowiańskiej i uderzać w patriotyczne czy wręcz
nacjonalistyczne tony, budził coraz większy opór. Allochtoniści
przeciwstawili ich głosom własne teorie, w kilkudziesięciu różnych
wariantach. Największe uznanie zyskał sobie ten, w myśl którego
pierwotne siedziby Słowian znajdowały się na obszarze obecnej Ukrainy, w dorzeczach Dniepru i Prypeci. Dopiero w V wieku Słowianie mieli dotrzeć
nad Wisłę, bez problemu zajmując nowe ziemie - terytoria dzisiejszej
Polski zostały bowiem sto lat wcześniej opuszczone i panowała tu "pustka
osadnicza".
Jeden z głównych promotorów takiej wizji, cytowany już prof. Michał
Parczewski, podkreślał, że poglądy autochtonistów zostały "podważone i na gruncie źródłoznawczym obalone". Nie jest jednak prawdą, że debatę
zamknięto. Obie strony okopały się na przyjętych pozycjach, odmawiając
dalszej dyskusji. Profesor Przemysław Urbańczyk wspominał, że gdy w 2000
roku w Polskiej Akademii Nauk zorganizowano swoisty "okrągły stół"
allochtonistów i autochtonistów, część zaproszonych prelegentów w ogóle
się nie stawiła, inni zaś nie zgodzili się, by ich teksty ogłoszono
drukiem wspólnie z referatami przeciwników.
Jeszcze w 2012 roku Karolina Borowiec, komentująca temat na łamach
"Kwartalnika Językoznawczego", stwierdziła, że "personalne utarczki
uniemożliwiają wszelkie porozumienie". Rzeczywiście, spór prowadzony
dotychczasowymi metodami utknął w martwym punkcie. W XXI wieku głos
zaczęli jednak zabierać przedstawiciele dziedzin dotąd niezaangażowanych
w tę sprawę.
Postępy, zwłaszcza w zakresie badań genetycznych i antropologicznych,
rzuciły zupełnie nowe światło na historię zaludnienia ziem polskich.
Teoria allochtoniczna, która jeszcze przed dekadą była na wielu
uczelniach wykładana niczym dogmat, teraz budzi bardzo poważne
wątpliwości.
Jak podkreśla prof. Janusz Piontek, antropolog i bioarcheolog z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, "liczne analizy
materiałów szkieletowych" nie potwierdziły twierdzeń o nagłym, ogromnym
przyroście demograficznym z V-VI wieku, który mógłby popchnąć
mieszkańców dorzeczy Dniepru i Prypeci do ekspansji. Co więcej, badania
szczątków średniowiecznych mieszkańców poszczególnych części
Słowiańszczyzny i obszarów ziem polskich wykazały "wyraźne różnice w budowie szkieletu, w cechach biologicznych". Zdaniem prof. Piątka "z biologicznego punktu widzenia wytłumaczenie tego stanu rzeczy jest tylko
jedno". Słowianie musieli zamieszkiwać poza rzekomą kolebką o wiele
dłużej niż od V-VI wieku. W efekcie społeczności zdążyły "zaadaptować
się do lokalnych warunków środowiskowych".
Lech znajduje gniazdo białych orłów. Grafika Walerego
Eljasza-Radzikowskiego.
Do nawet ważniejszych i wprost wywrotowych wniosków doprowadziły jednak
porównania populacji średniowiecznej Polski z ludnością żyjącą na tych
samych ziemiach w czasach starożytnego Rzymu. Na przełomie XX i XXI
wieku pojawiła się możliwość badania nie tylko DNA osób żywych bądź
niedawno zmarłych, ale też tak zwanego "DNA kopalnego", pobieranego ze
szczątek liczących nawet tysiące lat. Analiza próbek z kilkudziesięciu
szkieletów potwierdziła, że na ziemiach polskich "istnieje ciągłość
pewnych linii genetycznych przynajmniej od okresu rzymskiego do
współczesności". W 2012 roku poznańska specjalistka dr Anna Juras
podkreślała, że ustalenia mają charakter wstępny. Także kolejne analizy,
porównujące antyczny materiał genetyczny z DNA obecnej populacji różnych
krajów Europy, wykazały jednak, że to "współcześni Słowianie zachodni
mają profil mtDNA, który jest najbardziej podobny do występującego u dawnych mieszkańców Europy Środkowej".
Badania z zakresu antropologii (na przykład analizy izotopowe szkliwa
nazębnego oraz porównania zmian chorobowych i rozwojowych) doprowadziły
do podobnych wniosków. Według najnowszej pracy prof. Piontka -
opublikowanej w 2020 roku - należy sądzić, iż "mamy do czynienia z biologiczną ciągłością zasiedlenia na obszarze zajmowanym przez Słowian
zachodnich i Słowian wschodnich" przynajmniej od czasów rzymskich.
Twierdzenia o nagłej, olbrzymiej wędrówce Słowian nie wytrzymują
krytyki. Podobnie - nie da się dłużej twierdzić, że dopiero w V wieku
nasi przodkowie przybyli na od dawna niezamieszkane ziemie polskie. Nie
było żadnej wielkiej "pustki osadniczej". Wygląda na to, że tezy
allochtonistów stopniowo odejdą do lamusa. Nowe ustalenia nie oznaczają
jednak, że rację mieli autochtoniści. Ciągłość zaludnienia nie jest
równoznaczna z ciągłością kultury. A DNA nie jest wyznacznikiem
istnienia określonej cywilizacji.
Karolina Borowiec, autorka pracy Kanon wiedzy na temat tzw. etnogenezy
Słowian, słusznie podkreśla, że "szukanie pojedynczego źródła,
pierwotnej ojczyzny, ma sens jedynie w mitologiach", nie zaś w rzeczywistości. Także Marta Noińska z Uniwersytetu Gdańskiego
przypomina, że "pojęcie Słowianin" nie ma charakteru genetycznego, ale -
językoznawczy.
Nasi przodkowie mogli żyć nad Wisłą wiele tysięcy lat temu. Dzisiaj
wydaje się, że rzeczywiście żyli. Trudno jednak nazywać ich Słowianami
czy pra-Polakami, jeśli mieli zupełnie odmienną od naszej kulturę,
posługiwali się inną mową, żyli w myśl norm i w warunkach zupełnie
niezwiązanych z tymi, które cechowały później Słowiańszczyznę. Problem
ten świetnie ujął historyk z Uniwersytetu Warszawskiego, Roman
Żuchowicz, przywołując porównanie bliskowschodnie. Badania genetyczne
prowadzone w Libanie dowiodły, że obecni mieszkańcy tego kraju to w około 90% potomkowie Kananejczyków z epoki brązu. Problem w tym, że:
(...) z różnorakich źródeł bezsprzecznie wiemy, że przez te ziemie
przewijało się w historii mnóstwo innych ludów: Asyryjczycy, Persowie,
Grecy, Rzymianie, Arabowie. Przez stulecia zmieniała się tożsamość
etniczna mieszkańców dzisiejszego Libanu, jak i używane przez nich
języki. Geny okazują się mimo tego uparte i niewrażliwe na przemiany
polityczne i kulturowe. Tłumaczy się to następująco: mimo najazdów ogół
ludności osiadłej się zasadniczo nie zmienia. Z czasem ludzie przyjmują
język, a niekiedy nawet tożsamość etniczną najeźdźców.
Także nad Wisłą geny okazały się "uparte". Dochodziło do wędrówek
kultur, do przemian tożsamości, ale populacja - wbrew dawnym wizjom -
nie przenosiła się masowo z miejsca na miejsce.
Badania genetyczne i antropologiczne nie mogą zamknąć dyskusji o genezie
Słowian. Mogą być jednak dobrym pretekstem, by sprowadzić temat na
właściwsze tory. I rozprawiać o tym, kiedy oraz w jakich warunkach
zrodziła się słowiańska tożsamość, a nie - kiedy żył pierwszy praprzodek
Polaków. Pościg za "mitologiczną" kolebką musi przecież prowadzić do
absurdu. Bo jeśli każdy nasz antenat był proto-Polakiem, to czy nie
należałoby stwierdzić, że prasłowiańszczyzna istniała już na
afrykańskiej sawannie sto tysięcy lat temu?
Pogląd, według którego historia Polski jest dużo dłuższa, niż wynikałoby
z informacji najstarszych kronik, zdobył sobie w ostatnich latach wielu
zwolenników w gronie amatorów. W świecie nauki nastąpiła rzecz wprost
odwrotna. Niemal jednocześnie i w sposób niepozostawiający żadnych
wątpliwości udowodniono, że państwo Piastów zrodziło się w ekspresowym
tempie i bardzo późno, na samym progu epoki historycznej.
Pierwsze naprawdę szeroko zakrojone studia
nad początkami Polski prowadzono w latach 50. i 60. XX wieku. Hojnie
finansowane "badania milenijne" miały stworzyć naukowe tło dla hucznych
obchodów tysiąclecia państwa. W prace zaangażowali się historycy,
lingwiści, historycy sztuki, ale zwłaszcza archeolodzy.
Profesor Hanna Kóčka-Krenz z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu podkreśla, że badania milenijne miały olbrzymi wpływ na rozwój
polskiej archeologii. Na dziesiątki lat ukształtowały też postrzeganie
pradziejów państwa Piastów. Wśród ich uczestników powszechne było
przekonanie, że Polska ma historię sporo dłuższą, niż wskazywałaby
obchodzona rocznica. Górę wzięły koncepcje, w myśl których struktury o charakterze państwowym istniały w Wielkopolsce już w połowie wieku IX, a zaczątki organizacji politycznej, z której wykluł się przyszły kraj,
nawet stulecie wcześniej.
Nie bez wpływu marksistowskich teorii przyjęto - by użyć dzisiejszego
terminu - "skrajnie ewolucjonistyczny" model rozwoju państwa. Zgodnie z nim plemiona zamieszkujące Wielkopolskę stopniowo gromadziły "środki
produkcji", żywność, a wzrost bogactwa prowadził do organizowania coraz
silniejszych struktur. Drogą porozumień, "kontraktu społecznego",
plemiona pokojowo i w procesie rozciągniętym na długie dekady łączyły
się w małe państewka, te zaś - z czasem zlały się w jeden kraj, ze
wspólną dynastią. Była to wizja czytelna, prosta i... nad wyraz
sielankowa. Dzisiaj wiadomo też, że była zupełnie sprzeczna z warunkami
życia i obliczem polityki we wczesnym średniowieczu.
Profesor Zofia Kurnatowska, wybitna archeolożka zmarła przed kilkoma
laty, bez ogródek przyznawała, że polską archeologię z czasów badań
milenijnych trapił "ogólny niedorozwój metodyczny i metodologiczny".
Naukowcy dopiero uczyli się, najczęściej na błędach, jak prowadzić
wykopaliska, zabezpieczać i opisywać relikty, a zwłaszcza - jak składać
w całość wnioski uzyskane z prac prowadzonych w różnych lokalizacjach.
Ogromnym problemem był pośpiech związany z nadchodzącą rocznicą. Jeszcze
większym - brak technik i narzędzi.
W połowie XX wieku nie znano jeszcze żadnego sposobu dokładnego
datowania znalezisk. Dla oceny wieku przedmiotów lub resztek zabudowań
stosowano kryteria stylistyczne, zwłaszcza zaś sięgano po ceramikę.
Sprawiało to, że archeolodzy mylili się... o całe stulecia. A tym samym
także wszelkie ich całościowe wnioski opierały się na błędnie
zinterpretowanych przesłankach.
Aniołowie w chacie Piasta. Legendarny początek dziejów Polski w wyobrażeniu Rafała Hadziewicza.
Dopiero na przełomie XX i XXI wieku nad Wisłą upowszechniły się
przełomowe metody nowoczesnej archeologii. Badania radiowęglowe
pozwalają datować relikty z dokładnością do kilku dekad lub przynajmniej
do stulecia, a tym samym wykluczać z dyskusji znaleziska w ogóle nie
związane ze Słowianami. Z kolei technika dendrochronologiczna - oparta
na analizie przyrostu słojów drzew - w idealnych warunkach zawęża termin
powstania danej konstrukcji z drewna do konkretnego roku, a nawet pory
roku. Zwykle zaś - przynajmniej do jednej dekady. Co najważniejsze,
badania dendrochronologiczne uchodzą za niezwykle dokładne i pewne.
Jeśli tylko próbki zostały prawidłowo wybrane, opisane i zanalizowane,
wynik nie pozostawia żadnego pola do dyskusji. Poziom precyzji tej
techniki pozwala natomiast wyciągać wnioski na temat przemian
politycznych i społecznych w nawet niewielkich okresach.
Badania słojów drzew przyniosły w polskiej archeologii prawdziwy
przewrót kopernikański. Przeanalizowano nie tylko dane z setek
stanowisk, na których prace prowadzono w okresie "milenijnym", ale też z ogromnej liczby wykopów organizowanych nowocześniejszymi metodami.
Dzisiaj nie ma już wątpliwości, że dawni eksperci ogromnie się pomylili.
Państwo Piastów nie powstawało stopniowo i nie było skutkiem
"dojrzewania wspólnot plemiennych". Przełom nastąpił nagle i w bardzo
krótkim czasie.
Jak podkreśla prof. Michał Kara - autor kluczowego studium
archeologicznego pt. Najstarsze państwo Piastów wydanego w 2009 roku -
dynamiczny rozwój zaludnienia, wzrost możliwości gospodarczych i zwiększenie się oznak kultury w Wielkopolsce nie były powodem, dla
którego narodziło się tam państwo, ale dopiero skutkiem zorganizowania
domeny Piastów. Zasadniczy przewrót państwowy miał zaś miejsce nie w wieku IX, lecz dopiero w pierwszych dekadach stulecia X: a więc w czasach odsuniętych od epoki Mieszka I o najwyżej dwa pokolenia.
Na Wysoczyźnie Gnieźnieńskiej i we wschodniej części Wysoczyzny
Poznańskiej szybko wybudowano kilkanaście grodów wiązanych z dynastią
Piastów. Część z nich mogła powstać z inicjatywy półlegendarnego Lestka.
Inne - już na polecenie Mieszkowego ojca, Siemomysła. Obu tych władców
wymienił z imienia autor pierwszej polskiej kroniki, Gall Anonim. Do
najstarszych drewniano-ziemnych fortec piastowskich, wzniesionych już na
samym początku X stulecia, należały między innymi grody w Bruszczewie,
Daleszynie, Moraczewie czy Spławiu. Najpotężniejsze twierdze - oznaki
władzy państwowej, narzędzia obrony, ale też kontroli poddanych -
powstawały jednak dopiero od lat 20. X wieku. Przez kolejne dwie dekady
tak zwane patrymonium rodu krzepło i najpóźniej około 940 roku było już
państwem z prawdziwego zdarzenia.
Nie był to duży organizm polityczny - ani z dzisiejszej, ani ze
średniowiecznej perspektywy. Najwcześniejsza pra-Polska, z domniemanych
czasów Siemomysła, miała powierzchnię tylko około 5 tysięcy kilometrów
kwadratowych. Jej serce znajdowało się w trójkącie Giecz-Poznań-Gniezno.
W świetle najdawniejszej tradycji pisanej ostatni z tych ośrodków był
pierwotną stolicą Piastów. Badania archeologiczne podważyły jednak wizję
powtarzaną przez dziejopisów.
Polska nie mogła zacząć się w Gnieźnie, bo za czasów pierwszych Piastów...
Gniezno nie istniało. Przynajmniej nie jako twierdza czy miejsce
sprawowania władzy wojskowej. Tutejszy gród zaczęto budować dopiero
około roku 940 - zaledwie ćwierć wieku przed chrztem Mieszka I i dużo
później niż inne fortece Piastów. Wiele danych archeologicznych wskazuje
zresztą, że wcześniej Gniezno nie znajdowało się nawet na obszarze
piastowskich wpływów. Pierwsza "stolica", z której dynastia rozpoczęła
swoją ekspansję, musiała leżeć gdzie indziej.
W świetle obecnego stanu badań najwcześniejszym grodem związanym z Piastami i stale istniejącym aż do czasów chrześcijańskich był Giecz.
Wzniesiono go już około roku 865. Forteca nie robiła imponującego
wrażenia, zwłaszcza na tle późniejszych, potężnych grodów w Poznaniu (30
kilometrów na zachód) czy Gnieźnie (25 kilometrów na północny wschód).
Pierwotny gród giecki miał kształt okręgu o średnicy około 70 metrów. W jego wnętrzu znajdował się jeszcze dodatkowo umocniony majdan, szeroki
na 45 metrów. Konstrukcja, choć względnie skromna, długo była też jedyna
w swej okolicy - otaczały ją chyba tylko otwarte, pozbawione
jakichkolwiek fortyfikacji osady.
Centralne położenie Giecza na obszarze późniejszej domeny Piastów,
trwałość grodu i jego wczesna metryka doprowadziły wielu archeologów do
wniosku, że właśnie tu wzięła swój początek polska dynastia. Za Gieczem
jako najstarszym ośrodkiem rodu opowiadali się między innymi Michał
Kara, Zofia Kurnatowska czy Teresa Krysztofiak.
Wprawdzie kroniki nie przechowały przekazów o Gieczu jako symbolicznej
stolicy ani punkcie sprawowania władzy zwierzchniej, ale też nie
pomijały tego grodu milczeniem. Gall Anonim wymienił Giecz wśród
najważniejszych ośrodków w Wielkopolsce za czasów pierwszych Piastów.
Twierdził, że Bolesław Chrobry miał stamtąd "trzystu pancernych i dwa
tysiące tarczowników".
W okolicy Giecza natrafiono też na największe w całym dorzeczu Warty
skupisko srebrnych skarbów z czasów wczesnopiastowskich. Fakt ten
uchodzi za dodatkową wskazówkę, iż twierdza miała szczególne znaczenie
dla miejscowych elit. Co więcej, w Gieczu - już po chrzcie dynastii -
zaczęto budować kamienny zespół pałacowy, podobny do tych znanych z Ostrowa Lednickiego czy Poznania. Wprawdzie inwestycji nigdy nie
ukończono, ale sam fakt, że została podjęta, potwierdza, iż w czasach
Bolesława Chrobrego bądź jego syna Mieszka II Lamberta Giecz niezmiennie
stanowił kluczowe miejsce dla rodu panującego.
Najwcześniejszym władcą z rodu Piastów, którego imię znał Gall Anonim,
był Siemowit - domniemany dziadek Mieszka I. W dawnej nauce twierdzono,
że drzewo rodowe mogło być znacznie dłuższe, a do czasów kronikarza nie
dotrwały wiadomości o rzeczywiście pierwszych Piastach. Część badaczy
przedstawiała też pogląd wprost odwrotny, w myśl którego wszystkich
władców przed Mieszkiem - Siemowita, Lestka oraz Siemomysła - zwyczajnie
zmyślono.
Liczba trzech przedhistorycznych pokoleń, znanych Gallowi, zaskakująco
dobrze współgra jednak z datą powstania Giecza. W czasach tak zwanego
pierwszego państwa Piastów - od Mieszka I po Bolesława Krzywoustego -
polscy władcy najczęściej utrzymywali się na tronie przez około
dwadzieścia, trzydzieści lat. Jeśli podobnie było też wcześniej, to
kariera Siemowita rzeczywiście mogła rozpocząć się około 865 roku.
Nie był on jeszcze księciem, ale raczej watażką, który zdołał zgromadzić
wokół siebie bandę żądnych przygody i łatwego zarobku osiłków. Następnie
- drogą łupieżczych wypadów i terroru - podporządkowywał sobie ludność
kolejnych osad. Wśród archeologów i historyków niemal nikt nie
kwestionuje dzisiaj opinii, że powołanie do życia państwa, które stało u podstaw Polski, było owocem starań jednego "klanu o strukturze
wodzowskiej", obdarzonego wyjątkową charyzmą i skutecznymi środkami
nacisku. Państwa tego nie budowano na bazie dawnych, plemiennych
struktur, lecz w kontrze do nich. Siemowit umocował się na szczycie
drabiny społecznej, bo miał czelność i talent potrzebne, by obalić
tradycyjny porządek. Sąsiadów zastraszał, przekupywał albo brał w niewolę. U podstaw potęgi Piastów szybko stanął bowiem handel
niewolnikami.
W pierwszych dekadach ekspansja była jeszcze powolna, a ambicje rodu -
ograniczone. Wydaje się też, że na samej ziemi gnieźnieńskiej nikt nie
stawił Piastom zorganizowanego oporu. Pozbawiony konkurencji ród łatwo,
a po części nawet bezkrwawo, podporządkował sobie ścisłe centrum
patrymonium. Względnie wcześnie musiał też przenieść swoją główną
siedzibę z Giecza w inne miejsce (bądź miejsca), jeśli tak skutecznie
zatarto wiadomości o genezie dynastii.
Również na północ, wschód i południowy wschód od serca kraju ekspansja
przebiegała bez większych trudności. Między innymi na Pałukach i Kujawach archeolodzy lokują tak zwaną "strefę kolaboracji". To obszary,
gdzie siła wojskowa i bogactwo Piastów zwykle wystarczały do przekonania
miejscowych elit, by wyrzekły się niezależności. O tym, że proces
przebiegał choćby po części pokojowo, świadczy fakt, że niektóre
plemienne grody pozostały w użytku, a archeolodzy nie natrafili na ślady
celowego niszczenia dawnych struktur na masową skalę.
Książę Popiel pożerany przez myszy na nowożytnym miedziorycie.
Zupełnie inaczej ułożyły się relacje Piastów z zachodnimi sąsiadami. Ród
zdołał łatwo rozciągnąć swą zwierzchność tylko na tereny sięgające po
Poznań. Warownia ta stała się chyba w początkach X wieku najdalej
wysuniętą twierdzą graniczną. Profesor Andrzej Buko z Uniwersytetu
Warszawskiego twierdzi, że w Wielkopolsce tego okresu można wyznaczyć
dwie strefy, wyraźnie rozdzielone w większości pustym obszarem
buforowym. Piastowie budowali swe graniczne warownie w linii biegnącej z północnego wschodu na północny zachód. W ten sposób umacniali rubież
oddzielającą ich od domniemanych rywali, których siedziby znajdowały się
w dorzeczu Obry. Niewiele wiadomo na temat wrogów rodzącej się dynastii.
Brakuje zgody co do tego, czy na zachodzie wykluwały się struktury
wodzowskie i zalążki państwa, czy też istniały tam tylko wyjątkowo
zwarte i silne związki plemienne. Żadne źródło nie przechowało nazwy
konkurencyjnego rodu czy zbiorczego miana miejscowych ludów. Wrogów
Piastów można umownie nazywać Obrzanami bądź Nadobrzanami. Andrzej Buko
w jednej ze swoich najnowszych prac poszedł jednak o krok dalej. I stwierdził, że bezimienni konkurenci dynastii w nieodparty sposób
przywodzą mu na myśl Popielidów, znanych z najstarszych polskich kronik.
Jeśli książę Popiel rzeczywiście istniał, to jego siedzibą na pewno nie
była notowana w legendach Kruszwica. Tę zbudowano już po chrzcie
Mieszka, niewątpliwie z inicjatywy Piastów. Wrogi ośrodek prędzej
znajdował się w Bonikowie - grodzie położonym na obszarze obecnej gminy
Kościan i należącym do najbardziej wyróżniających się oraz
najpotężniejszych w dobie plemiennej.
Dane uzyskane metodą dendrochronologiczną wskazują, że Piastowie w pierwszej kolejności natarli bezpośrednio na zachód i północny zachód od
Poznania. Obszary te podporządkowali, z pełną brutalnością, chyba
jeszcze przed końcem pierwszej ćwierci X wieku. O wiele cięższe i bardziej zacięte były walki prowadzone na południu, między Wartą i Prosną a Obrą. Domniemani Popielidzi mieli tutaj kilkadziesiąt grodów.
Ich ziemie należały do najgęściej zaludnionych i najlepiej rozwiniętych
w Wielkopolsce. Musiał to być też obszar o niemałym potencjale zbrojnym.
W okolicach Kalisza, przylegających bezpośrednio od wschodu do ziem
Nadobrzan, pierwsi Piastowie wznieśli aż dwadzieścia cztery własne
warownie. Część z nich mogła stanowić zaporę od strony Śląska. Przede
wszystkim jednak był to chyba kordon ochronny mający hamować ewentualną
ekspansję rywali z Bonikowa.
Do decydującej konfrontacji doszło niedługo przed połową X wieku,
zapewne za rządów Siemomysła i zarazem w czasach, gdy młody Mieszko oraz
jego bracia przysposabiali się do przejęcia schedy po ojcu. Wprawdzie
Gall Anonim nie przypisał Siemomysłowi żadnych zdobyczy terytorialnych
(miał on tylko "pamięć przodków potroić zarówno urodzeniem, jak
godnością"), ślady archeologiczne każą jednak sądzić, że właśnie ten
książę stoczył najważniejszą wojnę we wczesnej historii rodu i zapewnił
Piastom panowanie nad Wielkopolską. Gdyby nie jego sukces, Polska
mogłaby nigdy nie powstać.
Przebiegu walk nie da się odtworzyć. Nie wiadomo nawet, ile lat (jeśli
nie dekad) trwały. Dobrze znane są tylko ich skutki. Piastowie odnieśli
przytłaczające zwycięstwo, dla konkurentów nie mieli zaś żadnej litości.
Do mniej więcej 950 roku zrównano z ziemią niemal wszystkie plemienne
grody w południowej i zachodniej Wielkopolsce. Spośród około
dziewięćdziesięciu warowni z okresu przedpaństwowego niemal
osiemdziesiąt zostało zburzonych i spalonych. Piastowie rozbijali wrogie
ośrodki władzy, ale też lokalne społeczności.
Doszło do przesiedleń na niespotykaną wcześniej skalę. Ziemie skojarzone
przez Andrzeja Buko z Popielidami opustoszały, za to gęstość zaludnienia
w sercu patrymonium wzrosła kilkukrotnie, do imponujących jak na tamte
czasy dziesięciu osób na kilometr kwadratowy. Wypędzeni Nadobrzanie
stali się ludnością niewolną, zmuszaną do niestrudzonej pracy na rzecz
zwycięzców. Ich kulturę zniszczono, a lokalne tradycje - wymazano.
Piastowie zapewne nie zostawili też przy życiu żadnego Popielidy, by
nikt nie mógł podważać ich praw do zwierzchnictwa.
Eksterminacja wroga była tak bezwzględna i zupełna, że po stu
pięćdziesięciu latach w społecznej świadomości trwało tylko przekonanie,
iż Piastowie mieli kiedyś konkurentów, identyfikowanych z jakimś
Popielem. Poza imieniem - niekoniecznie prawdziwym - nic nie wiedziano.
A legendy o zjedzeniu złego księcia przez myszy zostały... przeszczepione
z Niemiec za pośrednictwem pierwszej polskiej królowej, Rychezy, bądź
jej otoczenia. I z pierwszą wielką wojną w dziejach państwa Piastów nie
miały nic wspólnego.
O Mieszku I mówi się tradycyjnie, że był "pierwszym historycznym władcą
Polski". Za życia nikt go tak jednak nie określał. Mieszko był, w oczach
sobie współczesnych, królem Północy, księciem Wandalów czy władcą
"Licicavików" (Lestkowiców?). On sam, w jedynym znanym dokumencie,
stwierdził, że rządzi "państwem gnieźnieńskim". Najstarsze źródło
pisane, w którym użyto słowa "Polska", powstało dopiero za czasów syna
Mieszka, Bolesława Chrobrego.
W 992 roku, w chwili śmierci Mieszka I,
przyszłość i spójność młodego państwa Piastów stała pod znakiem
zapytania. Mało to było w średniowieczu efemeryd, rozpadających się po
jednym lub najdalej kilku pokoleniach? Pozostając w kręgu słowiańskim,
można wskazać Karantanię (czy ktoś pamięta, że pierwszy chrześcijański
słowiański książę rządził tym krajem już w VIII stuleciu?), państwo
nitrzańskie Pribiny i jego syna Kocela (ukochane przez słowackich
historyków, szukających w nim początków swojego państwa w IX wieku) czy
tak zwane Wielkie Morawy.
Wśród spadkobierców Mieszka I musiał znaleźć się człowiek wystarczająco
stanowczy i utalentowany, by przejąć odpowiedzialność za wielki projekt
zmarłego. Inaczej tak zwane państwo gnieźnieńskie by nie przetrwało.
Okazał się nim pierworodny syn Mieszka, Bolesław Chrobry (ur. 967). Nowy
książę szybko usunął z kraju konkurentów i przejął kontrolę nad całym
dziedzictwem. Następnie - jakby spełniając proroctwo zawarte w swym
imieniu, znaczącym "więcej sławy" - książę ruszył wraz ze zbrojną
drużyną zgarniać kolejne ziemie.
"Któż zdoła godnie opowiedzieć jego mężne czyny i walki stoczone z narodami okolicznymi, a cóż dopiero na piśmie przekazać je pamięci?" -
pytał retorycznie po stu latach kronikarz Anonim zwany Gallem. Zadanie
rzeczywiście jest niełatwe. Można jednak przynajmniej spróbować wyliczyć
najważniejsze militarne sukcesy Chrobrego.
Prawdopodobnie w 999 roku książę zajął Kraków, należący wcześniej do
Czech (alternatywną hipotezę, w myśl której gród zagarnął już Mieszko I,
uważam za słabo uargumentowaną, opartą raczej na autorytecie konkretnych
historyków niż na źródłowych przesłankach).
Kiedy w 1002 roku zmarł cesarz Otto III, Bolesław wykorzystał czas
bezkrólewia w Rzeszy i zagarnął Miśnię, a w rzece Soławie kazał wbić
słupy graniczne. Panowaniem nad Miśnią cieszył się jednak zaledwie przez
kilka miesięcy. Szybko znalazł się na wojennej ścieżce z nowym
niemieckim władcą, Henrykiem II. Konflikt trwał z przerwami kilkanaście
lat i zakończył się dopiero pokojem w Budziszynie zawartym w styczniu
1018 roku. Finalnie posiadłości Bolesława powiększyły się o Łużyce i Milsko, położone na południowym Połabiu, poza obecnymi granicami Polski.
Boje między Bolesławem a Henrykiem pod piórem późniejszych historyków
urosły do rangi decydującego starcia między żywiołami słowiańskim a germańskim. Taki obraz niewiele ma jednak wspólnego z rzeczywistością.
Bolesława wspierali niemieccy możnowładcy niechętni królowi, z kolei w armii Henryka nieraz walczyli Słowianie - Czesi i Wieleci.
Panowanie Bolesława Chrobrego upłynęło pod znakiem niemal nieustannych
wojen. Portret pędzla Stanisława Haykowskiego.
W biografiach Chrobrego walki na zachodzie zajmują najwięcej miejsca, bo
zachowało się fenomenalne źródło do nich w postaci kroniki Thietmara,
biskupa merseburskiego, pisanej (czy też dyktowanej) praktycznie na
bieżąco. Polski władca prowadził jednak swoich wojów również w inne
strony świata. Przypuszczalnie jesienią 1002 roku zajął Morawy, którymi
władał chyba już do końca życia. W 1003 roku zasiadł na czeskim tronie;
istniała nawet możliwość, że to Praga stanie się głównym grodem jego
państwa. Wizja ta upadła, bo już rok później połączone siły niemieckiego
króla Henryka II i czeskiego księcia Jaromira przegoniły Chrobrego znad
Wełtawy.
Porażka nie zniechęciła Bolesława do nowych podbojów. Zapewne w 1008
roku książę ruszył przeciwko Madziarom, zagarniając obszar dzisiejszej
Słowacji i północnych Węgier. Piastowscy wojowie dotarli aż nad Dunaj. W polskiej pamięci historycznej najsilniej zapisały się jednak wschodnie
sukcesy Chrobrego. W 1018 roku zmiótł armię księcia Jarosława Mądrego i wkroczył do Kijowa, skąd wysłał buńczuczne poselstwo do cesarza
bizantyńskiego Bazylego II Bułgarobójcy. Wprawdzie wkrótce musiał
wycofać się na zachód, ale zabrał z sobą wielkie bogactwa, niewolników i siostrę Jarosława w charakterze konkubiny.
Oprócz tego ogniem i mieczem nawiedził ziemie pogańskich Prusów. Jak
stwierdziła szwabska księżna Matylda, "uczynił zbrojnie to, czego święci
nauczyciele zdziałać nie mogli słowem, nakłaniając do Stołu Pańskiego
barbarzyńskie i najsurowsze ludy". Można sądzić, że wojom Bolesława
Chrobrego zdarzyło się też walczyć z wikingami nad brzegiem Bałtyku.
Nieprzypadkowo w skandynawskich sagach jako władca Słowian z przełomu X
i XI wieku pojawia się Burisleif, któremu imienia użyczył zapewne polski
książę.
Lista podbojów Bolesława jest imponująca. Dość powiedzieć, że nikomu z rodu Piastów nie udało się dorównać wielkiemu przodkowi. Książę nie miał
jednak wyjścia. Musiał prowadzić agresywną politykę, zgarniać nowe
terytoria, ale też porywać ludzi i kraść bydło. Wynikało to z zależności
na linii książę-drużyna. Dobrze oddał ją węgierski badacz György
Györffy:
Utrzymanie władzy zawsze zależy od tego, czy władca jest w stanie
zaspokoić materialne wymagania swojej drużyny i zapewnić sobie, za
pomocą stałych świadczeń, jej wierność. Jeżeli książę nie ma dochodów, z których mógłby płacić żołd i utrzymywać armię, ani nie umie zorganizować
przynoszących łupy wypraw, jego wojownicy odwrócą się od niego lub
podniosą bunt.
Polscy historycy w odniesieniu do monarchii Chrobrego często używają
frazy "państwo narodowe". Nic bardziej mylnego. Było to, jak stwierdził
profesor Andrzej Pleszczyński, "państwo łupieżcze". Mediewista tak
charakteryzuje słowiańskie monarchie tego okresu:
Były one tworami bardzo słabo zakorzenionymi w społeczeństwie, a działalność ich elit sprowadzała się do doraźnego objazdu luźno
kontrolowanych obszarów, zbierania danin, opłat za rozstrzyganie sporów,
karania opornych, pacyfikacji przeciwników i nagradzania swoich ludzi
oraz sprzymierzeńców w uzależnionych prowincjach darami w postaci
importowanych towarów luksusowych.
Chrobry angażował się w nieustanne wojny, organizował wyprawy łupieżcze
i zagarniał nowe terytoria, bo musiał utrzymać swoją drużynę. Nie kładł
fundamentów pod państwo mające przetrwać stulecia i nie przejmował się
specjalnie tym, czy jego poddani są Słowianami, Niemcami czy Bałtami.
Mogli mówić wszystkimi językami świata, byleby uiszczali daniny.
Koronacja Bolesława Chrobrego w 1025 roku w wyobrażeniu Jana Matejki.
Bolesław Chrobry jako pierwszy z rodu Piastów sięgnął też po królewską
koronę. W 1000 roku do Gniezna przybył niemiecki władca Otto III. Wedle
polskiej tradycji, przelanej na pergamin stulecie później, cesarz
stwierdził:
Nie godzi się takiego i tak wielkiego męża, jakby jednego spośród
dostojników, księciem nazywać lub hrabią, lecz wypada chlubnie wynieść
go na tron królewski i uwieńczyć koroną.
Zaraz zdjął swój cesarski diadem i włożył go na głowę Bolesława.
Bardzo możliwe, że Gall Anonim, bazujący na polskiej tradycji,
przeszarżował w bombastycznych opisach. Coś jednak musiało być na
rzeczy, skoro współczesny wydarzeniom kronikarz Thietmar o spotkaniu w Gnieźnie napisał: "Niech Bóg wybaczy cesarzowi, że czyniąc trybutariusza
panem, wyniósł go tak wysoko".
Między historykami trwa spór, czy cesarz przeprowadził koronację
polskiego władcy, czy tylko wyraził zgodę na dokonanie jej w przyszłości
i w symboliczny sposób ją zapowiedział. W literaturze zdecydowanie
przeważa druga opinia. Możliwe, że interpretacja zdarzeń budziła
wątpliwości już w czasach Chrobrego. O tym, że wydarzenia gnieźnieńskie
nie były w pełni czytelne, ale traktowano je jako znaczące, świadczą
przynajmniej trzy przesłanki.
Po pierwsze, Bolesław wybijał denary z napisem REX (król) BOLIZLAVUS.
Ich emisję numizmatycy datują na lata 1005-1015.
Po drugie, węgierska Legenda św. Stefana z początku XII wieku wspomina
o nieudanych zabiegach polskiego księcia o królewską koronę, która
jednak ostatecznie trafiła do rąk i na głowę Stefana Wielkiego, władcy
Węgier - koronowanego w 1001 roku, czyli zaledwie rok po słynnym
spotkaniu w Gnieźnie. Wprawdzie w tej opowieści polski książę nazywa się
Mieszko, lecz - o ile relacja jest wiarygodna lub zawiera reminiscencje
prawdziwych zdarzeń - musiał być nim Chrobry. Przemawia za tym
chronologia: Mieszko I zmarł w 992 roku, Stefan Wielki objął rządy pięć
lat później. Źródło, choć kontrowersyjne, wskazuje przynajmniej na to,
że polski władca w roku 1000 starał się o tytuł królewski.
Po trzecie, kronikarz Adam z Bremy u schyłku XI wieku pisał o Bolesławie, że to "król najbardziej chrześcijański". Ów dziejopis
pełnymi garściami czerpał ze skandynawskiej tradycji, dla której polski
monarcha, jak widać, był królem.
Rozważania są o tyle utrudnione, że sam termin "król" czy też łaciński
"rex" nie był na przełomie X i XI wieku tak jednoznaczny, jak mogłoby
się wydawać z dzisiejszej perspektywy. W kronikach królami często
nazywano władców, którzy wcale nie aspirowali do oficjalnej monarszej
sakry ani nie nosili korony. "Rex" oznaczał w wielu przypadkach po
prostu władcę silnego i niezależnego. A przecież Bolesław Chrobry
spełniał oba te kryteria.
Być może w 1000 roku dokonała się swego rodzaju wstępna, świecka
koronacja, a ćwierć wieku później Bolesław Chrobry zdecydował się na
potwierdzenie jej poprzez ceremonię kościelną. Koronacja z 1025 roku
wywołała oburzenie w Rzeszy, zwłaszcza w kręgach związanych z domem
panującym. Roczniki kwedlinburskie donosiły, że polski monarcha "do
głębi napełnił się trucizną pychy". Z kolei Wipon, kronikarz panowania
niemieckiego króla Konrada II, podkreślał, że Bolesław zdobył insygnia
królewskie "z krzywdą dla jego władcy", a więc z naruszeniem uprawnień,
jakie przypisywali sobie zwierzchnicy cesarstwa.
Badacze często popełniają grzech anachronizmu, interpretując koronację z 1025 roku. Prawidła polityczne i normy prawne kolejnych stuleci
odruchowo odnoszą do tego bardzo wczesnego okresu. W rzeczywistości
ceremonia zorganizowana przez Bolesława Chrobrego na pewno nie stanowiła
gwarancji niezależności Królestwa Polskiego od Rzeszy. Zdarzało się
przecież, że koronowani władcy Burgundii, Italii, Węgier czy Czech
podlegali cesarzowi. Nie stanowiła też gwarancji niepodzielności
państwa.
Czy nie należałoby zwrócić uwagi raczej na trop religijny? Sakralny
charakter królewskiej korony tak interpretuje historyk Zbigniew
Dalewski:
Dzierżąc władzę z Boskiego nadania, król miał nie tylko kierować się w swoich rządach Bożymi przykazaniami, czuwać nad przestrzeganiem
sprawiedliwości i zabiegać o pomyślność poddanych, lecz również, a może
nawet przede wszystkim, troszczyć się o ich zbawienie. Otaczając opieką
Kościół, dbając o przestrzeganie Bożych przykazań i właściwe sprawowanie
kultu Bożego, miał prowadzić ich wspierany przez biskupów do zbawienia.
Bolesław Chrobry musiał rozumieć tę symbolikę, a także korzyści
(wizerunkowe i nie tylko) płynące z respektowania kościelnych norm. W jego państwie - a przynajmniej w głównych grodach, do których zdążyło
dotrzeć chrześcijaństwo - obowiązywały przecież posty dłuższe niż w reszcie Europy, a ich łamanie karano wybijaniem zębów.
Kościelna koronacja w symboliczny sposób zwieńczyła ponad trzy dekady
rządów Bolesława. Przypuszczalnie odbyła się w Wielkanoc 1025 roku.
Kilka tygodni później, 17 czerwca, najwybitniejszy z Piastów przeniósł
się do wieczności.
Bolesław dość szybko, może już za życia, został obdarzony przydomkiem
"Wielki". Znacznie lepiej od późniejszego określenia "Chrobry" oddaje on
skalę jego dokonań. Pierwszy polski król stworzył bez dwóch zdań wielką
monarchię. Rzucił też wyzwanie dwóm cesarzom: niemieckiemu Henrykowi II,
z którym prowadził walki, i bizantyńskiemu Bazylemu II, z którym gotowy
był stanąć w szranki po zdobyciu Kijowa.
System jego rządów nie był jednak trwały. Model, w którym władca sam
utrzymuje drużynę i prowadzi ją do kolejnych zwycięstw, musiał w końcu
upaść. Nie da się w nieskończoność łupić sąsiadów. Jednorazowe
niepowodzenia przytrafiały się nawet Chrobremu i nie groziły jeszcze
upadkiem. Dłuższe "chude lata" niosły jednak z sobą nieunikniony kryzys.
Pozbawieni zdobyczy wojowie zaczynali odbijać sobie niepowodzenia na
poddanych księcia. Kraj popadał w ruinę, ludność zaś, narażona na głód i nędzę, podnosiła głowy przeciw panującym...
Tak się stało z państwem Chrobrego. Przeżyło go o trzynaście lat, a agonia była wyjątkowo bolesna. Doszło do bratobójczych walk między
synami wielkiego władcy, do najazdów wojsk ruskich i niemieckich oraz
walnego buntu poddanych. Zwieńczeniem zapaści były wydarzenia roku 1038,
kiedy to czeski książę Brzetysław I nawiedził ogniem i mieczem
Wielkopolskę, centrum monarchii pierwszych Piastów. W gnieźnieńskiej
katedrze, pamiętającej niedawne wywyższenie Chrobrego, zamieszkały
dzikie zwierzęta.
Państwo upadło, ale chwała pierwszego króla przetrwała wszelkie
wstrząsy. Kolejnym pokoleniom czasy Bolesława jawiły się jako mityczny
"złoty wiek". Zresztą: czy nie jest tak nadal?