@2.
Na drugą sesję spóźniła się dwadzieścia minut, wpadła do mojego gabinetu, wymamrotawszy coś, co brzmiało jak przeprosiny.
Ubrana w tym samym stylu, lecz zmienił się układ kolorów: czarny top, różowe szorty, usta pociągnięte intensywną czerwienią.
Te same wątpliwej urody sandały i tandetna torebeczka. Roztaczała wokół siebie nieprzyjemną, ciężką woń papierosów i różanych perfum. Miała wypieki na policzkach i rozwiane włosy.
Długo sadowiła się na krześle, w końcu powiedziała:
- Coś nas zatrzymało.
- Ciebie i twoich przyjaciół?
- No. - Odrzuciła włosy do tyłu. - Przepraszam.
- Gdzie?
- Przy... molo.
- W Santa Monica? - zapytałem.
- Lubimy plażę. - Rozmasowała nagie, opalone ramię.
- Ładny dzień - powiedziałem z uśmiechem. - Wcześniej skończyliście lekcje.
Spomiędzy jej karminowych warg buchnął nagły, wesoły śmiech.
- Jasne.
- Niezbyt lubisz szkołę, co?
- Niezbyt to ja ją lubię, kiedy mam dobry dzień. - Wyciągnęła paczkę papierosów i zaczęła ją odbijać o swoje błyszczące kolano. - Kiedy byłam mała, sprawdzali mój iloraz inteligencji. Podobno jestem superinteligentna. Oni mówią, że powinnam się więcej uczyć, a ja - że jestem wystarczająco inteligentna, żeby wiedzieć, że to strata czasu.
- Nie interesuje cię żaden przedmiot? - zapytałem.
- Odżywianie. Uwielbiam pieczywo czosnkowe. Czy dzisiaj porozmawiamy o seksie?
To mnie zaskoczyło.
- Nie pamiętam, żebyśmy coś takiego planowali.
- Ale oni to zaplanowali. Poinstruowali mnie, że mam o tym z panem porozmawiać.
- Kto? Rodzice?
- No.
- Dlaczego?
- To pomysł Lyle'a. Jest przekonany, że się "szlajam z czarnuchami", zajdę w ciążę i podrzucę mu wnuczka murzynka. Że niby jak bym była w ciąży, rozmowa z panem by mi pomogła. Myślą, że jak nie rozmawiam z nimi, to wygadam wszystko przed jakimś obcym facetem.
- Czasem rozmowa z kimś obcym może być bezpieczniejsza.
- Może dla niektórych - odparła. - Ale niech mi pan wytłumaczy taką sprawę. Kiedy jesteś młoda, każdy do znudzenia kładzie ci do głowy: nigdy nie rozmawiaj z obcymi, strzeż się obcych, uważaj na obcych. A teraz płacą za to, żebym opowiedziała wszystkie swoje tajemnice obcemu. - Rozcięła czubkiem paznokcia celofan na paczce papierosów i zaczęła się nim bawić: - Co za bujda.
- Może liczą, że w końcu przestaniesz mnie traktować jak obcego?
- Mogą sobie liczyć, na co tylko chcą. - Śmiech. - Hej, nie zamierzam być nieuprzejma, tylko tak mi to jakoś wychodzi. Przepraszam, wydaje się pan miłym facetem, tylko że ja nie powinnam tu być? Prawda jest taka, że oni posługują się panem, żeby mnie ukarać. Tak jak poprzednio próbowali mnie uziemiać i grozili, że nie zrobię prawka w przyszłym roku. Tamto nie poskutkowało, to też nie poskutkuje.
- Za co chcą cię ukarać, Lauren?
- Mówią, że to przez moje nastawienie - powiedziała. - Ale wie pan co? Ja myślę, że mi po prostu zazdroszczą.
- Czego?
- Mojego szczęścia.
- Ty jesteś szczęśliwa, a oni nie?
- Udają, że niby mają wszystko... pod kontrolą. Zwłaszcza on. - Zniżyła głos, parodiując zirytowany baryton?: - "Lauren, zchrzanisz sobie życie. Ta cała gówniana terapia drogo mnie kosztuje. Masz tam pójść i wszystko mu powiedzieć".
- Więc - kontynuowałem - twoi rodzice nie są szczęśliwi. Wyżywają się z tego powodu na tobie, a ja jestem ich bronią.
- Ugrzęźli w swoim zafajdanym bagienku, a ja jestem na luzie, wolna, korzystam z życia. I to ich wnerwia. Jak tylko zacznę zarabiać, zmywam się stąd. Pa-pa, Lyle i Jane!
- Wiesz, jak chcesz zarabiać?
Wzruszyła ramionami.
- Coś się wykombinuje. Nie mówię, że teraz, od razu. Wiem, że nawet w McDonaldzie nie zatrudnią mnie bez ich zgody. Ale któregoś dnia...
- Chcesz pracować w McDonaldzie?
Skinęła głową.
- Chcę mieć własne pieniądze. Ale oni powiedzieli "nie". "Żadnej pracy dopóki nie poprawisz ocen". A wcale nie poprawię, więc niech się wypchają z takim interesem.
- Dlaczego nie poprawisz ocen?
- Bo nie chcę.
- To znaczy, że jeszcze się kilka lat pomęczysz.
Przewróciła oczami.
- Coś się wymyśli. Niech pan posłucha, zapomnijmy o tym seksie. Nie chcę o tym z panem gadać. Ani o innych rzeczach. Bez obrazy, ale po prostu nie chcę się przed panem wywnętrzać.
- W porządku.
- Serio? Świetnie. - Skoczyła na równe nogi. - No to do zobaczenia za tydzień.
Mieliśmy jeszcze dziesięć minut, więc powiedziałem:
- Może jeszcze chwilę posiedzisz?
- Czy powie im pan, że wcześniej wyszłam?
- Nie, ale...
- Dzięki - powiedziała. - Nie, naprawdę nie mogę dłużej zostać. Od tego wszystkiego rozbolała mnie głowa. Ale wie pan co? Za tydzień przyjdę punktualnie i zostanę do samego końca, dobra? Obiecuję.
- To tylko dziesięć minut.
- Dziesięć minut za dużo.
- No, Lauren, spróbuj. Nie musimy rozmawiać o twoich problemach.
- To o czym?
- Opowiedz mi, czym się interesujesz.
- Plażą, w porządku? - powiedziała. - Wolnością, czyli właśnie tym, czego teraz potrzebuję. Za tydzień będę dobrą dziewczynką, naprawdę.
Za tydzień. Nabierała mnie, czy rzeczywiście zamierzała przyjść?
- Muszę się stąd wyrwać.
- Jasne - odparłem. - Trzymaj się.
Obdarzyła mnie szerokim uśmiechem. Odgarnęła włosy.
- Jest pan cudowny.
Wyszła szybko, kołysząc torebką. Dogoniłem ją w poczekalni, kiedy wyciągała zapalniczkę.
Wetknąwszy w usta papierosa, ruszyła do drzwi. Patrzyłem na nią, jak biegła korytarzem w aureoli szarego dymu.
Myślałem o niej jeszcze kilka razy. Typowy obraz autodestrukcyjnej ucieczki. Z czasem i o tym zapomniałem.
Sześć lat później zostałem zaproszony na wieczór kawalerski zaplanowany na weekend przed Halloween.
Pewien czterdziestopięcioletni onkolog z Zachodniego Szpitala Pediatrycznego żenił się z pielęgniarką. Konsylium lekarzy i urzędników szpitalnych zafundowało mu w prezencie apartament prezydencki w hotelu Beverly Monarch.
Steki, żeberka, zimne piwo, szwedzki bufet, kubańskie cygara, budyniowate deserki. Moja znajomość z przyszłym żonkosiem - burkliwym, nietowarzyskim samotnikiem - ograniczała się do kilku drętwych i jałowych rozmów na temat pacjentów, więc zastanawiałem się, dlaczego w ogóle mnie zaproszono. Pewnie im więcej ludzi, tym lepiej.
Spóźniłem się. Kiedy w końcu przyszedłem, ludzi nie brakowało. Apartament był duży. Składał się z szeregu nastrojowo oświetlonych pokoi z czarnymi dywanami, po których dreptali stłoczeni, spoceni mężczyźni. Jedno z ostatnich pięter - z pewnością ze wspaniałym widokiem, ale kotary były zasunięte, a powietrze ciężkie i duszne. Marynarki i krawaty leżały rzucone na wersalce koło drzwi, obok odręcznie napisanego obwieszczenia: NIE OBOWIĄZUJĄ STROJE WIECZOROWE! Zacząłem się przedzierać wśród harmidru pieprznych dowcipów, przypadkowych poklepywań po plecach, błękitnej mgły dymu z cygar, pijackich toastów.
Przy barze panował tłok. W końcu udało mi się upolować szaszłyk z wołowiny teriyaki i Grolscha. Pobekiwania, oklaski i śmiechy z pobliskiego pokoju poprowadziły mnie do większej sali. Wszedłem i na stucalowym ekranie telewizyjnym, w jaki hotel zaopatrzył prezydentów zobaczyłem przymrużone, nieprzytomne oczy.
Mignięcia nagiej skóry powiększone do nadludzkich rozmiarów. Ciała gniotące się, ściskające i obijające o siebie w rytm astmatycznych dźwięków saksofonu. Mężczyźni wokół mnie wgapiali się w ekran i udawali, że zachowują się normalnie. Wyszedłem stamtąd, dołożyłem sobie jedzenia. Stanąłem z boku, przeżuwając i zastanawiając się, co tu, do diaska, robię, dlaczego nie wycieram sobie ust i nie wracam do domu.
Wtedy napatoczył się pewien znajomy patolog ze szklaneczką whisky w garści.
- Hej! - zawołał, łypiąc porozumiewawczo na wielki ekran. - Czy to nie ty masz się zajmować wytłumaczeniem, dlaczego to robimy?
- Chyba mnie pomyliłeś z antropologiem.
Zarechotał.
- Raczej z paleontologiem. Idę o zakład, że już jaskiniowcy malowali sprośne obrazki. Może nagramy to na wideo i pokażemy na Grand Rounds?
- Albo na balu dobroczynnym?
- No. Ćwierćmetrowe kutasy i soczyste cipki. Musimy mieć pod ręką tlen dla pani Prince i innych szczodrobliwych matron.
Ryki od strony ekranu sprawiły, że obaj odwróciliśmy głowy. Dźwięk sztućców, okrzyki proszące o ciszę, i w końcu porykiwania umilkły, dając miejsce rzężącej ścieżce dźwiękowej filmu porno. Pojękiwania biły w uszy z dwóch głośników. Kobiecy głos zachęcał: "Rżnij mnie, Jezu, rżnij", powodując wśród publiczności wybuchy nerwowego śmiechu. Potem napięta, kłopotliwa cisza.
Grubokościsty różowiutki człowieczek, trzymający prawie pełny kufel piwa - urzędnik z działu finansów o nazwisku Beckwith - wkroczył w przestrzeń łączącą dwa pokoje. Okulary zsunęły mu się na mięsisty nos, a kiedy je poprawiał, piwo wylało się i zapieniło na czarnym dywanie.
- Dalej, Jim! - krzyknął ktoś.
- Przebadaj sobie układ nerwowy!
- Właśnie dlatego gryzipiórki nie mogą być chirurgami!
Beckwith zataczał się przez chwilę, potem się uśmiechnął.
- Panowie, panowie, spójrzcie tylko! Czy to nie odlotowa impreza?!
Brawa, pohukiwania, toasty.
- Ty już na pewno odleciałeś, Jim!
Beckwith potarł oczy i nos, zasalutował, a piwo znowu chlapnęło na podłogę.
- Skoro wszyscy, jak tu stoimy, jesteśmy wielce poważnymi, prawymi obywatelami, skoro przenigdy nie opuścilibyśmy naszego kraju, naszych drogich żon i nie narazilibyśmy na szwank naszej nienagannej reputacji, gdyby nie zaszła taka konieczność - Chrypliwy śmiech. - Bogu niech będą dzięki, iż z najwyższą koniecznością mamy do czynienia, bracia! Oto nasz najdroższy, jedyny i niepowtarzalny brat i kumpel, doktor Phil Harnsberger, pan radioaktywnego promienia, lepiej znany jako El Terminador vel Ten, Który Czai Się Za Ołowianymi Drzwiami, został skazany na spętanie najświętszym węzłem małżeńskim! Chodź tu, Phil! Gdzie jesteś, drogi chłopcze?
Pana młodego ani widu.
Beckwith złożył dłonie przy ustach.
- Wzywam doktora Promieńśmiertelskiego! Doktor Promieńśmiertelski proszony na środek sceny! Dalej, pokaż się, Phil!
- Phil, Phil, Phil, Phil... - podjęto.
- Oooo, tu jesteś!
Ozwały się gromkie owacje, gdy tłum wypychał w kierunku Beckwitha przylepionego do szklanki martini Phila Harnsbergera.
Łysiejący i zwykle blady radioterapeuta z różowo-rudym wąsikiem, porastającym górną wargę, zarumienił się. Do twarzy miał przylepiony uśmiech paranoika i wydawało się, że zaraz się przewróci. Ubrany był w spodnie od garnituru i mocno za dużą, czarną koszulkę z krótkimi rękawami, sięgającą do kolan. Żółty obrazek przyprasowany na przodzie koszulki przedstawiał solidnie zbudowaną, mrugającą zawadiacko okiem pannę młodą, trzymającą na smyczy prostatę pana młodego. Oboje stali przed sędzią. Napis pod spodem głosił: Nikogo, Wysoki Sądzie, nie zabiłem! Dlaczego dożywocie?
Beckwith klepnął Harnsbergera po ramieniu. Harnsberger cofnął się i spróbował łyknąć martini. Większość płynu popłynęła mu po podbródku, który otarł rękawem.
- Odkażanie! - krzyknął ktoś.
- Pierdolona kultura bakterii!
Beckwith znowu klepnął Harnsbergera. Harnsberger uśmiechnął się z wysiłkiem.
- Hej, Phil, słuchaj stary, no a naprawdę jesteś stary, skoro już o tym mowa, czy nie czas już, żebyś stracił kwiat swego dziewictwa?!
Beckwith schylił się, jakby szukał czegoś na podłodze, dokładnie obejrzał mankiety Harnsbergera, w końcu wyprostował się i wyjął z jego szklanki żółtą parasolkę.
- Aaaa, tutaj jest! Zżółkł całkiem ze starości!
Tłum zaczął wiwatować. Harnsberger uśmiechnął się, ale spuścił głowę.
- Phil - powiedział Beckwith - może i jesteś żałosny, ale wiesz, że cię kochamy.
Cisza.
- Terminador? - ozwał się znowu Beckwith. - Czy to wiesz?
- Jasne, Jim... - wymamrotał Harnsberger.
- Co wiesz? - kontynuował Beckwith.
- Że mnie kochacie.
Beckwith odsunął się trochę od Harnsbergera.
- Nie tak szybko, samotny strzelcu! - powiedział, po czym zwrócił się do zebranych: - Może brak pytań na ten temat jest dobry dla gości z marynarki, ale czy nie powinniśmy o tym poinformować panny młodej?
Harnsberger poczerwieniał. Tłum wybuchł dzikim śmiechem. Beckwith znów przysunął się do swego celu, tak że stanęli nos w nos:
- Ale poważnie, Phil, czy na pewno dobrze się bawisz?
- O, tak, naprawdę świetnie...
Beckwith sięgnął ręką za Harnsbergera i wymierzył mu kolejne klepnięcie, na tyle mocne, że ten upuścił szklankę. Beckwith rozgniótł ją podeszwą buta i wtarł rozbite szkło w dywan.
- Jak to mówią Żydzi, mazel tow, szczęśliwego wieczoru kawalerskiego, Phil! Mam, do cholery, nadzieję, że smakuje ci twój ostatni posiłek. No, jak żarcie? W porząsiu?
Harnsberger kiwnął potakująco głową.
- Napiłeś się, ile trzeba?
- Tak...
- Bo wiesz, żaden z nas nie chce, żebyś się wkurzył i poprześwietlał tymi swoimi śmiercionośnymi promieniami, Philly.
Okrzyki potwierdzenia. Harnsberger z wysiłkiem wyszczerzył zęby. Beckwith ciągnął:
- Zresztą z tego samego powodu nikt z nas nie chce przy tobie być, kiedy dostaniesz za tę imprezkę rachunek!
Chwilowa panika w oczach Harnsbergera. Beckwith znowu go klepnął.
- A to cię przestraszyłem, co? Nieee, niech cię o to nie bolą cojones. Zadbaliśmy o wszystko. Odciągniemy to z funduszu pacjentów. - Beckwith potarł palec wskazujący o kciuk. - Przykro nam. Żadnych refundowanych przeszczepów nerek w tym miesiącu!
Rozweselone okrzyki.
Beckwith chwycił Harnsbergera za ramię.
- To co? Na pewno dobrze się najadłeś?
- Na pewno, Jim.
- A może... nie.
Beckwith uśmiechnął się i zamachał ręką Harnsbergera. Przez chwilę nic się nie działo; potem światła przygasły, a zza gigantycznego telewizora puszczono głośną, dynamiczną muzykę disco, która zagłuszyła dźwięki filmu porno.
Tłum rozsunął się, a przez powstałe przejście wkroczyły dwie kobiety w długich czarnych płaszczach. Gdy Beckwith zniknął z pola widzenia, zajęły miejsca po przeciwnych stronach Harnsbergera.
Młode kobiety - wysokie, kształtne, smukłe, szły, wysoko podnosząc nogi obute w pantofle na szpilkach. Posyłały szerokie uśmiechy, jakby rozdawały dzieciom cukierki, kręciły biodrami, wykonywały przesadne ruchy wytrenowanych tancerek. Jedna miała kruczoczarne, długie włosy. Włosy jej partnerki były krótkie, platynowe, postawione na sztorc żelem.
Obie wiły się i ocierały o Harnsbergera w rytm muzyki, gładziły go po szyi, całowały w policzki. Para języków pieściła uszy radiologa, które teraz były pąsowe. Na jego twarzy odbijały się podniecenie i strach.
Dziewczyny tańczyły, przytupując i pokrzykiwały, gładziły swoje podbrzusza, udawały, że rozpinają rozporek Harnsbergera. Odrzuciły głowy do tyłu i zaczęły pantomimicznie naśladować głośny śmiech. Potem zaczęły popychać między sobą lekarza do przodu i w tył w sposób, w jaki młode szakale bawią się zającem.
Muzyka stała się szybsza. Czarne płaszcze opadły na podłogę; obie dziewczyny nosiły identyczne staniki z czarnej skóry, czarne pasy, podwiązki oraz kabaretki.
Kilka taktów podskoków i kręcenia biodrami. Patrzyłem razem ze wszystkimi, widziałem ich biuściaste profile, słyszałem, jak śmieją się i droczą z Harnsbergerem. Szatynka łaskotała go pod brodą, przytulała się, targała mu włosy na głowie. Blondynka zajęła się jego twarzą, całowała go długo i mocno w usta, gdy ten próbował się wyrwać, wymachując w desperacji rękoma. Nagle przestał się wzbraniać i dał się ponieść pocałunkowi. Dotknął ręką jej pośladka, wtedy odepchnęła go i zrobiła zręczny przysiad. Podnosiła się, tańcząc i wymachując głową na lewo i prawo, zsunęła na chwilę stanik, odsłaniając sutek, potem pozwoliła powrócić biustonoszowi na swoje miejsce.
Ciemnowłosa dołączyła do koleżanki w wyzywającym zsynchronizowanym tańcu. Oba staniki powędrowały w dół, a po chwili zostały zdarte i rzucone w tłum.
Pełne, młode piersi kołysały się i obracały. Dziewczyny szczypały swoje sutki, aż stały się twarde. Pochyliły się, wykonały idealny szpagat, podskoczyły na równe nogi, tańczyły dziko, bawiąc się swoimi stringami.
Wskazując go palcami, zbliżyły się znowu do Harnsbergera, ale tym razem wyprowadziły go ze sceny i wróciły same, trzymając się za ręce. Znowu tańczyły, naciągając i puszczając stringi, które strzelały o ich jędrne, płaskie podbrzusza.
Jeszcze trochę zabawy w chowanego z genitaliami w roli głównej i czarnowłosa dziewczyna opadła na czworaka. Kręcąc pośladkami, chwyciła blondynkę za kostkę. Blondynka stała, przecząco kręcąc głową, wydymając wargi, udając opór. Chrapliwe krzyki zachęty z tłumu. Wszyscy bacznie obserwują.
W oka mgnieniu obie dziewczyny nie miały na sobie nic prócz pasów do pończoch i kabaretek. Muzyka stała się, ckliwa i słodka, a one zaczęły pieścić się, uwodzić, gładzić, całować.
Czarnowłosa opadła na dywan, położyła się na wznak, uniosła biodra. Blondynka usadowiła się między nogami partnerki, uklękła, skłoniła głowę jak w modlitwie, pieściła brzuch ciemnej nastroszonymi, platynowymi włosami.
Wsunęła język w pępek szatynki. Ciemnowłosa wiła się w rozkoszy. Blondynka podniosła wzrok, położyła palec na ustach, jakby zastanawiała się, co teraz zrobić. Wielkooka trawestacja niewinności, wyciągająca ramiona, jakby oczekiwała od zgromadzonych rady.
Tłum bił brawo i pokrzykiwał zachęcająco.
Znów pochyliła głowę ku podbrzuszu koleżanki, zaczęła ją całować, lecz nagle podniosła twarz. Klęczała nieruchomo, a szatynka, ciągle wypinając w górę biodra, chwyciła ją łapczywie za ramię.
Blondynka obserwowała publiczność. Omiatała spojrzeniem salę.
Gdy zwróciła się w moim kierunku, mogłem zobaczyć jej twarz.
Pociągła owalna twarz pod srebrzystym jeżem włosów. Blade oczy pod wyskubanymi brwiami, dominujący, ale doskonale zharmonizowany podbródek.
Poczułem w piersi ukłucie. Rozpoznałem ją.
Ona mnie też. Chytry wyraz jej twarzy ustąpił... niepewnemu uśmieszkowi.
Wpatrywała się we mnie, jej głowa zamarła nad biodrami ciemnowłosej, wijącej się partnerki. Wydawało mi się, że lekko kręci głową - opierała się jakiejś myśli?
Muzyka sączyła się nadal. Szatynka wciąż się wiła, ale zaczęła się orientować, że coś się stało. Chwyciła Lauren za głowę.
Lauren nie ugięła się.
Potem jednak pochyliła głowę.
Gdy pozwoliła się ściągnąć w dół, uciekłem.