Ciało pedagogiczne - Ewelina Gierasimiuk-Merta

Reflow text when sidebars are open.
Wejdźmy w tę opowieść od środka. Początki i tak zwykle są banalne albo zbyt wybuchowe, pstrokate i tandetne. Jak sylwestrowe fajerwerki, których nie znoszę.
Jestem tu, by opowiedzieć historię, która ma kilku bohaterów, ale pierwsze skrzypce zagra Eliza. Aha, od razu ustalmy, że opowieść toczy się w czasie teraźniejszym, mimo iż wiadomo, że zdarzyła się w przeszłości, bo inaczej skąd bym o niej wiedział czy wiedziała. Albo niech dzieje się, jak chce i kiedy chce, to pozwoli na większą swobodę. Może ustalmy też moją narratorską płeć. Wiedział czy wiedziała? Żyjemy w czasach, kiedy najlepiej nie wiedzieć, ale ja bym się jednak upierał, upierała, żeby tę kwestię uporządkować. Zatem przyjmuję płeć żeńską, choćby po to, żeby zadośćuczynić latom dyskryminowania, upokarzania, spychania do garów całej rzeszy kobiet. Nie, rzesza źle się kojarzy. Całym pokoleniom kobiet. Prababek, babek, matek, córek.
Dobrze, didaskalia ustalone, idźmy dalej. Historia ma finał w stylu happy end, czego zapewne nie powinnam zdradzać na pierwszej stronie, ale przecież już się zorientowaliście, że nie jestem typową osobą narratorską. To znaczy, nie jestem typową narratorką. Nawet nie pamiętam, że kilka zdań wcześniej moja płeć została ustalona. Jako narratorka atypowa uprzedzam z góry. A nawet z gór, bo stąd ta historia.
Eliza jest nauczycielką. Wybrała sobie zawód jako studentka filologii angielskiej, nie bacząc na szeroki wachlarz innych możliwości. Mogła zostać tłumaczem przysięgłym, pracować w korpo, mogła jeździć po świecie jako pilot wycieczek zagranicznych, pracować w zagranicznych konsorcjach, zarabiać kokosy, chodzić każdego dnia na szpilkach i w dopasowanych garsonkach, mogła wszystko, wszystko! Ale sobie wybrała. Wybrała misję. Tudzież pasję. Wybrała pracę z dziećmi i młodzieżą w wiejskiej szkole.
Moja narracja chciałaby tu dorzucić swoje trzy grosze, uszczypliwość, pogardę może nawet, lecz się powstrzymam, bo wcale nie jest pewne, czy Eliza to nie moje alter ego.
Dobrze, zaczynajmy. Tyle że od środka.
Pedagogiczne ciało Elizy ledwie wyrabiało na zakrętach. U schyłku maja, miesiąc przed wakacjami, jej humanistyczny umysł brał się ostro za matematyczne obliczenia. Pozostało pięć poniedziałków z klasą siódmą i tyle samo wtorków z pierwszakami, cztery środy, odliczając Dzień Dziecka, kiedy nie ma zajęć dydaktycznych, cztery czwartki, minus bożociałowy, wolny od pracy, i cztery piątki na świetlicy. W sumie dwadzieścia jeden dni, a więc pełne trzy tygodnie męczarni.
- Tyle to damy radę - pociesza ją Ewa, z którą Eliza jeździ co drugi dzień do pracy.
Łatwo jej mówić. Ma etat logopedy i pracuje z dziećmi indywidualnie. Nie szarpie się z dwudziestką nastolatków naraz. Eliza też oczywiście tylko w przenośni, ale jednak.
- Najgorsza ta siódma klasa. Chodzę do nich z bólem serca, wychodzę z bólem głowy, a za rok egzamin. Staję na rzęsach, żeby ich zmotywować do nauki, a oni mają to nie powiem gdzie.
- W głębokim poważaniu - uściśla Ewa. - Homo pyskatus, normalna sprawa w tym wieku. Nie powinnaś brać tego do siebie. Wszyscy na nich narzekają. Rozwalają lekcje nawet Bartkowi. Może jedynie na historii z dyrektorem siedzą cicho.
- I na matmie. Nie wiem, jak Gabrysia to robi, ale u niej zawsze jest cisza jak makiem zasiał.
- Lata doświadczenia. Po trzydziestym roku pracy też wyrobisz sobie pozycję. - Ewa mruga do Elizy przyjaźnie.
- Myślisz, że wytrzymam w szkolnictwie do emerytury? Do końca roku szkolnego ciężko mi wytrwać, a co dopiero kolejne trzydzieści lat?
- Zawsze są jeszcze inne opcje. Skończyłaś filologię angielską, jesteś kreatywna i masz szerokie horyzonty: wszędzie znajdziesz pracę.
- Na Podhalu? Jedynie w turystyce...
- No i wcale nie byłoby ci źle. Moja szwagierka na recepcji w Belvederze zarabia więcej niż my. Bez studiów, po technikum hotelarskim, cztery i pół na rękę.
- Hm. Może po mianowaniu też dobijemy do tej kwoty.
- Na szczęście, póki co, mnie ratuje prywatny gabinet, a ciebie korepetycje.
Podjeżdżają właśnie ostro pod górę do jednej z najwyżej położonych polskich wsi.
"Nasze wysokie położenie zobowiązuje" - przypominał często dyrektor i dzieciakom, i nauczycielom, niby to żartem, ale wszyscy wiedzieli, że tak naprawdę ma przerost ambicji i wymaga od każdego wciąż więcej i więcej, a najlepiej to absolutnego oddania się pracy i nauce. Chciał błyszczeć w gminie jak Gwiazda Polarna, chwaląc się egzaminacyjnymi, bądź innymi, sukcesami uczniów albo organizując eventy, o których by się głośno i pochlebnie mówiło. Pewnie dlatego, że sam nie miał rodziny, spędzał w pracy całe dnie, w tym i wolne soboty, więc nie mieściło mu się w głowie, że inni mają poza szkołą jakieś życie. Co rusz angażował pracowników w pozalekcyjne zajęcia, zawody, konkursy, festyny i inne cuda wianki. A kiedy ktoś próbował się wymigiwać, mniej lub bardziej pomysłowymi wymówkami, posępniał i ściągał surowo krzaczaste brwi. "Wyjątkowo przymknę oko, ale następnym razem proszę pamiętać, że pracujemy w wymiarze czterdziestu godzin tygodniowo, a nie tyle, ile jest w pensum".
Eliza miała wrażenie, że praca zajmuje jej dużo więcej niż czterdzieści godzin tygodniowo. Gdyby dodać do zajęć dydaktycznych te wszystkie szkolenia, posiedzenia rady, zebrania, wyjazdy na konkursy, turnieje, przygotowywanie akademii, sprawdzanie testów, przygotowywanie się do zajęć, a przede wszystkim myślenie o szkole, to wyszłoby siedemdziesiąt godzin jak nic.
- Pogoda dzisiaj wymarzona na wycieczkę w góry, a nie na siedzenie w murach szkoły. - Eliza podziwia panoramę Tatr. Przejrzystość jest idealna. Skaliste grzbiety są pięknie oświetlone przez coraz mocniej grzejące słońce. - Dobrze, że przynajmniej widoki mamy bajeczne.
- Fakt. Chyba tylko dla tych widoków nadal tu pracuję. - Ewa skręca na szkolny parking.
- No cóż, trzeba zacząć ten dzień. - Eliza odpina pas i wysiada z czerwonego Suzuki, które Ewa nazwała Stefanem. - Dzięki za podwiezienie na plac boju!
- Dzień dobry! - witają się grzecznie dzieciaki z młodszych klas. Za to starsi, zwłaszcza ósmoklasiści, mijają nauczycielki w posępnym milczeniu. Obrażeni na cały świat, zbuntowani nastolatkowie. Homo pyskatus, jak nazywa ich Ewa.
- Lecę szybciej, bo mam dyżur w szatni. - Eliza zarzuca na ramię ciężką od szkolnych szpargałów torebkę. - Do zobaczenia później.
- Pa, miłego dnia, mimo wszystko.
Eliza czuje w ciele narastające napięcie. Ściśnięte gardło, przyspieszony oddech. Stresuje się bez wyraźnego powodu. I tak prawie każdego ranka od trzech lat. Zdecydowała się na pracę w szkole, bo wydawało się jej, że ma do tego dryg. Na studiach, podczas praktyk, zajęcia z dziećmi dawały jej dużo satysfakcji i czuła, że jest na właściwym miejscu. Metodyczka, pod okiem której pisała pracę magisterską, nie mogła się jej nachwalić. "Pani Elizo, pani odmieni oblicze szkoły" - mawiała z nieudawaną aprobatą. Eliza rzeczywiście miała nowatorskie pomysły, a metody aktywizujące to był jej konik. Wchodziła na zajęcia z szerokim uśmiechem i zarażała dzieciaki entuzjazmem do pracy.
Co się nagle odmieniło, kiedy dostała etat i umowę na stałe? Tym bardziej powinna czuć się bezpiecznie. Niezmienna pensja, umowa na czas nieokreślony, wakacje dłuższe, niż miałaby, pracując w jakiejś korporacji czy choćby w turystyce, więc co jest nie tak? Tym bardziej że podejmując tę pracę, przeprowadziła się do Zakopanego, w samo serce Podhala, do którego od dziecka miała sentyment. Nie to, żeby lubiła góralszczyznę, wręcz przeciwnie, ale bliskość gór, tego cudu natury, wydawała się argumentem za. Za spakowaniem walizek, za wyprowadzką od rodziców, za wynajęciem maleńkiej kawalerki, na którą było ją stać dzięki udzielanym popołudniami korepetycjom, no i w końcu za stawieniem się pierwszego września trzy lata wcześniej na uroczyste rozpoczęcie roku szkolnego w wiejskiej szkole w Trzonowcu Górnym.
"Jak jakaś Siłaczka" - dogadywał jej rok starszy brat, kiedy oznajmiła w domu, że wyjeżdża do pracy w góry. "Bylebyś tylko nie skończyła jak ona".
"Przynajmniej nie na garnuszku u rodziców jak ty, braciszku. Biorę ster we własne ręce" - odgryzła mu się.
"To żegluj tam, hej, po Morskim Oku, he, he".
Paweł jest sarkastycznym, przemądrzałym cwaniaczkiem, ale kocha go bardzo i to do niego dzwoni w chwilach zwątpienia czy słabości. Przed rodzicami gra silną i pewną swej decyzji, samodzielną, niezależną córkę.
Kiedy znalazła w Zakopanem mieszkanie do wynajęcia, w starym bloku na ulicy Kasprowicza, czuła podekscytowanie. Wreszcie samodzielność, własne decyzje, samostanowienie. I przez kilka pierwszych miesięcy pozostawała na tym hormonalnym haju, więc co się nagle stało, że już ani niezależność, ani bycie sobie sterem, żeglarzem i całą resztą nie dawało jej radości?
- Dzień dobry, pani Elizo!
- A dzień dobry.
Woźna Bożenka tryska energią mimo swoich chyba stu lat. Jak ci ludzie to robią? - zastanawia się Eliza, przemierzając korytarz szatni w tę i we w tę. Ręce skrzyżowane na piersiach jak jakiś generał. Podobno to pozycja zamknięcia, niechęci, ale i obrony oraz próby uspokojenia.
Jeszcze tylko sześć i pół godziny i będę wracać do domu - Eliza liczy w myślach. Spokojnie, dasz radę, zawsze dajesz.
Piętnastominutowy dyżur wreszcie się kończy. Równo z dzwonkiem Eliza powinna z podziemnej szatni teleportować się na trzecie piętro, gdzie ma pierwszą lekcję z "drobiem", jak żartobliwie nazywa ich pan Kruczek od informatyki. Biegnie po dwa schody, żeby dzieciaki jak najszybciej wpuścić do klasy. Inaczej rozniosą całe piętro. Słyszy ich wrzaski już w połowie drugiego. Kilka mamuś odprowadzających swoje dzieci pod samą salę niecierpliwie przestępuje z nogi na nogę, wypatrując wiecznie spóźniającej się pani Elizy. Skąd mogą wiedzieć, że to przebieżka z dyżuru do klasy przez trzy piętra jest powodem spóźnień, a nie lekceważący stosunek do pracy. Opieszałość lepiej się kojarzy z pracą nauczycieli, tych darmozjadów, leni i nierobów.
- Dzień dobry - kłania się wszystkim Eliza i uśmiecha przepraszająco.
- Proszę pani, Kacper powiedział, że mi przypierdoli, a to jest przekleństwo. Nie wolno tak przeklinać, prawda, pani?
- To nie ja powiedziałem, że mu przypierdolę, tylko Antek!
- Mam dla pani laurkę.
- O, dziękuję, Madziu. Sit down, please!
- Przypnie pani do tablicy?
- Później, Madziu, teraz zaczniemy lekcję. Sit down, everyone!
Kiedy wreszcie wszyscy siedzą, Eliza wita się po angielsku i... każe dzieciom wstać. Śpiewa z nimi parę piosenek ruchowych, jakieś Head and shoulders, My little finger i inne If you're happy i czuje, że powoli ustępuje z niej napięcie. Skoro dzień się zaczął, to się potoczy, aż w końcu minie ostatnia lekcja i wszystko będzie dobrze.
- Dlaczego nie kolorujesz? - Eliza pochyla się nad rudym Jasiem.
- Nie chce mi się.
- Z kolorowych ćwiczeń będzie ci się przyjemniej uczyć.
- Nie lubię się uczyć.
- A co lubisz robić?
- Chodzić z dziadkiem na bacówkę - wtrąca się wszystkowiedząca Ola. - Jasiek lubi wyłącznie owce. Mówił, że będzie bacą i nie musi znać angielskiego, bo owce nie mówią po angielsku.
- Aha. - Eliza odpuszcza i dalej przechadza się między ławkami, podpatrując, jak dzieci wykonują zadania.
Nie ma dziś siły na pozytywne czy jakiekolwiek inne motywowanie przyszłych baców. To najbardziej zatwardziałe i uparte przypadki. Nie uczą się, bo po co. "Z owcami po angielsku gadać nie będę". Eliza zna tę argumentację, słyszała ją od niejednego Jaśka czy Józka. A niechże kultywują rodzinną tradycję, co jej do tego. Jest maj, sama by z chęcią posiedziała na halach i policzyła pasące się owce. Niekoniecznie po angielsku.
- Mam pomysł! - Eliza uśmiecha się do dzieci. - Na następnej lekcji utrwalamy liczby, więc każdy będzie liczyć to, co lubi najbardziej.
- Ja pociągi! - wrzeszczy Kacper.
- Ja kotki! - wtóruje Ola.
- Ja owce - ożywia się Jaś, który podobno nie potrzebuje angielskiego do szczęścia.
- Świetnie. Przygotujcie rysunki ze swoimi ulubieńcami albo przynieście rekwizyty i zrobimy test z liczb.
- Dostanę szóstkę - cieszy się zawczasu Ola.
- Mam nadzieję, że wszyscy dostaniecie. - Eliza znów szeroko się uśmiecha. - Uwaga, pora się pożegnać. Stand up and let's sing our "Goodbye song".
Równo z dzwonkiem na przerwę wybrzmiewa ostatnie bye, bye. Dzieciaki wylatują jak z katapulty na korytarz. Eliza znów dyżuruje. Tym razem w totalnym hałasie, który tylko klasy pierwsze potrafią uczynić. Na drugim końcu korytarza widzi Karolinę, szkolną psycholożkę. Macha na powitanie, ale nawet nie podchodzi. W tym hałasie i tak nie zamienią ani słowa.
Druga lekcja to jej ulubieńcy, szósta A. Przynajmniej chwilę odpocznie, a może nawet uda jej się usiąść, bo przy pierwszakach to ani mowy nie ma. Cały czas pytania, prośby o podejście, tańce, hulanka, swawola, no i wzmożona czujność, czy ktoś komuś czymś akurat oka nie wybija.
- Good morning, everyone!
- Good morning, teacher!
Szósta A to klasa pani Gabrysi. Zdyscyplinowani, ale i sympatyczni. Naprawdę fajny, zgrany zespół. W dodatku kilka bardzo ambitnych uczniów, którzy niczym lokomotywy ciągną resztę naprzód. Gdyby wszystkie klasy były tak ułożone, ta praca faktycznie byłaby przyjemna. Człowiek się tu nigdy nie denerwuje i nie spala. Można po prostu uczyć.
- Proszę pani, na dzisiaj były scenki - przypomina jedna z dziewczyn.
- I remember. Are you ready to start?
- Certainly.
I to rozumiem - myśli Eliza i pomaga chłopakom zaaranżować scenę do zadanych na poprzednich zajęciach etiud. Przesuwanie ławek nie obywa się bez lekkiego rumoru, na który od razu reaguje wicedyrektorka. Wpada do sali z odwiecznym: "Co tu się dzieje?".
- Przygotowujemy się do odgrywania scenek - wyjaśnia Eliza, lecz z gulą w gardle, jakby przyłapano ją na jakimś braku kompetencji albo niedopełnieniu obowiązków, albo i na morderstwie ze szczególnym okrucieństwem
- To proszę ciszej, bo ja za ścianą wszystko słyszę.
Szósta A patrzy na panią Elizę z niemym współczuciem. Nie znoszą wicedyrektorki, o czym nie raz głośno mówili. Nie ma dnia, żeby się do czegoś nie przyczepiła. Zamiast pochwalić za kreatywne zajęcia, zaangażowanie uczniów, niestandardowe metody nauczania, to zawsze "co tu się dzieje" i "proszę ciszej, bo ja wszystko słyszę". Ciekawe, czy usłyszała później, jak dzieciaki świetnie odegrały role, wcielając się w kelnerów i gości restauracji. Eliza aż biła brawo każdej z grup. Są absolutnie rewelacyjni. Nawet chorobliwie nieśmiały Kamil dał radę.
- I'm really proud of you - chwali na koniec lekcji nauczycielka, hojnie wpisując szóstki do Librusa. - Your English is almost perfect.
Wszystkowiedząca narratorka
No, muszę się wtrącić, bo przecież jeśli będziemy tak skrupulatnie opisywać lekcję za lekcją, to ta historia rozwlecze się na siedemset stron, a któż teraz czyta takie opasłe tomiska? Czy nie wystarczy powiedzieć, że nasza niezłomna Eliza, czy też Eliza Niezłomna, ma przechlapane w swojej nędznej pracy, i postawić kropkę? (A sama stawiam znak zapytania). Dyrektor na smyczy pani wójt, o której tu jeszcze będzie sporo, wicedyrektorka zołza, klasa pierwsza pełna oszołomów, klasa szósta A marzenie dekapitowanej głowy. Aha, i jeszcze przestępujące z nogi na nogę zniecierpliwione mamuśki, które będąc fryzjerkami, recepcjonistkami, urzędniczkami, w każdym razie niebędące nauczycielkami, krytycznie przyglądające się zbyt powolnemu sprintowi Elizy z dyżuru w szatni na trzecie piętro. Ot, i pierwsza część historii w pigułce. Najlepiej w pigułce na migrenę, bo z takąż właśnie Eliza opuszcza mury szkoły tamtego zwyczajnego dnia, jednego z wielu do siebie podobnych.
Aha, może dorzucę jeszcze równie zwięzłą charakterystykę naszej bohaterki, bo pewnie chcielibyście jako czytelnicy mieć na jej temat jakieś większe wyobrażenie. Skupię się zaledwie na fizjonomii, bo osobowość dało się już nieco poznać (lękliwa, masochistyczna, introwertyczna i tak dalej). A zatem - Eliza nie należy do wysokorosłych, ale nie jest też niska. Taka w sam raz, jak na moje oko. Szczupła, a nawet uznałabym, że zgrabna, chociaż ciężko to zaobserwować, bo najczęściej wkłada luźne koszulki lub tuniki do dżinsów, a więc stawia na wygodę, a nie podkreślanie swojego sex appealu. Jasne włosy do ramion, zazwyczaj rozpuszczone, lekko faliste. Oczy niebieskie, sztucznych rzęs brak, paznokcie bez tipsów, krótko obcięte, niekiedy pociągnięte jasnym lakierem. W uszach maleńkie kolczyki, na szyi delikatny, srebrny łańcuszek, jako pamiątka po ekschłopaku, którego zostawiła w rodzinnym Zawierciu, kiedy podjęła decyzję o przeprowadzce w góry. Znaków szczególnych brak. Buzia przyjemna, sympatyczna, może nawet i ładna - chociaż Eliza nigdy o sobie tak nie mówi - rzadko tknięta kosmetykami do makijażu, poza tuszem do rzęs (nie sztucznych, podkreślam). Podsumowując: mocne osiem na dziesięć (ale kim ja jestem, żeby oceniać?).
Zakopane w maju jest tak samo zatłoczone jak w każdym innym miesiącu. No, może ponury listopad i niezdecydowany kwiecień plecień odbiegają nieco od tej normy, ale generalnie zimowa stolica Polski jest dla turystów atrakcyjna nie tylko zimą.
Eliza już przywykła do ruchliwości miasteczka i nie zżymała się ani na korki na ulicach, ani na kolejki do kas w Lidlu czy Biedronce. Po prostu tak jest i koniec. Lepiej nie będzie, zwłaszcza że otwarto niedawno nową zakopiankę.
- Proszę dziesięć plasterków polędwicy sopockiej i dziesięć plasterków edamskiego z Moniek. - Eliza tym razem robi zakupy w osiedlowych delikatesach, żeby zaoszczędzić na czasie, choć niekoniecznie na cenach. Za dziesięć minut ma korepetycje z dwójką licealistów. Nerwowo zerka na zegarek, martwiąc się, że nie zdąży.
- Coś jeszcze? - Ekspedientka z impetem kładzie na ladę pokrojoną wędlinę.
- Nie, dziękuję.
Eliza wrzuca do koszyka dwie mleczne czekolady i kruche wafelki, a przy samej kasie dokłada cztery Prince Polo, bo akurat są w promocji.
- Czterdzieści osiem pięćdziesiąt - podlicza kasjer.
Eliza płaci kartą i biegiem rusza do mieszkania. Uczniowie już czekają pod blokiem.
- Dzień dobry - kłaniają się grzecznie.
- Dzień dobry, chyba się nie spóźniłam, co?
- Nie, jest za pięć, tylko mama nas wcześniej podwiozła.
- Aha. To zapraszam.
Eliza idzie przodem, żeby wstukać kod do drzwi. Mieszkanie jest na parterze. Malutka kawalerka z aneksem kuchennym. Zanim młodzi rozbiorą się z kurtek, Eliza ma czas na rozpakowanie zakupów i umycie rąk. Mimo że burczy jej w brzuchu, z obiadem musi się wstrzymać przez dwie godziny, bo zaraz po licealistach przychodzi Marysia z czwartego piętra na przygotowanie do egzaminu ósmoklasisty.
- Okay, let's begin!
Cała trójka zasiada za stołem, który stoi na środku pokoju. Bracia bliźniacy nie są zbyt wymagającymi klientami. Bez oczekiwań i bez roszczeń. I bez pytań. Posłusznie wykonują wszystkie ćwiczenia, które Eliza im podsuwa. Jedyny problem z nimi jest taki, że wstydzą się mówić po angielsku. Dlatego Eliza gada za trzech. Niech się przynajmniej osłuchują.
Po godzinie zostawiają na stole sześćdziesiąt złotych, grzecznie się żegnają i ustępują miejsca Marysi, która właśnie dzwoni do drzwi.
Mija kolejna godzina. Tym razem to Elizie trudno dojść do głosu, bo Marysia ma milion rzeczy do opowiedzenia. Szkoda tylko, że nie po angielsku.
- A wie pani, co dzisiaj chłopaki odwalili u nas na WOS-ie?
- No, I don't.
- Nasza pani pisała notatkę na tablicy, a taki Piotrek z ADHD wyskoczył przez okno.
- What?
- No, serio. Wyskoczył, a babka się nawet nie pokapowała.
- Oh my god.
- Ale to było na parterze, więc luzik. Ale najlepsze po chwili. Ktoś puka do drzwi, pani mówi "proszę" i wchodzi Piotrek. Wszyscy mają bekę, a babkę zamurowało. W ogóle nie skumała, o co kaman.
- And what did she do? - Eliza cały czas próbuje przemycać namiastkę angielskiego, w końcu za to jej płacą rodzice Marysi, a nie za pogaduszki o pierdołach.
- Zagotowała się i wezwała dyrektorkę. To znaczy wysłała przewodniczącą, taką Anitę, po dyrektorkę, ale Anita po chwili wraca i mówi, że dyrektorka jest zajęta i nie może przyjść, ale tak naprawdę Anita była tylko w kiblu, a nie u dyrektorki. I znów wszyscy leją, a babka od WOS-u już prawie płacze. Normalnie cyrk. U pani w tym Trzonowcu też takie jaja?
- Luckily, no.
- No, u nas to grubo. A na chemii...
Eliza dyskretnie ziewa. Marzy o gotowanym kalafiorze podsmażonym na masełku, posypanym bułką tartą. Ależ jest głodna. Ostatni posiłek jadła kwadrans po południu, na długiej przerwie, jakąś małą kanapeczkę z szynką. Dochodzi siedemnasta!
- ...i gościu dostał uwagę, dwudziestą ósmą w tym półroczu.
- Okay, Mary, that's all for today. See you next Monday.
- Mama mówiła, że poda pani kaskę przy okazji. Może być?
- Sure, don't worry. Bye.
- Do widzenia, fajnie się gadało. Bye, pani Elizo!
Uff, wreszcie. Eliza pada na twarz, lecz na szczęście tylko idiomatycznie, bo literalnie to idzie dwa kroki do kuchni (daleko nie ma, co jest jedynym plusem tak maleńkiego mieszkanka) i przygotowuje sobie obiad. W międzyczasie odbiera telefon od mamy, zapewnia, że wszystko u niej w porządku, drukuje na jutro sprawdziany dla klasy siódmej, biegnie do toalety za potrzebą (też daleko biec nie musi), przypala kalafior, przeklina siarczyście (ale po angielsku, więc to się nie liczy), aż w końcu może zasiąść do stołu i napełnić żołądek, który już zdążył przykleić się chyba do kręgosłupa. Żeby nie jeść w ciszy, włącza podcast na temat szkodliwości spożywania węglowodanów. Rozmowa o cukrach jest na tyle wciągająca, że towarzyszy jej również podczas deseru i ani się człowiek obejrzy, a cała paczka wafelków znika.
O osiemnastej Eliza wraca mentalnie do pracy. Odpala Librusa i odpisuje na wiadomości rodzicom uczniów. "Chciałam zapytać, dlaczego moja córka ma wpisaną trójkę z kartkówki, skoro dzisiaj poprawiła na czwórkę?", "Proszę usprawiedliwić Eryka na ostatniej lekcji, bo wpisała mu pani nieobecność, a przecież zwalniałam go u wychowawcy", "Maciek dostał od pani uwagę negatywną, a mówi mi, że był grzeczny. Chciałam się dowiedzieć, za co w takim razie ta uwaga", i tak dalej, i tak dalej.
Od kiedy nastały czasy dzienników elektronicznych, liczba aktywnych rodziców podwoiła się albo i potroiła. W każdym razie pytania, roszczenia i pretensje zwielokrotniły się znacząco. Eliza cierpliwie i uprzejmie odpowiada, bo wie, że jeśli tego nie zrobi, kolejna wiadomość od rodziców zostanie skierowana już nie do niej, a prosto do dyrekcji albo i samego kuratorium. I to w formie skargi.
Po dwudziestej przychodzi wiadomość na Messengera. Eliza zerka na telefon.
- Oczywiście - mruczy poirytowana pod nosem.
Wicedyrektorka uaktywnia się na grupie nauczycieli najczęściej w godzinach wieczornych, a najchętniej w godzinach wieczornych w weekend. Tym razem też informacja niecierpiąca zwłoki: "Przypominam, że w przyszłym tygodniu w środę na trzeciej lekcji odbędzie się krótki apel".
Elizę aż świerzbią palce, żeby odpisać: czy nie dało się tej informacji przekazać jutro w szkole? Czy koniecznie trzeba zakłócać ludziom wolny wieczór? Czy my, do cholery, mamy jakieś nocne dyżury i mamy być w gotowości dwadzieścia cztery godziny na dobę siedem dni w tygodniu? Jasne, mogłaby wyłączyć powiadomienia, nie reagować na wiadomości przysyłane poza drogą służbową, ale woli być doinformowana, niż coś przeoczyć. Nie zejdzie z klasą punktualnie na apel w środę w przyszłym tygodniu i zaraz zrobi się burza w szklance wody. Ech.
Narratorka
Dajmy Elizie wreszcie chwilę wytchnienia po męczącym, choć nieróżniącym się zbytnio od innych, dniu. Niech dokona wieczornych rytuałów (miniyoga z psem głową w dół, pięćdziesiąt brzuszków, gorący prysznic, peeling na twarz, odcinek serialu na Netflixie, mycie zębów, próby zaśnięcia, aż w końcu i upragniony sen), a my nazwijmy tu pewne sprawy po imieniu.
Życie zawodowe naszej bohaterki: frustracja.
Życie prywatne: znikome.
Przyszłość: niezbyt świetlana.
Chociaż... to przecież dopiero kilkanaście stron powieści. Dajmy Elizie czas na drugą szansę.
(A bohaterom drugoplanowym na pokazanie drugiej twarzy, bo czasem przecież pozory tak bardzo mylą, prawda?)
W każdy pierwszy wtorek miesiąca odbywa się spotkanie rady pedagogicznej. Ale ponieważ zbliża się koniec roku szkolnego, to w czerwcu będą aż trzy. Pierwsza na otwarcie miesiąca, żeby tradycji stało się zadość i żeby dyrektor mógł sobie poopowiadać farmazony. Druga, klasyfikacyjna, kilka dni przed rozdaniem świadectw. I trzecia, podsumowująca, kiedy cała populacja śmie twierdzić, że nauczyciele mają dwa miesiące wakacji, czyli tyle co dzieci.
- Przypominam państwu o tajemnicy rady pedagogicznej - zaczyna dyrektor Wiśniewski, a następnie odczytuje długi protokół z poprzedniego posiedzenia.
Eliza po siedmiu dzisiejszych lekcjach, w tym z koszmarną klasą siódmą, i po zastępstwie na świetlicy wyłapuje co dziesiąte słowo. Potem machinalnie podnosi rękę, żeby zagłosować tak jak wszyscy, jednomyślnie, za przyjęciem protokołu i spogląda na ścienny zegar. Boże, dopiero dwadzieścia po trzeciej, chyba zniosę tu jajo - myśli.
- Chciałbym państwu uświadomić, że nauczyciel pracuje czterdzieści godzin w tygodniu i przez tyle pozostaje do dyspozycji, dlatego w piątek po Bożym Ciele tylko uczniowie mają dzień wolny od zajęć dydaktycznych, a nauczyciele normalnie przychodzą do pracy.
- I co mamy wtedy robić? Patrzeć w ścianę? - szepcze pani Zosia, emerytka, która nadal na pół etatu pracuje jako nauczyciel wspomagający.
Na szczęście dyrektor nie słyszy tej uwagi, bo dopiero by się rozkręcił.
- Pouzupełniacie państwo dzienniki, przygotujecie sprawozdania na radę podsumowującą, uporządkujecie sale, bo wiecie państwo, niebawem ma nas odwiedzić pani wójt i oby się nie zdarzyło, że w którejś klasie zobaczy niedziałający zegar na przykład. Albo gazetkę z okazji Dnia Matki. Bo chyba nikomu nie muszę mówić, że mamy już czerwiec. Rozumiemy się, tak?
Co gorliwsi przytakują, Eliza ciężko wzdycha, a pani Zosia ostentacyjnie wstaje, oznajmiając, że musi do toalety.
- Przypominam również o należytym pełnieniu dyżurów. Nie ma picia kawki podczas dyżuru ani pogaduszek z koleżankami, ani nawet z rodzicami, którzy tu się czasami kręcą. Dyżur to dyżur.
- To jak któryś z rodziców podejdzie, bo czasem chcą zwolnić dziecko albo usprawiedliwić - wtrąca się pani Gabrysia - to mamy zignorować czy co?
- No właśnie - podchwytuje informatyk. - To co wtedy?
- Nie wymyślajcie państwo na siłę problemów tam, gdzie ich nie ma. - Dyrektor zaczyna się irytować. - Dyżur to dyżur.
No i koniec kropka. Nie ma co dyskutować.
- Ostatni punkt posiedzenia: wolne wnioski. Czy ktoś chciałby zgłosić jakiś wniosek?
Nikt nic. Za to wszyscy chcą już opuścić szkołę. Dochodzi osiemnasta. Większość pracuje od siódmej trzydzieści, jak choćby Eliza, więc mija im jedenasta godzina w szkole.
- Pani Elizo, poproszę panią jeszcze na chwilę do siebie! - woła dyrektor ponad głowami opuszczających salę nauczycieli.
Szlag by to trafił! - myśli Eliza, ale oczywiście nie daje po sobie znać, jak bardzo jest wkurzona. Zastanawia się, o co może chodzić. Chyba nic nie przeskrobała, bo wtedy Wiśniewski powiedziałby to na forum i to z dużą satysfakcją, że kogoś na czymś przyłapał i ma okazję do publicznego strofowania. Pewnie coś mi wrzuci, jak zwykle. Przygotowanie akademii na koniec roku albo jakieś nagłe zastępstwo.
W gabinecie dyrektor rozsiada się na kanapie, a Elizie wskazuje miejsce w fotelu. Wyposażył sobie biuro, jakby to był salon w jego domu. Między nimi stoi kawowy stolik, na którym leżą Delicje. Za plecami dyrektora jest sporych rozmiarów akwarium z kolorowymi rybkami. Eliza czuje się skrępowana, chciałaby już mieć tę rozmowę za sobą, tym bardziej że nie domyśla się, po co została zatrzymana po radzie.
- Pani Elizo - zaczyna wreszcie dyrektor - tak sobie pomyślałem, czy nie byłaby pani chętna wyjechać w lipcu na kolonie z naszymi piątymi klasami do Międzyzdrojów? Wie pani, do naszej partnerskiej szkoły. Kolonie będą sfinansowane z gminnego funduszu alkoholowego. Oczywiście zarobi sobie pani trochę dodatkowo, to jest około tysiąca złotych na rękę za dwa tygodnie, ale i trochę pani pozwiedza, odpocznie.
Głupawy uśmiech Wiśniewskiego przy tekście o odpoczynku oznacza, że gość jednak nie jest tak do końca odklejony od rzeczywistości. Dobrze wie, że na koloniach czy wycieczkach wychowawcy nie mają chwili wytchnienia. To nie jest żadna forma relaksu, tylko normalny zapierdol dwadzieścia cztery godziny na dobę. W dodatku z pełną odpowiedzialnością za dzieciaki.
- No nie wiem, panie dyrektorze... - Eliza najchętniej odmówiłaby od razu.
- Pomyślałem o pani, bo rodzice panią lubią, dzieci też. Pojedzie też pan Kruczek i pani Gabrysia, a kierownikiem będzie pani Justyna. Miał jechać pan Tomasz, ale zgłosił dzisiaj, że ma zaplanowany zabieg na kolano, dlatego zrobiło się miejsce i od razu je dla pani zarezerwowałem.
Cóż za wspaniałomyślność, myślałby kto.
- Od osiemnastego lipca do pierwszego sierpnia. To jak będzie, pani Elizo? Wpisać panią jako opiekuna?
- No dobrze, w sumie nie mam żadnych planów. Niech będzie.
- Świetnie! - cieszy się dyrektor i podsuwa Elizie ciasteczko.
- Nie, dziękuję, jeszcze nie jadłam obiadu.
- A, to dlatego pani taka szczupła. Nie będzie wstydu rozebrać się na plaży - rechocze z własnego dowcipu, a Eliza, zażenowana, wstaje, szykując się do wyjścia.
- Do widzenia.
- Do widzenia, pani Elizo.
Narratorka
Biedna ta nasza Elizka! Jeszcze o tym nie wie, ale już coś przeczuwa. Nigdy wcześniej nie była wychowawcą kolonijnym, lecz czy trzeba być wielbłądem, żeby wiedzieć, jak sucho jest na pustyni? Czy trzeba być wroną, żeby wykrakać sobie przyszłość? Czy trzeba być naiwną, nieasertywną kobietą, kiedy można nią nie być?
Elizko! Wpakowałaś się nawet nie jak przysłowiowa śliwka w kompot, ale jak melon.
Cały rok czekasz na wakacje, żeby odpocząć od dzieciaków i hałasu. Cały rok marzysz o letnim urlopie. Wypatrujesz go jak kania dżdżu, a kiedy nadchodzi, dajesz się wkręcić w niewolniczą pracę za symboliczny tysiąc złotych. Elizkooooo! Ty sama się prosisz o katastrofę!
I żeby nie było, że nie uprzedzałam. Uprzedzam. Czarno na białym.