Ciało pedagogiczne - Ewelina Gierasimiuk-Merta

-
Proszę czekać

Słowo wstępu

Wejdź­my w tę opo­wieść od środ­ka. Po­cząt­ki i tak zwy­kle są ba­nal­ne albo zbyt wy­bu­cho­we, pstro­ka­te i tan­det­ne. Jak syl­we­stro­we fa­jer­wer­ki, któ­rych nie zno­szę.

Je­stem tu, by opo­wie­dzieć hi­sto­rię, któ­ra ma kil­ku bo­ha­te­rów, ale pierw­sze skrzyp­ce za­gra Eli­za. Aha, od razu ustal­my, że opo­wieść to­czy się w cza­sie te­raź­niej­szym, mimo iż wia­do­mo, że zda­rzy­ła się w prze­szło­ści, bo ina­czej skąd bym o niej wie­dział czy wie­dzia­ła. Albo niech dzie­je się, jak chce i kie­dy chce, to po­zwo­li na więk­szą swo­bo­dę. Może ustal­my też moją nar­ra­tor­ską płeć. Wie­dział czy wie­dzia­ła? Ży­je­my w cza­sach, kie­dy naj­le­piej nie wie­dzieć, ale ja bym się jed­nak upie­rał, upie­ra­ła, żeby tę kwe­stię upo­rząd­ko­wać. Za­tem przyj­mu­ję płeć żeń­ską, choć­by po to, żeby za­dość­uczy­nić la­tom dys­kry­mi­no­wa­nia, upo­ka­rza­nia, spy­cha­nia do ga­rów ca­łej rze­szy ko­biet. Nie, rze­sza źle się ko­ja­rzy. Ca­łym po­ko­le­niom ko­biet. Pra­ba­bek, ba­bek, ma­tek, có­rek.

Do­brze, di­da­ska­lia usta­lo­ne, idź­my da­lej. Hi­sto­ria ma fi­nał w sty­lu hap­py end, cze­go za­pew­ne nie po­win­nam zdra­dzać na pierw­szej stro­nie, ale prze­cież już się zo­rien­to­wa­li­ście, że nie je­stem ty­po­wą oso­bą nar­ra­tor­ską. To zna­czy, nie je­stem ty­po­wą nar­ra­tor­ką. Na­wet nie pa­mię­tam, że kil­ka zdań wcze­śniej moja płeć zo­sta­ła usta­lo­na. Jako nar­ra­tor­ka aty­po­wa uprze­dzam z góry. A na­wet z gór, bo stąd ta hi­sto­ria.

Eli­za jest na­uczy­ciel­ką. Wy­bra­ła so­bie za­wód jako stu­dent­ka fi­lo­lo­gii an­giel­skiej, nie ba­cząc na sze­ro­ki wa­chlarz in­nych moż­li­wo­ści. Mo­gła zo­stać tłu­ma­czem przy­się­głym, pra­co­wać w kor­po, mo­gła jeź­dzić po świe­cie jako pi­lot wy­cie­czek za­gra­nicz­nych, pra­co­wać w za­gra­nicz­nych kon­sor­cjach, za­ra­biać ko­ko­sy, cho­dzić każ­de­go dnia na szpil­kach i w do­pa­so­wa­nych gar­son­kach, mo­gła wszyst­ko, wszyst­ko! Ale so­bie wy­bra­ła. Wy­bra­ła mi­sję. Tu­dzież pa­sję. Wy­bra­ła pra­cę z dzieć­mi i mło­dzie­żą w wiej­skiej szko­le.

Moja nar­ra­cja chcia­ła­by tu do­rzu­cić swo­je trzy gro­sze, uszczy­pli­wość, po­gar­dę może na­wet, lecz się po­wstrzy­mam, bo wca­le nie jest pew­ne, czy Eli­za to nie moje al­ter ego.

Do­brze, za­czy­naj­my. Tyle że od środ­ka.

1.

Pe­da­go­gicz­ne cia­ło Eli­zy le­d­wie wy­ra­bia­ło na za­krę­tach. U schył­ku maja, mie­siąc przed wa­ka­cja­mi, jej hu­ma­ni­stycz­ny umysł brał się ostro za ma­te­ma­tycz­ne ob­li­cze­nia. Po­zo­sta­ło pięć po­nie­dział­ków z kla­są siód­mą i tyle samo wtor­ków z pierw­sza­ka­mi, czte­ry śro­dy, od­li­cza­jąc Dzień Dziec­ka, kie­dy nie ma za­jęć dy­dak­tycz­nych, czte­ry czwart­ki, mi­nus bo­żo­cia­ło­wy, wol­ny od pra­cy, i czte­ry piąt­ki na świe­tli­cy. W su­mie dwa­dzie­ścia je­den dni, a więc peł­ne trzy ty­go­dnie mę­czar­ni.

- Tyle to damy radę - po­cie­sza ją Ewa, z któ­rą Eli­za jeź­dzi co dru­gi dzień do pra­cy.

Ła­two jej mó­wić. Ma etat lo­go­pe­dy i pra­cu­je z dzieć­mi in­dy­wi­du­al­nie. Nie szar­pie się z dwu­dziest­ką na­sto­lat­ków na­raz. Eli­za też oczy­wi­ście tyl­ko w prze­no­śni, ale jed­nak.

- Naj­gor­sza ta siód­ma kla­sa. Cho­dzę do nich z bó­lem ser­ca, wy­cho­dzę z bó­lem gło­wy, a za rok eg­za­min. Sta­ję na rzę­sach, żeby ich zmo­ty­wo­wać do na­uki, a oni mają to nie po­wiem gdzie.

- W głę­bo­kim po­wa­ża­niu - uści­śla Ewa. - Homo py­ska­tus, nor­mal­na spra­wa w tym wie­ku. Nie po­win­naś brać tego do sie­bie. Wszy­scy na nich na­rze­ka­ją. Roz­wa­la­ją lek­cje na­wet Bart­ko­wi. Może je­dy­nie na hi­sto­rii z dy­rek­to­rem sie­dzą ci­cho.

- I na mat­mie. Nie wiem, jak Ga­bry­sia to robi, ale u niej za­wsze jest ci­sza jak ma­kiem za­siał.

- Lata do­świad­cze­nia. Po trzy­dzie­stym roku pra­cy też wy­ro­bisz so­bie po­zy­cję. - Ewa mru­ga do Eli­zy przy­jaź­nie.

- My­ślisz, że wy­trzy­mam w szkol­nic­twie do eme­ry­tu­ry? Do koń­ca roku szkol­ne­go cięż­ko mi wy­trwać, a co do­pie­ro ko­lej­ne trzy­dzie­ści lat?

- Za­wsze są jesz­cze inne opcje. Skoń­czy­łaś fi­lo­lo­gię an­giel­ską, je­steś kre­atyw­na i masz sze­ro­kie ho­ry­zon­ty: wszę­dzie znaj­dziesz pra­cę.

- Na Pod­ha­lu? Je­dy­nie w tu­ry­sty­ce...

- No i wca­le nie by­ło­by ci źle. Moja szwa­gier­ka na re­cep­cji w Be­lve­de­rze za­ra­bia wię­cej niż my. Bez stu­diów, po tech­ni­kum ho­te­lar­skim, czte­ry i pół na rękę.

- Hm. Może po mia­no­wa­niu też do­bi­je­my do tej kwo­ty.

- Na szczę­ście, póki co, mnie ra­tu­je pry­wat­ny ga­bi­net, a cie­bie ko­re­pe­ty­cje.

Pod­jeż­dża­ją wła­śnie ostro pod górę do jed­nej z naj­wy­żej po­ło­żo­nych pol­skich wsi.

"Na­sze wy­so­kie po­ło­że­nie zo­bo­wią­zu­je" - przy­po­mi­nał czę­sto dy­rek­tor i dzie­cia­kom, i na­uczy­cie­lom, niby to żar­tem, ale wszy­scy wie­dzie­li, że tak na­praw­dę ma prze­rost am­bi­cji i wy­ma­ga od każ­de­go wciąż wię­cej i wię­cej, a naj­le­piej to ab­so­lut­ne­go od­da­nia się pra­cy i na­uce. Chciał błysz­czeć w gmi­nie jak Gwiaz­da Po­lar­na, chwa­ląc się eg­za­mi­na­cyj­ny­mi, bądź in­ny­mi, suk­ce­sa­mi uczniów albo or­ga­ni­zu­jąc even­ty, o któ­rych by się gło­śno i po­chleb­nie mó­wi­ło. Pew­nie dla­te­go, że sam nie miał ro­dzi­ny, spę­dzał w pra­cy całe dnie, w tym i wol­ne so­bo­ty, więc nie mie­ści­ło mu się w gło­wie, że inni mają poza szko­łą ja­kieś ży­cie. Co rusz an­ga­żo­wał pra­cow­ni­ków w po­za­lek­cyj­ne za­ję­cia, za­wo­dy, kon­kur­sy, fe­sty­ny i inne cuda wian­ki. A kie­dy ktoś pró­bo­wał się wy­mi­gi­wać, mniej lub bar­dziej po­my­sło­wy­mi wy­mów­ka­mi, po­sęp­niał i ścią­gał su­ro­wo krza­cza­ste brwi. "Wy­jąt­ko­wo przy­mknę oko, ale na­stęp­nym ra­zem pro­szę pa­mię­tać, że pra­cu­je­my w wy­mia­rze czter­dzie­stu go­dzin ty­go­dnio­wo, a nie tyle, ile jest w pen­sum".

Eli­za mia­ła wra­że­nie, że pra­ca zaj­mu­je jej dużo wię­cej niż czter­dzie­ści go­dzin ty­go­dnio­wo. Gdy­by do­dać do za­jęć dy­dak­tycz­nych te wszyst­kie szko­le­nia, po­sie­dze­nia rady, ze­bra­nia, wy­jaz­dy na kon­kur­sy, tur­nie­je, przy­go­to­wy­wa­nie aka­de­mii, spraw­dza­nie te­stów, przy­go­to­wy­wa­nie się do za­jęć, a przede wszyst­kim my­śle­nie o szko­le, to wy­szło­by sie­dem­dzie­siąt go­dzin jak nic.

- Po­go­da dzi­siaj wy­ma­rzo­na na wy­ciecz­kę w góry, a nie na sie­dze­nie w mu­rach szko­ły. - Eli­za po­dzi­wia pa­no­ra­mę Tatr. Przej­rzy­stość jest ide­al­na. Ska­li­ste grzbie­ty są pięk­nie oświe­tlo­ne przez co­raz moc­niej grze­ją­ce słoń­ce. - Do­brze, że przy­naj­mniej wi­do­ki mamy ba­jecz­ne.

- Fakt. Chy­ba tyl­ko dla tych wi­do­ków na­dal tu pra­cu­ję. - Ewa skrę­ca na szkol­ny par­king.

- No cóż, trze­ba za­cząć ten dzień. - Eli­za od­pi­na pas i wy­sia­da z czer­wo­ne­go Su­zu­ki, któ­re Ewa na­zwa­ła Ste­fa­nem. - Dzię­ki za pod­wie­zie­nie na plac boju!

- Dzień do­bry! - wi­ta­ją się grzecz­nie dzie­cia­ki z młod­szych klas. Za to star­si, zwłasz­cza ósmo­kla­si­ści, mi­ja­ją na­uczy­ciel­ki w po­sęp­nym mil­cze­niu. Ob­ra­że­ni na cały świat, zbun­to­wa­ni na­sto­lat­ko­wie. Homo py­ska­tus, jak na­zy­wa ich Ewa.

- Lecę szyb­ciej, bo mam dy­żur w szat­ni. - Eli­za za­rzu­ca na ra­mię cięż­ką od szkol­nych szpar­ga­łów to­reb­kę. - Do zo­ba­cze­nia póź­niej.

- Pa, mi­łe­go dnia, mimo wszyst­ko.

Eli­za czu­je w cie­le na­ra­sta­ją­ce na­pię­cie. Ści­śnię­te gar­dło, przy­spie­szo­ny od­dech. Stre­su­je się bez wy­raź­ne­go po­wo­du. I tak pra­wie każ­de­go ran­ka od trzech lat. Zde­cy­do­wa­ła się na pra­cę w szko­le, bo wy­da­wa­ło się jej, że ma do tego dryg. Na stu­diach, pod­czas prak­tyk, za­ję­cia z dzieć­mi da­wa­ły jej dużo sa­tys­fak­cji i czu­ła, że jest na wła­ści­wym miej­scu. Me­to­dycz­ka, pod okiem któ­rej pi­sa­ła pra­cę ma­gi­ster­ską, nie mo­gła się jej na­chwa­lić. "Pani Eli­zo, pani od­mie­ni ob­li­cze szko­ły" - ma­wia­ła z nie­uda­wa­ną apro­ba­tą. Eli­za rze­czy­wi­ście mia­ła no­wa­tor­skie po­my­sły, a me­to­dy ak­ty­wi­zu­ją­ce to był jej ko­nik. Wcho­dzi­ła na za­ję­cia z sze­ro­kim uśmie­chem i za­ra­ża­ła dzie­cia­ki en­tu­zja­zmem do pra­cy.

Co się na­gle od­mie­ni­ło, kie­dy do­sta­ła etat i umo­wę na sta­łe? Tym bar­dziej po­win­na czuć się bez­piecz­nie. Nie­zmien­na pen­sja, umo­wa na czas nie­okre­ślo­ny, wa­ka­cje dłuż­sze, niż mia­ła­by, pra­cu­jąc w ja­kiejś kor­po­ra­cji czy choć­by w tu­ry­sty­ce, więc co jest nie tak? Tym bar­dziej że po­dej­mu­jąc tę pra­cę, prze­pro­wa­dzi­ła się do Za­ko­pa­ne­go, w samo ser­ce Pod­ha­la, do któ­re­go od dziec­ka mia­ła sen­ty­ment. Nie to, żeby lu­bi­ła gó­ralsz­czy­znę, wręcz prze­ciw­nie, ale bli­skość gór, tego cudu na­tu­ry, wy­da­wa­ła się ar­gu­men­tem za. Za spa­ko­wa­niem wa­li­zek, za wy­pro­wadz­ką od ro­dzi­ców, za wy­na­ję­ciem ma­leń­kiej ka­wa­ler­ki, na któ­rą było ją stać dzię­ki udzie­la­nym po­po­łu­dnia­mi ko­re­pe­ty­cjom, no i w koń­cu za sta­wie­niem się pierw­sze­go wrze­śnia trzy lata wcze­śniej na uro­czy­ste roz­po­czę­cie roku szkol­ne­go w wiej­skiej szko­le w Trzo­now­cu Gór­nym.

"Jak ja­kaś Si­łacz­ka" - do­ga­dy­wał jej rok star­szy brat, kie­dy oznaj­mi­ła w domu, że wy­jeż­dża do pra­cy w góry. "By­le­byś tyl­ko nie skoń­czy­ła jak ona".

"Przy­naj­mniej nie na gar­nusz­ku u ro­dzi­ców jak ty, bra­cisz­ku. Bio­rę ster we wła­sne ręce" - od­gry­zła mu się.

"To że­gluj tam, hej, po Mor­skim Oku, he, he".

Pa­weł jest sar­ka­stycz­nym, prze­mą­drza­łym cwa­niacz­kiem, ale ko­cha go bar­dzo i to do nie­go dzwo­ni w chwi­lach zwąt­pie­nia czy sła­bo­ści. Przed ro­dzi­ca­mi gra sil­ną i pew­ną swej de­cy­zji, sa­mo­dziel­ną, nie­za­leż­ną cór­kę.

Kie­dy zna­la­zła w Za­ko­pa­nem miesz­ka­nie do wy­na­ję­cia, w sta­rym blo­ku na uli­cy Ka­spro­wi­cza, czu­ła pod­eks­cy­to­wa­nie. Wresz­cie sa­mo­dziel­ność, wła­sne de­cy­zje, sa­mo­sta­no­wie­nie. I przez kil­ka pierw­szych mie­się­cy po­zo­sta­wa­ła na tym hor­mo­nal­nym haju, więc co się na­gle sta­ło, że już ani nie­za­leż­ność, ani by­cie so­bie ste­rem, że­gla­rzem i całą resz­tą nie da­wa­ło jej ra­do­ści?

- Dzień do­bry, pani Eli­zo!

- A dzień do­bry.

Woź­na Bo­żen­ka try­ska ener­gią mimo swo­ich chy­ba stu lat. Jak ci lu­dzie to ro­bią? - za­sta­na­wia się Eli­za, prze­mie­rza­jąc ko­ry­tarz szat­ni w tę i we w tę. Ręce skrzy­żo­wa­ne na pier­siach jak ja­kiś ge­ne­rał. Po­dob­no to po­zy­cja za­mknię­cia, nie­chę­ci, ale i obro­ny oraz pró­by uspo­ko­je­nia.

Jesz­cze tyl­ko sześć i pół go­dzi­ny i będę wra­cać do domu - Eli­za li­czy w my­ślach. Spo­koj­nie, dasz radę, za­wsze da­jesz.

Pięt­na­sto­mi­nu­to­wy dy­żur wresz­cie się koń­czy. Rów­no z dzwon­kiem Eli­za po­win­na z pod­ziem­nej szat­ni te­le­por­to­wać się na trze­cie pię­tro, gdzie ma pierw­szą lek­cję z "dro­biem", jak żar­to­bli­wie na­zy­wa ich pan Kru­czek od in­for­ma­ty­ki. Bie­gnie po dwa scho­dy, żeby dzie­cia­ki jak naj­szyb­ciej wpu­ścić do kla­sy. Ina­czej roz­nio­są całe pię­tro. Sły­szy ich wrza­ski już w po­ło­wie dru­gie­go. Kil­ka ma­muś od­pro­wa­dza­ją­cych swo­je dzie­ci pod samą salę nie­cier­pli­wie prze­stę­pu­je z nogi na nogę, wy­pa­tru­jąc wiecz­nie spóź­nia­ją­cej się pani Eli­zy. Skąd mogą wie­dzieć, że to prze­bież­ka z dy­żu­ru do kla­sy przez trzy pię­tra jest po­wo­dem spóź­nień, a nie lek­ce­wa­żą­cy sto­su­nek do pra­cy. Opie­sza­łość le­piej się ko­ja­rzy z pra­cą na­uczy­cie­li, tych dar­mo­zja­dów, leni i nie­ro­bów.

- Dzień do­bry - kła­nia się wszyst­kim Eli­za i uśmie­cha prze­pra­sza­ją­co.

- Pro­szę pani, Kac­per po­wie­dział, że mi przy­pier­do­li, a to jest prze­kleń­stwo. Nie wol­no tak prze­kli­nać, praw­da, pani?

- To nie ja po­wie­dzia­łem, że mu przy­pier­do­lę, tyl­ko An­tek!

- Mam dla pani laur­kę.

- O, dzię­ku­ję, Ma­dziu. Sit down, ple­ase!

- Przy­pnie pani do ta­bli­cy?

- Póź­niej, Ma­dziu, te­raz za­cznie­my lek­cję. Sit down, eve­ry­one!

Kie­dy wresz­cie wszy­scy sie­dzą, Eli­za wita się po an­giel­sku i... każe dzie­ciom wstać. Śpie­wa z nimi parę pio­se­nek ru­cho­wych, ja­kieś Head and sho­ul­ders, My lit­tle fin­ger i inne If you're hap­py i czu­je, że po­wo­li ustę­pu­je z niej na­pię­cie. Sko­ro dzień się za­czął, to się po­to­czy, aż w koń­cu mi­nie ostat­nia lek­cja i wszyst­ko bę­dzie do­brze.

- Dla­cze­go nie ko­lo­ru­jesz? - Eli­za po­chy­la się nad ru­dym Ja­siem.

- Nie chce mi się.

- Z ko­lo­ro­wych ćwi­czeń bę­dzie ci się przy­jem­niej uczyć.

- Nie lu­bię się uczyć.

- A co lu­bisz ro­bić?

- Cho­dzić z dziad­kiem na ba­ców­kę - wtrą­ca się wszyst­ko­wie­dzą­ca Ola. - Ja­siek lubi wy­łącz­nie owce. Mó­wił, że bę­dzie bacą i nie musi znać an­giel­skie­go, bo owce nie mó­wią po an­giel­sku.

- Aha. - Eli­za od­pusz­cza i da­lej prze­cha­dza się mię­dzy ław­ka­mi, pod­pa­tru­jąc, jak dzie­ci wy­ko­nu­ją za­da­nia.

Nie ma dziś siły na po­zy­tyw­ne czy ja­kie­kol­wiek inne mo­ty­wo­wa­nie przy­szłych ba­ców. To naj­bar­dziej za­twar­dzia­łe i upar­te przy­pad­ki. Nie uczą się, bo po co. "Z owca­mi po an­giel­sku ga­dać nie będę". Eli­za zna tę ar­gu­men­ta­cję, sły­sza­ła ją od nie­jed­ne­go Jaś­ka czy Józ­ka. A niech­że kul­ty­wu­ją ro­dzin­ną tra­dy­cję, co jej do tego. Jest maj, sama by z chę­cią po­sie­dzia­ła na ha­lach i po­li­czy­ła pa­są­ce się owce. Nie­ko­niecz­nie po an­giel­sku.

- Mam po­mysł! - Eli­za uśmie­cha się do dzie­ci. - Na na­stęp­nej lek­cji utrwa­la­my licz­by, więc każ­dy bę­dzie li­czyć to, co lubi naj­bar­dziej.

- Ja po­cią­gi! - wrzesz­czy Kac­per.

- Ja kot­ki! - wtó­ru­je Ola.

- Ja owce - oży­wia się Jaś, któ­ry po­dob­no nie po­trze­bu­je an­giel­skie­go do szczę­ścia.

- Świet­nie. Przy­go­tuj­cie ry­sun­ki ze swo­imi ulu­bień­ca­mi albo przy­nie­ście re­kwi­zy­ty i zro­bi­my test z liczb.

- Do­sta­nę szóst­kę - cie­szy się za­wcza­su Ola.

- Mam na­dzie­ję, że wszy­scy do­sta­nie­cie. - Eli­za znów sze­ro­ko się uśmie­cha. - Uwa­ga, pora się po­że­gnać. Stand up and let's sing our "Go­od­bye song".

Rów­no z dzwon­kiem na prze­rwę wy­brzmie­wa ostat­nie bye, bye. Dzie­cia­ki wy­la­tu­ją jak z ka­ta­pul­ty na ko­ry­tarz. Eli­za znów dy­żu­ru­je. Tym ra­zem w to­tal­nym ha­ła­sie, któ­ry tyl­ko kla­sy pierw­sze po­tra­fią uczy­nić. Na dru­gim koń­cu ko­ry­ta­rza wi­dzi Ka­ro­li­nę, szkol­ną psy­cho­loż­kę. Ma­cha na po­wi­ta­nie, ale na­wet nie pod­cho­dzi. W tym ha­ła­sie i tak nie za­mie­nią ani sło­wa.

Dru­ga lek­cja to jej ulu­bień­cy, szó­sta A. Przy­naj­mniej chwi­lę od­pocz­nie, a może na­wet uda jej się usiąść, bo przy pierw­sza­kach to ani mowy nie ma. Cały czas py­ta­nia, proś­by o po­dej­ście, tań­ce, hu­lan­ka, swa­wo­la, no i wzmo­żo­na czuj­ność, czy ktoś ko­muś czymś aku­rat oka nie wy­bi­ja.

- Good mor­ning, eve­ry­one!

- Good mor­ning, te­acher!

Szó­sta A to kla­sa pani Ga­bry­si. Zdy­scy­pli­no­wa­ni, ale i sym­pa­tycz­ni. Na­praw­dę faj­ny, zgra­ny ze­spół. W do­dat­ku kil­ka bar­dzo am­bit­nych uczniów, któ­rzy ni­czym lo­ko­mo­ty­wy cią­gną resz­tę na­przód. Gdy­by wszyst­kie kla­sy były tak uło­żo­ne, ta pra­ca fak­tycz­nie by­ła­by przy­jem­na. Czło­wiek się tu ni­g­dy nie de­ner­wu­je i nie spa­la. Moż­na po pro­stu uczyć.

- Pro­szę pani, na dzi­siaj były scen­ki - przy­po­mi­na jed­na z dziew­czyn.

- I re­mem­ber. Are you re­ady to start?

- Cer­ta­in­ly.

I to ro­zu­miem - my­śli Eli­za i po­ma­ga chło­pa­kom za­aran­żo­wać sce­nę do za­da­nych na po­przed­nich za­ję­ciach etiud. Prze­su­wa­nie ła­wek nie oby­wa się bez lek­kie­go ru­mo­ru, na któ­ry od razu re­agu­je wi­ce­dy­rek­tor­ka. Wpa­da do sali z od­wiecz­nym: "Co tu się dzie­je?".

- Przy­go­to­wu­je­my się do od­gry­wa­nia sce­nek - wy­ja­śnia Eli­za, lecz z gulą w gar­dle, jak­by przy­ła­pa­no ją na ja­kimś bra­ku kom­pe­ten­cji albo nie­do­peł­nie­niu obo­wiąz­ków, albo i na mor­der­stwie ze szcze­gól­nym okru­cień­stwem

- To pro­szę ci­szej, bo ja za ścia­ną wszyst­ko sły­szę.

Szó­sta A pa­trzy na pa­nią Eli­zę z nie­mym współ­czu­ciem. Nie zno­szą wi­ce­dy­rek­tor­ki, o czym nie raz gło­śno mó­wi­li. Nie ma dnia, żeby się do cze­goś nie przy­cze­pi­ła. Za­miast po­chwa­lić za kre­atyw­ne za­ję­cia, za­an­ga­żo­wa­nie uczniów, nie­stan­dar­do­we me­to­dy na­ucza­nia, to za­wsze "co tu się dzie­je" i "pro­szę ci­szej, bo ja wszyst­ko sły­szę". Cie­ka­we, czy usły­sza­ła póź­niej, jak dzie­cia­ki świet­nie ode­gra­ły role, wcie­la­jąc się w kel­ne­rów i go­ści re­stau­ra­cji. Eli­za aż biła bra­wo każ­dej z grup. Są ab­so­lut­nie re­we­la­cyj­ni. Na­wet cho­ro­bli­wie nie­śmia­ły Ka­mil dał radę.

- I'm re­al­ly pro­ud of you - chwa­li na ko­niec lek­cji na­uczy­ciel­ka, hoj­nie wpi­su­jąc szóst­ki do Li­bru­sa. - Your En­glish is al­most per­fect.

Wszyst­ko­wie­dzą­ca nar­ra­tor­ka

No, mu­szę się wtrą­cić, bo prze­cież je­śli bę­dzie­my tak skru­pu­lat­nie opi­sy­wać lek­cję za lek­cją, to ta hi­sto­ria roz­wle­cze się na sie­dem­set stron, a któż te­raz czy­ta ta­kie opa­słe to­mi­ska? Czy nie wy­star­czy po­wie­dzieć, że na­sza nie­złom­na Eli­za, czy też Eli­za Nie­złom­na, ma prze­chla­pa­ne w swo­jej nędz­nej pra­cy, i po­sta­wić krop­kę? (A sama sta­wiam znak za­py­ta­nia). Dy­rek­tor na smy­czy pani wójt, o któ­rej tu jesz­cze bę­dzie spo­ro, wi­ce­dy­rek­tor­ka zoł­za, kla­sa pierw­sza peł­na oszo­ło­mów, kla­sa szó­sta A ma­rze­nie de­ka­pi­to­wa­nej gło­wy. Aha, i jesz­cze prze­stę­pu­ją­ce z nogi na nogę znie­cier­pli­wio­ne ma­muś­ki, któ­re bę­dąc fry­zjer­ka­mi, re­cep­cjo­nist­ka­mi, urzęd­nicz­ka­mi, w każ­dym ra­zie nie­bę­dą­ce na­uczy­ciel­ka­mi, kry­tycz­nie przy­glą­da­ją­ce się zbyt po­wol­ne­mu sprin­to­wi Eli­zy z dy­żu­ru w szat­ni na trze­cie pię­tro. Ot, i pierw­sza część hi­sto­rii w pi­guł­ce. Naj­le­piej w pi­guł­ce na mi­gre­nę, bo z ta­kąż wła­śnie Eli­za opusz­cza mury szko­ły tam­te­go zwy­czaj­ne­go dnia, jed­ne­go z wie­lu do sie­bie po­dob­nych.

Aha, może do­rzu­cę jesz­cze rów­nie zwię­złą cha­rak­te­ry­sty­kę na­szej bo­ha­ter­ki, bo pew­nie chcie­li­by­ście jako czy­tel­ni­cy mieć na jej te­mat ja­kieś więk­sze wy­obra­że­nie. Sku­pię się za­le­d­wie na fi­zjo­no­mii, bo oso­bo­wość dało się już nie­co po­znać (lę­kli­wa, ma­so­chi­stycz­na, in­tro­wer­tycz­na i tak da­lej). A za­tem - Eli­za nie na­le­ży do wy­so­ko­ro­słych, ale nie jest też ni­ska. Taka w sam raz, jak na moje oko. Szczu­pła, a na­wet uzna­ła­bym, że zgrab­na, cho­ciaż cięż­ko to za­ob­ser­wo­wać, bo naj­czę­ściej wkła­da luź­ne ko­szul­ki lub tu­ni­ki do dżin­sów, a więc sta­wia na wy­go­dę, a nie pod­kre­śla­nie swo­je­go sex ap­pe­alu. Ja­sne wło­sy do ra­mion, za­zwy­czaj roz­pusz­czo­ne, lek­ko fa­li­ste. Oczy nie­bie­skie, sztucz­nych rzęs brak, pa­znok­cie bez tip­sów, krót­ko ob­cię­te, nie­kie­dy po­cią­gnię­te ja­snym la­kie­rem. W uszach ma­leń­kie kol­czy­ki, na szyi de­li­kat­ny, srebr­ny łań­cu­szek, jako pa­miąt­ka po eks­chło­pa­ku, któ­re­go zo­sta­wi­ła w ro­dzin­nym Za­wier­ciu, kie­dy pod­ję­ła de­cy­zję o prze­pro­wadz­ce w góry. Zna­ków szcze­gól­nych brak. Bu­zia przy­jem­na, sym­pa­tycz­na, może na­wet i ład­na - cho­ciaż Eli­za ni­g­dy o so­bie tak nie mówi - rzad­ko tknię­ta ko­sme­ty­ka­mi do ma­ki­ja­żu, poza tu­szem do rzęs (nie sztucz­nych, pod­kre­ślam). Pod­su­mo­wu­jąc: moc­ne osiem na dzie­sięć (ale kim ja je­stem, żeby oce­niać?).

2.

Za­ko­pa­ne w maju jest tak samo za­tło­czo­ne jak w każ­dym in­nym mie­sią­cu. No, może po­nu­ry li­sto­pad i nie­zde­cy­do­wa­ny kwie­cień ple­cień od­bie­ga­ją nie­co od tej nor­my, ale ge­ne­ral­nie zi­mo­wa sto­li­ca Pol­ski jest dla tu­ry­stów atrak­cyj­na nie tyl­ko zimą.

Eli­za już przy­wy­kła do ru­chli­wo­ści mia­stecz­ka i nie zży­ma­ła się ani na kor­ki na uli­cach, ani na ko­lej­ki do kas w Li­dlu czy Bie­dron­ce. Po pro­stu tak jest i ko­niec. Le­piej nie bę­dzie, zwłasz­cza że otwar­to nie­daw­no nową za­ko­pian­kę.

- Pro­szę dzie­sięć pla­ster­ków po­lę­dwi­cy so­poc­kiej i dzie­sięć pla­ster­ków edam­skie­go z Mo­niek. - Eli­za tym ra­zem robi za­ku­py w osie­dlo­wych de­li­ka­te­sach, żeby za­osz­czę­dzić na cza­sie, choć nie­ko­niecz­nie na ce­nach. Za dzie­sięć mi­nut ma ko­re­pe­ty­cje z dwój­ką li­ce­ali­stów. Ner­wo­wo zer­ka na ze­ga­rek, mar­twiąc się, że nie zdą­ży.

- Coś jesz­cze? - Eks­pe­dient­ka z im­pe­tem kła­dzie na ladę po­kro­jo­ną wę­dli­nę.

- Nie, dzię­ku­ję.

Eli­za wrzu­ca do ko­szy­ka dwie mlecz­ne cze­ko­la­dy i kru­che wa­fel­ki, a przy sa­mej ka­sie do­kła­da czte­ry Prin­ce Polo, bo aku­rat są w pro­mo­cji.

- Czter­dzie­ści osiem pięć­dzie­siąt - pod­li­cza ka­sjer.

Eli­za pła­ci kar­tą i bie­giem ru­sza do miesz­ka­nia. Ucznio­wie już cze­ka­ją pod blo­kiem.

- Dzień do­bry - kła­nia­ją się grzecz­nie.

- Dzień do­bry, chy­ba się nie spóź­ni­łam, co?

- Nie, jest za pięć, tyl­ko mama nas wcze­śniej pod­wio­zła.

- Aha. To za­pra­szam.

Eli­za idzie przo­dem, żeby wstu­kać kod do drzwi. Miesz­ka­nie jest na par­te­rze. Ma­lut­ka ka­wa­ler­ka z anek­sem ku­chen­nym. Za­nim mło­dzi roz­bio­rą się z kur­tek, Eli­za ma czas na roz­pa­ko­wa­nie za­ku­pów i umy­cie rąk. Mimo że bur­czy jej w brzu­chu, z obia­dem musi się wstrzy­mać przez dwie go­dzi­ny, bo za­raz po li­ce­ali­stach przy­cho­dzi Ma­ry­sia z czwar­te­go pię­tra na przy­go­to­wa­nie do eg­za­mi­nu ósmo­kla­si­sty.

- Okay, let's be­gin!

Cała trój­ka za­sia­da za sto­łem, któ­ry stoi na środ­ku po­ko­ju. Bra­cia bliź­nia­cy nie są zbyt wy­ma­ga­ją­cy­mi klien­ta­mi. Bez ocze­ki­wań i bez rosz­czeń. I bez py­tań. Po­słusz­nie wy­ko­nu­ją wszyst­kie ćwi­cze­nia, któ­re Eli­za im pod­su­wa. Je­dy­ny pro­blem z nimi jest taki, że wsty­dzą się mó­wić po an­giel­sku. Dla­te­go Eli­za gada za trzech. Niech się przy­naj­mniej osłu­chu­ją.

Po go­dzi­nie zo­sta­wia­ją na sto­le sześć­dzie­siąt zło­tych, grzecz­nie się że­gna­ją i ustę­pu­ją miej­sca Ma­ry­si, któ­ra wła­śnie dzwo­ni do drzwi.

Mija ko­lej­na go­dzi­na. Tym ra­zem to Eli­zie trud­no dojść do gło­su, bo Ma­ry­sia ma mi­lion rze­czy do opo­wie­dze­nia. Szko­da tyl­ko, że nie po an­giel­sku.

- A wie pani, co dzi­siaj chło­pa­ki od­wa­li­li u nas na WOS-ie?

- No, I don't.

- Na­sza pani pi­sa­ła no­tat­kę na ta­bli­cy, a taki Pio­trek z ADHD wy­sko­czył przez okno.

- What?

- No, se­rio. Wy­sko­czył, a bab­ka się na­wet nie po­ka­po­wa­ła.

- Oh my god.

- Ale to było na par­te­rze, więc lu­zik. Ale naj­lep­sze po chwi­li. Ktoś puka do drzwi, pani mówi "pro­szę" i wcho­dzi Pio­trek. Wszy­scy mają bekę, a bab­kę za­mu­ro­wa­ło. W ogó­le nie sku­ma­ła, o co ka­man.

- And what did she do? - Eli­za cały czas pró­bu­je prze­my­cać na­miast­kę an­giel­skie­go, w koń­cu za to jej pła­cą ro­dzi­ce Ma­ry­si, a nie za po­ga­dusz­ki o pier­do­łach.

- Za­go­to­wa­ła się i we­zwa­ła dy­rek­tor­kę. To zna­czy wy­sła­ła prze­wod­ni­czą­cą, taką Ani­tę, po dy­rek­tor­kę, ale Ani­ta po chwi­li wra­ca i mówi, że dy­rek­tor­ka jest za­ję­ta i nie może przyjść, ale tak na­praw­dę Ani­ta była tyl­ko w ki­blu, a nie u dy­rek­tor­ki. I znów wszy­scy leją, a bab­ka od WOS-u już pra­wie pła­cze. Nor­mal­nie cyrk. U pani w tym Trzo­now­cu też ta­kie jaja?

- Luc­ki­ly, no.

- No, u nas to gru­bo. A na che­mii...

Eli­za dys­kret­nie zie­wa. Ma­rzy o go­to­wa­nym ka­la­fio­rze pod­sma­żo­nym na ma­seł­ku, po­sy­pa­nym buł­ką tar­tą. Ależ jest głod­na. Ostat­ni po­si­łek ja­dła kwa­drans po po­łu­dniu, na dłu­giej prze­rwie, ja­kąś małą ka­na­pecz­kę z szyn­ką. Do­cho­dzi sie­dem­na­sta!

- ...i go­ściu do­stał uwa­gę, dwu­dzie­stą ósmą w tym pół­ro­czu.

- Okay, Mary, that's all for to­day. See you next Mon­day.

- Mama mó­wi­ła, że poda pani ka­skę przy oka­zji. Może być?

- Sure, don't wor­ry. Bye.

- Do wi­dze­nia, faj­nie się ga­da­ło. Bye, pani Eli­zo!

Uff, wresz­cie. Eli­za pada na twarz, lecz na szczę­ście tyl­ko idio­ma­tycz­nie, bo li­te­ral­nie to idzie dwa kro­ki do kuch­ni (da­le­ko nie ma, co jest je­dy­nym plu­sem tak ma­leń­kie­go miesz­kan­ka) i przy­go­to­wu­je so­bie obiad. W mię­dzy­cza­sie od­bie­ra te­le­fon od mamy, za­pew­nia, że wszyst­ko u niej w po­rząd­ku, dru­ku­je na ju­tro spraw­dzia­ny dla kla­sy siód­mej, bie­gnie do to­a­le­ty za po­trze­bą (też da­le­ko biec nie musi), przy­pa­la ka­la­fior, prze­kli­na siar­czy­ście (ale po an­giel­sku, więc to się nie li­czy), aż w koń­cu może za­siąść do sto­łu i na­peł­nić żo­łą­dek, któ­ry już zdą­żył przy­kle­ić się chy­ba do krę­go­słu­pa. Żeby nie jeść w ci­szy, włą­cza pod­cast na te­mat szko­dli­wo­ści spo­ży­wa­nia wę­glo­wo­da­nów. Roz­mo­wa o cu­krach jest na tyle wcią­ga­ją­ca, że to­wa­rzy­szy jej rów­nież pod­czas de­se­ru i ani się czło­wiek obej­rzy, a cała pacz­ka wa­fel­ków zni­ka.

O osiem­na­stej Eli­za wra­ca men­tal­nie do pra­cy. Od­pa­la Li­bru­sa i od­pi­su­je na wia­do­mo­ści ro­dzi­com uczniów. "Chcia­łam za­py­tać, dla­cze­go moja cór­ka ma wpi­sa­ną trój­kę z kart­ków­ki, sko­ro dzi­siaj po­pra­wi­ła na czwór­kę?", "Pro­szę uspra­wie­dli­wić Ery­ka na ostat­niej lek­cji, bo wpi­sa­ła mu pani nie­obec­ność, a prze­cież zwal­nia­łam go u wy­cho­waw­cy", "Ma­ciek do­stał od pani uwa­gę ne­ga­tyw­ną, a mówi mi, że był grzecz­ny. Chcia­łam się do­wie­dzieć, za co w ta­kim ra­zie ta uwa­ga", i tak da­lej, i tak da­lej.

Od kie­dy na­sta­ły cza­sy dzien­ni­ków elek­tro­nicz­nych, licz­ba ak­tyw­nych ro­dzi­ców po­dwo­iła się albo i po­tro­iła. W każ­dym ra­zie py­ta­nia, rosz­cze­nia i pre­ten­sje zwie­lo­krot­ni­ły się zna­czą­co. Eli­za cier­pli­wie i uprzej­mie od­po­wia­da, bo wie, że je­śli tego nie zro­bi, ko­lej­na wia­do­mość od ro­dzi­ców zo­sta­nie skie­ro­wa­na już nie do niej, a pro­sto do dy­rek­cji albo i sa­me­go ku­ra­to­rium. I to w for­mie skar­gi.

Po dwu­dzie­stej przy­cho­dzi wia­do­mość na Mes­sen­ge­ra. Eli­za zer­ka na te­le­fon.

- Oczy­wi­ście - mru­czy po­iry­to­wa­na pod no­sem.

Wi­ce­dy­rek­tor­ka uak­tyw­nia się na gru­pie na­uczy­cie­li naj­czę­ściej w go­dzi­nach wie­czor­nych, a naj­chęt­niej w go­dzi­nach wie­czor­nych w week­end. Tym ra­zem też in­for­ma­cja nie­cier­pią­ca zwło­ki: "Przy­po­mi­nam, że w przy­szłym ty­go­dniu w śro­dę na trze­ciej lek­cji od­bę­dzie się krót­ki apel".

Eli­zę aż świerz­bią pal­ce, żeby od­pi­sać: czy nie dało się tej in­for­ma­cji prze­ka­zać ju­tro w szko­le? Czy ko­niecz­nie trze­ba za­kłó­cać lu­dziom wol­ny wie­czór? Czy my, do cho­le­ry, mamy ja­kieś noc­ne dy­żu­ry i mamy być w go­to­wo­ści dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny na dobę sie­dem dni w ty­go­dniu? Ja­sne, mo­gła­by wy­łą­czyć po­wia­do­mie­nia, nie re­ago­wać na wia­do­mo­ści przy­sy­ła­ne poza dro­gą służ­bo­wą, ale woli być do­in­for­mo­wa­na, niż coś prze­oczyć. Nie zej­dzie z kla­są punk­tu­al­nie na apel w śro­dę w przy­szłym ty­go­dniu i za­raz zro­bi się bu­rza w szklan­ce wody. Ech.

Nar­ra­tor­ka

Daj­my Eli­zie wresz­cie chwi­lę wy­tchnie­nia po mę­czą­cym, choć nie­róż­nią­cym się zbyt­nio od in­nych, dniu. Niech do­ko­na wie­czor­nych ry­tu­ałów (mi­niy­oga z psem gło­wą w dół, pięć­dzie­siąt brzusz­ków, go­rą­cy prysz­nic, pe­eling na twarz, od­ci­nek se­ria­lu na Net­fli­xie, my­cie zę­bów, pró­by za­śnię­cia, aż w koń­cu i upra­gnio­ny sen), a my na­zwij­my tu pew­ne spra­wy po imie­niu.

Ży­cie za­wo­do­we na­szej bo­ha­ter­ki: fru­stra­cja.

Ży­cie pry­wat­ne: zni­ko­me.

Przy­szłość: nie­zbyt świe­tla­na.

Cho­ciaż... to prze­cież do­pie­ro kil­ka­na­ście stron po­wie­ści. Daj­my Eli­zie czas na dru­gą szan­sę.

(A bo­ha­te­rom dru­go­pla­no­wym na po­ka­za­nie dru­giej twa­rzy, bo cza­sem prze­cież po­zo­ry tak bar­dzo mylą, praw­da?)

3.

W każ­dy pierw­szy wto­rek mie­sią­ca od­by­wa się spo­tka­nie rady pe­da­go­gicz­nej. Ale po­nie­waż zbli­ża się ko­niec roku szkol­ne­go, to w czerw­cu będą aż trzy. Pierw­sza na otwar­cie mie­sią­ca, żeby tra­dy­cji sta­ło się za­dość i żeby dy­rek­tor mógł so­bie po­opo­wia­dać far­ma­zo­ny. Dru­ga, kla­sy­fi­ka­cyj­na, kil­ka dni przed roz­da­niem świa­dectw. I trze­cia, pod­su­mo­wu­ją­ca, kie­dy cała po­pu­la­cja śmie twier­dzić, że na­uczy­cie­le mają dwa mie­sią­ce wa­ka­cji, czy­li tyle co dzie­ci.

- Przy­po­mi­nam pań­stwu o ta­jem­ni­cy rady pe­da­go­gicz­nej - za­czy­na dy­rek­tor Wi­śniew­ski, a na­stęp­nie od­czy­tu­je dłu­gi pro­to­kół z po­przed­nie­go po­sie­dze­nia.

Eli­za po sied­miu dzi­siej­szych lek­cjach, w tym z kosz­mar­ną kla­są siód­mą, i po za­stęp­stwie na świe­tli­cy wy­ła­pu­je co dzie­sią­te sło­wo. Po­tem ma­chi­nal­nie pod­no­si rękę, żeby za­gło­so­wać tak jak wszy­scy, jed­no­myśl­nie, za przy­ję­ciem pro­to­ko­łu i spo­glą­da na ścien­ny ze­gar. Boże, do­pie­ro dwa­dzie­ścia po trze­ciej, chy­ba znio­sę tu jajo - my­śli.

- Chciał­bym pań­stwu uświa­do­mić, że na­uczy­ciel pra­cu­je czter­dzie­ści go­dzin w ty­go­dniu i przez tyle po­zo­sta­je do dys­po­zy­cji, dla­te­go w pią­tek po Bo­żym Cie­le tyl­ko ucznio­wie mają dzień wol­ny od za­jęć dy­dak­tycz­nych, a na­uczy­cie­le nor­mal­nie przy­cho­dzą do pra­cy.

- I co mamy wte­dy ro­bić? Pa­trzeć w ścia­nę? - szep­cze pani Zo­sia, eme­ryt­ka, któ­ra na­dal na pół eta­tu pra­cu­je jako na­uczy­ciel wspo­ma­ga­ją­cy.

Na szczę­ście dy­rek­tor nie sły­szy tej uwa­gi, bo do­pie­ro by się roz­krę­cił.

- Po­uzu­peł­nia­cie pań­stwo dzien­ni­ki, przy­go­tu­je­cie spra­woz­da­nia na radę pod­su­mo­wu­ją­cą, upo­rząd­ku­je­cie sale, bo wie­cie pań­stwo, nie­ba­wem ma nas od­wie­dzić pani wójt i oby się nie zda­rzy­ło, że w któ­rejś kla­sie zo­ba­czy nie­dzia­ła­ją­cy ze­gar na przy­kład. Albo ga­zet­kę z oka­zji Dnia Mat­ki. Bo chy­ba ni­ko­mu nie mu­szę mó­wić, że mamy już czer­wiec. Ro­zu­mie­my się, tak?

Co gor­liw­si przy­ta­ku­ją, Eli­za cięż­ko wzdy­cha, a pani Zo­sia osten­ta­cyj­nie wsta­je, oznaj­mia­jąc, że musi do to­a­le­ty.

- Przy­po­mi­nam rów­nież o na­le­ży­tym peł­nie­niu dy­żu­rów. Nie ma pi­cia kaw­ki pod­czas dy­żu­ru ani po­ga­du­szek z ko­le­żan­ka­mi, ani na­wet z ro­dzi­ca­mi, któ­rzy tu się cza­sa­mi krę­cą. Dy­żur to dy­żur.

- To jak któ­ryś z ro­dzi­ców po­dej­dzie, bo cza­sem chcą zwol­nić dziec­ko albo uspra­wie­dli­wić - wtrą­ca się pani Ga­bry­sia - to mamy zi­gno­ro­wać czy co?

- No wła­śnie - pod­chwy­tu­je in­for­ma­tyk. - To co wte­dy?

- Nie wy­my­ślaj­cie pań­stwo na siłę pro­ble­mów tam, gdzie ich nie ma. - Dy­rek­tor za­czy­na się iry­to­wać. - Dy­żur to dy­żur.

No i ko­niec krop­ka. Nie ma co dys­ku­to­wać.

- Ostat­ni punkt po­sie­dze­nia: wol­ne wnio­ski. Czy ktoś chciał­by zgło­sić ja­kiś wnio­sek?

Nikt nic. Za to wszy­scy chcą już opu­ścić szko­łę. Do­cho­dzi osiem­na­sta. Więk­szość pra­cu­je od siód­mej trzy­dzie­ści, jak choć­by Eli­za, więc mija im je­de­na­sta go­dzi­na w szko­le.

- Pani Eli­zo, po­pro­szę pa­nią jesz­cze na chwi­lę do sie­bie! - woła dy­rek­tor po­nad gło­wa­mi opusz­cza­ją­cych salę na­uczy­cie­li.

Szlag by to tra­fił! - my­śli Eli­za, ale oczy­wi­ście nie daje po so­bie znać, jak bar­dzo jest wku­rzo­na. Za­sta­na­wia się, o co może cho­dzić. Chy­ba nic nie prze­skro­ba­ła, bo wte­dy Wi­śniew­ski po­wie­dział­by to na fo­rum i to z dużą sa­tys­fak­cją, że ko­goś na czymś przy­ła­pał i ma oka­zję do pu­blicz­ne­go stro­fo­wa­nia. Pew­nie coś mi wrzu­ci, jak zwy­kle. Przy­go­to­wa­nie aka­de­mii na ko­niec roku albo ja­kieś na­głe za­stęp­stwo.

W ga­bi­ne­cie dy­rek­tor roz­sia­da się na ka­na­pie, a Eli­zie wska­zu­je miej­sce w fo­te­lu. Wy­po­sa­żył so­bie biu­ro, jak­by to był sa­lon w jego domu. Mię­dzy nimi stoi ka­wo­wy sto­lik, na któ­rym leżą De­li­cje. Za ple­ca­mi dy­rek­to­ra jest spo­rych roz­mia­rów akwa­rium z ko­lo­ro­wy­mi ryb­ka­mi. Eli­za czu­je się skrę­po­wa­na, chcia­ła­by już mieć tę roz­mo­wę za sobą, tym bar­dziej że nie do­my­śla się, po co zo­sta­ła za­trzy­ma­na po ra­dzie.

- Pani Eli­zo - za­czy­na wresz­cie dy­rek­tor - tak so­bie po­my­śla­łem, czy nie by­ła­by pani chęt­na wy­je­chać w lip­cu na ko­lo­nie z na­szy­mi pią­ty­mi kla­sa­mi do Mię­dzyz­dro­jów? Wie pani, do na­szej part­ner­skiej szko­ły. Ko­lo­nie będą sfi­nan­so­wa­ne z gmin­ne­go fun­du­szu al­ko­ho­lo­we­go. Oczy­wi­ście za­ro­bi so­bie pani tro­chę do­dat­ko­wo, to jest oko­ło ty­sią­ca zło­tych na rękę za dwa ty­go­dnie, ale i tro­chę pani po­zwie­dza, od­pocz­nie.

Głu­pa­wy uśmiech Wi­śniew­skie­go przy tek­ście o od­po­czyn­ku ozna­cza, że gość jed­nak nie jest tak do koń­ca od­kle­jo­ny od rze­czy­wi­sto­ści. Do­brze wie, że na ko­lo­niach czy wy­ciecz­kach wy­cho­waw­cy nie mają chwi­li wy­tchnie­nia. To nie jest żad­na for­ma re­lak­su, tyl­ko nor­mal­ny za­pier­dol dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny na dobę. W do­dat­ku z peł­ną od­po­wie­dzial­no­ścią za dzie­cia­ki.

- No nie wiem, pa­nie dy­rek­to­rze... - Eli­za naj­chęt­niej od­mó­wi­ła­by od razu.

- Po­my­śla­łem o pani, bo ro­dzi­ce pa­nią lu­bią, dzie­ci też. Po­je­dzie też pan Kru­czek i pani Ga­bry­sia, a kie­row­ni­kiem bę­dzie pani Ju­sty­na. Miał je­chać pan To­masz, ale zgło­sił dzi­siaj, że ma za­pla­no­wa­ny za­bieg na ko­la­no, dla­te­go zro­bi­ło się miej­sce i od razu je dla pani za­re­zer­wo­wa­łem.

Cóż za wspa­nia­ło­myśl­ność, my­ślał­by kto.

- Od osiem­na­ste­go lip­ca do pierw­sze­go sierp­nia. To jak bę­dzie, pani Eli­zo? Wpi­sać pa­nią jako opie­ku­na?

- No do­brze, w su­mie nie mam żad­nych pla­nów. Niech bę­dzie.

- Świet­nie! - cie­szy się dy­rek­tor i pod­su­wa Eli­zie cia­stecz­ko.

- Nie, dzię­ku­ję, jesz­cze nie ja­dłam obia­du.

- A, to dla­te­go pani taka szczu­pła. Nie bę­dzie wsty­du ro­ze­brać się na pla­ży - re­cho­cze z wła­sne­go dow­ci­pu, a Eli­za, za­że­no­wa­na, wsta­je, szy­ku­jąc się do wyj­ścia.

- Do wi­dze­nia.

- Do wi­dze­nia, pani Eli­zo.

Nar­ra­tor­ka

Bied­na ta na­sza Eliz­ka! Jesz­cze o tym nie wie, ale już coś prze­czu­wa. Ni­g­dy wcze­śniej nie była wy­cho­waw­cą ko­lo­nij­nym, lecz czy trze­ba być wiel­błą­dem, żeby wie­dzieć, jak su­cho jest na pu­sty­ni? Czy trze­ba być wro­ną, żeby wy­kra­kać so­bie przy­szłość? Czy trze­ba być na­iw­ną, nie­aser­tyw­ną ko­bie­tą, kie­dy moż­na nią nie być?

Eliz­ko! Wpa­ko­wa­łaś się na­wet nie jak przy­sło­wio­wa śliw­ka w kom­pot, ale jak me­lon.

Cały rok cze­kasz na wa­ka­cje, żeby od­po­cząć od dzie­cia­ków i ha­ła­su. Cały rok ma­rzysz o let­nim urlo­pie. Wy­pa­tru­jesz go jak ka­nia dżdżu, a kie­dy nad­cho­dzi, da­jesz się wkrę­cić w nie­wol­ni­czą pra­cę za sym­bo­licz­ny ty­siąc zło­tych. Eliz­ko­oooo! Ty sama się pro­sisz o ka­ta­stro­fę!

I żeby nie było, że nie uprze­dza­łam. Uprze­dzam. Czar­no na bia­łym.