Ustawicznie
spotykam się z zapytaniem: skąd się to bierze? Jakie to siedm
duchów nieczystych opętało te kobiety, że bez żadnej racji ni
potrzeby zagnajają nam piśmiennictwo szpetnymi wymysłami,
histerią podrażnionego mózgu?
Położenie
ówczesnych kobiet literatek nie było godnym zazdrości. Ostre
i uprzedzone krytyki, złośliwe przycinki, napędzanie do kuchni, igły
i pończochy połączone z przesadnymi obawami o losy rodziny
i macierzyństwa, nareszcie plotki, intrygi i potwarze były
codziennymi pociskami, którymi obrzucano te pionierki działalności
kobiecej na polu literatury.1
W
roku 1894 piszącemu te słowa Piotrowi Chmielowskiemu mogło się
wydawać, że mówi o zamierzchłej przeszłości, a "pociski"
zachowały jedynie wartość muzealnych eksponatów. Czyżby zatem
w drugiej połowie XIX wieku nazwa: kobieta - autor przestała być
przezwą i w ciągu półwiecza zabarwiona została jakimś nowym,
nieoksymoronicznym, wydźwiękiem? Czy koniec wieku przynosi jakieś
radykalne zmiany w postawach krytyków wobec pisania kobiecego? Czy
pisanie kobiet jest nadal sprawą polityczną, tak jak to miało
miejsce w XVIII- i XIX-wiecznej Francji?2 Fantazmatyczny
portret autorki w XIX wieku ujawnia powszechną wtedy praktykę
mówienia o pisarstwie kobiecym: natrętne wykraczanie poza
literaturę i estetykę. Jakby pisanie było wyzwaniem, naruszeniem
normy społecznej, zlekceważeniem nakazu, w końcu buntem -
i właśnie dlatego wymagało uzasadnień. Szukanie takich uzasadnień,
próby nazwania tego, co w owym pisaniu "kobiece", często
usuwają w cień samo to pisanie.
Kobiety
i przymus pisania
Według
brzmienia wiekowego zwyczaju
- ironizował Świętochowski - nauka
ich to blichtr, talent - pretensjonalność, chęć działania to
szaleństwo. Świat nie może sobie wyobrazić, ażeby z drobnych
ustek niewieścich mogły wychodzić inne dźwięki, jak tylko
pieszczota i pokora3.
W
pisaniu kobiety "objawia się" pycha, lekceważenie narzuconej
od wieków pokory. Wchodząc przez pisanie w przestrzeń publicznego
mówienia-działania, kobieta wydobywa się z milczenia i ciszy.
Zakłóca tradycyjny podział ról społecznych pomiędzy kobietą
a mężczyzną, ustaloną hierarchię, słowem relacje władzy4.
Planté przypomina, że o kobietach mówiło się zawsze w związku
z mężczyznami, jako o: córkach, matkach, żonach, kochankach,
i zawsze w kategoriach ról rodzinnych. Wie o tym dobrze pozytywista.
Świat
- powiada Świętochowski - czci
kapłanki ogniska domowego, przyklaskuje ofiarom zgniecionym
brzemieniem poświęcenia i niewoli, szaleje za boginiami rozkoszy,
świat uwielbia kobietę, ale nie chce widzieć nic pod jej nadobnymi
kształtami, oprócz abnegacji, czułości, rozpusty lub przewrotnej
swawoli5.
Kobieta-autor
pozostaje poza tymi relacjami i rolami, a więc także poza
tożsamością swej płci, która ulega zachwianiu. Biorąc do ręki
pióro zamienia pieszczoty na bolesne biczowanie, "drobne usteczka
niewieście" przekształcają się w wyobraźni społecznej
w ciemną pustkę, która wywołuje lęk. Trudno sobie wyobrazić, żeby
bez oporu przyjęto nowy wizerunek kobiety, w której ręku pióro
zastąpiło tkackie czółenko. Próbując ująć status kobiety
piszącej sięga się po retorykę, zresztą tradycyjną, która
lokuje taką kobietę na pograniczu normy i wyjątku.
Ten
stary i stoczony przesądami świat zna tylko ideały matek i żon...
i bachantek; jednostki nie nadające się do żadnej z tych trzech
kategorii odtrąca na procent... wyrodków. Autorki! Kobiety z nauką!
Z talentem!... Produkta figlów natury lub jej omyłek!6
Pierwsza
transgresja - pisze Françoise van Rossum Guyon - która polega
na podjęciu aktywności męskiej, prowadzi bardzo szybko do
wszystkich inwersji i perwersji. Czyniąc siebie mężczyzną,
kobieta-autor przekształca się w postać hybrydyczną, tzn.
w hermafrodytę7.
Edmont
de Goncourt wysuwa przypuszczenie, że dewiacja ciał niektórych
piszących kobiet spowodowała, z perspektywy anatomii, zatarcie ich
płciowej tożsamości. "Gdyby poddano autopsji kobiety
z oryginalnym talentem, jak pani Sand, pani Viardot, znaleziono by
u nich części genitalne zbliżone do męskich, owe clitoris
podobne nieco do naszych członków"8.
Naszego Adama Wiślickiego nie zajmuje co prawda ukształtowanie
stref erogennych kobiety piszącej, ale z pewnością jej
fizjonomika:
Wieszczki
liczą stale szesnastą wiosnę, są chude szatynki, o długiej,
czasem ospowatej twarzy, zadartym różowym nosku, jakby stworzonym
do czułych roztkliwiań.9
Zdeklarowany
mizogin Popławski, szkicując ideę kobiety dziwoląga, przechodzi
do karykatury, kiedy zaczyna mówić o pisarce.
Tyle
tam myśli, ile zmieścić się może w małej, ufryzowanej główce;
serce słabo bije pod ciasnym gorsetem, a wszystko to wypowiedziane
szepleniącym szczebiotem, cedzonymi przez zasznurowane wargi
półsłówkami10.
Natura
i jej kaprysy ("szeplenienie") i kultura końca wieku (gorset,
fryzowana główka) dopełniają się wzajemnie w dziele tworzenia:
głupiej, infantylnej kobiety z pokoju "dla lalek", o ptasim
móżdżku i kalekiej mowie.
Zdeformowane
ciało piszącej kobiety służy krytykom za metaforę: mówiąc
o nim równocześnie oceniają "ciało" tekstu. Dla Goncourta
twórcze talenty mają tylko kobiety obdarzone pewnym szczegółem
anatomicznym, kobiety, powiedzmy, falliczne. Podobnie, choć szukając
oznak płci wyżej pasa, polski krytyk potraktuje Orzeszkową, jako
jedyną wśród piszących kobietę, która "ma głowę jakby
męską"11.
Szpetne "wieszczki" Wiślickiego - ani kobiety, ani
mężczyźni - istoty rodzaju nijakiego, mogą być zaledwie
imitatorkami tekstów cudzych. U Popławskiego płeć "piękna"
uprawia sztukę w sposób mizerny, naśladowczy i nielojalny wobec
wzorca, który bezmyślnie zniekształca.
Pisarstwo
mężczyzn uznawane jest przez krytyków nie tylko za fakt oczywisty.
Motywuje się ono teleologicznie i wolicjonalnie. Widać to wyraźnie,
gdy mowa o pisarskich pierwocinach. "Cel moralizatorski - pisze
Chmielowski - był Prusowi ciągle przytomny, a przesada
i karykatura [...] miała, zdaniem niewprawnego jeszcze pisarza,
posłużyć do [...] owego celu. Raz zaś uznawszy przesadę
i karykaturę za środek najlepszy [...] posługiwał się nim bardzo
ochoczo [...]"12.
Inaczej brzmiała, prawda, że wiele lat wcześniejsza, opinia tego
samego krytyka o nie mniej uporczywych poczynaniach młodej
Orzeszkowej. "Myśl ta tak dalece leżała autorce na sercu, że
nie zwracając uwagi na biednych czytelników, z okrucieństwem
egoizmu, czyli miłości własnej, autorskiej, napisała o niej dwie
grube powieści [...]"13.
Nie rządzi tu więc logika celów i środków. Chyba, że autorka
ma, jak dojrzała Orzeszkowa, "męską głowę".
Dlaczego
kobiety porzucają tradycyjne role i biorą pióro do ręki? Po co
piszą? "Ileż razy - mówi Świętochowski - patrzymy na to
krwawe pasowanie się niewieściego umysłu z siłą przyrodzoną,
która objawić się pragnie, z niemocą sztuczną, która ją
obezwładnia? Ileż razy jesteśmy surowymi sędziami ducha, który
w całym swoim rozwoju walczył o niepodległość istnienia, o możność
wydobycia się na zewnątrz?"14
Pisanie kobiece rodzi jakaś siła odśrodkowa, nie dająca się
ujarzmić żywiołowość, energia, która nagle wybucha i nie
podlega kontroli.
"Komety
zniszczenia świecą wam nad głową - pisze Adam Wiślicki -
a buchacie ogniem piekielnych cierpień, jak lawą wrzące piersi
Wezuwiusza"15.
Za ową "wulkaniczną" metaforą tkwią przekonania
wypowiadane fragmentami w recenzjach powieści kobiecych. Wedle nich
kultura, ściągając z kobiety drugiej połowy XIX wieku "pieczęć
niemoty", wyzwoliła nagromadzone, uśpione przez stulecia i nie
znajdujące dotąd ujścia, myśli, uczucia i pragnienia. Zgodnie
z zasadą zachowania energii (wykorzystywaną często w tamtej epoce
jako model dla eksplikacji wielorakich zjawisk16),
jak wulkan, który wyrzuca lawę drzemiącą w nim przez lata,
kobieta-autor wybucha dziedzictwem swych niemych poprzedniczek.
Dziedzictwem milczenia?
Wydobywająca
się z kobiecego wnętrza siła ma wszystkie znamiona odruchu,
popędu, instynktu. Jej cel jest - zdaniem jednych -
nieokreślony. Po prostu, podobnie jak zahamowany popęd,
odreagowuje. Natomiast blokowana od zewnątrz grozi zniszczeniem
i śmiercią. Motywacja pisania kobiecego sięga zatem (w
przeciwieństwie do racjonalnych, kulturowych uzasadnień twórczości
męskiej) do nieświadomości, w dziedzinę popędów, a pisaniu
nadaje charakter eruptywny. Świętochowski nie waloryzuje
popędowości i dlatego próbuje znaleźć jej motywację poza nią
samą, w historii i kulturze, a także w projekcji indywidualnego
rozwoju kobiety-autorki w przyszłość: popędowość owa miałaby
zostać kiedyś ukulturowiona.
W
licznych diagnozach kobiecego pisarstwa - zwłaszcza od końca XIX
wieku - stawia się znak równości między owym "popędem do
pióra" a dążeniem do "zadowolenia swych chuci"17.
"Dopiero nowsza sztuka uznała popęd samca i samicy za jakowyś
skarbiec Sezamu, skąd można czerpać bez braku klejnoty
natchnień"18-
pisał Antoni Mazanowski już u schyłku Młodej Polski. "I oto -
dodawał - rzecz znamienna. W pierwszym rzędzie wcale licznej
falangi artystów lubieży, w podskokach pędzi wysoko podkasane
gronko kobiet-autorek."19
Akt
pisania kojarzy się tu niemal z aktem płciowym, proces pisania zaś
staje się zastępczym rozładowaniem nadmiaru libido. Ponieważ
jednak zaspokojenie pożądania("chuci") dokonuje się bez
udziału mężczyzny, kobieta pisząca wchodzi w jego rolę,
a przynajmniej ją sobie uzurpuje. Ksiądz Niedziałkowski:
Piszą
tedy i gryzmolą, piszą i opisują, a napisawszy i opisawszy, zdają
się mówić do zdumionej publiczności: aha, a co? Mówcie, że
wstydliwość to cecha kobiety, a czytajcie jeno, jakieśmy wam tu
paskudztwa nasmarowały. Mężczyzna się rumieni, a my nie, aha? Kto
z was mężczyzn tak napisze?20
Cały
proces nabiera charakteru narcystycznego: samowystarczalna kobieta
trzyma w ręce pióro-fallus. Stąd już tylko krok do uznania
autorek za "wojsko starych panien, szlochających rzewnie dlatego,
że pragnęły wyjść za mąż, a szczęście im nie posłużyło,
zblazowanych mężatek, rwących się z nudów do pióra..."21.
Metafora
wulkaniczna nadaje kobiecemu pisaniu motywację popędową, a zatem
pewien aktywizm. Burzy to tradycję, która kobiece łączyła
z pasywnym, a z aktywnym - męskie. Kobiece jest teraz aktywne
i eruptywne, męskie pasywne i - by tak powiedzieć - absorpcyjne,
w sensie nastawienia na przyswajanie wiedzy, nauki, spostrzeżeń.
Krytycy nie nadają im statusu równego. Aktywizm nie nobilituje ani
kobiety, ani jej pisania, podczas gdy kobieca chłonność stanowi
uznany motyw twórczości męskiej. Dlaczego tak się dzieje?
W
owej epoce powszechnie znane było teoretyzowanie Baudelaire'a na
temat pisania męskiego. Wedle poety, prawdziwym artystą zostaje
ten, który posiadł zdolność przyswojenia sobie pierwiastków
kobiecych; "artysta - interpretuje tę myśl Leo Bersani -
zatraca swoją męską tożsamość w obscenicznej otwartości
i wrażliwości na rzeczywistość zewnętrzną, co czyni z niego
artystę, lecz także kobietę"22.
"Pasywność sama z siebie transformuje poetę w jakiś byt
kobiecy"23;
"zatrata męskości - dodaje Butor, neutralizując wagę
pierwiastków kobiecych w wypowiedziach Baudelaire'a - nie może
być zredukowana do zatraty woli."24.
Znajdujemy w tym miejscu odpowiedź na postawione pytanie. Męski
aktywizm wzbogaca się przez kobiecą receptywność (która czyni
z twórcy doskonałą Androgyne), bez naruszenia podstawy męskiej
twórczości. Tworzy ją wola i wszystkie wynikające
z wolicjonalności działania. Aktywizm (męski), któremu ulega
kobieta, wyrzuca ją z bezpiecznych orbit, nakreślonych przez
patriarchalną kulturę i wydaje na igraszkę sił tajemnych. Dzieje
się tak dlatego, bo aktywizm kobiecy jest nie-wolicjonalny (tak jak
męski), ale popędowy. Są w nim nagromadzone pierwiastki takie jak:
"myśli", "uczucia", "marzenia" (A.
Świętochowski), a także pierwiastki czysto cielesne, libidinalne
(T. Jeske-Choiński, K. Niedziałkowski). Wzorcem dla tak ujętej
kobiecej libidinalności byłoby eruptywne libido męskie. Sądząc
po wypowiedziach krytyków, pisanie kobiece nie wynikałoby jednak
z sublimowania libido. "Popęd do pióra" nie przeszedł przez
długi proces wymiany pożądanego obiektu seksualnego na inny -
odseksualizowany. Cechuje go jakaś bezpośredniość libidinalna,
nieprzetransformowana. Jakby "popęd do pióra" miał
charakter seksualny. Aktywność kobiecą słuszniej będzie nazwać,
śladem ("dekonstruującej" Freuda) Sarah Kofman,
"pseudoaktywnością, która byłaby tylko środkiem, aby trafić
do pasywnego celu"25.
"Talent
podobny" - wyrokuje Jeske-Choiński, stawiając Ostoję obok
Dygasińskiego. Ale "gdy ten jest uczonym, doktrynerem, ilustruje
za pomocą beletrystyki teorie, które uważa za prawdziwe, komponuje
z celem, z tendencją, [...] Ostoja patrzy i co spostrzeże
opisuje"26.
Mężczyzna "komponuje z celem", zgodnie z wiedzą na temat
przedmiotu i znajomością technik artystycznych. Angażuje intelekt.
Tworzy, przetwarzając surową materię percepcji. Kobieta "patrzy
i co spostrzeże opisuje". Aktywność patrzenia przekształca
się w pasywność pisania. Kobieta-autorka ulega i poddaje się
naporowi obrazów z zewnątrz. Staje się receptywna, gąbczasta:
staje się lustrem, a jej wytwór lustrzanym odbiciem. Patrząc,
dezintegruje swoje ja. Rozpuszcza je w tym, co zewnętrzne.
Absorbuje, wchłania, ale nie tworzy. Skazana na bytowanie
"przedmiotowe", nie może być artystą. Pisanie jej postrzega
się bardziej jako czynność automatyczną ("co spostrzeże,
opisuje"), niż działanie intelektualne i wolicjonalne. Kobieta
nie mówi, "coś przez nią gada".
Odwołanie
się w tym miejscu do Sarah Kofman i jej feministycznego odczytania
Freuda ma swoje racje: opis przejścia od "pseudoaktywności"
do pasywności kobiecej przypomina interpretacje, uznające
w twórczości kobiecej aktywny "rozpędnik" i pasywne pisanie.
Krytykując u kobiet pasywność, Freud nie naruszał opozycji
męski/żeński, dostrzegał w niej jednak nie tyle naturalną
właściwość, co produkt kultury. Kobieta pasywna jest tworem nie
nauki, a zbiorowej psychologii i ideologii zdeterminowanej przez
społeczną organizację, która zgodnie ze swym interesem modeluje
ją na bierną, bierność także wymuszając.
Kobiecy
"popęd do pióra" (idący od wewnątrz przymus pisania) jest
więc przez społeczne i literackie instytucje transformowany
w bierne, przedmiotowe pisanie o charakterze często naśladowczym.
Z drugiej zaś strony, obrazując pisanie kobiece jako "plagę",
"wylew", "zalew", krytyka chce może widzieć je
w bezwładzie, w bezruchu.
Tekst
kobiecy
O
twórczości kobiet pisze się biorąc za uniwersalny wzór twórczość
męską. Działa tu (odkryte przez dekonstrukcję) prawo, w praktyce
interpretacyjnej powszechne, że opozycja binarna męski/żeński
służy uznaniu jednej ze stron - męskiej - za ważniejszą
i wartościowszą. Zarzuty postawione kiedyś przez Balzaca pani Sand
będzie się pół wieku później powtarzać wobec całej literatury
kobiecej.
Nikt
inny tylko Balzac -
pisze W. Jabłonowski - powiadał
o pani G. Sand [...], że z wyjątkiem stylu, brak jej zasadniczych
przymiotów twórczych, a więc "siły pomysłu", "daru
konstrukcyjnego", "zdolności dochodzenia prawdy"
i "sztuki patosu". Ten przesadny nieco sąd wielkiego twórcy
o jednym z najmniej wątpliwych geniuszów kobiecych przychodzi na
myśl, gdy się rozważa twórczość naszych autorek współczesnych.
[...] dodałbym tylko, że brak im również stylu27.
Kluczowe
jest tu słówko: "brak". Definiowany przez "brak",
tekst kobiecy zostaje utożsamiony z defektem, ułomnością,
niekompletnością (kastracją?). Cechę kompletności, pełni, mają
wytwory męskie. Opis i wartościowanie dwóch typów literackiej
twórczości posługujące się słowem "brak" budzi od razu
skojarzenia z Freudem i jego projekcją "bytu kobiecego".
Kobietę (jak jej płeć) definiuje u niego "brak": tego, co
ma mężczyzna (byt pełny, doskonały, zarówno pod względem
uposażenia intelektualnego, jak i fizjologii). "O seksualności
kobiecej - pisze L. Irigaray - zawsze myślało się, wychodząc
od parametrów męskich"28. Etykieta "braku" okalecza każdy przedmiot, każdą istotę,
w której stronę zostanie skierowana. Funkcja słowa "brak"
odsyła wprost do procesu, który S. Morawski nazwał "genderyzacją",
"czyli takim kulturowym uwarunkowaniem myśli estetycznej, które
odpowiada potrzebom i wizji męskiego umysłu: [...] kategorie
dostosowywano do męskiego sposobu myślenia o świecie, zwłaszcza
o wartościach i ich hierarchii"29.
Powieści
Ostoi są to
- wyrokuje Teodor Jeske-Choiński - w
znacznej części strzępy, epizody, luźne, obok siebie zestawione
spostrzeżenia... budulec, z którego można coś zrobić30.
Fragmentaryczność
i epizodyczność niszczy spójność powieści, za którą nie stoi,
wywiedziona z filozofii, spójność świata. Nie da się uniknąć
problemu punktu widzenia: czy tekst kobiecy jest fragmentaryczny? czy
jego fragmentaryczność jest efektem oceny krytyka? Braku
kompetencji autorki dowodzi niezgodna z logiką przyczynowo-skutkową
fabuła. Z perspektywy lektury nie-męskiej powszechnie zarzucana
kobietom piszącym niekompetencja (sprzeciw wobec konwencji?) może
manifestować kobiece Ja - produkt patriarchalnej ideologii.
Z
całą pewnością
- pisze Luce Irigaray - odrzucenie,
wykluczenie wyobraźni kobiecej sytuuje kobietę tak, że doświadcza
ona siebie jedynie fragmentarycznie, na słabo ustrukturowanych
marginesach ideologii panującej, pośród wyrzutkowi wykroczeń, na
marginesach lustra, ustawionego przez "podmiot" (męski) po
to, żeby się sam w nim odbijał, podwajał. Zresztą owa męska
spekula/ryza/cja zaleca "kobiecości" taką rolę, która
tylko w bardzo niewielkim stopniu odpowiada pragnieniom kobiety,
która chce być sobą nie tylko w tajemnicy, w ukryciu,
z niepewnością i z poczuciem winy31.
Odwołując
się do psychoanalitycznego warsztatu Lemoine-Luccioni32
można powiedzieć, że tekst przedstawia się jako jedność
(podobnie jak ciało), gdy czytelnik-krytyk (patrzący na ciało)
utożsamia go z podmiotem. Jeśli takie utożsamienie nie zachodzi,
tekst kobiecy, wytwór nie-podmiotu, widziany jest w postaci
niespójnych kawałków, części, fragmentów.
Kobieta
komponuje wbrew podstawowym regułom poetyki, przestawia hierarchię
planów powieści, pisząc bawi się, nie zna bowiem wysoko cenionej
przez męską estetykę sztuki "patosu" i "powagi".
W powieściach Wilkońskiej "połowę wypełnia przerobiony na różne
formy frazes [...] drugą połowę zajmuje akt picia kawy, kąpieli,
spaceru itd. Są to nie więcej, jak tylko powieściowe fatałaszki,
które w zdolnych rękach mogłyby złożyć mozaikowe tło, w rękach
kobiety stały się faktami pierwszego planu"33.
"Zdolne ręce" nie są, oczywiście, rękami kobiety. Budulec,
którym kobieta wypełnia swoje powieści, artysta zmieniłby
w dzieło sztuki. Właściwe komponowanie owego "surowego budulca"
przypisuje się Orzeszkowej, ale ona - zaznaczmy od razu - ma za
sobą, dzielącą ją od "nieudolnego" pisania, długą drogę,
której ślady pozostały w krytycznych recenzjach. Co ważniejsze,
"dojrzała" Orzeszkowa nie tworzy po "kobiecemu", mimo
że, jak wylicza w omówieniu Pana
Graby
Sienkiewicz, "ze smakiem mebluje pokoje", "z przepychem
ubiera i czesze swoje bohaterki" i "lubuje się
w akcesoriach"34.
Ten "zmysł tapicerski" jest poskromiony, nie wysuwa się
nigdy w powieści na pierwszy plan, nie konstruuje fabuły z kobiecej
toalety. Budzi może nawet odcień zazdrości...
Posługując
się sugestywnym konceptem ("powieściowe fatałaszki"),
Świętochowski ukrywa, odsłaniając zarazem, brak akceptacji dla
obcego mu doświadczenia i obcego mu świata, w którym tak
prozaiczne czynności, jak: "picie kawy, kąpiel i spacery"
urastają do rangi historii. Wielka męska historia rozgrywa się
gdzie indziej (nie na spacerach) i tworzy się ze "zdarzeń"
innych niż te, które rejestruje powieść (na przykład dbałość
o własne ciało). Kobiety wykluczone z niej zapisują swoją małą
historię: historię błahostek. W opowiadaniach owa mała historia
układa się w powtarzalne cykle ze stałym repertuarem ról
kobiecych, co ją zbliża do mitu. "Mężczyźni zawsze byli -
pisze A. Juranville - bohaterami mitów założycielskich. Boginie
płodności uosabiały protagonistki kobiece. Można sądzić,
podejmując sugestię zawartą w mitach, że mężczyzna od dawna był
"wypełniony historycznie", podczas gdy kobieta była
"pogrążona w piaszczystych meandrach prehistorii"35
i nie wychodzi z nich nigdy w zupełności.
Kobiety-autorki
- pisze Władysław Jabłonowski - "są to pracowite prządki
banalnej rzeczywistości"36.
Sygnałem do "odczytania na nowo" jest tu zarówno temat
"banalnej rzeczywistości", jak i figura autorki utożsamionej
z prządką. Dla kogo bowiem rzeczywistość w powieściach kobiecych
przedstawia się jako banalna? Czy dla prządki? Czy dla krytyka?
"Męska teoria", przez którą rozumie Showalter, "koncepcję
twórczości, historię literatury oraz literackiej interpretacji
opartą na doświadczeniu męskim, choć potraktowanym jako
doświadczenie uniwersalne"37,
wypowiada się tu w całej pełni. Krytyka wykreśla z pola swego
zainteresowania to, co jako kobiece jest inne, obce. I co, jako obce,
wzbudza niepokój, rodzi lęk, więc zostaje wykluczone,
wyegzorcyzmowane za pomocą metafor. Właśnie owe metafory najlepiej
"demaskują" krytyków, odsłaniając miejsca przemilczane.
Nie
zgłaszając pretensji do wyczerpania ich bogactwa, można, szkicowo,
wyodrębnić parę grup takich metafor krytycznych, "zabudowujących"
obszar kobiecego pisania. Kobiety-autorki to zatem "prządki
banalnej rzeczywistości", "płaczki literackie" ("legion
płaczek zawodzących na różne tony"38),
a ich wytwory są "płodami grafomanii".
Wykładnia
podobnych wypowiedzi jest prosta. Prządki nie przędą już nici,
ale banalną rzeczywistość, lament płaczki, wpisany w pogrzebowy
rytuał, przekształcił się w przebrzmiałą, literacką konwencję
wyrażania uczuć, zamiast dzieci kobiety-autorki płodzą
grafomanię. Przędzenie, lamentowanie, rodzenie wpisane było
w porządek natury i kultury. Nadawano mu użyteczność i celowość.
Co więcej, technikę tkania i przędzenia, czynność skądinąd dla
kobiet "naturalną", można, według Freuda, uznać za ich,
być może jedyne, odkrycie i jedyny wkład w rozwój cywilizacji.
"Była nabożna i przędła", zapisywano na nagrobkach kobiet
w średniowieczu. Wymóg kultury, ale i natury (łożysko matki)
narzucił kobiecie dbałość o pierwszą i ostatnią szatę
człowieka: pieluszkę i pogrzebowy całun. Rodzi i grzebie, rodzi
i opłakuje. Pisanie zostaje zatem ujęte jako sztuka obca kobietom,
o ile istotę ich określa nie produkowanie, ale re-produkowanie.
Krytyczne metafory, sformułowane niemal w trybie nakazu, podsuwają
im drogę powrotną do ról, powszechnie uznanych za "naturalne"
i społecznie pożyteczne. Ról zarzuconych przez uleganie,
szkodliwemu i dla zbiorowości i dla literatury, kobiecemu,
"pociągowi do pióra". Nakaz ów brzmi w ostrzeżeniu, że
pisanie jest dla kobiet ryzykiem: dezaprobaty i utraty społecznego
szacunku. Pisząc narażają się na śmieszność.
Kobiece
pisanie omawia się, pożyczając język z książki kucharskiej.
Możemy więc przeczytać, że Hajota "ulepiła jakieś straszydło,
papierowe monstrum"39,
a Ostoja w pisaniu "rwie się i rzuca na sposób gosposi, tracącej
głowę wśród nawały gości"40.
Osąd krytyków brzmi jasno. Kompetencje kucharki, która zna
receptury potraw i sposoby ich przyrządzania, przekształcają się
w wady literatury, jeśli kobieta zechce zastąpić jedną sztukę
przez drugą. Trzeba być piszącą kobietą, żeby nazwać pisanie
"smażeniem konfitur" i żeby nie zabrzmiało to pejoratywnie.
Dopiero Zapolska powie, że pani Daudet pisze "ot... jakby smażyła
konfitury"41.
Z
kolei stereotyp plotkarki karykaturalnie wyolbrzymia metafora, według
której kobiety piszące "wypasają się na plotkach".
"Pomijamy - pisze Świętochowski - wszystkie matki, żony
i córki wypasające się na plotkach, nas obchodzi ta wada
przeniesiona na pole literatury"42.
Zaszyfrowana w tym tropie kobieta-krowa, głupia krowa, dodajmy,
poszerza synonimy autorki: Nietzsche nazwał co prawda George Sand
"dojną krową o pięknym stylu", podkreślił przy tym jednak
fakt, że styl miała. W metaforę literackiej "krowy"
uwikłana jest nie tylko głupota krowy, ale także - jej
mleczność. Dawanie mleka, karmienie, a zatem utrzymywanie przy
życiu to funkcja krowy, ale i - metaforycznie - karmiącej
kobiety. Głupota wzbudza śmiech, a karmienie? Mleko nie jest, wedle
interpretacji Simone de Beauvoir, wartością cenioną przez
mężczyznę. Przeciwstawia mu krew, która więcej dla niego waży.
Człowiek
-
pisze Beauvoir - wznosi
się ponad zwierzę nie przez to, że daje życie, lecz że je
ryzykuje; dlatego ludzkość wyżej stawia nie tę płeć, która
rodzi, lecz tę, która zabija.43
Z
perspektywy, powiedzmy, kobiecej, uznającej równość bądź
komplementarność mleka i krwi, znaczenia, których nośnikiem jest
metafora krowy, dramatyzują się. Kobieta plotkarka, "krowa",
pisząc wnosi do literatury głupotę i karmi ją mlekiem. Głupie
pisanie i mleczne pisanie ma, dla mężczyzny, taką samą wagę.
"Pisać mlekiem", hasło i wyzwanie sformułowane przez Hél?ne
Cixous, podpowiada współczesnym kobietom i sposób pisania (zgoda -
enigmatyczny) i nową, bo nie-męską, hierarchię krwi i mleka.
Cixous wybiera mleko.
Kobieta
pisząc - działa. Ks. Niedziałkowski w rozprawie na temat
emancypacji kobiet dużo uwagi poświęcił kobiecie-autorce. Parę
cytatów oddaje retorykę tej rozprawy, która balansuje pomiędzy
językiem biblijnym a słownikiem reportażu ze składowiska śmieci.
Obok określeń pisarstwa kobiecego, jako "potopu miernoty",
"potopu niezdarności", "plew miernoty", pojawiają się
niczym w wyliczance, nazwy czynności, które kobiety piszące
wykonują: "zaśmiecają literaturę plewami miernoty",
"zagnajają i zatruwają [ją] utworami rozwiązłymi"44.
Czyż
potrzeba
- pyta Antoni Mazanowski - aby
koniecznie w poszukiwaniu pereł wszystkie śmietniska rozgrzebywać
szeroko, a cuchnącymi ich miazgami zatruwać powietrze!"45
"Nie ratują pani Szamoty napuszyste tytuły ustępów: Woda
Letejska,
Atena
czy Afrodyta
[...] Baśń
wschodnia...
Boże miłosierny, [...] ani Atena ani Afrodyta - tylko ladacznica,
nie baśń wschodnia, tylko ściek46.
Kobiety
pisząc zanieczyszczają literaturę, przekształcając ją
w zbiornik odpadków (śmieci), a nawet odchodów ("gnojowisko").
Literatura - jako ekskrementy? Cuchnący śmietnik, dzieło
Messalin-feministek, przywołuje figurę kobiety trucicielki,
czarownicy, siedliska nieczystych mocy. Kobieta pisząca,
wyzwolicielka namiętności i zmysłowości zabija jadem jak żmija.
Opętana przez szatana? Histeryczka?
Kobieta
"wylewa potoki słów zbytecznych", "płaczki literackie"
nasączają powieści niekontrolowanym upływem czułostkowości,
"łzawią się". "Przebóg, wy jesteście kariatydami,
schylonymi pod brzemieniem nieszczęścia, źródłami, sączącymi
łzy milionów."47
Zarejestrowane objawy: upływ łez, automatyczne, bezwolne
"sączenie", "wylewanie się słów", można uznać za
przykłady metafor "płynu ustrojowego"48,
metafor organicznych.
Pisanie
kobiece, tekst kobiecy jest produktem męskich fantazmatów. Odbijają
się na nim niczym na ekranie świadome i nieświadome projekcje
i lęki. Metafory organiczne, które ujmują pisanie kobiece jako
wyciekanie, wylewanie się i zarazem jako czynność oddzielania,
wydzielania organicznych odpadków, można zinterpretować jako wyraz
męskiego lęku przed utratą z całości ciała jego części
i przed nacechowaniem tej całości "brakiem". Byłby to zatem
ukryty i odsłonięty przez metafory męski lęk przed kastracją?
Czy metafory mówią o swoich twórcach (krytykach) czy o opisywanym
przedmiocie (pisaniu kobiet)? Kobiety nie boją się kastracji.
Kobieta
- pisze Lemoine-Luccioni - lęka
się zatem znacznie bardziej parcelacji niż kastracji. Naprawdę
żyje ona pod znakiem opuszczenia przez: matkę, ojca, dzieci, męża,
penisa, wszyscy ją porzucają49.
Wydzielanie,
upływy, utrata, terroryzują wyobraźnię kobiety. Są zarazem jej
przeznaczeniem, jeśli zgodzić się na to, że kobieta jest "zawsze
podzielona, wiecznie pozbawiona swojej połowy, narcystycznie
rozdzielona na podmiot i przedmiot, sierota pod każdym względem.
Słowem, strukturalna narcystka, której losem jest być
podzieloną."50
Podlegając fragmentacji - kobieta nie może tworzyć. Aby być
twórcą musiałaby być "całością".
Opis
kobiety w Partage
des femmes
przedstawia zaskakującą zbieżność z obrazowaniem pisania
kobiecego za pomocą metafor organicznych. (Nawiasem mówiąc,
Lemoine-Luccioni, uczennica Lacana, w zgodzie z antyfeministyczną
postawą mistrza, denuncjuje - jak pisze A. Jardine51
- teorie feministyczne). Współczesna psychoanaliza i stare
XIX-wieczne metafory mówią to samo: kobieta nie tworzy. A jednak
pisze. Trudno oprzeć się w tym miejscu mimowolnemu skojarzeniu
owej, nietwórczej, a jednak piszącej wnętrzem swego ciała,
kobiety z pająkiem. Jak pająk, wysnuwając ze swych wnętrzności
nici, przędzie ona nie "przedstawiając", skazana na to, by
reprodukować jedynie własne czynności52.
Metafory
organiczne można także, biorąc w nawias intencje krytyków,
odczytać z perspektywy Hél?ne Cixous. Pisarka przywłaszcza je
sobie i nadaje im własne znaczenia. Jej kobieta pisze "białym
atramentem", mlekiem, i - tworzy.
Predylekcja
kobiet do pisania o erotyce i chorobie współgra z ich skłonnością
do lamentacji. Szeherezada, ich starsza siostra, sztuką opowiadania
pokonała śmierć. XIX-wieczne Szeherezady wywołują
zniecierpliwienie, nudzą, są więc skazywane na milczenie.
Setki
kobiet roztkliwia się nad niedolą: Antków, Kubusiów, Jędrków,
Maryń, Zoś, Jadwig itd., lubując się głównie w kalekach,
idiotach, ulicznikach, obdartusach, nędzarzach; tym podobnych
"bohaterach." Komu braknie nogi lub ręki, nosa albo piątej
klepki w głowie, kto głodny, sponiewierany, niedołężny, głupi
w końcu! ten może być pewnym, że się nim muza współczesna
gorliwie zaopiekuje.53
Opowiadają
jednak swoje historie i kieruje nimi to samo pragnienie, które
powodowało narratorką Baśni
z tysiąca i jednej nocy:
"oddalić własną śmierć, ochronić własne ciało"54.
Tytuły
wystąpień krytycznych (Utwory
niewieście, Współczesna galeria powieściopisarek polskich,
Powieści kobiece)
każą myśleć o literaturze kobiecej jako odrębnej całości,
której osobliwości można i trzeba opisać. Pojęcie "literatury
kobiecej" jest jednak opisowe tylko z pozoru. Ma charakter
wartościujący, a duży kwantyfikator służy do uzasadnienia
i wyeksponowania oceny ujemnej. Tekst ma swoje "kobiece"
właściwości, ale w negatywnym odwróceniu tekstu męskiego.
Nietrudno z tego rewersu naszkicować cechy tekstu "kobiecego",
a nawet figurę kobiecego ciała. Jeske-Choińskiego na przykład
"zadziwia u kobiety": "suchość wyobraźni", rysunek
pozbawiony "miękkich, okrągłych linii", "dykcja",
która "razi ubóstwem ciepła"55.
Zarazem powszechna jest praktyka krytyków, którzy, chcąc
zaakcentować pozytywne strony twórczości jakiejś pisarki,
najpierw niewinnie określają jej pozycję wśród sióstr-autorek,
jako "pierwszej z kobiet", "jedynej wśród kobiet",
aby następnie wyprowadzić ją poza obszar literatury kobiecej.
Orzeszkowej na przykład daje się niekwestionowane miejsce wśród
piszących, ale za cenę wyrwania jej z kontekstu twórczości
kobiecej i usytuowania bliżej obszaru męskiego ("ma głowę jakby
męską"56),
bądź na jego pograniczu ("mniej kobieca od innych autorek"57),
co prowadzi, metaforycznie, rzecz jasna, do pozbawienia jej
tożsamości płciowej. Kobieta "mniej kobieca w pisaniu od innych
autorek", "z męską jakby głową" - twór
hybrydyczny. Hermafrodyta? Kobieta pisząca po męsku, jak mężczyzna?
Nie należy już więc do wspólnoty kobiet-autorek? Pisanie
"kobiece", "mniej kobiece" i "nie-kobiece", tak
można w skrócie ująć trzy stopnie "rozwoju" kobiety
autorki (może je przejść bądź utkwić na pierwszym), które
nakreśliła przed nią, w postaci zadania, uniwersalna norma męskiej
estetyki.
Ale
kobieta
- pisze współczesna feministka - zawsze
staje, czy o tym wie czynie, przed wyborem: wróść w kulturę
panującą, nie bez głębokiego stłumienia, powodującego
niezdolność do wyższej twórczości. Albo pozostać autentyczną,
czerpać ze swojej kobiecości i mieć do dyspozycji tylko kulturowy
bezład pod-kultury, wyładowując wszystkie siły na opór wobec
imperatywów wyższego ładu, bo logika kobiecej alienacji prowadzi
do takiego wyładowywania, ażeby złupić ofiarę. Każde dzieło
naprawdę kobiece nosi na sobie znaki owego złupienia, poświęcenia,
szczęścia płynącego stąd, że jest się uwięzioną i pożeraną,
owego masochizmu58.
Wykluczone z publicznego
mówienia, ograniczone do wypowiadania się w ramach dozwolonej
normy, kobiety znajdują dla siebie enklawy, gdzie leczą własną
niemotę, gdzie ich mowa się wyzwala. Różne sprzęty i drobne
przedmioty osobiste mogą być w ten sposób spożytkowane, pełniąc
funkcję intymnych skarbców. Biurko przechowuje zatajone pamiętniki,
dzienniki, sekretarzyk ze skrytkami - korespondencję. To, co
zawiera się w szkatułkach i szkaplerzach, można uznać za
alegoryzację podziemnego życia kobiety w kulturze, panującej
niepodzielnie nad jej ciałem, uczuciami i myśleniem. Kobieta
"wywłaszczona", także z "własnej" osoby, może
posiadać na "własność", jako ślad oporu, tylko te
strzeżone tajemnice. Przekazuje je w testamencie - w prozie XIX
wieku wątek często powtarzany - jako jedyne "własne"
dziedzictwo swoim następczyniom (córce, siostrzenicy, wnuczce).
Zwykle na pożółkłych, zetlałych skrawkach, stanowiących
zawartość szkatułek, zapisana została jakaś tajemnica kobiecej
rezygnacji, najczęściej ze szczerej, niekłamanej namiętności.
Autorka nie tylko transmituje swe kobiece doświadczenie, czyniąc
młodszą czytelniczkę wspólniczką tajemnicy, ale, co może
ważniejsze, przekazując jej własne pisanie, inspiruje ją do
podjęcia go na nowo. Kreuje ją na kobietę piszącą. W ten sposób
pisanie kobiet krąży w kobiecym podziemiu. Nie jest autystyczne,
kobieta nie pisze dla siebie samej: ma swój krąg odbiorczyń. Ową
utajnioną komunikację regulują więzy krwi pomiędzy matką
i córką. Te więzy zostały zerwane przez prawo patriarchatu, ale
kobieta, uciekając się do podstępu niewolnika, ustanawia je na
nowo i podtrzymuje - pisząc. Matrylinearne związki buduje właśnie
pisanie kobiet. Kultura męska akceptowała tę działalność kobiet
"w podziemiu", nie przewidując, że jej owocem stanie się
wywrotowe, upublicznione pisarstwo kobiece.
Strategia
Zapolskiej polega na otwieraniu kobiecych szkatułek i upublicznianiu
zawartych tam sekretów oraz opatrywaniu ich komentarzem. "Wszystko
wysypuje, jakoby z bezdennej, potwornej torby"59.
Jej celem nie jest zaspokajanie ciekawości, sycenie się wyznaniami,
jej głos własny nie zestraja się z głosami "kobiet na
noszach"60.
"Czytelników bynajmniej nie pragnie mieć za urnę, gdzie można
wylewać łzy"61.
Już raczej działa jak psychoanalityk.
Ponieważ
kobieta nie ma w istocie prawa do słowa, może mieć tylko
"sekrety", "sekrety miłości", które robią z niej chorą: i to
jest histeria. W kuracji chodzi o to, aby ów sekret pacjentki
wyprowadzić z ukrycia i pokazać go jej.62
Wydaje
się, że "kuracja" Zapolskiej miała polegać właśnie na
"wyprowadzaniu z ukrycia" tajemnic chorej kobiety, które były
zarazem tajemnicami chorego społeczeństwa. "Zapolska - mówi
Chrzanowski - śmiało zdziera zasłonę, ukrywającą wulgarną,
wstrętną i zatajoną stronę istnień człowieczych". "Nie
jest to bynajmniej wdzięczna i przymilna wróżka, dobrotliwie
prowadząca czytelników puszystymi kobiercami do krainy ułudnych
obrazków" - pisze Chrzanowski i kreśli niespodziewany portret
kobiety-autorki. "Autorka, jak czarne i złowróżbne widmo,
oprowadza nas po tej targowicy". Pióro Zapolskiej zamienia
przeto szkatułkę w "bezdenną, potworną torbę", w puszkę
Pandory.
Krytycy
czytają powieści Zapolskiej, jakby były zapisane palimpsestowo,
"jako dzieła, w których rysunek na powierzchni ukrywa, albo
zaciemnia głębsze, mniej dostępne (i mniej społecznie
akceptowalne) poziomy znaczenia"63.
Uwaga piszących skupia się jednak nie tyle na owej dwupoziomowości
tekstu, co na działaniach autorki. W tym ujęciu "rysunek na
powierzchni" ma charakter kamuflażu, zarazem mimowolnego
i zamierzonego. Po prostu pisząca kobieta przenosi swoją strategię
maskowania z życia do literatury. Mimikra pisarki ma swoje źródło
w naturze. Stąd (zoologiczne) porównywanie Zapolskiej do
"kameleona"64,
albo do "motyla Apollo", który "łudzi widza nie znającego
tajemnicy barw zdradliwych"65.
Najczęściej maskaradę powierzchni tekstu-palimpsestu zestawia się
z ubraniem. Mówi się więc, że Zapolską cechuje "zdolność do
przebierania się w szaty cudze", że nowym kierunkom
artystycznym hołduje "podobnie jak hołduje modzie, tylko, że nie
ma tyle gustu w literaturze, ile w toaletach"66.
"Ubiegłego roku Zapolska była impresjonistką popstrzoną od góry
do dołu różnymi plamami, obecnie zaś wystąpiła w porwanej,
starganej sukni dekadentki"67.
Stąd już tylko krok do świata karnawału, do wielkiej maskarady.
Tę
zgubną dla kobiety i jej pisania funkcję maskarady akcentują
wszyscy krytycy Zapolskiej. Gotowe, z zewnątrz przejmowane formy
wypowiedzi, niby modne ubranie, makijaż i biżuteria, udaremniają
próby zbudowania spójnego obrazu Ja autorki, zacierają jej
tożsamość. Zapolska "chce uchodzić za realistkę, naturalistkę,
impresjonistkę, dekadentkę"68,
ale "w swojej czysto kobiecej wrażliwości jest niby gąbką
przesiąkającą płynem i kolorem, do którego ją włożono"69.
Szybko zmieniane kostiumy literackie, uznane za grę masek, prowokują
do opisu tekstu w kategoriach imitacji, której rewersem jest
stwierdzana nietożsamość podmiotu. Taki portret kobiety, która "
z pewnością siebie rozdaje kokieteryjne uśmiechy i spojrzenia
zagadnieniom i prądom sztuki, myśli czy życia społecznego"70
zapisuje Brzozowski, powiadając, że Zapolska miała zamiast
poglądów "flirty i pasje przekonaniowe". Jest "śmieszna",
gdy pisaniem goni za modą, a "gdy z tragicznym gestem wypowiada
oskarżenia, dytyramby, jest nudna"71.
"Rysunek
na powierzchni" tekstu jest - wedle krytyki - imitacją
i jako naśladowanie nie znajduje usprawiedliwienia. Przy czym obiektem
ataku nie jest samo naśladowanie, ale ostentacja, z jaką zmienia
się, niczym kostiumy, jego wzorce. "Tam, gdzie naśladujemy -
powiada Simmel - przenosimy na innych nie tylko wymóg energii
twórczej, ale zarazem odpowiedzialność za nasze działanie: przeto
naśladowanie wyzwala jednostkę z lęku przed wyborem i sprawia, że
jawi się ona po prostu jako wytwór grupy, jako nagromadzenie treści
społecznej"72.
Wytykana Zapolskiej "kokieteria" stanowi mimowolną parodię
naśladowania, właśnie przez nieustanny wybór nowej maski. To
"męska" lektura maski (według toposu larvatus
prodeo).
"Istotnie - mówi Anne Juranville - przeznaczeniem mężczyzny,
które tkwi u podstaw jego historii, jest ujawniać czym maska jest:
zwykłą powierzchnią nałożoną na pustkę"73.
Tymczasem "kobiece" odczytanie maski jest krańcowo różne.
Maskarada
jest właśnie owym gestem konstruowania tożsamości kobiecej, dla
której bycie zaczyna się od pozoru. Dla której liczy się wejście
w świat pozorów, nie przez wzgląd na ubóstwo, z chęci wyłudzenia
lub dla fałszerstwa, ale demonstracyjnie i z podniesionym czołem.74
Jeśli
"rysunek na powierzchni" stanowi "ubranie" kobiecego
tekstu, to jakie "ciało" (mniej dostępne poziomy znaczenia)
się pod nim kryje?
Są
na ogół dwie odpowiedzi na to pytanie, dotyczące, powtórzmy,
głębszego poziomu tekstu kobiecego. Jedna polega na zdemaskowaniu
"pożądliwego zwierzęcia ludzkiego", które dochodzi do
głosu, podczas gdy Zapolska "triumfująco stroi się w niby to
realistyczne efekta, które są raczej objawami zmysłów gorączkowo
rozwiniętych"75.
Druga próbuje pod maskami znaleźć jakąś prawdę ludzką.
Pomysłodawcą takiej lektury jest Stanisław Brzozowski.
Trzeba
- pisze -
panować nad nerwami, ażeby doszukać się pod kabotyńskim gestem,
pod histerycznym rozkiełznaniem nerwów tej jedynej rzeczy, która
daje i zapewnia Zapolskiej miejsce w literaturze - cierpienia,
niepokoju pustki76.
W
obu wypadkach warunkiem lektury jest określone wymodelowanie
podmiotu owego, dobywanego na powierzchnię, głębokiego tekstu
pisarki.
Dla
demaskatorów Zapolska, właśnie jako kobieta, przewyższa wzory
francuskie (Zola, naturalizm) "lubieżnością samicy oblizującej
się po doznanej rozkoszy"77.
Zamiast, jak Orzeszkowa w Marcie,
machać "sztandarem idei", "wywiesiła czerwoną spódnicę"78.
Z głębi tekstu wyłania się jego podmiot: nie kobieta, ale samica.
Mówią chorobliwe zmysły, nadmiernie wybujały "temperament",
czyste libido. To, co znajduje się pod "rysunkiem na powierzchni",
jest rejestracją "głodu" zmysłów, doznania pierwotnego,
bodźca domagającego się natychmiastowego zaspokojenia.
Pisanie
ma tu dosyć rozbudowaną metaforykę. Zapolska:
Z
upodobaniem rozgarnia cuchnące gnojowisko i objaśnia bez
zawstydzenia plugastwo, jakie zeń bije79.
Wyzuwszy
się z niewieściego wstydu wystawia wstrętne obrazy występków,
które po to, aby budzić odrazę nie potrzebują być na świeczniku
powieści80.
"Jej
specjalnością grzebanie w śmietnikach"81,
jest "zbieraczką społecznego śmiecia"82.
Tak "rozgarniając" i "objaśniając" odsłania pisarka
to, co było zakryte, objęte "tajemnicą", zakazem mówienia
i widzenia. "W swej obserwacji posiada jakby trzecie oko, którym
widzi to, czego nie spostrzeże żaden śmiertelnik"83.
Jej postrzeganie grzeszy subiektywizmem, wykrzywia proporcje.
A przecież, powiada krytyk, "nie może artysta wysuwać na pierwszy
plan tego, co się w życiu starannie ukrywa"84.
W recenzjach rzadko opisuje się to, co przedstawione w utworach
Zapolskiej, padają za to wartościujące etykietki: "gnojowisko",
"pomyje", "śmietnik", konotujące świat odpadów,
odchodów, ludzkich i zwierzęcych. Strefę szczególnie
uprzywilejowaną przez domowe zwierzęta: świnie. Ponieważ tematyka
"dołów" społecznych nasuwa nieuchronne skojarzenie
z naturalizmem, zdemaskowanie Zapolskiej wymaga umieszczenia tego
rzekomego "naturalizmu" w strefie "rysunku na powierzchni"
tekstu.
Co
więc się kryje pod "suknią" naturalizmu? Pisze Popławski,
że "arystarchowie kurierkowi [...] nazwali p. Zapolską -
naturalistką. Nie jestem wielbicielem naturalizmu, ale w danym
wypadku stanąć muszę w jego obronie. P. Zapolska zmusza
kilkakrotnie swoją bohaterkę do pokazywania kolan - rozumie się
czerwonych i brudnych, do obnażania piersi - rozumie się jędrnych
i białych, i do wystawiania bioder, nazywając wszystkie te części
ciała właściwym mianem. Jest to jedyny punkt wspólny
z naturalizmem"85.
Zupełnie tak samo wygląda rozliczenie realizmu Zapolskiej.
Realizm
tej cudacznej powieści polega na tym, że Małaszka prezentuje po
kolei to kolana, to biodra, to piersi, to wreszcie inne wdzięki,
których wszakże śmiała autorka po imieniu nie nazywa.
Podstawową
figurą lektury jest, mająca biec równolegle do pisania, seria
synekdoch kobiecego ciała. Nagiego ciała. Pisanie - powiadają
krytycy - jest, kryjącym się pod rozmaitymi maskami estetycznych
izmów, rozbieraniem kobiety, obnażaniem, swoistym strip-tease'em.
"Zaduch erotyczny odurza wprost czytelnika"86,
"z utworów Zapolskiej wieje zapach jakiś apteczny i odurzający,
tak jak woń mirry, którą się okadzały kapłanki Astarty w czasie
Thesmaphoriów i Adonid"87.
Ta pornograficzność Zapolskiej udziela się jej pisaniu, stając
się jego zasadniczym rysem. Zapolska "opowiada żywo, z obfitym
dodatkiem podmigiwania, półszeptów i domyślników tak, że choć
dużo już i trywialnie powiedziała, więcej i obleśniej odgadywać
pozwala"88.
Język Zapolskiej przechodzi więc całą skalę "odsłaniania"
tego, co zasłonięte. Od "domyślników", "półszeptów",
"podmigiwań", do "pokazywania", "obnażania",
"wystawiania", aż do... "nazywania po imieniu",
"nazywania właściwym mianem", "trywialności". Nawet
przychylną jej Orzeszkową razi "zbyteczna nagość słowa"89.
"Nagość" jest więc biegunem do którego zdąża
u Zapolskiej i przedstawiane i przedstawiające. Dlatego wszystkie
oskarżenia skierowane pod adresem Zapolskiej krążą wokół
kategorii "bezwstydu".
Być
może synteza demaskatorskich lektur Zapolskiej zawiera się w tej -
rzuconej ad
hoc
przez anonimowego kronikarza - formule jej pisarstwa: "praca
autorska kobiety, której pióro, wyzuwszy się ze wszelkiego
poczucia niewieściego wstydu, używa papieru i czernidła
drukarskiego na szerzenie zgorszenia i zepsucia"90.
Odsłaniając "lubieżną samicę", "pożądliwe zwierzę
ludzkie", Zapolska narusza podstawowe tabu "niewieściego
wstydu". W swojej teorii kobiecości, w wykładzie pod tytułem
Die
Weiblichkeit
(1932), Freud omówił tę specyficzną kobiecą cnotę.
W żartobliwym ujęciu Sarah Kofman ten "wstyd byłby
naturalną/konwencjonalną sztuczką kobiet, mającą na celu
zamaskowanie naturalnego, arcy-naturalnego zdefektowania ich organów
płciowych. Dzięki tej sztuczce mogą one podniecać, czarować
mężczyzn, którzy bez tego pouciekaliby ze strachu na widok owej
cuchnącej szczeliny, zagrażającej im skalaniem, skazani na
homoseksualizm. Wstyd kobiecy jest więc podstępem natury,
pozwalającym na zachowanie rodzaju ludzkiego"91.
Tymczasem - według drugiej, narcystycznej wykładni "kobiecości"
u Freuda - cała ta historyjka o pochodzeniu wstydu może być
projekcją "męskiej" zazdrości o libidinalną
"samowystarczalność" kobiety, która milczy.
Demaskatorska
lektura Zapolskiej natrafia na podobną sprzeczność w definiowaniu
tego, co się kryje pod "rysunkiem na powierzchni" tekstu.
Autorka owego tekstu jest - jak pisze Antoni Mazanowski - "
w dosłownym znaczeniu pornografistką"92,
ale i czytelnik jest pornografem, o ile lektura "palimpsestowa"
wydaje się niemożliwa bez jego interpretującego udziału.
"Czytelnik - mówi dalej Mazanowski - po tej lekturze czuje się
tak, jakby mu ktoś duszę błotem obryzgał. Trochę w tym uczuciu
zawstydzenia, więcej niesmaku, a najwięcej chęci rychłego
zapomnienia [...]". Warto podkreślić tę charakterystyczną
mieszaninę wstydu i niesmaku. Oba składniki "uczucia"
towarzyszącego lekturze wywołują "chęć zapomnienia",
czyli stłumienia. Jeżeli, jak podpowiada Freud, wstyd jest
warunkiem pożądania, doznanie wstydu musi oznaczać nakładanie
masek na "ostateczną" nagość "cuchnącej szczeliny",
więc tworzenie przy pomocy tekstu Zapolskiej przedmiotu pożądania.
Do tego celu służą, "wycinane" z tekstów Zapolskiej,
synekdochy ciała kobiecego i cała strategia "odgadywania
obleśniej" (to też formuła Mazanowskiego!). Oczywiście,
odpowiedzialność za "kuszenie" ponosi "autorka",
której przypisuje się konstrukcję tekstu-afrodyzjaku ("zaduch
erotyczny", "zapach odurzający"). Równocześnie zarzuca
się "autorce" coś wprost przeciwnego: niszczenie pożądania,
poprzez wywoływanie uczucia "niesmaku" (bogata synonimika
"śmietnika", "zgnilizny", "kału"), jakie
płynie z bezwstydnego obnażenia "tego, co się w życiu starannie
ukrywa".
Inaczej
przebiega lektura, odrzucająca tę dialektykę pożądania. Dla niej
znamieniem tekstu ukrytego pod "rysunkiem na powierzchni" jest
- krzyk.
Bronisław
Chrzanowski93
akcentuje u Zapolskiej "krzyk płynący z duszy rozdartej
i trawionej gorączką", krzyk, który słychać poprzez "styl
o zacięciu złośliwym i kolącym", "żar polemiczny",
w którym czuć "gorący wrzątek uczuć protestu i odrazy".
Językiem obfitującym w pleonazmy, oksymorony i hiperbole
Chrzanowski próbuje oddać tonację owego "krzyku" chorej
duszy. Poprzez krzyk objawia się cielesność autorki, która stoi
u źródła jej dzieła. "Dzieło Gabrieli Zapolskiej - pisze
Savitri - powstało z wyostrzenia wzroku cielesnego"94.
Dlatego Zapolska nie mieści się w klasyfikacjach prądowych
i gatunkowych. "Zapolska jest naturalistką z przyrodzenia,
organicznie, ustrojowo. Taka jest jej soczewka i taki naskórek".
Maski
literackie Zapolskiej są albo śmieszne, albo nudne, zbudowane
z gestów: tragicznych i kabotyńskich. Nawet histeria jest tutaj -
powiada Brzozowski - pozą i żeby jej nie ulec "trzeba panować
nad nerwami"95;
"gdy jednak w spazmatycznym uniesieniu wyrywają się jej
słowa-jęki, słowa-szlochy, słowa krwi, goryczy, szlocha z nią
razem często ból i nędza podeptanych ludzkich istnień, głód
duszy, nie poszukiwanie wrażeń. Na jedną chwilę bywa to. Lecz
chwila ta jest drogocenna. I prawdziwą rozkosz sprawia niekiedy
widok szpicruty słów, wypalającej swoje piętno na upozowanych na
czcigodność twarzach." Pod pełnym póz "rysunkiem na
powierzchni" ujawnia się substancja tekstu głębokiego,
substancja głosowa, wokaliczność, której nośnikami są: spazm
i jęk, krzyk i łkanie. Myślnik łączący słowo z jękiem
("słowa-jęki", "słowa-szlochy") transponuje mowę
słów na mowę ciała. Brzozowski przeciwstawia tę
przed-składniową, przed-werbalną gestykulację, upozowanej,
"hałaśliwej scenie" na powierzchni, która łudzi pozorem,
ale tylko pozorem celowości swoich gestów. Lecz - powiada
Brzozowski - "powieści jej nie prowadzą nigdzie".
Byłaby
to próba uchwycenia "ziarnistości" głosu, foniczności
języka, "pisma wokalnego". Chyba jesteśmy tu blisko tej
interpretacji platońskiej "chory", którą stworzyła Julia
Kristeva96.
"Chora", "macierzyński zbiornik", to
przedartykulacyjne, uzewnętrznienie energii popędowej, naruszające
spójność "semantyki" tekstu oddolnie, od strony tego, co
Kristeva nazywa "semiotyką", a czego wyrazem (bo nie
artykulacją, która jest domeną "semantyki") bywa melodyka,
rym, rytm, powtórzenie.
Styl
Zapolskiej jest jak szczery krzyk,
niekłamane łkanie,
wyrywające się najniespodziewaniej poprzez narzuconą sztucznie,
patetyczną, fałszywie grzmiącą deklamację
(podkr. K.K.).
Brzozowski
precyzyjnie określa moment, w którym uobecniają się elementy
pod-językowe. Słowa-jęki "wyrywają się" w "spazmatycznym
uniesieniu", a zatem w stanach na granicy świadomości, nie
przewidywane, nie zapowiadane, "wyrywające się
najniespodziewaniej", momentalne. "Na jedną chwilę bywa to.
Lecz chwila ta jest drogocenna". Dzięki niezwykłej intuicji
używa Brzozowski tego Freudowskiego zaimka: "to".
Drogocenność chwili, kiedy "bywa to" polega na wyjawieniu,
na zdobyczy poznawczej. Jak w tylekroć powtarzanej przez Lacana
formule Freuda: wo
es war, soli Ich werden.
Głos
autorki nie ma sygnatury płciowej, jednak Brzozowski podkreśla, że
użyty został w sposób tylko kobiecie właściwy. "Krzyk"
Zapolskiej, wychodzący z jej "dna cielesnego" wypowiada
doznanie o naturze etycznej. Siłą pisarki jest jej postawa
emocjonalna przesycona wzgardą, nienawiścią, wstrętem,
szyderstwem i śmiechem. "O wielu społecznych i kulturalnych
wmówieniach ma Zapolska słowa niweczącej wzgardy, piekącej
ironii, na jakie zdobyć się może jedynie kobieta, która
przejrzała w nich różne formy tylko, mające zamaskować
wewnętrzną nicość męskiej próżności". Tylko kobieta
mogła zdemaskować ideologię patriarchalną, ściągnąć z niej
maski, ujawnić jej konwencje. Ta myśl jest uporczywie przez
Brzozowskiego powtarzana. "Widziała ona wszystkie kłamstwa
współczesnego Polaka pod kątem widzenia dostępnym jedynie
kobiecie". Jakiż to kąt widzenia? Dlaczego dostępny jedynie
kobiecie? To, co mówi dalej Brzozowski, o solidarności wyrzutków
społecznych, do których przyłącza się kobieta, przesuwa problem
autorstwa kobiecego poza krąg opozycji: krzyku i deklamacji,
w stronę jakiejś "krzyczanej-deklamacji" podmiotu z marginesu
społecznego, językowego. Dlatego Brzozowski zgłasza dwuznaczną
pretensję.
Mogła
była napisać jedną jedyną, ale krwawą książkę. Dzisiaj
elementy tej książki wyszukiwać potrzeba po różnych, nazbyt
licznych jej pismach.
Pretensja
dwuznaczna, bo posługująca się argumentem o "nazbyt licznych
pismach", wyjętym z krytyki kobiecego, którego Brzozowski
bynajmniej nie banalizuje. Przeciwnie, tylko kobiecie przyznaje
"dostępność" widzenia "wszystkich kłamstw".
Pretensja dwuznaczna, po drugie, dlatego, że sprzeczna z definicją
"pisania-krzyku", które dochodzi do głosu, według jego
własnego superlatywu- "najniespodziewaniej". "Elementy
tej książki wyszukiwać potrzeba po różnych [...] pismach" -
to definicja pisania kobiecego jako palimpsestu. Brzozowski wypowiada
ją tonem zarzutu, chciałby w miejsce palimpsestu, nie-tekstu,
dwu-tekstu, widzieć: "jedną jedyną, krwawą książkę",
dzieło. Tymczasem pozostają chwile. "I prawdziwą rozkosz sprawia
niekiedy widok szpicruty słów, wypalających swoje piętno na
upozowanych na czcigodność twarzach". Utwory Zapolskiej są
"jakimiś aktami zemsty"97,
jak pisze Grzymała-Siedlecki. "Nie są to pretensje nieme, żale
ciche, są to krzyki, nabrzmiałe urąganiem i pogardą"98,
dodaje Bronisław Chrzanowski.
Ciąg dalszy w wersji pełnej