Ciało się udało 22-23 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

28.00 zł
23.24 zł (23,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?
TYGODNIK POWSZECHNY
WYDANIE SPECJALNE NR 2-3 (22-23)
ISSN 2392-3628
REDAKCJA Monika Ochędowska, Michał Okoński
PROJEKT GRAFICZNY Marek Zalejski
FOTOEDYCJA Grażyna Makara, Edward Augustyn
TP TYPOGRAFIA Agnieszka Cynarska-Taran, Zuzanna Kardyś, Andrzej Leśniak
KOREKTA Anna Chojowska-Szymańska, Katarzyna Domin, Sylwia Frołow, Grzegorz Bogdał, Maciej Szklarczyk
OPIEKA WYDAWNICZA Maja Kuczmińska, Anna Dziurdzikowska, Agnieszka Iskra, Anna Pietrzykowska
OPIEKA PROMOCYJNA Monika Ochędowska, Patryk Stanik, Agnieszka Wenderska
WSPÓŁPRACA Agnieszka Grzywa, Mateusz Gawron
WYDAWCA Tygodnik Powszechny Sp. z o.o.
PREZES ZARZĄDU Jacek Ślusarczyk
WSPÓŁWYDAWCA Fundacja Tygodnika Powszechnego
PREZES ZARZĄDU Aleksander Kardyś
ADRES WYDAWCY I REDAKCJI 30-314 Kraków, ul. Dworska 1C/LU 3-4 tel. 668 477 039 [email protected]
REKLAMA, OGŁOSZENIA tel. 602 590 416, [email protected]
PRENUMERATA tel. 668 479 075, [email protected]
PROMOCJA [email protected]
ZAMÓWIENIA POPRZEDNICH NUMERÓW [email protected]
E-WYDANIE powszech.net/cialo
KONWERSJA eLitera s.c.
TygodnikPowszechny.pl
- Prawa autorskie i majątkowe do wszystkich materiałów zamieszczonych w "Tygodniku Powszechnym" należą do Wydawcy oraz ich Autorów i są zastrzeżone znakiem ? na końcu artykułu. Materiały oznaczone na końcu dodatkowym znakiem ? mogą być wykorzystane przez inne podmioty tylko i wyłącznie po uiszczeniu opłaty, zgodnie z Cennikiem i Regulaminem korzystania z artykułów prasowych, zamieszczonymi pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl/nota-wydawnicza
WSPÓŁWYDAWCA
Fundacja Tygodnika Powszechnego wspiera wybrane publikacje "Tygodnika Powszechnego" dzięki przekazanemu przez Czytelników 1% podatku, a także dzięki darowiznom przez FaniPay (ikonka przy wybranych tekstach na TygodnikPowszechny.pl) i FaniMani (prowizja od Państwa zakupów internetowych przekazywana nam przez wybranych sprzedawców).
?

CAŁY TEN SEKS

MARTA NIEDŹWIECKA: Ciało jest drogą do samopoznania i poznania w ogóle. Można dzięki niemu dotknąć świata za zasłoną. Świętej przestrzeni.

MICHAŁ OKOŃSKI: Zastanawiam się, czy możemy porozmawiać o seksie bez używania tych wszystkich słów, które zwykle się z nim kojarzą.

MARTA NIEDŹWIECKA: Możemy. Tylko ja się z kolei zastanawiam, czy nie wytworzymy kolejnej, niepotrzebnej sfery tabu i nie każemy czytelnikom zbyt wielu rzeczy się domyślać.

Pięć najważniejszych słów z Pani książki "Slow sex" - czas, ciało, świadomość, uważność i rytuały - nie pochodzi raczej z tej dziedziny.

Dodałabym jeszcze duchowość i sacrum. Nie wszyscy muszą ów obszar odwiedzać, ale on istnieje.

Seks daje możliwość skontaktowania się z jakąś wyższą formą rzeczywistości?

Wolałabym raczej mówić: seksualność, bo to pojęcie niekojarzące się już tak jednoznacznie z fizjologią i anatomią. Dla mnie seksualność to nie jest coś, co ludzie robią w piątek wieczorem po butelce wina - to raczej coś zarazem tak prozaicznego, jak wyrzucanie śmieci, i coś tak wzniosłego jak modlitwa. Nie chodzi tu tylko o poznawanie własnej anatomii, żeby osiągnąć maksimum rozkoszy, czy o lekturę poradnika "Jak zostać lepszą kochanką w weekend". Oczywiście to też jest jakaś część tego uniwersum, ale zajmuje mnie dużo mniej, bo mam przekonanie, że nie liczy się "co", ale "jak". Stąd tych pięć słów, które pan wymienił: rzeczywiście mam nadzieję, że odsyłają czytelnika do miejsc, z którymi seksualność nie jest zwykle kojarzona.

A z czym jest zwykle kojarzona, Pani zdaniem?

Z jednej strony z grzechem, a z drugiej z działaniem sportowo-wydajnościowym. Bywa też kojarzona z towarem. I z narzędziem władzy: ludzi nad sobą, ale też państwa nad jednostką czy systemu pojęciowego nad umysłem - tych linii władzy, mówiąc po Foucaultowsku i biorąc za kontekst biopolitykę, można narysować dużo.

Ludzka seksualność - by użyć języka rodem z powieści szpiegowskiej - jest więc terenem działania wielu agentur, czasem mających interesy niezgodne z rozwojem, satysfakcją i szczęściem jednostki. A ja lubię myśleć o niej - i o seksie będącym jej pochodną - jako o sferze, w której odzyskujemy wolność samostanowienia. Niekoniecznie przez transgresję, po prostu przez przeżywanie tego obszaru na swoich zasadach, a nie na zasadach narzuconych przez świat.

Przez spotkanie z sobą samym i z partnerem?

Tak. I przez poszukiwanie jakiejś wspólnej płaszczyzny, bo przecież każda osoba może przeżywać swoją seksualność inaczej. Jedni szukają miłości w rozumieniu romantycznym, inni po prostu rozkoszy albo doświadczeń związanych z chodzeniem po granicy - możliwości jest tyle, ilu ludzi, a niektóre mogą występować równocześnie.

Tylko że na tym się jeszcze nie kończy, bo ciało jest drogą do samopoznania i poznania w ogóle. W seksie można dotknąć tego świata za zasłoną. Świętej przestrzeni. Czegoś, co odkrywa się zwykle, kiedy się modli albo medytuje. Czegoś, co jest w nas samych i w drugim człowieku.

ILUSTRACJA JOANNA RUSINEK DLA "TP"

To wykracza poza tę dychotomię: albo bezpieczeństwo i czułość, albo jazda po bandzie i przekroczenie.

Seksualność w ogóle rozparta jest między dychotomiami. Ciało i umysł. Męskie i żeńskie. Mroczne, niepokojące i jasne, bezpieczne, w naszej kulturze związane (jakże często pozornie...) z ukonstytuowanym prawnie małżeństwem monogamicznym. W końcu: ja i inny, bo seks to miejsce najgłębszego kontaktu z intymnością drugiego człowieka. Tylko rodząca kobieta doświadcza porównywalnego kontaktu z życiem innej osoby. Normalnie jesteśmy od tego oddzieleni. Dualizm nam towarzyszy cały czas, ale lubię myśleć, że szukamy połączeń, metody na jednoczenie dychotomii. Gdybyśmy wszyscy byli dojrzali i przytomniej się w te opozycje wpisywali, świat byłby lepszym miejscem do życia.

Wychodzi na to, że seksualność to coś o wiele większego niż - jak Pani powiedziała - "najgłębszy kontakt z intymnością drugiego człowieka"...

Ech, jak dobrze byłoby, gdyby naprawdę był intymny...

Bo jak Pani wspomniała o wynoszeniu śmieci, usłyszałem w tym metaforę - pomyślałem, że trudno o intymny kontakt bez uprzedniego wyczyszczenia przestrzeni między partnerami - ale też uznałem, że mówimy przecież o normalnej, codziennej czynności.

Pewnie to nieuniknione, że po rewolucji obyczajowej lat 60. i odzyskaniu seksualności nastąpiło zachłyśnięcie się poczuciem, że wszystko można. I równie nieuchronne jest miejsce, w którym znajdujemy się teraz: seksualność została strywializowana i zmerkantylizowana, w wielu miejscach zredukowana do mechaniki stosunku i do metody sprzedaży. Albo zamykana w szczelnym pojemniku jako rzecz zbyt niebezpieczna, żeby się nią zajmować. Wydaje mi się, że czas na zmiany.

W jakim kierunku?

W kierunku odzyskania statusu wyjątkowego stanu naszej psychiki, szczególnie wartościowego i szczególnie podatnego na zranienie, ale też ludzkiego, realnego, poddającego się różnym działaniom - od edukacji, przez terapię, po prawo swobodnego wyboru. Na razie mamy kiepskie przygotowanie do korzystania z naszej seksualności i tak rozbuchane wyobrażenia, że na wyrzucanie śmieci nie ma już miejsca.

Pan wspomniał o metaforycznym podejściu do tej czynności: jakże ważne jest czyszczenie przestrzeni, rozmowa między partnerami, ustalenie i nazwanie ich potrzeb i oczekiwań...

Myślę o tej nierealności oczekiwań, choćby wywoływanych przez pornografię, która dla młodych pozostaje głównym narzędziem edukacji. Zranień i frustracji związanych z próbami przeniesienia ich do realnego życia jest pewnie tyle, że mówienie przez Panią o duchowości w seksie może być odebrane jako blokujące.

Dlatego najpierw naprawdę trzeba się nauczyć wyrzucania śmieci. Trzeba też nabrać świadomości, że partycypujemy w jakimś wspólnym "my", a nie wszystko jest "winą" albo "zasługą" jednego z kochanków. Śmieci same tu nie wyrosły, to myśmy je wspólnie wyprodukowali.

Oczywiście rozumiem, że modele życia są różne. Nie wszyscy razem mieszkają, nie wszyscy żyją w monogamicznych i heteroseksualnych związkach. Ale wszyscy - może oprócz szukających przygód na jedną noc - powinni dostrzec, że w akcie seksualnym stwarzają jakiś rodzaj relacji. Nawet ci, którzy spotykają się od paru miesięcy, ani im w głowie myśl o zakładaniu rodziny i generalnie mnóstwo ich różni, tworzą przestrzeń spotkania, za którą trzeba wziąć odpowiedzialność.

W ogóle uważam, że w rozmowach o seksualności słowo "odpowiedzialność" jest niedoceniane. Kojarzy się z dyscyplinowaniem i odb0ieraniem radości, a chodzi w nim bardziej o widzenie skutków, pytanie o przyczyny, autorefleksję. Daleko tu od dziecięcej postawy, w której widzi się loda i chce się go natychmiast zjeść.

A pożądanie nie na tym polega?

A dobry seks nie bierze się także z umiejętnego kierowania pożądaniem?

Gdy Pani mówi o odpowiedzialności za "my", to myślę o - częściej cechującym pewnie mężczyzn - narcyzmie i szukaniu wyłącznie własnej przyjemności. Tutaj przeciwieństwem byłoby pewnie kompletne zapomnienie o własnych potrzebach.

Owszem, myślenie tylko o zaspokojeniu swoich potrzeb seksualnych może mieć związek z narcyzmem, ale istnieje też coś takiego jak negatywny narcyzm - sytuacja, w której przeżywam siebie jako osobę niegodną miłości czy zainteresowania i dlatego oddam wszystko, w tym siebie, żeby dostać to, czego potrzebuję.

Seks jest w ogóle idealny do rozgrywania pozycji władzy. Można w nim eksplorować - częściej to się dzieje nieświadomie i niekonsensualnie, czyli nie tak, jak np. w świecie BDSM, gdzie dorośli ludzie zgadzają się na pewien rodzaj gry - wszystkie stosunki władzy i podległości. "Płacę rachunki, więc wymagam seksu", "mogę, więc reglamentuję dostęp do seksu" - chyba tylko w polityce jest równie dużo miejsca na nadużycie drugiej osoby i siebie.

Czasami przychodzą do mnie klienci i zaczynają narzekać na pustynię seksualną. Pytam ich wtedy, jak jedzą.

I tak rozmowa o seksualności staje się rozmową o codzienności.

Czasami przychodzą do mnie klienci i zaczynają narzekać na pustynię seksualną. Pytam ich wtedy, jak jedzą. Dziwią się. Mówią: "Wrzucam coś rano na szybko, piję kawę i idę do biura". "A kiedy jadłeś/jadłaś coś takiego, co cię naprawdę ucieszyło? Naprawdę smakowało? Sprawiło zmysłową przyjemność?". Te rzeczy się łączą. Nie można mieć dobrego seksu z niedorozwiniętym aparatem zmysłowym - to tak, jakbyśmy chcieli się porozumieć w obcym kraju, nie mówiąc ani słowa w lokalnym języku. Możemy pokazać palcem na produkt w sklepie i wyciągnąć kartę kredytową, ale to będzie szczyt osiągnięć.

Jesteśmy w kulturze zachodu ofiarami kartezjańskiego podziału na wzniosły umysł i plugawe ciało, więc się ciałem mało zajmujemy, najwyżej je dyscyplinujemy i ćwiczymy, żeby było piękne i młode. Mało uwagi poświęcamy temu, że mamy wzrok, smak, słuch, węch, dotyk. W gabinetach terapeutycznych po covidzie widać ludzi miesiącami deprywowanych dotykowo i widać, jakie to ma skutki.

Zatem ważne są wszystkie zmysły.

Rozmawiamy zdalnie, bo jestem teraz w Azji. U mnie jest późny wieczór, zrobiłam długi spacer przez pola ryżowe, potem wracałam szybkim krokiem, żeby się nie spóźnić na rozmowę. I nagle naszła mnie wątpliwość: "Kurczę, co ja mu powiem? Nie myślałam od czterech dni!". W końcu ten zachód we mnie zwyciężył i próbuję z panem rozmawiać, ale nie jest łatwo. Codziennie wstaję i patrzę na słońce, wokół dżungla, pachnie, śmierdzi, martwe zwierzęta się rozkładają, na wulkanicznej ziemi wszystko obłędnie wzrasta, zieleń wciska się w każdy zakątek. Widzi pan, kiedy o tym mówię, to czuję, jak bardzo w normalnych warunkach jestem od tego zmysłowego odczuwania odcięta - chociażby dlatego, że żyjąc w mieście, nie mam kontaktu z naturą.

Wyobraziłem sobie, jak Pani idzie w tym pejzażu, jak przez szybki krok zmienia się Pani oddech... Słowem: naprawdę zaczynamy rozmawiać o seksualności.

Zaczynamy rozmawiać o zmysłowym pobudzeniu, które można erotycznie wykorzystać. O odczuwaniu świata przez ciało, o odczytywaniu jego bodźców. Serdecznie rekomenduję.

Ja przyjechałem do redakcji hulajnogą wzdłuż Wisły. Zlał mnie deszcz, spodnie lepiły mi się do nóg, musiałem zdjąć przemoczone buty. Jestem boso.

I to jest to samo, zmysłowy obraz, który może stać się erotyczny.

To ciekawe, że nam zmysły pobudza głównie obraz. Patrzymy na filmy i zdjęcia, na bieliznę i nagość, oddziaływa na nas czyjś ruch. Słabiej postrzegamy innymi zmysłami. Słabiej też ich uwagę kierujemy do wewnątrz.

Fiński teoretyk zmysłów Juhani Pallasmaa mawiał, że wzrok jest zmysłem oddzielenia. Nasza kultura jest okulocentryczna i w seksualności również przyzwyczailiśmy się pobudzać przez oczy. A to ślepy zaułek, czego najlepszym przykładem jest porno. Patrząc na nie, doświadczamy dużego wyrzutu dopaminy, a relatywnie mało innych neuroprzekaźników. Z czasem mamy coraz większą potrzebę silnego bodźca - neurobiologiczny mechanizm jest podobny do mechanizmu uzależnienia. Będziemy chcieli tego coraz więcej i coraz intensywniej podanego, żeby nastąpiło pobudzenie.

To jakie są zmysły przybliżenia?

Słuch, a przede wszystkim dotyk. W codziennym życiu niemal nieobecny, szczególnie, mam wrażenie, w męskim życiu. To się zaczyna wcześnie: podczas gdy dziewczynki są dotykane w zasadzie przez całą adolescencję, chłopców zostawia się w dotykowej próżni. Co jest niszczące, bo przecież dwunastolatek nadal tego dotyku potrzebuje, tak samo jak dorosły mężczyzna.

Obawiamy się, że otwartość na dotyk osłabi nas, wyeksponuje albo obnaży nasze emocje?

A efekt jest taki, że w seksie wielu z nas woli skupić się na kontakcie genitalnym, bo czuje przy tym relatywnie mało emocji i relatywnie dużo kontroli. Podczas gdy o dotyk prosi całe ciało...

Mamy więc mnóstwo obszarów poznania siebie czy drugiej osoby kompletnie nieodkrytych. Polegamy na wzroku, więc np. szukamy imaginarium rodem z BDSM-u, żeby poczuć się pobudzonym. Oczywiście jak kogoś podniecają pończochy albo pejcze, to nie mam nic do tego, ale to nie jest jedyny kanał erotycznej komunikacji między ludźmi, którzy chcą się seksualnie spotkać.

Zamknięcie oczu w czasie kontaktu seksualnego może oddalać partnerów od siebie - wywoływać poczucie, że ten drugi jest nieobecny. Z drugiej strony może być w tym zaufanie i pozwolenie sobie na to, by poczuć więcej. Proponuje Pani w książce ćwiczenie związane z pójściem z kimś przez miasto albo na łąkę z zawiązanymi oczami, i doświadczanie świata innymi zmysłami.

Najlepszy jest taki moment, w którym naprawdę mamy zamknięte oczy, a przecież się widzimy. Tylko że on wymaga świadomości obojga partnerów.

Znowu dychotomia.

Z seksem tak już jest, że do każdego "fajnie" można by dopisać jakieś potencjalne niebezpieczeństwo.

Jak z życiem.

Pełna zgoda: seks, jak życie, jest czymś potencjalnie niebezpiecznym.

Kłopot w tym, że seks, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, może służyć rozładowywaniu nagromadzonego napięcia, które gdzie indziej nie znajduje ujścia.

Bardzo wiele osób tłumi emocje, a potem reguluje ciśnienie za pośrednictwem kompulsywnej aktywności seksualnej. Często też, zanim się nauczymy, o co chodzi w całym tym seksie, już mamy gotowy nawyk lub nawet kompulsję, bo zaczynamy życie seksualne masturbując się do oglądanej w sieci pornografii.

Może tak jest bezpieczniej?

Tylko w takim sensie, że nikt nie jest nam do tego potrzebny. Jednak żeby pójść dalej, trzeba zwrócić uwagę na drugiego człowieka, nawiązać relację, a tu już rzeczy nie działają jak w porno.

Faktem jest, że akt seksualny ma potężną możliwość regulowania naszego stanu emocjonalnego. Nawet od słabego seksu zrobi nam się lepiej choć na chwilę.

A nie zrobi się smutno i źle?

Już maleńki orgazm na chwilę poprawia nasz stan, na poziomie hormonalnym. Potem oczywiście może przyjść refleksja, że liczyło się na więcej, ale po porcję tej przyjemności i ukojenia jesteśmy w stanie zabrnąć daleko. Stąd seks bywa traktowany jako poprawiacz nastroju równie silny jak alkohol i narkotyki.

Bo przecież my możemy o tym mówić trochę jak o jedzeniu: pytanie, czy jesteśmy w fast foodzie, dzięki któremu nasycimy głód kosztem późniejszej niestrawności i szybkiego powrotu uczucia głodu, czy zjemy coś, co nas naprawdę nakarmi. W duchu slow food.

W latach 80., kiedy kształtowała się hustle culture, czyli kultura zgiełku, pośpiechu i zasuwania w pogoni za pieniądzem, narodził się też ruch slow jako odpowiedź Włochów na pośpiech, bylejakość i zanik przyjemności w świecie. Powoli zaczęliśmy widzieć zagrożenia wynikające z kultu pracy ponad siły i sukcesu, który eliminuje z naszego życia proste przyjemności, jak zjedzenie z przyjaciółmi kolacji i napicie się wina.

Minęło 40 lat i choć pojawiło się w tym czasie wiele pomysłów na spowolnienie, generalnie nie jest dużo lepiej. Chyba dopiero w pandemii zobaczyliśmy, że zatrzymanie się jest możliwe. Oczywiście było to dramatyczne, podszyte lękiem, chorobą i śmiercią, ale być może pokazujące również, że da się wygospodarować czas na zatroszczenie się o jakość swojego życia, w tym seksualnego, na kontakt z dziećmi czy na lekturę, ale bez presji i kolejnego wyścigu typu: "przeczytam 52 książki w roku".

O takie nastawienie na challenge i efektywność w seksie też łatwo.

Nawet bardzo. Ile razy, jak długo, osiągi i atrakcyjność seksualna jako mierniki wartości - to często jedyne zrozumiałe dla ludzi pojęcia. Tylko że one nas sprowadzają do roli obiektów. Możemy budować sobie tożsamość jako "ogier" albo "kurtyzana" i latami nie mieć pojęcia, o co nam tak naprawdę chodzi. Czemu to samopotwierdzanie ma służyć? Dlaczego chcę być seksowna i chcę, żeby mnie wszyscy pożądali? Dlaczego pragnę sukcesu opartego na wskaźnikach zewnętrznej popularności? Skąd pomysł, że jeśli osiągnę ten stan, to zapewni mi spokój wewnętrzny, równowagę, poczucie spełnienia? Czy pobieżna obserwacja stężenia nałogów, przedwczesnych śmierci, rozpadów związków u różnych ikon masowej wyobraźni nie powinna skłaniać do ostrożności? Czy patrząc na rozprawę Amber kontra Depp, nie widzimy ludzi tyleż pięknych, popularnych i pożądanych, co wewnętrznie wydrążonych i głęboko nieszczęśliwych?

Nasza kultura faktycznie orientuje nas na wartości zewnętrzne i widzialne, mało inwestujemy w to, co w środku. A seksualność jest doświadczeniem niezwykle osobistym.

Na to kultura również ma odpowiedź: podsuwa poradniki, kursy i warsztaty. Nie mówiąc o tabletkach na zaburzenia erekcji.

Niebieska tabletka uratowała niejedną randkę, a na warsztacie można się dużo nauczyć. Ale początkiem i końcem tej refleksji powinnam być ja z moimi potrzebami, deficytami, ograniczeniami.

Proponuje Pani w książce ćwiczenia rozłożone na wiele dni. Albo spotkania z partnerem rozpisane na wiele godzin. W pośpiechu dnia codziennego, kiedy walczy się o przetrwanie w czasach drożyzny, to mało realne.

Świadoma seksualność jest zawsze antysystemowa. Kontestuje warunki świata, w którym żyjemy. Coś tu nie działa, skoro mając dzieci, nie możemy z nimi spędzać czasu, bo musimy zarobić na ratę kredytu. Już nie mówię o aspekcie klasowym sytuacji, w której przywilej dbania o jakość życia mają tylko najlepiej zarabiający.

Czyli nie mówimy już tylko: "to wina mojego partnera" albo "to moja wina", ale także: "świat nam nie sprzyja"?

Poczucie dyskomfortu związanego z faktem, że nie ma się czasu dla siebie czy dzieci albo że się nie ma czasu na seks, może być narzędziem zmiany. Generacja "Z" pokazuje nam to zresztą coraz wyraźniej. Oni mówią: "Ej, my nie zamierzamy pracować tyle, co wy. I nie na takich warunkach". Nie zgadzają się na reguły gry, które my uznajemy za oczywiste i niewywracalne.

Seksualność jest nam dana na poziomie biologicznym. W zasadzie każdy jest w stanie odbyć jakąś formę aktu seksualnego. Ale zrobić z tego coś, co nas zasila, niesie rozkosz, buduje więzi - to się samo nie zrobi. No i teraz pytanie o nasze priorytety. Jeśli wolimy obejrzeć siedemnasty serial albo marnotrawić godziny na portalu społecznościowym, to zabraknie nam czasu na inne rzeczy. Świat jest, owszem, bardzo źle urządzony, ale nie musimy się temu poddawać. Naprawdę są lepsze rzeczy do zrobienia w łóżku niż przeglądanie Instagrama.

Kiedy Pani mówi o tym poziomie biologicznym, nie mamy do czynienia z mistyką i uniesieniami. Raczej ze świadomością, jak się oddycha i jak funkcjonują mięśnie dna miednicy. I jak się umiemy otwierać, na siebie i na innego.

Trzeba coś wiedzieć o swoim ciele, o systemie emocjonalnym. O swoich potrzebach - czy bardziej zależy mi na ryzyku i zmianach, czy na stałości i bezpieczeństwie? Musimy rozumieć temat granic, własnych i innych ludzi. To wszystko wcale nie musi być o seksie, to po prostu sprzyja funkcjonowaniu w świecie. I raczej nie zostaliśmy do tego przygotowani - nie wiem jak pana, ale mnie w komunistycznej szkole nie uczono, jakie mam emocje i jak się reprezentują w ciele.

Obawiam się, że i w niekomunistycznych się tego nie uczy.

I jakie są efekty?

Jednym z nich może być postawa jeszcze inna niż "nie mam czasu na seks". Streszczają ją słowa "nie chcę seksu". Wiemy, że to coraz częstsze zjawisko.

Dla różnych generacji wycofanie się z aktywności seksualnej będzie miało różny kontekst. Wydaje mi się, że przez ostatnie kilkadziesiąt lat mieliśmy tak zseksualizowaną - i zseksualizowaną w tak niestrawny sposób - kulturę, że przytomniejsze od nas młode pokolenia mówią, że wcisną pauzę.

To byłoby wspaniałe. Ale może też w tym być lęk przed wejściem w relację i możliwością zranienia. W cieniu tych słów-kluczy Pani książki są przecież inne: ból, strach, trauma, nadużycie.

Wspominaliśmy już, że seksualność ma trudną i potencjalnie groźną stronę. A zjawisko aseksualności jest przedmiotem debaty naukowej: czy szukać traum, które mogą być jego przyczyną, czy może uznać, że to jedna z możliwych ekspresji naszej orientacji, i dać ludziom spokój.

Bo wydawałoby się, że energia seksualna jest najpotężniejszą, jaką znamy. Że wyraża się w potrzebie kreacji, w działaniu, nawet w tym, że z Panią rozmawiam i powstanie z tego wywiad.

Libido to potęga, która znajduje przeróżne formy. W tym sensie sprowadzanie seksualności do formuły weekendowego grilla wydaje mi się niesłychanie zubażające. Naprawdę jest dużo więcej do odkrycia.

Np. miękkość i rozluźnienie? To też słowa niekojarzone z seksem.

Głęboki relaks i odprężenie, długi masaż, który wcale nie musi prowadzić do kontaktu genitalnego. To wszystko wydaje mi się przestrzenią odpoczynku także od tej "tradycyjnej" rozmowy o seksualności. Powtórzę: mam nadzieję na wyrwanie jej z kręgów piekła i przywrócenie do obszaru sacrum. Nawet jeśli nie duchowego, to przynajmniej osobistego, wyjątkowego doświadczenia. A jeśli pan mówi, że to jest potęga, cóż... zachowajmy trochę szacunku do tego, co potężne.

Dobrze wyczuwam tu obietnicę czegoś większego niż fantastyczny orgazm?

Obietnice są dwie. Jedna to obietnica uśmierzenia bólu, którego wokół naszej seksualności odczuwamy bardzo dużo. Uśmierzenia nie za pomocą tabletki, tylko usunięcia realnych źródeł tego bólu. I obietnica znalezienia skarbu, który domagałby się właściwie języka poetyckiego. Skarbu, który wiąże się z poznaniem siebie, ze zrozumieniem, pogodzeniem się i przetransformowaniem także tego, co przydarzyło się nam w przeszłości. Po latach pracy ze swoją seksualnością wiem, że wielu sytuacji potencjalnie raniących albo pogłębiających dawne zranienia można uniknąć. A zaczynając żyć w zgodzie z własnym ciałem i z jego seksualnością, wchodzę do świata ludzi dysponujących dużą mocą psychiczną. Moc to nie jest przemoc, podkreślam: to integrowanie siły i słabości.??

- Rozmawiał MICHAŁ OKOŃSKI

KAMIL PIKLIKIEWICZ / East News

MARTA NIEDŹWIECKA jest psycholożką i sex coachem. Nakładem wydawnictwa Agora ukazała się jej książka "Slow sex. Uwolnić miłość" - rozmowa rzeka z Hanną Rydlewską. Autorka poświęconego psychologii i seksualności podkastu "O zmierzchu".

-

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji pisma