W wieku dwunastu lat miałem plan. I to
całkiem dobry. Zamierzałem wystąpić na olimpiadzie jako reprezentant
Wielkiej Brytanii.
Zanim jednak uznacie mnie za jakiegoś marzyciela, chodzącego z głową w chmurach, wyjaśnię: wtedy jeszcze wszystko było możliwe. Jako
siedmiolatek zostałem zwycięzcą w moim pierwszym w życiu szkolnym dniu
sportu i przekonałem się, że jestem najszybszy z całej klasy. Potem
szybko odkryłem, że jestem najszybszy w całej podstawówce; w porze
lunchu z kolegami wyzywałem każdego na pojedynek, aby sprawdzić, czy
mnie pokona. Nikt nie dał rady.
Kiedy poszedłem do szkoły średniej, mój nauczyciel wychowania
fizycznego, pan Raicevic, po treningu piłkarskim wziął mnie na stronę i powiedział, że powinienem trenować jak należy, bo mam prawdziwy talent.
Twierdził, że jestem wszechstronny, ale widzi mnie jako biegacza. To, że
zostałem zauważony przez nauczyciela, pchnęło mnie naprzód, sprawiło, że
zacząłem myśleć o przyszłości i o tym, gdzie mogę znaleźć się za kilka
lat. Moim idolem był Linford Christie; kiedy zdobył złoto w Barcelonie,
siedziałem z nosem przy telewizorze. Był dla mnie przykładem, co zwykły
człowiek, taki jak ja, może osiągnąć dzięki talentowi i ciężkiej pracy.
Chciałem być drugim Linfordem.
Bieganie sprawiało mi radość, było moją pierwszą miłością, moją pasją.
Dawało mi poczucie wolności, jakiego nigdy nie zaznałem w klasie. Miałem
w szkole problemy, ale nie takie, jakie wyobraża sobie większość ludzi.
Nie chodzi o to, że nie radziłem sobie z nauką, że byłem w niej
opóźniony. Sprawa była bardziej osobista -?jąkałem się. To mogło najść
mnie w każdej chwili -?znajome uczucie dławienia. Czasami przez kilka
minut nie mogłem wydobyć z siebie słowa, serce zamierało mi w piersi,
gdy na lekcjach angielskiego miałem przeczytać coś na głos. Strona
tekstu wydawała się nie mieć końca. Nigdy nie byłem nękany, ale kilku
kolegów z klasy śmiało się ze mnie. Starałem się tym nie przejmować, bo
wiedziałem, że nie robią tego z okrucieństwa. Dlatego gdy się
dowiedziałem, że jestem dobry w czymś, co kocham, moja determinacja, aby
się wykazać, jeszcze wzrosła.
W tak młodym wieku uważałem, że talent zaprowadzi mnie wszędzie. Dużo
trenowałem i nie obijałem się po szkole. Zamierzałem odnieść sukces,
byłem pewny, że mi się uda -?bo przecież byłem utalentowany, no nie?
Miałem budowę biegacza, świetnie radziłem sobie na krótkich dystansach,
w biegach na 100 i 200 metrów, ale także lubiłem koszykówkę, piłkę
nożną, a nawet biegi przełajowe. Około trzynastego roku życia podczas
biegu na dłuższe dystanse zacząłem odczuwać ból w dolnej części pleców.
Mówiłem sobie, że wszystko będzie dobrze, nie mieściło mi się w głowie,
że z tym, jak trenuję, jak traktuję moje ciało, może być coś nie tak. W szkole wykonywaliśmy ćwiczenia rozciągające, które -?jak teraz wiem -?są
niewłaściwe i nic nie dają. Biegłem mimo bólu albo robiłem sobie parę
dni przerwy od treningów, ignorując tępe pulsowanie, dopóki nie
przeszło. Miałem trzynaście lat. Byłem niezwyciężony.
To wszystko jakoś działało, aż wreszcie -?gdy miałem szesnaście lat -
mój plan legł w gruzach.
Był chłodny jesienny dzień, jeden z tych, gdy na świeżym powietrzu można
zobaczyć swój oddech w postaci chmurki. Biegałem w miejscu. Starając się
utrzymać temperaturę ciała, czekałem na swoją kolej, żeby zrobić
wrażenie na egzaminatorze podczas testu z wuefu na zakończenie szkoły
średniej. Trenowałem także poza szkołą, w miejscowym klubie, zdobywałem
w okręgu nagrody lekkoatletyczne, ale nie miałem dobrego trenera ani
programu treningowego.
Kiedy wreszcie przyszła kolej na mnie, umieściłem stopy w blokach
startowych. Czubki rozstawionych palców dłoni miałem oparte na ziemi,
plecy -?lekko zaokrąglone, biodra -?ustawione w jednej linii z dużym
palcem u nogi, w pozycji, którą ćwiczyłem tyle razy, że weszła mi w krew. Egzaminator dał mi gwizdkiem sygnał do startu i ruszyłem,
wymachując rękami. Wiedziałem, że dobrze mi idzie, że biegnę naprawdę
szybko.
Po dziesięciu susach złapał mnie skurcz tuż nad kolanem. Nigdy wcześniej
nie czułem czegoś takiego -?był tak silny jak porażenie prądem. Przy
następnym kroku upadłem i leżałem tak przez chwilę, ledwie rejestrując
doznany szok, bo bardziej przejmowałem się tym, że wyłożyłem się jak
długi na oczach wszystkich kolegów i koleżanek. Kiedy się pozbierałem i próbowałem biec dalej, myślałem, że dobrze postępuję; w przeszłości to
działało. Jednak znowu złapał mnie skurcz w nodze i już wiedziałem, że
będę musiał na parę dni zrezygnować z treningów. Pokuśtykałem do
fizjoterapeuty, a on zalecił mi ciepłe okłady, co, jak teraz wiem, było
najgorszą rzeczą, jaką mogłem zrobić.
Od tamtego momentu wszystko się posypało.
"MIAŁEM DOPIERO SZESNAŚCIE LAT I BYŁEM PEWNY, ŻE WSZYSTKO BĘDZIE
DOBRZE".
Kiedy uszkodzony mięsień jest nieodpowiednio leczony, tkanka mięśniowa
może ulec zwapnieniu, jakby zamieniała się w tkankę kostną. Później się
dowiedziałem, że miałem kostniejące zapalenie mięśni (MO, Myositis
Ossificans), chorobę, w której tak się właśnie dzieje. Wtedy nikt o tym
nie wiedział. Nie próbowano diagnozować dolegliwości, więc od razu
przystąpiłem do leczenia. Po pierwsze, poszedłem do masażysty, który
zastosował agresywne metody i tylko pogorszył sprawę. Potem odwiedziłem
paru fizjoterapeutów, a ci kazali mi ćwiczyć mięsień, co również mu nie
pomogło. To wszystko wydaje się oczywiste, ale jeśli wybierasz sposób
leczenia, nie mając właściwej diagnozy, mógłbyś równie dobrze zawiązać
sobie oczy i na oślep wytypować ją palcem.
Wreszcie zrobiono mi rezonans magnetyczny i badanie wykazało, że
doznałem zerwania mięśnia, co spowodowało zwapnienie tkanki. Miałem do
wyboru: zastrzyk sterydowy albo operacja. Po namyśle zdecydowałem się na
operację, co było najgorszą decyzją ze wszystkich. W efekcie straciłem
dużą część mięśnia, a do tego jeszcze nie przeszedłem potrzebnej
rehabilitacji. Za każdym razem, gdy go napinałem, widziałem, ile mi go
wycięto.
Jednak nie traciłem nadziei. Miałem dopiero szesnaście lat i byłem
pewny, że wszystko będzie dobrze. Moi rodzice i przyjaciele mówili
każdemu, że wystartuję w olimpiadzie. "James da radę. Niedługo
zobaczycie go w telewizji, więc lepiej już teraz idźcie do niego po
autograf!" Uśmiechałem się na to, żartowałem razem z nimi, licząc, że
ich słowa się potwierdzą.
Tygodnie przeszły w miesiące i zacząłem ubiegać się o przyjęcie do
reprezentacji Wielkiej Brytanii; nie odzyskałem pełnej sprawności, ale
codziennie zjawiałem się na eliminacje. Wtedy po raz pierwszy przegrałem
w biegu. Miałem siedemnaście lat i nikt już nie mówił o mojej
przyszłości.
Kiedy reprezentacja Wielkiej Brytanii zaczęła przyjmować w swoje szeregi
zawodników, z którymi kiedyś wygrywałem w biegach, a mnie odrzuciła,
niechętnie porzuciłem marzenie, tak motywujące mnie w okresie
nastoletnim. Przekonałem się, ile może dać talent. Ale żeby odnieść
sukces, potrzeba odpowiednich metod treningu, a do tego wsparcia
trenerów i terapeutów.
Tak więc w wieku siedemnastu lat zostałem bez planu, z niesprawną nogą,
nie wiedząc już, kim jestem. Nie był to najlepszy punkt wyjścia dla
młodego człowieka, który sądził, że dzięki talentowi i ciężkiej pracy
może osiągnąć wszystko, co zechce. Jeśli mam być szczery, to był
naprawdę mroczny czas. Moi rodzice właśnie się rozwiedli, mieszkałem
tylko z mamą, bo moi starsi bracia wyjechali na studia. Byliśmy
kochającą się i wspierającą rodziną, ale czułem, że muszę zachować swoje
problemy dla siebie i przeć dalej. Wkrótce zrozumiałem, że potrzebny mi
nowy plan.
Wiedziałem, że nie nadaję się do pracy przy biurku i że ze względu na
jąkanie miałbym trudności ze wszystkim, co wymagałoby ode mnie mówienia
przez cały dzień. Wciąż stale myślałem o olimpiadzie, teraz, gdy
pozostawało to poza moim zasięgiem, nawet bardziej. Ale potem spojrzałem
na to z innego punktu widzenia: już na niej nie pobiegnę, ale mogę pomóc
innym sportowcom zrealizować swojej marzenie. Jednego byłem pewny: że
nie chcę, aby ktoś inny przechodził przez to co ja. Wyznaczyłem sobie
długoterminowy cel: będę pracował z lekkoatletyczną reprezentacją
Wielkiej Brytanii jako jej oficjalny terapeuta.
Zacząłem szukać informacji, jak mógłbym pomóc ludziom, jakie metody
leczenia stanowiłyby uzupełnienie moich umiejętności. Niebawem zawęziłem
pole poszukiwań: mogłem zostać lekarzem, osteopatą albo fizjoterapeutą,
ale gdy przyjrzałem się bliżej osteopatii, zrozumiałem, że odkryłem
swoje powołanie. Osteopaci posługują się rękami przy stawianiu diagnozy,
a wcześniej przez cztery lata studiują anatomię, neurologię,
farmakologię i patologię. Osteopatia to uznawana od przeszło stu lat
terapia manualna, która ma na celu profilaktykę i leczenie różnych
schorzeń oraz zapobieganie ich pogarszaniu się. Co ważniejsze, osteopaci
patrzą na organizm jako całość, bo mają świadomość, że wszystkie jego
części są ze sobą połączone, a nie skupiają się z osobna na kręgosłupie,
tkankach miękkich czy układzie nerwowym. Właśnie holistyczne podejście
przekonało mnie, że to właściwy wybór.
"TERAZ BYŁEM OSIEMNASTOLATKIEM, KTÓRY MA PLAN".
Teraz byłem osiemnastolatkiem, który ma plan.
Cztery lata studiów na uniwersytecie minęły szybko, tak byłem
pochłonięty nauką o ludzkim ciele. Wciąż się jąkałem, wciąż bałem się
wystąpień przed grupą, ale przetrwałem, chociaż w głębi duszy, z powodu
problemów z artykułowaniem myśli, trochę się martwiłem, że ludzie mogą
uznać mnie za mało inteligentnego. Podczas studiów dowiedziałem się
więcej także o własnej kontuzji, o tym, że były pierwsze sygnały
ostrzegawcze w postaci bólu w dolnej części pleców. Zacząłem rozumieć,
jak razem funkcjonują poszczególne części ciała, i zdawać sobie sprawę,
że znak ostrzegawczy w jednym obszarze może oznaczać poważne uszkodzenie
w innym.
Pracę mogłem zacząć zaraz po uzyskaniu dyplomu -?był to jeszcze jeden
powód, dla którego wybrałem tę drogę zawodową. Od rodziców nauczyłem się
pracować dziesięć razy ciężej niż wszyscy inni, więc bezzwłocznie
otworzyłem własną praktykę. Chciałem pracować z każdym, każdemu ulżyć w bólu, od dziewięćdziesięciolatków po kobiety w trzecim trymestrze ciąży.
Patrząc wstecz, nie wiem, jak przeżyłem tamte czternastogodzinne dni
pracy, ale to wtedy zdobyłem niezbędną wiedzę w swoim fachu. Oprócz tego
leczyłem młodych sportowców, którzy byli w decydującym okresie kariery,
przechodzili na zawodowstwo, i pomagałem im uniknąć takiego kończącego
ją urazu, jakiego sam doznałem.
Co pewnie nikogo nie zdziwi, wciąż też myślałem o olimpiadzie. W czasie,
gdy kończyłem studia, było czymś niesłychanym, żeby osteopata pracował w sporcie, który tradycyjnie był domeną fizjoterapeutów. Dążąc do pracy ze
sportowcami, płynąłem pod prąd, ale udało mi się. Zacząłem w swoim
prywatnym gabinecie leczyć kilku juniorów z reprezentacji Wielkiej
Brytanii, co pozwoliło mi później zająć się także seniorami. Pocztą
pantoflową zarekomendowano mnie również sportowcom amerykańskim i karaibskim, kiedy przyjechali do Anglii na zawody.
Dzięki swoim osiągnięciom zostałem zauważony i zaproponowano mi leczenie
brytyjskich sportowców. Ale był jeden haczyk -?i to nie bez znaczenia.
Musiałbym na cztery lata zamknąć swoją praktykę, ryzykując, że nie
wybiorą mnie do olimpijskiej ekipy terapeutów. Było to duże ryzyko, ale
je podjąłem, bo byłem zdeterminowany, żeby spełnić swoje marzenie.
Zabrałem się do poprawiania wyników sportowców, leczenia jednych ich
dolegliwości i zapobiegania drugim.
I wtedy odebrałem telefon, na który czekałem od lat. Reprezentacja
Wielkiej Brytanii zaproponowała mi stanowisko terapeuty podczas
olimpiady w Rio w 2016 roku: miałem wziąć pod opiekę sportowców, których
pokonywałem w biegach jako szesnastolatek. Zaczęło do mnie docierać, że
całe to ryzyko, wszystkie ofiary, stres, harówka, wyrzeczenia i presja
były tego warte.
Udało mi się.
MISJA
WYKONANA
Miałem trzydzieści lat i zrealizowałem swoje największe marzenie. To
dlaczego nie byłem szczęśliwy?
"MIAŁEM TRZYDZIEŚCI LAT I ZREALIZOWAŁEM SWOJE NAJWIĘKSZE MARZENIE. TO
DLACZEGO NIE BYŁEM SZCZĘŚLIWY?"
Podczas lotu powrotnego z Rio do Anglii spokojnie zastanowiłem się nad
swoim życiem i tym, gdzie jestem. Miałem dwoje małych dzieci i żonę,
których bardzo kochałem. Jeśli chciałbym dalej pracować za granicą i na
olimpiadach, straciłbym te cenne lata, w których moje dzieci stają się
dorosłymi. Mniej więcej w tym samym czasie też zmarł mój tata. Pracował
jako inżynier budownictwa lądowego, mieszkał w Indiach i był typowym
pracoholikiem. Skupiał się na pracy i w jego życiu nie było równowagi. W konsekwencji się zaniedbywał i zapłacił za to najwyższą cenę.
Wiedziałem, że powinienem wyciągać wnioski z tego, co go spotkało, i szukać równowagi. Miałem jeszcze wiele do osiągnięcia, ale zdawałem
sobie sprawę, że muszę inteligentniej podchodzić do pracy. Przestałem
więc kierować wzrok za granicę i zastanowiłem się, co mogę robić w Anglii. Ponownie otworzyłem praktykę i wiadomość o tym się rozeszła.
Moją dewizą było zawsze "Wszystko jest możliwe". To podstawowe
założenie. Zamiast mówić komuś, kto odniósł kontuzję podczas biegu, że
już nigdy nie będzie biegać, razem z nim szukałem metod, które pozwolą
mu znowu zasznurować buty i wyjść na zewnątrz, żeby się przebiec.
Pracowałem z wieloma ludźmi, którzy usłyszeli od terapeutów, że muszą
się wyrzec ukochanego hobby. Zdecydowanie się z czymś takim nie zgadzam
-?to najłatwiejsza droga. Zamiast mówić "nie", chcę się dowiedzieć, czy
to jest możliwe. Moi klienci tak się cieszą, kiedy im się mówi, że wciąż
mogą próbować.
"JEŚLI WYJAŚNIŁBYM CZYTELNIKOM, SKĄD BIERZE SIĘ U NICH BÓL, I PODPOWIEDZIAŁBYM DOSTĘPNE TERAPIE, TO MOGLIBY PEŁNIĆ BARDZIEJ AKTYWNĄ
ROLĘ W TRAKCIE LECZENIA".
Wkrótce leczyłem piłkarzy z ekstraklasy i gwiazdy filmowe, a także
innych, których nazwiska nie są tak powszechnie znane; dolegliwości tych
ostatnich były dla mnie tak samo ważne jak strażaka, który przyszedł do
mnie z bólem w dolnej części pleców, a ja się zorientowałem, że to może
być rak prostaty; został wykryty we wczesnym stadium. Z czasem miałem
szczęście leczyć takie osoby jak David Beckham, Kylie Minogue i Eva
Mendez, żeby wymienić tylko kilka z nich. Nigdy bym nie pomyślał, gdy
jako dziesięciolatek oglądałem Beckhama strzelającego bramkę z linii
środkowej, że pewnego dnia będę się nim zajmował.
Szczytem kariery było dla mnie to, że mogłem leczyć swojego bohatera,
Linforda Christie, kiedy drużyna Wielkiej Brytanii trenowała w Kapsztadzie. Gdy wszedł do pomieszczenia, w którym mieliśmy spotykać się
przez sześć tygodni, nagle znowu stałem się tamtym siedmioletnim
chłopcem, który uświadomił sobie, że wszystko jest możliwe.
Od czasu olimpiady w Rio traktowałem klientów jak trener efektywności,
pomagałem im spełniać marzenia, od przebiegnięcia maratonu aż do mety,
po wstąpienie do drużyny rugby. Znajdowałem im odpowiednich trenerów i terapeutów. To był układ obejmujący cały pakiet, mapa drogowa z wizualizacją obrotu o 360 stopni. Kierowałem nimi i kompletowałem im
najlepszą ekipę, żeby mogli osiągnąć swoje cele. Miałem jednak
zapełniony terminarz i wiedziałem, że jeśli będę przyjmować dziesięć
osób dziennie, jakość leczenia spadnie w sposób nieunikniony. Miałem
tylko dwie ręce. Jak więc mogłem pomóc większej liczbie ludzi?
Wtedy zrozumiałem, że muszę napisać książkę. Jeśli wyjaśniłbym
czytelnikom, skąd bierze się u nich ból, nauczyłbym ich, jak brać udział
w postawieniu diagnozy, i podpowiedziałbym dostępne terapie, to mogliby
pełnić bardziej aktywną rolę w trakcie leczenia. Zbadałem rynek i okazało się, że takiej pozycji na nim nie ma.
"NIE MUSICIE BYĆ SZCZUPLI ANI WYSPORTOWANI, ŻEBY CIESZYĆ SIĘ ZDROWIEM".
Chcę także, żeby ludzie byli bardziej świadomi, jak funkcjonuje ich
ciało, i wiedzieli, że małe kroki, takie jak ruch w ciągu dnia, mogą
przynieść wielkie korzyści. Ciało ludzkie jest unikalne i cenne, i należy o nie dbać. Czasami o tym zapominamy. To również bardzo złożony
układ i trzeba traktować go z szacunkiem. Każdy przyjmuje, że w miarę
jak się starzejemy, ruszamy się coraz mniej, a to nie tak. Są sposoby,
żeby temu przeciwdziałać. Dzięki swojej pracy miałem przywilej
podróżować po świecie i widziałem inne sposoby życia, co wpłynęło na
moje myślenie. Pewni ludzie, których spotkałem, może nie mają zbyt dużo
pieniędzy, za to są zdrowi i potrafią godzinami trwać w pozycji kucznej.
Patrzyłem z podziwem, jak osiemdziesięciolatkowie sprawnie się schylają
i dotykają palców u nóg. Ilu z nas jest w stanie to zrobić?
Ale zmiana jest możliwa. Wszystko jest możliwe. I nie musisz przeznaczać
wielu godzin w ciągu dnia, żeby to osiągnąć -?zdaję sobie sprawę, że dla
większości z nas coś takiego byłoby nierealne. Z biegiem lat nauczyłem
się, że najlepszym sposobem, aby wprowadzić coś nowego do swojego życia,
jest włączyć to do codziennych zajęć. Sam zrobiłem tak z jąkaniem. Byłem
zbyt zajęty, żeby poświęcić kilka godzin tygodniowo na terapię, więc
stosowałem techniki oddechowe podczas porannego ubierania się.
Nie wierzę też w skupianie się tylko na jednym celu, jak utrata wagi czy
wyrabianie mięśni. Często słyszymy, że aby być zdrowym, należy schudnąć.
Oczywiście jest w tym sporo prawdy, gdy ktoś ma znaczną nadwagę. Ale
chcę powiedzieć jasno, że nie musicie być szczupli ani wysportowani,
żeby cieszyć się zdrowiem. Najważniejsze, co dzieje się w środku.
Niezależnie od sylwetki, jeśli nie możecie wyrazić się w pełni poprzez
ruch, coś należy poprawić i pokażę wam, jak to zrobić.
"COŚ, CO UWAŻAŁEM ZA SWOJĄ SŁABOŚĆ, PRZEKSZTAŁCIŁEM W SIŁĘ".
W ciągu dziesięciu lat moje jąkanie przeszło według klasyfikacji z jawnego w ukryte. Obecnie większość ludzi, których poznaję, nie zdaje
sobie sprawy, że się jąkam, co jednak nie znaczy, że przeszło mi to na
zawsze. Jąkanie pozostanie mi do końca, czając się pod powierzchnią, i stale będę musiał je kontrolować, a to może być męczące. Powróci pewnego
dnia, kiedy będę wyczerpany albo zestresowany, prawdopodobnie w tak
nieodpowiednim momencie, że mimowolnie się uśmiechnę. Nigdy się od niego
nie uwolnię, ale będąc kiedyś osobą, która się jąka, stałem się taką,
która gdy mówi, nie wywołuje u innych skrępowania. Ludzie zwierzają mi
się, proszą mnie o radę. Coś, co uważałem za swoją słabość,
przekształciłem w siłę. I w gorsze dni, kiedy jąkanie rzutuje na moje
życie, mogę pomagać innym swoim pisaniem: słowa spływają na papier i już
tam zostają.
To jeden z licznych krzepiących przykładów, że wszystko jest możliwe,
jeśli tylko zastosuje się odpowiednie podejście.
Jak korzystać z tej książki
Każdy, kto spędził ze mną więcej czasu, wie, że uwielbiam planować i rozwiązywać problemy. Dzięki ciężkiej pracy osiągnąłem wszystko, co
zamierzałem, między innymi pracowałem na olimpiadzie, leczyłem piłkarzy
angielskiej ekstraklasy i zawodników futbolu amerykańskiego,
przygotowywałem aktorów do ról filmowych. Co najważniejsze, nauczyłem
się skutecznie zmniejszać ból, aby moi klienci mogli iść w życiu
naprzód.
Odnosiłem sukcesy, byłem zajęty, co tydzień dokądś latałem i zdawałem
sobie sprawę, że mam szczęście, mogąc podróżować dookoła świata. Jednak
coś było nie tak. Co roku, mniej więcej w czasie, gdy wyjeżdżałem z rodziną do Norwegii na coś najbardziej zbliżonego w moim przypadku do
wakacji, zawsze zaczynałem odczuwać dolegliwości żołądkowe, wymiotować.
Za każdym razem następowało to po długim sezonie lekkoatletycznym albo
piłkarskim. Kiedy przychodziła pora na odpoczynek, mój organizm słabł,
bo nie jechałem już na adrenalinie. Zajęło mi to kilka lat, ale w końcu
zrozumiałem, że w moim życiu brakuje równowagi.
Miałem do rozwiązania problem, którym byłem ja sam.
W efekcie zrobiłem krok do tyłu i określiłem, co jest dla mnie ważne w życiu: czas dla siebie, czas z rodziną i praca w bardziej przemyślanym
systemie. Dzięki tej autorefleksji uświadomiłem sobie, że nie ja jeden
mam problemy z brakiem równowagi w życiu. Od piętnastu lat obserwowałem
ten sam schemat u swoich zabieganych pacjentów, którzy wciąż dokądś
pędzili. Mówili mi:
"Nie mam czasu".
"Zrobię sobie przerwę, kiedy w przyszłym roku pojadę na urlop".
"Odpocznę po przejściu na emeryturę".
Udzielałem im dobrych rad, ale sam ich nie stosowałem. Zacząłem więc
codziennie brać kąpiele lodowe, korzystać z sauny i jacuzzi, i wymyśliłem mapę drogową, którą wam udostępnię. Po raz pierwszy
postawiłem siebie na pierwszym miejscu i w konsekwencji wszystko w moim
życiu wskoczyło na swoje miejsce.
Ta książka uwzględnia szybkie tempo twojego życia. Nie chodzi w niej o to, żeby dołożyć ci obowiązków i innych niepożądanych obciążeń; ma
pomagać i służyć jako poradnik, który będzie łatwo dostępny i zrozumiały. Ludzie uczą się w rozmaity sposób, zawiera więc dużo
ilustracji, pól tekstowych z bardziej szczegółowymi informacjami i symboli, które mają wyeksponować najbardziej istotne niezbędne fakty.
Oto najważniejsze z tych symboli:
Mam nadzieję, że ta książka po przeczytaniu znajdzie się na jakiejś
łatwo dostępnej półce w twoim domu i będzie z niej zdejmowana za każdym
razem, gdy wpadnie do ciebie przyjaciel czy krewny i wspomni o bólu w ramieniu albo biodrze. Razem możecie odnaleźć odpowiedni rozdział i spróbować postawić diagnozę. Żeby mogła służyć jako podręcznik, który
będzie w użyciu przez wiele lat, została podzielona na cztery części:
Na koniec zamieszczam pomocny wykaz kluczowych terminów, z którymi warto
się zapoznać i je zapamiętać, bo nie będziemy ich tłumaczyć za każdym
razem, gdy pojawią się w tekście (inaczej ta książka byłaby dwa razy
grubsza). To pozwoli opisywać, diagnozować i leczyć ból, a także mu
zapobiegać, w najszybszy, najprostszy sposób... żeby rozwiązać twój
problem zdrowotny i w rezultacie przywrócić równowagę w twoim życiu.
Kluczowe terminy
Akupunktura
Metoda leczenia, polegająca na wbijaniu igły w skórę, żeby przywrócić
zrównoważony przepływ qi. Stosuje się ją w uśmierzaniu bólu, dolegliwościach
ogólnych i konkretnych problemach, takich jak uzależnienie od papierosów.
Anatomia palpacyjna (oceniająca zewnętrzny na żywym organizmie głównie
kształt ciała)
Metoda lokalizowania struktur anatomicz za pomocą świadomego dotyku,
przy wykorzystaniu wiedzy anatomicznej, bez potrzeby dysekcji.
Chiropraktyk
Terapeuta, który specjalizuje się w dolegliwościach związanych z układem
nerwowym, diagnostyce i leczeniu chorób obejmujących mięśnie i nerwy.
Jest znany z tego, że leczy choroby szyi i pleców, ale zajmuje się
wszystkimi obszarami ciała. Terapia przede wszystkim polega na
mobilizacji i nastawianiu (czyli manipulacji) stawów oraz masażu.
Fizjoterapeuta
Terapeuta, który stosuje wobec pacjenta podejście
holistyczne i dąży do przywrócenia ciału sprawności ruchowej
poprzez ćwiczenia, masaż tkanek, mobilizację i manipulację stawową.
Pacjentom często zadaje się ćwiczenia do wykonywania w domu.
Hydrokolonoterapia
Hydrokolonoterpia, czyli płukanie okrężnicy, polega na wprowadzeniu
rurki do odbytu i pompowaniu ciepłej wody do jelita grubego.
Potem woda, wyciekając, wypłukuje z niego wszelkie zanieczyszczenia.
Joga
Forma ćwiczeń polegających na utrzymywaniu określonych
pozycji, które wspomagają giętkość, przy jednoczesnym
kontrolowaniu oddechu. Służy również medytacji.
Nastawianie (manipulacja)
Metoda leczenia stosowana, gdy występuje ograniczenie ruchu w stawie.
Terapeuta szybkim ruchem, poprzez pchnięcie, przywraca mu normalne
funkcjonowanie, czemu towarzyszy "kliknięcie" albo "chrupnięcie".
Osteopata
Terapeuta, który leczy struktury ciała poprzez masaż, mobilizację
i manipulację, a także poprawę krążenia krwi w całym organizmie,
aby docierała do wszystkich tkanek. Osteopaci traktują organizm
jako całość i uważają, że kościec, mięśnie, więzadła i tkanka
łączna muszą ze sobą harmonijnie współpracować.
Podolog
Dawniej znany jako pedikiurzysta. Podologia to dziedzina medycyny
zajmująca się schorzeniami stóp i kostek. Podolog może wykonywać
zabiegi chirurgiczne na wrośniętych paznokciach u nóg, usuwać
brodawki i odciski, leczyć infekcje grzybicze oraz skutki cukrzycy.
Stawianie baniek
Praktyka terapeutyczna, podczas której umieszcza się na skórze
szklane lub plastikowe bańki, tak że odsysają powietrze, co
wspomaga krążenie i zwiększa ukrwienie skóry.
Suche igłowanie (igłoterapia sucha, igłowanie na sucho)
Metoda leczenia, znana także jako "akupunktura medyczna" i uważana za zachodnią wersję akupunktury tradycyjnej. Wprowadza
się pod skórę cienką igłę i ten bodziec powoduje wysłanie do
mózgu sygnału, że w tej okolicy nastąpił uraz. Mózg w odpowiedzi
kieruje tam krew. Pomaga to zmniejszyć wrażliwość w miejscach,
gdzie mięsień jest napięty.
TENS
Transcutaneous Electrical Nerve Stimulation, czyli przezskórna
stymulacja elektryczna nerwów, to metoda przynoszenia ulgi
w bólu przy użyciu prądu o niskiej częstotliwości. Pomaga dojść
do siebie po urazie albo wtedy, gdy ktoś intensywnie trenuje
przed jakimś sportowym wydarzeniem.
Terapia efektywności
Forma terapii, której celem jest poprawienie mechaniki i ogólnego
funkcjonowania pacjenta, aby mógł wykonywać daną czynność, uprawiać
określoną aktywność albo wziąć udział w konkretnym wydarzeniu.
To zwykle szybka, skuteczna część leczenia, prowadzona przez
wysoko wykwalifikowanego terapeutę.
Terapia TECAR
Terapia polegająca na użyciu prądu elektrycznego, aby
zmniejszyć ból i stan zapalny, a także skrócić czas leczenia.
Terapia zimnym laserem
Metoda leczenia wykorzystująca światło lasera o niskim zakresie
fotonów, żeby stymulować odnowę tkanek i krążenie.
Trakcja Odciągnięcie od siebie powierzchni stawowych,
żeby zmniejszyć nacisk między nimi.
Ultradźwięki (sonoterapia)
Terapia, podczas której stosuje się fale dźwiękowe, żeby
wspomóc krążenie krwi, zmniejszyć ból i przyspieszyć proces
zdrowienia. Fale te także pomagają uzyskać obraz narządów
wewnętrznych w celach diagnostycznych.
Rozdział 1
Skąd się bierze ból
Ból to zawsze wiadomość od naszego
organizmu, że coś jest nie tak i wymaga naszej uwagi. Często ją
ignorujemy i dalej robimy swoje. Czasami próbujemy się tym zająć, ale
poprawy nie ma.
Nie zdajemy sobie sprawy, że pominęliśmy jeden ważny krok: diagnozę. Bez
właściwej diagnozy nie możemy liczyć na odpowiednie leczenie i tu
chciałbym pomóc ci stać się detektywem rozwiązującym zagadkę twojego
własnego bólu.
Już od czasu naszych najdawniejszych przodków ból był pierwszym systemem
alarmowym, ostrzegającym, że dzieje się coś złego -?że powinniśmy
przestać naciskać na ten ostry kamień albo cofnąć rękę od ognia. To
sygnał układu nerwowego, mający chronić nasze ciała przed dalszym
uszkodzeniem i zmusić nas, żebyśmy zatroszczyli się o siebie i wyzdrowieli. Uczy się nas, że ból to zło; jednak w swojej najprostszej
formie może uratować nam życie.
A co z subtelniejszym bólem? Takim, który narasta stopniowo, a my
jesteśmy zbyt zabiegani, żeby się nim zająć? Takim, który ignorujemy w nadziei, że sam przejdzie. Takie rodzaje bólu również są ważne, ponieważ
stanowią pierwszy znak, że może być gorzej -?i często bywa. Żyjemy w strachu przed bólem, a jednak nie zawsze podejmujemy kroki, żeby mu
zapobiec.
Jest też drugi koniec tego spektrum -?przewlekły ból, którego źródła
czasami nie znamy. Może on wpływać na wszystkie dziedziny naszego życia,
zakłócać nam sen, odbierać przyjemność z aktywności, które kiedyś
sprawiały nam radość, a także pogarszać samopoczucie psychiczne. Jeśli
nie zrozumiemy, co mówi nam nasze ciało, nie będziemy mogli przystąpić
do leczenia.
W ciągu trzynastu lat, które przepracowałem jako osteopata, spotkałem
się z każdym rodzajem i natężeniem bólu. Wszystko to są sygnały wysyłane
przez nasze ciało, które mówią, że coś jest nie tak, że coś trzeba
zmienić albo zacząć leczyć. Cała trudność polega na znalezieniu źródła
nieprawidłowości. Gdy pojawia się właściwa diagnoza, można wdrożyć
odpowiednie leczenie.
"ZACZĄŁEM MYŚLEĆ O TYM, JAK W STAWIANIU DIAGNOZY MOGLIBY POMÓC ONI
SAMI".
Bywa jednak, że postawienie właściwej diagnozy wymaga czasu. Należy
przesiać mnóstwo informacji i je posortować. A czas to coś, czego nasi
lekarze często nie mają. Cięcia wydatków w służbie zdrowia i poziom
zatrudnienia nie pozostawiają im wyboru: muszą robić, ile się da, w małym okienku czasowym. Często o tym słyszę, gdy przychodzą do mnie
pacjenci, którzy od lat usiłują znaleźć przyczynę swojej dolegliwości.
Dlatego właśnie zacząłem myśleć o tym, jak w stawianiu diagnozy mogliby
pomóc oni sami. Jako osteopata przez wiele lat studiowałem anatomię i uczyłem się odróżniać chory mięsień od zdrowego już po dotyku. Nikt
jednak nie zna ciała pacjenta tak dobrze jak on sam. Nie wie tylko,
jakie pytania sobie zadać i do jakich diagnoz prowadzą odpowiedzi. Może
całymi godzinami googlować w internecie objawy i uzyskiwać jedną możliwą
diagnozę po drugiej, niekiedy tak ekstremalną, że zatrzaskuje laptopa i przez kilka dni jest zbyt przestraszony, aby otworzyć go ponownie. Nic
dziwnego, że odsuwa od siebie problem, który pozostaje nierozwiązany,
dopóki człowiek jest w stanie znowu się z nim zmierzyć. Albo powraca,
tym razem agresywniej, i trzeba szukać pomocy.
Chciałem znaleźć sposób, żeby pacjent mógł sam postawić sobie diagnozę,
a potem przedsięwziąć kroki w celu odpowiedniego leczenia. Pragnę
rozwiązać zagadkę, jaką jesteś, przyglądając się wszystkim aspektom
twojego życia i analizując różne terapie, jakie można zastosować w twojej dolegliwości. Ostatnie, czego bym sobie życzył, to żeby ktoś
wydawał ciężko zarobione pieniądze na coś, co mu nie pomoże. W dalszej
części książki powiem także, co możesz robić w domu, żeby dojść do
zdrowia, biorąc pod uwagę różny budżet i style życia.
Potem, kiedy już uwolnisz się od bólu, będziesz chciał, aby tak zostało,
i możesz wprowadzić wiele drobnych zmian, aby twoje ciało pozostało
sprawne i giętkie. Jak wszyscy wiemy, profilaktyka jest lepsza od
leczenia.
Chociaż to kuszące, żeby przejść do razu do diagnozy, najpierw musimy
się dowiedzieć, z czym mamy do czynienia -?zanim zabralibyśmy się do
nauki gry na fortepianie, powinniśmy posłuchać muzyki. W sposób
naturalny boimy się bólu, mam jednak nadzieję, że kiedy go zrozumiesz i będziesz wiedział, jaka jest jego rola, zdołam uspokoić twoje lęki i sprowadzić go do czegoś, co da się kontrolować, abyśmy mogli pomyśleć o tym, jak do niego podejść, jak nim zarządzać, a często także jak go
pokonać.
Opis bólu
Ostry, palący, przeszywający, tępy, dokuczliwy, osłabiający... to tylko
kilka z wielu jego określeń, ale czym właściwie jest ból? Mówiąc
najprościej, jeśli uznać mózg za główny system kontroli, ból to
wiadomość. To sposób komunikacji między układem nerwowym a rdzeniem
kręgowym, aby powiadomić mózg, że dzieje się coś złego. Później mózg
przetwarza otrzymaną informację i odczuwamy ból.
Jest wiele sposobów klasyfikowania bólu, ale ja chciałbym sprowadzić go
do tych czterech kategorii (patrz ilustracja 1.1).
To podręcznikowa odpowiedź i dobry punkt wyjścia. Wierzę jednak w zindywidualizowany opis bólu. Jeśli mam opisać twój ból, przede
wszystkim potrzebna mi będzie skala. Nie żebym zamierzał dorzucić tu
jakiś ładny schemat; nie chodzi też o to, że nie wierzę, abyś nigdy
wcześniej nie próbował ocenić swojego bólu w zakresie od zera do
dziesięciu. Jednak musimy znaleźć płaszczyznę porozumienia. To, co dla
jednego człowieka jest osłabiającym bólem, dla innego bywa dokuczliwym,
i w porządku. Nikogo tu nie oceniamy pod względem hartu ducha. Chcemy
tylko mieć pewność, że mierzymy ból w taki sam sposób, abyśmy mogli
zdecydować, czy potrzebujesz pomocy lekarza, a potem czy możesz ćwiczyć,
dochodząc do siebie.
Ważne jest także, abyś potrafił wytłumaczyć lekarzowi intensywność tego,
co czujesz. Ile razy byłeś u niego w gabinecie i próbowałeś opisać swój
ból, opowiedzieć, co ci dolega, a kończyło się na tym, że mamrotałeś:
"To znaczy, bywa źle, czasami naprawdę bardzo źle, a innym razem trochę
lepiej, rozumie pan?". Czy nie byłoby lepiej, jeśli zabralibyśmy na
wizytę lekarską własną skalę bólu, przemyślaną i przygotowaną wcześniej,
zamiast dawać krótką odpowiedź, jakiej się od nas oczekuje? Moglibyśmy
wtedy usiąść i powiedzieć: "Jeśli dobrze spałem, rano to trójka; jeśli
przez cały dzień nosiłem ciężary, dochodzi do piątki, a czasami, jeżeli
podniosłem coś naprawdę ciężkiego, ociera się o szóstkę".
Poniżej znajduje się opracowana przeze mnie skala bólu (patrz ilustracja
1.2). To pierwsze narzędzie pomocne w przeglądzie objawów, jak to
nazwałem; pomoże ci opisać ból, który odczuwasz. Na szczęście większość
ludzi w ciągu całego życia nie doświadcza bólu na poziomie dziewiątym
albo dziesiątym, ale musimy uwzględnić je wszystkie.
Najwyższy poziom, do jakiego kiedykolwiek doszedłem, to ósmy, kiedy
przytrzasnąłem sobie rękę klapą bagażnika. Jak się na pewno domyślacie,
w pierwszej chwili ból tak straszny, że wręcz płakałem (wzdrygam się na
samą myśl o tym), ale z powodu uszkodzenia nerwu utrzymywał się na
poziomie ósmym, tak że nie mogłem spać ani prawie nic tą ręką robić.
Oceniając swój ból, zawsze rób to, gdy jest najsilniejszy. Jeśli
utrzymuje się na poziomie pierwszym albo drugim, to przeważnie coś, na
co powinieneś mieć oko, co jednak nie wymaga dalszych badań. To
prawdopodobnie nie jest żadna poważna sprawa, chyba że odczuwasz ból
przez kilka miesięcy. Jeśli trwa on dłużej niż dwa miesiące, należy
poświęcić mu uwagę. Jednak jak ze wszystkim, zaufaj swojej intuicji.
Jeżeli myślisz, że powinieneś zasięgnąć porady lekarskiej, idź do
lekarza. Lepiej być przezornym.
"KIEDY W WIEKU SZESNASTU LAT ZERWAŁEM MIĘSIEŃ CZWOROBOCZNY, MÓJ BÓL
OSIĄGNĄŁ POZIOM PIĄTY".
Kiedy w wieku szesnastu lat zerwałem mięsień czworoboczny, mój ból
osiągnął poziom piąty i potrzebowałem natychmiastowej pomocy medycznej.
Ból pleców, który zacząłem odczuwać jako trzynastolatek, był na poziomie
trzecim. Moje ciało próbowało mi powiedzieć, że potrzebuje uwagi, a ja
to ignorowałem.
Kiedy osiągasz poziom trzeci i zaczynasz dostosowywać się do bólu, żeby
nie był taki dokuczliwy, pora coś z tym zrobić. A to dlatego, że
oczekujesz od innych obszarów swojego ciała, aby pomogły; na przykład
nie możesz używać prawej ręki, więc chcesz, żeby lewa przejęła jej
czynności, a nie jest do tego przygotowana, albo stawanie na kłębie
palca u stopy sprawia ci ból, więc wypychasz biodro i przenosisz ciężar
na drugą nogę. Kiedy dochodzi do tego, że zmieniasz postawę, krok, styl
życia czy jak w moim przypadku technikę biegu, to bólem należy się
zająć. Wszystkie tego typu modyfikacje, jakie wprowadzasz, odbijają się
później na innej części twojego ciała. Nawet jeśli robisz to od lat,
lepiej powstrzymać albo odwrócić szkody, niż je ignorować.
A zatem pierwszym krokiem, który powinniśmy uczynić, żeby opisać ból,
jest nadanie mu liczby w podanej skali. To jednak nie wystarczy. Musimy
jeszcze określić charakter tego bólu, skupić się na szczegółach, wniknąć
w jego warstwy, ponieważ różne rodzaje bólu wskazują na różne problemy.
Zdaję sobie sprawę, że nie każdy lubi sztuczki mnemotechniczne, ale oto
jedna z nich, którą stosuję, aby mieć pewność, że wszystkie aspekty bólu
zostały uwzględnione. Jeśli zdołamy przedstawić ból opisowo,
zorientujemy się, czy wymaga on natychmiastowej uwagi. Przyda ci się to
także wtedy, gdy będziesz charakteryzował go lekarzom; dzięki temu będą
mieli więcej czasu na poradę i leczenie.
A więc, żeby pomóc pacjentom opisać ból, zadaję im następujące pytania
(to metoda STOP: zatrzymaj się i pomyśl):
Ustalenie, gdzie pojawia się ból, pomaga zlokalizować uraz albo chorobę.
Miejsce jego występowania (site) jest także wskazówką, czy chodzi o nerwy, czy o tkanki, bo jeśli się przemieszcza, w grę wchodzi raczej ból
neuropatyczny. Rodzaj bólu (type) też ma duże znaczenie. Jeśli jest
ostry albo przeszywający, wskazuje to na poważniejszy problem, którym
natychmiast należy się zająć. Takie określenia, jak "palący",
"elektryczny", "z uczuciem mrowienia", również świadczą o neuropatii,
podczas gdy inne, jak "ostry", "tępy", "dokuczliwy", sugerują
uszkodzenie tkanek. Początek bólu (onset) jest równie ważny, bo jak
dowiemy się później, nawet jeśli nie wykracza on poza poziom pierwszy,
to gdy trwa kilka miesięcy, wymaga twojej uwagi. Informacja o tym, co
powoduje ból (provoked), pozwala zdiagnozować rodzaj bólu, który
odczuwasz: czy jest on neuropatyczny, czy somatyczny.
"MASZ WIĘC JUŻ PIERWSZE NARZĘDZIE DO DIAGNOZOWANIA BÓLU".
Jeśli w tej chwili czujesz ból albo czułeś go ostatnio, określ jego
poziom na podstawie przedstawionej skali i postaraj się go opisać przy
użyciu STOP-u. I pamiętaj, żeby przy ocenie brać pod uwagę jego
szczytowy punkt. To ważne, aby stosować obie metody razem i wyrobić
sobie nawyk odwoływania się do nich, gdy czujesz nowy ból.
Masz więc już pierwsze narzędzie do diagnozowania bólu.
Ból z braku aktywności
Często wydaje nam się, że ból jest wywołany jakimś działaniem -
stanęliśmy na gwoździu albo uderzyliśmy łokciem o ścianę. Ale kiedy się
pojawia, powinniśmy również się zastanowić, czy jest coś, czego nie
zrobiliśmy. Jako istoty ludzkie mamy być aktywni. Jesteśmy łowcami i zbieraczami, więc oczekujemy od naszych ciał, że pozwolą nam poruszać
się około sześciu godzin dziennie, od czasu do czasu wydatkując duże
ilości energii, gdy uciekamy przed tygrysem.
Jednak żyjemy w epoce, w której rankiem wstajemy i jedziemy do pracy,
korzystając albo z własnego samochodu, albo transportu publicznego.
Siedzimy przez osiem godzin w jednym miejscu, z krótką przerwą na
wyjście, żeby kupić kanapkę, jeśli mamy czas. Potem znowu wsiadamy do
samochodu i jedziemy do domu, tkwiąc w korkach z uczuciem wyczerpania.
Po długiej jeździe czy szczególnie stresującym dniu wszyscy jesteśmy
wykończeni. Zmęczyliśmy się, ale kiedy przystajemy, żeby się nad tym
zastanowić, stwierdzamy, że właściwie się nie ruszaliśmy. Zmęczyła nas
konieczność koncentrowania się przez cały czas, a nie wysiłek fizyczny.
"BÓL Z BRAKU AKTYWNOŚCI STAŁ SIĘ PRZEZ OSTATNIE PIĘĆDZIESIĄT LAT CORAZ
BARDZIEJ POWSZECHNY".
Ból z braku aktywności stał się przez ostatnie pięćdziesiąt lat coraz
bardziej powszechny i wskutek pandemii COVID-19 to jeszcze
przyspieszyło. Wszyscy mamy tego świadomość. Ludzie przestali codziennie
dojeżdżać do pracy, tracąc okazję, żeby przejść kilka kilometrów na
piechotę, i zamiast tego zaczęli spędzać długie godziny przy
niestabilnych prowizorycznych biurkach. Z powodu złej postawy i braku
ruchu znacznie nasiliły się przypadki bólu w szyi i dolnej części
pleców. Ci, którzy regularnie chodzili na siłownię, porzucili ten
zwyczaj, co doprowadziło do urazów, kiedy wreszcie mogli do niej wrócić.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki