Acireale
Sycylia
Dostaliśmy na łapę po pieczątce "Carnevale di Acireale" i przekroczyliśmy bramki. Dalej było tak, jakby ktoś podał nam do zjedzenia dziwne grzybki. To nie mogła być prawda, ale jednak - po ścisłym centrum sycylijskiego miasteczka jeździły w kółko dość upiornie przystrojone traktory, przy akompaniamencie dudniącej muzyki. To było nasze spotkanie ze skądinąd pięknie położonym Acireale.
Gdy karnawał zamienił się w post, a my już dawno byliśmy w Warszawie, by powspominać naszą ostatnią sycylijską eskapadę, przyrządziliśmy sobie gar muli na białym winie, którymi - aby podratować trochę hemoglobinę - żywiliśmy się podczas zimowego wyjazdu na wschód Sycylii. I wtedy przed oczami stanął nam karnawał, na który trafiliśmy przypadkiem w Acireale. Przypadkiem, bo mieliśmy odpocząć od buzującej wielkiej aglomeracji Katanii. A ponieważ miejscowość Acireale leży od niej kilkanaście minut jazdy pociągiem, zrobiliśmy sobie wycieczkę.
A tu masz ci los! Dochodzimy z pociągu do centro storico (swoją drogą to spory kawałek, bo jakiś geniusz wymyślił, żeby przenieść dworzec z dala od centrum), a tu impreza na całego! Trafiliśmy na pożegnanie karnawału do miasteczka, które z jego obchodów znane jest nie tylko na Sycylii, ale w całych Włoszech. Nie tylko dlatego, że jego tradycja liczy kilkaset lat. To kilkudniowa fiesta, której punktem kulminacyjnym jest parada dziwnych platform, czyli carri allegorici. Pojazdy są ozdobione ogromnymi postaciami, czasem animowanymi, trochę strasznymi, trochę śmiesznymi, ruszającymi się w rytm muzyki didżeja. Każdy wóz ma swoją tematykę i jest przygotowany z masy papierowej przez artystów należących do rywalizujących ze sobą stowarzyszeń, bo sztuka papier mâché ma długą tradycję na Sycylii. Platformy jeżdżą wolniutko w kółko dwoma głównymi deptakami miasteczka, a mieszkańcy i mieszkanki, turyści i turystyki, przebrani, nierzadko w maskach, żywo uczestniczą w tej osobliwej celebracji, stąpając po bruku pełnym konfetti. "I pi? bel Carnevale di Sicilia" - przeczytaliśmy na jednej z dekoracji. Rzeczywiście, najpiękniejszy na Sycylii - uśmiechnęliśmy się do siebie i zaczęło się kombinowanie, gdzie się schować.
Park z widokiem na morze
Choć nam się nie udało, wy koniecznie odwiedźcie to miejsce, jeśli traficie do Acireale. Villa Belvedere, zgodnie z nazwą, szczyci się pięknym widokiem. Na skraju skarpy rozciąga się taras, z którego rozpościera się szeroka panorama Morza Jońskiego, Riwiery Cyklopów, a przy dobrej pogodzie dostrzec można nawet wybrzeże Kalabrii. Etnę widać stąd zaś jak na dłoni. Publiczne ogrody powstały w 1848 r. Wśród alejek znajdują się popiersia wybitnych mieszkańców Acireale z XIX i XX w., a także monumentalny pomnik Giuseppe Garibaldiego. Najważniejszym dziełem jest jednak bez wątpienia fontanna z marmuru przedstawiająca Acisa i Galateę, postacie z mitologii greckiej, których historia przekazywana była w tych okolicach z ust do ust. Acis - przystojniak parający się wypasaniem owiec - zakochał się bez pamięci w Galatei - pięknej nimfie morskiej. Ich miłość była jednak pełna przeszkód, a największym zagrożeniem okazała się zazdrość cyklopa Polifema, który sam podkochiwał się w Galatei. Ogarnięty zazdrością Polifem zabił Acisa, miażdżąc go ogromnym głazem. Galatea, nie mogąc znieść utraty ukochanego, wylała na jego ciało wszystkie łzy, jakie miała, a bogowie, widząc jej rozpacz, przemienili krew pasterza w rzekę, która popłynęła do morza w miejscu, gdzie kochankowie się spotykali. Dzięki temu ich miłość zyskała wieczne życie, a oni sami pozostali na zawsze złączeni w wodach, gdzie ich dusze mogły się połączyć.
Pomijając tragiczną historię miłosną kryjącą się w egzotycznej roślinności, liczne ławki i miejsca do odpoczynku zachęcają do spędzenia tu czasu w spokojnej atmosferze. Wstęp do parku komunalnego, jak to we Włoszech - jest wolny. O ile nie traficie na karnawał!
Musicie bowiem wiedzieć, że Agnieszka przed tłumem i hałasem ucieka tam, gdzie pieprz rośnie. Indie były daleko, urlop nam się kończył, więc ta opcja odpadła. Wybraliśmy bardziej praktyczne rozwiązanie, które przy okazji pozwoliło nam poznać nieco inne oblicze Acireale. Na tapet poszły kościółki, bo jak trwoga, to do Boga. Siadła więc sobie taka Agnieszka w ławie katedry pochodzącej z XVI w. w swoim płaszczyku w panterkę i nawet na moment zapomniała, że z wiarą katolicką jej w życiu średnio po drodze. Cisza, a przynajmniej jej namiastka, sprawiała, że nie chciało się wychodzić. W końcu trzeba było jednak się ruszyć i zobaczyć trochę tego osobliwego widowiska, za które, chcąc nie chcąc, zapłaciliśmy po parę eurasów.
No to wychodzimy na Piazza Duomo, a tam impreza się rozkręca! Z wielkich głośników na platformach ryczy popularny kiedyś u nas indo-brytyjski didżej Panjabi MC ze swoim hiciorem Mundian To Bach Ke sprzed przeszło dwóch dekad, dzieciaki dalej plączą się pod nogami i obrzucają konfetti, a na domiar złego z pojazdów zaczyna buchać kolorowy dym i można się poczuć jak w jakimś sektorze ultrasów na stadionie piłkarskim. Wiedząc, co się zaraz wydarzy, Przemek proponuje Agnieszce kolejną ucieczkę, tym razem do ogrodów Villa Belvedere z panoramicznym widokiem na Morze Jońskie i Etnę, blisko której miasto jest położone. Ale nic z tego! Plac przed wejściem na teren ogrodów służy teraz za parking dla karnawałowych pojazdów, swoisty pit stop, gdzie czynione są ostatnie poprawki przed tym, jak traktor ciągnący kolorową scenę zrobi kolejny nawrót w kierunku placu katedralnego. A skoro jest to miejsce strategiczne, kręci się tam ochrona, policja, carabinieri, są strażacy w gotowości, bo jak wspomnieliśmy, z platform od czasu do czasu metodycznie się dymi - słowem, nijak nie było sposobności przeskoczyć przez zamkniętą na cztery spusty bramę. Plan spalił na panewce.
Festiwal granity
Międzynarodowy Festiwal Granity Sycylijskiej Nivarata w 2024 r. doczekał się swojej dziewiątej edycji. Granita to rzecz stricte sycylijska, nierozerwalnie związana z Etną i nigdzie indziej, jak u jej podnóża, nie smakuje tak dobrze. Już od średniowiecza istniał tu zawód nevaroli - ludzi, którzy zimą zbierali śnieg na wulkanie, a przez resztę roku przechowywali go w neviere, czyli śnieżnych studniach. Latem transportowano go w dół przy pomocy osłów. Do dziś na Sycylii żywe jest powiedzenie: comu 'na nivera, używane do opisania wyjątkowo zimnych miejsc.
Śnieg z Etny latem doskonale nadawał się do przygotowywania granity, idealnej na pokonanie sycylijskiego upału. Zeskrobywano go po kawałku i mieszano z aromatycznym syropem. Najbardziej klasyczny smak to migdał - często z dodatkiem jego gorzkiej odmiany, która nadaje granicie intensywny aromat. Kolejne popularne smaki to pistacja z Bronte, cytryna, kawa, czekolada, truskawka, brzoskwinia, morwa... Ech! Takie rzemieślnicze granity, które stają do konkursu w Acireale, to musi być poezja. Sprawdźcie, kiedy festiwal odbędzie się w tym roku na stronie: nivarata.it!
W obliczu tego mogliśmy oczywiście szukać kolejnych świątyń, w których w niby-modlitwie można by na chwilę przycupnąć i się odbodźcować. Z wyborem nie byłoby problemu, bo w tym barokowym mieście jest jeszcze chociażby kościół pod wezwaniem św. Sebastiana, uchodzący za najpiękniejszy w Acireale, z barokową fasadą i freskami Paola Vasty w środku. Wybraliśmy jednak powolny odwrót i spacer w dół, w kierunku morza, ciągle w barokowym anturażu. Choć trzeba pamiętać, że 50-tysięczne Acireale w drugiej połowie XX w. ucierpiało przez trzęsienie ziemi i do historycznego centrum wjechało też trochę nowoczesnego betonu wątpliwej proweniencji.
Kręcili tutaj Francis Ford Coppola i Nanni Moretti
Acireale jest drugim miastem na Sycylii, po Palermo, do którego zawitało kino. Stało się to 5 lutego 1897 r. dzięki braciom Lentini, którzy zorganizowali projekcję w siedzibie miejscowego ratusza. Dziesięć lat później, na Piazza Duomo, odbyła się kolejna projekcja, tym razem przy akompaniamencie orkiestry. W 1909 r. w Acireale otwarto pierwsze kino - Margherita.
W XX w. Acireale stało się także miejscem, do którego chętnie zaglądali filmowcy, nie tylko z Włoch. To tutaj Francis Ford Coppola nakręcił niektóre sceny drugiej i trzeciej części Ojca chrzestnego. My szczególnie polecamy wam film Czerwony lobik (Palombella rossa) Nanniego Morettiego z 1989 r., który został nagrodzony przez krytyków na festiwalu w Wenecji. Oglądaliśmy go na wrocławskich Nowych Horyzontach, kiedy w programie była retrospektywa tego znanego włoskiego reżysera. Film, którego akcja w dużej mierze rozgrywa się na basenie podczas meczu piłki wodnej, kręcono w nieczynnym już dziś kompleksie Terme di Acireale.
Spacer zakończyliśmy nad samym morzem, w miejscu, które i wam polecamy. Znajduje się tu rezerwat przyrody La Timpa, obejmujący obszar 265 ha zboczy zastygłej lawy porośniętych bujną roślinnością i rozciągający się na długość 6 km wzdłuż wybrzeża. Z oddali obserwowaliśmy rybacką wioskę Santa Maria la Scala otoczoną łodziami kolebiącymi się delikatnie na wodzie. Na plażę Spiaggia del Mulino nie schodziliśmy, bo był luty. Do położonych przy niej knajpek też nie - trafiliśmy na czas sjesty. Ale nie obchodziło nas to. W końcu zaledwie 10 min spaceru od katedry znaleźliśmy ciszę i uspokajający widok bezkresnego morza. Siedzielibyśmy dłużej, ale zaczęło się ściemniać. A dworzec, jak pamiętacie, był spory kawałek z buta od serca Acireale.
Trunzu, czyli fioletowa kalarepa
Cavolo trunzu to rodzaj kalarepy uprawianej w Acireale i okolicznych miejscowościach. Jest małych rozmiarów, ale łatwa do rozpoznania, ponieważ jadalna część ma fioletowe prążki, zresztą bardzo charakterystyczne dla wielu warzyw uprawianych na wulkanicznych glebach Etny. Nazwa "trunzu" pochodzi od żartobliwego i, bądź co bądź, złośliwego sposobu, w jaki mieszkańcy Katanii nazywali obywateli Acireale - mawiali o nich "głowy kalarepy". Te dwa miasta rywalizowały ze sobą od niepamiętnych czasów, mniej więcej tyle samo, ile na tych ziemiach znana i uprawiana jest kapusta trunzu. Choć dziś tradycyjne obszary jej uprawy zajmują zaledwie kilka akrów, a liczba producentów zaangażowanych w jej hodowle maleje, powraca powoli do łask.
Akwileja
Friuli-Wenecja Julijska
Rower to żyćko. Szczególnie jeśli pedałuje się z Grado do Akwilei. Choć z potężnego niegdyś miasta niewiele zostało, to jednak to, co przetrwało - bazylika z mozaikami z IV w. - warto zobaczyć, nawet gdyby trzeba było na dwóch kółkach jechać z Warszawy.
My na szczęście nie musieliśmy jechać tak daleko, bo z naszej bazy w Grado do Akwilei jest zaledwie 13 km. To około pół godziny pedałowania, no może trzy kwadranse, jeśli, tak jak my, często się zatrzymujecie i robicie zdjęcia. Trasa Ciclovia Alpe Adria jest naprawdę piękna i reklamowana wszędzie, gdzie się da - od przewodników po biura informacji turystycznej. Na takie reklamy jednak łasi jesteśmy jak kot na ciepłą kanapę.
Wyjeżdżacie z Grado szosą przez zwodzony most i zaraz - pstryk! - lekki łuk w prawo i wskakujecie na ścieżkę, która jest już przeznaczona tylko dla rowerów. I to jaką! Z obu stron otaczają was wody laguny (Laguna di Grado). Z lewej widać wyspy Ravaiarina i Gorgo, z prawej zaś, w oddali, majaczy wieża i kopuła Santuario di Barbana. Po ok. 10 min dotrzecie do miejsca oznaczonego na mapie jako "Welcome to Grado Tree". To samotnie rosnące drzewo piniowe (a właściwie dwa), które z jednej strony jest znakiem dla turystów z Niemiec i Austrii, że oto zbliżają się do swojego ulubionego kurortu Grado, o którym piszemy kilkanaście rozdziałów dalej. Z drugiej strony wiadomo, że do Akwilei już naprawdę niedaleko. Jeszcze tylko miniecie knajpę Da Piero, zjazd na Belvedere, wypasioną agroturystykę z dwoma kamiennymi lwami przy ogrodzeniu (stąd nazwa - Agriturismo Ai Due Leoni), chodliwą trattorię Al Morar i już witacie się Akwileją!
To miasto to kawał historii. Choć dzisiejsza Akwileja liczy zaledwie ok. 3 tys. mieszkańców i rozciąga się w promieniu mniej więcej jednego kilometra wokół bazyliki - jej najważniejszego punktu dawniej i dziś. Kiedyś jednak, w II w. n.e., było jednym z największych miast na świecie, z populacją szacowaną na blisko 100 tys. osób. Było też obok Cividale del Friuli i Udine jedną z historycznych stolic Friuli. Innymi słowy, Akwileja była potęgą.
Zanim jednak na dobre urosła w siłę, została podbita przez Rzymian w 181 r. p.n.e. Ze względu na strategiczne położenie osady założyli oni tu swoją kolonię, a dziś jednym z głównych punktów, który przyciąga turystów, jest właśnie rzymskie forum. W przeszłości był to główny plac miasta, zbudowany już w II w. p.n.e., ale znany do dziś wygląd zyskał w pierwszej połowie I w. n.e. Przy czym warto dodać, że kolumny otaczające foro i rozciągające się na 115 m długości i 57 m szerokości zostały podniesione z ziemi i odrestaurowane przez faszystów w latach 30. XX w. A ci mieli prawdziwego hopla na punkcie starożytnego dziedzictwa narodu, więc nie szczędzili wysiłków przy jego odtwarzaniu.
Zaraz obok Foro Romano, które w czasach świetności było centrum życia politycznego, administracyjnego i społecznego, biło gospodarcze serce Akwilei - Porto Fluviale, czyli port rzeczny. To właśnie ta przystań przyczyniła się do rozwoju miasta, stanowiąc kluczowy punkt na handlowych szlakach. Wyobraźcie sobie, że tędy przepływały niemal wszystkie statki handlowe, których trasa wiodła z dzisiejszej północy Europy - z dalekich pozaalpejskich terenów, aż spod Bałtyku - i odwrotnie. Miasto bogaciło się głównie na handlu bursztynem, szalenie popularnym w tamtych czasach.
Smak starożytności
W Akwilei, w pobliżu kompleksu przy Piazza Capitolo, znajduje się prawdziwy skarb - Pasticceria Mosaico, która posiada własną palarnię kawy i manufakturę czekolady. A do espresso czy gorącej czekolady możecie skosztować cudnej urody ciasteczka, tradycyjnej friuliańskej babki z bakaliami wypiekanej na drożdżach - gubana, a także innego lokalnego specjału - presnitz, czyli połączenia suszonych owoców, orzechów, czekolady, skórki owoców cytrusowych i cynamonu, otoczonego francuskim ciastem. Mistrz cukiernictwa z Pasticcerii Mosaico stworzył ponadto słodkość, której korzenie sięgają czasów rzymskich - Dolce Aqvileia. Dzięki badaniom nad składnikami, które mogły być używane w tamtych czasach, udało się odtworzyć "ciasto podróżne" zabierane ze sobą w dalszą drogę w kierunku Rzymu. Deser składa się z orzechów, płaskurki (farro), fig i miodu, które tworzą miękkie i kremowe wypełnienie chrupiącej i kruchej otoczki z ciasta.
Dziś w miejscu, gdzie niegdyś pływały statki z całego basenu Morza Śródziemnego, możecie spokojnie spacerować niczym dawni pielgrzymi, którzy w drodze do Rzymu robili tu przystanek. Akwileja zresztą na ich obecności też się całkiem nieźle dorobiła - po tym jak chrześcijaństwo stało się religią Cesarstwa Rzymskiego, była pierwszym punktem na mapie wczesnochrześcijańskich pielgrzymek. A kiedy Kościół wprowadził Rok Jubileuszowy i praktykę odpustów, po które trzeba było się udać do Wiecznego Miasta, czasem nawet z najodleglejszych zakątków średniowiecznej Europy, to już w ogóle Akwileja zaczęła przeżywać złoty wiek duchowej turystyki. Hostele, sklepy, miejsca do odpoczynku, do modlitwy, a także fachowe usługi przygotowania pielgrzymów na dalszą drogę - średniowieczne all-inclusive dla wiernych w podróży.
Gdzie na wino w Akwilei
Region Friuli-Wenecja Julijska słynie z wina, zwłaszcza tego pochodzącego ze wzgórz Collio (po słoweńskiej stronie granicy znanych jako Brda). Sztandarowym trunkiem regionu jest friulano, które jeszcze nieco dekadę temu funkcjonowało jako tocai-friulano - do czasu, aż Węgrzy tupnęli nogą, wyczuleni na punkcie swoich praw do marki Tokaj. Nie mniej w samej Akwilei i jej okolicach jest kilka winiarskich miejsc wartych odwiedzenia.
W Vini Puntin (via San Zili 14) rocznie produkuje się ok. 30 tys. butelek. Ta cantina rozłożona na czterech hektarach to dzieło Daria i Moniki Puntinów, którzy osobiście doglądają wszystkiego, od uprawy winorośli po marketing. Możecie nie tylko zwiedzić winiarnię, ale i wziąć udział w degustacji aż siedmiu rodzajów produkowanych win, na czele oczywiście z friulano. Na kieliszek i małe co nieco warto też zajrzeć do Azienda Agricola Ritter de Záhony. To tuż przy Museo Paleocristiano Nazionale. A jeśli wolicie miejsce łączące wino, jedzenie i nocleg, to Break Food&Wine będzie strzałem w dziesiątkę. Leży przy samej ścieżce rowerowej, przy via Beligna 4/6, więc idealnie nadaje się także na postój w drodze powrotnej do Grado.
Dziś Akwileja zaprasza do wędrówki po swoich wiekowych szlakach. Od lat 30. XX w., za sprawą Mussoliniego i jego nieco megalomańskich zapędów, dawny teren Porto Fluviale stał się Via Antica. To szlak archeologiczny, który prowadzi aż do wczesnochrześcijańskiej bazyliki i Cimitero degli Eroi - cmentarza bohaterów z czasów I wojny światowej. Swoją drogą bardzo ładnego.
Basilica Dedicata Santa Maria Assunta to najważniejszy punkt Piazza Capitolo i absolutnie obowiązkowe miejsce do odwiedzenia, choć wejście jest biletowane. Powstała w 313 r. n.e., zaraz po edykcie mediolańskim, a jej największym skarbem są wspaniałe mozaiki z IV w. ze scenami ze Starego Testamentu. Ten wielki na ponad 700 m? dywan z kamienia powstał na zlecenie patriarchy Teodora. Sama bazylika, która jest najstarszym chrześcijańskim budynkiem kultu w północno-wschodnich Włoszech, zachowała swój XI-wieczny kształt. To z kolei zasługa patriarchy Poppona, który kazał ją prawie całkowicie przebudować i dołożył do niej 73-metrową dzwonnicę, górującą nad placem. Oczywiście późniejsi architekci dorzucili jeszcze swoje trzy gotyckie grosze (po trzęsieniu ziemi), a kiedy w XV w. Akwileja przeszła pod panowanie Wenecji - ta również dodała swoje. Zresztą można powiedzieć, że upomniała się o swoje. Bo gdy na zamożną Akwileję najechali Hunowie, jej mieszkańcy w panice rozpierzchli się po pobliskich bagnach. I to właśnie tam, na niewielkich wyspach, które gwarantowały im bezpieczeństwo, założyli Grado i Wenecję, która później wyrosła na potęgę.
Spacerując po Piazza Capitolo, trzeba też oczywiście wejść do baptysterium, które znajduje się vis-a-vis bazyliki. W środku czeka pokaźnych rozmiarów chrzcielnica, w której kiedyś ludzie zanurzali się w całości podczas obrzędu. Warto zajrzeć również do tzw. Südhalle, gdzie można podziwiać kolejne mozaiki - w tym jedną z najbardziej efektownych, przedstawiającą pawia w całej jego mozaikowej pawiowatości.
Na placu, tuż przed wieżą, na kolumnie w 1919 r. dumnie usadowiła się rzymska wilczyca, której mleko piją Romulus i Remus. To rzeźba bliźniacza do tej ze stolicy Włoch - Wilczycy Kapitolińskiej, dla której tłem jest Forum Romanum Wiecznego Miasta. Przypadku w tym nie ma i przekaz jest jasny: Akwileja to rzymskie miasto. Jeśli macie co do tego jeszcze wątpliwości, zajrzyjcie do działającego od 1882 r. Museo Archeologico Nazionale, które mieści się w Villi Cassis Faraone przy via Roma 1. Zahaczyć też możecie o Museo Paleocristiano Nazionale, otwarte w 1961 r. w dawnym klasztorze benedyktynów przy Piazza Pirano 1. Oprócz pozostałości bazyliki z mozaikowymi podłogami, prezentowana jest tam ogromna kolekcja chrześcijańskich inskrypcji znalezionych na terenie Akwilei.
A potem wskakujcie znowu na rower, bo czeka was jeszcze 13 km pedałowania z powrotem. Jeśli oczywiście, tak jak my, wracacie z Akwilei do Grado. Może się zdarzyć, że droga będzie spowita gęstą, baśniową mgłą, bo Ciclovia Alpe Adria - przypominamy - prowadzi tuż przy lagunie i jest to całkiem naturalne zjawisko.
Co robił Pasolini w Akwilei
Zdjęcie słynnego reżysera, Piera Paolo Pasoliniego, przy Porto Fluviale w Akwilei, pochodzące z 1957 r. nie powinno nikogo dziwić. Jego związki z Friuli były naprawdę silne, głównie za sprawą matki, która pochodziła właśnie z tej części Włoch. Pasolini, choć urodził się w 1922 r. w Bolonii, już jako czterolatek przeprowadził się z nią do Casarsa della Delizia, niewielkiego miasteczka koło Udine. Jego ojciec, faszystowski porucznik bliski Mussoliniemu, trafił do więzienia za długi hazardowe, więc matka wróciła w rodzinne strony. Po studiach i wojnie Pasolini wrócił tam po raz drugi. Pracował jako nauczyciel i angażował się w działalność tutejszej partii komunistycznej. Jednak konserwatywna prowincja nie akceptowała jego homoseksualizmu, a szykany zmusiły go, wraz z matką, do wyjazdu do Rzymu. Grób ma jednak w Casarsie.
Amalfi
Kampania
Jeśli mielibyście zrobić sobie jedno jedyne selfie w życiu, zdjęcie na schodach przed katedrą w Amalfi byłoby - choć wybór jest trudny - mocnym kandydatem. My wspólną fotkę z amalfitańskim duomo mamy, ale należymy do tego dziwnego człowieczego gatunku, który z takich miejsc ucieka, gdzie... rosną cytryny
Gdybyśmy byli dziećmi rosyjskich oligarchów, którymi na szczęście nie jesteśmy, wizyty w takich miejscach jak Amalfi byłyby pewnie naszym chlebem powszednim. Jakaś łódka, kawka przy Piazza Duomo, na którą schodzi się długaśnymi, szerokimi, stromymi schodami, zakupy w drogich butikach - i żyćko powoli by leciało. A tak pierwszy raz na Wybrzeżu Amalfitańskim byliśmy już po czterdziestce, zapakowaliśmy się w autobus w naszym Vietri sul Mare i przyjechaliśmy zobaczyć katedrę św. Andrzeja z XI w. Jej fasada w stylu bizantyjskim i późnobarokowe wnętrze ze złotym kasetonowym sufitem, nie powiemy, zrobiły na nas duże wrażenie. Zresztą, nie tylko na nas - pięknie, zachowując realistyczne upodobanie do detali architektonicznych, odmalował ją w 1899 r., roku swojej śmierci, Ignacy Aleksander Gierymski, jako wspomnienie swojego pobytu w tych okolicach dwa lata wcześniej. I my cyknęliśmy sobie szybko zdjęcie, bo przecież nie wiadomo, czy tu jeszcze wrócimy.
Piękne Amalfi, położone u podnóża Monte Cerreto (1315 m n.p.m.), w środku sezonu wygląda, jakby liczyło nie 5 tys., ale 50 tys. mieszkańców. Pod koniec października jednak staje się na szczęście o wiele spokojniejsze. Niemniej na Piazza Duomo wciąż jest wtedy trochę zbyt tłoczno i zbyt hałaśliwie - przynajmniej dla nas. Amerykańskie wycieczki - jak to zwykle z nimi bywa - są nadmiernie podekscytowane wszystkim, co widzą dookoła, i nie wahają się tego dobitnie wyrażać. Brytyjskie, jak to brytyjskie - z typową pewnością siebie mocnym głosem wygłaszają stanowcze sądy na temat zabytków. Francuzi prawdopodobnie poszukują w okolicznych knajpkach jakiegoś bordeaux czy burgunda, kręcąc nosem, że w Królestwie Neapolu króluje aglianico czy inna falanghina, i zastanawiają się, jak zamienić mozzarellę di bufala na camembert. Polacy natomiast w uliczkach centro storico pomstują na to, że o 15.00 wszystko już jest zamknięte. Autentyczne, podsłyszane!
Zdawaliśmy sobie sprawę z wyjątkowego statusu Amalfi, wpisanego - razem z pobliskimi Ravello i Positano - na listę światowego dziedzictwa UNESCO, dlatego ładnie ukłoniliśmy się św. Andrzejowi i postawiliśmy ptaszka przy "zrobić selfie przed katedrą w Amalfi", by następnie skierować się w górę, w stronę cmentarza, a po drodze minąć różne sklepy z pamiątkami, w których moglibyśmy kupić z 10 kg magnesów z widoczkiem Wybrzeża Amalfitańskiego. Oczywiście, gdybyśmy latali klasą biznes, a nie tanimi liniami, z bagażami upchanymi pod fotelami.
Na górze było już cicho i spokojnie. Nie dlatego, że wszyscy od dawna spoczywają w grobach i nie myślą o robieniu selfiaków. Po prostu turyści w Amalfi skupiają się głównie na katedrze i jej okolicach. To błąd. Przy cmentarzu, który kiedyś - ponad 1000 lat temu - był klasztorem benedyktynek, znajduje się bowiem punkt widokowy Belvedere San Lorenzo. To naprawdę blisko katedry - ścieżka, składająca się z 400 stopni, może wydawać się groźna, ale to maksymalnie kilkunastominutowy spacer, nawet jeśli co chwilę będziecie się zatrzymywać, by zrobić kolejne zdjęcie lub miziać się, jak my, z czarnym kotkiem, który wyszedł nam na powitanie, jakby był strażnikiem tamtejszych grobów. Istnieje także druga opcja: na szczyt można dostać się wygodnymi publicznymi windami, do których wsiada się przy Piazza Municipio. Zachętą do wydania nieco drobnych jest fakt, że pokonują one 80 m w pionie w zaledwie minutę.
Muzeum papieru
Museo della Carta w Amalfi mieści się w zabytkowym młynie papierniczym z XIII w. Jest miejscem istotnym dla lokalnej społeczności, ponieważ według historyków to właśnie w Amalfi rozpoczęto ręczną produkcję papieru. Później rozwinęło się tu wiele papierni, szczególnie zlokalizowanych wzdłuż Valle dei Mulini (Doliny Młynów).
Osoby odwiedzające muzeum podróżują w czasie - mogą zobaczyć, na czym polegały dawne techniki produkcji papieru, przyjrzeć się odrestaurowanym wiekowym drewnianym młotom (które - napędzane kołem wodnym - tłukły i rozcierały włókna lniane, bawełniane i konopne) czy XVIII-wiecznym prasom używanym do wyciskania nadmiaru wody z arkuszy. W muzeum znajduje się także sklep z pamiątkami.
Około czterdziestominutowy, przyjemny spacer z belvedere do Agricola Fore Porta - agroturystyki i restauracji, która przez większość roku jest czynna pod adresem via Paradiso 26, to z kolei coś, co polecamy wam bez mrugnięcia okiem. Sama przechadzka główną trasą z Amalfi w górę, podczas której mija się plantacje cytryn, to jedno, ale obiad w Forte Porta stanowił cr?me de la cr?me naszego wypadu na Wybrzeże Amalfitańskie.
Posiłek podawany jest tam w otoczeniu murów i pod dachem z winorośli, a motywem przewodnim są, oczywiście, cytryny. Owoce te znane i uprawiane są w Kampanii od wielu setek lat, a ich wizerunki przedstawiano nawet na ceramice i freskach w Herkulanum i Pompejach. Sfusato amalfitano - bardziej precyzyjnie i oficjalnie nazywane Limone Costa d'Amalfi IGP - to intensywne, aromatyczne i soczyste owoce pochodzące z Wybrzeża Amalfitańskiego. Obecnie uprawia się je na obszarze ok. 400 ha, a średnie roczne zbiory wynoszą według niedawnych szacunków 8 tys. ton.
Wersja cytryn z costiera amalfitana charakteryzuje się skórką średniej grubości, jasnożółtym kolorem, guzowatymi końcówkami, niewielką liczbą pestek i dużą zawartością witaminy C, co potwierdzają badania przeprowadzone przez naukowców z Uniwersytetu Neapolitańskiego im. Fryderyka II. Przymiotnik sfusato w potocznej nazwie odnosi się do zwężającego się kształtu owocu, który ma niezwykle soczysty i umiarkowanie słodki miąższ. Z sfusato amalfitano produkuje się, rzecz jasna, limoncello. Cytryna ta jest również często wykorzystywana w kuchni, np. w sałatkach, sosie do spaghetti al limone, daniach rybnych czy wypiekach.
Cytrynowy szlak
Jeśli jeszcze nie zrobiło się wam za kwaśno, gorąco polecamy bujnie porośniętą cytrynowymi gajami trasę Il Sentiero dei limoni, prowadzącą z Maiori do Minori lub w przeciwnym kierunku. Ten malowniczy szlak, łączący obie miejscowości na Wybrzeżu, kiedyś - zanim zbudowano drogę krajową, powszechnie znaną jako amalfitana - odgrywał rolę jedynego lądowego połączenia między nimi. Wówczas to właśnie tę trasę wybierano do transportu zbiorów (często w towarzystwie pracowitych mułów) do portu, skąd owoce kontynuowały swoją podróż w świat.
Trasa nie jest wymagająca - ciągnie się przez ok. 3 km - ale trzeba pokonać mniej więcej 400 stopni pod górę. Najlepiej wybrać się tam wczesną wiosną, kiedy trwa sezon na owoce. Wyobraźcie sobie: wędrujecie pośród zapachów cytrynowych drzew i aromatycznych ziół, a wokół widzicie piękne widoki na Morze Tyrreńskie i malownicze miasteczka. Uczta dla zmysłów, prawda?
Dlatego na naszym stole już przed jedzeniem stanęła pyszna woda ze świeżo wyciskanym sokiem, bez dodatku cukru - miała oczyścić nasze kubki smakowe i przygotować je na to, co nastąpiło później. Z jednej strony stolika risotto al limone, z drugiej zaś bucatini prosto z pieca. Dalej przyszła pora na ser scamorza grillowany w liściach cytryny oraz parmigianę, w której bakłażan zastąpiono dynią (był październik, więc sezon na to pyszne pomarańczowe warzywo trwał w najlepsze). Na koniec zaś dostaliśmy coś, co nas zaskoczyło. Zamiast limoncello - które naturalnie również było dostępne - otrzymaliśmy do spróbowania nalewki domowej roboty, jedną z liści laurowych, a drugą z chleba świętojańskiego. Karob, carruba, vajane lub sciuscelle to owoce drzewa o mniej wdzięcznej polskiej nazwie szarańczyn strąkowy, powszechnie rosnącego na południu Włoch. Ponieważ w około połowie składa się z cukrów, w trudnych okołowojennych czasach stanowił bardzo cenne źródło kalorii. Strąkami karobu żywili się również partyzanci, koczujący w okolicznych lasach. Taka historia została nam zaserwowana wraz z karobową nalewką.
Rosyjscy oligarchowie na Wybrzeżu Amalfitańskim
Na malowniczym Wybrzeżu Amalfitańskim, podobnie jak w całej okolicy, jeszcze całkiem niedawno mogliście natknąć się - choć pewnie nawet o tym nie wiedzieliście - na licznych celebrytów z Rosji. A precyzyjniej: na oligarchów i ich rodziny. Popularne w tych kręgach było na przykład organizowanie spektakularnych ślubów w otoczeniu krajobrazów costiera amalfitana. Niemniej jednak sytuacja uległa zmianie, a przynajmniej zaczęły się pojawiać takie sygnały (donosiła o tym choćby "La Repubblica"), po inwazji na Ukrainę i sankcjami nałożonymi na Rosję z tego powodu. Z prasy można było się również dowiedzieć, że nowobogaccy ziomkowie zbrodniarza wojennego przepisują swoje posiadłości na osoby mające obywatelstwa innych państw, więc wcale nie jest wykluczone, że nadal chętnie odwiedzają Amalfi i mieszkają w swoich-nie-swoich posiadłościach w okolicach. Być może jednak teraz mniej się z tym obnoszą.
I już naprawdę na koniec - z Agricola Fore Porta udaliśmy się w kierunku La Valle delle Ferriere, pięknego i rozległego rezerwatu przyrody, do którego jednak nie zdecydowaliśmy się wejść. Zaspokoiliśmy ciekawość przy jednym urokliwym wodospadzie, który napotkaliśmy w drodze. Jeszcze tego samego dnia czekał nas bowiem szybki marsz do Ravello, a stamtąd - do Atrani. Spoglądaliśmy więc tylko od czasu do czasu na pasmo Monti Lattari widoczne na horyzoncie i bez ociągania parliśmy do przodu. W październiku zmrok nadchodzi prędko.
Ankona
Marche
Czasami marzy nam się, by mieszkać nad morzem. Na przykład w takim miejscu jak Ankona, gdzie spędziliśmy jeden z majowych urlopów. Wyobraźcie sobie: nie ma pracki - hyc nad wodę! I to nie tylko w maju, ale z grubsza przez cały rok.
Można by wówczas, nie ruszając się z miasta, dzień w dzień spędzać na plaży Passetto, co zresztą anconetani chętnie uskuteczniają. Musicie jednak wiedzieć, że ta plaża jest zupełnie wyjątkowa! Położona w parku Conero, ukryta poniżej klifu, na który prowadzą imponujących rozmiarów kamienne schody. Zresztą, wylegiwanie się na nich to też niezły sposób wypoczynku, co potwierdzają miejscowi. Na plażę można także dotrzeć panoramiczną windą, ale trzeba na nią wyściubić skądś jakiegoś euraska lub dwa.
Passetto to plaża kamienista, gdzieniegdzie betonowa, sztucznie wzmacniana. Białe skały wystające ponad taflę Adriatyku mają sugestywne kształty, więc mieszkańcy z czasem zaczęli nadawać im swoje nazwy, takie jak "Papieski fotel" czy "Delfiny". Tym jednak, co czyni tę plażę naprawdę wyjątkową, są groty wykute w skale. Jest ich jakieś 200, a powstawały od końca XIX w. do lat 60. kolejnego. Początkowo były to miejsca na małe łodzie, z czasem dodano im kolorowe, drewniane drzwi z materiałów pochodzących z recyklingu - często takich, które morze samo wyrzucało na brzeg. Zdarzają się stoły i krzesła z odzyskanego budulca. Na spontanie - co morze daje, co można uratować, to do jaskini!
Inną sprawą jest to, że te groty także były zajmowane całkiem spontanicznie, a później przekazywane z pokolenia na pokolenie. Tradycja silniejsza niż prawo. Nikt z grottaroli (tak nazywa się tych, którzy często odwiedzają jaskinie) nie wnika, ale co rusz ktoś u góry porusza drażliwy temat własności i podatków od nieruchomości. Dyskusje się toczą, władze się zmieniają, a anconetani radośnie spędzają długie letnie dni, wystawiając stoły, leżaki, a czasem i kanapy przed swoje groty, i wraz z sezonowymi sąsiadami cieszą się urokami lata w mieście. Pogrottowalibyśmy sobie tak, a wy nie?
Dobrze, nie odpowiadajcie. Wiemy, że nie wybralibyście Ankony na swój pierwszy wyjazd do Włoch. Ani drugi, ani pewnie trzeci. Dla nas, owszem, był to trzeci wyjazd do Italii, ale w ciągu jednego roku (2024). Za to w ogóle pierwszy do regionu Marche i jego stolicy.
Ankona nie jest za duża, czyli taka, jak lubimy najbardziej. Do tego jest miastem portowym - to lubimy jeszcze bardziej. Na port (i stocznię) patrzy się zewsząd: z drogi na dworzec, przemykając uliczkami centro storico czy z najlepszego punktu widokowego w mieście, czyli z placu przed katedrą św. Cyriaka, która usadowiła się na wzniesieniu Guasco, na najbardziej wysuniętym punkcie przylądka. Kościół jest stary, bardzo stary. Powstał w XI w., a jego romańsko-bizantyjskie pochodzenie zobaczycie gołym okiem. A jeżeli nie, musicie nam uwierzyć na słowo, że powstał na planie greckiego krzyża, nawet jeśli zmyli was bogaty gotycki portal.
Port w Ankonie ma długą historię, sięgającą czasów rzymskich, kiedy miasto pełniło funkcję ważnego ośrodka handlowego. Przez ponad 500 lat Ankona była częścią tzw. republik morskich, a i dziś jej port zalicza się do kluczowych w Śródziemnomorzu. To papież Klemens XII nadał Ankonie status wolnego portu, a w XVIII w. zbudowano Arco Clementino - łuk triumfalny zaprojektowany przez Luigiego Vanvitellego, który papieża upamiętnia i stoi nadal. Symbolem portu jest jednak zachwycający Łuk Trajana (Arco di Traiano), wzniesiony około 115 r. z tureckiego marmuru. Zbudowany na cześć cesarza Trajana, który znacząco przyczynił się do rozwoju nadbrzeża i budowy molo. Łuk jest dziełem Apollodorosa z Damaszku, słynnego architekta odpowiedzialnego również za Forum Trajana w Rzymie.
W Ankonie w maju pachnie jaśminem, ale też rybami sprzedawanymi ze stoisk w zapuszczonej, ale wciąż pięknej hali targowej - Mercato delle Erbe. I morzem. Ancona to z greckiego "łokieć", ze względu na kształt osady, otoczonej wodami Adriatyku prawie ze wszystkich stron. Spacerując z Piazza Cavour przez zadrzewioną viale Della Vittoria, dojdziecie do wspomnianej na początku plaży Passetto. Do Ankony przynależy jednak także inna plaża - dzika Mezzavalle, położona na obrzeżach miasta.
Miasto ze stoczniową tradycją
Ankona to miasto stoczniowe. Z wzgórza Guasco, podziwiając panoramę miasta, można obserwować także, jak powstają wielkie wycieczkowce lub jak w stoczni należącej do grupy Fincantieri właśnie naprawiany jest jakiś cruiser. Proces widać tu jak na dłoni. Stoczniowa tradycja jest w mieście tak stara, jak ono same. Pierwsze statki powstawały tu za cesarza Trajana. Po przerwie we wczesnym średniowieczu budowa statków została wznowiona i była kontynuowana przez całą epokę morskiej republiki. Do dziś przemysł stoczniowy odgrywa istotną rolę w gospodarce regionu.
Zanim wam o niej opowiemy, zapytamy, czy jest tutaj ktoś, kto lubi pić alkohol z plastiku? Dla nas to jedna z tych rzeczy, która jak nic innego może popsuć tę chwilę przyjemności, gdy sięgamy po pierwszy łyk smacznego trunku. Dlatego ucieszyliśmy się, gdy w jednym jedynym barze przy Mezzavalle, prowadzonym przez panią Sonię & Family & Co., dostaliśmy po spritzu prawilnie podanym w szklanych kieliszkach. Zbierało się wtedy na burzę, plaża zaczęła pustoszeć, a do autobusu powrotnego mieliśmy jakąś godzinkę. Czas w sam raz na takiego szprycera!
Muzeum w szpitalu dla trędowatych
Gdy będziecie wjeżdżać do Ankony z lotniska, po lewej stronie zobaczycie duży architektoniczny kompleks, który zdaje się unosić na wodzie. Z lotu ptaka wygląda on jeszcze dziwniej - jak wyspa o regularnym pięciokątnym kształcie, pentagon. To Mole Vanvitelliana z XVIII w., spory budynek o powierzchni 2000 m2, zaprojektowany przez Luigiego Vanvitellego na zlecenie papieża Klemensa XII (tego od łuku w porcie). Dawniej znany jako Lazzaretto, pełnił funkcję szpitala dla trędowatych. Wyspa, która nie miała suchego połączenia z lądem (obecnie jest połączona z miastem trzema mostami), służyła jako miejsce kwarantanny dla osób i towarów przybywających do Ankony drogą morską. W centralnym punkcie dziedzińca znajduje się duża studnia, która prawdopodobnie została zbudowana, aby pomieścić w niej zarażonych podróżnych i towary przybywające z nimi do portu. Biedacy musieli tam pozostać przez czterdzieści dni i nocy. Z biegiem czasu budynek pełnił różne funkcje - był szpitalem wojskowym, koszarami, cytadelą oraz magazynem. Dziś znajduje się w nim m.in. Museo Omero - instytucja promująca rozwój i integrację kulturową osób z niepełnosprawnością wzroku.
Usiedliśmy pod prowizorycznym dachem na tarasie z widokiem na morze i przez chwilę było pięknie. Potem zaczęły się krzyki, pospieszne nawoływania za Family & Co., pakowanie dobytku. Ciach - okno baru zasłonięte. "Burza, burza!". Chlup - nasze ledwie napoczęte drinki trafiły do plastikowych kubków, a szkło zostało schowane gdzieś głęboko na zapleczu, sami nawet nie zdążyliśmy się zorientować w jakiej dziurze. Pani Sonia pomachała na arrivederci i już wraz z Family & Co. małym terenowym autkiem jechali pod górę. Musicie bowiem wiedzieć, że Spiaggia di Mezzavalle jest położona w odosobnionej zatoczce i zejście do niej, a tym bardziej powrót do głównej drogi po dniu plażowania, wymagają uzbrojenia - odpowiednich butów mianowicie. Albo napędu na cztery koła.
To poświęcenie jest jednak warte widoku na wielki błękit otoczony zielenią parku Conero i czystych białych kamyczków pod stopami. Nie uświadczycie tam ni leżaka, ni parawanu, za to spokoju naturalnego otoczenia jak najbardziej... Przynajmniej dopóki ktoś nie zacznie wam przelewać spritza ze szkła do plastiku, hałaśliwie uciekając przed nadchodzącą burzą.
Dlatego na plażę Mezzavalle warto wybrać się zaopatrzonym, np. w dwie małe butelki wina zakupione w La Bottega dei Sapori - sklepiku pełnym smakołyków, który mieści się tuż obok Mercato delle Erbe, w centrum Ankony, przy Corso Giuseppe Mazzini, pod numerem 77. Warto też wziąć stamtąd jakieś przekąski, jak sałatkę z owoców morza przyrządzoną na miejscu czy kanapki pieczołowicie zapakowane na drogę. Tylko pamiętajcie, posprzątajcie po sobie i zabierzcie plastik i inne śmieci. Przyjedziemy sprawdzić, bo na tę plażę w Marche na pewno kiedyś jeszcze wrócimy. Jest to bowiem jedna z piękniejszych plaż, na których byliśmy we Włoszech.
Potrawy z Marche
Raguse in porchetta to ślimaki morskie przyrządzone tak, jak przyprawia się porchettę (świnka z rusztu, specjalność umbryjska). Chodzi głównie o dziki koper włoski - dodaje się go w dużych ilościach do sosu pomidorowego, w którym duszone są te mięczaki. Następnie wystarczą wykałaczka, kieliszek verdicchio i odrobina determinacji. Jest trochę zabawy przy wyciąganiu ich z muszelek, ale smakują naprawdę wyśmienicie. Aha, tylko pamiętajcie, żeby nie założyć białej bluzki do jedzenia!
Vincisgrassi - legenda głosi, że nazwa potrawy pochodzi od nazwiska austriackiego generała Alfreda von Windisch-Grätza, który rzekomo zasmakował w niej podczas jednej z bitew w Marche w czasach wojen napoleońskich. Choć nie wiadomo, czy to prawda, na pewno mieszkańcy regionu są dumni ze swojej lokalnej wersji lasagne. W tradycyjnym przepisie na vincisgrassi nie używa się beszamelu, jak w klasycznej wersji, a rag?, którym przekłada się warstwy makaronu (koniecznie jajecznego!), przygotowuje się z różnych rodzajów mięsa, w tym podrobów. Elena Kostioukovitch w Sekretach włoskiej kuchni wymienia kurze żołądki, wątróbki, cielęcą grasicę, móżdżek, a nawet szpik kostny.
Pizza Rossini - pizza z majonezem? A owszem! Jednak nie próbujcie jej zamawiać gdziekolwiek indziej niż w Pesaro. W tym mieście natomiast, zamawiając pizzę Rossini, otrzymacie margheritę, na wierzchu której znajdują się plastry ugotowanych na twardo jaj oraz solidna porcja majonezu. Nazwa jest hołdem dla kompozytora Gioachino Rossiniego, który się tu urodził.
Olive ascolane - choć pochodzą z Ascoli Piceno, można je zamówić jako aperitivo praktycznie w całej Marchii. To zielone oliwki pozbawione pestek, nadziewane zazwyczaj mieszanką różnych rodzajów mięsa w połączeniu z twardym serem, następnie obtoczone w jajku i bułce tartej, a potem smażone. Co prawda przepis wygląda na skomplikowany i czasochłonny, powstał jednak z myślą o wykorzystaniu resztek mięsa po przyjęciach lub innych uroczystościach.
Sama Ankona uchodzi wprawdzie za miasto niezbyt urodziwe, bez większych perspektyw, być może z potencjałem, którego jednak nikt dotychczas nie potrafił odpowiednio wykorzystać. Tak słyszeliśmy. My będziemy jednak bronić ukrytego piękna Ankony jak niepodległości i wytaczamy na tę okoliczność ciężkie działa. Czas na argumenty natury kulinarnej!
Na powitanie z miastem zabieramy was do La Cantinety, trattorii przy via Antonio Gramsci 1, która specjalizuje się w rybach i owocach morza. Tam jak zwykle zaczynamy od antipasto misto - uno per due, żeby popróbować wszystkiego. Na stół wjeżdżają w związku z tym talerze i półmiski, a na nich przystawki na zimno, na ciepło, zapiekane, a ilości są takie, jakbyśmy już na nich mieli zakończyć posiłek. A tu zonk, bo my się dopiero rozkręcamy! Przecież trzeba zamówić mosciolo - endemiczne małże, które dziko żyją sobie przyczepione do skał Conero. I jeszcze morskie guazetto, czyli tutejszą zupę, w której pływa spory kawałek Adriatyku. Raguse in porchetta? Ślimaki jak prosiaki? No wiadomo, że trzeba spróbować!
W inny dzień trafiamy do Ristorante Trattoria La Moretta dal 1897. To miejsce z tradycją przy Piazza del Plebiscito 52. Jeśli usiądziecie w ogródku, będzie na was łypał papież któryśtam. Plac, na którym stoi jego pomnik, jest alternatywnie nazywany "papieskim". Właściciel restauracji od rana dogląda wszystkiego, uprawia z gośćmi small talki, więc wiemy, że jest kibicem Torino. Specjalnością lokalu są za to brodetto all'anconetana, czyli patrz: guazetto, tyle że z jeszcze większą liczbą rybek i skorupiaków (dokładnie powinno być ich 13) oraz stoccafisso all'anconitana, czyli suszony na powietrzu dorsz duszony w potrawce z ziemniaków i marchewki. Słodziaczek!
Trattoria da Irma przy Lungomare Vanvitelli to z kolei nasze przyportowe odkrycie. Jest tak, jak lubimy najbardziej, czyli mamy niezobowiązującą atmosferę i proste jedzenie. Smażone sardele, makaroniki z rag? z małży i towarzystwo stoczniowców, którzy przyszli tu na pranzo. Do tego karafka schłodzonego verdicchio - tak dobrego, że nie powstydziłaby się go żadna ristorante z białymi obrusami. Nam trafiła się dodatkowo prywatna serenada zaśpiewana przez jednego ze stołujących się tam gości. Po stokroć cenniejsza niż kelnerski serwis we fraku.
Na koniec mamy więc do was ostatnie pytanie: czy Ankona została obroniona? A może też, tak jak my, pomyśleliście sobie, że do tego morza warto by wskakiwać częściej niż raz do roku?
Anterselva
Trydent-Górna Adyga
Anterselva to biathlon. Nie twierdzimy, że nic ponad to, niemniej to niewielkie miasteczko - znane także jako Rasen-Antholz - to jeden z najważniejszych w Europie ośrodków tego właśnie sportu, czyli połączenia narciarstwa biegowego i strzelectwa.
Tyrol Południowy, czyli Südtirol, czy - jak wolą Włosi - Trentino-Alto Adige, ma swoich zaciekłych wyznawców. Bo wiadomo: zima, niezliczone ośrodki narciarskie, piękne i jedyne w swoim rodzaju Dolomity. A po nartach, albo jeszcze w trakcie szusowania, piwo Forst, bombardino, potem wreszcie sauna czy spa, których w okolicy też nie brakuje. Albo odwiedziny u Ötziego - człowieka z lodu, który zmarł w pobliskich górach ponad 5 tys. lat temu, a dziś na dobre zadomowił się w Muzeum Archeologicznym w Bolzano. W literaturze również, bo pisał o nim m.in. Luca D'Andrea w swoim thrillerze Istota zła , popularnym również w Polsce.
Tyrol Południowy ma jednak również, hmmm... kontestatorów, do których w stolikowym duecie zalicza się Agnieszka. Zimno, pada śnieg i ludzie mówią po niemiecku - co jest zresztą prawdą, bo dla ponad 90% z przeszło 1 mln mieszkańców tego autonomicznego regionu włoski jest językiem drugim, rzadko używanym. Do tego kuchnia, jakże inna od śródziemnomorskiej. "Nie ufam Włochom, którzy jedzą kapustę kiszoną" - taka teza zamyka dyskusję, podczas kolejnej próby zorganizowania zimowego wyjazdu do Alto Adige, z góry skazanej na porażkę. Tam też króluje masło, a nie oliwa, je się dużo mięsa, a produktem eksportowym jest speck, co - przyznacie - dla osoby niejedzącej mięsa chodzącego po ziemi może być drobną przeszkodą, by zapałać gorącą miłością do tego regionu.
W takich przypadkach błogosławieństwem jest zawód Przemka. Do Anterselvy pewnie nigdy by nie dotarł, gdyby nie sport - a dokładniej relacjonowanie sportu dla radia. W lutym 2020 r., gdy pandemia covid-19 bardzo powoli zaczynała dawać o sobie znać we Włoszech, w Rasen-Ant- holz odbywały się mistrzostwa świata w biathlonie, zresztą już szóste w tej lokalizacji, licząc od lat 70. XX w. I tak oto rozwiązuje się zagadka, dlaczego - licząc wraz z pierwszą częścią książki - wśród ponad stu włoskich miast i miasteczek znalazło się miejsce również dla Anterselvy.
Najważniejszym punktem jest w niej oczywiście Südtirol Arena Alto Adige, czyli najwyżej położony stadion biathlonowy w Europie - na wysokości ponad 1600 m n.p.m. Jego historia liczy ponad 50 lat. To tam w 1995 r. po tytuł mistrza świata sięgnął Tomasz Sikora, późniejszy wicemistrz olimpijski z Turynu. To zresztą też miejsce, w którym co roku rozgrywane są zawody Pucharu Świata, zapełniające wszystkie 3 tys. miejsc na trybunach. Trybunach, na których zawsze spotkacie maskotkę tutejszego obiektu - misia Bumsiego, którego ksywka pochodzi od dźwięku strzałów oddawanych na strzelnicy przez rywalizujących sportowców. "Bum, bum!". W 2026 r. natomiast na terenie obiektu w Anterselvie ma się odbywać rywalizacja w ramach igrzysk w Mediolanie i Cortinie D'Ampezzo. Służy on jednak nie tylko sportowcom profesjonalnym, walczącym o przejście do historii, lecz także sportowcom amatorom uprawiającym m.in. rekreacyjnie narciarstwo biegowe.
Wielcy mistrzowie i zasady biathlonu
Biathlon to sport zimowy łączący biegi narciarskie ze strzelectwem. Oznacza bieg na określonym dystansie, w czasie którego zawodnicy dwa lub cztery razy zajmują stanowiska na strzelnicy, przyjmują postawę stojącą lub leżącą i oddają po pięć strzałów. Do gwiazd tej dyscypliny należą Francuz Martin Fourcade - pięciokrotny mistrz olimpijski i trzynastokrotny mistrz świata, który niedawno zakończył karierę - a także Włoszka Dorothea Wierer, czterokrotna mistrzyni świata pochodząca właśnie z Tyrolu Południowego, niezwykle popularna w swoim kraju.
Narciarstwo alpejskie w pobliżu Anterselvy też jest gdzie uprawiać. Polacy upodobali sobie ośrodek Kronplatz, natomiast niczym nie ustępuje mu Tre Cime (3 Zinnen), gdzie na zaawansowanych narciarzy czeka najbardziej stromy zjazd we Włoszech, czyli Holzriese, o nachyleniu wynoszącym 71%. To zresztą ośrodek, w którym regularnie organizowany jest Puchar Świata w narciarstwie alpejskim. Ostatni - 14 . w historii - odbył się w grudniu 2023 r. na stoku Haunold. Narciarzy wwozi tam z miejscowości Innichen na wysokość 1500 m n.p.m czteroosobowy wyciąg krzesełkowy. Oczywiście zarówno ośrodek Tre Cime, jak i ośrodek Kronplatz - obydwa położone ok. 45 min jazdy samochodem od Anterselvy - to miejsca nie tylko dla narciarzy. Oferują trasy trekkingowe, a także ścieżki dla miłośników jazdy na rowerach (w tym rowerach MTB).