ROZDZIAŁ 1
Niepożądany gość
Siedzieliśmy z Poirotem w salonie jego londyńskiego mieszkania w Whitehaven Mansions, debatując nad zaletami indyka i kaczki oraz próbując rozstrzygnąć, który z tych ptaków powinien pojawić się na stole podczas obiadu bożonarodzeniowego, kiedy rozległo się pukanie do drzwi.
- Wejść! - rzucił mój przyjaciel.
Z wdzięcznością przyjąłem ten przerywnik dający mi czas na zastanowienie, czy powiedziałem już wszystko, co należało, i mogę teraz ustąpić. Opowiadałem się za indykiem, choć tak naprawdę wolałem kaczkę. Głęboko wpojona wiara w nienaruszalność tradycji kazała mi bronić czegoś sprzecznego z osobistymi preferencjami smakowymi. Skoro jednak gospodarzem świątecznego przyjęcia był Poirot, ostatnie słowo powinno należeć do niego - do takiego właśnie wniosku doszedłem, kiedy George, kamerdyner Poirota, stanął w drzwiach, przybierając nieco niezręczną pozę.
- Przepraszam, że przeszkadzam, proszę pana, ale przyszła pewna dama. Nie była umówiona, twierdzi jednak, że sprowadza ją sprawa najwyższej wagi, która nie może czekać nawet do jutra.
- Mogę wyjść - zaproponowałem, unosząc się w fotelu.
- Nie, nie, Catchpool, zostań. Dzisiejszego popołudnia nie mam zamiaru przyjmować żadnych niezapowiedzianych gości. Zauważyłem, że od czasu tych nieprzyjemnych zawirowań na amerykańskiej giełdzie większość ludzi nie jest w stanie należycie ocenić ważności zaprzątających ich spraw.
Zrewanżowałem się uwagą, że w Scotland Yardzie odnotowaliśmy dokładnie to samo zjawisko.
- Przychodzą do mnie i nalegają, że koniecznie muszą skorzystać z porady Herkulesa Poirota. Eh bien[2], wysłuchuję ich cierpliwie i zwykle okazuje się, że chodzi o drobne nieporozumienie: błahą sprzeczkę ze wspólnikiem czy coś w tym rodzaju. Nic, co mogłoby pobudzić albo wprawić w zachwyt małe szare komórki.
- W istocie. Wyolbrzymione drobnostki postrzegane jako kataklizmy - przytaknąłem.
Myślałem o kobiecie, która dwa tygodnie wcześniej wtargnęła do mojego biura i zażądała, abym zajął się sprawą kradzieży jej okularów. Następnego dnia zadzwoniła z informacją, że nieznany sprawca podrzucił jej okulary do kieszeni blezera, który wkładała do prac w ogrodzie; innymi słowy sama je tam włożyła i kompletnie o tym zapomniała. "Proszę uznać sprawę za zamkniętą" - dodała szybko, nie wiedząc, że takie było moje postanowienie od chwili, kiedy ją zobaczyłem.
Poczułem, jak w mojej piersi wzbiera satysfakcja, pojawiająca się nieodmiennie na myśl, że upłynęły dopiero dwa dni mojego dwutygodniowego urlopu stanowiącego chwilowy odpoczynek od Scotland Yardu.
- Co mam powiedzieć pani Surtees? - zapytał George. - Tak właśnie brzmi nazwisko pańskiego gościa: Enid Surtees.
Kiedy powtórzył nazwisko, w jednej chwili zapragnąłem znaleźć się gdzieś daleko. W sercu czułem twardy ucisk. Enid Surtees. To było przedziwne: nie miałem pojęcia, kim jest ta kobieta, a jednocześnie byłem całkowicie pewny, że chcę, by Poirot kazał ją odprawić. Czy ktoś może wspomniał o niej w mojej obecności? Zadrżałem. Mieszkanie Poirota było jak zwykle przegrzane, tymczasem kark zlodowaciał mi nagle jakby owiany mroźnym oddechem.
Mimo to nie ruszyłem się z fotela. Nic złego się przecież nie działo. Jedna rzecz nie ulegała wątpliwości - nie znałem kobiety nazywającej się Enid Surtees.
- Wprowadź ją, George - polecił Poirot i odwrócił się do mnie, gdy tylko kamerdyner opuścił pokój. - Catchpool, twoja wyraźna niechęć rozstrzygnęła sprawę na jej korzyść. Znasz ją, n'est-ce pas[3]?
- Nie znam.
- Oho, teraz robi się naprawdę ciekawie. Twoja twarz mówi coś dokładnie przeciwnego. Zresztą zaraz się przekonamy. Może złamałeś serce kolejnej młodej damie - zachichotał.
- Nie złamałem serca żadnej młodej kobiecie. Przenigdy.
- Mais ce n'est pas vrai[4]. A Fee Spring? Przecież ona...
- Niektóre kobiety same łamią sobie serca... jednostronnie. Zapewniam cię, że nigdy czynnie się w to nie angażowałem.
- Tak właśnie uważasz, przyjacielu?
- Kilka miłych pogawędek z kelnerką, nic więcej. To nie do uniknięcia, jeśli ktoś chce się napić kawy w kawiarni, w której dziewczyna pracuje, a ona od razu bierze to za...
Musiałem przerwać tę mowę obrończą, bo George zastukał ponownie. Drzwi się otworzyły i do pokoju wkroczyła kobieta otulona płaszczem i szerokim szalem, w granatowym wełnianym kapeluszu na głowie. Sprawnie pozbyła się wszystkich trzech sztuk wierzchniej odzieży, a George zgarnął je zręcznie z oparcia kanapy i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Poczułem, że opada mi szczęka. Nie dałem rady zapanować nad tym odruchem i z moich ust wydobył się niemiły odgłos, niedający się zapisać żadną literą alfabetu.
Poirot podniósł się z miejsca i wyciągnął rękę na powitanie, a irytujący gość potrząsnął nią z ferworem. (Czy znałem tę kobietę? Och, znałem, i to jak dobrze!)
- Dzień dobry, madame Surtees.
Nowo przybyła była wysoka i koścista, miała blond włosy, bladą, kwadratową twarz i jasnoniebieskie oczy o przeszywającym spojrzeniu. Wyglądała na - żeby zacytować wiecznie powtarzany przez nią refren - "sześćdziesiąt lat i ani jednego dnia więcej, Edwardzie, a to dlatego, że unikam słońca. Bierz ze mnie przykład, bo inaczej jeszcze przed czterdziestką będziesz miał twarz i kark równie pomarszczone jak twój ojciec". W rzeczywistości była znacznie bliżej siedemdziesiątki niż sześćdziesiątki; siedemdziesiąte urodziny miała obchodzić w marcu przyszłego roku.
I nie nazywała się wcale Enid Surtees.
- Witaj, matko - odezwałem się.
- Pardon[5] - powiedział Poirot. - La m?re[6]? - Odwrócił się do niej. - Pani jest...?
- Nazywam się Cynthia Catchpool, monsieur Poirot, i za swoje grzechy jestem matką Edwarda. Niestety, żeby mnie pan przyjął, musiałam się uciec do drobnego wybiegu. Enid Surtees to moja znajoma.
No oczywiście. Nazwisko Surtees słyszałem wcześniej od matki. Wymieniła je wraz z wieloma innymi, usiłując mnie namówić, żebym razem z nią i gromadą zupełnie obcych mi ludzi spędził święta Bożego Narodzenia w niewielkiej wiosce w Norfolk, gdzie "człowiek może poczuć się tak, jakby się znalazł poza krańcem świata, Edwardzie. Urocze miejsce".
Dla mnie świat na swoim krańcu zwyczajnie się kończy i nie ma tam już żadnego "poza" czy "dalej". Roztaczana przez matkę wizja rysowała się raczej przerażająco. Ostatnimi czasy zauważyłem, że z coraz większą niechęcią opuszczam Londyn. Kiedy za bardzo oddalałem się od wielkiego miasta, życie zdawało się ze mnie uchodzić albo przynajmniej z trudem łapać oddech.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki