Ciekawe, niezwykłe, zastanawiające - Robert Trafny

Kup ebooka

14.13 zł
11.73 zł (12,01 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Niezwykłe opowieści o niezwykłych ludziach

Ludzie wybitnie uzdolnieni obdarzeni przez los niezwykłą łatwością analizowania i tworzenia stanowią filar rozwoju cywilizacji ludzkiej. To dzięki ich odkryciom i wynalazkom zmienia się nasz świat i życie. Pomyślcie tylko, jaki wkład należało włożyć, aby człowiek stanął na Księżycu, ilu ludzi musiało wpierw odkryć i zrozumieć prawa przyrody... Przecież nie wystarczy tylko wsiąść do rakiety, wycelować w Księżyc i wystartować. Zanim dotrzemy do Księżyca (około 3 dni), ten będzie znajdował się już tysiące kilometrów dalej. To wszystko trzeba przewidzieć i obliczyć. Dzięki naukowcom i badaczom możemy lepiej zrozumieć swoje miejsce we Wszechświecie i korzystać z możliwości, jakie daje Przyroda.

Naukowiec często kojarzy się z kimś wyalienowanym, człowiekiem w okularach zamkniętym w laboratorium, który poza swoimi badaniami nic więcej nie widzi. Nie jest to do końca prawda, choć rzeczywiście - jak na wielką indywidualność przystało - często zdarza się, że jest on kimś nietuzinkowym, a jego dziwne zachowanie jest powszechnie znane i nikogo nie dziwi. George Gamow w jednej ze swoich książek wspomina na przykład, że pewnego razu wracał z przyjęcia w towarzystwie Nielsa Bohra (jeden z najsłynniejszych fizyków XX wieku), jego żony i Hendrika Casimira. Było tuż przed północą, gdy opustoszałą ulicą przechodzili obok banku. Casimir, który lubił się wspinać, zauważył na ścianach budynku występy, które umożliwiały wspinaczkę. Zaraz też sprawdził to praktycznie, wchodząc po nich aż do drugiego piętra. Gdy Casimir zszedł, Bohr także postanowił spróbować swoich sił i zaczął się wspinać. Kiedy już minął pierwsze piętro, nagle pojawił się patrol policyjny. Policjanci spostrzegli przyklejoną do ściany budynku postać ludzką, jednak po przyjrzeniu się, z ulgą rzekli: "Ach, to tylko profesor Bohr", po czym nie robiąc zbędnego tarabanu, oddalili się.

Innym razem tenże uczony prowadził wielogodzinną dyskusję z jednym ze swych współpracowników, amerykańskim fizykiem Victorem Weisskopfem, a gdy nadeszła godzina osiemnasta rozmówca oznajmił, że musi kończyć, ponieważ ma umówione spotkanie. Bohr pragnąc dokończyć dyskusję, odprowadził go do tramwaju, kontynuując rozmowę w drodze na przystanek. Gdy nadjechał tramwaj, Weisskopf wszedł na stopień, ale Bohr stojąc obok wejścia, nadal zawzięcie mu coś tłumaczył. Rozpoznając Bohra, motorniczy nie śmiał ruszyć z miejsca i wraz z pasażerami oraz zakłopotanym Weisskopfem czekał, aż uczony skończy. Trwało to parę minut, kiedy wreszcie Bohr sam zorientował się w sytuacji i pożegnał Weisskopfa.

Wielcy geniusze żyją często w swojej rzeczywistości, a otoczenie stara się im nie przeszkadzać. W końcu to ich wielki skarb. Dobrze to opisuje przypadek Dymitra Mendelejewa, twórcy słynnej tablicy, który uzyskał od cara pozwolenie na wzięcie rozwodu ze swoją pierwszą żoną, co należało do rzeczy rzadko praktykowanych w carskiej Rosji. Kiedy inni chcieli pójść tą samą drogą, argumentując, że Mendelejewowi pozwolono, car odpowiedział krótko: "To prawda, ale Mendelejew jest tylko jeden". Pozyskanie noblisty jako wykładowcy to wielka nobilitacja dla miasta i uniwersytetu, co od razy przekłada się na wzrost zainteresowania uczelnią przez przyszłych studentów.

Czy rzeczywiście wielkie umysły są takie wielkie, czy to tylko kwestia zwykłej inteligencji i splotu przypadków? Różnie to bywa. Część uczonych to rzeczywiście wielkie umysły, część osiąga sławę dzięki ciężkiej pracy, a część zostaje sławna dzięki zrządzeniu losu, kiedy przez przypadek odkryją coś nowego. Warto w tym miejscu wspomnieć o tym, że Fortuna różnie potrafi zakręcić kołem. Czasem człowiek styka się z czymś nowym, ale nie potrafi tego dostrzec. Tak było na przykład z Williamem Crookesem, jednym z naukowców. Pewnego dnia stwierdził, że klisze fotograficzne, które leżały w pobliżu rury do wytwarzania promieni katodowych są niezaczernione. Zamiast zbadać przyczynę tego zjawiska, odesłał klisze do producenta w ramach reklamacji. W ten sposób stracił możliwość odkrycia promieni X i zdobycia wiecznej sławy, która stała się udziałem Wilhelma Roentgena. Wyobrażacie sobie jego szok, gdy zorientował się, jaka szansa przeszła mu koło nosa...

Niektórzy uczeni są tak pochłonięci swoimi badaniami i odkrywaniem nowych rzeczy, że często nie dbają o sławę a ich odkrycia, które często pozostają w formie zaledwie szkicu, nikną szybko w stercie innych papierów z równie niezwykłymi pracami. Do takich dziwaków należał na przykład Henry Cavendish, odkrywca wodoru, jeden z najwybitniejszych uczonych wszech czasów. Odkrył on między innymi prawo oddziaływania ładunków elektrycznych na kilkanaście lat przed Coulombem, ale swoich wyników nie ogłosił drukiem i nikt o nich nie wiedział. Dopiero po przeszło stu latach uczynił to James Maxwell po analizie zachowanych rękopisów.

Fizyk James Chadwick, odkrywca neutronu, jest ciekawym przykładem, jak nieśmiałość może przyczynić się do zdobycia Nagrody Nobla. Gdy miał szesnaście lat, postanowił studiować matematykę na Uniwersytecie w Manchesterze. Egzaminy wstępne odbywały się w dużej sali, gdzie w różnych częściach siedzieli w ławkach kandydaci na poszczególne wydziały. Kandydaci na matematykę i fizykę siedzieli w sąsiadujących ławkach. Nasz przyszły uczony przez przypadek usiadł w ławce dla potencjalnych fizyków i zdał sobie z tego sprawę dopiero po egzaminie, gdy oznajmiono mu, że został przyjęty na studia. W tym czasie fizyką nie interesował się w ogóle i nie zamierzał jej studiować. Od dziecka był jednak ogromnie nieśmiały i nie miał odwagi przyznać się do pomyłki. Chodził więc przez cały rok na wykłady i zastanawiał się, jak z tego ambarasu wybrnąć. W następnym roku sytuacja uległa diametralnej zmianie, gdy katedrę fizyki objął Ernest Rutherford, znany już badacz zjawisk promieniotwórczych. Kiedy zaczął opowiadać o swoich eksperymentach związanych nie tylko z promieniotwórczością, ale także ze zjawiskami elektrycznymi i magnetycznymi Chadwick po raz pierwszy w życiu zachwycił się fizyką. Fizyka tak go wciągnęła, że w roku 1935 otrzymał Nagrodę Nobla właśnie z fizyki. Miał wtedy 44 lata. Fortuna zakręciła kołem i w jego przypadku wypadło pole z napisem "Wygrana".

Wielkie umysły objawiają się często już w dzieciństwie. Przykładem jest irlandzki genialny matematyk i fizyk, William Rowan Hamilton znany, chociażby z równań Hamiltona. Już jako dziecko pięcioletnie poza angielskim znał dobrze grecki, łacinę i hebrajski. W ciągu następnych pięciu lat nauczył się jeszcze włoskiego, francuskiego, arabskiego i sanskrytu, a gdy miał lat czternaście znał jeszcze perski, malajski, syryjski i hindi.

Dużo większym cudownym dzieckiem był Lew Dawidowicz Landau, jeden z najwybitniejszych fizyków, choć swój geniusz objawiał początkowo tylko w matematyce, zupełnie lekceważąc pozostałe przedmioty szkolne, do których obnosił się z pogardą. Gdy uzyskał maturę w wieku dwunastu lat (!), znał już dokładnie całą wyższą matematykę, natomiast z innych przedmiotów uzyskiwał jedynie najniższe oceny umożliwiające zdanie do następnej klasy. Nie ma się zresztą co dziwić, skoro na przykład wypracowanie na temat "Eugeniusza Oniegina" wielkiego pisarza rosyjskiego Puszkina zawarł w jednym zdaniu: "Tatiana to bardzo nudna osoba...". Gdy skończył osiemnaście lat, uzyskał dyplom uniwersytecki i był już autorem znanych, publikowanych prac naukowych z fizyki teoretycznej.

Podobnym genialnym matematykiem był John von Neumann, kolejny jeden z najwybitniejszych uczonych XX wieku. On także był cudownym dzieckiem i od wczesnych lat wykazywał geniusz matematyczny. Mając sześć lat, dzielił już w pamięci liczby ośmiocyfrowe, a w wieku lat ośmiu znał już rachunek różniczkowy i całkowy. Miał doskonałą fotograficzną pamięć, zapamiętywał od razu wszystko, co przeczytał. Mógł na przykład cytować z pamięci książkę telefoniczną, strona po stronie, ze wszystkimi jej numerami telefonów, nazwiskami i adresami lub cytować, także strona po stronie, z powieści przeczytanej kilka bądź kilkanaście lat wcześniej! Wśród tylu niezwykłych właściwości nie zabrakło jednak i słabszych stron. Jego druga żona - Klara - opowiadała na przykład, że pewnego razu wybrał się on do Nowego Jorku samochodem załatwić pewną sprawę, ale za jakiś czas zadzwonił do niej z przydrożnej stacji benzynowej z pytaniem "Po co on ma w ogóle jechać do tego Nowego Jorku". Zapomniał...

Nie tylko do matematyki przyszli wielcy naukowcy odczuwają pociąg. Nie brakuje także praktyków, którzy zamiast pozostawać w wirtualnym świecie cyfr i teorii, eksperymentowali cały boży dzień. Taką właściwość wykazywał na przykład amerykański fizyk Henry Rowland. Jak tylko nauczył się chodzić, przepadał za eksperymentami naukowymi. Już jako dziecko trzyletnie wykonał z kartonu udany model zegara. W nieco późniejszym wieku budował butelki lejdejskie do wytwarzania wyładowań elektrycznych i konstruował elektromagnesy. Mając siedemnaście lat, zbudował w domu piec do odlewów żelaznych, z których sporządził wielki silnik elektryczny. Wśród wielu różnorakich doświadczeń nie mogło zabraknąć i sytuacji niebezpiecznych. Pewnego razu zrobił na przykład z papieru duży balon na gorące powietrze. Niestety balon spadł na dach pobliskiego domu, który zajął się ogniem. Wezwani na pomoc strażacy ugasili pożar i nikomu na szczęście nic się nie stało. A propos balonu: Oto inna historia, osiemnastowiecznego uczonego Antoine Gay-Lussaca.

Podczas jednego z lotów balonem w celu dokonania pomiarów naukowych atmosfery zdarzył się zabawny incydent. Otóż, gdy balon przestał się wznosić, tenże uczony postanowił wyrzucić z niego zbędny balast, aby móc wznieść się, choć jeszcze kilka metrów wyżej. Zaczął więc pozbywać się z balonu wszystkiego, co było dla niego zbędne, łącznie z krzesłem, na którym siedział. Pozostawił tylko przyrządy pomiarowe. Zabawny incydent dotyczy właśnie owego krzesła. Spadające z nieba krzesło zobaczyła młoda pasterka owiec. Sądząc, że to cud zaraz zwołała miejscową ludność, aby zobaczyli ten niebiański przedmiot, który zachował się w całości, ponieważ upadł na krzaki. Co prawda trochę się dziwiono, że krzesło stało się przedmiotem cudu, zwłaszcza że było ono dość marnie wykonane, ale miejscowy proboszcz polecił przenieść je do pobliskiego kościoła, gdzie zaraz stało się celem pielgrzymek z całej okolicy. Dopiero po pewnym czasie wyjaśniło się pochodzenie niebiańskiego krzesła. Najlepiej wyszła na tym owa pasterka, która będąc sierotą, została adoptowana przez pobożną i zamożną wdowę.

Niezwykłymi właściwościami oznaczał się Leonhard Euler, jeden z najwybitniejszych matematyków i fizyków wszystkich czasów, który wniósł ogromny wkład do wszystkich niemal działów matematyki, mechaniki, optyki i astronomii teoretycznej. Wydanie jego wszystkich dzieł obejmuje aż 73 tomy! Miał on fenomenalną pamięć. Podobnie jak John von Neumann potrafił cytować całe książki z pamięci jak, chociażby całą Eneidę Wergiliusza. Potrafił podać także pierwszy i ostatni wiersz na każdej stronie posiadanego wydania tej epopei. Ta niezwykła umiejętność przydała mu się w późniejszym czasie, kiedy stracił wzrok. Dzięki całej skarbnicy wiedzy zamkniętej w pamięci mógł z niesłabnącą aktywnością tworzyć nowe prace naukowe, które dyktował swoim asystentom.

Jedną z cech wielkich uczonych jest - przysłowiowe już - roztargnienie. Czasem wynika ono z ich natury a czasem zbytnim pochłonięciem uwagi jakimś naukowym zagadnieniem. Kiedyś na przykład wielki astronom angielski, William Herschel jechał konno tak zaczytany, że nie zauważył nawet, kiedy koń zrzucił go z siodła - dopiero po pewnym czasie spostrzegł to ze zdumieniem, siedząc na trawie z książką w ręku. Podobnie roztargniony był starszy o prawie sto lat jeden z największych uczonych wszech czasów, Izaak Newton. Pewnego razu na przykład wracając konno do domu, tuż przed stromym wzniesieniem zszedł z konia, aby ulżyć zwierzęciu. Był jednak tak zatopiony w rozmyślaniach, że nie zauważył, jak koń wysunął z uzdy łeb i pobiegł na pobliską łąkę. Dopiero kiedy na szczycie odwrócił się, aby znów go dosiąść, stwierdził skonsternowany, że trzyma w ręku pustą uzdę. Innym razem zaprosił na obiad paru przyjaciół z uniwersytetu. Kiedy skończyło się wino, przeprosił na chwilę gości i poszedł po następną butelkę. W drodze do piwnicy zaczął jednak rozmyślać o jakimś zagadnieniu matematycznym i zapomniał nie tylko o winie, ale także o gościach. Natychmiast udał się do swojej pracowni, aby wykonać odpowiednie rachunki. Goście na próżno czekali tego wieczoru na gospodarza.

Nie lepszym był sławny fizyk i matematyk Andre Amper. Gdy szedł kiedyś przez most na Sekwanie, spostrzegł kamień, który go zainteresował. Podniósł więc go i zaczął oglądać. Przypomniawszy sobie jednak o wykładzie, na który zmierzał, wyjął z kieszeni zegarek by sprawdzić czas. Stwierdziwszy, że jest już dość późno, włożył szybko kamień do kieszeni, a zegarek wyrzucił do rzeki. Innym razem idąc ulicą Paryża, pomyślał o pewnym problemie matematycznym i nie zwlekając, zaczął go rozwiązywać kredą na ścianie napotkanego powozu. Zanim jednak skończył rachunki, powóz odjechał, a wraz z nim rozwiązanie.

Francis Peyton Rous, amerykański patolog, laureat Nagrody Nobla z medycyny pewnego dnia zwierzył się Robertowi Weberowi, że zdarza mu się czasami zapominać swego nazwiska. W takiej sytuacji zwykł zastępować je popularnym nazwiskiem McGuinness.

Wspomnianego już Nielsa Bohra tak pochłaniały rozmowy, że rodziło to szereg zabawnych sytuacji. Gdy na przykład w roku 1923 przyjechał do Kopenhagi Albert Einstein, aby odwiedzić Bohra, ten przywitał go na stacji kolejowej. Jadąc tramwajem do domu, tak się jednak zagadali, że minęli przystanek, na którym powinni wysiąść. Kiedy zorientowali się, że pojechali za daleko, wsiedli w tramwaj jadący w przeciwnym kierunku, ale znów - pochłonięci rozmową - pojechali za daleko. Bohr wspominał później, że powtórzyło się to jeszcze parę razy, ponieważ tak byli zatopieni w rozmowie.

Jednym z nałogów Nielsa Bohra było palenie fajki. Pochłonięty jednak rozmową zawsze miał problemy, aby tę fajkę rozpalić. Kiedy bowiem zapalił już zapałkę i zbliżał do cybucha, by rozżarzyć tytoń, przychodziła mu do głowy jakaś nowa myśl, którą chciał się natychmiast podzielić z rozmówcą. Zastygał więc z palącą się zapałką i kontynuował dyskusję. Gdy w końcu spostrzegł, że zapałka zgasła zapalał nową, jednak i tym razem jakaś nowa myśl nie pozwalała mu rozpalić fajki. Świadomi tych kłopotów współpracownicy Bohra przy każdej okazji obdarowywali go możliwie największymi pudełkami zapałek, których mu zawsze brakowało.

Nie inaczej było w młodości Nielsa Bohra. Lubił na przykład grać w piłkę nożną, choć przeważnie stał na bramce. Pewnego razu podczas meczu miał niewiele do roboty, gdyż gra przeważnie odbywała się na połowie przeciwnika. Nagle jednak silnie kopnięta piłka zaczęła się toczyć w stronę jego bramki. Tymczasem on stał zamyślony koło słupka bramki, nie zwracając uwagi na grę i gdyby nie wołanie widzów, nie złapałby piłki. Zapytany po meczu odpowiedział, że przyszedł mu do głowy pewien problem matematyczny i tak mu zaprzątnął uwagę, że zaczął notować obliczenia na słupku bramki.

To nie jedyne pasje i słabości tego wielkiego uczonego. Pasjonował się między innymi filmami, zwłaszcza westernami, na które często zabierał swych współpracowników. Wspominali oni, że siedzenie obok Bohra w kinie było męczące, ponieważ zwykle nie nadążał on za akcją filmu i trzeba było mu tłumaczyć co to za bohater. Nie inaczej było podczas zebrań naukowych. Zdarzało się często, że gdy jakiś wizytujący fizyk wygłaszał referat na temat swej aktualnej pracy, to Bohr pozostawał w tyle za innymi w zrozumieniu toku myślenia referenta. Taki paradoks...

Oto kolejna słabość Nielsa Bohra: ciągłe niezadowolenie. Stale wprowadzał poprawki i ulepszenia do wszystkiego, co robił. Kiedy pisał artykuł naukowy, to nieustannie go przepisywał i wprowadzał liczne poprawki do ostatniej chwili, nawet gdy artykuł wysyłano już do druku. Z tą przypadłością związana jest humorystyczna opowieść dotycząca rozbudowy jego instytutu. Pewnego dnia Bohr oglądał postęp prac budowlanych. Majster, który dobrze poznał już tę cechę profesora, podszedł i powiedział: "Profesorze Bohr, jeśli chce pan przesunąć tę ścianę, to proszę decydować szybko, bo za parę godzin beton zastygnie...".

Przeciwieństwem Bohra był współtwórca mechaniki i elektrodynamiki kwantowej, Paul Dirac. Ten z kolei niewiele zmieniał w napisanym już artykule. Gdy pewnego razu rozmawiał z jednym z fizyków, do gabinetu weszła sekretarka, mówiąc, iż przyniosła pilną korektę jego pracy. Gość chciał się pożegnać, aby umożliwić Diracowi pracę nad korektą, ale ten uspokoił go, mówiąc, że potrwa to tylko chwilę.

Po rzuceniu okiem na poszczególne strony i zaznaczeniu paru poprawek Dirac oddał korektę. Jego rozmówca był zdumiony i w pełnym podziwie dla szybkości Diraca wyznał, że jemu korekta zajmuje kilka godzin. "Ja zawsze myślę przed napisaniem pracy" - odpowiedział Dirac. Odpowiedź ta dobrze pasuje do innej, którą udzielił na pytanie, jakie jest jego hobby. Odpowiedział wtedy: "Myślenie". Jednak i on miał słabe strony, choć nie można ich nazwać wadami. Przez całe życie był człowiekiem bardzo skromnym i niedbającym o rozgłos. Gdy przyznano mu Nagrodę Nobla z fizyki, chciał początkowo odmówić jej przyjęcia, gdyż bał się właśnie rozgłosu. Dopiero Ernest Rutherford wyperswadował mu ten zamiar, przekonując, że odmowa przyjęcia nagrody spowodowałaby jeszcze większy rozgłos.

Zupełnym dziwakiem był na przykład wspomniany już Henry Cavendish. Zawsze starał się robić wszystko to, co przedtem. O tej samej porze każdego dnia wychodził więc na spacer, starając się iść środkiem drogi, aby uniknąć spotkania z innymi ludźmi. Jego buty i inne ubrania musiały być ustawione zawsze w tym samym miejscu. Jego krawiec przynosił mu tego samego dnia każdego roku nowe ubranie będące dokładną kopią poprzedniego. Stale więc nosił się niemodnie, w stylu poprzedniego stulecia. Codziennie jadł identyczny obiad, który stanowił udziec barani. Był odludkiem i rzadko przebywał w towarzystwie innych. Szczególne przerażenie budziły w nim kobiety. Pokojówki i służące w jego domu miały surowy zakaz pokazywania się mu na oczy pod rygorem natychmiastowego zwolnienia. Swoje polecenia dla służby, także męskiej, wydawał przeważnie na karteczkach pozostawianych na stole. Jedyne co go interesowało to nauka. Wtedy czasem udawało się uzyskać od niego jakąś wypowiedź. Nie można było go jednak zapytać wprost. Należało zadać pytanie niejako w próżnię, nie patrząc na niego. Wtedy zdarzało się, że wypowiedział swoje zdanie.

Takim pochłoniętym do reszty pracoholikiem był także William Hamilton, który pracował zwykle stojąc lub chodząc koło tablicy w swoim gabinecie wypełnionym książkami i papierami, które pokrywały grubą warstwą niemal całą podłogę z wyjątkiem wąskiej ścieżki prowadzącej do drzwi. Pracował tak po dwanaście i więcej godzin dziennie, zaniedbując wielokrotnie posiłek, który kazał służbie postawić gdziekolwiek, a potem o nim zapominał. Zdarzało się często, że talerz szybko ginął pod stertą nowych zapisków i dokumentów. Kiedy po jego śmierci zaczęto uprzątać gabinet, znaleziono wiele takich zapomnianych talerzy z resztkami jedzenia, a także w ogóle nienaruszonych. Oprócz nich znaleziono jeszcze wiele niedokończonych lub niewysłanych listów. Warto wspomnieć o jego listach. Pisał niesamowicie długie listy, dochodzące nawet do stu stron!

Innym pracoholikiem był William Herschel, któremu zdarzało się szlifować zwierciadło do teleskopu non stop przez szesnaście godzin. Bliscy w trosce o niego karmili go w międzyczasie, wkładając kawałki jedzenia do ust.

Niecodzienne oddanie nauce wykazał także osiemnastowieczny francuski astronom Guillaume Legentil, który wyruszył do Indii należących wówczas do Francji, aby obserwować przejście Wenus przed tarczą Słońca. Z uwagi na wojnę Francji z Anglią, która dała się odczuć także w tej kolonii, przybył na miejsce za późno i nie zdążył zaobserwować tego zjawiska. Ponieważ następne przejście Wenus przed tarczą słoneczną miało nastąpić za osiem lat, postanowił przeczekać ten czas na miejscu, nie chcąc ryzykować spóźnienia. Pech jednak chciał, że w dniu tym niebo było zasnute całkowicie chmurami i nic nie zobaczył. Jak w takich sytuacjach bywa, oczywiście poprzedniego i następnego dnia, niebo było bezchmurne... Ponieważ na następne takie zjawisko trzeba było czekać ponad sto lat, postanowił wrócić do Francji. Pech go jednak nie opuszczał. Zanim dotarł do domu, statek, którym podróżował, dwukrotnie rozbijał się, a kiedy w końcu dotarł do Paryża, po jedenastu latach nieobecności, okazało się, że wszyscy uważali go za zmarłego i jego majątek został już dawno rozdzielony między spadkobierców.

Choć zazwyczaj wielkie umysły są wielkimi indywidualnościami, często o niecodziennych cechach, to bywają jednak wśród nich wyjątki takie jak amerykański fizyk Robert Wood, który lubił stroić innym żarty, oczywiście często wykorzystując do tego celu naukę. Oto dwa z wielu jego żartów z czasów studenckich: Pewnego dnia skonstruował z kolegą wielką tubę z kartonu o długości prawie trzech metrów. Gdy koniec tuby był wystawiony przez okno, można było, mówiąc cichym głosem, być bardzo dobrze słyszalnym przez przechodniów na ulicy w znacznej nawet odległości. Razem z kolegą zabawiali się więc kosztem niespodziewających się niczego przechodniów, mówiąc na przykład: "Pan coś zgubił!". W niejednym powstawało przerażenie, gdy słyszał obok siebie głos, chociaż dookoła nie było żywej duszy.

Innym razem w drodze z domu studenckiego do laboratorium nabawił nie lada strachu zebranym w grupki czarnoskórym mieszkańcom dzielnicy murzyńskiej, gdy do pobliskiej kałuży wrzucił kawałek metalicznego sodu. Jak wiadomo, sód wrzucony do wody pali się gwałtownym żółtym płomieniem, sypiąc iskry i dając kłęby białego dymu. Mijając więc wielką kałużę, Wood zakaszlał i splunął do wody, wrzucając do niej niepostrzeżenie wyjęty z kieszeni sód. Rozległ się głośny huk i cała ulica zapłonęła żółtym ogniem. Wśród Murzynów wybuchła panika; zaczęli uciekać, krzycząc coś o wysłanniku szatana plującym ogniem.

Na zakończenie naszej opowieści o niezwykłych uczonych, przytoczymy jeszcze dwa zdarzenia, których bohaterem był Napoleon Bonaparte. Ten wielki przywódca należał do władców żywo interesujących się nauką i cenił naukowców. Sam zresztą miał duże zdolności matematyczne, ale ostatecznie wybrał jednak wojsko i politykę.

Pewnego razu znany ówczesny pisarz Jacques Bernardin de Saint-Pierre poskarżył się Napoleonowi, że w Instytucie Narodowym, którego obaj byli członkami, nie wszyscy odnoszą się do niego z należnym szacunkiem. Napoleon po chwili namysłu zapytał: "Czy zna pan rachunek różniczkowy?" - "Nie, odparł zaskoczony pisarz". - "Na cóż więc się pan skarży" - odparł Napoleon. Najwidoczniej w jego oczach członek Instytutu, który nie znał wyższej matematyki, nie zasługiwał na szacunek.

Kiedy w 1798 roku zorganizował wyprawę do Egiptu, zabrał ze sobą kilkudziesięciu uczonych, głównie matematyków, ale także astronomów, przyrodników, geografów, inżynierów, lingwistów i wielu innych. Mieli oni założyć w podbitym kraju Instytut Egipski wzorowany na Instytucie Narodowym. Podczas jednej z bitew stoczonej przez oddziały inwazyjne padła znana komenda Napoleona: "Uczeni i osły do środka!", która przeszła do historii ze względu na niezwykłe zestawienie słów. Był to jednak wyraz troski, jaką otaczano przedstawicieli świata nauki, a także zwierzęta juczne niezbędne w podboju Egiptu.

Joanna d'Arc - opowieść historyczno-przygodowa

W poprzedniej części naszej książki mówiliśmy o ludziach, którzy swoim życiem zaskarbili sobie szczególne łaski u Boga. Autentyczność tej bliskości z Bogiem została potwierdzona przez Kościół, który wyniósł ich do rangi świętych i błogosławionych. Zapoznaliśmy się także z drogami, jakimi Bóg prowadził ich przez życie, drogami niejednokrotnie bardzo krętymi i bolesnymi. Gdyby jednak dla kogoś były to opowieści niewiarygodne, nieprawdopodobne lub po prostu wymyślone zachęcamy do zapoznania się z dalszą częścią tej opowieści. Jest ona uzupełnieniem poprzednich rozdziałów o świętych, a zarazem jest wprowadzeniem do pytania "Czy Bóg istnieje naprawdę". Będzie to opowieść o chyba najbardziej wyrazistym działaniu Boga poprzez czyny zwykłego człowieka. Polecamy ten rozdział także tym, którzy w Boga nie wierzą i "nie mają zamiaru uwierzyć", ponieważ historia życia naszej bohaterki, świętej Joanny d'Arc jest tak niesamowita, że czyta się ją jak w najlepszym stylu opowieść przygodową. Gwoli jednak prawdy należy zaznaczyć, iż wszystkie zawarte poniżej informacje są jak najbardziej prawdziwe i potwierdzone wielokrotnie niepodważalnymi dowodami i relacjami naocznych świadków, nie tylko sprzymierzeńców, ale także wrogów Joanny d'Arc, a cała podana za chwilę historia należy do jednego z najlepiej udokumentowanych epizodów w dziejach Francji.

Zanim jednak poznamy historię życia Joanny d'Arc musimy najpierw nakreślić ogólną sytuację polityczną w ówczesnej Francji, gdyż historia tego kraju jest ściśle związana z działalnością świętej. Wszystko działo się pod koniec wojny stuletniej w XV wieku, w której Francja przez blisko sto lat męczyła się z najazdami grabieżczych wojsk angielskich, dla których stała się miejscem pozyskiwania nieograniczonych zasobów żywności i - przede wszystkim - bogactw. Rozdrobnione królestwo Francji, w której nawzajem zwalczali się książęta i wielmoże nie miało siły przeciwstawić się dobrze wyszkolonej i zaprawionej w bojach armii brytyjskiej. Niektórzy z książąt uważali się wręcz za lojalnych poddanych Anglików i poza swoim bezpieczeństwem niewiele ich obchodziło. Ciągłe najazdy wojsk angielskich doprowadziły Francję i jej mieszkańców do nędzy. Śmierć zbierała obfite żniwo nie tylko wśród walczących żołnierzy, ale przede wszystkim wśród zwykłych ludzi. Ich krew niewiele była warta. Każdy, kto stanął na drodze Anglików, był zabijany.

Poza grabieżami celem Anglii było także umieszczenie na tronie Francji swojego człowieka i w ten sposób politycznie uzależnić kraj od siebie. Francuski następca tronu, Karol VII czuł się niepewnie, gdyż jego matka, królowa Izabela, wyrzekła się go swego czasu jako syna z nieprawego łoża, wykluczając tym samym z rodziny królewskiej i pozbawiając w ten sposób prawa do tronu. Z braku jednak innych, żywych członków królewskiej rodziny, którzy mogliby objąć tron Francji, Karol stał się jednym z pretendentów do niego; w końcu odrobinę tej królewskiej krwi w nim jednak płynęło.

W takim oto momencie historii Francji pojawiła się Joanna w rodzinie ubogich, bogobojnych wieśniaków, w małej osadzie o nazwie Domréma. Co ciekawe, w okolicy od dawien dawna krążyła przepowiednia, iż z pobliskiego lasu wyłoni się dziewica czyniąca cuda. Proroctwo to przypisywano sławnemu Merlinowi, celtyckiemu czarodziejowi. Jego słowa spełniły się w pełni w osobie przyszłej świętej, ale nie uprzedzajmy faktów.

Joanna d'Arc, podobnie jak święta Katarzyna ze Sieny, od dzieciństwa doznawała niebiańskich wizji. Po raz pierwszy doświadczyła ich w wieku lat trzynastu w ogrodzie ojca, który przylegał do kościoła. W pewnym momencie ujrzała obok kościoła białe, jaskrawe światło, a ze światła wydobył się donośny, ale nieziemsko piękny męski głos, który przedstawił się jako Archanioł Michał. Powiedział on, że wybrał ją sam Pan Bóg, aby odrodziła królestwo Francji i pomogła królowi Karolowi wstąpić na tron. Zapowiedział też, że przywdzieje zbroję i - kierowana głosem z Nieba - będzie prowadziła wojska francuskie przeciwko angielskim najeźdźcom. Po tym niezwykłe widzenie zakończyło się. Nic dziwnego, że młoda, wiejska dziewczyna zachowała całe zdarzenie w tajemnicy. Kto by jej uwierzył? Ona sama nie dawała wiary temu, co zobaczyła, a tym bardziej temu, co usłyszała. Przecież była zwykłą wiejską dziewczyną taką, co ani nie umie pisać, ani czytać, co przecież w XV-wiecznej Europie wśród tak zwanego plebsu było czymś naturalnym i oczywistym. Tacy ludzie mieli tylko pracować, aby utrzymać swoich panów i możnowładców. Do niczego innego nie byli potrzebni. Jako najniższa warstwa społeczna w oczach szlachty byli postrzegani jako rodzaj zwierząt gospodarczych. a nie ludzi. Usłyszane przez nią słowa były czymś tak absurdalnym i niedorzecznym, że nikt na jej miejscu nie postąpiłby inaczej.

Nie do pomyślenia było, aby ktoś z jej stanu mógł prowadzić armię do walki, a tym bardziej, aby była to kobieta. To dopiero była niedorzeczność. Kobiety w tamtym czasie postrzegane były zupełnie inaczej niż obecnie. Miały ładnie wyglądać i po prostu być. Nie miały prawa dzierżyć żadnych stanowisk urzędowych czy politycznych ba, nawet nie miały praw wyborczych. To mężczyźni o wszystkim decydowali i wszystkim się zajmowali.

Nie trudno więc zrozumieć, że młodziuteńka Joanna zignorowała słowa wypowiedziane przez Archanioła. Pewnie by i o tym zapomniała, gdyby nie to, że zaczęły pojawiać się kolejne wizje. Poza Archaniołem Michałem ukazywali się jej także różni święci. Niektórych z nich rozpoznawała ze świętych obrazów, ale byli też tacy, których nie znała. Najczęściej pojawiał się Archanioł Michał, który stał się pośrednikiem między Bogiem a nią oraz święte: Katarzyna i Małgorzata, postacie o szczególnym znaczeniu dla Francji. Ponieważ Joanna nie dawała wiary temu, co doświadczała w widzeniach, za każdym razem stawały się one coraz mocniejsze i bardziej intensywne. Głosy przybierały na sile, a sylwetki świętych stawały się bardziej wyraźne, do tego stopnia, że można było ich dotknąć lub objąć. Za każdym razem postacie mówiły jedno: Ma podporządkować się głosom z Nieba i wykonywać to, co będzie jej polecone. Jednak ona sprzeciwiała się. To, zakorzenione w umysłach wieśniaków poczucie, że wobec ludzi szlachetnie urodzonych jest się niczym, nie dopuszczało myśli, aby mogła wśród nich przebywać, lub przemawiać do nich. Nadal o swoich wizjach nikomu nie mówiła. Zapewne uwierzyła w nie dopiero wtedy, gdy ojciec zaczął opowiadać o swoich dziwnych snach, w których jego córka była w otoczeniu żołnierzy. Dla niego kobieta podróżująca z żołnierzami oznaczała tylko jedno: kobietę lekkich obyczajów. Ponieważ sny przybierały na sile, w którymś momencie oznajmił on zatrwożony, że prędzej zabije córkę, niż pozwoli jej odjechać z żołnierzami.

Głosy z Nieba w końcu zmieniły się z tonu oznajmującego w ton rozkazujący. Pojawił się któregoś razu Archanioł Michał i powiedział jej, że na polecenie Boga ma udać się do pobliskiego miasteczka, do dowódcy garnizonu wojskowego, który tam stacjonował, aby ten wysłał ją do ukrywającego się w tym czasie następcy tronu, Karola. Joanna miała wtedy siedemnaście lat. Nawet w naszych czasach jest to trudne do wyobrażenia, aby młoda dziewczyna ze wsi, mówiąc, że Pan Bóg każe jej udać się do prezydenta kraju, dostała się do pałacu prezydenckiego i z nim osobiście rozmawiała. W tamtych czasach było to jeszcze bardziej utrudnione, tym bardziej że Karol - z obawy o swoje życie - ukrywał się, bojąc się zamachu.

Ponieważ nakazy te powtarzały się i stawały się nie do zniesienia, młoda Joanna w końcu zwierzyła się swojemu wujowi, w którym zawsze miała oparcie. Jako osoba bardzo pobożna, wuj zgodził się pojechać z nią do owego kapitana tak na wszelki wypadek, gdyby okazało się, że wizje Joanny są prawdziwe i pochodzą rzeczywiście od Boga. Nie trudno domyślić się co zimny, wojskowy charakter, dowódca garnizonu, zrobił. Gdy tylko usłyszał, że chce z nim rozmawiać siedemnastoletnia dziewczyna, która twierdzi, że ma wizje od Boga i chce, aby zaprowadził ją do króla, bo chce uratować Francję, nawet jej nie przyjął. Kazał wymierzyć kilka batów i odesłać ją do domu. Oczywiście Joanna spodziewała się tego. Trudno, aby było inaczej. Zrobiła to, co głosy jej kazały i miała nadzieję, że dadzą jej w końcu spokój. Jakie było jej zdziwienie, kiedy wizje i głosy znowu zaczęły się pojawiać i to z tym samym żądaniem, aby udać się do kapitana garnizonu, bo tylko on pomoże jej wypełnić misję. Udała się więc po raz drugi do niego, choć nie bez obaw. Jednak i tym razem nie przyjął jej. Na domiar złego, po okolicy rozeszła się wieść o tym, że doznaje ona dziwnych wizji. Znaleźli się jednak tacy, którzy uwierzyli w te wizje. Byli wśród nich także ludzie z otoczenia kapitana, a nawet sam książę Lotaryngii. Z zachowanych dokumentów wynika, że kazał ją wezwać, aby uleczyła go, bo hulaszczy tryb życia, jaki prowadził, zrujnował mu zdrowie. Odpowiedziała, że nie jest uzdrowicielką, a jak chce wyzdrowieć, powinien zmienić swoje życie i modlić się do Boga o pomoc. Nie tego się spodziewał, tym bardziej że w zamian zażądała od niego przysługi. Chciała bowiem, aby jego zięć, znany później jako Dobry Król René walczył u jej boku. W ten sposób nikt jeszcze z księciem do tej pory nie rozmawiał. Musiała jednak wywrzeć na nim niezwykłe wrażenie skoro nie tylko, że ją nie ukarał, ale niedługo potem René bardzo często był widywany w jej towarzystwie.

Po powrocie od księcia kapitan garnizonu zgodził się ją w końcu przyjąć i wysłuchać. Nie wierzył jednak w jej wizje ani w ich nadprzyrodzony charakter i odnosił się do nich wręcz lekceważąco. Wtedy Joanna wyjawiła mu, co właśnie głosy mówią do niej. Otóż donoszą one, że właśnie w tej chwili wojska francuskie ponoszą sromotną klęskę pod Orleanem. Kapitan wyśmiał ją. Nie tylko dlatego, że od Orleanu dzieliły ich setki kilometrów, ale dlatego także, że gdyby toczyła się bitwa, on pierwszy by o tym wiedział. Poza tym dobrze wiedział, że wojska francuskie, w walce na otwartym polu nie mają szans z wojskami angielskimi, dlatego ich strategia polegała na tym, aby nie wychodzić poza mury obronne miasta. To był dla niego argument potwierdzający, że jego rozmówczyni jest niespełna rozumu. Nie słuchał więc dalej tego, co ma do powiedzenia, tylko kazał ją znowu wyrzucić.

Kilka dni później do kapitana dotarła wiadomość, że w chwili, kiedy rozmawiał z Joanną, rzeczywiście odbyła się bitwa między wojskami francuskimi a angielskimi. Bitwa ta przeszła do historii jako "bitwa śledziowa". Niezwykłe było to, że w tych czasach nie było przecież ani radia, ani telewizji, ani nawet telefonów, czy samochodów. Wszelkie wiadomości przekazywano przez posłańców na koniach. Dlatego wieść o bitwie dotarła do kapitana dopiero po kilku dniach. W żaden więc sposób Joanna nie mogła o tej bitwie wtedy się dowiedzieć. Jeżeli chodzi o bitwę, było to nieoczekiwane starcie. Brytyjski tabor z zaopatrzeniem wpadł na oddział Francuzów i potyczka zamieniła się w rzeź. Wojska angielskie bez problemu rozgromiły przeciwnika, zaliczając na swoim koncie kolejne zwycięstwo. Kapitan wtedy uwierzył w wizje Joanny, choć ich boskie pochodzenie nie było dla niego takie oczywiste jak dla Joanny. Podobnie jak Katarzyna ze Sieny poddana została egzorcyzmom, aby wyrzucić z niej wszelkie nieczyste siły i moce. Po ich zakończeniu uzyskano pewność, iż moc dziewczyny na pewno nie pochodzi od szatana. Wtedy kapitan zgodził się wysłać ją w drogę do króla. Na życzenie Joanny wyposażono ją w zbroję, dano konia oraz niewielki oddział eskortujący ją do oddalonego o 250 km miasta Chinon, w którym znajdowała się siedziba królewskiego dworu. Po jedenastu tygodniach podróży głównie nocą, aby uniknąć angielskich patroli i band uzbrojonych rzezimieszków, dotarli w końcu na miejsce z wyraźną ulgą dla eskortujących ją żołnierzy. Bardzo często bowiem podczas podróży przychodziła jej nagle ochota, nawet w najbardziej niebezpiecznych okolicznościach, aby się pomodlić lub pójść do kościoła na mszę.

Kiedy zaanonsowano Karolowi przybycie Joanny, ten nie wiedział, jak ma postąpić. Bardzo bał się zamachu lub czarów, bo słyszał już o jej niezwykłej osobie. Dwa dni zwlekał, zanim przyjął ją w jednym ze swych zamków. Na wszelki wypadek postanowił jednak nie ujawniać się z początku. Na honorowym miejscu posadził jednego ze szlachciców ubranego w królewskie szaty, a sam przebrał się w strój dworzanina i zasiadł pośród innych dworzan licznie zgromadzonych wokół fałszywego króla. Cała mistyfikacja miała duże szanse na powodzenie, ponieważ przebrany szlachcic swym naturalnym wyglądem i zachowaniem bardziej przypominał króla, niż sam Karol, który był wątły, niezgrabny i niezbyt pewny siebie.