Ciemnia - Bogusława Latawiec

Kup ebooka

22.50 zł
18.00 zł (16,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

"W przysionku chrzęszczą mekintosze" - i do dziś nie wiem, jak wtedy trzynastego grudnia śnił mi się ten wers: czy śniły mi się słowa Norwida, czy tylko ich przestrzeń. Wiem na pewno, że obudził mnie zapach i smak jabłek. Miałam go w ustach, a w uszach chrzęszczący rytm tego zdania. Dziecinne poczucie bezpieczeństwa, ciepło pod kołdrą, gdy za oknem mróz, szyby pokryte lodem. Zakopałam się głębiej w poduchę, zwinęłam w kłębek. Było dobrze.

Znowu miałam trzy lata, a ciotka Bacha wsunęła mi akurat pod poduszkę szarą renetę. W czasie wojny pracowała w biurze, koło rynku, rejestrowała stragany, zbierała opłaty, a poza tym pisywała przekupkom podania, skargi. Pomagała im, jak umiała. Znała dobrze język niemiecki. Odwdzięczały się jej po swojemu: jabłkami, jajkiem, ćwiartką kury. Znosiła to do domu dla swojego, jak mówiła, "pupusia" (po niemiecku die Puppe - lalka). Jabłko pod poduszką rozgrzewało się leciutko i zaczynało pachnieć. Wkładałam je pod kołdrę, potem sama pod nią właziłam razem z głową i oddychałam przez chwilę słodko-kwaśną wonią. To był cały rytuał. Leżałam z tym jabłkiem jak najdłużej, tak długo, jak długo potrafiłam poskromić potężniejącą żądzę, aby je wreszcie dopaść i wgryźć się w miąższ. Samo jedzenie odbywało się błyskawicznie. Potężny chrzęst pod namiotem z kołdry. Wydawało mi się, że całe łóżko trzęsie się od niego i zaraz obudzę ojca, który w niedzielę i to po nocce ma prawo spać dłużej. Ciotka wymykała się cichutko z pokoju rodziców, nawet w najcięższe mrozy boso, w cienkiej koszuli. Matka wysuwała czasem czubek nosa spod kołdry i, budząc ojca, przejmująco krzyczała: - Jezus Maria, dostaniesz zapalenia płuc! - W niedzielne poranki Bacha miała jeszcze inne, mrożące krew w żyłach, przyzwyczajenie. Stawiała na środku kuchni ogromną miednicę z zimną wodą i szorowała się pedantycznie piaskiem, przydziałowego mydła nie wystarczało. Powtarzała przy tym zawsze to samo zdanie:

- A niedoczekanie ich, żebym jeszcze brudem zarosła!

Ich, to znaczy Niemców. Nie miała swoich kąpieli w Bałtyku, za to miała miskę z wodą w kuchni. To miała! Rozpalała później pod płytą, czerwona, pachnąca wodą, podśpiewując pod nosem: "Chryzantemy złociste w kryształowym wazonie stoją na fortepianie"... I choć gra na fortepianie była jej drugą wielką po morskich kąpielach namiętnością, której nie mogła zrealizować, robiła wrażenie, że już samo słowo "fortepian" z popularnej piosenki sprawia jej radość.

W pokoju było teraz mleczno-niebiesko od zamarzniętych szyb. Pomyślałam z żalem, że takie ostre doznania barwy zdarzały mi się najczęściej w dzieciństwie. Otworzenie powiek i od razu buch z ciemności, z niebycia w życie. Nie było automatyzmu wstawania, wstawania z konieczności, z nawyku. Sen opóźniał jedynie przygodę zabawy, był głupią, wymyśloną przez dorosłych koniecznością. Witać się z porankiem? Dlaczego od dawna tego nie robię? Ciotka gruba i zwalista staje do dziś co rano w oknie i szerokim ruchem ramion (niezależnie od pogody) otwiera je na oścież, wdycha kilka razy powietrze...

Jaka szkoda, że nie przyjedzie już w tym roku na Wigilię. Zatęskniłam nagle za nią po dziecinnemu. Zapach jabłek... W kuchni, na bufecie leżą jabłka, nie renety wprawdzie, ale właśnie mekintosze, jak z Norwida, ze snu.

- Edek, śpisz? - spytałam cicho, z nadzieją w głosie. Może wstanie i przyniesie. Nacisnęłam klawisz w radiu, dobudzę go muzyczką. Było nastawione na stację zachodnią. Słuchaliśmy w nocy o kończącym się właśnie strajku studentów, o Kongresie Kultury, na który Edward nie pojechał, bo dopiero wrócił z wykładów w Sztokholmie. Pomruki chmur radialnych walących w nadajniki, chrzęsty powietrznych mekintoszy, z których nagle wyłoniły się bezsensowne w ten bezpieczny poranek strzępy zdań: "zupełne zaskoczenie", "stan wojenny", "Polska cierpiąca". Znowu straszą, pomyślałam, leniwie wsłuchując się w kanonadę "mekintoszowych" chrzęstów. W Warszawie szedł Chopin, walił Chopin, choć powinny być wiadomości. Ściszyłam głos, przesunęłam skalę na zachód, a tam nagle w chrobotach już zupełnie wyraźnie: "Zerwano Kongres Kultury"... - Znowu na Warszawę... I - marsze wojenne...

Usiadłam na łóżku. Edek też już siedział, nawet szukał bosymi stopami papci, które gdzieś mu się wsunęły pod tapczan, i nie spuszczał oczu z radia, jakby miał nadzieję, że to mu ułatwi słuchanie. Telefon był głuchy, w telewizorze martwy ekran z walącym jak w radiu Chopinem.

Za oknem skostniała od mrozu biel. Już nie mleczno-niebieskawa mgiełka, ale ostra, tnąca biel z ogromnymi ptaszyskami, które przylatywały do nas od kilku zim gdzieś ze wschodu: Edek mówił na nie "te czarne", "te czarne już są", a nasz pies, pekińczyk, gonił je po parku trochę niepewnie, z wyraźnym strachem, bardziej z nawyku niż z psiej ochoty. Unosiły się leniwie spod samego jego nosa i podlatywały trzy, cztery metry dalej. Jung (Karol Gustaw) natychmiast uznawał, że wykonał już swoje zadanie i do końca spaceru udawał konsekwentnie, że ptaków nie ma.

Pamiętam, że tego grudniowego ranka obsiadły całe drzewo naprzeciwko naszego balkonu. Nie mogłam od nich oderwać oczu, wyglądały jak czarne narośle. Kiedy już pokazano na ekranie telewizora spikera w mundurze, na tle jakiegoś dziwnego studium, które przypominało celę bez klamek, obitą dermą, poczułam się po raz pierwszy w naszym mieszkaniu jak w klatce, przez pręty tej klatki ze wszystkich stron czujnie nas obserwowano. Dom nagle przestał być domem. Byliśmy wydani oku, słuchało nas wmontowane w telefon, a może i pod tynk, ucho. Przez wiele tygodni nasłuchiwaliśmy kroków na schodach i niezapowiedzianych dzwonków u drzwi.

"Chrzęst mekintoszy" zamienił się w chrzęst walących o naszą ulicę wozów pancernych i ciężarówek pełnych żołnierzy. Jechały w kierunku Zakładów Cegielskiego. Czołgi z wyciągniętymi lufami przez wiele miesięcy stały przy wszystkich trzech bramach fabryki. Rynio mówił, że wyglądają jak dinozaury i że wkroczyliśmy w epokę lodowcową.

+ + +

Jak ma wyglądać mieszkanie przygotowane do rewizji? Były dwie wersje: totalny bałagan, hałdy zakurzonych książek, sterty papierzysk, kosze z brudną bielizną, skarpetkami, w kuchni nieumyte naczynia. Niech grzebią w brudach, gazetach, jeśli to lubią, niech kichają od kurzu i co godzinę myją ręce lodowatą wodą (ciepłą wyłączono), niech im spierzchnie skóra, niech się pokaleczą od zacinających się szuflad, spadających półek. Jeśli rozkładany tapczan ma uszkodzone zawiasy, nie uprzedzać, jeśli krzesło ma tylko trzy sprawne nogi, pozostawić rzecz swojemu biegowi. Podwójny blat od stołu, który źle chwycony wali się nagle na stopy, o, taki blat jest wyjątkowo użyteczny! Dobrze, jeżeli są pawlacze pełne pajęczyn, walizek zapchanych szmatami, worków turystycznych, pudeł z zabawkami, do tego jedno lub dwa stare żelazka z wypadającymi żeliwnymi duszami, rakiety badmintona, szczątki hamaków, złamane leżaki, trzepaczki i gumowe dzwony do odtykania rur kanalizacyjnych, nieotwierane od lat dymniki i pełne sadzy stare piece.

Wersja druga - wszystko przejrzane, uszeregowane, powiązane, kurze starte. Sterylna czystość. Bielizna pościelowa w kostkę, szafy pachnące lawendą, bielizna osobista ułożona warstwami, książki seriami i obwolutami, w pojedynczych szeregach. Rękopisy ukryte, listy też. Niech przynajmniej poczują cień wstydu, że naruszają harmonię, że się pchają z łapami w czyjeś życie, że grzebią w nim, rozwalają i demolują. Być przy tym uprzedzająco grzecznym, towarzyszyć radą, podać coś ciepłego do picia.

Nie odpowiadała nam ani jedna koncepcja, ani druga. Sprzątać dla nich nie będziemy, brudu hodować - też nie. Będzie go tyle, ile jest. Wystarczy. Rewizja zresztą w mieszkaniu tak rozpasanym jak nasze, w mieszkaniu od końca wojny zamieszkanym przez tę samą rodzinę, której wszyscy członkowie z dziedzicznym maniactwem gromadzili i gromadzą książki - wydawała mi się aktem możliwym tylko teoretycznie. Tego nikt nigdy nie przeryje do końca. Pięć pokoi zapchanych książkami, rękopisami, maszynopisami. Sami od lat przestaliśmy się w tym wszystkim orientować. Co kilka tygodni Edward wszczynał akcję poszukiwawczą: a to zginął mu kawałek wykładu, a to umowa z adresem wydawnictwa, albo czyjś referat, doktorat, który miał zrecenzować "na wczoraj" - przypominało to zakrojone na szeroką skalę działania wykopaliskowe. Szafy otwierały swoje rude brzuszyska, szuflady gubiły spinacze, rulony kalek, papier klejący, a wszystko razem było kopalnią odkrywkową, w której kwitło zgoła nieprzewidywalne "warstwiarstwo". Jung, od szczeniaka przyzwyczajony do obcowania z żywiołem książek, leżał wyciągnięty na dywanie, opierając łeb na Semiotyce kultury albo Łotmanie, wodził cierpliwie oczami za szalejącym między papierzyskami Edwardem i co parę minut wzdychał znacząco, kichał - że czas już najwyższy na spacer. Rzadko kiedy poszukiwania wieńczyło zwycięstwo, najczęściej Edek kapitulancko stwierdzał: - Znajdzie się przy okazji! - I wychodził z psem.

Z czasem zauważyłam u niego z niepokojem początek procesu, którego wszystkie kolejne fazy znałam doskonale z obserwacji ojca. Finałem jest zabobonny lęk przed własnym księgozbiorem, który wymknął się spod kontroli, zaległ w mieszkaniu, zaczął tyranizować i doprowadzać do nerwicy. No bo jeśli się wie na pewno, że książka jest w domu, zna się kolor jej obwoluty, nawet krój czcionki, a nie można jej odnaleźć...

Kiedy usiłowałam wyszukać potrzebną pracę z biblioteki ojca, dreptał za mną i płaczliwie prosił:

- Nie otwieraj. Zostaw! Nie ruszaj! I tak nie znajdziesz! - Sam już od dawna nie wszczynał żadnej tego typu akcji. Pamiętam, że aktem końcowym było szaleństwo, któremu uległ na kilka miesięcy.

- Zginął mi manuskrypt - oświadczył kiedyś o świcie. - Cała monografia o Mickiewiczu!

- Absurd - tłumaczyłam, bezskutecznie próbując przemknąć do łazienki. - Ktoś skradł? Po co? Zawieruszyłeś gdzieś.

- Nie ma - odpowiedział tragicznie. - Wszystko przepadło! Pierwszy raz w czasie wojny, a teraz drugi raz.

Od tego czasu już nigdy niczego nie szukał. Maszynopis znalazł się zresztą po kilku latach zupełnie przypadkowo, w jednej z szuflad wypadło dno i teczka zsunęła się za tylną ścianę biblioteki.

Ja jedna w naszym domu potrafiłam jeszcze szukać książki przez kilka dni z rzędu, metodycznie półka po półce, regał za regałem. Pies okrążał mnie wtedy z daleka szerokimi łukami, właził pod tapczan, wystawiając tylko mordę. Byłam niebezpieczna.

W pierwszych dniach stanu wojennego straszyli spikerzy, dziennikarze i wojskowi w telewizorach, straszyli przyjaciele, u których były już rewizje: zabierają cały drugi obieg, legalną, solidarnościową prasę, nawet biuletyny Komitetu Wojewódzkiego.

- Literaturę piękną też?

- Też!

Gdzie to ukryć? Podobno mają dobrych fachowców. Bezbłędnie wynajdują miejsca tajemne, skrytki, drugie dna, lufciki itd.

- Bibułę w worek plastikowy - pouczał autorytatywnie Rynio, przestępując z nogi na nogę.

- Dobrze zawiązać i wywiesić w siatce za okno, w razie czego dopaść, przeciąć sznurek i już. To jest sekunda, błysk. Spadnie na balkon sąsiadów i z głowy! Warunek: trzeba mieć zaufanych sąsiadów.

Bibuła za oknem, zamiast jak dawniej bywało w okolicy świąt - zając za oknem.

Ale książki? Co robić z książkami? Chodziliśmy od pokoju do pokoju. Zwiedzaliśmy nasze opasłe, wielkie meble, zaglądaliśmy na czworakach pod tapczany, regały. Jung zachwycony nową zabawą wpychał między nas swoją mokrą mordę. Jedną parę drzwi, prowadzących z korytarza do pokoju, zabiliśmy kiedyś dyktą, w środku dla wygłuszenia poupychaliśmy pakuły, wióry. Może tam? Od strony pokoju do drzwi był przybity regał, sięgający aż do sufitu. Dopadliśmy do niego w bojowym nastroju z młotkiem i obcęgami, ale gdy spojrzeliśmy na sterty książek, Edek stwierdził hardo:

- Pieprzę, niech zabierają! Nie będę własnych książek zabijał deskami!

Stanęło w końcu na tym, że rozmieścimy drugi obieg po całym mieszkaniu, trochę tu, trochę tam, wszystkiego nie znajdą, część ocaleje.

Zaczęliśmy upychać książki po najbardziej dziwnych miejscach. Ja zajęłam się kredensem w kuchni. Dwie jego części były zapełnione naczyniami, ale w trzeciej leżały stare maszynopisy, jakieś gazety i zepsute kuchenne mechanizmy. Pamiętam, że wciskając cenny egzemplarz Małej apokalipsy między przepalony młynek do kawy a związaną sznurkiem paczkę listów - napotkałam na zdecydowany opór. Szarpnęłam wściekle jakiś plik i po kuchni rozsypały się zdjęcia z okresu wojny. Poczułam się jak aktor rzucony od razu, bez przygotowania na plan filmowy, aktor biorący udział w karkołomnej, przerastającej jego doświadczenia fabule wymyślonej przez wytrawnego scenarzystę.

Ileż szczegółów, jaka rozległa perspektywa historyczna! Na podłodze leżały kawałki naszego miasta sprzed czterdziestu lat, twarze rodziców z zaczajonym w oczach strachem i różne coraz starsze wersje mnie samej od niemowlaka do pięcioletniej pannicy.

Za oknem znów godzina milicyjna, ulice z hałdami zakrzepniętego śniegu, sypiąca o puste chodniki ostra, kłująca zadymka, a we mnie w środku poza warstwą spokoju, niby normalną twarzą, napięte oczekiwanie na dzwonek u drzwi, kotłująca się gdzieś w środku starannie ukrywana panika. Światło w kuchni było żółte, w każdej chwili mogli je wyłączyć, elektrownie pracowały na zmniejszonych obrotach.

Wyzbierałam zdjęcia z podłogi, rozłożyłam na stole w pokoju, spuściłam wiszącą lampę jak najniżej i z lupą w ręce, wbrew protestom Edka (należało przed świtem wszystko ukryć, rewizję robiono najczęściej o szóstej rano), zaczęłam je dokładnie oglądać.

To ciotka, a nie matka pilnowała, by mnie fotografowano co najmniej dwa razy do roku.

- W porządku - tłumaczyła rodzicom. - Teraz jest wojna, ale przecież nie będzie trwała wiecznie, a pupuś się zmienia, rośnie. Potem nawet nie będziecie wiedzieli, jak wyglądała wasza córka.

Znalazła fotografa na peryferiach miasta, ale fotografowanie u niego było połączone z ryzykiem. Matka usiłowała protestować, lecz na jej argumenty Bacha miała zawsze te same słowa:

- Trzeba żyć normalnie!

- Co to znaczy normalnie? Jak ty w ogóle możesz tak mówić? Kto dziś żyje normalnie?

- Ja - odpowiadała dumnie, a matkę doprowadzało to do złości. Czasem nawet wybuchała płaczem.

- Histeria - ucinała ciotka sucho. - Lepiej zadbaj, żeby dzieciak miał się w co ubrać, jak pójdziemy. Trzeba jej coś uszyć.

- Jak ty w takiej sytuacji możesz myśleć o fatałaszkach? Przecież po Czecha mogą przyjść w każdej chwili. Pamiętaj, w każdej! Teraz też. On tak wygląda na robotnika, jak ja na królową bengalską. Wystarczy, że go ktoś pozna, doniesie. Cudem się wywinął z obozu...

- Ale się wywinął, więc się ciesz, a że tam trochę pomacha kilofem, to jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Od tego się nie umiera. Jeśli dotąd nie donieśli, to już nie doniosą. Czy ty myślisz, że któryś z tych robotników choć przez moment uwierzył, że Czechu jest fizyczny? A ten kierownik na przykład? Jak zaryzykował, to zaryzykował. Kropka i nie ma o czym gadać.

- Ale uczeń, jak go zobaczy jakiś uczeń z Marii Magdaleny...

- Tak mówisz, jakby wszyscy Czecha uczniowie byli folksdojczami, masz manię prześladowczą, uważaj, bo źle skończysz.

Spierały się tak, dogadując sobie, ale nawet ja widziałam, jak te rozmowy uspokajały matkę. Po chwili już obie pochylały się nad nocnymi koszulami ciotki, mówiąc: - Z tej różowej! Tak, ta będzie dobra. Przy szyi zrobię riuszkę, a na przedzie zmarszczenia, takie szczypanki, o widzisz? A z tej powłoczki na poduszkę można by uszyć bluzkę, musiałabyś ją tylko wyhaftować.

Patrzyłam uważnie na swoje zdjęcia. W różowej sukience z koszuli ciotki jestem równo o rok młodsza niż w bluzeczce z powłoczki.

Jest jeszcze zdjęcie zrobione na ulicy: Bacha, ja, matka - trzymamy się za ręce. Przybliżyłam do niego lupę: Ależ tak! Na przegubie ciotki jest wyraźnie widoczna, kuta, srebrna bransoletka. Podarowała mi ją później w dzień mojego ślubu. W czasie wojny kazała przytwierdzić do niej na samym środku polską srebrną złotówkę z żaglowcem pod pełnymi żaglami, chyba Dar Pomorza. Podobno była to jakaś krótka, cenna edycja. Nosiła tę monetę na bransoletce przez całą okupację. Matka powtarzała: - Zdejmij ją, no proszę cię, zrób to dla mnie. Nosisz ją tak ostentacyjnie, jakbyś chciała ich specjalnie kłuć w oczy. Zobaczysz, to się źle skończy.

- Dla mnie to ich tu nie ma, rozumiesz? - odpowiadała.

Ciotka nigdy nie wychodziła z domu bez bransoletki, ja zresztą później także nie. Przeszedł z ciotki na mnie, razem z bransoletką, sposób jej wkładania. Tych kilka prędkich ruchów wykonywałam zupełnie automatycznie. Bransoletkę trzymałam w prawej dłoni, zahaczałam nią o lewy przegub, trochę bokiem, bo wtedy łatwiej wchodziła, zginała się leciutko (tu właśnie później pękła) i już była na ręce, ciężka, chłodna. Czuło się ją przez parę minut, póki nie nabrała temperatury ciała. Tak było przez dwadzieścia parę lat, aż do zeszłego miesiąca. W końcu listopada pękła. Jubiler nie chciał już jej zlutować. Powiedział, że to nie ma sensu, bo od razu pęknie kawałek dalej. - Jak to pani wytłumaczyć? No po prostu to srebro jest zmęczone.

I nagle, pozornie bez powodu, wpadłam w panikę. Odłożyłam lupę, serce załomotało, krew uderzyła mi do głowy. Dlaczego pękła akurat teraz? Co to może oznaczać? W śnieżnej, głuchej ciszy za oknami kościelny zegar z przeciwka wybił głośno drugą w nocy.

+ + +

"Zdemoralizowali się niekontrolowani ludzie", powiedział w drugim dniu stanu wojennego spiker w mundurze do "zdemoralizowanych milionów", które go słuchały, siedząc sztywno, w swoich, nie swoich domach, na swoich, nie swoich tapczanach, do ludzi, którzy nagle zaczęli pracować w nie swoich fabrykach, chodzić po obcych miastach. I jeszcze ten mróz. Kostniały od niego ręce i myśli.

Oto znana z dzieciństwa ulica nagle tuż przed godziną milicyjną zamienia się w niebezpieczny wąwóz, a z cienia każdej bramy może wyjść uzbrojony patrol. Bieg wzdłuż kamienic, byle dopaść swojej klatki schodowej. Bieg po znanych na pamięć płytach chodnika, przeskakiwanie wyrw, ślizganie się po oblodzonych kamieniach.

Ulegliśmy razem z Edwardem takiej psychozie. Tramwaj zmienił trasę, okazało się, że jedzie do zajezdni. Musieliśmy przebiec w ciągu dziesięciu minut odcinek, który spacerem pokonywaliśmy w pół godziny. I cały czas, biegnąc, myślałam tylko to jedno zdanie: - A mimo wszystko te same topole! - Nawet lekko poruszałam wargami "...te same topole", "te same"... Co dziesięć kroków topola, oszroniony, biały dym na czarnym niebie. Świeciły temu naszemu biegowi jak latarnie, których od tygodni nie zapalano. Czy mogło mi się stać coś złego między topolami, które coraz wyższe wprawdzie, ale "zawsze te same" znały mnie od lat trzydziestu sześciu, może nawet rozpoznawały rytm moich kroków? Czy ich korzenie czuły upływ czasu? Słyszały najpierw mój bieg dziecinny, skakanie przez linkę i w czasie gry w klasy, potem codzienny rytm powolnego chodzenia po własnej ulicy. I nagle ten tupot ni stąd, ni zowąd, zwariowany furkot przerażonych stóp, bicie podeszwami o lód, ucieczka... czy uchwyciły zmianę?

Przez cały czas, biegnąc ("A mimo wszystko te same topole") czułam wstyd. Przed nimi? Przed drzewami? Uciekam po własnej ulicy, we własnym kraju? Ja, jak nie ja, już nie swoja, a ze stanu wojennego, z innej rzeczywistości. Ten lęk nie do opanowania był tak dotkliwy, tak głęboko upokarzający, że nie mówiąc o nim, nie komentując go - nigdy wieczorem nie wychodziliśmy z domu. Nie nazwaliśmy go, nie daliśmy mu słów, żeby nie wrócił. A jednak został ze mną aż do teraz. Pamiętam, że kiedy wreszcie położyliśmy się spać, a z pokoju obok rytmicznie co parę minut, tak jak co noc, poskrzypywała wiklinowa buda Junga, za każdym razem, kiedy obracał się przez sen, posapując - zastanawiałam się, czegośmy się właściwie tak bardzo bali.

Miężał (rudy plastyk) wprawdzie opowiadał, że na widok zomowców zawsze na wszelki wypadek przechodzi na drugą stronę ulicy. - Oni mają pałki, a ja co? No co ja? - pytał, patrząc na nas rzewnymi, pełnymi smutku oczami. - Dopadną i spałują! - Mówiono o nich, że działają automatycznie, atakują bez uprzedzenia, jak maszyny do bicia. Napomykano o narkotykach. Wierzyło się w to i nie wierzyło jednocześnie.

Musiałam sobie w końcu w trakcie tej nieprzespanej nocy przypomnieć i rzeczywiście przypomniałam zdarzenie, które było w naszym domu wielokrotnie opowiadane. Rozegrało się w czterdziestym pierwszym lub czterdziestym drugim, późną jesienią. Bacha przekroczyła wtedy w trakcie kilkunastu godzin parę zarządzeń niemieckich. Straganiarka, której wyrobiła zezwolenie na handel, zaprosiła ją na "ucztę".

Bacha upiła się samogonem, to po pierwsze, po drugie, wyszła z przyjęcia, w środku nocy (nikt tego nie zauważył), jakby nie było żadnej wojny, żadnej godziny policyjnej i najnormalniej w świecie stanęła na przystanku tramwajowym. Po trzecie, weszła do wagonu tylko dla Niemców i zasnęła w nim. Obudziła się na końcowym przystanku. Na ziemi leżały rozsypane "chryzantemy złociste", które podarowała jej przekupka, a przed Bachą stał oficer niemiecki. Natychmiast wytrzeźwiała, ale nie na tyle, aby od razu zacząć mówić po niemiecku. Skomentowała to później krótko: - W końcu byłam jeszcze we własnym kraju, tak czy nie? - I po czwarte, pozwoliła, aby ten "dżentelmen niemiecki" odprowadził ją do domu. - Przecież sama bym nie doszła! - Tu już złamała zakaz polski. Ojciec, który czekając na nią, stał przez pół godziny w oknie (matka cały czas zawodziła płaczliwie: - Czesiek, zrób coś!), kiedy zobaczył ich, a właściwie usłyszał, jak szli środkiem jezdni, głośno rozmawiając po niemiecku, wpadł w szał. Ogarnęły go, mówiąc jego językiem, jednocześnie "czarna rozpacz" i "szewska pasja".

- Krawiec kraje, jak mu materii staje - oświadczyła ciotka następnego dnia, odmawiając wszelkich dalszych wyjaśnień. - To było wyłącznie moje ryzyko!

Rodzice zastanawiali się później, czy cała ta przygoda wyniknęła z braku wyobraźni ciotki, czy była jej prywatną grą z losem: czarno-białe pola, ucieczka i atak zygzakami po całej szachownicy. Bunt. Nie przyjmować do wiadomości ograniczeń. Żyć normalnie za wszelką cenę, przecież świat się nie przechyla! Można chodzić po krawędzi.

Wieczorami krzątała się koło siebie, prasowała, myła, szczotkowała włosy, podkręcała... - Nie mam zamiaru zmieniać przyzwyczajeń tylko dlatego, że ich tu przyniosło - wyjaśniała matce. - Mam się starzeć w przyspieszonym tempie, bo jest wojna? Ja to ja, wojna to wojna! Myślisz, że ta twoja maska, którą nosisz zamiast twarzy, jest komuś potrzebna?

Po nocach, kiedy nie mogła zasnąć, kładła pasjanse na kuchennym stole. Lekko stukał przy tym co parę minut jej pierścionek z szafirem.

Raz w miesiącu znikała z domu na dwa dni. Dzięki przekupkom nawiązała kontakt ze wsią. Zawoziła do różnych miejscowości adresy i nazwiska rodzin z miasta, którym trzeba było zorganizować natychmiast żywność. Uczyła się tych adresów na pamięć, jeździła podmiejskimi pociągami, furkami, wędrowała piechotą, gdy trzeba było, udawała Niemkę. Zdarzało się, że sama, ryzykując VII fortem, szmuglowała mięso. Z każdej takiej podróży przywoziła jedną lub dwie opowieści. Należały (później, już po wojnie) do jej stałego repertuaru. Zabawiała nimi przyjaciół. Wracała tak zmęczona, że spała bez przerwy całą noc i dzień. Rodzice o nic jej nie pytali. Zauważyłam tylko, że słysząc kroki na schodach milkli nagle w środku rozmowy.

Któregoś wieczoru przybiegł do nas jej kolega z pracy i błagał ojca, by coś zrobił z Bachą, by jej wytłumaczył. Ciotka od tygodnia naraża całe biuro. Za każdym razem, kiedy wchodził oficer niemiecki, a szef ryczy "Heil Hitler", Bacha uśmiechając się zalotnie, wtrącała półgłosem "Pocałuj mnie w dupę"...

Edward spał, pies posapywał, a za oknem czaiła się bezgwiezdna noc. Żadnych aut, szumu opon, świateł reflektorów, które zazwyczaj co parę minut pasmami wędrowały po zasłonach i suficie. Cisza, a w mięśniach ślad biegu wzdłuż oszronionych topól, łopot serca, jakby stado gołębi uniosło się nagle nad trawnikiem.

Myślenie o ciotce, o tych wszystkich odległych zdarzeniach, które dopiero wiele lat po wojnie ułożyły mi się w logiczną całość, gdy wysłuchałam wielokrotnych o nich opowieści matki, ojca, i gdy połączyłam je z własną pamięcią, a więc powracanie do nich dawało mi poczucie równowagi. Świat się tylko przechylił, wmawiałam sobie. Trzeba chodzić tak, jakby się tego nie dostrzegało. Nie tracić równowagi.

w serii kwadrat ukazały się:

"2008", "2011", "2014" - antologie współczesnych polskich opowiadań

Marcin Bałczewski "Eva Morales de Nacho Lima", "Malone"

Waldemar Bawołek "To co obok"

Kostia Berezin (Paweł Laufer) "Buty Mesjasza"

Dariusz Bitner "Książka"

Roman Ciepliński "Diabelski młyn"

Tomasz Dalasiński "Nieopowiadania"

Krzysztof Gedroyć "Przygody K"

Andrzej Grodecki "Iluzje"

Brygida Helbig "Anioły i świnie. W Berlinie!!", "Enerdowce i inne ludzie"

Lech M. Jakób "Ciemna materia"

Bogusław Kierc "Bazgroły dla składacza modeli latających"

Wojciech Klęczar "Wielopole"

Bogusława Latawiec "Ciemnia"

Ryszard Lenc "Chimera"

Artur Daniel Liskowacki "Capcarap", "Eine kleine", "Mariasz", "Skerco"

Miłka O. Malzahn "Fronasz", "Kosmos w Ritzu"

Agnieszka Masłowiecka "Pyszne ciało", "Splątanie"

Jarosław Maślanek "Ferma ciał"

Dariusz Muszer "Homepage Boga", "Niebieski", "Wolność pachnie wanilią"

Krzysztof Niewrzęda "Czas przeprowadzki", "Poszukiwanie całości", "Second life", "Wariant do sprawdzenia", "Zamęt"

Ewa Elżbieta Nowakowska "Apero na moście"

Paweł Orzeł "Arkusz [^pi^gmalion]", "Nic a nic", "Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)"

Paweł Przywara "Zgrzewka Pandory"

Krystyna Sakowicz "Księga ocalonych snów", "Praobrazy"

Alan Sasinowski "Pełna kontrola", "Rupieć", "Sycyerz facet"

Grzegorz Strumyk "Kra", "Nierozpoznani"

Łukasz Suskiewicz "Egri bikaver", "Mikroelementy", "Zależności"

Leszek Szaruga "Dane elementarne", "Podróż mego życia", "Zdjęcie"

Izabela Szolc "Śmierć w hotelu Haffner"

Łukasz Szopa "Kawa w samo południe"

Andrzej Turczyński "Bruliony Starej Ziemi", "Brzemię", "Koncert muzyki dawnej", "Zgorszenie", "Żywioły"

Anatol Ulman "Cigi de Montbazon i Robalium Platona"

Emilia Walczak "Hey, Jude!"

Miłosz Waligórski "Kto to widział"

Maciej Wasilewski "Jednodniowy spacer po dwudziestu kilku głowach", "Rozmowy młodej Polski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś"

Bartosz Wójcik "Christiania. Historie z tamtej strony dobra"

Grzegorz Wróblewski "Nowa Kolonia"

Maciej Wróblewski "Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń"

Tadeusz Zubiński "Rzymska wojna"