Cinnamon Spice Inn. Miłość może być najsłodszą z przypraw - Harper Graham

Kup ebooka

49.99 zł
37.49 zł (49,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1Madison

11 października

Wiatr łomotał o szyby. Madison Kelly siedziała na łóżku z kolanami przyciągniętymi do piersi. Sama nie wierzyła w to, co się działo. Jeszcze tego ranka pędziła nowojorską ulicą, z kawą i croissantem w dłoniach. A teraz była z powrotem w rodzinnym domu, w zajeździe Cinnamon Spice Inn, z tajemniczym listem pod poduszką.

List przyszedł z samego rana. Napisany na komputerze i wydrukowany, bez podpisu, wetknięty do wysłużonej koperty, która wyglądała, jakby ktoś nosił ją w kieszeni całymi tygodniami. Madison zrozumiała, że to ważna wiadomość, gdy tylko ją zobaczyła.

Otworzyła list drżącymi dłońmi. Poczuła delikatną woń drzewa sandałowego i wanilii, co przywołało wspomnienia.

Madison,

Cinnamon Spice Inn cię potrzebuje.

Twój tata cię potrzebuje.

Czy możesz przyjechać do domu? Chociaż na trochę?

Bliska osoba

Listu na pewno nie napisał ojciec; on nigdy by nie poprosił o pomoc. Z kolei babcia od strony matki, cóż... ona napisałaby o wszystkim prosto z mostu.

Taka wiadomość mogłaby pochodzić od matki. Ale to akurat było wykluczone. Mama odeszła trzy lata temu.

Zagadka. A Madison miała słabość do zagadek.

Zawsze uwielbiała dobre łamigłówki. Czy chodziło o tajemnicę morderstwa w zamkniętym pokoju, czy o krzyżówkę, czy nawet o niedokończony przepis kulinarny, czuła się w swoim żywiole. Jej mózg kochał porządek i rozwiązywanie problemów. To sekretne uzależnienie od zagadek w połączeniu z zamiłowaniem do współzawodnictwa oraz niezdrową obsesją na punkcie naprawiania wszystkiego oznaczały, że miała tylko jedno wyjście. Rzuciła wszystko i wyjechała jeszcze tego samego dnia.

Wróciła do Maple Falls. Do pełnego ekscentrycznych mieszkańców małego miasteczka nad jeziorem, otoczonego zalesionymi górami. Miasteczka, którego już nigdy nie zamierzała nazywać domem.

Kolejna błyskawica mignęła niczym lampa błyskowa polaroidu i zalała blaskiem jej sypialnię z czasów dzieciństwa. Huk grzmotu sprawił, że zatrzęsły się szyby w oknach, a cały Cinnamon Spice Inn aż jęknął.

Madison musiała wziąć się w garść. Była w stanie przetrwać nowojorskie godziny szczytu, katastrofalne pierwsze randki oraz chaotyczne, podlewane winem Święta Dziękczynienia ze swoją współlokatorką Jo, jednak typowe dla Środkowego Zachodu burze z piorunami wyprowadzały ją z równowagi jak nic innego.

Ale teraz nie chodziło tylko o burzę. Madison była zdenerwowana, od kiedy tu przybyła. Okazało się, że zajazd jest w znacznie gorszym stanie, niż się spodziewała. W gabinecie znalazła rachunki sprzed dwóch lat, niezapłaconą fakturę za wodę sprzed kilku miesięcy oraz odręcznie napisaną notkę od kogoś imieniem Tim, dotyczącą naprawy maszyny do lodów włoskich. Nie była nawet pewna, czy mają taką maszynę.

A potem babci wymsknęło się, że dwunastopokojowy zajazd opustoszał i obecnie przebywa w nim tylko jedna para.

Serce jej się krajało, gdy patrzyła na to wszystko.

Cinnamon Spice Inn był kiedyś idealnym miejscem na spędzenie jesiennego urlopu. Jej wspomnienia z dzieciństwa wypełniał zapach słynnych cynamonowych drożdżówek wypiekanych przez mamę. Zeschnięte liście pokrywające taras, przytulna, połączona z salonem jadalnia ze sklepionym sufitem i ogniem trzaskającym w kominku... Każdy, kto tu przybywał, czuł się tak, jakby znalazł się w czyichś ciepłych objęciach. Cudownie było zwinąć się w kłębek z kawą i książką i podziwiać przepiękne jesienne liście oraz jezioro za oknem.

Jednak gdy Madison dotarła tu dziś wieczorem, stało się dla niej jasne, że tata nie potrafił zadbać o zajazd. Lista spraw do załatwienia, którą Madison zaczęła układać, szybko stała się dłuższa od menu degustacyjnego we francuskiej restauracji. Zamierzała to wszystko naprawić. Wyprowadzić biznes na prostą, zatrudnić menedżera i wrócić do miasta przed pierwszym listopada.

Po prostu musiała rozwiązywać jeden problem po drugim. Sporządzić listę i się jej trzymać. Była w tym dobra.

Kolejny grzmot wstrząsnął zajazdem. Tym razem podskoczyła tak gwałtownie, że zrzuciła z łóżka kraciasty koc.

Skrzyżowała ramiona na piersi i zbeształa się:

- Madison, jesteś dorosłą kobietą. Poradzisz sobie.

Wiedziała, że tak będzie. Była popularną recenzentką kulinarną. Kiedyś w dwadzieścia minut przerobiła liczącą tysiąc dwieście słów recenzję restauracji nagrodzonej gwiazdką Michelin. Poprzednia redaktorka w ostatniej chwili zmieniła temat przewodni z "kulinarnej wirtuozerii" na "jedzenie podnoszące na duchu". W porównaniu z tamtą sytuacją ta tutaj to była bułka z masłem.

Tyle że Madison od dziecka przeraźliwie bała się burzy, a tej konkretnej w ogóle się nie spodziewała, bo przecież był już październik. Tak gwałtowne zjawiska pogodowe nie występowały zwykle jesienią na Środkowym Zachodzie. To był najspokojniejszy, najbardziej przytulny czas w roku.

Oparła się z powrotem o zagłówek łóżka i spróbowała zapanować nad lękiem. Pamiętała, jak mama pocieszała ją w tym właśnie pokoju. Jak głaskała ją po włosach, gdy przyśnił się jej zły sen. Tylko mama wiedziała, co powiedzieć, jak ją uspokoić, gdy jej serce biło jak oszalałe.

Madison zamknęła oczy i wzięła głęboki wdech. To wszystko wkrótce się skończy - burza, ratowanie zajazdu. Potem wróci do normalnego życia i znowu stanie się silną, pewną siebie kobietą. Kobietą, z której mama byłaby dumna.

TRZASK!

Odgłos pękającego drewna poniósł się echem po domu, a potem rozległ się ogłuszający huk. Madison odrzuciła kołdrę na bok i wstała. Naciągnęła dziergany sweter w kolorze żurawinowym na kraciastą piżamę i sięgnęła po telefon, by włączyć latarkę.

Jej grube wełniane skarpetki ślizgały się po wypastowanej drewnianej podłodze korytarza. Dotarła do szczytu schodów i zamarła.

Salon i połączona z nim jadalnia, ulubione miejsce Madison w całym domu - gdzie dawniej ogień zawsze trzaskał w kominku, a zza okna było widać jezioro - teraz były kompletnie zniszczone.

Najstarszy klon w miasteczku, ozdoba tego urokliwego miejsca i nieodłączny element dzieciństwa Madison, został powalony przez wichurę i runął na samo serce zajazdu.

Deszcz padał przez dziurę ziejącą w dachu i zalewał podłogę z twardego drewna oraz poprzewracane meble.

- O nie, nie, nie, nie! - zawołała Madison, zbiegając po schodach.

Ten klon był widoczny w tle każdego ich rodzinnego zdjęcia. Co roku obowiązkowo pozowała przy nim pierwszego dnia szkoły, z nową wstążką, którą wiązała jej włosy mama.

A teraz będzie się nadawał jedynie jako drewno na opał.

- Wszystko w porządku, Maddie? - zawołał z kuchni tata, tonem beztroskim i zdecydowanie zbyt spokojnym, zważywszy na okoliczności.

Mała suczka imieniem Cocoa, którą niedawno przygarnął, dreptała tuż za nim, szczekając w ciemnościach. George, ojciec Madison, wszedł do pomieszczenia z latarką w jednej dłoni i ciasteczkiem w drugiej. Nogawki pasiastych spodni od piżamy miał wetknięte w skarpetki, a kępki siwych włosów na głowie sterczały mu na wszystkie strony.

- A niech mnie! - skwitował, kierując światło latarki na sufit.

Cocoa dalej szczekała i ganiała za promieniem światła, nie zwracając uwagi na przewrócone stoły i gruz na podłodze.

- Już dobrze. Uspokój się. - George wziął szczeniaczka na ręce.

Cocoa była mała, ważyła zaledwie kilka kilogramów. Miała kręconą sierść w kolorze czekolady. Merdała ogonem jak szalona i lizała tatę po twarzy w poszukiwaniu okruszków po ciasteczkach.

Deszcz wlewał się strumieniami do środka, ale George dalej beztrosko bawił się z pieskiem.

- Nie lubisz burz, co? Madison też za nimi nie przepada. - Zaśmiał się akurat w chwili, gdy kolejna błyskawica przecięła niebo.

- Tato, dach... - Madison błagalnym tonem próbowała zwrócić jego uwagę.

- Hmm? - mruknął, drapiąc szczeniaczka za uszami, i podniósł wzrok.

Madison potarła skronie.

- To poważna sprawa.

- Tak, tak. Jasne. Dach. - Odchrząknął, rozejrzał się, a potem wziął kolejny gryz ciasteczka.

Madison sięgnęła po rolkę papierowych ręczników leżącą pod blatem recepcji i zaczęła wycierać wodę, ale to był daremny trud. Skarpetki przemokły jej niemal natychmiast.

- Jesteś niepokojąco opanowany - zwróciła się do ojca.

- Cóż, nie ma sensu panikować. To jeszcze nigdy nie załatało dachu.

Madison powstrzymała chęć, by złapać się za głowę.

- Która godzina? - zapytała, po czym zerknęła na telefon. - Siedem po drugiej. Fantastycznie. - Wypuściła powietrze z płuc. - Okej. W porządku. Znajdę jakiś brezent, wiadro...

- Nie zamartwiaj się, skarbie - przerwał jej George. - To nic wielkiego. - Machnął ręką, jakby tu chodziło o drobną usterkę.

- To nic...? Tato! Straciliśmy połowę dachu!

George pokiwał głową.

- Mój budowlaniec to naprawi.

- Ty masz budowlańca?

- Owszem. I to dobrego. - Zakołysał się na piętach, wyraźnie z siebie zadowolony. - Telefony nie działają. Pojadę po niego.

- Pojedziesz? Teraz? - Madison złapała go za ramię, gdy sięgnął po kurtkę. - Tato, jest środek nocy. Na dworze szaleje burza!

- Zostań tutaj i miej oko na wszystko - polecił, oddając jej pieska. - Burza już przechodzi. Zaufaj mi. Jeśli twoja babcia się obudzi, zanim wrócę, chociaż w to wątpię, powiedz jej, że wszystkim się zająłem.

Poklepał córkę po ramieniu i w kurtce narzuconej na piżamę wyszedł na zewnątrz, a Madison została w jadalni pośród opadłych liści i kawałków tynku.

Deszcz lał się miarowo z sufitu.

Madison jęknęła głośno i przymknęła oczy. Cocoa zaskomliła w jej ramionach.

- Przepraszam, malutka. Chyba czuję się trochę przytłoczona tym wszystkim. - Przytuliła szczeniaczka mocno do piersi i pocałowała go w czubek głowy. - Nie na to się pisałyśmy, co?

Madison stłumiła łzy, wzięła głęboki wdech. Nie mogła po prostu stać tutaj i czekać. Brezentowa płachta i wiadro będą musiały jej wystarczyć.

- Okej. Damy radę. - Przycisnęła policzek do miękkiej sierści, by dodać sobie otuchy. Ruszyła do gabinetu na zapleczu recepcji i delikatnie umieściła pieska w kojcu wyłożonym polarowym kocem.

Potem wróciła do lobby i wygrzebała z szafy stary żółty płaszcz przeciwdeszczowy. Był sztywny i w nienajlepszym stanie, podobnie jak reszta garderoby ojca. Pod płaszczem stała para uwalanych błotem kaloszy. Sięgnęła po nie i zaniosła do tylnych drzwi. Tata miał rację. Burza słabła, ale deszcz dalej padał.

- W porządku, chodźmy - mruknęła pod nosem i wyszła na zewnątrz.

Wiatr w mgnieniu oka zerwał jej kaptur i krople deszczu zaczęły chłostać jej twarz. Pochyliła głowę i znowu go naciągnęła, ale to było bezcelowe, więc zamiast dalej z nim walczyć, pobiegła do szopy na tyłach nieruchomości.

Szopa, podobnie jak reszta zajazdu, czasy świetności miała za sobą. Biały siding miał pasować do budynku, ale farba obłaziła, a zawiasy były tak zardzewiałe, że nie mogła otworzyć drzwi. Gdy w końcu jej się to udało, włosy miała już kompletnie mokre. Drzwi zaskrzypiały głośno niczym banshee zawodząca w nocnej ciszy.

- Tak - mruknęła Madison. - To miejsce zdecydowanie jest nawiedzone. - Zmarszczyła nos, wchodząc do wilgotnej, zatęchłej przestrzeni. - Uroczo.

Szopa śmierdziała starym drewnem, zardzewiałym metalem i olejem silnikowym. Madison uruchomiła latarkę w telefonie i omiotła światłem rozmaite zapomniane narzędzia, półki pełne pajęczyn i pudła piętrzące się niepewnie w kącie. Zadrżała i ciaśniej otuliła się płaszczem przeciwdeszczowym, jakby to miało ją ochronić przed tym, co mogłoby wypełznąć zza skrzynki z narzędziami.

- Okej - szepnęła, rozglądając się po pomieszczeniu. - Szukamy jednego wiadra i jednej brezentowej płachty. Najlepiej niepokrytej pająkami.

Madison nienawidziła pająków niemal tak bardzo jak burzy.

Skup się, Madison, pomyślała i gorączkowo zaczęła przeszukiwać zagraconą szopę. Właśnie takiego bałaganu nie znosiła. Żadnych etykiet. Żadnego porządku. Żadnej logiki.

Przynajmniej stare ogrodowe narzędzia mamy wisiały tam, gdzie zawsze je trzymała, na haczykach tuż nad półką. Na ich widok Madison poczuła ból w piersi.

- Powinnam była wrócić do domu wcześniej - wyszeptała.

Ale tego nie zrobiła. I teraz zajazd praktycznie się rozpadał.

Pokręciła głową. To nie była pora na pogrążanie się w rozpaczy. Miała dach do naprawienia.

- Ach, no i proszę - mruknęła, sięgając po wiadro.

Właśnie miała je podnieść, gdy usłyszała kroki na zewnątrz. Zamarła. Była pewna, że ktoś się za nią skrada.

Szybko wyłączyła latarkę i szopa pogrążyła się w ciemnościach. Madison schowała telefon do kieszeni, żeby mieć wolne ręce, i zaczęła szukać jakiejś broni. Byłoby jej łatwiej, gdyby cokolwiek widziała, ale nie chciała, żeby morderca odkrył, gdzie się ukrywa.

Nie morderca. W każdym razie prawdopodobnie nie. Sympatyczni mieszkańcy Środkowego Zachodu zazwyczaj nie zabijali ludzi po szopach w środku nocy.

Ale też jesienią zazwyczaj nie szalały burze.

Madison wymacała dłonią zardzewiały rydel wiszący na haczyku na ścianie. Był stępiony ze starości, ale lepsze to niż nic.

Drzwi otworzyły się ze skrzypieniem, a ona uniosła narzędzie, gotowa zaatakować. Modliła się, by nie musieć go użyć, ale jeśli nie będzie miała wyjścia...

Powitało ją oślepiające światło.

- Mads? Co do licha? Wróciłaś?

Głos był niski i szorstki.

Madison zatoczyła się do tyłu i rydel upadł z brzękiem na podłogę.

- Zach? - szepnęła.

Żołądek fiknął jej koziołka, a serce zabiło mocniej.

Mężczyzna podszedł bliżej. W blasku latarki widziała krople deszczu ściekające mu po piaskowych włosach i flanelowej koszuli. Stał pewnie na nogach, silny i opanowany, tak jak go pamiętała.

To był on.

Jej eks. Jej pierwsza miłość. Jej były najlepszy przyjaciel.

Jakimś cudem wydawał się jeszcze wyższy niż wcześniej. Szerszy w barach. Dżinsy leżały na nim tak, że aż zaschło jej w gardle, a jego oczy - głębokie sadzawki orzechowego brązu - patrzyły na nią z wyrazem, którego nie potrafiła odszyfrować.

Był zbulwersowany? Zirytowany? Jedno i drugie?

Deszcz nasilił się i zabębnił o dach szopy, a puls Madison przyspieszył.

Zach ściągnął brwi, nie spuszczając z niej wzroku. Przyglądał się jej badawczo, zachłannie, a napięcie między nimi narastało.

Przez moment po prostu tak stali - dwa duchy z przeszłości. Nagle Madison poczuła przemożną chęć, by znaleźć się bliżej niego. Oddech uwiązł jej w gardle, a ciałem wstrząsnął dreszcz.

Zach uśmiechnął się znacząco kącikiem ust, dalej patrząc jej w oczy, a jej serce zatrzepotało. Wpiła paznokcie we wnętrza dłoni, by nad sobą zapanować.

Nie mogła pozwolić, by wspomnienia przejęły nad nią kontrolę. Nie mogła dopuścić do siebie dawnych uczuć. Nie była już tą samą dziewczyną, która opuściła Maple Falls tyle lat temu.

A jednak wciąż czuła to magnetyczne przyciąganie.

Ten żar w piersi.

Jakby była ćmą krążącą wokół płomienia, gotową stanąć w ogniu.

2Zach

Zach nie spodziewał się, że ją tu zastanie.

Nie teraz.

Nie po tylu latach.

A jednak była tutaj, jakby wyłoniła się z któregoś z jego snów.

I co takiego trzymała w dłoni? Wyglądała, jakby szykowała się do ataku.

Przez chwilę potrafił tylko na nią patrzeć. Jej widok odebrał jak cios w brzuch. Minęło sześć lat, od kiedy opuściła Maple Falls. Sześć lat, od kiedy odeszła z jego życia, nie oglądając się za siebie. A jednak teraz stała tutaj, jakby czas się cofnął.

Jedno spojrzenie na Madison Kelly wystarczyło, aby znowu poczuł się jak dwudziestojednolatek. Serce waliło mu jak oszalałe, a ręce świerzbiły, by jej dotknąć. Był na siebie wściekły.

Za to, że jej ogniste włosy, masa wilgotnych loków rozsypanych na ramionach, zachwycały go jeszcze bardziej niż wcześniej. Za to, że jej zielone oczy, szeroko otwarte z zaskoczenia, wciąż umiały go rozbroić. A przede wszystkim za to, że jego ciało natychmiast przypomniało sobie każdą jej krągłość, każdy cichy śmiech, każdy wspólnie spędzony dzień.

- Co ty tu robisz? - zapytał głosem ostrzejszym, niż zamierzał, ale nic go to nie obchodziło.

Nie mógł sobie pozwolić na to, żeby się tym przejmować.

- Ja... eee... - wyjąkała Madison wyraźnie zdenerwowana.

Dobrze. Niech się tak czuje. To ona zawsze wytrącała go z równowagi jak nikt inny.

- Szukam brezentu i wiadra - wyjaśniła w końcu pewniejszym już tonem.

Jasne. Tyle że brezent i wiadro tu nie wystarczą. Ale nie było sensu jej tego mówić, chyba że chciałby się wdać w kłótnię.

- A co ty tutaj robisz? - zapytała, jakby to nie było oczywiste.

Zach oparł się o framugę drzwi.

- Twój tata mnie wezwał. Powiedział, że to nagły wypadek.

Zach nie miał co do tego wątpliwości. George nie należał do osób, które prosiłyby o pomoc. Jego córka bardzo go przypominała pod tym względem.

Nieważne, że był środek nocy i szalała burza. Zach natychmiast pospieszył na ratunek. Pomagał ludziom - zawsze to robił. Był dobrym budowlańcem, prowadził własny biznes i troszczył się o miasteczko i jego mieszkańców.

Bardziej niż ona.

Madison odsunęła pasmo mokrych włosów z twarzy.

- Nie sądziłam, że zwróci się do ciebie.

- Tak, cóż... - Zach zmrużył oczy. - Właśnie tym się zajmuję. Pojawiam się na miejscu, gdy ludzie mnie potrzebują.

Zdołał zauważyć cień bólu, który przemknął jej po twarzy, nim zdołała to zatuszować. I dobrze. Opuściła Maple Falls. Nie miała prawa być zaskoczona, że zainterweniował, skoro jej wszystko było obojętne.

- Zach, chłopcze!

Przyjazny głos George'a rozległ się na zewnątrz i rozładował narastające między nimi napięcie. Ojciec Madison wszedł do środka chwilę później, wycierając ręcznikiem mokre włosy.

- Zgadnij, kto wrócił. Zapomniałem ci powiedzieć. - Zaśmiał się. - Czy to nie wspaniale?

Zach zerknął na Madison.

- Świetnie - odparł bezbarwnym tonem.

- Jestem tu tymczasowo - podkreśliła Madison.

- I bardzo dobrze - mruknął Zach pod nosem, ale ona chyba usłyszała, bo spiorunowała go wzrokiem.

- Cóż, to ja pójdę wstawić wodę na herbatę, a wy, dzieciaki, nadrabiajcie zaległości! - oznajmił tata i wycofał się z szopy.

Zach popatrzył za nim, a potem przeniósł spojrzenie na Madison. Stała idealnie wyprostowana i spoglądała na niego, jakby stanowił źródło wszystkich jej problemów.

- Nie musiałeś tu przybiegać w środku nocy - powiedziała w końcu. - Jestem pewna, że masz lepsze rzeczy do roboty.

Zach tylko pokręcił głową. Ona tego nie rozumiała i nigdy nie zrozumie.

- O co chodzi? - zapytała, krzyżując ramiona na piersi w obronnym geście.

Zach zignorował jej pytanie i zerknął w stronę zajazdu.

- Słuchaj, mam robotę do wykonania. Im szybciej załatam ten dach, tym szybciej będę mógł się stąd wynieść.

Madison zacisnęła zęby.

- To nie będzie konieczne.

Uniósł brwi.

- Słucham?

- Mam wszystko pod kontrolą - oświadczyła. - Poradzę sobie.

Zach powoli wypuścił powietrze z płuc i stłumił ochotę, by się roześmiać. Ona naprawdę wolała walczyć z zarwanym dachem za pomocą wiadra i brezentu niż zaakceptować jego pomoc.

Niewiarygodne.

Wbił ręce w kieszenie.

- Serio? A jak dokładnie zamierzasz to naprawić?

- Zatrudnię kogoś - warknęła. - Są w tym miasteczku inni budowlańcy poza tobą, Zach.

Owszem, ale niezbyt dobrzy, pomyślał, jednak powstrzymał się przed powiedzeniem tego na głos.

Madison wyzywająco uniosła podbródek, minęła go i pomaszerowała do zajazdu.

Zach niechętnie musiał przyznać, że potrzebował chwili, by dojść do siebie po tym spotkaniu. Elektryczność w powietrzu nie była tylko efektem burzy. Aż iskrzyło od napięcia między nimi. Oparł się o framugę drzwi i potarł skroń kciukiem, próbując zrozumieć to wszystko. Próbując wyrzucić ją ze swojej głowy.

Mads.

Nie mógł przewidzieć, że się tu pojawi, tak jak często pojawiała się w jego snach. Zauważył na ziemi zardzewiały stary rydel i zdał sobie sprawę, że właśnie ten przedmiot ściskała w dłoni, gotowa stanąć do walki z intruzem. Zaśmiał się. Ależ ona potrafiła być uparta. Nigdy nie unikała wyzwań.

No i co ona miała na sobie? Zach pokręcił głową. Była we flanelowych spodniach od piżamy i czerwonym swetrze, którego kolor spektakularnie gryzł się z rozpiętym żółtym płaszczem przeciwdeszczowym. To było tak bardzo w jej stylu - potrafiła narzucić na siebie cokolwiek, nie dbając o szczegóły, a jednak jakimś cudem zawsze wyglądała świetnie.

Zach zdążył już zapomnieć, jak włosy opadały jej na twarz, gdy się śmiała. I jak jej oczy lśniły szelmowsko w jednej sekundzie i płonęły intensywnością w drugiej. Tej nocy włosy miała wilgotne, a w jej oczach czaiła się irytacja - i przebłysk czegoś głębszego, o czym nie chciał myśleć.

Powoli wypuścił powietrze z płuc. Dlaczego odczuwał tak silne emocje, chociaż minęło już tyle lat? Jak to możliwe, że nie osłabły ani odrobinę? A nawet jeszcze się pogłębiły.

Przez jedną szaloną sekundę rozważał, czy za nią nie pobiec. Ale co by jej powiedział? Pokręcił głową. Nie zamierzał pakować się w kłopoty.

Znał siebie aż za dobrze. To, jak Maddie na niego działała, było niebezpieczne, nawet teraz. Już raz zapomniał o ostrożności i podążył za głosem serca zamiast posłuchać zdrowego rozsądku. A gdy wszystko się rozpadło, to niemal go zniszczyło.

Spojrzał w stronę zajazdu. Światło latarki migotało w oknie. Maddie pewnie krzątała się po pomieszczeniu i mamrotała pod nosem, próbując wszystko naprawić. Właśnie taka była, rzucała się w wir działań bez zastanowienia i próbowała sobie poradzić zupełnie sama.

Musiał przestać o niej myśleć.

Zacisnął zęby i zamknął oczy. Ale smoczozielone spojrzenie Madison miał wypalone pod powiekami.

Przyciągało go niczym najmroczniejsza magia.

3Madison

Madison leżała w swojej sypialni zupełnie rozbudzona. Burza za oknem minęła, ale inna narastała w jej wnętrzu.

Zach.

Nie do wiary, jak bardzo wciąż ją irytował. Rozmyślała o tym, w jaki sposób wymówił jej imię tym swoim niskim, spokojnym tonem. Jego głos przypominał mieszankę żwiru i miodu; szorstki, a jednak słodki. Właśnie tak kiedyś się z nią kochał.

Co takiego?! Dlaczego o tym pomyślała?

Madison jęknęła. To niemożliwe. Zach nie powinien mieć już nad nią żadnej władzy, a jednak zbliżała się czwarta rano, a ona wciąż nie mogła zasnąć.

Powinna przespać chociaż kilka godzin; w przeciwnym razie o ósmej będzie się musiała zaprzyjaźnić z dzbankiem pełnym kawy. Nie żeby już się z nim nie przyjaźniła, ale człowiek nie powinien raczej wypijać więcej niż sześć filiżanek kawy dziennie - w każdym razie tak słyszała.

Nie była pewna, kiedy odpłynęła w krainę fantazji. W jednej chwili gapiła się na sufit swojej sypialni, a w drugiej przeniosła się do innego czasu.

Do innego miejsca...

***

Była nad jeziorem w chacie dla nowożeńców, stojącej na terenie zajazdu, ale zarezerwowanej dla par, którym zależało na prywatności. Zach i Madison korzystali z niej wielokrotnie, zanim wszystko się zmieniło.

Ale to nie miało znaczenia. Nie teraz, nie w tej fantazji. Teraz była tutaj, w pomieszczeniu z dębową podłogą i ścianami z bali, a ogień płonął w kominku, zalewając wnętrze miękkim, nierealnym blaskiem. Deszcz padał cicho za oknami, lecz w środku było ciepło i sucho.

Zach stał po drugiej stronie pokoju i opierał się o framugę drzwi. Miał na sobie flanelową koszulę, ramiona skrzyżował na piersi. Tym razem koszula nie była przemoczona i nie lepiła mu się do ciała. Była rozpięta aż do końca i odsłaniała jego niedorzecznie wyrzeźbione mięśnie brzucha.

Madison ruszyła we śnie w jego stronę. Była boso i miała na sobie tylko ulubiony żurawinowy sweter i czarne majteczki. Zach zmierzył wzrokiem jej nogi, a jego spojrzenie pociemniało.

- Wróciłaś - powiedział głosem niskim i schrypniętym.

- Nie potrafiłam dłużej wytrzymać z dala od ciebie - odparła.

Zach przyciągnął ją i jedną ręką objął w talii, a drugą przesunął po jej nagim udzie. Jego dotyk był gorący, elektryzujący i boleśnie znajomy.

- Zawsze wiedziałaś, jak doprowadzić mnie do szaleństwa - wymruczał.

- Czy wciąż to robię? - zapytała szeptem.

Odpowiedział jej pocałunkiem, powolnym, głębokim i nieokiełznanym, zapierającym dech w piersi.

Oderwał się od niej na moment, chwycił ją za biodra i posadził na skraju starego kuchennego stołu.

Poczuła chłód drewna pod udami, ale dłonie Zacha były gorące, gdy wślizgnęły się pod jej sweter. Palce miał szorstkie, pokryte odciskami, a jednak poruszały się z delikatnością, jakiej się po nim nie spodziewała.

- Wciąż o mnie myślisz? - zapytał.

- Nieustannie - przyznała, czując ucisk w gardle.

Pocałował ją znowu, a potem powoli ściągnął jej sweter przez głowę. Siedziała przed nim obnażona, zarumieniona i drżąca. Żar jego spojrzenia parzył jej skórę.

- Piękna - szepnął, jakby dzielił się z nią jakimś sekretem.

Odnalazł ustami jej szyję, a potem piersi. Zaczął muskać je językiem, a ona wygięła ciało w łuk, dysząc ciężko, i zacisnęła dłonie na krawędzi blatu.

Całował ją coraz niżej, wędrując ustami po brzuchu, aż w końcu ukląkł między jej nogami i ściągnął jej majtki.

Potem poczuła tam jego palce - najpierw tylko jeden, potem dwa. Poruszały się powoli, z premedytacją.

- Nie przerywaj - wydyszała błagalnie.

Pocałował wewnętrzną stronę jej uda, potem obdarzył podobną pieszczotą drugie. Gdy jego usta zetknęły się z palcami, które w nią wsunął, zaczął pieścić ją językiem, jakby nie mógł się nasycić jej smakiem.

Jakiś dźwięk z zewnątrz przedarł się do jej świadomości i wyrwał ją z marzeń.

W sąsiednim pokoju rozszczekała się Cocoa.

Nie było chaty dla nowożeńców ani Zacha. Ani orgazmu, który lada chwila miał nią wstrząsnąć. Madison leżała na plecach w łóżku w swojej sypialni z czasów dzieciństwa, zaplątana w zbyt wiele koców i do głębi zażenowana. Czuła się tak, jakby ktoś wylał jej na głowę wiadro zimnej wody.

- O mój Boże - wyszeptała, zasłaniając twarz dłonią.

Jej ciało wciąż pulsowało frustracją, a żar rozgrzewał każdy cal jej skóry.

Usiadła, podciągnęła prześcieradło wyżej i wlepiła wzrok w sufit.

Co do cholery?

Minęły lata, od kiedy ostatnio widziała swojego eks. A jednak właśnie doświadczyła najbardziej żywej, ogarniającej całe ciało fantazji na jego temat. I to już pierwszej nocy po powrocie.

Nie miała nawet sposobności dokończyć tego snu.

Pewnie tak było lepiej, ale jeszcze w życiu nie czuła się tak sfrustrowana.

Jęknęła. Głośno.

Jak ona miała przetrwać następne trzy tygodnie?